Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/335

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    murach niema nic... o prochu i kulach zapomnieli... ludzie nie do bitwy... poddać się muszą...
    Szła tak owa wyprawa szczęśliwie aż do granicy... śpiesząc, o ile tylko siły koni dozwalały, bo o ludzkie się nie pytano. Gdy w Śląsku przyszło wtargnąć, porzucono drogi bite, a skręcono na manowce... Pierwszy dzień przeszedł szczęśliwie i obozem położyli się w lesie, daleko od siedzib ludzkich, zmuszeni ukrywać się jak rozbójnicy. Choć Wielikaniec mówił i zaklinał się, że kraj przedziwnie znał, z tego noclegu ruszywszy, zbłąkali się tak, iż bez pomocy ludzkiej z tego obłędu wyjść nie było sposobu.
    Co począć mieli? Gabryk doradził w kilku się wyprawić po języka, schwytać człowieka i nie puszczać go, aż się sprawa dokona. Zgodzili się na to wszyscy, a on sam ze trzema ludźmi, dobranymi dowoli, puścił się na zwiady, zasiekując drogę w lesie, by do obozu bezpieczniej wracać było...
    O pół godziny od miejsca, w którem leżeli, Gabryk posłyszał, że ktoś drwa rąbał w lesie... Poszli więc na głos ten ostrożnie... i dostali się do polanki, u której brzegu stał wóz o jednym koniu, człek ubogo wyglądający drwa nań przygotowywał.
    Łatwo go było pochwycić, bo się uląkł mocno i uciekać nie mógł. Ledwie go uspokoić mogli, że mu się nic nie stanie.. byle im prostą drogę do Branniborza pokazał. Biedaczysko byłby ze strachu uczynił, coby mu kolwiek kazano, ale poprzysiągł, że dobrze dróg nie zna, że w lesie całe życie siedział i nie wyglądał zeń, chyba z węglami do miasteczka.
    — A no, to szczęście wasze, — rzekł — bo u nas od dwóch dni chory podróżny leży, którego bodaj zbójcy odarli z koni i zmusili uciekać. Mówił nam, że z Braniborza idzie...
    Kazali się tedy wieźć do chaty węglarza, która stała o kilka pacierzy od tego miejsca. Chałupa była nędzna... z szopką małą... Gdy się zbli-