Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— W biały dzień? — szepnął stróż wylękły — niepodobna... na zamku mnóstwo ludzi!
Dowiedział się w ten sposób Pełka, że noc całą przesiedział w tym lochu. Stali w korytarzu obaj ze stróżem; ten zdawał się namyślać.
— Nie uwierzycie mi, — odezwał się cicho, a potrzeba dzień przesiedzieć skrytemu. Muszę was ukryć... muszę zamknąć... ażeby kto nie natrafił i nie zobaczył. Będziecież mi wierzyli?
— Wszak przysiągłeś — odparł Pełka — wierzyć ci muszę. Chrześcijanin jesteś i na Chrystusa przysięgałeś...
Stary westchnął tylko i spracowaną ręką powiódł po czole.
— Chodź, panie, ze mną, — odezwał się — ale cicho i ostrożnie.
Nie mówiąc już nic, weszli na wschody pierwsze... i dostali się tak na kondygnację wyższą szerokich podziemiów zamkowych, których okienka wychodziły na podwórze. Tu były izby, do których nieco światła wpadało, i sklepiona komnata, w której dawniej odbywały się sądy, a obok nich izba męczarni... Nie miał stróż do dania innego schronienia nad to i otworzył je dla Pełki, aby tu ukryć go do wieczora. Przyrzekł mu przynieść jedzenie i odzież, w którejby bezpiecznie o zmroku mógł się z zamku wysunąć...
Chwilami przychodziły Pełce wątpliwości, azali mu ten człowiek, raz od śmierci oswobodzony, dotrzyma, ale nie miał nic do wyboru. Wszedł więc, choć wahając się, do sądowej izby... dał się w niej zamknąć staremu, który mu zalecił tylko, aby cicho się sprawiał i oknami widzieć się nie dał. Okna izby, choć wysoko umieszczone, wychodziły w podwórze, po którem kręcili się ludzie. Komnata owa podziemna, zdawna snadź opuszczona, pozostała w takim stanie, w jakim ją przed stu może laty zostawiono.
Zostało tu wszystko na miejscach... ławy u stołu dla sędziów, osobny pulpit dla pisarza, a