Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

baby płakały. Żołnierstwa, żydostwa, pospólstwa tłok był wszędzie... Zdawało się, że już chyba nieprzyjaciel na karku siedzieć musiał, a co żyło, w mury się napchało.
Pełka z Gabrykiem ledwie się do Florjańskiej bramy dostali, a tu z niemałą biedą przejechać mogli. Choć to był dzień powszedni, wydawał się niedzielą, tak wszędzie było przepełnione. Pod Panną Marją, i gdziekolwiek obraz lub krzyż wisiał, paliły się świece i ludzie, klęcząc, śpiewali pieśni nabożne. Lamentujące ich głosy mieszały się z klątwami żołnierzy i szwargotem żydów z Kazimierza, którzy z wojny korzystali, handlując, czem kto mógł.
Widok, jaki przedstawiał rynek, niewiele się różnił od ulicy przebytej; tu także rycerstwa i koni, i taboru było pełno, a koło ratusza i Sukiennic ciżba mieszczan niespokojnych o losy miasta, bo co chwila nadbiegał ktoś, zwiastując ciągnących Szwedów i ich króla.
Postrach rzucało samo to imię, bo już mu się i Wielkopolska, Warszawa i wiele miast poddało, i wojska polskie ciągnął za sobą, i Radziejowskiego miał, i innych zdrajców niemało. Cała nadzieja była na panu Czarnieckim, chociaż ludzie przebąkiwali, że dobry on był w polu, gdzie trzeba było napaść, urwać, stłuc i zaraz się rzucić gdzie indziej, a nie w murach zamknięty, kędy innej trzeba umiejętności i sztuki. Na mieście znać było popłoch wielki — prawie rozpacz... a motłochu tyle zewsząd napłynęło, że nawet pewnym być nikt nie mógł, aby i tu się zdrajcy nie wcisnęli.
Mieli krakowianie w murach swoich króla, ale ten wielkiego zaufania nie budził, więcej politowania nad sobą, — odbieżany bowiem był i bezsilny...
Rozmyślając nad tem, a przyglądając się, jechał dalej Medard ku zamkowi, gdy w ulicy rozstępujący się szeroko lud oznajmił mu, że ktoś ciągnął, przed kim z drogi trzeba było ustąpić.