Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/336

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    żyli, a Gabryk zsiadł, poszedł z nim do izby do chorego gospodarza... Na tapczanie leżał w płaszczu obwinięty człowiek, na którego spojrzawszy, twarzy jeszcze nie widząc — Gabryk krzyknął — bo w nim pana swojego poznał. I jak stał, tak na kolana przed nim padł...
    Pełka to był w istocie, pieszą ucieczką i głodem wielce znużony, który wzajem zobaczywszy Gabryka, ręce złożył i najprzód Bogu dziękował. Cudem to bowiem nazwać musiał, iż się tak jakby przez aniołów stróżów prowadzeni spotkali.
    Dopieroż sługa, odetchnąwszy, opowiadać mu zaczął swoje przygody, i jak zawerbował Rożańskiego i szlachtę, aby szli go odbić.
    Życie i siły powróciły Pełce.
    — Bóg ci zapłać, poczciwy mój Gabryku! — zawołał — tyś mój zbawca...
    — A dzięki Opatrzności, żeś pan mój drogi wybawienia nie potrzebował i żem się ja już na nic nie zdał.
    — Jakto, na nic? — pochwycił Pełka — Bój się Boga! tyleście drogi dla mnie uczynili i niewczasów ponieśli, nie puszczę was... musimy na zamek uderzyć i tę biedną kobietę wyrwać z rąk szaleńca...
    Na to Gabryk odpowiadać nie śmiał... konia swojego panu oddawszy, szedł już przy nim pieszo do obozu, a że po pasiekach w lesie jak wytknięta była droga, dostali się rychło do niego.
    Rożański, który bez kaftana dla gorąca przechadzał się pod sosnami, najrzawszy zdala konie, wyszedł przeciw Gabrykowi. Gdy Pełkę ujrzał, żegnać się począł jak przed widmem... potem biegł oszalały i szczęśliwy.
    Na te okrzyki zbudzili się i zbiegli wszyscy... Tu dopiero radość wybuchła tem większa, że niejeden, co szedł na zamek, wolałby był do domu bez awantury powracać. W ręce cesarskich się dostawszy, los mógł spotkać ciężki, kajdany lub gorzej jeszcze... Widok więc Pełki i nadzieja,