Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/338

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    oddział cały począł, wyszedłszy z lasów, przybliżać się ku zamkowi.
    Wielikaniec miał z całą gromadą uderzyć na główną bramę i rąbać ją lub ogień położyć. Pełka z Gabrykiem i dwoma najostrożniejszymi chcieli wtargnąć wycieczką, i gdy tamci szturmować będą, wpaść na zamek, aby Jadwigę porwać.
    Plan zdawał się bardzo zręcznie osnuty — i Pełka miał nadzieję, że się powieść musi, jeśli szturmujący wytrzymają tak długo, by on mógł dostać się do zamku. Zdala widać już było mieszkanko ze świecącemi w niem oknami, i czarny zamek na górze, w którym parę też okien bladem światełkiem migało. Cicho było i spokojnie dokoła. Tętent koni, który gdzie niegdzie był zdradzał jadących, tu się prawie słyszeć nie dawał, bo kopyta tonęły w piasku.
    Droga wydała się Pełce nadzwyczaj długą i nieznośną, — wreszcie stanęli u podnóża i stąd już rozdzielili się, a Wielikaniec, nie myśląc dłużej taić się z sobą i swymi, konie w cwał po drodze do wrót puścić kazał...
    Nagle wśród ciszy nocnej zatętniało, zahuczało, i w miasteczku mieszkańcy, posłyszawszy tę niezrozumiałą wrzawę, snać przelęknąć się musieli, bo wielki ruch świateł zwiastował bieganie...
    U wrót zsiadło z koni ludzi kilkunastu i z toporami się wzięli do nich... Niepojęta napaść w czasie pokoju tak się niezrozumiałą snadź wydała mieszkańcom zamku, iż furtę otworzyli, nie posądzając nawet, aby nieprzyjaciel przybywał. Tylko co się ona napół uchyliła, skoczono, aby ją opanować, wrót rąbać już nie potrzebowano.
    Pierwsi, co wpadli do bramy, poczęli wiązać załogę, która prawie krzyknąć czasu nie miała, a do obrony żadnej wcale przysposobiona nie była. W nadzwyczajny więc sposób to, co miało najwięcej trudu kosztować, sprawiło się tak prędko, że Pełka nie doszedł jeszcze do wyciecz-