Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Nic waszmościom nie powiem więcej nad to jedno, że Rzeczpospolita wszystkich swych dzieci potrzebuje... Szwed wkroczył i już jest w Wielkiej Polsce. Ludzie wierzyć nie chcieli, dopóki języka nie dostali. Aliści złe zawsze się posadzi, mamy go... a mamy nie jego jednego... Zewsząd na nas chmury ciągną i własne dzieci na ojca idą. A no? tak... Wielkopolanie się gromadzą, Szwedowi poddają... który lepsze im obiecuje rządy i złote góry. Kto żyw do broni i na koń! Już tu nie czas pytać i radzić, a garnąć się, a iść... do ostatniego.
Miało się na dzień, gdy Sędziszewski o konia zawołał, który był się wysapał i podjadł nieco, a był niewielki, ale tak twardy, jak jego pan, i już prychał, zęby przetarłszy. Wyprowadzono go w ganek. Strzemiennego nie chciał, na kulbakę ledwie wlazł, ale w niej siadłszy, a cugle ściągnąwszy, pokłusował, jakby miesiąc odpoczywał... aż mu się ludzie, długo stojąc, dziwowali...
Dzień się robił wielki, koło stajen i koni ruch był żywy... Laskowscy się jeszcze obmywali ze snu, dopytując, kto był i co gadał, bo nic nie słyszeli, taki ich sen wziął na sianie — gdy w kapliczce zadzwoniono.
Stała ona nieopodal ode dworu, naprzeciw lamusu, który jej z drugiej strony w wałach odpowiadał. Chędoga była, murowana i przyozdobiona pięknie, choć bardzo mała. Za owych czasów, gdy się zawsze spodziewać było można napaści i oblężenia, musiano mieć przy dworze gdzie się pomodlić. W grobach leżało dwóch Pełków. Otwarte już były drzwi i światło gorzało na ołtarzu, gdy się wszystko, co żyło we dworze, ba! niektórzy i ze wsi gospodarze na głos dzwonka zbierać zaczęli. Wyszła tedy w czarnych szatach wdowich zakwefiona pani wojska, a za nią córka i fraucymer cały, szli panowie wojskowi w zbrojach i przy szablach paradnie, jak się Bogu należało — ciągnęła służba i dworscy, którzy mieli zostać doma... A że kapliczka