Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/399

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Waćpan jesteś nikczemny! — zawołała w gniewie pisarzowa... — Idź sobie, Pełko, — dodała — abyś tych bluźnierstw nie słuchał...
    Jak szalony wybiegł Medard... i z przedsieni usłyszał krzyk i zwadę... od których rad był uciec co prędzej.




    Nazajutrz Pełka, od którego się nikt słowa tego dnia dopytać nie mógł, bo chodził posępny jak noc, lub stał w oknie zamarzłem, przez które nic widzieć nie było można, odział się z rana bardzo skromnie i oznajmił pytającemu go Rożańskiemu, iż do hetmana iść musi.
    Jakoż pieszo zaraz wyruszył, a że tam między dworem miał dobrych przyjaciół i znajomych, łatwy znalazł przystęp, choć ludzi od rana był tłok na pokojach... Sobieski wyszedł doń z promieniejącą twarzą... i rękę mu podał... Trzeba było do kolan się pochylić wedle obyczaju...
    — No, cóż ty, mój Janino, porabiasz? — zawołał, śmiejąc się — rychło w pole znowu razem pójdziemy?
    Pełka westchnął.
    — Kościomby spoczynku potrzeba, — rzekł zcicha — właśniem szedł do pana hetmana o uwolnienie prosić...
    — Póki wiosna nie przyjdzie, jedźcie do domu... Nic przeciw temu nie mam... ale mi powracajcie, bo takich niewielu jest, jak waszmość, a będą potrzebni.
    — Na siłach coś i na zdrowiu szwankuję; — ozwał się Pełka pomieszany — niewiele ze mnie będzie pociechy...
    — Hipochondrji dostałeś, czy co? — śmiejąc się, rzekł hetman — jedźże się lekarza poradź, niech ci wątrobę oczyści i powracaj...
    Nadchodzący mówić już więcej nie dali; Pełka się wyniósł zadumany, żegnając dworzan hetmańskich. Wyszedłszy w ulicę, pobłądził trochę i do kościoła wszedł. Poklęknął w ław-