Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Skłonił się. Służę wielmożnemu panu, ale poco panu ten interes...
— Cóż chcesz? kocha się! — wrzucił umyślnie Rożański.
— A poco to takie kochanie? — dodał żyd.
— Musi — zawołał Wacek.
— Ja z jegomościa pójdę sam... No! a złapią... zawsze raz umierać trzeba...
— Cóż za tę sztukę? — spytał Rożański.
— A! a! jak powrócimy, to się potargujemy — wesoło dodał Lejbuś.
Poczęły się narady, żyd obiecał przyjść wieczorem... pożegnali się więc, a Pełka ruszył wprost do pana Czarnieckiego... Nie znalazł go w klasztorze, nie było na ratuszu... Wskazali mu go na murach przeciwko klasztoru bernardyńskiego... Chodził i sumował... Mrok padał gęsty. Na strzał ognie szwedzkie pogaszone były, dalej świeciło koło szałasów i na ogniach, jak cienie szatanów uwijały się postacie żołnierzy. Kasztelan z rękami założonemi, ponury, przyglądał się smutnemu widowisku.
Pełka przybliżył się do niego.
— Co mi niesiecie? — spytał kasztelan pocichu.
— Posłuszeństwo! — odezwał się Medard.
— Bóg zapłać! Bóg zapłać!... — westchnął stary. — Nieraz na moje szlacheckie ramiona walono ciężary, których pańskie znieść nie mogły, nigdy większego na nie nie włożono brzemienia, jak dziś! I widzieli ci, co mi oddali Kraków, że zbędą się na mnie odpowiedzialności przed krajem, królem i historją... że włożą na mnie ohydę... Czarniecki zdradził, Czarniecki zdał... Krwi mi nie policzą... ale sromotę, czy zasłużę, czy nie... to pewnie... Bóg osądzi — tymczasem ratować trzeba ludzi... Idź, waćpan... Kiedy myślisz się wybierać?
— Gdy tylko potrafię i będzie można — rzekł Pełka.
— Zrozumiałeś mnie, — dodał kasztelan —