Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rozkazanie się nie stawią... bo co w twarzy ma być, w sercu wprzódy być musi.
— Dobrześ rzekł, „bene dixisti“, — odparł król i począł nań patrzeć ciekawiej coraz. — Idźcie sobie, odpocznijcie.
Wyciągnął rękę do pocałowania, była to łaska wielka jak na pierwszy raz, i Pełka ucałował białą, chłodną dłoń królewską, poczem skierował się ku zasłonie.
Snadź się Lubomirskiemu żal zrobiło niedoświadczonego na dworze, bo zaraz za nim wyszedł i śpiącego w kącie mężczyznę głośniejszą przemową zbudził.
Był to starszy nad dworzany komnaty królewskiej, niejaki Pląskowski, który miał tę jedną wadę, że spać nadto lubił. Zdał mu w kilku słowach Pełkę marszałek i odszedł.
Nocleg na królewskim zamku nie był ciekawy... izba prawda bardzo przestronna, wysoka, nawet z trochą sprzętu ladajakiego, ale w niej z murów opuszczonych wiało chłodem, a po stołach pył leżał kilkoletni... Szczęściem Gabryk, który konie postawił bezpiecznie, szukał Pełki i znalazł, a z nim już było jak w domu.
Gabryk sobie wszędzie radę dać umiał. Natura to była wieśniacza, człowieka od dzieciństwa nawykłego być w walce z chłodem i głodem. Czekając na panicza, poczynił pewne geograficzne odkrycia, orjentując się w stronę kuchen i innych potrzeb żywotnych. Pozawierał był już nawet naprędce znajomości miłe i pożyteczne.
Więc choć komnata wedle wyrażenia Gabryka wyglądała jak psiarnia — potrafił do komina dostać drewek, postarał się o światło i dopilnował, aby należna wieczerza nie minęła jego pana. Zbywszy tych trosk, poszedł po siano do stajen, bo innego posłania trudno mu było żądać i otrzymać, rozesłano dwa kilimki, i nocleg był gotowy.