Old Surehand/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Old Surehand
Wydawca Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Data wydania 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
ILLUSTROWANE
POWIEŚCI PODRÓŻNICZE
KAROLA MAYA
OLD SUREHAND
II.
WYDAWNICTWO ILLUSTROWANEGO TYGODNIKA
„PRZEZ LĄDY I MORZA“.
ADRES:
WE LWOWIE, PLAC MARYACKI L. 4 (HOTEL EUROPEJSKI).
W WARSZAWIE, SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI GEBETHNERA
I WOLFFA.
REDAKTOR I WYDAWCA: EDMUND USZYCKI.



Treść tomu drugiego.


Str.
 333




W gospodzie pani Thick.

Jefferson-City, stolica stanu Missouri, a zarazem hrabstwu Cole, leży na prawym brzegu Missouri, na uroczem wzgórzu, skąd roztacza się zajmujący widok na rzekę i panujące nad nią ruchliwe życie. To miasto liczyło podówczas o wiele mniej mieszkańców, aniżeli dzisiaj, ale mimo to miało pewne znaczenie, które zawdzięczało swemu położeniu i tej okoliczności, że tu odbywały się regularne posiedzenia sądu okręgowego. W kilku większych hotelach można było za dobre pieniądze nieźle mieszkać i wcale nieźle jadać, lecz ja wyrzekłem się tych wygód, raz dlatego, że nie lubię życia hotelowego i chętniej idę tam, gdzie mogę obserwować ludzi w ich pierwotności, powtóre dlatego, że znałem w tem mieście inny zajazd, w którym za mniejsze pieniądze dawali bardzo dobre mieszkanie i utrzymanie. Było to u pani Thick na Firestreet, w boardinghouse, sławnem od Pięciu Jezior aż do Zatoki Meksykańskiej i od Bostonu aż do San Francisco. Jeśli kto przejeżdżał przez Jefferson-City, a chciał uchodzić za prawdziwego westmana, musiał tam wstąpić na mniejszy lub większy „drink“ i przysłuchać się opowiadaniom obecnych w oberży myśliwców, traperów i skwaterów. Lokal pani Thick słynął z tego, że w nim można było poznać Dziki Zachód, nie udając się osobiście na „dark and bloody grounds“.
Wieczór już był zapadł, kiedy wszedłem do tej gospody, w której nigdy przedtem nie byłem. Konia i strzelby zostawiłem w farmie, położonej nieco wyżej nad rzeką, gdzie miał na mnie czekać Winnetou, który nie lubił mieszkać w mieście i włóczyć się po ulicach i dlatego zatrzymał się na tych kilka dni na wsi. Ja miałem w mieście porobić pewne zakupy, a zarazem dać do naprawy mocno nadszargane ubranie. Zwłaszcza potrzebowały tego wysokie buty, bo już wtedy w przystępie niezwykłej „otwartości“ nie zakrywały dostatecznie moich nóg i tak dalece oduczyły się posłuszeństwa, że cholewy, choć je niezliczone razy podsuwałem aż do brzucha, spadały zawsze aż do kostek.
Równocześnie chciałem skorzystać z pobytu w mieście i dowiedzieć się czegoś o Old Surehandzie. Gdy go w chwili pożegnania pytałem, kiedy i gdzie możnaby się z nim zobaczyć, nie mógł mi dać dokładnie określonej odpowiedzi, lecz rzekł:
— Gdybyście się przypadkiem znaleźli w Jefferson-City, w Missouri, to udajcie się do kantoru bankowego Wallace et Comp., a tam wam wskażą miejsce mego pobytu.
Będąc tedy w Jefferson-City, postanowiłem poszukać Wallace’a et Comp.
Jak już wyżej wspomniałem, przyszedłem do pani Thick wieczorem. W długiej i dość szerokiej izbie, oświetlonej jasno kilku lampami, stało ze dwadzieścia stołów, z których połowę zajęło bardzo mieszane towarzystwo, co odrazu zauważyłem pomimo gęstego dymu. Kilku elegancko ubranych gentlemanów w papierowych mankietach, wystających daleko z rękawów, w cylindrach zesuniętych na karki, położyło wygodnie na stole swe nogi, obute w skórzane trzewiki. Obok tych i pomiędzy nimi siedzieli traperzy i skwaterzy wszelkich form i barw, odziani w kostyumy, które się wprost nie dadzą opisać, ludzie o barwach od ciemnej czerni do jasnej szarości, o włosie wełnistym, krętym lub prostym, wargach grubych lub wązkich, z nosami zadartymi, jak u murzynów lub skrojonymi bardziej na sposób kaukazki. Widziało się się tam flisaków, parobków okrętowych z wysoko podciągniętemi cholewami, z błyszczącymi nożami i rewolwerami za pasem, Indyan półkrwi, oraz innych mieszańców rozmaitych gatunków i odcieni.
Wśród nich uwijała się zażywna, zacna pani Thick, troszcząc się z całą gorliwością o to, żeby nikomu z gości niczego nie zabrakło. Znała wszystkich, mówiła do każdego po nazwisku, obdarzała tego i owego uprzejmem spojrzeniem, a groziła palcem innemu, który okazywał widocznie ochotę do kłótni. Podeszła także do mnie i spytała, czego sobie życzę.
— Czy mogę dostać szklankę piwa, pani Thick?
— Yes — odpowiedziała ze skinieniem głowy — mam nawet bardzo dobre piwo. Wolę, gdy moi goście piją piwo, bo lepsze jest, zdrowsze i przyzwoitsze od brandy, która często głowy zawraca. Wy z Europy, sir?
— Yes.
— Domyśliłam się sama tego, bo żądacie piwa. Ludzie tamtejsi piją przeważnie piwo i mądrze czynią. Nie byliście jeszcze nigdy u mnie?
— Nigdy; ale dziś chciałbym skorzystać z waszej gościnności. Czy macie jakie dobre łóżko?
— Wszystkie moje łóżka są dobre!
Zmierzyła mnie badawczem spojrzeniem. Twarz moja podobała się jej widocznie więcej niż reszta postaci, bo dodała:
— Zapewne dawno już nie zmienialiście bielizny, ale dobrze wam z oczu patrzy. Czy chcecie tanio zamieszkać?
„Mieszkać tanio“ znaczy dzielić nocleg z drugimi.
— Nie. — odrzekłem. — Wolałbym dostać osobny pokój, niż spać we wspólnej sali. Wprawdzie ubranie moje jest liche, ale mam z czego zapłacić.
— Wierzę wam, sir, wierzę! Dostaniecie dla siebie pokój, a jeśli jesteście głodni, to rozejrzyjcie się w spisie potraw.
Podała mi papier i odeszła po piwo. Ta zacna osobistość robiła wrażenie rozumnej, uprzejmej i skrzętnej gospodyni, która szczęśliwą się czuła, gdy widziała dokoła siebie zadowolenie. Także urządzenie lokalu podobniejsze było raczej do europejskiego, niż do amerykańskiego.
Wybrałem sobie miejsce przy wolnym stole, nieopodal większego, zajętego zupełnie przez gości. Siedziało tam kilku panów, w których na pierwszy rzut oka poznałem prawdziwych gentlemanów, prawdopodobnie mieszkańców miasta i stałych gości pani Thick. Obok nich zabawiali się opisani dopiero co ludzie, a gdy mnie zobaczyli, przerwali ożywioną widocznie rozmowę i skierowali swój wzrok na mnie. Trwało to jednak tylko przez tę chwilę rozmowy mojej z panią Thick. Potem uznali mię za przedmiot, niegodny ich uwagi, a ten, który mówił na końcu, podjął na nowo temat rozmowy:
— Tak jest, jak mówię: W Stanach Zjednoczonych nie było nigdy większego łotra nad Kanada-Billa. Ktoby mnie nie wierzył, temu mogę to zaraz udowodnić wbiciem mu kilku cali zimnego żelaza w brzuch. Czy kto z panów żąda tego dowodu?
— Nie; wierzymy święcie, sami to przecież wiemy — odpowiedział jeden ze wspomnianych gentlemanów.
— Lepiej odemnie nie możecie wiedzieć!
— Mieliście może z nim jaki rachunek?
— Rachunek? Pshaw! Wielką, do ostatniej kartki zapisaną księgę długów. To był człowiek tak osławiony, że nawet w starym kraju pisano o nim w gazetach, jak się potem dowiedziałem, ale nikomu tak nie dojechał, jak mnie.
Opowiadający był tu widocznie po raz pierwszy, podobnie jak ja, bo, gdy wymówił te słowa, zaczęli mu się obecni w szczególny sposób przypatrywać. Był to mężczyzna wysoki i chudy, odziany w bluzę ze skóry bawolej, tak wysłużoną, że składała się tylko z łat i plam. Legginy miał za krótkie, niedochodzące do mokassynów, naprawianych wielu ściegami z kiszki jeleniej, a na głowie nosił czapkę, niegdyś może futrzaną, ale wtedy tak już z włosia odartą, że wyglądała na nim, jak przewrócony żołądek niedźwiedzi. Za pasem, obwieszonym różnorodnymi przyborami, tkwiły: nóż, rewolwery i tomahawk. Lasso zarzucone miął w pętlach z pod lewej pachy na prawe ramię, obok niego zaś stała stara rusznica, pokryta od kolby aż do końca lufy karbami i wcięciami, niezrozumiałemi dla obcych.
— Zaciekawiacie nas, sir — rzekł gentleman. — Czy możnaby się od was dowiedzieć, w jaki sposób on wam dojechał?
— Hm! Najlepiej nie dotykać takich krwawych dziejów, ale skoro się już raz zaczęło przy stole o tem opowiadać, to słuchajcie. Wiadomo wam, panowie, że Stany to osobliwy kraj przeciwieństw. Rzeczy małej wagi zdarzają się równolegle z największemi, dobre obok złych. Trzy razy spotkałem się z tym, najbardziej osławionym w kraju, człowiekiem, a za każdym razem był przy tem najsławniejszy ze wszystkich naszych ludzi.
— Kto?
— Lincoln, Abraham Lincoln, sir!
— Lincoln i Kanada-Bill? Opowiedzcie o tem, master! To są ciekawe rzeczy!
— Tak, chcielibyśmy coś o tem usłyszeć! — zawołano dokoła. — A jak się nazywacie?
— Nazwisko moje krótkie i łatwe do zapamiętania, może nawet słyszeliście je tu lub ówdzie. Jestem Tim Kroner.
— Tim Kroner? Do pioruna! Tim Kroner z Colorado? Witajcie, sir! Jesteście najlepszym myśliwcem na świecie. Pijcie, pijcie, prosimy!
Ilu było gości, wszyscy podnieśli szklanki i podsunęli ku niemu, lecz on powstrzymał ich ruchem ręki.
— A więc wy mnie znacie? Tak, jestem z Colorado — odrzekł spokojnie, popijając z każdej szklanki.
A potem usiadłszy wygodniej, zaczął:
— Pochodzę właściwie z Kentucky. Gdy byłem jeszcze chłopcem, umiejącym zaledwie trzymać rusznicę w ręku, przybyłem do Arkanzas, ażeby się przekonać, czy to rzeczywiście taki dobry kraj, jak nam opowiadano. Mówię: nam, bo mam na myśli siebie, moich rodziców i sąsiada Freda Hammera z jego córkami Betty i Mary. Ten na kilka lat przedtem przyjechał był z Europy i niech mię skąpią w mazi, a potem oskubią, jeśli w całych Stanach znajdzie się ładniejsza i lepsza od tych dwu ladies. Wzrośliśmy razem, wyrządzaliśmy sobie nawzajem przysługi, a pewnego dnia przyszedłem po namyśle do przekonania, że Mary stworzona jest wyłącznie na moją żonę. Możecie sobie wyobrazić, że tej myśli nie schowałem pod korzec, lecz wytrąbiłem na cały świat... no i wszystko dobrze się złożyło. Mary ani przez myśl nie przeszło, żebym mógł być czemś innem niż jej mężem. Rodzice zgodzili się oczywiście i postarali się o uporządkowanie naszych stosunków. Żyłem odtąd jak w niebie, moi panowie. Każdemu życzę, żeby miał dni takie. Oby tylko dłużej trwały, niż moje! Pewnego dnia poszedłem był do lasu, ażeby wyznaczyć pewną ilość tyk do ścięcia. Wtem nadjechał z pomiędzy jodeł jeździec i zatrzymał konia obok mnie.
Good day, boy! Czy jest tu gdzie farma? — zapytał.
— Nawet dwie i każdy w nich znajdzie schronienie — odpowiedziałem.
— Gdzie jest najbliższa?
— Chodźcie; zaprowadzę was!
— To zbyteczne. Jesteście tu zajęci, a mnie wystarczy, gdy będę znał kierunek. Spodziewam się, że nie zabłądzę.
— Skończyłem już swą robotę. Mogę z wami pójść.
Był to jeszcze młody człowiek, starszy może o dwa lub trzy lata odemnie, miał prawie całkiem nowe myśliwskie ubranie z jeleniej skóry, znakomitą broń i konia tak rzeźwego, jakby go przed chwilą wyprowadzono z zagrody. Sądziłem, że jeździec nie przebył wielkich trudów, bo ani on, ani koń nie byliby wyglądali tak świeżo. Nie pytałem go o nazwisko, ani o inne okoliczności, gdyż byłoby to wykroczeniem przeciwko gościnności, lecz szedłem w milczeniu obok jego konia, dopóki on sam nie rozpoczął rozmowy.
— Jak daleko od was do najbliższego waszego sąsiada, boy? — zapytał mnie.
— Ku górom pięć mil, a za rzeką ośm.
— Czy długo tu już jesteście?
— Nie. Robimy dopiero w pierwszem polu.
— A jak się nazywacie, boy?
Dziwiło mię to, że sobie pozwalał mówić do mnie: boy, przecież nie byłem chłopcem w krótkich spodenkach! Zniecierpliwiony zbyłem go jak najkrótszą odpowiedzią:
— Kroner.
— Kroner? To ładnie. Ja nazywam się Wiliam Jones i pochodzę z Kanady. Kto jest właścicielem drugiej farmy, o której mówicie?
— Niejaki Fred Hammer.
— Ma synów, boy?
— Dwie córki.
— A ładne?
— Nie wiem, boy. Sami się im przypatrzcie!
Rozgniewało go to, że go nazwałem: boy, bo nagle ucichł i nic rzekł ani słowa, dopóki nie dojechaliśmy do wrót farmy.
— Kogo sprowadzasz, Timie? — zapytał ojciec, który stał na dziedzińcu i karmił indyki.
— Nie wiem właściwie. Jakiś master Wiliam Jones z Kanady.
Welcome, sir! Zsiądźcie i wejdźcie!
Podał mu rękę i zaprowadził go do izby, a mnie kazał zająć się koniem. Gdy się z tem uporałem i udałem się za nimi, stał obcy przed Mary, która przyszła była w odwiedziny, i uszczypnął ją w policzek, mówiąc:
Damn! To z was milutka miss!
Ona pokraśniała na tę obelgę, ale wnet znalazła słowa odpowiednie:
— Czy nie wypiliście za dużo whiskey, sir?
— Chyba nie, bo na preryi niema tego pokrzepienia.
Chciał ją objąć ramieniem, lecz ona pchnęła go tak, że zatoczył się i omal nie przewrócił krzesła, na którem chciał się oprzeć.
Zounds! A to z was rezolutna dziewczyna! Może drugim razem będziecie łagodniejsza i więcej oswojona!
To żółć we mnie wzburzyło. Przystąpiłem doń i pokazałem mu moją pięść.
— Ta miss, to moja narzeczona. Kto jej dotknie bez mojego pozwolenia, ten może łatwo dostać kilka cali noża w brzuch. Tu święte jest prawo gościny, a kto przeciw niemu wykroczy, z tym należy się odpowiednio obejść, boy!
— Do stu piorunów! Umiecie dobrze przemawiać, chłopcze! Macie więc już narzeczoną? Well, w takim razie ustępuję!
Powiesił rusznicę na ścianie i rozgościł się tak, jak gdyby należał do rodziny. Nie podobał się ani mnie, ani ojcu, a matka także nie zważała wcale na niego. Ten zimny stosunek widocznie go nie martwił, bo zachowywał się tak, jak gdyby nic nie miał na sumieniu, a gdy wieczorem przyszedł Fred Hammer z Betty, rozpuścił gębę i opowiadał o przygodach, które podobno przeżył na preryi.
Założę się o dziesięć wiązek skór bobrowych za jedną króliczą, że ten człowiek nie dotknął nogą sawanny, gdyż odzież jego była na to zbyt czysta. Daliśmy mu to do poznania, a on, aby wybrnąć z kłopotu i na inny przejść temat, sięgnął do kieszeni i wydobył talię kart do gry.
— Czy grywacie, panowie? — zapytał.
— Czasami — odrzekł ojciec. — Mój sąsiad Fred zna ładną grę, zwaną skat. My nauczyliśmy się jej od niego i czasem spędzamy na tem długie wieczory, jeśli nic lepszego nie mamy do czynienia.
— Czy słyszeliście także o grze, którą w starym kraju nazywają koniczynką, mr. Hammer? — spytał Jones.
— Nie.
— Tu nazywa się ona „three carde monte“ i jest bezwątpienia najpiękniejszą ze wszystkich gier. Widziałem wprawdzie tylko raz, jak się ją gra, dopiero się jej uczę, ale spróbuję także wam pokazać.
Three carde monte podobało nam się bardzo i niebawem zatopiliśmy się wszyscy w tej grze. Nawet kobiety odważyły się postawić kilka centów. Zdawało się rzeczywiście, że Jones dobrze grać nie umiał, bo my wygrywaliśmy, a on musiał nawet sięgnąć do złotówek, których miał mnóstwo. To dodało nam odwagi, zaczęliśmy stawiać więcej, ale równocześnie zmieniło się szczęście, my przegraliśmy całą wygraną i musieliśmy rzucić do kasy z własnych pieniędzy. Poszczególne wygrane nęciły coraz bardziej. Kobiety przestały grać już dawno, a ja wycofałem się także. Ojciec i Fred Hammer chcieli się odegrać, w tym celu stawiali sumy coraz większe, niebezpieczeństwo utraty całej gotówki zbliżało się coraz bardziej mimo moich napomnień, żeby byli ostrożni.
Nagle spostrzegłem osobliwy ruch Jonesa. Wobec tego pochwyciłem go za rękę i wyciągnąłem mu z rękawa kartę treflową. Okazało się tedy, że grał czterema kartami i był oszustem. On zerwał się z miejsca w tej chwili i krzyknął z gniewem:
— Co was moja karta obchodzi, boy?
— Tyle co nas nasze pieniądze! — odparł ojciec i zgarnął natychmiast ku sobie całą wygraną, leżącą przed Jonesem.
— Proszę oddać dolary! One do mnie należą, a kto się ich dotknie, ten złodziej!
— Przepraszam, sir! Kto fałszywie gra, ten jest oszust i musi zwrócić wszystko, co zabrał. Idźcie teraz spać, a jutro rano zgubcie się stąd! Prawa gościnności nie pozwalają mi niestety na to, żebym wam pokazał, jak się gra w three carde monte.
— Ja miałbym waszym gościem być? Ani chwili dłużej nie zostanę! Dom wasz opuszczę, skoro tylko otrzymam porwane pieniądze!
Well! Nie zagradzam wam drogi. Idźcie sobie tam, skądeście przyszli. Ale że nie wrócicie na preryę, to pewne. Oddamy wam waszą kasę, ale z naszych pieniędzy ani jednego penny. Timie, przyprowadź mu konia przed wrota!
Damn! Tak rzecz załatwiacie? To poznacie Kanada-Billa!
Porwał za nóż, ale równocześnie podniósł się także Fred Hammer i położył mu ciężką rękę na ramieniu. Był to olbrzym, zazwyczaj milczący, ale ilekroć wymówił słowo, to się wiedziało dokładnie, co ma na myśli.
— Odłóżcie ten gnyp, człowieku, bo rozduszę was tu między dziesięcioma palcami, jak piernik — upomniał go. — Zabierzcie sobie to, co było wasze, wynoście się i nie pokazujcie się nam więcej na oczy! Jesteśmy ludzie uczciwi i potrafimy panom waszego pokroju pokazać, kędy droga do raju.
Jones poznał, co się święci, i zrozumiał, że w każdym razie wyszedłby na tem źle, gdyby nie ustąpił.
— Dobrze — rzekł ze złością — oddajcie mi, co było moje, ale zapamiętajcie sobie three carde monte. Jeszcze mi kiedyś zapłacicie moją wygraną!
— Wasza groźba znaczy dla nas tyle, co nić pajęcza w powietrzu. Wyliczcie mu, sąsiedzie, a potem niech się wynosi!
Otrzymawszy, co mu się należało, odszedł. Pod drzwiami odwrócił się raz jeszcze i rzekł:
— Pamiętajcie więc dobrze! Przyjdę po swoje pieniądze i pomówię z tą piękną miss!
Jaka szkoda, że nie poczęstowaliśmy go zaraz kulą!
W pewien czas potem musiałem udać się do Little-Rock, by zakupić różne rzeczy na wesele. Pilno mi było z powrotem, dlatego nawet nocą jechałem i nad ranem przybyłem do farmy. Znalazłem ją zamkniętą, a nigdzie nie zauważyłem ani konia, ani innego bydlęcia. Zaniepokojony tem, pospieszyłem do Freda Hammera, ale tam zastałem to samo. Zdjęło mnie okropne przerażenie, ścisnąwszy więc konia ostrogami, popędziłem do sąsiada Holborna, który, jak to Kanada-Billowi powiedziałem, mieszkał o pięć mil od nas. Drogę tę odbyłem wtedy w niespełna godzinie. Kiedy zsiadłem we wrotach, wybiegły naprzeciw mnie matka i Betty.
— Na miłość Boga, wy płaczecie! Co się z wami dzieje? — spytałem.
Wśród płaczu i szlochania powiedziały, co się stało.
Betty zrywała z ojcem kukurydzę, a Mary została w domu sama jedna. Pole leżało dość daleko od domu, ale mimo to wydało im się, jak gdyby usłyszeli stłumiony okrzyk niewieści. Przybiegłszy czemprędzej, zobaczyli oddział jeźdźców, pędzący precz, a jeden z nich trzymał przerzuconą na poprzek siodła skrępowaną dziewczynę. Teraz było mi wszystko jasnem. Owi rozbójnicy wpadli w biały dzień i uprowadzili moją narzeczoną. W domu było wszystko poprzewracane. Pieniądze, odzież, broń i amunicya, wszystko zniknęło, a konie wypędzono z zagrody, aby uniemożliwić natychmiastowy pościg.
Fred Hammer pobiegł do ojca, lecz tu także koni nie było. Złowiwszy dwa z wielkim trudem, uzbroili się obydwaj, matka i Betty musiały dosiąść koni, farmy zamknięto, a wszystko bydło i inne zwierzęta popędzono do Holborna. Ten sąsiad wziął także w rękę swoją kentucką rusznicę i wszyscy trzej wyruszyli zaraz w pogoń za rozbójnikami, zostawiwszy polecenie, żebym ja zaraz po powrocie ruszył za nimi.
— W którym kierunku pojechali? — zapytałem matkę.
— W górę rzeki. Zostawią ci wyraźne znaki, ażebyś ich nie minął.
Wziąwszy świeżego konia, popędziłem we wskazanym kierunku. Nieraz opowiadano nam o bandzie opryszków, grasującej od środkowego Arkanzasu aż do Missouri, my jednak nie obawialiśmy się ich, gdyż nie pokazywali się nigdy blizko nas. Czyżby Kanada-Bill wezwał ich na pomoc w tej wyprawie? Opanowała mię taka zawziętość, że byłbym rzucił się na nich, żeby ich nawet stu było.
Obiecane znaki znalazłem. Od czasu do czasu widziałem obłamane gałązki i nacięcia na korze drzew, mogłem więc bez zatrzymywania się dążyć pośpiesznie naprzód. Tak jechałem aż do wieczora i dopiero ciemność zmusiła mnie do postoju. Wbiłem kołek do ziemi, przywiązałem doń konia i owinąłem się kocem. Korony drzew szumiały nade mną, a we mnie wrzała burza. Spokój mnie odleciał, nie mogłem usnąć. O świcie ruszyłem dalej, a przed południem byłem już na miejscu, gdzie ojciec obozował z sąsiadami. Popiół z ogniska był wilgotny od rosy, co było dowodem, że oni także wyruszyli dopiero rano.
Tak gnałem aż do ujścia Kanadianu. Las był tu gęstszy, a znaki coraz wyraźniejsze i świeższe. Nie ustawałem w pośpiechu, a mój poczciwy koń nie okazywał znużenia pomimo wytężającej jazdy.
Wtem doszedł mnie silny, głęboki głos mężczyzny, mówiącego donośnie w lesie. Słowa były angielskie, przypuszczałem więc, że to jakiś biały tak nieostrożnie się odzywał. Zwróciłem konia w tę stronę. Jak myślicie, co ujrzałem?
Na starym pniu ściętego drzewa w samym środku małej polany stał człowiek, wywijając rękami i przemawiając do pni drzew leśnych tak, że lepiej i piękniej nie każdyby potrafił przemówić na publicznym mityngu. W innych okolicznościach byłby mnie może śmiech pusty porwał na widok człowieka, wygłaszającego kazanie do moskitów i chrabąszczy, ale ten człowiek mówił głosem tak niezwykłym, a wyrażał się tak osobliwie, że mi się śmiać odechciało.
Już zdaleka rozpoznałem jego twarz. Był to meżczyzna długi, silny i żylasty, prawdziwy Jankes z wystającym nosem, niebieskiemi oczyma bez cienia fałszu, z szerokiemi ustami, silną dolną szczęką. Mimo swej dobroduszności mógł jednak być przebiegłym, gdyby tego okoliczności wymagały.
Pod pniem leżała olbrzymia siekiera, dobra rusznica i kilka innych rzeczy, niezbędnych w tych stronach. Zdawało się, że ten człowiek ćwiczył się w przemawianiu i wyglądał na self-mana, zdolnego przebić się przez nędzę, walkę i pracę do lepszego stanowiska, niż je Zachód dać może.
Słyszałem jego każde słowo. Mówił zaś tak:
— Sądzicie, że niewolnictwo jest rzeczą świętą i konieczną, której nie można usunąć ani przemocą, ani argumentami? Czyż ucisk człowieka, pogarda i dręczenie całej rasy mogą być rzeczą świętą? Czy jest to konieczne, żeby na siły ludzkie nakładać prawo własności, skoro za wynagrodzenie pracowałyby o wiele lepiej i wierniej? Nie chcecie ani dowodów słyszeć, ani uznać przemocy? Dobrze, ja wam mimo to wyłuszczę argumenty, a choć wy ich nie uznacie, to przecież podniesie się nieodparta siła, która złamie wasz kij, którym okładacie murzyna, wyrwie z serca zachłanność i zmiażdży, zniszczy wszystko, coby się odważyło stanąć jej w drodze. Ja wam powiadam, że przyjdzie czas, kiedy...
Przerwał, ponieważ zauważył mnie. W następnej chwili zeskoczył z pnia, podniósł strzelbę do strzału i zawołał:
— Stójcie, człowieku, ani kroku dalej! Kto wy?
Pshaw! — odpowiedziałem. — Odłóżcie spokojnie pukawkę! Nie mam chęci was pożreć, ani dostać w brzuch okrągłego kawałka ołowiu!
Następne spojrzenie widocznie upewniło go o mojem pokojowem usposobieniu, bo spuścił strzelbę i skinąwszy głową, rzekł:
Well! To chodźcie tu i powiedzcie, kto jesteście!
— Nazywam się Tim Kroner. Od wczoraj pędzę w górę rzeki, ścigając bandę bushheaderów, którzy porwali mi narzeczoną.
— A moje nazwisko: Lincoln, Abraham Lincoln. Przybywam z gór i tutaj chcę sobie zbudować tratwę, ażeby drzewo sprzedać na południu. Dopiero od godziny jestem tutaj. Banda bushheaderów porwała wam narzeczoną, powiadacie? Ilu ich może być?
— Dziesięć do dwunastu głów.
— Na koniach?
— Tak.
Bounce! Przed bardzo krótkim czasem widziałem trop tylu właśnie koni, przejechałem wpoprzek i znalazłem tutaj podobny. Jednakże wydało mi się, że ten drugi liczył z tuzin nowych kopyt.
— To mój ojciec z dwoma sąsiadami, którzy już przede mną wyruszyli za nimi.
— To się zgadza. Jest was zatem czterech przeciwko dwunastu. Czy przydałyby wam się i moje ręce?
— Owszem. Obyście tylko zechcieli je ofiarować!
— Dobrze! Come on!
Zabrawszy swoje rzeczy, przewiesił strzelbę przez jedno ramię, a topór zarzucił na drugie i ruszył przodem, jak gdyby się to samo przez się rozumiało, że mam za nim podążyć.
— Dokąd idziemy, sir? — spytałem, widząc, że poszedł w kierunku, przecinającym pod kątem moją drogę.
— Za tymi ludźmi. Gdzieżby zresztą? Nieco dalej zwrócili się rozbójnicy na północ od rzeki, a my skrócimy sobie drogę, czyniąc to samo.
Mówił tak stanowczo, że nawet nie próbowałem mu się sprzeciwiać, lecz puściłem go przodem, a sam trzymałem konia tuż za nim. Lincoln miał krok długi i wydatny, jak rzadko. Gdybym nie był na koniu, byłbym musiał dobrze się natężać, by mu dotrzymać kroku. Wreszcie zatrzymał się mój przewodnik i wskazał na ziemię.
— Tu jest znowu trop. Dwa, sześć, dziewięć, dwanaście, piętnaście koni! Przechodząc przez ten trop przedtem, widziałem tylko dwanaście. To dowód, że i wasi tędy przejechali i to zaledwie przed kwadransem, bo zgięte źdźbła trawy nie podniosły się jeszcze. Podpędźcie trochę konia, żebyśmy ich czemprędzej doścignęli!
Pośpieszył naprzód tak potężnymi krokami, że musiałem konia puścić kłusem, ażeby nie zostać w tyle.
Las już się dawno był skończył i przeszedł w nizkie zarośla. Teraz wydostaliśmy się na wolną polanę, wchodzącą z preryi w las, jak zatoka. W oddali zauważyliśmy znowu pas grubych drzew, a między nimi a nami podążali trzej jeźdźcy sposobem indyańskim jeden za drugim. Słońce zniknęło i zmrok już zaczął zapadać, lecz mimo to rozpoznaliśmy ich dokładnie. Lincoln podniósł rękę.
— Oto oni. Go on!
Rzucił się naprzód w długich podskokach, przenosząc punkt ciężkości w miarę zmęczenia z jednej nogi na drugą. To jest jedyny sposób na to, żeby wytrzymać długi bieg. Wkrótce zmniejszyła się odległość między nami a nimi, a gdy nas zauważyli i stanęli, już byliśmy przy nich.
— Nareszcie, Timie! — zawołał ku nam ojciec. — Kto jest ten człowiek?
— Mister Abraham Lincoln, którego spotkałem nad rzeką. Chce nam dopomóc. Teraz nie opowiadajcie mi nic. Wiem już o wszystkiem. Jedźmy, żeby jak najprędzej dopędzić zbójów!
— Są już niedaleko i z pewnością rozbiją obóz w lesie. Naprzód, zanim się ściemni, bo potem stracimy ich ślady!
Ruszyliśmy dalej w milczeniu, rozluźniliśmy noże i wzięliśmy strzelby do rąk. Koło pierwszych drzew pod lasem Lincoln się schylił, ażeby trop dobrze zbadać, a po chwili rzekł:
— Zobaczmy tu jeszcze raz, jak sprawa stoi, bo w ciemnym lesie nie da się to rozpoznać. Te odciski kopyt są najgłębsze; widocznie dźwigał ten koń większy ciężar, niż inne, a zatem zapewne niesie jeźdźca i dziewczynę. Widzicie, że kuleje? Lewa tylna noga stąpa tylko przodem kopyta. Będzie musiał wypocząć, dlatego wszyscy jeźdźcy się zatrzymają.
Well, sir, przyznaję wam słuszność — zauważył ojciec. — Prędzej, naprzód!
— Czekajcie, mister! To byłby straszny błąd. Wyobrażam sobie, że są od nas nie dalej, jak o kwadrans drogi i rozłożyli się już może obozem. Czy chcecie się zdradzić przez konie i zniweczyć cały plan?
— To prawda. Musimy konie zostawić! Ale gdzie? Po drugiej stronie widzicie krzak dzikiej czereśni. Tam spętane nie uciekną pewnie.
Tak się stało. Dalej ruszyliśmy już pieszo. Lincoln szedł przodem, a my z konieczności musieliśmy uznać go za przewodnika. Domysł jego okazał się słusznym, gdyż już niezbyt głęboko w lesie poczuliśmy woń spalenizny, a potem ujrzeliśmy jasny dym, szukający sobie drogi pomiędzy koronami drzew.
Teraz należało unikać wszelkiego szmeru. Szukając osłony za każdem drzewem i przeskakując błyskawicznie odstępy, skradaliśmy się coraz bliżej, aż wreszcie zobaczyliśmy ognisko, a dokoła jedenastu ludzi. Między nimi siedziała Mary, blada jak trup i z głową zwieszoną ku ziemi.
Nie mogłem znieść tego widoku i, nie pytając drugich o zdanie, podniosłem strzelbę.
— Stać! — upomniał Lincoln. — Jednego z nich brakuje...
W tej chwili huknął mój strzał. Człowiek, do którego wymierzyłem, dostał kulą w sam środek czoła. Równocześnie zerwali się tamci na nogi i pochwycili za broń.
— Ognia i na nich! — rozkazał Lincoln.
Do mnie nie odnosił się już ten okrzyk, gdyż odrzuciwszy strzelbę, przyskoczyłem do Mary i ukląkłem przy niej, by jej poprzecinać rzemienie, ściskające jej ręce.
— Timie, czy to być może? — zawołała i uszczęśliwiona objęła mnie wolnemi rękoma tak silnie, że się prawie poruszyć nie mogłem.
— Puść, Mary, teraz inny obowiązek mnie wzywa! — poprosiłem narzeczoną i dobywszy noża, zerwałem się do walki.
Tuż przede mną uderzył Lincoln zbója w głowę toporem tak, że runął bez jęku. Był to ostatni z jedenastu. Z obu stron wystrzelono tylko raz i chwycono zaraz za broń białą.
— Timie, na miłość Boga! — zawołała w tej chwili Mary i wskazawszy na drzewo, rzuciła mi się na piersi.
Spojrzawszy w ową stronę, zobaczyłem wylot lufy, wymierzonej wprost do nas. Strzelec stał ukryty za drzewem.
— To za three carde monte! — ozwał się jakiś głos.
Zanim zdołałem się poruszyć, błysnęło, coś szarpnęło za ramię, a Mary krzyknęła i obsunęła się na ziemię. Kula przebiła mi ramię i poszła jej w serce.
— W niego! — zgrzytnął ktoś obok mnie.
Był to ojciec. Podniósłszy rusznicę kolbą do góry, rzucił się ku owemu drzewu, a ja za nim. W tem błysnęło z drugiej lufy, jakaś postać, której poznać nie mogłem, pobiegła w las, a ojciec padł pod moje nogi z przestrzeloną piersią. Oszalały z wściekłości puściłem się w pogoń za uciekającym. Nie widziałem go, ale znałem kierunek, w którym znikł. Po kilku skokach dostałem się na miejsce, gdzie stały konie rozbójników. Lecz zwierząt już nie było, tylko końce poprzecinanych lass wisiały na kołkach, wbitych w ziemię. Zrozumiałem, że nie dopędzę już tego człowieka, bo on miał konia, a ja nie.
Wróciwszy na pobojowisko, zastałem oba trupy ułożone obok siebie, a Lincolna zajętego ich badaniem.
— Już nie żyją — rzekł — niema już w nich ani śladu życia!
Nie mogłem ani słowa z siebie wydobyć, a tak samo Fred Hammer. Są cierpienia, które zwęglają serce, a na zewnątrz nie wydobędzie się ani jeden dźwięk. Lincoln podniósł się z ziemi, a widząc, że już wróciłem, rzekł gniewnie:
— Byłoby do tego nie przyszło, gdybyście byli ze strzałem zaczekali na odpowiednią chwilę. Odrobinę prochu i małą kulę zapłaciliście życiem narzeczonej i ojca. Radzę wam, abyście drugim razem byli ostrożniejsi!
— Czy potraficie to udowodnić, sir, że powinienbym był wstrzymać się ze strzałem? — spytałem.
— Udowodnić? Pshaw! Po śmierci nie trzeba dowodu! Należało ich otoczyć i wypalić na jeden znak ze wszystkich strzelb. Każdy z nas miał dwururkę, bylibyśmy więc odrazu sprzątnęli dziesięciu ludzi, zanimby byli zdołali pomyśleć o oporze. A waszego „three carde monte“ bylibyśmy pewni schwytali podczas obchodzenia obozu, byłby więc wogóle nie znalazł sposobności do strzału!
To była stosowna nauczka, dana w stosownej chwili, moi gentlemani. Ani tej nauczki, ani tej chwili nigdy nie zapomnę. Możecie mi wierzyć!
Opowiadający westchnął głęboko, przerwał opowiadanie i przesunął dłonią po twarzy, jak gdyby chciał zetrzeć smutne wspomnienie. Potem dopił resztę ze szklanki i zaczął na nowo:
— Gdy zwierzę skrada się przez sawannę albo przez krzaki, to najmniejsze i najlżejsze kopyto zostawia ślady, którymi podążyć może myśliwiec. Wszyscy to wiecie, gentlemani. A kiedy dni, miesiące i lata jak burza przelecą nad człowiekiem, albo powoli, skrycie i podstępnie przejdą przez jego życie duchowe, pozostawiają ślady na twarzy i ślady w sercu. Wystarczy pójść tymi śladami, aby natknąć się na zdarzenia, które zrobiły człowieka tem, czem jest.
Chciałem być i pozostać pilnym farmerem, ale łódź mojego żywota popłynęła w innym kierunku. Mary nie żyła, ojciec nie żył, a matka tak sobie to wzięła do serca, że niebawem zaczęła chorzeć, aż wreszcie zapadła w sen wieczny. Nie mogłem wytrzymać tam, gdzie dawniej byłem tak szczęśliwy, sprzedałem farmę Fredowi Hammerowi, zarzuciłem strzelbę na ramię i udałem się na Zachód tydzień przed weselem Betty Hammerównej, która wyszła za mulata, bardzo ładnego i zacniejszego, niż są zwykle kolorowi.
W dark and bloody grounds wrzało wówczas żwawe, ruchliwe życie, lepsze, o wiele lepsze, niż teraz. Czerwonoskórzy zachodzili o wiele dalej w głąb kraju, aniżeli dzisiaj, musiało się mieć oczy otwarte, jeśli się nie chciało położyć spać wieczorem, a rano obudzić bez skalpu w wiecznych ostępach. Nie było jednak tak źle, bo czterech, a choćby i pięciu Indyan można jeszcze utrzymać w przyzwoitej odległości od siebie; ale obok czerwonych uwijało się wtedy mnóstwo białej hołoty różnego rodzaju, którą na Wschodzie nazywają „runners“ i „loafers“ albo „tramps“. Ci złośliwi i szczwani ludzie dają w nowszych czasach porządnym i spokojnym obywatelom wiele do czynienia. Obawiano ich się bardziej, aniżeli Indyan, wziętych wszystkich razem od Mississipi aż do Oceanu Wielkiego.
O jednym szczególnie bardzo wiele mówiono, jako o tak zuchwałym szatanie, że sława jego dostała się aż na kontynent europejski. Zgadniecie chyba, że mam na myśli Kanada-Billa. Ale czy także wiecie o tem, że on z pochodzenia nie jest niczem więcej, jak tylko angielskim cyganem? Przybył najpierw do Kanady i handlował końmi, dopóki się nie przekonał, że kartami można więcej zarobić. Oddał się three carde monte i niepokoił tem najpierw kolonie brytańskie, dopóki nie doszedł w tem do takiego mistrzowstwa, że mógł się puścić przez granicę do Jankesów z otwartemi głowami. Najpierw zatem grasował na Północy i Wschodzie, wypróżniał najsprytniejszym gentlemanom sakiewki do ostatniego permy, poczem udał się na Zachód, gdzie oprócz gry w karty uprawiał jeszcze inne rzemiosła. Byłby na tej drodze prędko doszedł do stryczka, gdyby nie był na tyle przebiegłym, że zawsze umiał obalić dowód winy. Ze mną postąpił tak samo. Wiedziałem, kto był mordercą Mary i ojca, mogłem na to przysiąc tysiąc razy, ale czy widziałem, że on strzelał? Nie; dlatego nie można było złożyć nad nim prawdziwego jury. Ale nie darowano mu nic; możecie mi wierzyć, bo dobra strzelba to najlepsze jury. Czekałem tylko, żeby się nasze drogi spotkały.
Oddawna nie byłem żółtodzióbem w swoim zawodzie, miałem dobrą pięść, jasne, otwarte oko, zdrowe ciało i kilka lat za sobą, pełnych trudów i doświadczenia. Byłem raz nad górnym biegiem Kanzasu i polowałem na bobry. Po dobrym połowie sprzedałem skórki kilku ludziom z kompanii futrzanej, których spotkałem, i czekałem na sposobność dostania się nad Missisipi, gdyż chciałem zobaczyć Teksas, o którym tyle podówczas mówiono,.że miałem tego pełne uszy.
Oczywiście napotkałem przytem na niemałe trudności, gdyż okolice, przez które musi em przejeżdżać, dyabelnie były niepewne. Kreekowie, Saminole, Choktawi i Komancze wodzili się ciągle za łby, zwalczali się wzajem krwawo i uważali każdego białego za wspólnego wroga. Należało więc ciągle trzymać oczy i uszy otwarte. Droga moja wiodła przez sam środek terenu walk, a ponieważ byłem sam jeden, przeto musiałem się zdać na własną ostrożność i wytrwałość. Nawet konia nie miałem, bo mi go kupcy przeszachrowali, trzeba było jechać na starych mokassynach. Szedłem tedy mniej więcej ku Smoky-Hill i obliczałem sobie, że już znajduję się niedaleko od Arkanzasu. Coraz to więcej wód, płynących do tej rzeki, zagradzało mi drogę, coraz więcej ukazywało się zwierząt takich, które żyją tylko nad brzegami wielkich rzek.
Idąc przez las, natknąłem się niespodzianie na ślady stóp człowieka białego, jak na to wskazywała ta okoliczność, że części stopy przy palcach rozchodziły się, a nie zwracały ku środkowi, jakby to było u Indyanina. Poszedłem za tym śladem z największą ostrożnością i po chwili stanąłem ździwiony, bo usłyszałem donośny ludzki głos, a ze słów wywnioskowałem, że głos ten miał wielu słuchaczy.
— Tak oświadczył przedtem prokurator, gentlemani i ladies, którzy zgromadziliście się przed trybunałem, ażeby zobaczyć i usłyszeć, jak się zachowuje człowiek, oskarżony o morderstwo. Wreszcie przyszła kolej na mnie, obrońcę tego człowieka, a ja dowiodę, że jest zupełnie niewinny. Muszę wam bowiem powiedzieć, że nazywam się Abraham Lincoln, a czcigodny sir, do którego to nazwisko należy, tylko wówczas przyjmuje mandat obrońcy, jeśli nabrał przekonania, że nie podejmuje się obrony łotra...
— Lincoln, Abraham Lincoln — pomyślałem sobie. — Wobec tego nie mam powodu się wahać, lecz idę wprost do tych gents i ladies, do których on przemawia!
Poszedłem dalej naprzód. Istotnie. Naprzeciw mnie błyszczała jasna powierzchnia rzeki pomiędzy drzewami, a na wodzie zauważyłem pierwszą warstwę pni rozpoczętej tratwy. Na tratwie stał Abraham Lincoln, jednak nie z gentlemanami i ladies, lecz sam, sam jeden, trzymał otwartą książkę w lewej ręce, a prawą dla dodania nacisku swej mowie wymachiwał w powietrzu, jak gdyby łowił komary i jętki, igrające nad wodą.
Zauważył mnie, gdy stanąłem nad brzegiem, ale nie przerwał sobie.
Good day, master Lincoln! Czy wolno do was na chwilę pójść?
— Kto to? By good, to master Kroner, który przedwczesnym wystrzałem pozbawił się własnej narzeczonej! Zostańcie jeszcze dwie minuty na brzegu, bo chcę dokończyć mowy. Zależy mi bardzo na tem, żeby ją wygłosić, gdyż mam ocalić niewinnego, któremu zarzucają, że popełnił morderstwo!
— To mówcie! Ja tymczasem tutaj usiądę.
Zapewniam was, panowie, że mowa była znakomita. Gdyby się była odnosiła do wypadku rzeczywistego, byłby oskarżony z pewnością został uwolniony od winy i kary. Lincoln w roli obrońcy nie wydał mi się wcale śmiesznym, gdyż zauważyłem, że w tej puszczy przygotowywał się do zawodu lawyera. Gdy skończył, poskoczyłem do niego, a on podał mi rękę.
Welcome, master Kroner! Skąd wzięliście się nad starym Kanzasem?
— Byłem przez pewien czas w Colorado, gdzie nałowiłem nieco bobrów, a teraz dążę do Mississipi, aby pójść trochę do Teksas.
— Dlaczego właściwie udajecie się na Zachód, a nie zostaliście w farmie, gdzie mnie pomimo tych dwojga zmarłych było przez kilka dni tak dobrze?
Przedstawiłem mu w krótkości powody mego kroku, a on uścisnął moją rękę i rzekł:
— To słuszne! Boleść serca, to zły towarzysz. Nie należy mu się poddawać i łączyć z nim na jednem miejscu, trzeba go zabrać z sobą w daleki świat, tam porzucić i wrócić wolnym człowiekiem. Ja ciągle jeszcze jestem tem, czem byłem wówczas: ścinam drzewo tam, gdzie mnie ono nic nie kosztuje, a zawożę tam, gdzie mi za nie dają dobre dolary. Ale to będzie moja ostatnia tratwa. Potem idę na Wschód, żeby się przekonać, czy potrafię coś lepszego robić. Gdybym tu był już skończył robotę, bylibyście mogli pojechać ze mną. Niestety muszę tu jeszcze ze czternaście dni zabawić.
— To nic, sir! Jeśli wam to na rękę, zostanę z wami. Westman nie dba o to, czy tydzień czasu więcej lub mniej na jednem miejscu posiedzi. Jeśli przyjmiecie moją pomoc, to skończymy pracę w połowie tego czasu. To pewnie nie narazi was na żadną stratę.
— Dla mnie będzie to bardzo korzystne, jeśli zostaniecie i pomożecie mi trochę, bo to przyda się jeszcze z innego względu. Oto od pewnego czasu krążą tu Indyanie jak komary, a w takich wypadkach dwaj ludzie znaczą więcej niż jeden człowiek. To chyba jasne. A może wy wciąż jeszcze chwytacie strzelbę o pięć minut za prędko?
— Bądźcie spokojni, sir! Tim Kroner poprawił się i nie zrobi wam wstydu.
Well, spodziewam się tego! Ale niema drugiej siekiery, gdybyście chcieli zabrać się do roboty. Trzebaby pójść po nią do Smoky-Hill, a przy tej sposobności możnaby przynieść trochę amunicyi, która mi się już wyczerpuje.
— Daleko to stąd?
— Dobre dwa dni drogi. Rzecz dałaby się jednak załatwić prędzej. Możnaby przyczepić do tratwy jeszcze jedno pole, aby była odporniejsza i żeby lepiej było nią kierować, a potem popłynąć z prądem, co wymaga tylko jednego dnia czasu. Pnie zostawi się tam na kotwicy, a potem przyczepi się je z tyłu.
— To ja pojadę po te potrzebne nam rzeczy.
— Wy? A potraficie kierować tratwą?
— Jeśli ją będę miał, to potrafię, w przeciwnym razie nie. Tratwa będzie dość mała, przeto jeden człowiek da sobie radę.
— Ale powrót będzie niebezpieczny, jeśli Indyanie nie pójdą gdzieś indziej. Dziwi mnie to, że dotychczas nie odwiedzili mnie jeszcze.
— Ja sądzę, że dobrze wykonam swoje zadanie.
— W takim razie zgoda. Wypocznijcie z podróży, a ja zabiorę się zaraz do roboty, bo tratwa musi być jutro gotwa.
— Nie jestem zmęczony i mogę wam pomóc.
Bounce! Widzę, żeście się stali pożytecznym człowiekiem. Come one zatem, do dzieła!
Nazajutrz rano płynąłem już z wodą. Rzeka była zawsze wolna i miała spad tak dobry, że już wieczorem ujrzałem przed sobą fort. Skręciłem ku brzegowi, przymocowałem pnie do brzegu i poszedłem ku ogrodzeniu, otaczającemu domy drewniane, zwane tutaj fortecą.
U wejścia stał żołnierz na straży. Pozwolił mi przejść, gdy mu wyjawiłem cel mego przybycia. W pierwszym domu zażądałem bliższych wiadomości.
— Musicie o to zapytać kolonela Butlera, który tutaj dowodzi — odpowiedziano mi. — On jest tam w domu oficerskim.
— Kto mnie oznajmi?
— Oznajmi? Człowieku, nie znajdujecie się przecież przed białym domem w Waszyngtonie, lecz w ostatnim posterunku przed indyańską granicą! Tutaj nikt na takie drobnostki nie zważa. Kto przejdzie przez palisadę, może wetknąć nos tam, gdzie były już inne nosy.
Skierowałem się ku wskazanemu mi budynkowi i wstąpiłem przez drzwi do izby, w której nie zastałem nikogo. Tylko z sąsiedniego pokoju dochodziło kilka głosów, oraz dźwięk złotówek i srebrników.
Drzwi były tylko przymknięte. Zanim wszedłem, chciałem zobaczyć, z kim mam do czynienia i rzuciłem okiem przez szparę. Na środku izby stał z gruba ciosany stół, przy którym siedziało może dziesięciu oficerów rozmaitych stopni i grało w karty przy świetle świecy z łoju jeleniego. Wprost naprzeciwko kolonela siedział... nikt inny, tylko Kanada-Bill przed ogromną kupą pieniędzy, piasku złotego i grudek i przerzucał na swój sposób trzy karty.
Grali w three carde monte.
Nikt z nich nie mógł mnie widzieć. Wahałem się, czy wejść i namyślałem się właśnie nad sposobem powitania Billa, kiedy zauważyłem, jak on wykonał ten sam ruch błyskawiczny, którym wówczas wrzucił sobie czwartą kartę do rękawa. W jednej chwili ja stanąłem za nim i pochwyciłem go za rękę.
— Za pozwoleniem, gentlemani, ten człowiek gra fałszywie! — powiedziałem.
Bill chciał powstać, lecz mu się to nie udało, gdyż lewą ręką trzymałem go za ramię, a prawą ścisnąłem za szyję tak mocno, że mu zatamowało oddech i odebrało zdolność do wszelkiego ruchu.
— Gra fałszywie? — wybuchnął pułkownik. — Udowodnijcie to! Kto wy jesteście i czego tu chcecie? Jak weszliście tutaj?
— Jestem traperem, sir, i przybyłem do waszego store po pewne rzeczy. Znam tego człowieka bardzo dobrze, nazywa się Wiliam Jones, albo (jeśli zrozumialsze będzie dla was inne jego nazwisko) Kanada-Bill.
— Kanada-Bill? Prawda to? On nazwał się tu Fred Fletcher. No, puśćcie go już!
— Nie zrobię tego, dopóki się nie przekonacie, że mówię prawdę. On gra nie trzema, lecz czterema kartami.
— Gdzie jest czwarta?
— Wyjmijcie mu ją z jego rękawa!
Jeden z poruczników sięgnął do rękawa i wyciągnął kartę.
Zounds, macie słuszność, człowieku. Winniśmy wam wdzięczność, bo ten łotr wyssał nas prawie do ostatniego permy. Puśćcie go! Teraz będzie miał z nami do czynienia.
— A trochę także ze mną, gentlemani. On zastrzelił mi dwie osoby, które kochałem nadewszystko, a teraz musi się na to zgodzić, że się z nim policzę.
— Tak sprawy stoją? Jeśli zdołacie udowodnić swoje twierdzenie, to już po nim!
Odjąłem odeń rękę. Był już prawie zaduszony i zaczął teraz wciągać powietrze w pośpiesznym krótkim oddechu, zanim wróciła mu świadomość położenia. Potem zerwał się na równe nogi.
— Czego chcecie...?
Utknął w połowie pytania, gdyż teraz dopiero zobaczył mnie i poznał natychmiast.
— Czego ten człowiek chce od was, to jeszcze usłyszycie — rzekł pułkownik. — Czy jesteście Wiliam Jones, Kanada Bill?
Damn! Dajcie mi pokój ze swoim Kanada-Billem! Nie znam go i nazywam się Fred Fletcher, jak wam to już dawno powiedziałem.
— Dobrze! Nazwisko nam obojętne, bo nie sądzi się nazwiska, lecz czyn. Graliście z nami fałszywie!
— Ani mi przez myśl nie przeszło, sir! Czy uważacie może siebie i tych gentlemanów za ludzi, wobec których można się odważyć na takie sztuczki?
— Przywykliśmy do gry rzetelnej. Nie podejrzewaliśmy was, że jesteście opryszek, dlatego nie patrzyliśmy wam na palce. Gdybyśmy byli wiedzieli, kogo mamy przed sobą, byłby się wam ten figiel nie udał.
— Tu o żadnym figlu niema mowy. Grałem uczciwie.
— A karta, znaleziona w waszym rękawie?
— To mnie nic nie obchodzi! Ja tam jej nie wsadziłem. Czy widzieliście to może, kolonelu?
— Sama więc tam wpadła?
— Albo ją tam włożono. Kto mnie trzymał za rękę, ten będzie chyba wiedział, jak ona się tam dostała!
Te słowa oburzyły mię do żywego. Nie mogłem się już dłużej powstrzymać i uderzyłem go pięścią w głowę tak, że upadł na krzesło.
— Macie dobre uderzenie, master — rzekł śmiejąc się pułkownik — ale dajcie temu raczej pokój, bo to nie należy do rzeczy. My go potem sami weźmiemy w obroty i nie pożałujemy rąk.
— Mam prawo żądać, żebyście mnie bronili przed takiemi napaściami, sir — zawołał Jones, usiłując się podnieść. — Oskarżam tego człowieka o to, że umyślnie rzucił mi kartę do rękawa!
— Tak, tę samą kartę, którą pokazywaliście nam przed kilku sekundami. Nie narażajcie się przynajmniej na śmiech! Towarzysze, czy uznajecie tego mr. Jonesa, czy Fletchera, winnym?
— Grał fałszywie; o tem niema co wątpić! — zabrzmiało dokoła.
— W takim razie wydajmy nań wyrok i to zaraz na miejscu!
Odeszli na bok, by się porozumieć. Kanada-Bill zdradził się sam. Spojrzał na leżącą jeszcze przed nim kupę pieniędzy, a potem do otwartego okna. Szybkim chwytem zabiał tyle monet, ile w tym pośpiechu zdołał i poskoczył ku oknu. Lecz równocześnie ja podniosłem rusznicę do twarzy i zawołałem:
Stop, master Jones! Jeszcze krok, a będzie po was!
Oglądnął się, poznał, że to prawda i zatrzymał się natychmiast.
— Liczę do trzech; jeśli do tego czasu pieniądze nie będą na swojem miejscu, to strzelam. Raz...
Wrócił powoli do stołu.
— Dwa...!
Położył pieniądze obok reszty.
— Tak, teraz usiądźcie i czekajcie spokojnie, zanim się los wasz rozstrzygnie!
Teraz dopiero opuściłem lufę. Oficerowie skończyli naradę, a podczas narady widzieli oczywiście, co było zaszło. Teraz przystąpili znów do nas, a pułkownik, podawszy mi powtórnie rękę, rzekł z uśmiechem:
— Dzielny z was zuch, master... Jakże się właściwie nazywacie?
— Tim Kroner, sir!
— A zatem, mr. Kroner, jesteście zuch. Szkoda, że nie służycie w moim pułku, lub coś podobnego! — Zwracając się zaś do Jonesa, dodał: — Za swój figiel dostaniecie pięćdziesiąt dobrych batów na gołą skórę. Sądzę, że wam to wyjdzie na korzyść!
— Pięćdziesiąt batów? Jestem niewinny; przeto nie uznaję tego wyroku!
Well, mylord, to dostaniecie je niewinnie, a gdy już przylgną do waszej skóry, będziecie je musieli przyjąć. Gdybyście potem chcieli apelować przeciw temu u prezydenta, to wystawię wam asygnatę na nowych pięćdziesiąt, albo na sto. Poruczniku Welhurst, weźcie tego człowieka na dwór i postarajcie się, żeby otrzymał wszystko, co mu się należy!
— Możecie się na mnie zdać w zupełności, kolonelu! — rzekł młody oficer, przystępując do Jonesa. — Go on, człowieku. Baty was czekają na dworze!
— Ja się nie ruszę z miejsca. Domagam się praw moich! — zawołał Jones.
Na to wykręcił się pułkownik na pięcie i rzekł:
— On niezadowolony, poruczniku. Wyliczcie mu o dziesięć więcej, czyli razem sześćdziesiąt! Rozporządzam tak, bo odpowiedzialność biorę na siebie. A jeżeli i teraz nie pójdzie, to dostanie za każdą dalszą minutę o dziesięć więcej!
— No? — zapytał porucznik z groźnem spojrzeniem.
— Pójść muszę; ale wy może nigdy nie zapomniecie, three carde monte, bo ja zwrócę się do tego sędziego, o którym teraz nikt z was nie myśli!
Wyszedł pierwszy, a porucznik za nim z odwiedzionym rewolwerem. Pułkownik zwrócił się teraz do mnie:
— Jak się przedstawia sprawa tego morderstwa, sir? Jeśli wasze dowody są silne, to na miejscu złożymy jury i weźmiemy go na stryczek. Wiecie, na jakiem znajdujemy się terytoryum, a wiecie także i to, że mam prawo załatwiania wszelkich spraw na krótkiej drodze.
Opowiedziałem dokładnie całe zdarzenie.
— W takim razie sprawa wasza źle stoi rzekł oficer. — Tu jest konieczne: albo jego przyznanie się do winy, albo przynajmniej jeden świadek, któremuby można zaufać. Ręczę wam, że podczas przesłuchania nazwie się Fred Fletcher i będzie udawał, że was nie zna. Nadto nie widzieliście wcale, że Kanada-Bili był tym, który wystrzelił. Co więcej, nie możecie nawet twierdzić, że był między rozbójnikami. Uczynię, co będę mógł; to wam przyrzekam, ale wiem dobrze, że będziemy go musieli wypuścić. Reszta to już wasza rzecz. Gdy obaj stracicie fort z oczu, wtedy będziecie mogli pomówić z nim na swój sposób.
Po chwili wprowadzono napowrót Kanada-Billa. Wyglądał okropnie. Nabiegłemi krwią oczyma patrzył sztywnie dokoła, jak gdyby usiłował wryć sobie w pamięci rysy każdego z osobna. Pułkownik rozpoczął przesłuchiwanie, które doprowadziło tylko do przewidzianego przezeń wyniku.
— Oddajcie temu człowiekowi wszystko, co miał przy sobie, i odstawcie go pod pewną osłoną w dół rzeki o pięć mil od fortu! Czy się nazywa Fred Fletcher, czy Wiliam Jones, to w żaden sposób nie może dłużej zabawić w obrębie naszych granic! Tak brzmiało ostateczne postanowienie pułkownika.
— Jesteście naszym gościem — zwrócił się teraz do mnie — dopóki wam się spodoba, mr. Kroner, a z magazynu naszego dostaniecie bezpłatnie wszystkiego, czego wam potrzeba. A może chcecie zaraz puścić się w pościg za tym człowiekiem?
— Byłbym to zrobił, gdybyście go byli wysłali w innym kierunku. O dwa dni drogi wyżej czeka na mnie nad rzeką towarzysz, do którego muszę wrócić. Wobec tego, że sprawy moje nie ułożyły się inaczej, wyruszę dopiero wtedy, gdy będę miał dobrą siekierę i trochę amunicyi. Droga Kanada-Billa zejdzie się jeszcze kiedyś z moją!
Well, sir, niech teraz ucieka! Takie plugastwo zawsze przyjdzie na strzał. Siekierę i amunicyę dostaniecie, a za ocalenie nam pieniędzy pożyczę wam kanoe z sześciu wioślarzami, którzy do jutra rana przewiozą was poza połowę drogi. Dla was to będzie wygoda, a dla nich ćwiczenie, które im przyniesie korzyść w leniwem życiu tutejszem. Ale miejcie się na baczaczność przed Indyanami! Moje daleko wysunięte posterunki donoszą mi, że nasi bracia czerwoni wykopali topór wojenny.
Pułkownik miał już o tem wiadomości, przeto nie potrzebowałem go ostrzegać. W kwadrans potem, zaopatrzony we wszystko, czego mi było potrzeba, siedziałem w pirogue, a sześciu ludzi wiosłowało w możliwie szybkiem tempie przeciw prądowi starego Kanzasu. Kanada-Billa straciłem równie prędko, jak go znalazłem. Teraz jednak chodziło mi o zacnego Lincolna. Spodziewałem się zresztą zobaczyć jeszcze kiedyś mordercę moich najdroższych istot.
Spragniony spoczynku spałem w łodzi aż do późnego ranka, a zbudziwszy się, przekonałem się, że przebyłem już więcej niż połowę drogi. Pomimo iż tego się domagałem, nie wysadzili mnie wioślarze na brzeg wprzód, zanim się nie upewnili, że dziś jeszcze dotrę do mego obozowiska. Potem oni wrócili, ja zaś ciężko objuczony puściłem się w dalszą drogę.
Późnym wieczorem dostałem się do Lincolna, dla którego mój szybki powrót był niespodzianką. Z wielkiem też zaciekawieniem wysłuchał sprawozdania o moim pobycie i zdarzeniu w forcie.
— Dobrzeście postąpili, Timie Kroner, puszczając wolno tego Jonesa — rzekł. — Spotkacie się z nim jeszcze przy lepszej sposobności. Dla mnie byłoby to rzeczą dziwną, co prawda, gdyby przyjął baty, nie spróbowawszy przynajmniej zemsty. Robi mi się tu duszno. Zabierzmy się porządnie do pracy, ażeby odejść stąd jak najrychlej!
Zaczęliśmy pracować jak niedźwiedzie, waląc pień za pniem. Po upływie tygodnia mieliśmy tylko zakończyć tratwę.
Ja poszedłem był dość daleko w głąb lasu, ażeby naciąć dobrych prętów do wiązania, a uzbierawszy dostateczną wiązkę, rozciągnąłem się na ziemi, aby trochę wypocząć. Dokoła panowała taka cisza, że słyszałem, jak liście z drzew spadały,
Wtem doleciał mnie z pewnego oddalenia cichy, całkiem cichy szelest. Po chwili nadsłuchiwania przekonałem się, że nie pochodził z gałęzi, lecz z ziemi. Czy to wąż, czy jaki inny płaz? A może człowiek? Z temi pytaniami w myśli poczołgałem się bez szmeru na palcach rąk i nóg w odpowiednim kierunku. Jak myślicie, gentlemani, co zobaczyłem? Indyanina w pełnym wojennym rynsztunku. Był to Choktaw, młody jeszcze, bo wiecie, że niektóre szczepy używają do zwiadów młodych ludzi, by wypróbować ich odwagę i chytrość. Widocznie polecono mu przeszukać brzeg rzeki. Nie znalazł był jeszcze dotąd naszych śladów i dość zręcznie przeciskał się przez zarośla. Nieraz już w życiu drasnąłem czerwoną skórę i wiedziałem, że nie powinienem pozwolić mu umknąć, jeśli miałem nie wystawić na szwank naszego życia. Nie można było wahać się długo w tem położeniu. Dobyłem noża, on odwrócił się ku mnie, odkrył przez to swoją pierś, a równocześnie utkwił mój nóż w jego sercu.
Żałowałem biednego chłopca, bo zginął bez walki na pierwszej ścieżce wojennej. Ale prerya, to pani sroga i nieubłagana, nie znająca innych względów prócz własnych. Trafiłem go tak dobrze, iż nie mógł wydać głosu z siebie. Zostawiłem go na tem samem miejscu zabrawszy wiązkę, pośpieszyłem do Lincolna.
— Czy macie trochę czasu, sir? — spytałem.
— Na co?
— Żeby zanieść Indyanina do wody. Spotkałem go niedaleko stąd na zwiadach i pchnąłem nożem.
W milczeniu pochwycił Lincoln strzelbę i pobiegł za mną, a przyszedłszy do trupa, schylił się nad nim.
— Timie Kroner, macie wspaniale pchnięcie. Gdybyście byli tego szpiega nie zabili, bylibyśmy zgubieni. Widzę teraz, żeście się już stali całkowitym mężczyzną. Macie moją rękę. Od dziś mówimy sobie „ty“!
— Zgoda! Za ten zaszczyt nie dbam nawet o Kanada-Billa. Ale co teraz?
— Co teraz? Wyjaw swoje zdanie, Timie. Chciałbym wiedzieć, czy trafisz w sedno.
— Dokończymy tratwy, o ile jest już gotowa. To będzie wymagało zaledwie pół godziny, a potem rozglądniemy się za Indyanami, ażeby wiedzieć, co się dokoła nas dzieje. Może chcą napaść na fort, a w takim razie musimy ostrzec pułkownika.
— Słusznie! Weźmy się więc do roboty!
Broń Indyanina zakryliśmy mchem i liśćmi, a trupa przymocowaliśmy pod wodą tak, żeby nie mógł wypłynąć i nas nie zdradził. Potem zabraliśmy się do tratwy. Pnie końcowe, które leżały już przygotowane, dostały narazie tymczasowe wiązania, bo później mogliśmy je zmienić na mocniejsze. Następnie przybiliśmy gotowe już wiosła, umieściliśmy na tratwie zwierzynę, zastrzeloną na zapas, chróst i smolaki. Po tej robocie byliśmy gotowi do szybkiego odjazdu, gdyby tego wymagała jakaś nagła potrzeba.
Teraz udaliśmy się na to miejsce, gdzie spotkałem Choktawa, stamtąd ruszyliśmy dalej jego tropem. Trop był zupełnie wyraźny, co u starszego wojownika byłoby wykluczone. Posuwaliśmy się tedy szybko naprzód ze wzrokiem, spuszczonym ku ziemi.
Szliśmy tak przez las z godzinę. Już się zaczęło było ściemniać, co nas nieco zaniepokoiło, bo obawialiśmy się, że nie zdołamy później rozpoznawać śladów, gdy wtem zauważyliśmy nagle, że nie znajdujemy się już w głębi puszczy, lecz na wązkim leśnym półwyspie, wysuwającym się daleko na trawiastą równinę, która była albo polaną, albo szeroką zatoką sawanny.
Na polanie leżeli jedni Indyanie na trawie, a inni ujeżdżali swoje żwawe mustangi. Naliczyliśmy ze trzystu wojowników. Ponieważ byli to tylko Choktawi, przeto łatwo nasuwał się domysł, że sprzymierzeni z nimi Komancze znajdują się w pobliżu. Stojąc wśród wysokich paproci, mogliśmy objąć okiem cały obóz, w którym płonęło już kilka ognisk. Ognia nie podsycano, jakby to nieostrożni biali uczynili, którzy zazwyczaj piętrzą polano na polanie, uzyskają przez to wprawdzie wiele ciepła, ale zarazem powodują wysoki płomień zdradziecki i gęsty dym. Ci wojownicy palą ogień na sposób indyański, polegający na tem, że tylko końce polan wkłada się w ogień i posuwa je do środka, regulując dym i płomień.
Nadleciał sęp ponad lasem i jął zataczać kręgi nad polaną, wietrząc już zdobycz. Jeden z Indyan podniósł strzelbę, wypalił i trafił tak dobrze, że ptak w coraz to węższej linii ślimaczej spadł na ziemię. Kto był tym strzelcem, o tem się zaraz dowiedzieliśmy.
— Uff! — zabrzmiało tuż obok naszego stanowiska. — Syn Czarnej Pantery, to wielki wojownik. Kula jego ściąga z chmur jaskółkę!
Słowa te wymówiono w owej dziwacznej mieszaninie angielszczyzny i języka indyańskiego, której czerwonoskórcy używają w rozmowie z białymi. Ktoś więc siedział obok nas w krzakach i to nie jedna, lecz dwie osoby, bo zaraz potem usłyszeliśmy odpowiedź drugiego, daną w tym samym żargonie:
— Ale nieostrożny. Wywiadowca jeszcze nie wrócił. Nie wiemy wcale, czy w pobliżu nie znajdują się nieprzyjaciele, których uwagę mógł wystrzał zwrócić na czerwonych mężów.
— Biały! — szepnął Lincoln. — Ten łotr jest tak samo ostrożny, jak syn Czarnej Pantery. Gada tak głośno, że możnaby go w San Francisco usłyszeć. By god. Gdyby nie to: „uff“, bylibyśmy ładnie wpadli obydwom w ręce!
— Czy się mój biały brat boi? — zapytał Indyanin z dumą. — Przyszedł do nas, by nam otworzyć dom wodza białych, a dobry Manitou zesłał nam pomyślne gusła, które zaostrzają nasze tomahawki i noże. Spalimy dom białych, ich samych oskalpujemy, a proch sobie zabierzemy!
— A każdy oficer dostanie wpierw sto batów. To przyrzekł mi brat czerwony!
— Czarna Pantera tak powiedział i słowa swego nie złamie. Twoi biali wrogowie dostaną baty, howgh! Ale czerwony mąż walczy tylko bronią i nie bije rózgą nieprzyjaciela. Sam będziesz musiał ukarać ich batami!
— Tem lepiej. Wojownicy Komanczów nadejdą jeszcze tej nocy, będziemy więc dość silni. Gdy słońce raz jeszcze zniknie na zachodzie, fort już będzie zniszcony!
Zounds, to Kanada-Bill! — rzekłem cicho.
Lincoln skinął głową i wziął mnie za rękę.
— Nazad i precz stąd! Moglibyśmy zakłuć obydwu, lecz na tem nicbyśmy nie zyskali, tylko stracili. Musimy natychmiast odpłynąć i ostrzec pułkownika. Znamy termin napadu, a to rzecz główna. Śmierć tych dwu drabów wywołałaby zmianę planu, a to nie byłoby nam na rękę.
Cofnęliśmy się natychmiast cicho i ostrożnie, a wydostawszy się poza doniosłość słuchu, podążyliśmy szybkimi krokami na miejsce wylądowania. Indyanie wysłali tylko jednego człowieka na zwiady, a ponieważ ten poległ, przeto nie baliśmy się wrogiego spotkania.
Upłynęła zaledwie godzina, a my już płynęliśmy do fortu. Tratwa była większa od tej, którą ja tam jechałem, a kierowanie nią, zwłaszcza w nocy, zajęło wszystkie nasze siły i uwagę. Podróż odbyliśmy dość szczęśliwie i jeszcze przed południem znaleźliśmy się w Smoky-Hill.
Pluton piechoty ćwiczył się nad rzeką w strzelaniu, a pułkownik sam przyglądał się ćwiczeniom. Poznał mnie, zanim na ląd wysiadłem.
— Ach, master Kroner! Czy znów potrzebujecie siekiery i prochu?
— Dzisiaj nie, sir. Przybywamy w tem przypuszczeniu, że my wam będziemy potrzebni.
— Wy nam? A to na co?
Wyskoczyliśmy z Lincolnem na brzeg.
— Choktawi i Komancze chcą napaść na fort dziś w nocy.
— Do wszystkich dyabłów! Naprawdę? Wiedziałem, że uwijają się w pobliżu, sądziłem jednak, że dość będą mieli do czynienia z Kreekami i Seminolami, z którymi dopiero przed trzema dniami stoczyli ładną potyczkę, jak mi donieśli moi ludzie.
— Kanada-Bill poszczuł ich na was.
— Czy wiecie to napewno? W takim razie poszedł znów w górę rzeki, gdy go eskorta opuściła. Żałuję, że nie kazałem temu człowiekowi wpakować w łeb kuli! Jakież przynosicie wieści?
— Przypatrzcie się wpierw mojemu towarzyszowi! Nazywa się Abraham Lincoln i jest zuch, który potrafi jeszcze do czegoś doprowadzić!
Well, master Lincoln, życzę wam tego! Ale teraz powiedzcie wreszcie, co nam grozi!
Opisaliśmy mu wczorajszą przygodę.
— Pięknie, dobrze! — rzekł z uśmiechem, gdyśmy skończyli. — Dziękuję wam, panowie, za tę wiadomość i korzystam z niej odpowiednio. Czy macie ochotę przypatrzeć się temu spotkaniu, czy też wolicie popłynąć dalej?
— Zostaniemy tu, jeśli pozwolicie, sir. Nie należy wyrzekać się rzadkich przyjemności.
— To wejdźcie i rozgośćcie się swobodnie!
— Później! — rzekł Lincoln. — Przywiążemy naszą tratwę o pół godziny drogi dalej, ażeby nie wpadła w oko czerwonym. Oni z pewnością przeszukają najpierw otoczenie fortu, a nie powinni się dowiedzieć, że ktoś z góry nadpłynął. Łatwo mogliby nabrać podejrzenia, zwłaszcza że wywiadowca im zginął.
Postąpiliśmy tedy, jak nam ostrożność nakazywała, poczem wróciliśmy do fortu, gdzie przygotowywano się już na przyjęcie dzikich. Pościągano straże, wysunięte dalej od fortu, ażeby Indyanom ułatwić podejście, cztery armaty nabito kartaczami, a każdy żołnierz otrzymał oprócz rusznicy lub karabinu z dwoma lufami, pistolet i ostry nóż. Oficerowie mieli wszyscy przynajmniej po dwa rewolwery. Chodziło o to, żeby zaraz przy pierwszym ataku powitać dzikich jak największą liczbą strzałów.
Wieczorem siedzieliśmy przy stole oficerskim. W rozmowie, która się rozwinęła, okazał Lincoln zdumiewające wprost wiadomości. Pomimo swej skromności pobijał w dyspucie jednego gentlemana po drugim, a gdy rozmowa zeszła na napad, zauważył:
— Główna rzecz w tem, żeby ich nietylko przyjąć, lecz także wpaść pomiędzy nich w pierwszem zamieszaniu. Sądzę, że gdybyśmy mogli się dowiedzieć, gdzie zostawią konie, byliby napewno zgubieni. Rozporządzacie oddziałem dragonów, colonelu. Każcie im po pierwszej salwie dosiąść koni i zabrać wierzchowce Indyanom, albo... bounce, świta mi pewna myśl! Czy macie rakiety, albo inne ognie sztuczne?
— O to nie trudno, sir. Co z tem poczniecie?
— Rozpędzimy konie. Timie, pójdziesz ze mną?
— Oczywiście! — odrzekłem.
— W takim razie nie potrzebuję nikogo więcej, colonelu. Postarajcie się o ognie i wypuśćcie nas potem!
— Jak możecie się na coś podobnego odważyć!
Pshaw! Na inne rzeczy musi się człowiek nieraz odważyć. Potrzebujemy także kilku lontów, ażeby się nie zdradzić krzesaniem ognia.
Ze względu na nasze bezpieczeństwo chciano nie dopuścić do naszej wyprawy, lecz Lincoln rozwiał wszelkie wątpliwości i niebawem zaczęliśmy się skradać w las, uzbrojeni w lonty i ognie sztuczne.
Zadanie nasze było trudne i niebezpieczne, ale przy pewnej ostrożności mogło się udać. Przypuszczaliśmy, że Indyanie koni nie zostawią spętanych w lesie, lecz przywiążą je do kołków pod nadzorem kilku ludzi, to też zwróciliśmy się zaraz na prawo, gdzie szereg polanek ciągnął się w las, jakby małe jeziorka.
Kiedyśmy się czołgali skrajem jednej z nich, pochwycił mnie idący przodem Lincoln nagle za rękę i wciągnął w zarośla. Zapewne zauważył coś, co zasłaniała mi jego postać. To Indyanin przemykał się w cieniu drzew, a obok niego szedł biały.
— Kanada-Bill z Czarną Panterą! — szepnął Lincoln.
Było tak ciemno, że nie mogliśmy dokładnie poznać Jonesa, lecz rozumiało się samo przez się, że nie był to nikt inny. Spotkani szli przodem na zwiady, a w pewnej odległości za nimi poruszał się nieprzejrzanie długi wąż Indyan, idących jeden za drugim. Długo musieliśmy czekać, zanim nas minął ostatni.
— Ładny pochód, Timie! Na przedzie Choktawi, a za nimi Komancze, razem przynajmniej sześćset czerwonych skórek. Położenie pułkownika będzie trudne, a nasze również. Ale sądzę, że nasze ognie zrobią swoje!
Ruszyliśmy dalej swoją drogą i już na skraju drugiej polany ujrzeliśmy w półmroku gwiaździstej nocy cel naszej wyprawy. Na środku wolnego miejsca leżała jakaś ciemna masa: to były konie Indyan.
— Tylko jednego szczepu — rzekł Lincoln. — Drugi z pewnością zostawił swoje dalej. Chodź!
Znów podążyliśmy naprzód, aż do ciemnego rogu, zasłaniającego drugą polanę.
Well, tam są drugie, a przy nich dozorcy. Tu trzech, tam czterech ludzi. Czy sądzisz, że dostaniemy się do nich?
— Czemu nie? Trawa wysoka. Jeśli nadto skorzystamy z wiatru, żeby nas konie nie zdradziły, to nam się uda.
— Indyanin napada na nieprzyjaciela nad ranem; ale ci uważają siebie za tak silnych, że wezmą się do swego zbrodniczego dzieła już teraz. Przypuszczam, że zbliżyli się już do fortu, możemy więc zacząć. Ale Timie, tylko tomahawka i noża można używać; żadnej broni głośnej!
Położył się na ziemi i zaczął pełzać, jak wąż po trawie. Ja sunąłem się tuż za nim. Zbliżyliśmy się do siedzących na ziemi trzech Indyan na tyle, że słyszeliśmy niemal ich oddech. W samą porę zaczęły konie bić się kopytami i spowodowały szmer, który nam umożliwił zbliżenie się na odległość chwytu do nieprzeczuwających niczego czerwonych. Zobaczywszy błysk noża Lincolna, wyjąłem swój z między zębów i pchnąłem także. Dwaj już nie żyli.
— Ugh! — zawołał trzeci, zrywając się, ale ugodzony tomahawkiem Lincolna padł napowrót na ziemię.
— Wszyscy trzej już martwi! Timie, sprawa idzie nieźle! No, a teraz do tamtych czterech! A może ich za wielu?
— Nie dla mnie, ani dla ciebie! Dalej do dzieła! Tym razem nie poszło nam już tak gładko. Ażeby wiatr mieć przeciwko sobie, musieliśmy okrążać, nadto jeden z ludzi stał wyprostowany i mógł nas łatwo zobaczyć. Korzystając ze wszystkich właściwości terenu, zbliżaliśmy się jednak do nich coraz bardziej, gdy wtem zabrzmiało w oddali szatańskie wycie, poczem nastąpiła straszna salwa strzałów. To Indyanie rozpoczęli atak na fort.
— Teraz już wszystko jedno, Timie. — szepnął Lincoln. — Weź rewolwer! Żaden z nich nie powinien umknąć. Go on!
W następnej chwili był już między nimi, a ja obok niego. Po czterech lekkich trzaskach, kilku pomocniczych uderzeniach i pchnięciach, byliśmy także tutaj panami placu.
— Timie! Teraz nie potrzebujemy ani lontu, ani ogni sztucznych do wykonania arcydzieła, o którem będą tu jeszcze długo sobie opowiadali. To konie indyańskie, przyzwyczajone do chodzenia jeden za drugim. Czemprędzej wiązać rzemienie do ogonów!
Był to istotnie pomysł, na który mógł wpaść tylko Lincoln, ale niestety nie dał się wykonać, gdyż w tej chwili doszedł nas głuchy odgłos strzałów armatnich, a zaraz potem niezliczone wrzaski, które pouczyły nas o stanie rzeczy.
— Niema na to czasu. Czerwoni uciekają i zaraz tu będą. Ognie w ruch! Ty skocz zaraz do tamtej trzody. Nie potrzeba zwierząt odwiązywać; zerwą się same. Spotkamy się po tamtej stronie przy drzewach orzechowych.
Pobiegłem do pierwszej gromady koni, wydobyłem rakiety i lont, zapaliłem i rzuciłem między zwierzęta. Gdy wróciłem na umówione miejsce, Lincoln czekał już na mnie.
— Uważaj Timie, zaraz się zacznie! — rzekł, śmiejąc się do mnie.
Obie trzody odezwały się podejrzanem parskaniem. Zwierzęta poznały węchem niebezpieczeństwo. Wtem zaczęło strzelać, trzaskać i sypać iskrami najpierw z tej, a potem z tamtej strony. W tym blasku ujrzeliśmy rozgorzałe oczy, nozdrza parskające i podniesione grzywy zwierząt, szarpiących się na lassach... Wreszcie wytężywszy wszystkie siły, wyrwały się z uwięzi i zaczęły błąkać się bezradnie w różnych kierunkach, aż wkońcu ruszyły zwartą masą prosto w kierunku fortu.
— Wspaniale, świetnie, Timie! Poprzewracają i stratują własnych panów, z których pewnie ani jeden nie odzyska swego wierzchowca. Założę się, że wpadną do rzeki, a potem pochwytają je łatwo ludzie z fortu!
Nic lepszego nie mogliśmy na razie zrobić, jak ukryć się w zaroślach. Oczy i uszy mieliśmy otwarte, a chociaż nic nie widzieliśmy z powodu ciemności, to za to słyszeliśmy tem więcej. Wściekłe wycia rozczarowanych Indyan, którzy zamiast koni zastali tylko trupy dozorców, tętent cwału dragonów, pędzących za uciekającymi, trzask karabinów i pistoletów, cichnący zwolna w oddali, od czasu do czasu zaś cichy szelest kroków zbiega, chroniącego się w gąszczu — oto nasze wrażenie.
Dopiero gdy dzień zaszarzał, opuściliśmy naszą kryjówkę i wyszliśmy na polanę, gdzie leżały trupy poległych. Otoczenie fortu wyglądało jak pobojowisko. Indyanie leżeli obok siebie pokotem, ugodzeni kulami żołnierzy, z których każdy z poza palisady brał dwu lub trzech na oko. Przed bramą spiętrzyła się okropna klipa trupów i poszarpanych członków ciała ludzkiego. Tu były czynne kartacze.
Pułkownik przyjął nas z promieniejącem spojrzeniem.
— Chodźcie na dziedziniec, jeśli chcecie zobaczyć swoje dzieło! Wracacie tak późno, że uważałem was już za zgubionych. Widzicie tę wieżę trupów? To dzieło Kanada-Billa, gdyż nikt inny tylko on zwiódł czerwonych, namawiając ich do zwartego ataku po tak znakomitem odparciu pierwszego napadu.
— Czy on jest między poległymi?
— Tu go niema. Może jest gdzieś dalej.
Na dziedzińcu stało całe stado schwytanych koni.
— Patrzcie, panowie, oto jest wasza własność, którą od was odkupię, jeśli nie zabierzecie koni na tratwę. Spodziewam się, że drugi raz nie przyjdzie czerwonym myśl napadu na Smoky-Hill, a zawdzięczamy to wam. Bez waszej pomocy bylibyśmy może zgubieni. Wejdźmy do środka i zobaczmy, ile wynosi wygrana w „three carde monte“.
Mówca zrobił w tem miejscu przerwę, wypróżnił szklankę, którą mu tymczasem napełniono, spojrzał na swoich słuchaczy, chcąc się przekonać, jakie zrobił na nich wrażenie, potem skinął z zadowoleniem głową mówił dalej:
— Czy wiecie, gentlemani, co znaczy dobry, szybki i wytrwały koń dla mieszkańca preryi? Weźcie aeronaucie balon, a żeglarzowi okręt, a obydwaj przestaną istnieć. Tak samo na sawannie niepodobna pomyśleć sobie myśliwca bez konia. A co za różnica zarówno między statkami jak między końmi! Pshaw! Nie będę o tem się długo rozwodził, ale jeśli wam powiem, że miałem najlepszego stepowego konia między legginami to zrozumiecie, co mam na myśli. Pielęgnowałem go jak siebie samego, a nawet lepiej; nie raz, ani kilka razy uratowaliśmy sobie nawzajem życie, a kiedy wreszcie padł od kuli czerwonego draba, pochowałem go i zakopałem z nim razem skalp jego mordercy, jak na westmana przystało.
Może zapytacie, kiedy i od kogo dostałem tego rumaka? Od kogóżby innego, jeśli nie od Czarnej Pantery, wtedy pod Smoky-Hill! Znajdował się między złowionymi końmi, miał na grzbiecie ciemną skórę pantery, a grzywę pełną orlich piór, na dowód, że należał do wodza. Dosiadłem go i przekonałem się, że był doskonale po indyańsku wytresowany. Nic dziwnego, że wobec tego nie mogłem się z nim już rozstać, lecz zabrałem go na tratwę, gdzie mu urządziłem porządne i suche stanowisko. Gdy zaś, dostawszy się do Mississipi, pożegnałem Lincolna, wziąłem konia pod siodło, „Arrow“ — tak nazwałem ogiera — okazał się tak doskonałym, że cały świat mi go zazdrościł, nigdy też nie miałem powodu uskarżać się na niego.
Byłem potem w Teksas, włóczyłem się przez kilka lat po nowym Meksyku, Colorado i po Nebrasce, zabłądziłem nawet do Dakoty, gdzie pobiłem się trochę z Siouksami, od których nawet najprzebieglejszy traper może się nauczyć rozumu.
Tam spotkałem pod Black-Hills kilku myśliwców, od których otrzymałem bardzo dziwną wiadomość. Podówczas opanowała była wszystkich gorączka naftowa; źródła same tryskały z ziemi, a gdzie nie było nafty, tam było przynajmniej wiele krzyku. To prawda, że całe okolice ociekały tym olejem, a kto miał szczęście i zapewnił sobie prawo sprzedaży, mógł w jednym roku zgromadzić miliony.
Mówiliśmy właśnie o tem, leżąc przy ognisku i piekąc nad niem soczystą polędwicę bawolą, gdy wtem zapytał jeden z ludzi:
— Czy znacie płaskowzgórze, ciągnące się od Yankton nad Missouri po prawej stronie rzeki prosto na północ i opadające potem stromo ku krajom nad zatoką Hudsonu? Nazywają je Coteau du Missouri.
— Dlaczego mielibyśmy nie znać Coteau? Prawdą jest jednak, że nie każdy zapuszcza się na górę pomiędzy strome ściany parowów i rozpadlin, gdzie władną czerwonoskórzy, niedźwiedź i ryś, a gdzie nic nie można upolować prócz nędznego skunksa, albo dzikiego kota, nic przynoszącego żadnej korzyści.
— A ja mimo to byłem tam i znalazłem coś, czego nigdy nie byłbym szukał, a mianowicie największego w Stanach Zjednoczonych nafciarza.
— Nafciarza? Tam na górze? Jak mogła nafta wydostać się na Coteau?
— Nafta jest tam i to wystarczy; a jak się na górę dostała, to mnie nic nie obchodzi. Byłem trzy dni u niego, bo musicie wiedzieć, że człowiek ten przestrzega praw gościnności, jak mało kto. Trzymał mnie u siebie, jak samego prezydenta. Nafta płynie mu z ziemi, a on mimo to sprowadził z Chicago świder ziemny, ażeby ją wydobywać z większej głębokości. Są tam setki beczek i kadzi tak wielkich, że możnaby w nich na koniu harcować. A pieniądze! Nie widziałem u niego pieniędzy, ale on ich ma z pewnością pełne wory.
— Jakże on się nazywa?
— Guy Wilmers. Prawda, że wcale dziwne nazwisko? Ale za to właściciel jego jest piękniejszy, mulat wprawdzie, ale chłop jak obraz. Jego żona, którą nazywa Betty, pochodzi z Europy. Jej ojciec mr. Hammer, mieszkał w Arkanzas i dużo tam wycierpiał. Bushheaderzy zamordowali mu córkę...
Zerwałem się na równe nogi.
— Guy Wilmers? Mulat? Fred Hammer, Fred Hammer nazywał się ten człowiek?
— Tak, Fred Hammer, wysoka postać o szerokich plecach z białymi włosami i brodą. Ale czemu o niego pytacie? Czy znaliście tych ludzi?
— Czy ich znałem? Lepiej niźli was wszystkich. Fred Hammer mieszkał koło nas, a jego starsza córka Mary, była moją narzeczoną. Porwali mi ją rozbójnicy, a gdyśmy doścignęli bandę, zabił Kanada-Bill ją i mojego ojca.
— Macie słuszność. Mówimy o tych samych ludziach! Wy więc jesteście Tim Kroner, o którym król naftowy opowiadał tyle dobrego?
— Ja! Po tem nieszczęściu udałem się na preryę, a gdy po latach raz wróciłem, zastałem tam obcych ludzi.
— Fred Hammer sprzedał farmę dobrze, założył potem sklep w St. Louis. Guy Wilmers jeździł w jego interesach i przybył raz nad Coteau, gdzie odkrył naftę. Rozumie się, że wszyscy się tam przenieśli i wiedzieli, po co. Musicie ich odwiedzić, mr. Kroner. Sprawicie im bardzo wielką radość. O tem mogę was zapewnić!
Zounds, niech mnie wezmą na rożen i upieką, jak tę polędwicę bawolą, jeśli zaraz jutro nie wyruszę. Znudziło mi się już Black-Hills, pójdę teraz do czerwonych, do rysiów i do niedźwiedzi. Może mi się uda wynaleźć także jaką dziurę, z której będzie wypływała nafta w takiej ilości, jak całe jezioro Michigan.
— Ale przedtem opowiecie nam o tem zdarzeniu z rozbójnikami. Kanada-Bill był podobno niedawno w Des Moines i wygrał tam dwanaście tysięcy dolarów w three carde monte. To dyabelska gra i jak mi się zdaje, o wiele gorsza od monte, którą uprawiają w Meksyku i okolicy.
— Mnie kosztuje ona więcej, aniżeli całą górę dolarów, a jak się to stało, zaraz usłyszycie. Well!
Opowiedziałem o tym strasznym wypadku, potem owinęliśmy się kocami, postawiliśmy pierwszą straż i zamknęliśmy oczy. Ale ja nie mogłem zasnąć. Myśl o Fredzie Hammerze, o Betty i Guy Wilmersie nie dawała mi spokoju, dawne obrazy odżyły nową świeżością, a gdy się wreszcie zdrzemnąłem, śniłem o Kanzasie, o obu farmach, o ojcu, matce i o Mary, która stanęła przede mną w całej swej piękności i dobroci, w jakiej ją za życia widywałem. Kanada-Bill chciał mię zadusić, a gdy mię schwycił, przebudziłem się.
— Timie Kroner, macie ostatnią straż. Już czas, jak mi się zdaje!
To stary zastawiacz sideł ujął był mnie za rękę. Powiadam, że byłbym wiele dał za to, gdybym był zobaczył Wiliama Jonesa!
Umyślnie wybrałem sobie ostatnią wartę, ażeby się wcześnie przygotować do wyjazdu. Pobudziwszy ludzi w oznaczonym czasie, zapytałem trapera, którą drogą mam jechać.
— Pojedziecie prosto na wschód do Missouri, przeprawicie się tam, gdzie doń uchodzi Green-Fork i podążycie potem prawym brzegiem w górę rzeki. Coteau wysuwa do doliny rzeki wysokie odnogi, wyglądające jak ambony, które łatwo policzyć. Między czwartą a piątą zaczniecie piąć się do góry i wjedziecie najpierw w puszczę, ciągnącą się przez dwa dni drogi. Przetniecie ją wprost na północ, potem nastąpi szeroka prerya, pokryta trawą bawolą. Po tej preryi pojedziecie w tym samym kierunku ze cztery dni, zanim dostaniecie się nad rzeczkę, nad którą mieszka Wilmers.
— Jacy czerwoni żyją w tamtych stronach?
— Siouksi, przeważnie ze szczepu Ogellallajów, najgorszy lud, jaki znam. Ale ci wychodzą na górę tylko w porze wiosennych i jesiennych wędrówek bawolich. Teraz jest lato w pełni, będziecie więc może przed nimi bezpieczni. Niewątpliwie cofnęli się teraz między Platte a Niobraza.
— Dziękuję wam. Jeśli się kiedy spotkamy, opowiem wam, jak tę podróż odbyłem.
Pożegnałem się z towarzystwem, dosiadłem Arrowa i zwróciłem się ku wschodowi, ciągle trzymając się wskazówek, danych mi przez tego człowieka. Koło Green-Forku przepłynąłem przez rzekę Missouri i zobaczyłem poszczególne, okrągłe masy gór wysokich, między któremi wiodły w górę głęboko rozwarte doliny. Poza czwartym olbrzymem skręciłem w prawo. Parów był tak zarzucony głazami, rumowiskiem skalnem i pniami, pokrytymi różnorodną, wijącą się roślinnością, że z wielkim trudem posuwałem się razem z koniem naprzód i tylko tomahawkowi to zawdzięczam,.że wydostałem się na równinę.
Tu znalazłem się od razu we wspaniałej puszczy, bez żadnego podszycia, dzięki czemu dość szybko odbywałem dalsze podróż. Dzielny Arrow w niecałych dwóch dniach przeniósł mnie już na preryę, przed którą się zatrzymałem, by się zaopatrzyć w suszone mięso, wiedziałem bowiem, że na sawannie nic nie upoluję.
Potem ruszyłem żwawo na północ. Pierwszy dzień przeszedł bez nadzwyczajnego wypadku, drugi tak samo. Trzeciego ranka nie wylazłem z koca zbyt wcześnie, miałem właśnie zamiar włożyć siodło na Arrowa, kiedy w oddali ukazał się jeździec na moim tropie.
Co to za człowiek mógł być i z jakich powodów jechał po tej odległej sawannie? Na jego widok rozluźniłem nóż i rewolwery, z przyzwyczajenia raczej, aniżeli z ostrożności i tak przygotowany na wszelki wypadek, czekałem na siodle.
Im bliżej był, tem łatwiej rozróżniałem szczegóły jego długiej i szerokiej postaci. Jechał na wysokim koniu, o nadzwyczaj dużej głowie, a małym, skąpo, uwłosionym ogonie. Za to miała szkapa krok, budzący wprost szacunek. Na głowie miał jeździec pilśniowy kapelusz z nieskończenie szerokiemi kresami, a ubrany był w bluzę skórzaną, która prostym swym krojem nie krępowała żadnego ruchu, nogi zaś tkwiły w butach z cholewami, sięgającemi aż do brzucha. Na plecach wisiała dwururka, u pasa zaś worki z prochem, kulami i mąką. Z za pasa wyzierał nóż, rewolwer i jakieś dwa osobliwsze przedmioty, które zblizka okazały się kajdankami na ręce.
Twarzy nie mogłem rozpoznać z powodu szerokich kres kapelusza. Dopuściłem jeźdźca na odległość strzału i podniosłem rusznicę.
Stop, master! Co robicie w tych stronach?
On zaś zatrzymał konia i roześmiał się.
Heigh day, a to mi się udał figiel! Timie Kroner, stary niedźwiedziu, czy chcesz mnie zastrzelić?
— Do stu piorunów! Znam ten głos — odrzekłem — ale mi ten przeklęty kapelusz zawadza. Abrahamie Lincoln, czy to ty naprawdę jedziesz na tym koźle?
— Oczywiście, że ja, jeśli nie masz nic przeciw temu! Czy mogę się teraz zbliżyć?
— Chodź i powiedz, co tu robisz?
— Muszę wpierw usłyszeć, co ciebie zawiodło na Arrowie w te piękne strony!
— Jadę do twego i mego znajomego.
— Naszego znajomego? Któż to taki?
— Zgadnij!
— Powiedz najpierw, gdzie?
— W jakiejś tam szczelinie, w której nafta płynie podobno, jak woda.
— Guy Wilmersa, króla naftowego?
Good lack. Ty go znasz?
— Osobiście nie, ale sam przecież powiedziałeś mi w Smoky-Hill nazwisko zięcia Hammera.
— Wiedziałeś więc, że Fred Hammer przeniósł się na Coteau du Missouri?
— Nie. Wiem tylko, że tu mieszka Fred Hammer. A że on jest nasz Hammer, tego domyśliłem się z tego, że wspomniałeś o naszym znajomym, gdyż wtedy dopiero przyszło mi na myśl nazwisko Guy Wilmersa.
Well. Do nich jadę. A ty?
— Także do nich.
— Co? Także? Po co?
— To tajemnica, ale tobie mogę ją powierzyć. Weź cugle i ruszaj naprzód! Przypatrz się mnie trochę! Za kogo mnie uważasz?
— Hm, za największego zucha między Nową Szkocyą a Kalifornią.
— Ta odpowiedź całkiem zbyteczna. Zgadnij, czem się trudnię, bo o to mi chodzi!
— Każ sobie zgadywać, komu chcesz, tylko nie mnie. Wolę powalić bawołu, niż rozwiązać zagadkę.
— Czy nie widzisz na mnie czegoś, co nie należy do uzbrojenia trapera?
— Owszem, widzę dwie łapki na myszy. Gotów jestem pomyśleć, że zostałeś policyantem!
— To nie, ale jeśli ci się podoba, to możesz mię uważać za lawyera, który się już nieco wsławił. Widziałeś mię, jak z kodeksem w ręku mowę wygłaszałem nad starym Kanzasem. To był mój uniwersytet. Dziś patrz, nie daremnie nań uczęszczałem!
— A więc lawyer! Wiedziałem, że się wybijesz na tej dobrej drodze, spodziewam się także, że nie długo pozostaniesz na punkcie teraźniejszym. Ale co ma wspólnego twoja podróż z powołaniem lawyera?
— Bardzo wiele! W lawyerze siedzi jeszcze westman ze swoim zaostrzonym węchem. Kilka razy już udało mi się popsuć robotę szczególnie wyrafinowanym zbrodniarzom, którzy sprytem dorównywali najlepszym detektywom. W Illinois i w Jowie pozwolił obie teraz pewien szczwany włóczęga wodzić za nos rozmaite pieniężne i administracyjne wielkości, a ponieważ nikt z detektywów nie zdołał go pochwycić, przeto dano mnie piękne zlecenie wyszukania go i oddania w ręce sprawiedliwości, o ile możności żywcem. To zastrzeżenie „o ile możności“ upoważnia mię naturalnie w miarę potrzeby używać broni.
— Jak się ten drab nazywa?
— On ma kilka tuzinów nazwisk, a nie wiadomo, czy choć jedno jest prawdziwe. Ostatnią jego sprawką było sfałszowanie weksli na wysoką sumę. Zrobił to w Des Moines, a stamtąd prowadzi trop jego prawdopodobnie na Coteau. Każdy zbrodniarz ma słabą stronę, która go odznacza i prędzej czy później przed sędziego prowadzi. Słabą stroną tego jest przywiązanie do nafciarzy. Zdaje się, że jest obeznany z tym zawodem, dlatego przypuszczam, że udał się do Guy Wilmersa.
Heigh-ho, toby mu nie wyszło na dobre! Spodziewam się, że pomówię z nim parę słów, jeśli go będzie można tam znaleźć. To chyba nie Kanada-Bill?
— Nie? Czemu?
— Bo ten był ostatnimi czasy w Des Moines, gdzie podobno wygrał dwanaście tysięcy dolarów.
— Wiem o tem. Zniknął stamtąd bez śladu i wynurzy się, jak zwykle, tam, gdzie go się najmniej spodziewają. To bardzo niebezpieczny człowiek, bo gry nie można mu zakazać, a inne występki tak popełnia, że niema wyraźnego powodu do zaczepienia go. Dziwiłbym się, gdybyśmy go tam nie zastali, bo ilekroć my się spotkamy, zawsze z nim mamy do czynienia.
Dalej jechaliśmy oczywiście razem. Mieliśmy jeszcze jedną noc przepędzić w drodze, a potem spodziewaliśmy się już blizkości rzeki, której nie można było zobaczyć zdaleka. Pilnie szukaliśmy śladów, lecz nie zauważyliśmy nic godnego wzmianki, tylko po jakimś czasie uderzyła nas szczególna woń, co pewien czas silniejsza.
Lack-a-day! A to co za perfuma, Abrahamie? — spytałem. — Mam wrażenie, jak gdyby mnie dwa razy śmierdziel obryzgał. To ani zapach pieczonego indyka, ani pudingu, a tem mniej kammas-odeur. Nie wiem doprawdy, co mam począć wobec tego zapachu fiołków!
— Mógłbym ci powiedzieć, jaki to zapach. Ale czy istotnie trzeba dopiero pouczać o tem tak doświadczonego westmana? Roztwórz tylko trochę nos, a nie pomylisz się w rozpoznaniu zapachu!
Wciągnąłem mocniej powietrze, ale napróżno.
— Nie potrafię, Abrahamie. To jakiś zapach trupa, żywicy, smoły, pokostu, czy lakieru.
— Nie byłeś jeszcze nigdy w Venango-County, albo w Oil-Kanawha?
— Nie. Oil-Kanawha? Teraz już wiem. To zapach nafty. Spodziewam się wobec tego, że wkrótce pokaże się rzeka.
Przed sobą nie widzieliśmy nic, prócz dalekiej, równej preryi. Dopiero po pewnym czasie zauważyliśmy pas oparów, ciągnący się ze wschodu na zachód przez sawannę. To był znak, że tam biegnie rzeka. Nad jej brzegami stały budowle, jakich wymaga wydobywanie oleju skalnego. O kilkaset długości konia od rzeki wznosił się na górze obok zabudowań fabrycznych wspaniały dom mieszkalny. W dole, tuż nad wodą, pracował świder ziemny, a w bok od niego ciągnął się szereg małych domków; to były mieszkania dla robotników. Jak okiem sięgnąć, widziało się tylko klepki, dna, obręcze i gotowe beczki, częścią puste, a częścią napełnione cennym materyałem palnym.
Good lack, to tutaj! — rzekłem. — Chciałbym jednak wiedzieć, jak ten Guy Wilmers dostarcza nafty ludziom. Przecież Coteau niema dróg, ani ścieżek dla potrzebnych do tego ciężkich wozów!
— Czyż nie widzisz ciężkich czółen na wodzie? Na nich to przewozi beczki na Missouri, a stamtąd ma już wolną drogę.
Lincoln odpiął kajdanki od pasa i mówił dalej:
— Schowam te branzoletki, bo nie chcę się zdradzać, z czem przybywam!
Gdyśmy doszli do domu, stanął w drzwiach robotnik.
Good day, człowieku! Czy tutaj mieszka master Wilmers? — zapytał Lincoln.
Yes, master! Wejdźcie! Gents i ladies siedzą właśnie przy stole.
Przywiązawszy konie, weszliśmy do środka. W jadalni siedzieli Fred Hammer, Guy Wilmers i Betty, których natychmiast poznałem. Dwie młode dziewczęta, które przy nich zauważyłem, były zapewne córkami. Między niemi siedział gentleman, którego nie znałem. Na nasz widok podniósł się Wilmers.
— Prosimy, panowie! Co nam przynosicie nowego? — zapytał.
— Cały wór pozdrowień od niejakiego Tima Kronera, jeśli go jeszcze pamiętacie! — odpowiedziałem.
— Od naszego Tima? To... heigh-ho, to ty sam jesteś, stary niedźwiedziu! Prawie cię nie poznałem. Prerya przyprawiła ci brodę, z której tylko koniec nosa widać. Welcome po tysiąc razy! Przywitaj się także z innymi!
Z przyjęcia, które teraz nastąpiło, byłem serdecznie zadowolony. Nie wiele brakowało, a byliby mnie udusili. Nawet o towarzyszu nie zaraz sobie przypomniałem.
— A tu — powiedziałem nareszcie — przyprowadziłem wam męża, którego chyba znacie! A może wypadł wam z pamięci obraz Abrahama Lincolna, który nas wówczas prowadził za rozbójnikami?
— Abraham Lincoln? Naprawdę, to on! Witamy was, sir, i przepraszamy, że nie odrazu przypomnieliśmy sobie was. Zmieniliście się cokolwiek od czasu, kiedyśmy się ostatni raz widzieli.
Tak, jak staliśmy, musieliśmy zasiąść do stołu i teraz dopiero zwrócono uwagę na obcego mężczyznę.
— To nasz sir Dawid Holman z Young Kanawha, który od tygodnia zaszczyca nas swojemi odwiedzinami — przedstawił go nam Wilmers. — Później przedstawię wam także mr. Belforta, który poszedł teraz na dolinę przypatrzyć się mieszkaniom naszych robotników. Dostojny gentleman, powiadam wam, pełen doświadczenia i zręczności, jak mało kto. Jedną kartą umie całe piekło przyczarować.
Przy stole rozwinęła się rozmowa, w której wszyscy żywy udział brali, tylko Lincoln skąpo rzucał słowami i ukradkiem patrzył badawczo i ostro na Holmana. Czyżby to był ten ptaszek, którego szukał?
Wtem otwarły się drzwi. Na widok nowego gościa zerwałem się mimowoli, wpatrzony weń sztywnem i oczyma. Myliły mnie czarne włosy i gęsta, czarna broda, może także ubranie zamożnego gentlemana, ale mogłem przysiąc, że... Lecz nie zdołałem jeszcze przybrać w słowa mych myśli, gdy Guy Wilmers podniósł się i oświadczył:
— Oto master Belfort, którego pozwalam sobie panom przedstawić. Jest...
— Master Belfort? — rzekł Lincoln. — Mnie się zdaje, że on może się tak samo nazywać Fred Fletcher, albo Wiliam Jones, jeśli tylko przyzna, że Kanada-Bill i on, to jedna i ta sama osoba.
— Kanada-Bill? — spytał Fred Hammer, podnosząc się i chwytając za pierwszy lepszy nóż ze stołu.
— Trzymajcie język na wodzy, sir! — rzekł Jones, (on to był bowiem, jak to po głosie poznałem). — Gentleman nie da się bezkarnie obrażać!
— To słuszne — odrzekł Lincoln. — Ja jednak jestem pewien, że nie obraziłem gentlemana. Ile korzenia łopuchowego i lapisu zużyliście na poczernienie sobie włosów? Radzę wam szczerze używać na przyszłość ołowianego grzebienia, to poczernieją wam i korzenie włosów, które teraz są zupełnie jasne. Powiedzieliście, mr. Wilmers, że ten gość umie czarować kartami. Czy nie pokazał wam także trochę three carde monte?
— Owszem. Nawet zabrał nam ładny pieniądz — odrzekł Fred Hammer. — Jestem już stary i oczy moje osłabły, bo inaczej byłbym go poznał odrazu. Teraz nie ulega już najmniejszej wątpliwości, że mam przed sobą mordercę Mary. By god, on otrzyma zapłatę za to na miejscu!
— Chcecie przebić swojego gościa, Fredzie Hammer? — spytał Kanada-Bill. — Czy potraficie mi udowodnić, iż rzeczywiście ja zastrzeliłem waszą córkę?
— I mego ojca! — wtrąciłem ja. — Nietylko udowodnić, ale przysiąc na to możemy, tak samo, jak na to, że w Smoky-Hill dostaliście sześćdziesiąt batów i że potem sprowadziliście Indyan.
— Ja? Tych sześćdziesięciu batów nie mogę się wyprzeć niestety — zaśmiał się ze złością — to też pewnego dnia pięknego policzę się z wami, oddam wam sprawiedliwość; ale dowiedźcie mi, że zmówiłem się z czerwonoskórymi! Czy potraficie to udowodnić?
— Ja i master Lincoln staliśmy tuż obok was, kiedy wy z Czarną Panterą przypatrywaliście się strzałowi jego syna i omawialiście plan napadu na fort. Potem byliśmy na polance, kiedy wy z wodzem na czele prowadziliście Indyan. Rozumie się, że zaraz donieśliśmy pułkownikowi o waszym zamiarze, a następnie rozpędziliśmy konie rakietami. To była sztuczka! Nie prawdaż, mr. Jones?
O tem wszystkiem dowiedział się teraz oczywiście po raz pierwszy, dlatego zacisnął pięści, lecz przypomniał sobie wnet, że musi zapanować nad sobą.
— Czy poznaliście mnie wtedy tak dokładnie, że możecie coś podobnego o mnie twierdzić, moi panowie? — syknął.
Teraz przystąpił Lincoln do niego.
— Bądźcie pewni, człowieku, że moglibyśmy szybko z wami się uporać. Wszak wiecie, że master Lynch jest panem surowym. Wy jednak jesteście gościem w tym domu. Przyznam się też wam otwarcie, że pod Smoky-Hill poznaliśmy wprawdzie wasz głos i widzieliśmy waszą postać, jednak nie rozpoznaliśmy was na tyle, żebyśmy mogli z czyste m sumieniem wpakować wam w łeb kulę. Myśmy wolni obywatele Stanów Zjednoczonych i wydajemy wyrok tylko na podstawie niezbitych dowodów! Zwrotu pieniędzy, zabranych tym gentlemanom, nie zażądają oni od was, gdyż Kanada-Bill za nizki jest na to, by się oni o pieniądze u niego upominali. Powiem wam tylko moje postanowienie: wy opuścicie to miejsce w przeciągu dziesięciu minut, a w jedenastej przemówi moja rusznica. Tego możecie być pewni!
— Czy jesteście może panem i właścicielem tego oil-work? — zapytał Dawid Holman. — Mr. Jonesowi nie potraficie niczego dowieść, a gra nasza była rzetelna!
— Nie jestem królem naftowym, panowie, ale w każdym razie osobą, dla której trzeba mieć szacunek. Wyjawiając temu człowiekowi, co względem niego postanowiłem, wiem dobrze, co czynię!
— Jakążto osobistością jesteście, sir?
— Oto patrzcie!
Wyciągnął z kieszeni papier, wręczył pytającemu, a mnie dał znak, który zrozumiałem natychmiast. Wyszedłem więc i dobyłem z pod koca pod siodłem kajdanki. Kiedy wróciłem do izby, był Holman blady jak ściana.
— No, mr. Holman, czy Waller, czy Pankroft, czy Agston, jak wam się podoba ten dekret? — zapytał Lincoln. — W Jowie i w Illinois pożądają bardzo człowieka, który w Young-Kanawha posiada podobno szereg szybów naftowych. Szkoda rzeczywiście, że nie macie małego palca u lewej ręki; brak jego was zdradził. Uwolnię naszego przyjaciela Wilmersa od dwu gości, którzy nie zasługują na to, żeby bywać w tak porządnym domu!
Stop, sir, jeszczeście mi nic nie udowodnili! — zawołał Holman, rzucając badawcze spojrzenie ku drzwiom i oknu przeciwległemu.
— Ja sądzę, że nie potrzebuję wam niczego udowadniać — odparł Lincoln. — A jeśli nie chcecie mi wierzyć, to popatrzcie na te kosztowności, które wam teraz nałożę!
Wziął ode mnie kajdanki, a ja chwyciłem za rewolwer. Holman sięgnął także do kieszeni.
— Precz z ręką, bo strzelam! — zagroziłem.
— Widzicie, że nie potrzebuję udowadniać! — zaśmiał się Lincoln. — Podajcie spokojnie ręce, bo przypominam wam, że czytaliście pełnomocnictwo, które mi was w ręce oddaje. Liczę do trzech. Jeśli do tego czasu nie będą żelaza na waszych rękach, to skosztujecie kuli. Timie, pal na: trzy!
Przystąpił do niego i otworzył kajdanki.
— Raz... dwa...
Holman widząc, że naprawdę zabieramy się do niego, podał ręce Lincolnowi i pozwolił się skuć. Potem zwrócił się Lincoln do Jonesa:
— Pięć minut już upłynęło, pozostaje wam już tylko pięć. Ja nie żartuję. Wynoście się stąd!
Fred Hammer, który wciąż jeszcze trzymał nóż w ręce, położył Jonesowi groźnie pięść na ramieniu i rzekł:
— Jazda, człowieku! Postaram się, żebyście się stąd wydostali bez trudu i bez przeszkody.
Wypchnął go za drzwi, a w kilka minut potem odjechał Kanada-Bill. Wtem wszedł robotnik i zapytał:
— Master Wilmers, czy świder ma dalej pracować? Inżynier zawiadamia, że za kwadrans przyjdzie ropa, jeśli dalej będziemy wiercili.
— Nareszcie! Ale teraz zastanówcie! Muszę najpierw nakazać, żeby nigdzie nie było światła, ani ognia, bo mogłoby być nieszczęście. Wieczór już blizko, dlatego dopiero jutro wypuścimy ropę.
Robotnik wyszedł z tym rozkazem.
Musicie wiedzieć, gentlemani, że gdy świder natrafi na ropę, wybucha ona z ziemi wysokim słupem, a lekkie i niebezpieczne gazy, które najpierw wychodzą, nie powinny napotkać najmniejszego płomienia, bo nastąpiłby straszliwy pożar, który rozszerza się tak szybko, że nic mu się oprzeć nie zdoła.
— Macie może jaką wolną, a pewną izbę — zwrócił się Lincoln do Wilmersa — w której byśmy mogli przechować zacnego sir Holmana?
— Jest dobry i bezpieczny gabinet. Chodźcie!
Wszyscy trzej odeszli, a ja zostałem, gdyż musiałem Betty i małym ladies wyjaśnić to niespodziewane zajście. Gdyśmy znowu razem do stołu zasiedli, rozpływali się Hammer i Wilmers w podziękowaniach dla Lincolna, przed którymi on wedle sił się bronił. Chciał odjechać nazajutrz rano, ale zamiar jego napotkał na powszechny opór.
— Musielibyście z więźniem odbyć długą i uciążliwą podróż z Coteau na dół do Jowy — oświadczył Wilmers. — Zaczekajcie kilka dni. Stąd mają odejść trzy barki rzeką do Missouri, na nich możecie wygodnie pojechać. Dopłyniecie szybko do Yankton i Dakoty, a potem będzie już niedaleko na drugą stronę do Des Moines. Zostańcie więc tutaj, a o więźnia się nie troszczcie, bo siedzi bezpiecznie!
Lincoln uznał korzyści tej rady i przyjął ją nareszcie.
Gdy nadszedł wieczór, odwiązaliśmy konie i puściliśmy swobodnie na paszę. Do stajni ich nie daliśmy, gdyż były przyzwyczajone do wolności, pobyt więc w ciasne m miejscu mógł im tylko zaszkodzić. Reszta towarzystwa siedziała w sali na pogawędce, ja zaś udałem się w dół rzeki, ażeby zajrzeć, co robią konie. Było tak ciemno, że z trudnością tylko odróżniałem fale, unoszące ropę, od ziemi.
Tak doszedłem aż na miejsce, w którem umieszczony był świder. Nieco powyżej urządzony był wodospad, który poruszał koło. Cichy zgrzyt, który tam usłyszałem, kazał mi przystanąć. Czyżby świder był w ruchu? Ledwie dokończyłem tej myśli, gdy wtem po drugiej stronie rowu zabłysło światło, ale nie na wolnem powietrzu, lecz poprzez ściany z desek, za któremi znajdował się świder. Przypomniałem sobie, że Wilmers wyraźnie zabronił palić światła. Wtem doszedł mnie odgłos kroków. Obok mnie przemknęła jakaś postać, a potem druga. Z powodu ciemności nie mogłem ich dokładnie rozpoznać, ale wydało mi się, że byli Jones i Holman.
Zniknęli obaj w ciemności, zanim zdołałem puścić się za nimi w pogoń. Wobec tego stanu rzeczy powróciłem czemprędzej do domu, wpadłem do sali i spytałem Lincolna:
— Czy Holman jeszcze siedzi, Abrahamie?
— Czemu o to pytacie? Byłem u niego przed pół godziną.
— Zdaje mi się, że widziałem jego i Jonosa koło świdra. Tam jest światło i koło idzie.
— Jest światło i koło idzie? — zawołał Wilmers. — Na miłość Boga, czyżby się wyrwał! Słyszał, że świder miał już dotrzeć do ropy i... Prędzej, prędzej... trzeba zobaczyć, gdzie on jest!
Wybiegliśmy i zastaliśmy zasunięte rygle mocnych drzwi sklepionej izby, w której umieszczono więźnia. Otworzyliśmy drzwi, ale Holmana już tam nie było.
— Uwolnił go Kanada-Bill! — zawołał Lincoln. — Trzeba natychmiast...
— Dajcie im pokój, sir! — przerwał mu Wilmers. — Jutro rano znajdziemy ich tropy i dostaniemy ich napewno w nasze ręce, ale świder... świder...! Chodźmy tam jak najprędzej!
Kobiety prawie oniemiały ze strachu, a my, mężczyźni, wypadliśmy na dwór. Zaledwie uszliśmy kilkanaście kroków, huknął straszny grzmot, jak gdyby ktoś ziemię rozdarł. Grunt zatrząsł się nam pod nogami, a kiedy, przerażony do głębi, podniosłem oczy, ujrzałem w okolicy świdra rozżarzony snop ognia, wznoszący się na sześćdziesiąt, albo i więcej stóp w górę. Równocześnie rozszedł się dojmujący odór gazu, który wprost tamował nam oddech.
— Dolina płonie! — krzyknął Wilmers.
Miał niestety słuszność.
Od otworu w świdrze płynęło w dół ku rzece gorejące morze. Teraz było nam wszystko jasne. Jones uwolnił Holmana i obydwaj z zemsty puścili w ruch świder. Na nieszczęście uczynili to w czasie, kiedy świder lada chwila miał przewiercić ostatnią warstwę przed ropą. Ropa wybuchła z szybu, a gazy, które niosła z sobą, zapaliły się od płonącego światła. Zdawało się, że cała atmosfera dokoła nas płonie. Szczęściem nie mogły płomienie dosięgnąć ani nas, ani robotników, gdyż ich mieszkania nie leżały tuż nad rzeką. Mimo to ja pobiegłem na dół, aby zobaczyć, czy nie potrzebują pomocy. Wtem dostrzegłem jakąś postać, która przypatrywała się ogniowi stojąc, a potem popędziła natychmiast, skoro tylko mnie zauważyła. Zachowanie się tej osoby wydało mi się podejrzanem, dlatego puściłem się za nią w pogoń. Im bardziej zbliżałem się do uciekającego, tem dokładniej widziałem, że mu coś w biegu przeszkadza. Nie poruszał rękami. Zdwoiłem szybkość, dopędziłem go i poznałem Holmana z rękami, związanemi jeszcze kajdankami. W jednej chwili pochwyciłem go, przewróciłem i ukląkłem na nim. On próbował się bronić, ale z powodu kajdan niewiele mógł wskórać. Zerwałem chustkę z jego szyi i skrępowałem mu nogi. Zgrzytał zębami z wściekłości, oczy mu się iskrzyły, lecz nie odezwał się ani słowa.
— Dobry wieczór, master — rzekłem do niego. — Przechadzka wasza nie trwała długo. Może mi powiecie, gdzie jest Wiliam Jones?
Holman milczał.
— Dobrze! Znajdziemy go bez waszej pomocy! — odpowiedziałem.
Wziąłem go za kołnierz i powlokłem z powrotem do domu, gdzie go znowu natychmiast zamknięto. Potem rozbiegliśmy się na poszukiwania za Jonesem.
Mieliśmy na to czas, bo ognia i tak nie mogliśmy teraz opanować, ale wszelkie wysiłki okazały się daremnemi. Zbiega nie znaleźliśmy.
Ogień płonął jeszcze przez kilka dni, zanim inżynierowi udało się go obwałować, a wkońcu całkiem ugasić. Szkód wielkich nie wyrządził pożar, a przynajmniej nie były one takie, jakich pragnęli Jones i Holman, którzy godzili prawdopodobnie na nasze życie. Słyszałem potem jeszcze, że Kanada-Bill uwija się nad dolnym Mississipi i grą wyłudza od ludzi pokaźne sumy. Od tego czasu lata minęły. Mam jednak nadzieję, że ten drab jeszcze żyje i wpadnie mi kiedyś w ręce. Wtedy napewno zagości kula moja w jego łbie!
Gdy odchodziły barki do Missouri, zabrano Holmana. Nastąpiło pożegnanie, istotnie przykre dla mnie, bo zacny Abraham przywarł mi dobrze do serca. Ja nie mogłem, niestety, z nim pojechać. Fred Hammer i Guy Wilmers oświadczyli, że mnie nie puszczą, a panie prosiły tak pięknie, że musiałem zostać.
Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że Holman poszedł na całe życie do więzienia.
Abraham Lincoln, jak mu to przepowiedziałem, nie skończył na lawyerstwie, lecz dzięki swej pracy pozyskał godność, jaką może zdobyć prawy self-man: został prezydentem Stanów Zjednoczonych, lecz za swe szlachetne zamiary i usiłowania spotkała go kula. Przekleństwo na tego łotra, który ją wystrzelił!
A ja? Na skutek nalegań musiałem u Wilmersów rozbić swój wigwam. Arrow nie był z tego zadowolony, a mnie również napadało do czasu do czasu we wszystkich członkach takie swędzenie, że chwyciwszy nieraz rusznicę i tomahawk, wyjeżdżałem na miesiąc lub dwa na sawannę i woodland, gdzie zapominałem o woni oleju skalnego i przypominałem bawołom i Indyanom, że Tim Kroner niema jeszcze ochoty zamienić preryi na wieczyste ostępy. Pomiędzy Longs Peek i Spanish Peaks leży mój rewir, tam też zdobyłem sobie miano „męża z Colorado“, jak mię na początku nazwaliście, panowie. I to prawda, coście mówili przedtem, że jestem, jak daleko i szeroko sięga prerya, najlepszym myśliwcem. Chciałbym tego widzieć, ktoby ze mną poszedł w zawody w jakiejkolwiek sztuce.
Spełniłem waszą wolę i skończyłem opowiadanie.
Twierdzenie opowiadającego, że nikt nie mógłby z nim pójść w zawody, jego pewność siebie i chełpliwość nie podobały się widocznie jednemu z obecnych, który tak się odezwał:
— Dzięki za piękne opowiadanie, sir. Jestem dla was z całem uszanowaniem, mr. Kroner. Każdy wie, co należy sądzić o „mężu z Colorado“, ale czy istotnie niema już nikogo, kto by mógł stanąć obok was?
— Jest kto taki? — wtrącił zapytany.
— Naprzykład Winnetou,
Pshaw! To Indyanin.
— Old Firehand?
— Szedłem z nim już nieraz w zawody!
— Old Surehand?
— Nie wywiedzie mnie w pole!
— A Old Shatterhand?
— Jeździłem z nim często i niczego się od niego nauczyć nie mogłem. To wszystko ludzie, u których najwięcej znaczy nazwisko. Właśnie Old Shatterhand popełniał przy mnie błędy, których byłbym nie uważał za możebne. Cała jego sława zasadza się na wielkiej sile fizycznej, na niczem więcej.
Z temi słowy wstał i przystąpił do mego stołu. Umiał on nieźle opowiadać, dlatego przysłuchiwałem mu się z zajęciem, chociaż myślałem przytem o swoich sprawach. Te myśli odbiły się prawdopodobnie na mej twarzy, bo rozkroczył się przedemną i zapytał bez ogródek:
— Dlaczego robiliście takie dwuznaczne miny podczas mego opowiadania?
— Czy was obchodzą moje miny?
— Właściwie wcale nie. Twarz wasza nie jest na tyle zajmująca, żebym w innych warunkach musiał na nią zwrócić uwagę, ale w dzisiejszym wypadku jest inaczej. Wyraz waszej twarzy wzbudzał podejrzenie, że mi nie wierzycie. Czy jest tak, czy nie?
— Czy zależy wam natem, żeby wiedzieć, co ja myślę?
— Głupie pytanie! Stroiliście dziwne miny, gdy ja opowiadałem, dlatego stanowczo chcę wiedzieć, co te miny miały znaczyć. A może się boicie mnie to powiedzieć?
— Nic nie wiem o żadnej obawie!
— To mówcie!
Wszyscy goście ucichli, nawet przy dalszych stołach. Przeczuwali małą burzę, dlatego słuchali z zaciekawieniem.
— Przyznaję się otwarcie — odpowiedziałem z uśmiechem — że dziwi mię ten niezwykły anachronizm, którego dopuściliście się w swem opowiadaniu.
— Anachronizm? Co to jest? Mówcie tak, żeby was można zrozumieć!
— Dobrze, powiem wyraźniej! Od kiedyż to mówi się o nafcie w obecnem jej znaczeniu?
— Któż to może wiedzieć?
— Ja to wiem: od roku 1859. A kiedy odkryto w Stanach Zjednoczonych pierwsze źródła oleju skalnego?
— Sami sobie na to odpowiedzcie!
— Dwa lata przedtem, czyli w roku 1857. Wy zaś mówicie o świdrze ziemnym, po tamtej stronie Coteau, przy którym miał być Lincoln wkrótce potem, gdy został lawyerem?
— Dajcie mi pokój ze swoimi głupiemi pytaniami!
— Nie są one takie głupie, jak wam się zdaje, a należą do wyjaśnienia którego wam chcę udzielić. Lincoln zamieszkał jako lawyer w Springsfield w roku 1836, a więc mniej więcej na dwadzieścia lat przed odkryciem pierwszego źródła znaczniejszego. Jakżeż to się zgadza z waszem opowiadaniem?
— Czy się zgadza, czy nie, to mnie jest obojętne!
— W takim razie bądźcie z łaski swojej tak samo obojętni względem wyrazu mej twarzy!
— Czy chcecie przez to powiedzieć, że nie wierzycie w to, co mówiłem o pożarze ropy? — zapytał groźnie.
— Pod tym względem nie żywię żadnej wątpliwości: tylko miejsce i osoby są inne.
— Jakto?
— Old Shatterhand widział taki pożar ropy, a mianowicie w New-Venango. Król naftowy nie nazywał się jednak Wilmers, lecz Forster.
— O to ja nie dbam. Co ja widziałem, to nie ma nic wspólnego z wypadkiem, znanym Old Shatterhandowi. Pożary ropy zdarzają się często.
— A okoliczności, towarzyszące pożarom są tak niesłychanie do siebie podobne? Hm! Zresztą ja znam bardzo dobrze Tima Kronera z Colorado.
Thunder-storm! Podejrzewacie może, że ja nie jestem Tim Kroner?
— Może być, że dwie osoby mają takie same nazwisko, ale prawdziwy „mąż z Colorado“ to ten, którego ja znam.
— Zna go też pewien dzielny mąż! Jeśli wam ktoś inny powiedział, że jest Tim Kroner z Colorado, to skłamał i jest oszustem. Przyjmijcie tę wiadomość ode mnie, bo w przeciwnym razie zatkam wam usta tym nożem!
Dobył noża z za pasa, a ja równocześnie wyjąłem rewolwer, wymierzyłem doń i odpowiedziałem:
— Zatkajcie, jeśli znajdziecie czas na to! Kule są zwykle szybsze od noży!
Napastnik stał przez kilka chwil, potem opuścił nóż i rzekł pogardliwie:
Pshaw! Tim Kroner nie powinien się o to troszczyć, jakie miny stroi taki człowiek, jak wy. Krzywcie się, ile wam się podoba. Ja nie będę miał nic przeciwko temu i zostanę tym, kim jestem!
Wetknął nóż za pas i wrócił na swoje miejsce. Słuchacze nie spodziewali się tak spokojnego zakończenia sprawy, ale nie okazali swego rozczarowania w żaden sposób. Mogłem zupełnie inaczej załatwić ten spór, nie chciałem jednak gościom oberży dawać widowiska, na które zdobyłby się tylko awanturnik. Świadkowie zajścia mogli sobie myśleć, że się boję „męża z Colorado“.
Gdy mój przeciwnik usiadł na swojem miejscu, powiódł wzrokiem dokoła stołu i zapytał:
— Może i z was kto wątpi, panowie, czy jestem Tim Kroner?
Obecni potrząsnęli przecząco głowami, a jeden z nich, który dotychczas nie zabierał jeszcze głosu, odpowiedział:
— Nie mamy powodu, żeby w to nie wierzyć. Ja mogę zresztą zakończyć wasze opowiadanie uwagą, którą chętnie, a może i niechętnie, usłyszycie.
— Jaką?
— Nie zastrzelicie Kanada-Billa.
— Czemu?
— Bo już nie żyje!
All devils! Nie żyje?
Yes.
— Wiecie to napewno?
— Całkiem napewno.
— Gdzież zginął?
— W misyi Santa Lucia obok Sacramento.
— Co go zmiotło? Chyba nie choroba? Ten łotr nie zasłużył na taką śmierć.
— Sianem się nie wykręcił. Zgon swój zawdzięcza człowiekowi, którego nazwisko dopiero co wymieniono.
— Jakie nazwisko?
— Old Shatterhand.
— Co? Old Shatterhand położył kres jego rzemiosłu?
— Tak.
— Jak to się stało, sir?
— To bardzo, a bardzo zajmująca historya, którą powinienbym właściwie drukiem ogłosić, jestem bowiem literatem, panowie, a zaznaczam to wobec tych, którzy tego jeszcze nie wiedzą.
— Opowiedzcież o tem; opowiedzcie! — zawołano dokoła.
— Hm! Pisarz postępuje właściwie niemądrze, jeśli opowiada ustnie to, co chce drukiem ogłosić. Sami to uznacie, gents!
Zmierzał widocznie do tego, żeby go jeszcze bardziej proszono. Kiedy obecni powtórzyli prośbę, oświadczył:
Well, skoro już dziś taka opanowała nas ochota do opowiadania, to przedstawię wam to zdarzenie zgodnie z prawdą.
Pani Thick przeszła teraz obok mnie i szepnęła:
— Dzięki, sir, żeście uniknęli burdy! Z jego opowiadania będziecie zadowoleni. On pisze książki i mówi tak pięknie, tak niesłychanie pięknie!
Ciekaw byłem, jaką to historyę ułoży ten człowiek z prostych całkiem wypadków.
Usiadł w odpowiedniej postawie i zaczął opowiadać, jak wprawny i zręczny bajarz:
— Było to w porcie Sacramento, w którym przebijał się obraz życia w bardzo jaskrawych barwach. Tłum, płynący wybrzeżem bądź w pogoni za zajęciami, bądź też na bezcelowej włóczędze, nie wyglądał na zbiorowisko mieszkańców jednego okręgu, a tem mniej jednego miasta. Przypominał raczej karnawał, jednoczący na krótki czas przedstawicieli wszystkich narodowości.
Tu stała grupa chudych Jankesów w nieuniknionych czarnych frakach, w cylindrach wciśniętych głęboko na tył głowy, z rękami w kieszeniach, złotymi łańcuchami, szpilkami w krawatach, spinkami i brelokami. Tam przeciskała się gromadka Chińczyków w blado-niebieskich bluzach perkalowych, białych spodniach i z długimi, starannie splecionymi warkoczami. Wyspiarze z mórz południowych szli trwożnie zakłopotani i zdziwieni po tym obcym gruncie, a ilekroć ujrzeli coś osobliwego wedle ich pojęć, pochylali ku sobie głowy i szeptali pocichu. Meksykanie kroczyli dumnie w aksamitnych spodniach, rozprutych po bokach i obszytych srebrnymi guzikami, w krótkich, tak samo ozdobionych, bluzach i kapeluszach z szerokiemi kresami. Kalifornijczycy w długich opończach, tkanych w najwspanialszych barwach i sięgających im prawie do kostek, mieszali się z wystrojonymi najróżnorodniej, czarnymi gentlemanami i ladies, od których zalatywała woń najrozmaitsza, a wśród nich stąpali powolnym krokiem poważni Indyanie. Byli tam ociężali Niemcy, Anglicy z bokobrodami i ogromnymi cwikierami na nosach, mali, ruchliwi Francuzi, sprzeczający się, opowiadający, wołający się nawzajem, czerwonowłosi Irlandczycy, pachnący wódką, Chileni w krótkich opończach, traperzy, skwaterzy, myśliwcy w skórzanych bluzach i ze strzelbami na ramieniu zupełnie tak, jak gdyby przechodzili właśnie przez Góry Skaliste, metysi i mulaci we wszystkich zabarwieniach i odcieniach. Między nimi uwijali się wypłukiwacze złota, obładowani często ciężkiemi workami tego kruszcu, w najfantastyczniejszych kostyumach, jakie tylko można sobie wyobrazić, w ubraniach, strasznie obszarpanych, połatanych spodniach, płaszczach, bluzach i kamizelkach, w podartych butach, z których wyzierały nagie palce, i w kapeluszach, które miesiącami stawiały mężnie czoło słońcu i deszczowi we dnie, a nocami służyły za poduszkę. A wśród tego mrowiska stali w małych grupkach tubylcy, właściwi panowie kraju, a mimo to może najbiedniejsi, zaspokajający potrzeby życiowe jako dzienni zarobnicy.
Do tej pstrej mieszaniny narodów przyłączały się wszelkiego rodzaju okazałe postaci, nakazujące szacunek. Amerykańscy i angielscy marynarze z szerokimi barkami, ogromnemi pięściami i wzrokiem wyzywającym, oraz pewna liczba hiszpańskich oficerów marynarki, którzy przybyli z San Francisco, ażeby się przypatrzyć życiu w pobliżu złotodajnych obszarów.
Co spędziło tam te składniki różnorodnej antropologicznej mieszaniny? Nic innego, tylko złoto.
Osadnictwo w Kalifornii Górnej, które w roku 1768, wyszło z Meksyku, oddało kraj pod świeckoduchowne panowanie misyonarzy. Jezuici jako dobrzy gospodarze pozakładali w wielu odpowiednich miejscach klasztory i misye dla celów swej propagandy.
Kiedy w roku 1823. centralny rząd meksykański obalił panowanie kapłanów, nie chcieli misyonarze po większej części uznać tego rządu i wynieśli się z kraju. Tych niewielu, którzy zostali, utraciło wpływ i bytowało nędznie, niknąc z dniem każdym.
Niedaleko od Sacramento stał potężny, kilkopiętrowy, budynek, otaczający wielki dziedziniec, a po stronie, zwróconej ku miastu, zamykał go starożytny kościół, zbudowany z niewypalonych cegieł.
Była to misya „Santa Lucia“, której koszarowe komnaty zamieszkiwały trzy osoby: stary, osiwiały ksiądz, jeszcze starsza gospodyni i Niemiec, niejaki Karol Werner, którego obcujący z nim nazywali tylko po imieniu: sennor Carlos. Była to prawa ręka proboszcza.
W tym czasie odkryto w Kalifornii złote pola, a wieści o leżących w górach skarbach wywołały immigracyę z początku z Meksyku i Stanów Zjednoczonych, a później ze wszystkich części świata. Najpierwej przybyli potomkowie dawnych hiszpańskich konkwistadorów, a za nimi wyspiarze sandwichscy, Australczycy i Europejczycy, a nawet Chińczycy i kulisi. Każdy chciał się wzbogacić udziałem złota, który się starał wydrzeć ziemi.
W San Francisco głównie zbierali się obcy, a stamtąd szli dalej na północ, albo w głąb kraju. Sakramento odgrywało także ważną rolę, jako punkt zborny.
Niekażdy oczywiście wiózł z sobą namiot, lub inny rodzaj mieszkania. Liczba ludzi rosła z dnia na dzień, a ponieważ deszcze nie pozwalały przebywać pod gołem niebem, przeto zajmowano wszystko, co mogło służyć jako schronisko.
Starożytna misya Santa Lucia doznała również losu, który nie bardzo zgadzał się z pierwotnem jej przeznaczeniem. Pewien Francuz z Alzacyi urządził w jednem skrzydle na dole browar, wmurował kocioł i zaczął warzyć napój, który śmiał nazywać piwem. W części przedniej, tuż obok kościoła, osiedlił się Amerykanin, założył restauracyę i zamienił część nawy kościelnej na sale do tańca, gdzie co tygodnia ćwiczono się w sztuce układnego skakania. Podobał się ten pomysł pewnemu przedsiębiorczemu Irishmanowi, który za przykładem Amerykanina urządził po drugiej stronie kościoła szynk z wódką.
Dolną część drugiego skrzydła zajął Anglik, który sprzymierzył się z przebiegłym mieszkańcem New-Hawshire w celu sprowadzania Chińczyków. Obydwu gentlemanom wiodło się wcale dobrze. Tak zajmowano coraz inne części budynku misyjnego, wreszcie pozostawało jeszcze wolne tylko najwyższe piętro.
Stary proboszcz nie zdołał temu zapobiec. Z początku, nie mogąc użyć przemocy, próbował się procesować, ażeby zachłannych ludzi utrzymać zdala od domu bożego, lecz wnet poznał zgubne skutki tego kroku, gdyż wpadł w ręce całej zgrai drapieżców, którzy domagali się od niego pieniędzy za swoje rzekome starania, a nic mu za to nie wyjednali.
Te stosunki obmierziły mu Santa Lucia. Pewnego dnia zniknął bez śladu razem z gospodynią i nikt go nawet nie szukał. Z pierwotnych mieszkańców został tylko sennor Carlos, który z żoną i z córką Anitą zajmował kilka izb parterowych obok browaru.
Ale wkońcu i poddasze miało otrzymać właściciela. Wrzekomo z Buenos-Ayres przybył do Sacramento człowiek, który pochodził z Cincinnati i nazywał siebie: doktor White. Czy rzeczywiście był lekarzem, o to go nikt nie pytał. Chciał założyć szpital w Sacramento, a ponieważ tam nie było odpowiedniego miejsca, przyjechał do domu misyjnego. Nie znalazłszy tu nikogo, ktoby mu wynajął poddasze, objął je poprostu sam w posiadanie. Był to człowiek praktyczny i wiedział, że w tym kraju trudno byłoby naruszyć prawo obecnego właściciela.
Zaraz nazajutrz przywlokły się muły z wełnianemi kołdrami i materacami, a gromada Meksykanów wniosła żelazne łóżka. Przed wieczorem stało już dwadzieścia łóżek pod uszkodzonym w wielu miejscach ceglanym dachem, na otwartym strychu, gdzie wiatr hulał w najlepsze, a w porze deszczowej dokuczały nieustanne powodzie. To był szpital, czekający z otwartemi ramionami na nieszczęśliwych chorych.
Ci pojawili się niebawem.
Jakkolwiek klimat kalifornijski jest zdrowy, mimo to panowało w kopalniach zawsze chorób aż nadto. Dziki, nieregularny tryb życia, połączony z ciężką, niezwykłą dla wielu pracą, wśród częstych deszczów, powodował nieraz febrę, która wobec braku lekarskiej opieki i pielęgnacyi kończyła się często śmiercią.
Za szczęśliwych mogli się jeszcze uważać ci, których choroba nie napadła wtedy, gdy byli sami wśród puszczy, których przyjaciele przywieźli z gór do siedliska cywilizacyi i należytej opieki. Większość znajdowała w kopalniach sześć stóp ziemi nad sobą i pierścień z kamieni dokoła ciasnego grobu. Wielu umierało w drodze, wielu już tylko ostatniem, gasnącem spojrzeniem obejmowało osadę ludzką. Nieliczni tylko odzyskiwali zdrowie i ze wzmocnionem ciałem rozpoczynali pracę nanowo.
Jedną rzecz tracił każdy chory, a mianowicie przywiezione z sobą pieniądze.
W owych czasach płacono za lekarstwa poprostu na wagę złota, a dzielny lekarz miał najwydatniejszą kopalnię w chorobach swoich pacyentów. Korzystały z tego dowoli całe zastępy pigularzy, których pacyenci umierali tylko dlatego, że posiadali pieniądze, które w razie wyzdrowienia byliby mogli zabrać z sobą!
Opowiadający przerwał w tem miejscu umyślnie i przybrał tak obiecującą minę, że mi się wydało, iż teraz zechce zabłysnąć swoim literackim talentem. I rzeczywiście następnej części opowiadania nadał formę noweli, którą można było śmiało wydrukować.
Na wzgórze — mówił dalej — gdzie stał dom misyjny, wychodził w wygodnem ubraniu meksykańskiem silnie zbudowany młodzieniec o jasnych włosach, regularnych rysach i tryskających zdrowiem policzkach.
Zatrzymał się przy zaroślach, otaczających dom i zwrócił się ku zachodowi.
Wieczór się zbliżał, a słońce zanurzało już iskrzące swe żary w promienną roztocz. Przed młodzieńcem leżało miasto, zalane rubinowem światłem, a okna starego gmachu połyskiwały w dal jaskrawymi refleksami.
Przybysz położył się na miękkiej murawie i tak zagłębił w widoku, że nie usłyszał odgłosu lekkich kroków, zbliżających się z boku do niego.
Mała rączka spoczęła na jego plecach, jasna główka pochyliła się nad nim, a równocześnie padły w ciszy te słowa:
— Witam was tu, sennorze! Czemu nie pokazywaliście się u nas tak długo?
— Byłem w San Francisco, sennorito, gdzie załatwiałem rozmaite interesa — odrzekł zapytany.
— I tam zupełnie zapomnieliście o sennorze Carlosie i jego biednej, małej Anicie!
— Zapomniałem? Per dias, nie, po tysiąc razy nie! Anitto, jak mógłbym o Was kiedy zapomnieć!
Dziewczyna usiadła obok niego bez ceremonii.
— Czy rzeczywiście myśleliście o mnie, sennorze Edouardo?
— Nie pytajcie mnie, Anitto, czy o was myślałem! Kto się mną zajął, kiedy, pozbawiony mienia przez złych ludzi, przybyłem tutaj, jeśli nie wasz ojciec? A kto potem, kiedy trudy i niewczasy powaliły mnie na łoże boleści, pielęgnował mnie jak syna i brata? Wy i matka wasza! Kogóż mam w tym obcym kraju, do kogo mógłbym pójść po radę, prócz was? Anitto, ja o was nigdy nie zapomnę!
— Prawda to, Edwardzie?
— Prawda — odrzekł krótko, chwytając ją za rękę patrząc jej szczerze w oczy.
— Nawet gdy wrócicie do ojczyzny?
— Nawet wtedy. Wszakże oświadczyłem wam, Anitto, że bez was nie wrócę do ojczyzny. Czy już zapomnieliście o tem?
— Nie — odpowiedziała.
— A może słońce waszego uczucia przyświeca już komu innemu?
— Komu innemu? Któż to taki? A może nie wolno mi tego wiedzieć!
— Lekarz z góry, doktor White.
— On? — spytała przeciągle. — Któż chciałby być słońcem tego suchego mr. Chinarindo! Co do mnie, to mógłby pozostać w ciemności, dopókiby mu się podobało!
— Anitto, czy to prawda? — zawołał młodzian.
— Czemu nie dowierzacie moim słowom?
— Bo wiem, że łazi za wami krok w krok, a rodzice wasi chętnie go widzą u siebie.
— Nie przeczę, że za mną łazi, ale również prawdą jest, że ja go unikam, jak mogę. I to słuszne, że ojciec mu niekrzyw. Doktor nagadał mu dużo o majątku i chce z nami pojechać do ojczyzny, jeśli dość zarobi.
— Do ojczyzny? Czyżby ojciec chciał tam wrócić?
— Tak. Od kiedy misya została koszarami dla wszystkich, nie jest zadowolony z tutejszych stosunków. My jesteśmy biedni, stary ojciec nie potrafi tyle zarobić, żebyśmy mogli za to wyjechać. Dlatego...
— Dlatego co...?
— Dlatego mu się wydaje, że bogaty zięć spełni jego życzenie.
Edward milczał przez chwilę, a potem spytał:
— A ojciec oddałby waszą rękę doktorowi?
— Zapewne, ale ja go nie znoszę, a matka także.
— A mnie znosicie?
Skinęła głową z odcieniem gniewu za takie pytanie, a on ujął drugą jej rękę i rzekł:
— Mnie się zawsze zdawało, że my powinniśmy należeć do siebie, całe życie. Jesteś taka skromna i dobra, że pragnę być zawsze z tobą. Czy mogę to oświadczyć twej matce?
— Możesz.
— I ojcu?
— Także.
— Nawet zaraz?
— Nawet zaraz!
— To chodź!
Wstał, a ona poszła za nim. Przeszli razem przez portal, potem przez dziedziniec do drzwi, wiodących do mieszkania Wernera. W sieni usłyszeli twardy, ostry głos człowieka, mówiącego w izbie z natarczywością.
— Tam jest doktor! — rzekła Anitta.
— Pójdźmy do kuchni i zaczekajmy, dopóki się nie oddali!
Z kuchni słyszeli każde słowo rozmowy, którą White prowadził z rodzicami Anitty.
Damnt it, master Carlos. Czy myślicie, że będę żałował grosza? — spytał pierwszy. — Medycyna więcej warta, aniżeli najlepsze miejsce w kopalniach. Gdy już dość zdobędę, przeniesiemy się do Nowego Jorku albo do Filadelfii, a stamtąd dalej, dokąd zechcecie. No, zgoda?
— Hm, zgodziłbym się, jeślibym napewno wiedział, że dotrzymacie słowa!
— Do dyabła! Czy uważacie mnie za kłamcę?
— Dotychczas nie daliście mi powodu do tego. Ale w starej Kalifornii zapanowały w ostatnich czasach takie stosunki, że człowiek mimowoli staje się nieufnym, a przynajmniej ostrożnym.
— To dam wam zabezpieczenie! Bez żony nie mogę dalej prowadzić interesu. Wasza córka ma dyabelnie ujmujące oblicze, sądzę przeto, że będę dla niej dobry ponad wszelką miarę. Dajcie mi ją za żonę, a ja zrobię ją buchalterem i oddam jej całą kasę. Wystarczy wam to?

— Hm, tak. Ale czy mówiliście już z dziewczyną?

— Jeszcze nie mówiłem. Uważam to zresztą za zbyteczne. Doktor White potrafi sobie zdobyć względy dziewczyny, jeśli tylko spróbuje. Mam też nadzieję, że córka nie zechce przeciwko waszej woli płynąć.

— To słuszne. Jednakże w tak ważnej sprawie należy jej zostawić wolną wolę. Chociażbym ja się zgodził, to rzecz nie przyjdzie do skutku, jeśli ona nie zechce. Pomówcie więc najpierw z nią, doktorze, a potem przyjdźcie do mnie!

— Zaraz wrócę z pomyślną wiadomością. Nie mam wiele czasu na takie rzeczy, bo na górze leży dwudziestu jeden pacyentów, którzy dają dużo do czynienia. Gdzie córka?

— Nie wiem; może przed bramą.

— Ładnie! Poszukam jej tam.

Zwrócił się ku drzwiom, lecz zatrzymał się zdziwiony, gdyż przed nim stali Anitta i Edward, którzy w tej chwili wyszli z kuchni.

— Tu jest ta, której szukacie, mr. doktorze — rzekł młodzieniec — a sprawa, którą chcecie z nią omówić, nie zabierze chyba dużo czasu.

— Jak to rozumiecie, sennorze Edouardo? — zapytał White, który znał swego rywala, gdyż codzień prawie spotykał go u rodziców Anitty.

— Zdaje mi się, że przybywacie za późno, bo właśnie zgodziliśmy się z Anittą. Ona nie ma ochoty zostać panią doktorową, a woli natomiast ze mną żyć.

— Czy to prawda Anitto? — zapytał Werner, podnosząc się ze zdumieniem i odrzucając wypalonego papierosa.

— Tak, ojcze. Czy ci się to może nie podoba?

— Nie podoba? Owszem podobałoby mi się, bo ja sam lubię tego chłopca; ale co poczniecie z samą miłością w kraju, gdzie wszystkie drogi i ścieżki wybrukowane są dolarami. Sen nor Edouardo jeszcze młody i może do czegoś jeszcze doprowadzić, jeśli się przedwcześnie nie przyczepi do dziewczyny. Doktor już dawno jest na ładnem stanowisku. To różnica, Anitto! On chce wyjechać z nami do Europy i...
— Edward pojedzie także! — przerwała mu dziewczyna. — On chce nawet...
— Ale czy może? Do tego trzeba czegoś więcej prócz dobrej woli.
— Sennorze Carlosie — odezwał się teraz Edward. — Obecna chwila nie nadaje się do szczegółowego rozstrząsania tej sprawy. Powiedzcie mi tylko otwarcie, czy oddalibyście mi Anittę za żonę, gdybym nie był także ubogi?
— Oddałbym.
— A ile musiałbym mieć.
— Hm, to trudno powiedzieć! Im więcej, tem lepiej. Musiałoby to w każdym razie wystarczyć przynajmniej na naszą podróż do ojczyzny i zakupienie tam jakiego mająteczku, lub czegoś podobnego.
— Czy użyczycie mi czasu na zdobycie takiej sumy pieniędzy?
— Ileż potrzebujesz na to czasu?
— Sześciu miesięcy.
— Hm, to nie długo. Co wy na to, doktorze?
Damn it, to brzmi jak suchy, prawidłowy interes. Pozwólcie, że doń przystąpię!
— Dobrze!
— To przyjmijcie odemniepewną radę, mr. Carlosie!
— No?
— Wy, mr. Edwardzie, chcecie zapewne udać się do kopalni? — spytał doktor szyderczo, zwracając się do młodzieńca.
— Właśnie.
Well, sir. Macie sześć miesięcy czasu. Jeśli w tym terminie wrócicie z trzema tysiącami dolarów, miss Anitta będzie waszą, a ja nie powiem ani słowa. Jeśli natomiast nie wrócicie wogóle, albo tylko z mniejszą sumą, miss będzie moją. Czy zgadzacie się, mr. Carlosie?
— Najzupełniej, ale z zastrzeżeniem, że wasze stosunki są takie, jak mi je opisaliście!
— Są takie! A zatem zgoda między nami. Good bye; muszę iść do moich chorych...
Minęły całe miesiące, a na wzgórze wchodził do domu misyjnego znowu młody człowiek, a pod zaroślami odwrócił się do leżącego za nim krajobrazu. Chociaż umówionych sześć miesięcy upłynęło prawie z wyjątkiem kilku dni, nie był to Edward, lecz ktoś inny.
Napasłszy oczy rozległym widokiem, przeszedł przez portal, przez dziedziniec, a przed wejściem do bocznego skrzydła spotkał się z Anittą, którą zapytał:
— Czy możecie mi powiedzieć, sennorito, gdzie tu mieszka doktor White?
— Mieszka pod dachem. Wejdźcie tam, do szpitala, a zastaniecie go napewno.
Przybysz poszedł za tą wskazówką, wspinał się po schodach coraz to wyżej i wyżej, aż dostał się na poddasze, gdzie zobaczył dwa rzędy łóżek, między któremi uwijał się doktor. Izba nie była zbyt jasna, a że na dworze zmrok już zapadał, trudno było rozróżnić przedmioty.
White zauważył obcego i przystąpiwszy doń, zapytał:
— Czego sobie życzycie, sennorze?
Gość przysłuchiwał się brzmieniu tego głosu, a potem spytał z zaciekawieniem:
— Czy wy jesteście doktor White, sir?
— Tak.
— Ja jestem farmaceutą. Chciałem w Kalifornii wykopać szczęście z ziemi, ale nie znalazłem nic. Wtedy udałem się do biura pośrednictwa pracy, aby poprosić o służbę. Tam powiedziano mi, że potrzebujecie dozorcy chorych i dlatego przybyłem do was, by się przekonać, czy posada jest jeszcze wolna.
— Jeszcze nie obsadzona. W której miejscowości pracowaliście i w których zakładach?
— Hm — odrzekł obcy z namysłem, wygłaszając szybko pierwsze nazwy i imiona, a akcentując umyślnie ostatnie — w Nowym Yorku, Pittsburgu, Cincinnati, a na ostatku w Norfolku u mr. Clevelanda.
— W Norfolku u mr. Clev....
Lekarz przystąpił szybko bliżej, ażeby lepiej przypatrzyć się twarzy obcego i cofnął się z przestrachem.
— Do wszystkich dyabłów, przeklęty... chciałem powiedzieć: mr. Groman, który równocześnie ze mną tam... Ale chodźcie na dół do mego mieszkania. Cieszy mnie to niezmiernie, że zobaczyłem tak niespodzianie kolegę, który był ze mną razem w tem samem miejscu!
Nie zauważył dwuznacznego uśmiechu w rysach przybyłego i zeszedł o piętro niżej, gdzie wstąpił do małego pokoju i zaświecił. Była to widocznie jadalnia i sypialnia zarazem.
— Tak, usiądźcie sobie, o raczej usiądź sobie, jeśli między nami ma dawny stosunek pozostać! Cóż było w Norfolku po mojem odejściu? Pokłóciłem się z pryncypałem i dlatego odszedłem bez wypowiedzenia. Staremu Clevelandowi zapewne dobrze się powodzi!
— Dobrze? Jemu wogóle przestało się powodzić. Gdy ty odszedłeś, zniknęła także w niepojęty sposób jego kasa, razem z przechowywanymi tam papierami wartościowymi. To go zrujnowało. Nie mogąc tego przeboleć, umarł.
— Czy to być może? Co mówisz? Hm, stary nie pozwalał, co prawda, nikomu wglądać w swoje stosunki. Dlatego ja przypuszczam, że usunięcie kasy zarządził w tajemnicy on sam. Ta okoliczność, że osiedliłem się tu jako lekarz, nie powinna cię dziwić. Tu nikt nie pyta o dyplom, a z tego zajęcia można żyć. Przychodzisz więc po posadę?
— Tak; lecz powiedz mi, Walkerze, jak zdobyłeś środki na stworzenie takiego zakładu i dlaczego nie zatrzymałeś swego właściwego nazwiska?
— Hm, środki zdobyłem w kopalniach złota, a nazwisko zmieniłem, bo White brzmi bardziej naukowo, niż Walker. Ale wracając do posady, to ją otrzymasz, o ile nie dasz mi powodu do skargi na siebie. Jeśli się dobrze wćwiczysz, to może zrobię cię moim asystentem, a może nawet wezmę cię na wspólnika!
— Masz dla mnie mieszkanie?
— Na to znajdzie się rada. A zatem zgadzasz się?
— Oczywiście!
— To ładnie!
— Skarżyć się na mnie nie będziesz. Los obszedł się także ze mną srodze, dlatego przeszłości wcale nie będę żałował.
Groman objął posadę i w krótkim czasie poznał wszystkie tajniki wiedzy, których wymaga prowadzenie szpitalu. Doktor musiał go do siebie przyjąć, lecz uspokoił się wnet, gdy się przekonał, że jego asystent uważa za dopuszczalne takie wypadki, które należy ostrożnie ukrywać przed okiem ludzkiem.
White miał teraz więcej czasu i przepędzał wolne chwile u sennora Carlosa, w którego zaufanie umiał się wkraść dzięki swej chytrości. Ojciec nie zważał wcale na to, że lekarz był o wiele starszy od córki i że jego zachowanie się musiało wszystkich odpychać.
Wreszcie upłynęło owych sześć miesięcy, a Edward się nie pokazywał. Brak wiadomości listownej, lub innego znaku życia, nie odbierał spokoju Anicie. Wiedziała ona, że połączenie pocztowe z kopalniami było niedostateczne, że spoczywało prawie całkiem w rękach prywatnych, że więc nie można było nigdy liczyć na prawidłowe odbieranie listów. Ludzi, którzy podejmowali się przewozu listów i przesyłek pieniężnych, napadano na drodze, ograbiano i zabijano, albo oni sami uciekali z powierzonymi sobie pieniądzmi.
Nadszedł nawet ostatni wieczór, a Edwarda nie było. Dziewczynę trapił okropny niepokój, a z doktorem było to samo. Dotychczas były wszelkie szanse po jego stronie, ale rywal mógł się zjawić każdej chwili, a temu należało przeszkodzić. Zdał więc opiekę nad pacyentami asystentowi, a sam opuścił misyę.
Chorzy byli bardzo zadowoleni z przyjęcia Gromana, który był ich aniołem opiekuńczym. Okazując się wobec doktora posłusznym i zupełnie pozbawionym woli, postępował poza jego plecyma całkiem wedle własnego uznania, w tem przekonaniu, że niejeden pacyent, przeznaczony na śmierć przez White’a, będzie mu zawdzięczał życie i mienie.
Opowiadający znowu zamilkł i popatrzył dokoła na słuchaczy. Spodziewał się zapewne pochwał, lecz napróżno, gdyż opowiadanie było dotąd niezbyt zajmujące. Pociągnął więc kilka razy cygara i rzekł:
— Możliwe, że wam się ta historya nie podoba. Uważajcie jednak dalej, bo główna rzecz nastąpi dopiero teraz.
— A tą główną rzeczą będzie pewnie Old Shatterhand? — spytał jeden z obecnych.
Yes! Zgadliście, sir. Ten słynny biały myśliwiec zaraz wystąpi. Otóż doktor White, jak to dopiero co powiedziałem, oddał pacyentów asystentowi, a sam odszedł, gdyż niepokój wypędził go z domu. Wprawdzie był to wieczór ostatniego już dnia z umówionego terminu, ale zostawało jeszcze kilka godzin, w których rywal mógł jeszcze nadejść. Poleciał więc doktor na dworzec, aby tam zaczekać na ostatni pociąg, który miał nadejść od strony kopalń.
Wkrótce też wjechał pociąg, a kto z niego wysiadł? Mister Edouard. Stał już przez chwilę przed wagonem, potem odwrócił się jeszcze raz i ukłonił do wnętrza, jak gdyby się z kimś żegnał, a potem odszedł. Odrazu przystąpił do niego White i rzekł:
— No, przyjechaliście przecież! A zdawało się już, że nie dotrzymacie terminu. Ale główna teraz rzecz w tem, czy sprzyjało wam szczęście i czy znaleźliście dość złota?
— Miałem szczęście, nawet większe, niż się spodziewałem — brzmiała radosna odpowiedź.
— Uzbieraliście trzy tysiące dolarów?
— Nawet o wiele więcej!
— To prawie nie do uwierzenia! Drudzy pracują w digginach przez całe lata, narażają życie i zdrowie i nic nie znajdują, a wy poszliście na kilka miesięcy i wracacie zdrów i bogaty! Nie da się to już zmienić, przeto ja będę musiał ustąpić. Czy idziecie stąd zaraz do misyi?
— Tak.
— To pójdziemy razem.
Oddalili się, a White nie zważał na człowieka, z którym na końcu Edward rozmawiał.
Ten nieznajomy wysiadł tymczasem. Edward pragnął jak najrychlej dostać się do Anitty i uwolnić ją od niepokoju o jego osobę, szedł więc bardzo szybko. Za miastem, które prędko minęli, otoczyła ich ciemność. White skorzystał z tej sposobności, wydobył z kieszeni rewolwer tak, że towarzysz tego nie dostrzegł i odsunął zamknięcie.
— Mieliście więc szczęście? — rzekł. — Ktoby to był pomyślał! Teraz ja straciłem wszystko; wyrzuciliście mnie z siodła. Czy pracowaliście w kopalniach sami, czy też z towarzyszami?
— Sam.
— Co? Przecież nie rozumieliście się na tem! To naprawdę wielkie szczęście i niezwykły przypadek, że natknęliście się zaraz na miejsce, w którem znaleźliście tyle w tak krótkim stosunkowo czasie.
— Nie było to ani szczęście, ani przypadek, gdyż pokazano mi to miejsce.
— Pokazano? To nie może być! Żadnemu poszukiwaczowi nie przyszłoby na myśl pokazywać drugiemu miejsce złotodajne!
— To nie był poszukiwacz.
— A któż?
— Indyanin.
— Co mówicie? W takim razie to jeszcze bardziej zadziwiające! Tak, są Indyanie, którzy wiedzą, gdzie leży złoto, ale ci wcale nie mają ochoty pouczać o tem białych.
— Ten Indyanin nie korzystał z tych pokładów złota. To był wielki i słynny wódz Apaczów.
— Jak się nazywał?
— Winnetou.
— Do wszystkich dyabłów! Jak zetknęliście się z nim?
— Za pośrednictwem pewnego białego myśliwca, jego przyjaciela, którego zastałem w kopalniach.
— Jak się nazywał?
— Old Shatterhand.
— Ach..!
Nie spodziewający się niczego Edward nie widział, jakie wrażenie wywarły na White’m te nazwiska i mówił swobodnie dalej:
— Spotkałem Old Shatterhanda przypadkiem. Zapytał mnie o moje stosunki, widząc prawdopodobnie, że nie jestem zawodowym poszukiwaczem złota i że nie nadawałem się do tego zajęcia. Opowiedziałem mu szczerze wszystko i wyjawiłem cel mego pobytu w kopalni złota. On zaś wyśmiał mnie najpierw, a potem spoważniał i obiecał sprowadzić mi człowieka, od którego miałem otrzymać dobrą radę. Nazajutrz przybył z Winnetou, który popatrzył na mnie tak, jak gdyby mię chciał wzrokiem przebić, skinął głową Old Shatterhandowi i kazał mi, żebym poszedł z nim. Chodziliśmy prawie cały dzień, przyczem Winnetou badał grunt wszędzie. Dopiero pod wieczór zatrzymał się w jednem miejscu i rzekł:
— Tu może mój młody brat kopać, ale sam, bez nikogo, a znajdzie nuggety i piasek.
Wziąłem narzędzia i zacząłem kopać. Przepowiednia Winnetou sprawdziła się, bo istotnie znalazłem nuggety. Pilnowałem się bardzo przed wzrokiem innych poszukiwaczy, bo to przeważnie rozbójnicy. Kto wie nawet, czy byłbym dziś żył, gdyby w ostatnich dniach nie był nadszedł Old Shatterhand, by się dowiedzieć o wyniku moich poszukiwań.
— Czy Winnetou był z nim także?
— Nie. Rozłączył się z nim na pewien czas, ażeby udać się najpierw do Sacramento, a potem do San Francisco. Old Shatterhand został przy mnie, dopóki nie opuściłem pokładów i starał się, żeby nie zbliżył się do mnie żaden z poszukiwaczy. Następnie sprowadził mię tutaj.
— Dzisiaj?
— Tak.
— Więc przyjechał z wami?
— Tak! Siedzieliśmy razem w wagonie.
— Kiedyście wysiedli, rozmawialiście z kimś w wagonie. Czy z nim?
— Tak. Nie wysiadł zaraz razem ze mną, bo miał jeszcze pomówić z innym podróżnym. Pożegnałem go więc i poprosiłem, żeby dotrzymał słowa.
— Jakiego słowa?
— Przyrzekł, że mnie odwiedzi jutro w misyi.
— Do dyabła! Naprawdę?
— Tak — odrzekł Edward, nie widząc, w jakie rozdrażnienie wpadł doktor, który bardzo się bał Old Shatterhanda, ale zapanował nad sobą i pytał dalej:
— Czy możecie także udowodnić, że macie trzy tysiące dolarów? Będziecie to musieli zrobić jeszcze dzisiaj wieczorem.
— Mogę. Zamieniłem cały pył złoty na dobre papiery i mam je przy sobie.
Na to przystanął White, odwiódł kurek rewolweru i rzekł:
— Wielkie to było szczęście, że spotkaliście Old Shatterhanda i Winnetou, ale o wiele większa jest wasza głupota, że opowiedzieliście to wszystko mnie.
— Głupota? Czemu?
— Bo nie dostaniecie dziewczyny i pieniądze stracicie!
— Jakto?
— Zaraz się dowiecie.
W następnej chwili huknął strzał, a Edward runął na ziemię i nie ruszył się już więcej. White podniósł go, zabrał trchę na bok od drogi i tam położył. Chciał go tam na razie zostawić, by go potem gdzieś w nocy zagrzebać, a teraz tylko wypróżnić jego kieszenie. Właśnie w chwili, gdy się zabrał do tego, posłyszał odgłos kroków, zbliżających się szybko. Pomknął tedy w bok, ażeby go nadchodzący nie zauważył. O pieniądze się nie troszczył, bo zabity leżał tak, że mógł mu je także później zabrać. Nie poszedł jednak do swego mieszkania, ale wprost do Wernera, ażeby dokładnie o dwunastej godzinie w nocy przedstawić swoje żądania.
Opowiadający znowu się wstrzymał, ażeby zapytać swoich słuchaczy:
— No, panowie, czy teraz jest ta historya więcej zajmująca, niż przedtem?
— O wiele, o wile więcej! — odpowiedziano. — Ale co się dzieje z Old Shatterhandem?
— Już jest.
— Na dworcu?
— Nie, znacznie bliżej!
— Gdzie?
— Na drodze do misyi. Jego to kroki posłyszał White.
— A, tak!
Tak. Gdy bowiem Old Shatterhand wyszedł z dworca, zaczął wzrokiem szukać swego młodego towarzysza podróży. Ujrzawszy go stojącego z Whitem, stropił się niemało. Pewnie tego drugiego znał, może go gdzie widział. Myślał i myślał, aż wreszcie sobie przypomniał. Człowiekiem, który rozmawiał z Edwardem, był Kanada Bill! Lecz tymczasem obydwu już nie było. Old Shatterhand pośpieszył za nimi, lecz nie dostrzegł ich w najbliższej ulicy. Ale jeśli Kanada Bill gdzie występuje, to zawsze w dyabelskiej sprawie. Czyżby coś podobnego zamierzał względem Edwarda? Takie pytania zadał sobie Old Shatterhand i postanowił przestrzec swego towarzysza podróży. Wiedział, że podążył do misyi, dopytał się o nią po drodze i udał się za nim.
Poza miastem droga była ciemna, Old Shatterhand więc musiał iść powoli, by jej z oczu nie stracić. Wtem usłyszał przed sobą wystrzał i pobiegł ku miejscu, z którego doleciał go odgłos strzału. Tam przystanął i jął nadsłuchiwać. Wydało mu się, że ktoś się cicho oddalał. Zaczął szukać, czy kto nie leży na ziemi zraniony, ale nie znalazł nikogo. Wtem doszedł go z boku cichy jęk. Gdy się skierował w kierunku tego głosu, zastał tam Edwarda, który podniósł się do połowy i trzymał ręce na okolicy serca.
— To wy? — spytał z przestrachem, poznawszy go mimo ciemności.
— Tak, sennorze Shatterhand — odpowiedział Edward po cichu.
— Czy jesteście trafieni?
— Tak.
— Gdzie?
— W serce, w samo serce!
Trudno mu było mówić i brakło mu tchu.
— W serce? To nie może być! — rzekł Old Shatterhand. — Gdyby was trafiono w serce, jużbyście nie żyli. Bądźcie cicho! Zbadam was zaraz.
Rozpiął mu bluzę, kamizelkę i koszulę, ale nie znalazł ani śladu krwi! Jął szukać dalej, namacał portfel i oświadczył z radością:
— Dzięki Bogu! Mieliście w tej kieszeni wielki worek z nuggetami i one powstrzymały kulę. Tu czuję małą dziurkę w suknie. Strzał was przewrócił i pozbawił oddechu, ale kula utkwiła w nuggetach. Czy ten doktor, wasz rywal, mieszka w tej samej misyi?
— Tak.
— Ja was do niego zaprowadzę, albo zaniosę. On was...
— Na miłość Boga, nigdy!
— Czemu nie?
— On strzelił do mnie.
— Aha! Czy był na dworcu?
— Tak.
— Czy to ten człowiek, z którym odeszliście stamtąd? A jak on się nazywa? Albo raczej: jak nazywa się teraz?
— White, doktor White.
— Doktor, lekarz? Iluż to zawodów próbował już ten łotr w życiu! Ale to będzie ostatni! Tym razem wydrę mu z rąk to rzemiosło i to na zawsze!
— Czyż znacie go?
— Aż nadto dobrze! Ale to rzecz uboczna teraz. Najważniejsze to, czy wy się dobrze czujecie?
— Teraz mi lepiej. Mogę już oddychać.
— A pierś was boli?
— Niebardzo.
— To spróbujmy, czy będziecie mogli wstać i pójść. Zeprzyjcie się na mnie!
Próba się udała. Edward szedł, chociaż jeszcze powoli Po drodze powtórzył Shatterhandowi swoją rozmowę z Whitem. W pobliżu misyi musiał usiąść na uboczu, w miejscu ukrytem. Old Shatterhand zaś kazał sobie opisać mieszkanie i szpital, a potem wszedł do budynku, by odszukać Whitego. Mieszkanie było zamknięte, wstąpił więc aż na poddasze i otworzył drzwi, nie zapukawszy przednio. Stały tam łóżka pacyentów, a przy stole siedział asystent, który podniósł się z krzesła, zdziwiony późnemi odwiedzinami. Przypatrzywszy się gościowi dokładniej i ujrzawszy strzelby na jego plecach, a nóż i rewolwery za pasem, przeraził się wprost.
— Kto jesteście i czego tu chcecie? — zapytał.
— Szukam doktora White’a.
— Niema go tu.
— A gdzie jest?
— Może na dole u sennora Wernera.
— A kto wy jesteście?
— Nazywam się Groman i jestem jego asystentem.
— Pójdźcie tu, mr. Groman! Chciałbym zobaczyć twarz waszą!
Pociągnął go ku światłu i przypatrzył mu się dokładnie. Surowe jego rysy przybrały wyrazu łagodnego.
— Prawdopodobnie łotrem nie jesteście — powiedział.
— Nie jestem nim napewno. Przeciwnie byłem zawsze uczciwym człowiekiem. Ale skąd to wasze dziwne zachowanie się, te szczególne słowa, sir?
— Zaraz wam powiem. Znacie może nazwisko: Old Shatterhand?
— Znam.
— To ja nim jestem.
— Co... jak...? Wy Old Shatterhand?
— Tak. A słyszeliście kiedy nazwisko: Kanada-Bill?
— Słyszałem.
— Czy wiecie, co to za człowiek?
— Największy łotr na świecie.
— Wiecie to napewno?
— Tak. Nikt nie może tego wiedzieć lepiej ode mnie, bo... bo... ja... hm!
— Co, hm?
— To właściwie jest tajemnica, ale skoro jesteście Old Shatterhand, to mogę wam ją wyjawić. Jestem detektywem.
— Ajentem tajnej policyi? I asystentem doktora White’a?
— Właśnie jako taki.
— Aha! Zaczynam rozumieć. W takim razie udzielę wam pewnej wiadomości, która was zaciekawi. Wasz doktor White to Kanada-Bill.
Zounds! Naprawdę?
— Skoro ja to mówię, to możecie mi wierzyć.
— Czy znacie Kanada-Billa?
— Bardzo dokładnie. Zniknął mi dawno, lecz dzisiaj znów wszedł mi w drogę. Dopiero przed chwilą wykonał zamach morderczy.
— Co mówicie? Gdzie? Na kim?
Old Shatterhand opowiedział mu wszystko, a wtedy i Groman już nie krył się dłużej, lecz rzekł:
— W takim razie muszę być wobec was szczerym. Byłem dawniej farmaceutą i miałem zajęcie u mr. Clevelanda w Norfolku w północnej Karolinie. Po jakimś czasie wstąpił do niego do służby niejaki Walker, którego przyjęto, ponieważ miał dobre świadectwa, jak się później pokazało, sfałszowane. Wnet też wyszło na jaw, że z farmacyi rozumiał prawie mniej od początkującego. Z tego powodu przychodziło do poważnych kłotni miedzy nim a pryncypałem. Nagle zniknął on, a razem z nim zawartość kasy, czyli cały majątek Clevelanda. Lubiłem mego pryncypała, gdyż był moim dobroczyńcą. Strata zrujnowała go zupełnie. Gdy policya nie znalazła ani śladu zbrodniarza, postanowiłem ja wyszukać go prywatnie. Szukając jego, wpadłem na trop innych osób, które śledzono tak samo, jak jego, i oddałem je w ręce sprawiedliwości. To powodzenie wyrobiło mi w policyi dobrą markę, wskutek czego dano mi posadę detektywa. W ten sposób zdobyłem większe materyalne i moralne środki, dzięki którym udało mi się uzyskać pewne wskazówki. Opierając się na nich, znalazłem wreszcie pewne ślady, które zaprowadziły mnie tutaj.
— Do White’a?
— Tak.
— On jest owym Walkerem?
— Właśnie.
— Wszak on was pewnie poznał!
— Oczywiście. Ale ja mu tak sprawę przedstawiłem, że mię zaangażował, ażeby mnie skłonić do milczenia. Teraz jestem jego asystentem, ale nie jestem pewien dnia ani godziny, gdyż każdej chwili muszę być przygotowanym na to, że mię z drogi uprzątnie, aby usunąć jednego ze świadków swojej przeszłości.
— Czemuż wy jego nie zrobicie nieszkodliwym?
— W jaki sposób mam to uczynić?
— Aresztujcie go!
— Nie mogę.
— Czemu?
— Bo nie mam przeciw niemu dowodu. Wiem, że ukradł majątek Clevelanda, ale dowieść mu tego nie zdołam. Śledziłem go dzień i noc, starałem się zgłębić wszystkie jego tajemnice, zbadałem każdy kąt, dla mnie dostępny, ale wszystko było daremne.
— Dla was dostępny... w tem sęk! On nie dopuści do tego, żebyście podpatrzyli jego tajemnice. Względem tego łotra nie wskóracie więcej, niż dotychczas, przy całym swoim sprycie. Gdy chodzi o niego, to nie można rozwiązać węzła gordyjskiego, lecz trzeba go rozciąć, a to dziś uczynimy. Liczę przytem na waszą pomoc.
— O, skoro Old Shatterhand weźmie się do czegoś, to obejdzie się bez takiej drobnej pomocy, jakiej ja mógłbym mu udzielić.
— Ma White jakie skrzynie, do których nie zdołaliście się jeszcze dobrać?
— Tak.
— Gdzie?
— Na dole w swojem, prywatnem mieszkaniu.
— Będzie je musiał nam otworzyć.
— Tego nie zrobi!
— To ja to zrobię.
— To byłby postępek bezprawny i karygodny. Darujcie, sir, że zwracam na to waszą uwagę!
Pshaw! Nie pytam się o wasze paragrafy, z któremi nie udało wam się go pochwycić i dowieść mu winy. To Kanada-Bill, który nigdy nie dbał o prawo, przeto i ja nie myślę prosić kodeksu o uprzejme pozwolenie, skoro chcę z nim raz skończyć. Czy możecie teraz stąd odejść?
— Tak. Chwilowo nie mamy ciężko chorego pacyenta.
— To zejdźcie ze mną na dół!
Zeszli razem po schodach i udali się na miejsce, gdzie czekał Edward. Old Shatterhand dał mu wskazówki, jak się ma zachować, poczem wszyscy udali się na parter, gdzie mieszkał Werner. Było to właśnie o północy.
Przeszli przez dziedziniec, a potem przez sień do kuchni, gdzie w swoim czasie podsłuchiwał Edward z Anittą. Kuchnia była dziś także pusta. W izbie siedział Werner z żoną i Whitem.
— Sennorze, — były słowa doktora — właśnie bije dwunasta. Sześć miesięcy upłynęło, a Edwarda dotychczas niema. Przypominam wam wasze słowo i spodziewam się, że go dotrzymacie.
— Dotrzymam! — odrzekł Werner — Daję też moje przyzwolenie, jeśli mi udowodnicie, że jesteście istotnie taki zamożny, jak twierdziliście zawsze.
— Oczywiście, że przygotowałem się do tego dowodu. Oto moje papiery! Sumy, tu zapisane, zdeponowałem w banku. Czy wam wystarczą?
Dał się słyszeć szelest papierów, poczem Werner zawołał:
— Sennorze White, tego jest o wiele więcej, niźli się spodziewałem. Z was straszny bogacz!
— Mógłbym wam dowieść, że znacznie więcej posiadam, ale poprzestanę na tym dowodzie. Żebyście zaś poznali, jak troskliwego męża dostanie Anitta, pokażę wam klejnot, który daruję jej już przy zaręczynach. To są same drogie kamienie.
Słychać było otwieranie pudełka, a potem zabrzmiały okrzyki zdumienia i podziwu Wernera. Wtem przystąpił Groman do odchylonych nieco drzwi od kuchni i zaglądnął do pokoju. Zaledwie tam rzucił okiem, cofnął się i szepnął do Old Shatterhanda:
— Słuchajcie! Teraz już jestem swego pewny. Te klejnoty skradziono mr. Clevelandowi. Należały do jego nieboszczki żony, a przechowywano je po jej śmierci w kasie. Potem zniknęły razem z Walkerem i z pieniądzmi.
W tej chwili zapytał White:
— No, sennorze Carlosie, czy was przekonałem?
— Najzupełniej, sennorze. Chodź, Anitto i podaj doktorowi rękę!
Podsłuchujący czekali teraz na to, co powie Anitta.
— Ja mu jej nie podam! — rzekła głosem bardzo stanowczym.
— Wiesz przecież, że ma moje przyrzeczenie!
— Ojca przyrzeczenie ma, lecz ode mnie jeszcze go nie otrzymał.
— Przyrzeczenie jest przyrzeczeniem! — zawołał White. — Mnie się zdaje, że córka winna ojcu posłuszeństwo! Edward nie wrócił; prawdopodobnie zginął w kopalniach i...
Nie skończył zdania, gdyż Old Shatterhand wsunął teraz Edwarda przez drzwi do pokoju.
— Przybyłem, jak widzicie — rzekł młodzieniec. — Oczywiście nie wam to zawdzięczam, że jeszcze żyję i nie zginąłem.
Anitta pobiegła doń z okrzykiem radości, a White wypatrzył się nań jak na upiora, który nagle wychylił się z grobu. Wtem otwarły się znowu drzwi od kuchni i wszedł Groman. Przystąpiwszy do stołu, pochwycił etui i oświadczył:
— Te klejnoty skradziono mr. Clevelandowi. Konfiskuję je.
— Konfiskujesz? — wybuchnął White. — Chciałbym zobaczyć: tego, ktoby się ośmielił porwać na moje uczciwie zdobyte mienie!
— Ja się ośmielam, ponieważ nie jest uczciwie zdobyte. Jestem detektywem i aresztuję was, mr. Walker, którzy mienicie się Whitem! I znów otworzyły się drzwi, a w nich ukazał się Old Shatterhand i powiedział:
— Walker, to także nie jest jego właściwe nazwisko. On przybierał sobie już sto imion i nazwisk. Wskutek tego zapomniał o rodowem, lecz najsłynniejsze, a raczej najbardziej osławione z nich, to Kanada-Bill.
Teraz strach rzekomego doktora zmienił się w przerażenie: zbladł jak papier i zachwiał się tak, że musiał się oprzeć rękoma o stół.
— Old... Shat...ter... hand... i — wyjąkał wargami, z których krew uciekła.
— Tak, Old Shatterhand! Teraz wiesz już, że stąd niema ucieczki! Twoje czyny wołają o pomstę do niebios. Lepiej byłbyś zrobił, gdybyś był wpakował we własne serce kulę, która miała zabić tego młodzieńca: byłbyś uniknął stryczka, na który cię wydam. Twoja karyera skończona!
Wrażenie tych słów wyrwało Kanada-Billa z dotychczasowej złamanej postawy. Policzki zabarwiły mu się nanowo, a oczy zabłysnęły. Sięgnął ręką do kieszeni i krzyknął do Old Shatterhanda:
— Czy myślisz, że stoję już pod stryczkiem? Do tego jeszcze nie doszło!
— Właśnie doszło. Nawet rewolwer cię nie ocali. Wyjmij rękę z kieszeni!
— Dobrze, wyjmę, ale nietylko rękę. Zanim ja zawisnę na stryczku, ty padniesz od mej kuli!
Błysnął rewolwerem, którym wymierzył do Old Shatterhanda. Huknął strzał, Old Shatterhand schylił się błyskawicznie, kula przeleciała nad jego głową, a równocześnie prawie dostał Kanada-Bill pięścią w głowę z taką siłą, że poprostu trzasnął sobą o ziemię, przewracając zarazem kilka krzeseł.
Przestraszony Werner siedział w milczeniu, żona zaś krzyknęła głośno.
— Cicho! — rozkazał Old Shatterhand. — Jest powalony i nie zaszkodzi już nikomu. Dajcie tu sznury, zwiążemy go i poślemy po policyę! Będzie to dla niej pożądany połów.
Podniósł z ziemi rewolwer, który wypadł był z ręki Kanada-Billa, a potem związano nieprzytomnego. Gdy nadeszła policya, przeszukano mieszkanie zbrodniarza. Z pomocą kluczy, które miał przy sobie, otworzono wszystko i znaleziono tyle dowodów, świadczących o jego zbrodniach, że śmierć była dlań nieuniknioną karą. Przedewszystkiem znalazło się mnóstwo złotego piasku i nuggetów, które powyłudzał w „szpitalu“ od chorych poszukiwaczy złota, zanim wyleczył ich z życia. Znalazła się także cała suma, zabrana mr. Clevelandowi. Była dokładnie zapisana w notatce. Groman ucieszył się tem niezmiernie, że będzie mógł zwrócić te pieniądze swemu nieszczęśliwemu pryncypałowi.
Aresztowany nie wrócił do przytomności przez cały czas trwania rewizyi i w tym też stanie zabrała go policya. Gdy się przebudził w więzieniu, zaczął wrzeszczeć jak szalony. Uderzenie Old Shatterhanda wstrząsnęło mu mózg tak silnie, że zupełnej przytomności więcej już nie odzyskał. Po całych dniach i nocach miotał się i rzucał, walcząc z postaciami tych, na których dopuścił się zbrodni, a przytem stał się tak niebezpiecznym, że musiano mu założyć kaftan bezpieczeństwa. Szał go nie opuszczał, dopóki nie padł martwy, obryzgany pianą. Śmierć na stryczku byłaby może nie tak straszna, jak ta, ale zasłużył na nią i sam ją spowodował. Gdyby bowiem był nie strzelał do Old Shatterhanda, byłby go ten nie uderzył. Skończyłem, panowie, tę historyę. Teraz wiecie, gdzie i jak zginął Kanada-Bill.
Ostatnia część opowiadania zwróciła oczy wszystkich na usta opowiadającego, a ja sam słuchałem go teraz z zajęciem, bo istotnie powiedział prawdę, choć ją na swój sposób przyozdobił.
Słuchacze zachowali przez dłuższy czas milczenie pod wrażeniem opowiadania, wreszcie jeden się odezwał:
— Trudno w to uwierzyć, żeby ktoś mógł jednem uderzeniem tak strasznie powalić człowieka!
— A jednak to prawda — stwierdził opowiadający.
— Ależ tego człowieka potem pewnie tygodniami boli ręka!
— Słyszałem, że w tem jest jakiś fortel, który Old Shatterhand zna, ale go nikomu nie wyjawia. Podobno musi się przytem w pewien sposób ułożyć palce i uderzyć tylko w pewne miejsce głowy.
— Czy jego przyjaciel, Winnetou, dokazałby czegoś podobnego?
— Tego nie wiem.
— Ale ja wiem — odezwał się głos jakiś.
— Wy? Znacie Winnetou osobiście?
— Widziałem go.
— Gdzie?
— Nad Arkanzasem, niedaleko fortu Gibson. Wprawdzie nie powalił on tam nikogo pięścią, ale dał wielki dowód zręczności i siły fizycznej.
— Czy to ciekawa historya?
— Bardzo!
— To opowiedzcie ją, sir! Prawda, panowie, niech opowie?
— Rozumie się!
Ciekaw byłem, czy ten człowiek opowie naprawdę zajmujące zdarzenie i czy to będzie znany, czy nieznany mnie, epizod z życia Winnetou. Ten mowca miał żywe, bystre oczy, inteligentną twarz i widocznie myślał nad rzeczami, które dla drugich były obojętne. Już sam wstęp do opowiadania zajął moją uwagę.
— Musicie, panowie, wiedzieć — zaczął — że mam własne zapatrywania na Dziki Zachód i na Indyan; a odrębne od tych, które panują w tym kraju. Kiedy musiałem jeszcze walczyć o tzw. „egzystencyę“, bywałem jako pedlar[1] bardzo często u czerwonych i zawsze było mi u nich dobrze. Później pracowałem w różnych stronach, powodziło mi się z roku na rok lepiej i jeśli dziś jako pan całą gębą siedzę tu między wami, to zmieniły się wprawdzie moje stosunki, lecz nie zmieniły się moje zapatrywania na Indyan, którzy są daleko lepsi, aniżeli opinia o nich, a Winnetou był z nich najlepszym i najznakomitszym. Chciałbym, żeby niejeden biały był taki, jak on!
Większość z was wie zapewne, że przez szereg lat byłem ajentem Indyan, ale nie należałem do gatunku tych, którzy dla wzbogacenia siebie oszukują czerwonych. Tacy ajenci ponoszą w większej części winę tego, że Indyanie ciągle nienawidzą białych. Ci ludzie bogacą się niesumiennie ubóstwem i nagością czerwonych, a potem krzyczą i lamentują, gdy ci czasem stracą cierpliwość i zażądają sprawiedliwości z bronią w ręku.
— Ależ, sir, wasze opowiadanie, to prawdziwe kazanie! — roześmiał się jego sąsiad.
— Chciałbym żeby tak było i żeby go wysłuchali wszyscy biali ze Stanów Zjednoczonych. To, co wam chcę opowiedzieć, sam częściowo przeżyłem. Z tego poznacie po pierwsze, co to za człowiek jest Winnetou, a po wtóre, że są białe opryszki, którym w łotrostwie nie dorówna żaden czerwony. Nieprzyjaźń Indyan względem nas jest uzasadniona, ale jeśli biali porywają się na białych, aby ich zniszczyć, to jest w tem już łajdactwo, na które niema słów. Ono to wyrabia u Indyan o nas pojęcie, nad którem tylko ubolewać trzeba. Nie należy się dziwić, gdy nami gardzą i siebie uważają za lepszych od bladych twarzy. Historya moja opowie wam o takich białych. Jeśli potem jeszcze dumni będziecie tego, że jesteście białymi, i będziecie czerwonych uważali za gorszych od bladych twarzy, to już będzie wasza rzecz, nie moja, panowie! A zatem zaczynam:
— Owe rozległe prerye Ameryki Północnej, ciągnące się na zachód od „ojca rzek“ Mississipi aż do stóp Gór Skalistych i od ich zboczy po drugiej stronie aż do wybrzeży Oceanu Spokojnego mają nietylko pod względem fizycznym pewne podobieństwo do niezmierzonej powierzchni wód morskich. Do porównania pomiędzy rozległością sawanny a przestrzeniami oceanu służą punkty, których nie należy szukać w zewnętrznych warunkach, lecz we wrażeniu, jakie czyni morze zarówno jak i prerya na tym, kto się oderwał od gleby ojczystej, ażeby przez dłuższy czas pruć fale morza, albo na grzbiecie rumaka uwijać się po pełnych przygód zachodnich krajach Stanów Zjednoczonych.
Stary żeglarz, któremu przez cale życie łopotały nad głową żagle okazałego trójmasztowca, nie chce nic wiedzieć o stałym lądzie, a gdy już do żeglarstwa niezdatnym się stanie, buduje sobie ciasny i mały domek jak najbliżej wody i oczyma, pełnemi umiłowania i tęsknoty, patrzy na zmienne wiecznie, nigdy nie spoczywające fale, dopóki ręka śmierci nie zamknie mu znużonych powiek.
Tak samo jest z człowiekiem, który ośmielił się stawić czoło niebezpieczeństwom Dzikiego Zachodu. Ilekroć wróci w strony, nad któremi cywilizacya rozsiewa swe dobrodziejstwa i klęski, ciągnie go zawsze coś do niebezpiecznej, niezmierzonej dziczy, gdzie musi wytężać wszystkie siły duchowe i fizyczne, aby nie ulec w walce z tysiącznemi, wiecznie nowemi niebezpieczeństwami sawanny. Taki człowiek rzadko znajduje na starość zaciszne miejsce, jak ów wysłużony żeglarz na bezpiecznem wybrzeżu. On nie ma spokoju, ani spoczynku. Musi czepiać się grzbietu mustanga i ruszać wdal, w której kiedyś zginie bez śladu. Może po latach zobaczy jakiś myśliwiec jego zbielałe kości na wysuszone] równinie lub między skałami gór, ale, jeśli nawet zobaczy, przejdzie mimo, nie uczyniwszy znaku krzyża świętego, ani nie zmówiwszy „Zdrowaś Maryo“ i nie zapyta o imię tego, który tu może skończył w straszny sposób. Zachód odznacza się surowością, nie oszczędza nikogo i niczego. Wydany na pastwę żywiołów, nie zna innego panowania prócz nieubłaganych praw przyrody i dlatego ma miejsce tylko dla ludzi, szukających oparcia w swojej pierwotnej tężyźnie.
Ludność, wypychana wbrew wszelakim umowom coraz dalej ze swoich siedzib, ludność z natury bogato wyposażona, a jednak skazana na nieuniknioną zagładę, prowadzi tu rozpaczliwą walkę z drugą ludnością, która posiada wszelkie fizyczne i duchowe, sztuczne i naturalne środki do zgnębienia gardzącego śmiercią przeciwnika, pomimo jego bohaterskiej obrony. Jest to trwające przez całe wieki zmaganie się umierającego giganta ze wzmacniającym się z każdą chwilą synem cywilizacyi, który coraz to mocniej zaciska potężną pięść na gardle wroga. Takich zapasów nie wykazuje historya na żadnej ze swoich kart. Towarzyszą im czyny, godne bezwątpienia tych, których dokazali klasyczni bohaterowie. Kto się odważy zapuścić na te daleko i szeroko ciągnące się pobojowiska, ten musi być zaopatrzony w tę broń różnorodną, którą zwalczają się nawzajem niepokaźni na zewnątrz, a jednak podziwu godni, współzawodnicy.
Kto w forcie Gibson zarzuci strzelbę na plecy i pójdzie przez kilka dni wdłuż Arkanzasu, w górę rzeki, dostanie się do osady, złożonej z kilku prostych domów drewnianych ze wspólnem pastwiskiem i położonym nieco na uboczu domem, który, jak to zdaleka już widoczny szyld zapowiada, jest sklepem i oberżą.
Gospodarz tego domu, sam bez pretensyi, nie wiele wymaga od swoich gości. Nikt nie wie, czem on był przedtem i skąd tu przybył, i on nie pyta nikogo o nazwisko, zamiary i cel podróży. Każdy może się u niego zaopatrzyć w potrzebne rzeczy, napić się wedle upodobania, pobić, pokłuć lub postrzelać trochę z innymi i pójść dalej swoją drogą. Kto wiele pyta, ten potrzebuje dużo czasu, Amerykanin zaś wyżej ceni czas, niż odpowiedź, którą sam sobie dać może.
W izbie gospodniej siedziało kilku ludzi, których wygląd bynajmniej nie przypominał salonowych postaci. Mimo że się poszczególne części ich ubrań różniły, poznać było po wszystkich, że to prawdziwi traperzy i skwaterzy, którzy pewnie nigdy nie słyszeli, co znaczy dobry krawiec.
Gdzie się zejdzie kilku westmanów, tam nie wysychają gardła z pragnienia i o dobre opowiadanie nie trudno. Obecni patrzyli teraz przed siebie w milczeniu, bo właśnie skończyła się była jedna z tych ciemnych i krwawych historyi, jakie się słyszy w owych krajach granicznych, a każdy szukał w pamięci nowej. Wtem odezwał się jeden z nich, siedzący najbliżej okna:
— Wstańcie, ludzie i spojrzyjcie tam ku wodzie! — Jeśli mnie stare oczy nie mylą, to są to dwa greenhorny, dwa żółtodzióby, jak wymalowane. Popatrzcie, jak siedzą na koniach, jak ładnie i zgrabnie, jak figurki z Bożego drzewka! Co tacy ludzie robią w naszych borach?
Wszyscy, z wyjątkiem jednego, wstali, aby zmierzyć okiem przybyszów, ten zaś, który ich wezwał, rozparł się znowu szeroko obu łokciami na stole. Spełnił swoją powinność i nie troszczył się o nic więcej. Była to osobliwa figura. Natura chciała prawdopodobnie zrobić zeń powroźnika, tak nieskończenie wydłużone było w nim wszystko. Szyja, piersi, brzuch, ręce i nogi były niezmiernie długie, a przytem bardzo wątłe i słabe, zdawało się na pozór, że pierwszy podmuch wiatru poszarpie ich właściciela na strzępy. Czoło jego było odsłonięte, a na tyle głowy chwiał się jakiś nieokreślony przedmiot, który kiedyś przed wielu, wielu laty, był może cylindrem, ale teraz urągał wszelkim pojęciom o takim kapeluszu. Chudą twarz pokrywał zarost, składający się może ze stu włosów, które samotnie i w rozsypce zwieszały się z policzków, brody i z górnej wargi i spadały długie i cienkie prawie do pasa. Bluza myśliwska, którą miał na sobie, pamiętała, jak się zdawało, jego młodość, gdyż okrywała zaledwie połowę jego korpusu, a rękawy sięgały tylko o kilka cali poza łokcie. Dwie nędzne skorupy, w których tkwiły jego nogi, mogły być niegdyś cholewami olbrzymich butów żeglarskich, ale teraz wyglądały jak poprzepalane rury od pieca i stykały się w okolicy kostek z dwoma tak zwanymi „horse-feets“, jakie szczególnie w Ameryce Południowej sporządza się z ciepłych jeszcze skór, zdartych z nóg końskich.
— Masz słuszność, Picie Holbersie — oświadczył jeden z wyzierających. — To greenhorny, o których nie warto się troszczyć. Niech sobie robią, co im się podoba!
Ciekawi wrócili na swoje miejsca. Ze dworu dał się słyszeć tętent koni i szorstki głos człowieka, jak gdyby przyzwyczajonego do rozkazywania. Potem otwarły się drzwi i weszli owi dwaj ludzie, o których była mowa.
Gdy o drugim z przybyszów nie wiele dałoby się było powiedzieć, to osobistość pierwszego w innem otoczeniu zrobiłaby była pewne wrażenie.
Jakkolwiek nie był uderzająco silnie zbudowany, mimo to przez szczególną postawę i ruchy nadawał sobie pozorów wielkiej siły i władztwa. Twarz jego, regularnie, a nawet pięknie skrojona, znacznie przyciemniona od słońca, okolona była gęstą brodą czarną, zwisającą mu aż na piersi. Odzież miał na sobie zupełnie nową, a broń jego i towarzysza wyglądała tak, jak gdyby ją dopiero co wzięto ze sklepu.
Prawdziwy traper lub skwater czuje nieprzezwyciężoną niechęć do wszelkiego starania o wygląd zewnętrzny swej osoby, najbardziej mierzi go czyszczenie broni, której rdza powinna być dla ludzi pewnego rodzaju oznaką, że nie nosił broni od parady, lecz używał jej dzielnie w niejednej śmiertelnej potrzebie. Tu, gdzie o wartości człowieka rozstrzygają zupełnie inne znamiona, niż ubranie, ma w sobie elegancya coś wyzywającego i wystarczy nieraz drobna przyczyna do ostrej wymiany słów.
Good day, panowie! — pozdrowił przybyły, zdejmując z ramienia dwururkę i opierając ją w kącie o ścianę, co doświadczonemu westmanowi nigdyby na myśl nie przyszło. Zwracając się zaś do gospodarza, mierzącego go wzrokiem szyderczym, zapytał: — Czy jest tu czcigodny master Winklay?
— Hm, może to ja właśnie nim jestem! — odpowiedział niedbale gospodarz.
— Może? — rzekł przybysz tonem obrażonego, więc trochę ostro. — Co to ma znaczyć?
— To znaczy, że jestem istotnie mr. Winklay, czasami jednak nie jestem nim, jeśli mi się tak podoba.
— Tak! A teraz czem jesteście?
— To zależy od tego, czego chcecie od mr. Winklaya, sir!
— Najpierw dacie mnie i temu człowiekowi trochę się napić, a potem poproszę was o pewną wiadomość.
— Napić się możecie już teraz. Oto szklanka! A wiadomość dostaniecie także, o ile ją dać potrafię. Wiem, co się należy gentlemanowi.
— Darujcie sobie gentlemana, Winklayu, bo to tutaj niewiele znaczy! — rzekł do gospodarza obcy, odejmując od ust szklankę z ruchem niezadowolenia. — Pytam o Sama Fireguna.
— O Sama Fireguna? — zawołał zaskoczony tem gospodarz. — Samuela Strzelbę Ognistą? Czego od niego chcecie?
— To już moja rzecz, jeśliście łaskawi! Słyszałem, że czasem można go u was zastać.
— Hm, tak i nie, sir. Jeśli wy sobie na coś pozwalacie, to i ja mogę sobie na to pozwolić. Wy nie odpowiadacie mnie na moje pytania, to i ja mogę nie odpowiadać na wasze. Tu siedzą ludzie, którzy mogą wam udzielić żądanej wiadomości. Dwaj z nich znają bardzo dobrze tego, o kogo pytacie.
Odwrócił się szybko, aby już więcej nie mówić. Gość zaś, złajany w ten amerykański sposób, zapytał spokojnie wskazanych mu ludzi:
— Czy to prawda, co Winklay powiedział?
Lecz nie otrzymał odpowiedzi. Nieco mądrzej postąpił, zagadując Pitta Holbersa.
— Może będziecie łaskawi odpowiedzieć mi, mr. Milczku?
— Słuchajcie, sir. Nazywam się Holbers, Pitt Holbers, jeśli to sobie zdołacie spamiętać. Jeżeli trzystu naraz pytacie, to oczywiście niewiadomo, kto ma odpowiedzieć. Czego sobie życzycie od Sama Fireguna?
— Niczego takiego, co by mogło dlań być nieprzyjemnem. Przybyłem tu ze Wschodu, ażeby się cokolwiek rozejrzeć po lesie i potrzebuję człowieka, przy którym możnaby coś skorzystać. Sam Firegun jest do tego najodpowiedniejszy, dlatego pytam was, gdziebym się mógł z nim spotkać.
— Być może, że on jest do tego najodpowiedniejszy, ale czy zechce być takim dla was, to jeszcze wątpliwe. Wy nie wyglądacie mi na człowieka, któryby dla niego był stosowny!
— Tak wam się zdaje? Zostawmy lepiej tę sprawę na boku, a wy mi powiedzcie, czy możecie mi dać jaką wiadomość!
Wezwany odwrócił się powoli do kąta, gdzie siedział człowiek, który nie odezwał się był ani słowem, gdy nadjeżdżali obcy.
— Jak sądzisz, Dicku Hammerdullu? — zapytał.
Człowiek ten, pochylony nad swoją szklanką, dotychczas tak dalece poświęcał jej treści swoją uwagę, że ani razu jeszcze nie podniósł oczu na obu obcych. Teraz odwrócił się, odsunął w tył okrycie głowy, jak gdyby chciał swemu rozumowi ułatwić rozsądną odpowiedź i odparł:
— Co ja o tem sądzę, to wszystko jedno. Niech sobie sam znajdzie kolonela!
Odwrócił się znowu i zaczął się wpatrywać w głąb szklanki. Ale przybysz z ciemną brodą, niezadowolony widocznie z tej odpowiedzi, przystąpił bliżej do niego i zapytał:
— Kto to jest ten kolonel, mr. Hammerdullu?
Zapytany obejrzał się powoli ze zdumieniem.
— Kto jest kolonel, to wszystko jedno. Kolonel znaczy pułkownik. Sam Firegun jest naszym pułkownikiem, nazywamy go więc kolonelem.
Pytający nie mógł się powstrzymać od uśmiechu na ten logiczny wywód trapera. Położył mu życzliwie rękę na ramieniu i badał dalej:
— Tylko bez gorączki, master! Ten, kogo pytają, musi odpowiadać. Tak jest wszędzie; nie wiem, dlaczego tu, nad Arkanzasem, miałoby być inaczej. Gdzie można zastać teraz kolonela?
— Gdzie go można zastać, to wszystko jedno. Pójdziecie do niego i koniec na tem!
— Oho, człowieku, to mnie nie wystarczy. Muszę przecież wiedzieć, gdzie i kiedy może to nastąpić!
Na twarzy Dicka Hammerdulla odbiło się jeszcze większe zdumienie niż przedtem. Między Jeziorami a Zatoką Meksykańską nie było człowieka, bardziej od niego zamiłowanego w milczeniu. A tu miałby go ktoś zmusić do długiego mówienia? Na to on nie mógł pozwolić. Podniósł szklankę, pociągnął dobrze piwa i powstał. Teraz dopiero można było przypatrzyć mu się od stóp do głowy.
Modelator stworzenia robił go prawdopodobnie jako przeciwieństwo Pitta Holbersa. Był to człowiek mały i nadzwyczaj gruby. Ludzi, jemu podobnych, rzadko się spotyka w Ameryce, a jeśli się ich tu lub ówdzie zobaczy, to niewiadomo, czy się ich bać, czy też śmiać z nich należy. Jego krótkie, okrągłe ciało tkwiło w worku ze skóry bawolej. Lecz tej skóry już teraz nie było, gdyż każde uszkodzenie tej osobliwej odzieży naprawiał jej właściciel w ten sposób, że przyszywał do niej łachmany z niegarbowanej skóry lub innej wątpliwej materyi. Wskutek tego leżała teraz łata na łacie, a kawałki tych naprawek spoczywały obok siebie i na sobie jak dachówki. W dodatku wór ten przeznaczony był dla kogoś dłuższego znacznie i sięgał mu w dół aż do kostek. Nogi kryły się w dwu futerałach, których nie można było nazwać ani butami, ani pończochami, ani kamaszami. Na głowie spoczywał jakiś bezkształtny przedmiot, który mógł być niegdyś czapką futrzaną, ale obecnie nie miał ani włosa na sobie. Ogorzała twarz z dwojgiem małych, mrugających oczek nie wykazywała ani śladu zarostu, natomiast pokryta była licznemi kresami i bliznami, które jej nadawały bardzo marsowatego wyrazu. Przyjrzawszy się bliżej temu człowiekowi, można było zauważyć brak kilku palców u jego rąk. Uzbrojenie jego było całkiem zwykłe, tylko strzelba zasługiwała na to w zupełności, żeby się jej z blizka przypatrzyć. Wyglądała jak stary kij, wyłamany w lesie na to, ażeby w pierwszej lepszej bójce mógł odegrać właściwą rolę. Drzewo utraciło swój pierwotny kształt, było pocięte, nakarbowane i popękane, jak gdyby się niem szczury bawiły. Między drzewem zaś a lufą osadziła się taka masa brudu, że drzewo, brud i żelazo tworzyły jedną całość. Najśmielszy strzelec europejski nie odważyłby się wystrzelić z tej starej pukawki w obawie, żeby się nie rozleciała natychmiast. A jednak spotyka się na preryi dziś jeszcze takie niepokaźne pukawki, których nikt nie potrafi dobrze użyć, natomiast właściciel nie wyśle z niej ani jednej kuli, któraby chybiła celu.
Gdy opowiadający kończył opis postaci Dicka Hammerdulla, przypomniałem sobie mimowoli mego dawnego towarzysza, Sama Hawkensa, który podobny był z wyglądu do opisanego, a różnił się tylko tem, że miał pełną brodę. Później dowiedziałem się, że Dick Hammerdull znał się dobrze z Samem Hawkensem i z czystej przyjaźni dla niego ubierał się tak samo, jak on.
Opowiadanie ciągnęło się dalej:
— Stanął teraz wyprostowany przed obcym, spojrzał ku niemu, mrugając oczkami w śmieszny sposób i odpowiedział:
— Gdzie i jak to ma nastąpić, to wszystko jedno. Czy wam się zdaje, sir, że Dick Hammerdull dziesięć lat włóczył się po szkołach, ażeby się uczyć mówić? Co mówię, to mówię, a komu tego za mało, niech sobie każe innemu wygłosić kazanie. Jesteśmy na sawannie, gdzie potrzeba tchu na lepsze rzeczy, niż do paplania. Zapamiętajcie to sobie!
— Dicku Hammerdullu, byliście w szkołach, ponieważ umiecie mówić, ale nie powiedzieliście jeszcze tego, o co mi chodzi. Pytam jeszcze raz: W jaki sposób, gdzie i kiedy mogę spotkać się z Firegunem?
— Do stu dyabłów, człowiecze! Dość mi już tego! Słyszeliście, że go znajdziecie, to niech wam wystarczy. Usiądźcie przy swojej szklance i czekajcie! Nie pozwolę, żeby mnie greenhorn egzaminował z katechizmu!
— Greenhorn? Macie może ochotę zapoznać się z moim nożem?
Pshaw, sir! Co mnie obchodzi wasz kozik? Golcie nim zielone żabki! Dick Hammerdull nie boi się waszej szpilki. Nie postępujecie jak westman, dlatego jeszcze raz wam oświadczam, że jesteście greenhorn i nie troszczę się o to, czy wam się to podoba, czy nie. Postarajcie się, żeby było inaczej!
Well, niech tedy zaraz będzie inaczej!
Poszedł do kąta, gdzie stała jego rusznica, pochwycił ją, odwiódł kurek i zawołał:
— Mr. Hammerdullu, gdzie można zastać waszego kolonela? Daję wam tylko minutę czasu do namysłu. Jeśli do tego czasu nie będzie odpowiedzi na moje pytanie, to przestaniecie wogóle odpowiadać. Znajdujemy się na sawannie, gdzie każdy sam stanowi sobie prawa!
Zagadnięty patrzył, z najobojętniejszą w świecie miną w głąb swojej szklanki, jak gdyby wcale nie słyszał tego wezwania. Drudzy bawili się tą sprzeczką, wodząc wzrokiem od jednego przeciwnika do drugiego. Tylko Pitt Holbers, jakby pewien pomyślnego zakończenia sporu, wsunął chude palce spokojnie za pas i wyciągnął długie nogi daleko przed siebie, jak gdyby mu zawadzały w przypatrywaniu się milczącemu przyjacielowi. Obcy mówił dalej:
— No, master, minuta upłynęła! Dostanę odpowiedź, czy nie? Liczę: raz, dwa...
Niebezpieczne „trzy“ nie nastąpiło. Aż do „dwa“ siedział Hammerdull obojętnie, bez ruchu, potem chwycił strzelbę z taką szybkością, o jaką nikt, nieznający go, byłby go nie podejrzywał, wymierzył w tej samej chwili, nastąpił błysk, strzał huknął z ogromną siłą, bo w zamkniętej izbie, a roztrzaskana strzelba obcego wyleciała mu z ręki na podłogę. On sam leżał także w mgnieniu oka na ziemi, a Dick klęczał z dobytym nożem na jego piersiach.
— No, greenhornie, powiedz „trzy“, ażeby wymusić na mnie odpowiedź! — rozkazał szyderczo.
— Do dyabła, master, pozwólcie mi się podnieść! Wcale nie brałem tego tak poważnie! Byłbym nie wystrzelił!
— Łatwo to teraz powiedzieć. Byłbyś nie strzelił? Chciałeś więc niespodziankę zrobić staremu traperowi, którego nazywają Dickiem Hammerdullem? To śmieszne, naprawdę śmieszne! Czy byłbyś strzelił, czy nie, to wszystko jedno, mój bratku. Wymierzyłeś rusznicą do westmana i tem zasłużyłeś na nóż wedle ustaw sawanny. Teraz ja liczę; raz, dwa....
Pokonany wysilał się, jak mógł, ażeby się wydobyć. Gdy mu się to nie udało, poprosił:
— Nie kłujcie, master! Kolonel jest moim stryjem.
Traper opuścił nóż, nie wypuszczając jednak przeciwnika.
— Kolonel? Wasz stryj...? Powiedzcie to komu innemu! Ja muszę się wpierw namyśleć, zanim w to uwierzę.
— Tak jest istotnie. On byłby wam niebardzo wdzięczny, gdyby usłyszał, co uczyniliście ze mną!
— Hm! Czy rzeczywiście jesteście jego kuzynem, czy nie, to wszystko jedno. Byłbym was tylko trochę połaskotał, by wam dać dobrą nauczkę. Życiu greenhorna mój nóż nie zagraża; na to jest za dobry. Wstańcie!
Podniósł się i przystąpił do swego stołu, na który przedtem rzucił był strzelbę. Wziąwszy ją do rąk, zaczął ją na nowo nabijać. Twarz jego rozkoszą promieniała, kiedy z całą starannością zabierał się do tej czynności, a świecące oczy patrzyły na starą i wierną strzelbę z wyrazem przywiązania i miłości.
— Tak, drugiej strzelby, równej tej, nie znalazłby człowiek tak rychło! — rzekł gospodarz, który ze spokojem przypatrywał się zajściu i niewiele troszczył się o dym, napełniający izbę.
— I ja tak myślę, stary rozcieńczaczu wódki! — rzekł Hammerdull z zadowoleniem. — Dobra jest i zawsze pod ręką, ilekroć jej potrzebuję.
Wtej chwili otwarły się drzwi bez szmeru i niepostrzeżenie dla ludzi, siedzących pod oknem, wszedł cichym krokiem człowiek, w którym pomimo traperskiego ubrania poznać było odrazu Indyanina.
Odzież jego była czysta i utrzymana z widoczną starannością, co wśród członków jego rasy jest nadzwyczajną rzadkością. Zarówno bluza myśliwska jak i legginy uszyte były bardzo starannie z miękiej skóry bawolej i opatrzone na szwach frendzlami. Mokassyny ze skóry łosiowej nie miały stałego kształtu nogi, lecz zrobione były z powiązanych z sobą kawałków, wskutek czego oprócz trwałości odznaczały się jeszcze tem, że były bardzo wygodne. Na głowie okrycia nie nie miał, tylko w węzeł związane w tem miejscu bujne włosy ciemne jak turban spoczywały na podniesionej głowie. Syn puszczy gardził osłoną czoła.
Gdy jego ciemne, bystre oko objęło orlem spojrzeniem zgromadzonych, zbliżył się do stołu, przy którym usiadł był Dick. Lecz postąpił przez to najniewłaściwiej, bo traper ofuknął go gniewnie:
— Czego chcesz tutaj czerwonoskórcze? To moje miejsce. Poszukaj sobie innego!
— Czerwony mąż jest znużony, a jego biały brat pozwoli mu spocząć! — odpowiedział Indyanin łagodnym głosem.
— Znużony, czy nieznużony, to wszystko jedno. Nie znoszę twojej czerwonej skóry!
— Ja nie jestem temu winien. Wielki Duch dał mi taką skórę.
— Wszystko mi jedno, od kogo ją masz. Odejdź, bo ciebie nie cierpię!
Indyanin zdjął strzelbę z ramienia, postawił ją kolbą na ziemi, oparł skrzyżowane ręce na wylocie lufy i zapytał poważnie:
— Czy biały brat jest panem tego domu?
— To ciebie nic nie obchodzi!
— Masz słuszność. Mnie, ani ciebie nic to nie obchodzi, dlatego czerwony mąż może tu siedzieć tak samo, jak biały.
Usiadł. Stanowczy nacisk, z jakim to powiedział, zaimponował mrukliwemu traperowi, bo go już puścił.
Teraz przystąpił do przybysza gospodarz i zapytał:
— Czego sobie życzysz w moim domu?
— Daj mi chleba do jedzenia i wody do picia! — odpowiedział czerwony.
— A masz pieniądze?
— Gdybyś przyszedł do mego wigwamu i poprosił o jadło, dałbym ci bez pieniędzy. Mam złoto i srebro.
Oko gospodarza zabłysło. Indyanin, mający złoto i srebro, jest zjawiskiem, pożądanem wszędzie, gdzie sprzedają zgubną wodę ognistą. Gospodarz wyszedł, a wkrótce wrócił z potężnym dzbanem wódki, który postawił przed gościem obok zamówionego chleba.
— Biały mąż się pomylił. Takiej wody nie żądałem!
Gospodarz popatrzył nań zdumiony, nie widział bowiem jeszcze nigdy Indyanina, któryby się zdołał oprzeć zapachowi wódki.
— A jakiej?
— Czerwony mąż pije tylko wodę, która z ziemi wypływa.
— To idź sobie tam, skąd przyszedłeś! Jestem tutaj po to, żeby zarabiać pieniądze, a nie nosić wodę dla ciebie. Zapłać za chleb i wynoś się!
— Twój czerwony brat zapłaci i pójdzie, ale dopiero wtedy, gdy mu jeszcze sprzedasz innych rzeczy których potrzebuje.
— Czegóż chcesz jeszcze?
— Masz sklep z najrozmaitszemi towarami?
— Tak.
— To daj mi tytoniu, prochu, kul i łuczywa!
— Tytoniu dostaniesz, ale prochu, ani kul nie sprzedaję Indyanom.
— Czemu nie?
— Bo to nie dla was.
— Tylko dla twoich białych braci?
— Tak!
— Wszyscy jesteśmy braćmi i wszyscy poumieralibyśmy, gdybyśmy nie upolowali zwierzyny, dlatego wszyscy musimy mieć proch i kule. Daj mi to, o co cię proszę!
— Nie dostaniesz!
— Czy to twoja wola niezłomna?
— Niezłomna!
Równocześnie prawie pochwycił go Indyanin lewą ręką za gardło, prawą dobył błyszczącego długiego noża i zagroził:
— W takim razie i białym braciom nie będziesz sprzedawał prochu i kul. Wielki Duch zostawia ci tylko chwileczkę czasu. Czy dasz mi to, czego żądam, czy nie?
Myśliwcy zerwali się ze swoich miejsc. Zdawało się, że rzucą się na dzikiego, pod którego żelaznym uściskiem jęcząc wił się gospodarz. Ale Indyanin miał plecy zabezpieczone i podnosząc dumnie głowę, zawołał głosem donośnym:
— Kto odważy się dotknąć Winnetou, wodza Apaczów?
Słowo to wywarło niespodziany skutek.
Zaledwie zostało wymówione, cofnęli się wszyscy z oznakami czci i poważania. Imię Winnetou wzbudzało szacunek nawet u najśmielszego myśliwca i zastawiacza sideł.
Ten Indyanin był najsłynniejszym wodzem Apaczów, którzy wskutek znanej swej tchórzliwości i chytrości otrzymali od innych czerwonych obelżywe miano „Pimo“. Odkąd jednak on został dowódcą szczepu, zamienili się tchórze z czasem w najzręczniejszych myśliwców i najodważniejszych wojowników. Zaczęto ich się obawiać daleko poza górami, a ich śmiałym wyprawom towarzyszyło powodzenie, pomimo że w mniejszej liczbie podejmowali te wyprawy i zapędzali się daleko na wschód przez sam środek nieprzyjacielskich obszarów. Był czas, kiedy przy każdem obozowem ognisku, zarówno jak w salonie najwytworniejszych hoteli, był Winnetou i jego Apacze stałym przedmiotem rozmów. Każdy wiedział, że on nieraz sam, bez towarzystwa, tylko z bronią w ręku, przechodził przez Mississipi, ażeby przypatrzyć się „chatom bladych twarzy“ i rozmówić się z „wielkim ojcem białych“, prezydentem Stanów w Waszyngtonie. Był to jedyny wódz nie podbitych jeszcze plemion, który nie żywił złych zamiarów względem białych. Opowiadano sobie, że zawarł bardzo ścisłą przyjaźń z traperem Firegunem.
Nikt nie wiedział, skąd pochodzi ten myśliwiec, daleko i szeroko znany, postrach wszystkich Indyan. Towarzyszyło mu zwykle tylko niewielu wybranych. Z nimi wychylał się on to tam, to ówdzie, a gdzie tylko opowiadano kiedy o jakiejś prawdziwie traperskiej sztuczce, tam wymieniano z pewnością także jego nazwisko. Krążyły o nim wieści, w których prawdziwość trudno było niemal uwierzyć. Ledwie przestano mówić o jego jakimś czynie, on już dokonywał nowych wypraw, które każdego innego byłyby pewnie o utratę życia przyprawiły, jego zaś otaczały nimbem sławy, zaznaczającym się w tym uroku, jaki dla każdego miało poznanie tego człowieka.
Ale poznać go nie było tak łatwo. Nikt nie wiedział, gdzie się jego ludzie zbierali, skąd z nim na wyprawy chodzili, nikt też nie mógł określić celu jego pobytu na Dzikim Zachodzie. Ilekroć pojawiał się w jakiej osadzie, przynosił zawsze tylko tyle futer, ile wystarczało do zamiany na żywność i amunicyę, a potem znikał natychmiast bez śladu. Nie należał więc do myśliwców, starających się polowaniem zdobyć środki do wygodnego życia w późniejszych latach. Miał pewnie inne zamiary, o których jednak nie słyszano, ponieważ nie obcował z nikim i unikał starannie wszelkiego spotkania z niepowołanymi ludźmi.
— Puść! — zawołał gospodarz. — Jeśli jesteś Winnetou, to dostaniesz wszystko, czego żądasz!
— Hugh! — zabrzmiało głosem gardłowym. — Wielki Duch kazał ci wymówić to słowo, człowieku z czerwonymi, włosami, bo byłbym cię odesłał do twoich ojców, zarówno jak każdego, kto by był temu usiłował przeszkodzić!
Winnetou puścił gospodarza, a gdy ten wyszedł po żądane rzeczy, przystąpił — do Hammerdulla i zapytał:
— Czemu biały mąż siedzi tutaj i bawi się, kiedy czerwoni nieprzyjaciele dążą do jego wigwamu?
Dick podniósł oczy od szklanki i odrzekł niechętnie:
— Czy tu siedzę, czy gdzieś indziej, to wszystko jedno. Czy wielki wódz Apaczów zna mnie?
— Winnetou ciebie jeszcze nie widział, ale spostrzegł u ciebie znak swego przyjaciela i stąd wnioskuje, że jesteś jednym z jego ludzi. Czy Firegun ma sam walczyć o skalpy Ogellallajów, którzy go szukają?
— Ogellallajów? — krzyknął Dick, zrywając się tak nagle, jak gdyby grzechotnika zobaczył pod stołem i stając jednym skokiem przed Indyaninem. — Co czerwony brat słyszał o nich?
— Śpiesz do swego wodza, a od niego się dowiesz!
Winnetou zwrócił się teraz do gospodarza, który wszedł znowu, odwiązał od pasa worki na proch, kule i żywność, kazał je sobie napełnić i sięgnął potem ręką pod jasnoszarą koszulę.
— Winnetou da mężowi z czerwonymi włosami czerwony kruszec.
Winklay przyjął zapłatę i przypatrywał się ciężkiemu kawałkowi złota z widocznym zachwytem.
— Złoto, prawdziwe, szczere złoto, warte między braćmi czterdzieści dolarów. Indyaninie, skąd je masz?
Pshaw!
Wymówił to słowo z lekceważącem wzruszeniem ramion, a w następnej chwili opuścił izbę.
Gospodarz spojrzał na drugich z otwartemi usty.
— Słuchajcie, gentlemani, ten czerwony łajdak z pewnością posiada więcej złota, niż my wszyscy razem. Nikt jeszcze nie zapłacił mi za proch tak dobrze jak on. Wartoby pójść za nim, bo że ma więcej z tego gatunku złota, a koń jego ukryty gdzieś niedaleko, to tak pewne, jak to, że tu przed wami stoję!
— Nie radziłbym wam, człowieku — odrzekł Dick Hammerdull, gotując się do odejścia. — Winnetou nie pozwoli sobie nawet ziarnka śrutu odebrać. Czy ma złoto, czy nie, to wszystko jedno, ale to pewne, że nikt go nie dostanie!
Pitt Holbers także zarzucił strzelbę na plecy, mówiąc:
— Musimy odejść, Dicku, jak najrychlej. Ten Apacz jest wszechwiedzący. Sprawa z tymi psami Ogellallajami (żeby ich dyabeł porwał) z pewnością jest prawdziwa. Ale co będzie z tamtymi ludźmi?
Wskazał przytem na obcych.
— Powiedziałem, że pójdą z nami i tak będzie! — odrzekł grubas i zwrócił się do czarnobrodego.
— Jeśli chcecie zobaczyć Sama Fireguna, to czas nam w drogę. Powiedzcie jednak najpierw, jak się nazywacie! Czy macie nazwisko, czy nie, to wprawdzie wszystko jedno, ale przecież trzeba wiedzieć, jak was nazywać.
— Nazywam się Henryk Sander, pochodzę z Eur...
— Czy jesteście Chińczyk, czy Turek, to wszystko jedno. Znałem już różnych ludzi z Europy, a niektórzy tak umieli trzymać strzelbę, że trafiali bawoły w oko. Zatem naprzód, człowiecze! Musimy prędko jechać!
Wszyscy czterej wyszli na dwór. Hammerdull włożył palce do ust i gwizdnął przeraźliwie, na skutek czego dwa osiodłane konie wybiegły z ogrodzenia.
— Tak, oto i konie! Teraz na siodła i w drogę, mr. Sanderze i... Ale jak was mam nazywać? — zapytał drugiego.
— Nazywam się Piotr Wolf — odrzekł ten.
— Piotr Wolf? Dyabelnie nędzne nazwisko! Byłoby to wszystko jedno, gdybyście się nazywali John, czy Tim, albo nawet Bill, ale wymówienie słów: Piotr Wolf, łamie język i zęby rozpycha. No, wsiadajcie, pojedziemy teraz w las, a potem wydostaniemy się na prerye!
— A gdzie Indyanin? — zapytał Sander.
— Apacz? Gdzie on jest, to obojętne, to nawet wszystko jedno. On wie najlepiej, dokąd ma iść, a ja założę się o moją klacz za capa, że spotkamy go znowu tam, gdzie on uzna za stosowne i gdzie będziemy go najbardziej potrzebowali.
Zakład byłby miał swoją stronę wesołą, gdyż nie łatwo byłby się znalazł człowiek, któryby zechciał dobrze utrzymanego capa postawić w zakład za starą klacz o sztywnych nogach, która na ostrym jak nóż grzbiecie nosiła już pokaźny szereg lat i podobna była raczej do mieszańca kozy z osłem, aniżeli do konia. Głowę miała stosunkowo dużą, ciężką i grubą, ogona zaś wprost nie było widać. Gdzie dawniej zwisał może bujny pęk włosów, tam sterczał teraz w górę krótki kikut śpiczasty, na którym nawet z pomocą mikroskopu nie znalazłoby się było śladów uwłosienia. Podobnie było z grzywą. Jej rolę grały właściwie pasy poskręcanych kołtunów brudnych, które przechodziły po obu stronach szyi w kudły, pokrywające wychudłe ciało. Z trudem stulone wargi świadczyły, że to miłe zwierzę nie posiadało już ani jednego zęba, a małe, chytrze zezujące oczy kazały się domyślać, że usposobienie klaczy wcale nie było uprzejme.
A jednak tylko ktoś nieobeznany z Zachodem byłby się może śmiał z tej starej Rozynanty. Takie zwierzę nosi zwykle jeźdźca przez połowę wieku ludzkiego w potrzebach i niebezpieczeństwach na wietrze i pogodzie, w burzach i zawiejach, w skwarach i ulewach, i przez to staje się dla niego drogim towarzyszem. Nawet w późnym wieku jeszcze posiada tak cenne przymioty, że jeździec z przykrością tylko i z konieczności zamienia konia starego na młodego. Wiedział też dobrze Dick Hammerdull, dlaczego zatrzymał swoją klacz, a nie wziął zamiast niej pod siodło młodego i silnego mustanga.
Pitt Holbers także nie miał zbyt paradnego konia. Jechał na małym, krótkim, grubym i tak nizkim ogierze, że nieskończenie długie jego nogi wlokły się niemal po ziemi. Jednak mimo tego sposobu siedzenia i ciężaru jeźdźca ruchy konia były tak lekkie i zgrabne, że wprost w podziw wprawiały.
Konie obydwu obcych pochodziły prawdopodobnie ze spokojnej farmy na Wschodzie, miały więc dopiero z czasem udowodnić, czy są użyteczne.
Ostra jazda ciągnęła się aż do wieczora przez las, poczem wydostano się na otwartą preryę, pokrytą żółto kwitnącymi heliantusami, rozłożoną jak wspaniały dywan na nieskończonej równinie.
Konie tego dnia były wypoczęte, można więc było jeszcze dobrą przestrzeń wjechać w sawannę, nimby rozbito obóz na nocleg. Dopiero, gdy gwiazdy ukazały się na niebie i zniknął ostatni promień słońca za widnokręgiem, zatrzymał Hammerdull konia.
Stop — rzekł — tu dzień się kończy, możemy się więc na krótki czas owinąć kocami! Czy zgadzasz się na to, Picie Holbersie, ty stary coonie?
Coon jest zwyczajnem skróceniem wyrazu: racoon, czyli.. niedźwiedź pracz, szop, a myśliwi używają tego słowa w różnych znaczeniach, gdy do siebie przemawiają.
— Jeżeli ty tak sądzisz, Dicku — odrzekł mrucząc zapytany i patrząc z zajęciem w dal. — Czy nie byłoby jednak lepiej ujechać jeszcze z milę albo trzy. Kolonelowi pewnie bardziej potrzebne są cztery dzielne ręce i dwie dobre strzelby, niż tej sawannie, na której chrząszcze brzęczą i ćmy muskają człowieka po nosie, jak gdyby na świecie nie było ani jednej skóry czerwonej do przedziurawienia.
— Sprawę chrząszczy i czerwonych skór ja pomijam. Mamy z sobą dwu ludzi, którzy nie znają jeszcze sawanny i musimy im dać wypocząć. Popatrzno, jak gniady Piotra Wolfa (wściekle trudne nazwisko) jak ten gniady sapie, jak gdyby miał w gardle wodospad Niagary! A kasztanowi, na którym wisi Sander, kapie woda z brody. Zatem na ziemię, a o świcie dalej!
Obydwaj obcy, nie przywykli do długiej jazdy, znużyli się rzeczywiście, dlatego natychmiast posłuchali wezwania. Jeźdźcy przywiązali konie do palików na długich lassach, a po spożyciu skromnej wieczerzy i wyznaczeniu straży położyli się na miękkiej murawie.
Rano ruszyli w dalszą drogę. Obaj traperzy byli to ludzie milczący, niechętnie wymawiający choćby słowo ponad niezbędną potrzebę. Nie znajdowano się też teraz w bezpiecznym store, w którym śmiało można zacząć tę lub ową historyę, lecz na sawannie, gdzie ani na chwilę nie wolno zapomnieć o ostrożności, gdzie ciągle trzeba się rozglądać dokoła. Wieść, przyniesiona przez Winnetou, byłaby nawet bardziej gadatliwe języki utrzymała na wodzy. Sander też wstrzymywał się z pytaniami, które mu się przez cały dzień na język cisnęły, a kiedy wieczorem chciał je wreszcie wypowiedzieć w obozie, natrafił na tak zawzięte milczenie towarzyszy, że niezaspokoiwszy ciekawości, owinął się kocem i próbował zasnąć.
Tak odbywali podróż przez kilka dni. Bez słowa na ustach jechali coraz dalej w głąb sawanny, aż piątego dnia pod wieczór Hammerdull, jadący na czele, zatrzymał nagle swojego konia, a w chwilę potem przykucnął w trawie, aby się z widocznem zajęciem przypatrzyć ziemi. Po chwili zaś zawołał:
Have care, Picie Holbersie, jeśli tędy jeszcze bardzo niedawno ktoś nie przejechał, to ci pozwolę, żebyś mię pożarł. Zsiądź i chodź tutaj!
Holbers stanął lewą nogą na ziemi, przeciągnął prawą przez grzbiet grubego ogiera i pochylił się, by zbadać ślady.
— Jeśli ty tak sądzisz, Dicku — mruknął, przyznając mu słuszność — to mnie się zdaje, że to był Indyanin.
— Czy Indyanin, czy nie, to wszystko jedno, ale koń białego zostawia inne ślady, niż te. Wsiadaj na powrót, a resztę zostaw mnie!
Ruszył pieszo śladami kopyt, a jego doświadczona i rozumna klacz szła powoli sama za nim. Po kilkuset krokach zatrzymał się i odwrócił znowu do towarzyszy, mówiąc:
— Zsiądź, stary coonie i powiedz mi kogo, mamy przed sobą!
Pokazał przy tem palcem na ziemię. Holbers pochylił się, zbadał to miejsce bardzo dokładnie, a potem rzekł:
— Jeśli, ty Dicku, sądzisz, że to Apacz, to masz słuszność. Te same wystrzępione frędzle, które tu wiszą na kaktusie, miał on także w gospodzie na mokassynach. Nie widziałem takich jeszcze u żadnego czerwonoskórca, bo zwykle wycięte są prosto. Zsiadł tutaj, ażeby się czemuś przypatrzyć, a kolce oderwały mu trochę frędzli. Ja sądzę... behold, Dicku, popatrz tutaj na prawo! Czyje to mogły być nogi?
— Na twoją brodę, Picie, to łotr Indyanin, który stamtąd przyszedł, a stąd skręcił na bok. Cóż ty na to?
— Hm! Apacz ma pogańsko bystre oczy; zaraz pierwsze ślady tego człowieka z pewnością zauważył, a my dreptamy po jego śladach już kto wie jak długo i nie spostrzegliśmy tego.
— Czy spostrzegliśmy, czy nie, to wszystko jedno. Znaleźliśmy je przecież i to wystarczy. Ale czerwonoskórzec nie uwija się tu chyba sam po sawannie. W pobliżu zostawił zapewne swoją szkapę, a niedaleko także może znajduje się więcej łuczników, którzy zamierzają coś dyabelskiego. Rozglądnijmy się dokoła, czy nie natrafimy na jakie wskazówki, któreby nas pouczyły, co mamy począć!
Rozejrzał się po widnokręgu i potrząsnął głową z niedowierzaniem.
— Słuchajcie, Sanderze! U waszego boku wisi futerał. Czemu go nie otworzycie? Czy trzymacie w nim ptaka, którego nie chcecie wypuścić?
Sander otworzył etui, wydobył perspektywę i podał ją z konia traperowi. Ten nastawił ją, wziął przed oczy i zaczął badać nanowo.
Po krótkim czasie ściągnął brwi i rzekł z przebiegłym uśmiechem.
— Weź szkła, Picie Holbersie, popatrz tam w górę i powiedz, co to za długa prosta linia, ciągnąca się od wschodu północnego horyzontu daleko na zachód?
Holbers poszedł za tą wskazówką. Odjąwszy po chwili rurę od oczu, potarł sobie z namysłem długi cienki i spiczasty nos i rzekł:
— Jeśli sądzisz, Dicku, że to jest kolej żelazna, która prowadzi do Kalifornii, to nie jesteś tak głupi, jak by można przypuszczać.
— Głupi? Dick Hammerdull głupi! Strzeż się, bo tak cię ostrzem noża po żebrach połaskoczę, że długi oddech wylezie ci z gardła, jak zbutwiała lina okrętowa! Dick Hammerdull głupi! Czy słyszał kto coś takiego? Zresztą, czy głupi, czy nie, to wszystko jedno, ale ktoby go chciał taniej kupić, niż jest wart, powinienby uważać, żeby się nie przeliczył. Cóż jednak wspólnego ma kolej żelazna z czerwonoskórym, który się tędy przekradł? Wyjaśnij to nam, Picie Holbersie, esencyo wszelkich możliwych gatunków mądrości.
— Hm! Kiedy nadchodzi najbliższy pociąg, Dicku?
— Nie wiem dokładnie, ale zdaje mi się, że przejedzie tędy dziś jeszcze.
— W takim razie czerwoni zabiorą się do niego.
— Masz słuszność, stary coonie. Ale z której strony pociąg nadejdzie, z tej, czy z tamtej?
— Udaj się z tem pytaniem do Omaha lub San Francisco, tam ci powiedzą. Na mojej bluzie nie wisi rozkład jazdy!
— Nie spodziewam się tego nawet po tym starym łachmanie. Czy nadejdzie ze wschodu, czy z zachodu, to wszystko jedno. Jeśli nadejdzie, to się do niego wezmą. Ale czy my zgodzimy się na to spokojnie, żeby go zatrzymali, a podróżnym odebrali skalpy i życie, to znów inna rzecz. Coż ty na to?
— Uważam za nasz obowiązek przejechać im szkłem po pod nos.
— Takie i moje zdanie. A zatem na ziemię i naprzód! Człowieka, siedzącego wysoko na koniu, łatwiej zauważą szpiegowie, aniżeli ładnie i pokornie idącego na własnych nogach. Zobaczymy, w której dziurze oni siedzą. Ale trzymać strzelby gotowe do strzału, bo jeśli nas spostrzegą, to one będą przedewszystkiem potrzebne!
Zaczęli skradać się powoli i z nadzwyczajną ostrożnością. Ślady, którymi szli i do których przyłączyły się ślady Apacza, prowadziły najpierw do wału kolejowego, a potem dalej wzdłuż niego. Gdy zdaleka pokazały się faliste wzniesienia gruntu, zatrzymał się Hammerdull i rzekł:
— Gdzie te łotry siedzą, to oczywiście wszystko jedno. Pozwolę jednak, żeby mię dopóty pieczono, dopóki nie zrobię się tak twardy i suchy, jak mr. Holbers, jeśli nie cofnęli się za owe karłowate góry. Nie możemy jechać dalej, bo...
Słowo uwięzło mu w gardle. Równocześnie podniósł kolbę starej strzelby do twarzy, ale opuścił ją natychmiast. Ze zbocza wału po drugiej stronie podniosła się jakaś postać, przemknęła przez wał z iście kocią zręcznością i stanęła w następnej chwili przed podróżnymi. Był to Apacz.
— Winnetou zobaczył nadchodzące dobre blade, twarze — rzekł. — Odkryliście ślady Ogellallajów i ocalicie konia ognistego od zguby.
Heigh day — zawołał Hammerdull — to szczęście, że to nie był kto inny, bo byłby pokosztował mojej kuli, a strzał byłby nas zdradził! Ale gdzie koń wodza Apaczów? Czy Winnetou podróżuje może bez konia w tym dzikim kraju?
— Koń Apacza jest jako pies, który posłusznie kładzie się i czeka, póki pan jego nie wróci. Winnetou widział Ogellallajów przed wielu słońcami i udał się nad rzekę, zwaną przez białych braci Arkanzas, myśląc, że znajdzie tam swego przyjaciela, wielkiego myśliwca, Sama Fireguna. Nie było go jednak w wigwamie. Potem ruszył Winnetou dalej za złymi czerwonymi mężami, a teraz ostrzeże konia ognistego, ażeby nie przewrócił się na drodze, którą mu chcą zburzyć.
Lack-a-day! — rzekł przeciągle Pitt Holbers. — Patrzcie, jak sprytnie poczynają sobie te łotry! Gdyby tylko wiedzieć, z której strony nadejdzie najbliższy pociąg!
— Koń ognisty nadejdzie ze wschodu, gdyż z zachodu przeszedł już wtedy, kiedy słońce stało wodzowi Apaczów nad głową — odpowiedział Winnetou.
— W takim razie wiem, w którą stronę mamy się zwrócić. Ale kiedy będzie tędy pociąg przechodził? Picie Holbersie, co ty na to? — zapytał Hammerdull.
— Hm, jeśli jednak sądzisz, Dicku, że u mnie jest rozkład jazdy, to powiedz mi przedewszystkiem, gdzie go mam!
— Z pewnością nie w głowie, stary coonie, bo w niej jest tak, jak w Llano Estacado, gdzie nie zobaczysz nic, jeno piasek i kamień, a tylko tu i ówdzie kamień i piasek. Ale popatrzcie, ludzie! Słońce już zachodzi i za kwadrans będzie już ciemno, a my będziemy mogli śledzić, co te czerwone łotry...
— Winnetou był za ich plecyma — przerwał mu Apacz — i widział, że ścieżkę wyrwali z ziemi i położyli na poprzek drogi konia ognistego, ażeby się przewrócił.
— Czy jest ich wielu?
— Weź ich dziesięć razy po dziesięciu, a nie będziesz miał jeszcze połowy wojowników, leżących na ziemi i czekających na przybycie bladych twarzy. A koni jest jeszcze więcej, bo wszystko, co znajdą na wozie ognistym, mają wpakować na konie i zabrać z sobą.
— Przeliczą się! Co wódz Apaczów zamyśla uczynić?
— Zostanie tu na miejscu, ażeby pilnować czerwonych mężów. Moi biali bracia pojadą naprzeciw konia ognistego i zatrzymają go w biegu daleko stąd, ażeby te ropuchy Ogellallajów nie widziały, że zamyka swoje oko ogniste i staje w drodze.
Rada była dobra, wykonano więc ją natychmiast. Nikt nie wiedział, o jakim czasie mógł pociąg nadejść. Mogło się to stać każdej chwili, a ponieważ trzeba było wielkiej odległości na to, żeby ostrzec pociąg w tajemnicy przed Ogellallajami, przeto niebezpieczeństwo było bardzo blizkie. Winnetou pozostał zatem na swojem miejscu, a czterej biali, dosiadłszy koni, puścili się wzdłuż toru na wschód szybkim kłusem.
Po kwadransie jazdy Hammerdull zatrzymał swoją klacz i spojrzał w bok.
Good lack — rzekł. — Czy to nie jeleń leży w trawie? Albo... ach! Picie Holbersie, powiedz, co to za bydlę być może?
— Hm, jeśli sądzisz, że to koń Apacza, który leży tu jak przybity do ziemi, dopóki pan nie przyjdzie po niego, to gotów jestem zgodzić się z tobą!
— Zgadłeś, stary coonie! Ale chodźmy dalej! Nie płoszmy mustanga, bo czeka nas ważniejsza robota. Czy spotkamy pociąg, czy nie, to wszystko jedno, ale musimy go ostrzec, a im dalej się to stanie, tem lepiej. Czerwone łotry nie powinny poznać po światłach, że pociąg się zatrzymał i że ich zamiar zdradzony!
Znowu ruszyli naprzód. Światło dzienne niknęło szybko, bo zmierzch w owych stronach jest krótki, a od zachodu słońca minęło było już przeszło pół godziny. Ciemność więc pokryła rozległą preryę, a gwiazdy poczęły zsyłać na ziemię swoje mdłe promienie. Trochę światła księżyca byłoby się teraz jeźdźcom przydało. Ponieważ jednak potem trudno byłoby w blasku jego zbliżyć się do Indyan, przeto zadowoleni byli, że ten towarzysz ziemi znajdował się teraz w ciemnym okresie swej egzystencyi i nie pokazywał ani śladu swego magicznego światła.
Wobec przenikliwości światła lokomotyw amerykańskich i równości terenu widać było o kilka mil, gdy się pociąg zbliżał. Należało więc przebyć przestrzeń, przenoszącą doniosłość światła, aby na czas ostrzec pociąg przed niebezpieczeństwem. Toteż Dick Hammerdull puścił klacz swoją w szybkie tempo, a reszta towarzyszy jechała za nim w milczeniu.
Wreszcie się zatrzymał, zeskoczył z konia, a jego towarzysze uczynili to samo.
— Tak — rzekł. — Sądzę, że teraz odległość jest już dość wielka. Spętajcie konie i poszukajcie trochę suchej trawy, ażebyśmy mogli dać znak!
Rozkazu usłuchano i niebawem znalazła się kupa zeschłej trawy, którą można było łatwo rozpalić zapomocą odrobiny prochu.
Ułożywszy się na kocach, wsłuchiwali się teraz wszyscy w cichą noc, nie odwracając oczu od kierunku, z którego miał nadejść pociąg. Obydwaj obcy domyślali się pewnie, co nastąpi, ale, jako nie znający życia dzikiego Zachodu, nie przerywali milczenia, zostawiając obu myśliwców w spokoju. Oprócz szmeru, wywoływanego przez pasące się konie, nie było dokoła słychać żadnego odgłosu, a minuty przedłużały się coraz to bardziej niepokojąco.
Wtem, po małej wieczności, w wielkiem oddaleniu, błysnęło zaledwie dostrzegalne światło, które z każdą chwilą się powiększało i wzmagało w intenzywności
— Picie Holbersie, cóż ty powiesz o tym robaczku świętojańskim, he? — spytał Hammerdull.
— Hm, to samo, co już ty powiedziałeś, Dicku Hammerdullu!
— To może najmądrzejsze twoje zapatrywanie, jakie kiedykolwiek miałeś w życiu, stary coonie. Czy to lokomotywa, czy nie, to wszystko jedno, ale to pewne, że nadeszła chwila działania. Henryku Sanderze, gdy pociąg się zbliży, krzyczcie tak głośno, jak będziecie mogli, a wy także, Piotrze Wolfie (przeklęcie trudne nazwisko; rozdziera gębę na dwoje), naróbcie hałasu i wrzasku, ile wam się spodoba. O resztę już my sami troszczyć się będziemy!
Wziął do ręki trawy skręconej w długi lont, nasypał na nią prochu i wyjął z za pasa rewolwer.
Teraz zaczęło zbliżanie się pociągu zaznaczać się coraz to głośniejszym turkotem, który z czasem wzmógł się tak dalece, że przypominał odgłos odległych grzmotów.
— Wyciągnij swoje nieskończenie długie ręce, otwórz milowe wargi i rycz tak głośno, jak potrafisz, stary coonie. Pociąg już tu! — zawołał Hammerdull, patrząc równocześnie niespokojnie ku koniom, które parskając i tupiąc nogami z powodu tego niezwykłego zjawiska szarpały za rzemienie, którymi przywiązane były do kołków, wbitych w ziemię.
— Piotrze Wolfie (niech dyabli porwą to karkołomne nazwisko!) uważajcie, żeby nam konie nie uciekły. Krzyczeć możecie przytem tak samo!
Nadeszła chwila ostateczna. Rzucając przed siebie oślepiający klin światła, nadbiegał pociąg z łomotem. Hammerdull przyłożył rewolwer do lontu i wypalił. Proch zajął się, zeschła trawa rozgorzała jasnym płomieniem. Wywijając nią nad głową, ruszył Hammerdull biegiem naprzeciwko pociągu, oświetlony migotliwym blaskiem tej pochodni.
Maszynista zobaczył widocznie ten znak przez szyby swojej zasłony, gdyż zaraz po pierwszych wahnieniach buchającego wysoko płomienia zabrzmiał kilka razy po sobie gwizd, przykręcono hamulce, koła zazgrzytały i zawyły pod ich naciskiem, a szereg wagonów przebiegł z hukiem obok czterech ludzi, którzy puścili się biegiem za pociągiem, zmniejszającym w oczach swą chyżość.
Wreszcie pociąg stanął. Nie zważając na urzędników, wychylających się ze swoich, wyżej położonych, miejsc, pobiegł Hammerdull, mimo swojej grubości, wzdłuż szeregu wozów aż przed lokomotywę, zarzucił koc, pochwycony z ziemi, na latarnię i reflektory i zawołał równocześnie, jak mógł, najgłośniej:
— Pogasić światła! Ściemnić pociąg!
Wszystkie latarnie zniknęły natychmiast. Funkcyonaryusze kolei Pacific, to ludzie przytomni i decydujący się szybko. Domyślili się, że ten okrzyk musi mieć jakiś powód i posłuchali go natychmiast.
’sdeath! — zawołano z lokomotywy. — Dlaczego zakrywacie nasze światło, człowieku? Nie przypuszczam, żeby na drodze naszej miało się stać coś złego! Kto wy jesteście i co znaczą wasze sygnały?
— Musimy być w ciemności — rzekł przezorny traper. — Przed nami są Indyanie. Zdaje mi się, że wyrwali szyny!
— Do wszystkich dyabłów! Jeśli tak jest, to jesteście najzacniejszy chłop z tych wszystkich, którzy kiedykolwiek potykali się w tym kraju przeklętym!
Zeskoczywszy na ziemię, uścisnął mu inżynier rękę i kazał pootwierać wagony.
W minutę potem gromada ciekawych otoczyła myśliwców, ździwionych tem, że z przedziałów wyszła tak znaczna liczba ludzi, aby się dowiedzieć o przyczynie zatrzymania pociągu.
— Co się stało? Co jest? Czemu stoimy? — wołano ze wszystkich stron.
W krótkich słowach opisał Hammerdull położenie, czem w niemałe rozdrażnienie wprawił obecnych.
— Dobrze, bardzo dobrze! — zawołał inżynier. — Spowoduje to wprawdzie przerwę w ruchu, ale równocześnie daje nam znakomitą sposobność do przetrzepania skóry czerwonym. W przeciągu krótkiego czasu już po raz trzeci ośmielają się oni na tej przestrzeni właśnie napadać i ograbiać pociągi. A zawsze uprawiają to rzemiosło przeklęci Ogellallajowie, ten najbardziej dyabelski szczep Siouksów, z którego tylko dobrą kulą wypędzić można dzikość i nienawiść. Ale dzisiaj zawiodą się w swych nadziejach i dostaną zaraz sowitą nagrodę. Myśleli pewnie, że ten pociąg wiezie, jak zwykle, dużo towarów, a tylko czterech do pięciu ludzi. Na szczęście jedzie z nami kilkuset robotników, przeznaczonych do budowy mostów i wiaduktów w górach. Ludzie ci mają prawie wszyscy broń przy sobie, przeto nie trudno nam będzie urządzić napastnikom porządnego figla!
Wrócił znowu na maszynę i wypuścił niepotrzebną parę, która z przeraźliwym sykiem wydarła się z wentylów, otaczając lokomotywę białą chmurą. Potem znowu zeskoczył, aby dokonać przeglądu sił, któremi rozporządzał.
— Przedewszystkiem powiedzcie mi, człowieku, jak się nazywacie? Muszę przecież wiedzieć, komu zawdzięczam to szczęśliwe ostrzeżenie.
— Odkąd żyję, sir, nazywam się Hammerdull, Dick Hammerdull!
— Pięknie! A ten drugi?
— Jak on się nazywa, to wszystko jedno. Ponieważ jednak przypadkiem także ma nazwisko, przeto nie zaszkodzi to nikomu, że je usłyszycie. Nazywa się Pitt Holbers, a jest mężem, na którego można zawsze liczyć.
— A ten tutaj i tamten przy koniach?
— Pochodzą obaj z Europy, a nazywają się Henryk Sander (Harry Sander brzmiałoby znacznie lepiej) i Piotr Wolf (przeklęcie nędzne nazwisko!) Nie wymawiajcie tych dwu słów, sir, bo kark przy tem skręcicie!
Well! — roześmiał się urzędnik. — Nie każdy język lubi tak wygodę, jak wasz, master Hammerdullu!
— Hammerdull? Dick Hammerdull? — zawołał jakiś mężczyzna silnym, grubym głosem, przeciskając się przez stojących. — Welcome, stary coonie! Myślałem, że jesteś w Hide-spot i że cię tam spotkam, tymczasem wpadam na ciebie tutaj. Co cię wypędziło stamtąd?
— Co mnie wypędziło, to wszystko jedno, kolonelu, ale przywiozłem sobie trochę prochu, ołowiu i tytoniu. Długi Pitt był także ze mną u mr. Winklaya, Irlandczyka. Przyprowadziliśmy stamtąd dwu ludzi, którzy chcą koniecznie widzieć się z Samem Firegunem, czyli z wami.
— Sam Firegun! — zawołał maszynista, przystępując do obcego. — Czy to istotnie wy?
— Tak mnie nazwano — zabrzmiała krótka i prosta odpowiedź.
Mówiący te słowa był mężczyzną rzeczywiście olbrzymiej postaci, którą można było rozpoznać pomimo ciemności. Miał na sobie zwykłe traperskie ubranie. Otaczający cofnęli się trochę z uszanowaniem, usłyszawszy to nazwisko.
Good lack, sir, w takim razie mamy odpowiedniego człowieka, któremu możemy oddać dowództwo. Czy podejmiecie się tego?
— Jeśli wszyscy gentlemani zgodzą się na to.
Ogólny okrzyk zgody odezwał się dokoła w odpowiedzi. Temu słynnemu człowiekowi, którego setki pragnęły spotkać przynajmniej raz w życiu, człowiekowi, który teraz sam zjawił się niespodzianie wśród tych ludzi, musiano z całem zaufaniem powierzyć naczelne dowództwo.
— Oczywiście, że się zgodzą. Zarządźcie zatem wszystko jak najrychlej! Nie mamy czasu do stracenia i musimy się postarać, żeby czerwoni gentlemani nie czekali na nas zbyt długo — rzekł inżynier.
Well, sir, ale pozwólcie mi wpierw pomówić kilka słów z tym mężem. Dicku Hammerdullu, jest jeszcze kto z wami z Hide-spot?
— Niema nikogo, kolonelu! Inni są w domu, albo udali się w góry.
— A jednak musi z wami być jeszcze ktoś, Dicku, gdyż ty, o ile znam ciebie, nie odszedłbyś od czerwonych, nie pozostawiwszy przy nich kogoś na straży.
— Jak ja odszedłem, to wszystko jedno; ale jeślibyście uważali Dicka Hammerdulla za takiego głupca, żeby nie pomyślał o straży, to pomylilibyście się grubo, kolonelu! Został tam ktoś taki, że lepszyby się nie znalazł.
— Kto taki?
— Lepszyby się nie znalazł, sir, powiedziałem, i to wystarczy, gdyż istnieje tylko jeden człowiek, o którym można to powiedzieć. Koń jego leży o kwadrans drogi za nim i czeka, dopóki on nie przyjdzie po niego.
— Jego koń czeka? Hammerdullu, istotnie taki jest tylko jeden, a nazywa się Winnetou.
— Zgadłeś, kolonelu, zgadłeś! Apacz spotkał się z nami u Irlandczyka i ostrzegł nas. Poszedł śladem Ogellallajów i zetknął się z nami znowu niedawno.
— Winnetou, wódz Apaczów? — zapytał maszynista, a przez tłum przeszedł pomruk zadowolenia. — Heigh day, a to spotkanie! Ten człowiek starczy sam za mały szczep wojowników, a jeśli jest po naszej stronie, to damy tym łotrom bobu, że nas popamiętają. Gdzie on stoi?
— Czy stoi, czy nie, sir, to wszystko jedno. On leży tuż obok Indyan po lewej stronie toru. Musi tam być jeszcze wszystko w porządku, bo inaczej przyszedłby nas ostrzec.
— Dobrze! — rzekł Sam Firegun. — Posłuchajcie teraz mego zdania! Utworzymy dwa oddziały, które po obu stronach toru podejdą Indyan. Jeden ja poprowadzę, a drugi, hm, sir, czy pójdziecie z nami?
— To się rozumie — rzekł inżynier. — Nie wolno mi wprawdzie opuszczać mego stanowiska, ale nie na darmo chyba mam parę zdrowych pięści, a ten palacz umie dość, ażeby mnie zastąpić. Nie wytrzymałbym na tej skrzyni ognistej, gdybym usłyszał huk waszych rusznic, dlatego pójdę z wami — A zwracając się do personalu, dodał: — Zostańcie przy wagonach i uważajcie, bo niewiadomo, co może nastąpić. Tomie!
— Sir — odpowiedział palacz.
— Umiesz przecież obchodzić się z maszyną. Abyśmy nie potrzebowali wracać, nadjedziesz, skoro tylko zobaczysz nasz znak, który damy ogniem. Pojedziesz powoli, tak powoli i ostrożnie, jak tylko można, gdyż pewnie trzeba będzie naprawiać szyny! Ale na drugiego dowódcę, mr. Firegunie, ja się nie nadaję, bo nie jestem westmanem. Poszukajcie sobie kogoś odpowiedniejszego do tego zadania!
— Dobrze, sir! — zgodził się Sam Firegun. — Nie chciałem was pominąć. Znam tu jednak człowieka, który obowiązek swój spełni tak dobrze, jak ja. Jemu możecie ze spokojem powierzyć swoich ludzi. Dicku Hammerdullu, jak sądzisz?
— Jak ja sądzę, to wszystko jedno, kolonelu, ale przypuszczam, że nie postanowicie nic niesłusznego!
— Ja też tak myślę. Czy poprowadzisz drugą połowę?
— Jeśli ludzie zechcą pójść za mną, to chętnie polezę na przedzie. Strzelba moja pomówi rozsądnie z Indyanami, dzięki temu, że mam świeży proch i kule. Ale konie, kolonelu, musimy zostawić. Niech je Sander potrzyma.
— Ani mi się śni! — odrzekł krótko wymieniony. Ja idę z wami!
— Co wam się śni, a co nie, to wszystko jedno, ale skoro nie chcecie, to może to uczynić Piotr Wolf (do dyabła z tem nazwiskiem!)
Ponieważ ten także się opierał, przeto jeden z nieuzbrojonych robotników otrzymał rozkaz pilnowania koni.
Podzielono siły wojenne, a Sam Firegun i Dick Hammerdull stanęli na czele obu oddziałów. Pociąg został na miejscu, a ludzie odeszli. W kilka chwil zapanowała nad okolicą taka cisza, że nawet najlżejszy szmer nie wskazywał, że spokój, zalegający rozległą równinę, kryje w sobie przygotowanie do krwawej rozprawy.
Z początku szli wszyscy znaczną przestrzeń w postawie wyprostowanej. Potem, kiedy zbliżali się do przypuszczalnego pola walki, położyli się na ziemi i jeden za drugim lazł po obu stronach nasypu.
— Uff! — zabrzmiało zcicha tuż przy uchu Sama Fireguna. — Niech jeźdźcy konia ognistego leżą tu i zaczekają, dopóki wódz Apaczów, Winnetou, nie wróci!
— Winnetou? — spytał Sam Firegun, podnosząc się do połowy. — Czy czerwony brat zapomniał, jak wygląda postać białego przyjaciela, że go nie poznaje?
Winnetou przypatrzył mu się, poznał go mimo ciemności i zawołał z radością, choć cichym głosem:
— Sam Firegun! Chwała Wielkiemu Duchowi, że dzisiaj pokazał Apaczowi twoje oblicze! Niech pobłogosławi rękę twoją, aby niszcząco spadła na głowy nieprzyjaciół! Czy mój brat przyjechał na koniu ognistym?
— Tak. Złoto, które zawdzięcza przyjaźni Apacza, zawiózł na wschód słońca i wraca teraz, by znaleźć więcej. Czemu czujny brat chciał odejść i powrócić?
— Dusza nocy jest czarna, a duch wieczora ciemny. Winnetou nie mógł poznać swego brata, leżącego na ziemi, ale widział tam na pagórku wojownika, który patrzył, czy nie nadchodzi koń ognisty. Winnetou pójdzie zamknąć oko Ogellallaja, a potem wróci.
W następnej chwili zniknął w ciemnościach nocnych.
Ci dwaj sławni na preryach ludzie, tak różnie wyposażeni przez naturę, a mimo to oddani sobie wzajem w przyjaźni, spotkali się tu po długiej rozłące. Ich natury nie znały owych głośnych objawów radości, jakie się zwykle widzi w takich razach, nadto osobliwa chwila spotkania zajęła ich tak dalece, że nie mogli nawet pomyśleć o hałaśliwem powitaniu, które tylko drogi czas zabiera.
Pomimo ciemności nocnej widać było na leżącem z boku falistem wzniesieniu gruntu postać, która dla bystrego oka westmana zarysowywała się dość wyraźnie. Ogellallajowie postawili zatem strażnika, który miał patrzeć, czy nie zbliża się pociąg. Biały chyba tylko z wielką trudnością, albo wcale byłby nie podszedł tego człowieka. Sam Firegun jednak znał mistrzostwo tego Apacza w podchodzeniu i nie wątpił, że Ogellallaj zniknie wkrótce.
Leżąc tuż przy wale kolejowym, miał go ciągle na oku. Rzeczywiście. Już po kilku minutach tuż obok człowieka, stojącego na straży, podniosła się błyskawicznie jakaś postać, potem obie upadły na ziemię. To nóż Apacza spełnił swoją powinność.
Winnetou powrócił po dłuższym czasie, obszedłszy stanowiska Indyan i przypatrzywszy się im dokładnie i zdał sprawę Firegunowi.
Ogellallajowie wyrwali kilka szyn i położyli je razem z progami napoprzek toru. Los pociągu razem z podróżnymi byłby straszny, gdyby był na to miejsce przyjechał. Dzicy leżeli w zupełnej ciszy z boku od tego miejsca na ziemi, a nieco dalej przywiązali konie do kołków. Obecność zwierząt uniemożliwiała prawie podejście Indyan z tej strony, gdyż koń preryowy przewyższa psa pod względem czujności i parskaniem oznajmia panu swemu zbliżanie się każdej żywej istoty.
— Kto nimi dowodzi? — spytał Firegun.
— Matto-Sih, Łapa Niedźwiedzia. Winnetou był tak blizko za jego plecami, że mógł go powalić tomahawkiem.
— Matto-Sih? To najdzielniejszy z Siouksów. Nie boi się żadnego wojownika i utrudni nam nasze zadanie w wysokim stopniu! Jest silny, jak niedźwiedź, a chytry, jak lis. Nie ma przy sobie wszystkich swoich ludzi, lecz zostawił resztę na preryi. Mądry wojownik nie postąpiłby zresztą inaczej.
— Uffh! — rzekł Winnetou głosem gardłowym, przyznając słuszność wywodom Fireguna.
— Niech mój czerwony brat zaczeka, dopóki nie wrócę! — poprosił Firegun, poczołgał się przez nasyp do Dicka Hammerdulla i rzekł do niego:
— Pójdziesz jeszcze o trzysta długości człowieka, Dicku, i staniesz naprzeciwko Indyan. Ja po tamtej stronie podzielę moich ludzi i wyślę połowę z Winnetou na preryę, ażeby...
— Czy wyślecie, czy nie, to wszystko jedno — przerwał mu szeptem grubas — ale czego oni będą tam szukali, kolonelu?
— Ogellallajami dowodzi Matto-Sih...
— Łapa Niedźwiedzia? Zounds! W takim razie mamy przeciwko sobie najwaleczniejszych z całego szczepu. Spodziewam się też po nim, że na preryi zostawił rezerwę.
— Ja też tak sądzę. Tę rezerwę zatem odetnie Winnetou od głównego oddziału. Ja z resztą pójdę prosto do koni. Jeśli nam się uda opanować je, albo rozprószyć, dzicy będą zgubieni.
Well, well, kolonelu, a Dick Hammerdull i jego strzelba uczynią swoje, ażeby pociąg wyładować skalpami!
— Zaczekam więc ze swoimi ludźmi, dopóki z tamtej strony nie padnie pierwszy strzał. Indyanie, wiedząc, że my stoimy za nimi, przejdą na twoją stronę, a ty przyjmiesz ich odpowiednio. Ale nie zaczynać nic, dopóki nie zbliżą się tak, żebyście mogli widzieć ich wszystkich dokładnie. Wtedy dopiero strzelicie; ani jedna kula nie powinna chybić!
— Bez obawy, kolonelu! Dick Hammerdull wie całkiem dobrze, co ma czynić. Pilnujcie się tylko przed końmi, bo mustang zwęszy białego o dziesięć mil!
Firegun odszedł, a gruby traper poczołgał się wzłuż szeregu leżących za nim robotników, aby im donieść o otrzymanych zleceniach.
Wróciwszy, usiadł obok Pitta Holbersa, który w ostatnich godzinach nie odzywał się do nikogo.
— Picie Holbersie, stary coonie, — rzekł szeptem Harmmerdull — zaraz się zacznie taniec!
— Hm, jeśli ty tak sądzisz, Dicku! Czy nie cieszysz się z tego powodu?
Zapytany chciał właśnie coś odpowiedzieć, kiedy nagle po drugiej stronie błysnęło z boku jakieś światło, poczem nastąpił głośny huk. Zanim plan Fireguna został wykonany, wypaliła strzelba jednego z idących za nim robotników.
W tej chwili byli Ogellallajowie na nogach i pośpieszyli do swoich koni, ale przytomny Sam Firegun, usłyszawszy za sobą zdradziecki wystrzał, pośpieszył natychmiast, ażeby uprzedzić skutki tego niedbalstwa.
— Dalej, ludzie, do koni! — zawołał.
W potężnych skokach pobiegł do zwierząt i dostał się tam przed Indyanami. Z szybkością myśli uwolniono je z pęt i rozpędzono po rozległej sawannie.
Stropili się nadbiegający teraz Indyanie, gdy ich powitał huk wystrzałów. Koni nie było, a w ciemnościach nie mogli rozpoznać szczupłej liczby nieprzyjaciół. Stali więc przez kilka chwil zupełnie bezradni i wystawieni na działanie broni białych. Wtem zabrzmiał głośny okrzyk dowódcy. Na skutek tego odwrócili się i puścili się na drugą stronę wału, żeby tam poszukać ochrony i naradzić się nad tem, co dalej począć.
Zaledwie jednak wydostali się na nasyp, wynurzyła się o kilka kroków przed nimi, jak z pod ziemi, ciemna linia, błysk z pięćdziesięciu rusznic rozświecił na chwilę ciemność nocy, a wycie ugodzonych świadczyło, że oddział Hammerdulla dobrze mierzył.
— Wystrzelić wszystkie kule, a potem na nich! — zawołał dzielny grubas, wypalił z drugiej lufy swojej rusznicy, rzucił ją, jako na razie nieprzydatną, wyrwał z pod długiej koszuli myśliwskiej tomahawk, tę straszną broń Zachodu, i rzucił się razem z Pittem Holbersem i kilku najodważniejszymi robotnikami na zatrzymanych zdumieniem dzikich.
Z powodu całkiem niespodziewanego napadu stracili oni wprost przytomność. Mając nieprzyjaciela przed sobą i za sobą, mogli tylko w ucieczce szukać ocalenia. Znowu zabrzmiał głośny okrzyk Matto-Siha, a w następnej chwili nie było widać ani jednego czerwonego. Padli wśród napastników na ziemię i przełażąc pomiędzy nimi, starali się wydostać na wolność.
— Na ziemię i noże do rąk! — zawołał Firegun gromowym głosem, śpiesząc na opuszczone przez Indyan obozowisko.
Myślał, że czerwoni zgromadzili tam dostateczną ilość palnych materyałów, ażeby w razie udania się wyprawy mieć odpowiednie oświetlenie na miejscu. Nie zawiódł się istotnie. W obozie leżało kilka wielkich kup chróstu. Z pomocą prochu rozniecił ogień, noc się rozjaśniła, a w tem świetle ujrzał mnóstwo włóczni i koców, doskonały materyał do palenia. Pozostawiwszy nadbiegającym robotnikom troskę o utrzymanie ognia, wrócił na miejsce, gdzie nocny atak zamienił się w straszliwą walkę piersią o pierś.
Nie biorącemu udziału w walce widzowi byłaby ona dostarczyła sposobności do przypatrzenia się czynom, dla których na gruncie cywilizowanym nie byłoby może miejsca.
Robotnicy byli to wprawdzie ludzie, którzy wyćwiczyli swoje siły w burzach życiowych, ale sposobowi walczenia Indyan, którzy teraz przy świetle poznali swoje położenie i zauważyli przy tem, że liczbą dorównywają swoim przeciwnikom, nie mogli opierać się skutecznie, Gdzie kilku z nich nie stało naprzeciwko Indyanina, tam zwykle on zwyciężał, a pobojowisko okrywało się coraz to więcej poległymi od potężnych ciosów tomahawku.
Z białych tylko trzej mieli tę broń: Sam Firegun, Dick Hammerdull i Pitt Holbers. Pokazało się przy tem, że przy równej broni wytrwalszy i inteligentniejszy biały osiągał większe korzyści.
Sam Firegun stał w samym środku gromady dzikich, a w twarzy jego odbijał się przy migotliwem świetle ognisk wyraz rozkoszy bojowej, która nie zgadza się z delikatniejszem usposobieniem, ale która mimo to pozostaje prawdą dowiedzioną. Kazał sobie drugim napędzać Indyan pod topór, który w jego olbrzymiej garści spadał co chwila, druzgocąc głowy nieprzyjaciół.
Obok niego stała para bohaterów, wyglądająca niemal zabawnie, bo, pomimo różnic w postaci, odwrócona do siebie plecami, co obydwu oryginalnych i doświadczonych myśliwców chroniło przed napadem z tyłu. Byli to Dick Hammerdull i Pitt Holbers. Mały Dick, który na obcym czynił wrażenie nieporadności, okazywał tutaj iście kocią zręczność. Trzymając w lewej ręce ostry nóż obosieczny, a prawą wywijając ciężkim toporem, stawiał nieprzyjaciołom dzielny opór. Jego długa, grubo połatana i poplamiona bluza odbijała z łatwością godzące weń pchnięcia nożem. Długi Pitt stał za nim i wymachiwał w powietrzu rękami jako polip, wyciągający niebezpieczne macki, ażeby przyciągnąć zdobycz do siebie i pochwycić. Ciało jego, złożone z samych ścięgien i kości, rozwijało nadzwyczajną siłę i wytrwałość. Toporem walił z podwójnej wysokości i sięgał dalej, aniżeli każdy inny, ale nogi nie ruszył z miejsca ani na cal, a kto zbliżył się doń tak, że go mógł pochwycić, ten ginął bez ratunku.
Oprócz nich wybijali się jeszcze w walce obydwaj obcy. Pochwyciwszy tamahawki poległych Indyan, władali nimi z taką lekkością i pewnością, jak gdyby w tym rodzaju szermierki szczególnie byli wyćwiczeni. Nikt jednak nie zauważył, że walczyli pozornie. Nie zranili żadnego z Indyan, a ci nawzajem ich oszczędzali. Broń zgrzytała wprawdzie, ale ilekroć który z Indyan udał, że padł pod ciosem, lazł zaraz dalej, ażeby poszukać innego przeciwnika.
Wśród robotników znajdowało się także sporo ludzi odważnych, którzy porządnie dali się we znaki Indyanom, nieprzyzwyczajonym do walki w pojedynkę. Zwycięstwo zaczęło się przechylać na stronę białych, a czerwonych spędzano razem coraz ciaśniej, kiedy naraz zadudniło od strony preryi i nowi wojownicy wpadli w sam środek walczących. Sam Firegun miał słuszność. Matto-Sih, rozumny dowódca dzikich, zostawił na sawannie znaczną liczbę swoich ludzi, którzy teraz tu pośpieszyli i odrazu zmienili postać walki. Nawet zbiegli już Indyanie, widząc ten zwrot, powrócili ze wznowioną odwagą i tak atak myśliwców i robotników przemienił się w obronę, mającą z każdą chwilą coraz to mniej widoków powodzenia.
— Za wał! — krzyknął Sam Firegun, przedarł się kilku gwałtownymi ciosami poprzez szeregi walczących i poszedł własnym przykładem za swoim rozkazem.
Pittowi Holbersowi wystarczyło kilka kroków, żeby się tam dostać. Dick Hammerdull dobył teraz dopiero rewolweru, ażeby sobie zrobić wolne przejście, wypalił wszystkie naboje i pośpieszył ku wałowi. Już go był prawie przeskoczył, kiedy nagle potknął się, upadł głową w dół i stoczył się po drugiej stronie nasypu tuż pod nogami Fireguna. Tam poderwał się z ziemi i przypatrzył się przedmiotowi, który go z nóg zwalił. Była to jego stara strzelba.
— Moja flinta, zaprawdę, to moja flinta, którą odrzuciłem! Cóż ty na to, Picie Holbersie, stary coonie? — zapytał zdumiony.
— Jeśli sądzisz, Dicku, że dobrze jest...
Nie mógł dalej mówić, gdyż Ogellallajowie nadbiegli już za nimi i walka rozpoczęła się tu nanowo. Ognie świeciły ponad wał i oświetlały scenę, której koniec groził białym zgubą. Dowódca ich chciał już swoim ludziom poradzić, żeby w ciemnościach szukali ocalenia, kiedy na tyłach dzikich huknęły strzały, a chmura ludzi wpadła między nich z wzniesioną w górę bronią.
Był to Winnetou ze swoim oddziałem.
W ciemności nie mógł odszukać śladów, wiodących do zasadzki i dopiero widok płomieni pouczył go, że obecność jego na placu boju będzie potrzebna. Nadbiegł więc czemprędzej i w ostatniej chwili przyniósł jeszcze pomoc rozstrzygającą.
W najgęstszym kłębie walczących stał wódz Ogellallajów, Matto-Sih. Jego szeroko zbudowana, przysadkowata postać tkwiła w bluzie myśliwskiej z garbowanej na biało skóry, ale obryzganej teraz krwią od góry aż do dołu. Z pleców zwisała mu skóra wilka preryowego, której część czaszkowa okrywała głowę.
Trzymając w lewej ręce wypukłą tarczę ze skóry bawolej, dzierżył w prawej tomahawk, a na kogo zwróciło się jego iskrzące, kolące oko, tego dosięgał cios taki, że padał martwy na ziemię.
Już mu się zdawało, że zwycięży. Własnym głosem dał hasło do tryumfalnego wycia, kiedy na placu boju ukazał się Winnetou. Matto-Sih odwrócił się spostrzegł Apacza.
— Winnetou, psie Pimów! — zawołał.
W oczach zabłysnął mu promień śmiertelnej nienawiści, ale wzniesiona już noga zawahała się, a ręka z toporem wojennym opadła, zamiast go rzucić na wroga. Zdawało się, jakoby widok nieprzyjaciela obezwładnił go i odebrał mu tak konieczną w tej chwili ostrożność i przytomność umysłu.
Winnetou zobaczył go także i krzyknął:
— Matto-Sihu, ropucho Ogellallajów! Jak w falach wody zanurzyła się smukła i gibka, przytem nadzwyczaj silna, postać Apacza i podniosła się dopiero tuż przed Ogellallajem. Obaj zamierzyli się równocześnie do śmiertelnego ciosu, topory uderzyły z łoskotem o siebie, a Matto-Sihowi wypadła z ręki zdruzgotana broń. Zwyciężony odwrócił się błyskawicznie i potężnemi nogami torował sobie między swoimi drogę do ucieczki.
— Matto-Sihu! — zawołał Winnetou, nie ruszając się z miejsca. — Czy pies Ogellallajów zamienił się w tchórzliwą sukę, że ucieka przed wodzem Apaczów, Winnetou? Niech usta ziemi wypiją krew jego, a szpon sępa poszarpie mu serce i ciało, ale skalp jego ozdobi pas Apacza!
Temu wyzwaniu musiał Matto-Sih stawić czoło. Wrócił i wpadł na nieprzyjaciela, krzycząc:
— Winnetou, niewolniku bladych twarzy! Tu jest Matto-Sih, wódz Ogellallajów! On zabija niedźwiedzia i obala bawołu, ściga łosia i rozgniata nogą głowę węża. Jeszcze nikt mu się nie oparł, a teraz zażąda on życia tchórza Pimów!
Wyrwawszy topór jednemu ze swoich, rzucił się na Apacza, czekającego nań w miejscu. Oczy obydwu potężnych mężów wświdrowały się w siebie straszliwie. Topór Ogellallaja świsnął dokoła głowy Apacza i spadł z okropną siłą, ale Winnetou odbił cios z taką łatwością, jakby go ręka chłopca zadała. Już zawinął toporem, ażeby na cios odpowiedzieć, kiedy pochwycono go z tyłu i przeszkodzono temu. Rzuciło się nań dwu Ogellallajów. On odwrócił się błyskawicznie, wrogowie padli, ugodzeni przezeń, ale nad jego głową uniósł się już znowu topór Matto-Siha.
Sam Firegun, który wzrostem przewyższał wszystkich, zobaczył przyjaciela w niebezpieczeństwie. Roztrząsając Indyan, jak źdźbła słomy, pośpieszył między nich, pochwycił ich wodza olbrzymiemi pięściami za biodro i kark, podniósł go w górę i grzmotnął nim o ziemię, że aż trzasnęło. W tejże chwili ukląkł Winnetou nad nieprzytomnym, utopił mu głęboko nóż w piersi, pochwycił lewą ręką bujne ciemne włosy, poczem nastąpiły trzy cięcia, wykonane według reguł, jedno szarpnięcie i skalp był oderwany. Winnetou wywinął nim wysoko nad głową i wydal ów straszliwy okrzyk zwycięski, który, przejmując do szpiku, działa zawsze wstrząsająco na przeciwników.
Gdy Ogellallajowie zobaczyli skórę z głowy swojego wodza, zawyli okropnie i zwrócili się do ucieczki.
Dick Hammerdull stanął znowu obok Pitta Holbersa. Obaj byli nierozłączni, a teraz usiłowali powstrzymać uciekających.
— Picie Holbersie, stary coonie, czy widzisz, jak biegną? — zawołał Hammerdull.
— Hm, jeśli ty tak sądzisz, Dicku, to widzę!
— Czy ja sądzę, czy nie, to wszystko jedno, ale chciałbym... Zounds, Picie, popatrzno na tego draba, który chce się przedostać pomiędzy naszymi Europejczykami! Holla, oni go zabiją!
Tocząc się raczej, niż biegnąc, pośpieszył tam, gdzie kilku Indyan starało się przejść obok wstrzymujących ich ludzi. Holbers puścił się za nim, obaj rzucili się na Indyan i zabili ich.
Wkrótce zwycięstwo było zupełne, a kto z nieprzyjaciół nie zginął, albo nie był zraniony, szukał ocalenia w ucieczce.
Na wschodnim widnokręgu pokazało się ostre światło lokomotywy. Palacz spostrzegł blask ognisk i uważając je za znak umówiony, puścił pociąg w powolny ruch.
Inżynier, który należał do oddziału Winnetou, przystąpił do Apacza i zapytał:
— Czy wy jesteście master Winnetou?
Indyanin skinął głową, przyczepiając do pasa skalp Matto-Siha.
— Zawdzięczamy wam dzisiaj ocalenie. Zdam o tem sprawę prezydentowi, a nagroda was nie ominie.
— Wódz Apaczów nie potrzebuje nagrody. Miłuje białych braci i użycza im w walce swej ręki, ale jest mocny i bogaty, bogatszy od wielkiego ojca bladych twarzy. Nie dba ani o złoto, ani o srebro, ani o inne dobro i mienie. Nie chce brać, lecz tylko daje. Howgh!
Pociąg zatrzymał się tuż przed wyrwanemi szynami.
— Do stu piorunów! — zawołał palacz, zeskakując z maszyny do zbliżającego się przełożonego. — Musiała tu być straszna robota. To, jak Boga kocham, czyste jatki!
— Masz słuszność, człowieku. Było tu gorąco okropne, a mnie także trochę podziurawili, jak widzisz! Ale teraz przedewszystkiem trzeba wziąć narzędzia z wozu i szyny przyprowadzić do porządku, ażebyśmy mogli jak najrychlej ruszyć dalej! Ty zajmij się tem, a ja tymczasem zobaczę naszych poległych.
Chciał się właśnie już cofnąć, kiedy tuż obok niego zerwała się z ziemi ciemna postać i pomknęła w dal. Był to jeden z Ogellallajów, który dotąd nie znalazł sposobności do ucieczki i ukrył się tu, by zaczekać na chwilę stosowną.
Robotnik, któremu powierzono konie, ruszył był oczywiście za pociągiem i stał teraz z końmi w pobliżu wozów. Indyanin, któremu ten widok przypomniał możność ucieczki, podbiegł, wyrwał mu z ręki cugle jednego z koni i chciał odjechać.
Hammerdull spostrzegł natychmiast nikłą postać czerwonego i zawołał do nierozłącznego przyjaciela:
— Picie Holbersie, ty stary coonie, widzisz, jak tam biegnie ten czerwony? Do stu dyabłów, pędzi do koni!
— Jeśli sądzisz, że któregoś z nich dostanie, to nie mam nic przeciw temu, bo trzymający je człowiek wydaje mi się na to dostatecznym żółtodzióbem.
— Czy wydaje się żółtodzióbem, czy nie, to wszystko jedno, bo... Picie Holbersie, on wydziera mu cugle z ręki i wskakuje na siodło, on... good lack, to moja klacz! No, chłopcze, to najmądrzejszy pomysł, jaki kiedykolwiek miałeś w życiu, bo teraz dostąpisz tego zaszczytu, że skosztujesz mojej flinty!
Indyanin wsiadł rzeczywiście na starą klacz i uderzył ja piętami po bokach, ażeby jak najrychlej wydostać się na wolne pole. Ale przeliczył się, bo Dick Hammerdull zgiął wskazujący palec, włożył go w usta i wydał przeraźliwy świst. Posłuszne zwierzę odwróciło się natychmiast i pocwałowało wbrew wysiłkom Indyanina do swego pana. Dziki, nie widząc innego sposobu ocalenia, rzucił się z konia na ziemię, ale w tej chwili przyłożył gruby traper kolbę do twarzy, huknął strzał, a czerwony padł, ugodzony w głowę.
— Czy widziałeś, Picie Holbersie, jaka to dzielna klacz? Ciekaw tylko jestem, czy on i bez niej dostanie się do swoich wiecznych ostępów. Jak sądzisz, he?
— Nie mam nic przeciw temu, Dicku, jeśli sądzisz, że znalazł drogę właściwą. Czy nie weźmiesz sobie jego skóry?
— Czy ją wezmę, czy nie, to wszystko jedno, ale zdjąć ją trzeba, to pewne!
Ażeby dostać się do poległego, musiał przejść koło dwu obcych, którzy stali obok siebie, wypoczywając po walce.
— Jakem Jean Letrier, kapitanie, to było starcie, jakie można przeżyć tylko na Dzikim Zachodzie — usłyszał francuskie słowa. Zbyt jednak zajęty był na razie swoim zamiarem, ażeby przywiązywać do nich jaką wagę.
Zdjąwszy skalp z zabitego i wróciwszy w pobliże zatrzymanego pociągu, ujrzał Sama Fireguna, stojącego obok tych dwu ludzi.
— Dicku Hammerdullu — zapytał Firegun — czy to prawda, że tych dwu ludzi spotkałeś u mr. Winklaya?
Well, tak jest, kolonelu!
— Trzymali się dobrze i przynoszą ci zaszczyt. Ale dlaczego zabrałeś ich z sobą? Wszak znasz moją wolę co do nowych znajomości! Nie chcę widzieć u nas nowych twarzy.
All right, sir, ale ten, który się nazywa Henryk Sander, twierdził, że jesteście jego stryjem.
— Jego stryjem? Czy oszalałeś?
— Hm, czy oszalałem, czy nie, to wszystko jedno. Mieliśmy z sobą małą sprzeczkę, a ja trzymałem już ostrze noża na jego gardle, lecz on mię zapewnił, że wy nie bardzo bylibyście wdzięczni, gdyby mu ostrze było poszło trochę głębiej w ciało. Wybadajcie go sami, kolonelu!
Słynny odszukiwacz ścieżek przystąpił do nich i zapytał:
— Czy przybyliście ze starego kraju?
— Tak — odrzekł Sander.
— A czego szukacie na preryi?
— Was, sir.
— Mnie? A to na co?
— Stryju, pytasz jeszcze o to?
Sam Firegun cofnął się o krok.
— Stryju? Nie znam krewnego, nazwiskiem Sander! — oświadczył zdumiony.
— Masz słuszność! Nazwałem się tak, bo nie wiedziałem, czy nazwisko Wallerstein byłoby ci przyjemne. Idzie o pieniądze, o te wielkie pieniądze, o których mi doniosłeś. Z ostrożności więc przybrałem inne nazwisko.
— Wall... Czy to być może, żebyś to był ty, Henryku?
— Nie tylko może być, ale jest rzeczywiście, mój stryju. Oto list, w którym piszesz, ażebym przybył. Resztę papierów możesz jutro przeczytać.
Sięgnąwszy pod bluzę, wydobył troskliwie przechowany papier i podał Firegunowi. Stary myśliwiec rzucił okiem na pismo przy świetle płonących jeszcze ognisk, a potem przycisnął bratanka do piersi i zawołał:
— To prawda! Bóg błogosławi mym oczom, skoro mogę jeszcze oglądać jednego ze swoich. Jak się ojcu powodzi? Czemu do mnie nie pisał? Dałem mu przecież adres do Omaha!
— Tak, ale w tym liście opisałeś zarazem całą drogę w górę Arkanzasu do fortu Gibson, do domu Irlandczyka Winklaya i dalej na zachód, aż do miejsca, gdzie przez dłuższy czas obozujesz z gromadą swoich westmanów. Ponieważ sądziliśmy, że może porzucisz to miejsce, woleliśmy sami puścić się w drogę i przynieść ci list od ojca. Jutro rano, gdy będzie jaśniej, oddam ci ten list. Nie widziałeś mnie, od kiedy jesteś w Ameryce, i nie poznałeś mnie pewnie, ale za to ja tem lepiej znam twoją dobroć. Wspierałeś zawsze moich rodziców, a teraz zaprosiłeś mnie nawet do siebie.
Well, cieszę się, że tak rychło posłuchałeś tego zaproszenia. Pisałem wam także, dlaczego chciałem cię widzieć u siebie. Oto znalazłem złoto w górach Big-Horn i postanowiłem wam je dać, bo wy jesteście biedni, a ja go nie potrzebuję. Posyłanie to rzecz bardzo niepewna, wolałem przeto, żebyś sam tu przybył. To, co masz dostać, będzie dla was bogactwem. Spodziewam się też, że was uszczęśliwi. Ale nie sam przybywasz. Kto jest twój towarzysz?.
— Nasz rodak. Nazywa się Piotr Wolf. Udaje się także na Zachód, dlatego przyłączyłem się do niego.
— To pięknie! Pomówimy jeszcze więcej o naszej sprawie, kochany Henryku, ale teraz niema na to czasu. Widzisz, że wzywają mnie gdzieindziej.
Oto zabrzmiał teraz głos prowadzącego pociąg, naglącego do wyruszenia. Niespodziewana przerwa wywołała znaczną stratę czasu, którą należało odrobić.
Zabitych i rannych białych zabrano do wagonów i pozbierano rozsypaną dokoła broń. Podróżni podziękowali serdecznie swoim wybawcom, wreszcie pociąg ruszył w dalszą drogę po naprawionym torze. Pozostali patrzyli za nim, dopóki światła nie zniknęły w oddali.
Teraz zachodziło pytanie, czy rozbić na noc obóz tam, czy nie, gdyż nie ulegało wątpliwości, że zbiegli Ogellallajowie zbiorą się wkrótce i podejdą pod pobojowisko. To groziło niebezpieczeństwem, przeto postanowiono stąd wyruszyć i przenocować w miejscu oddalonem, gdzie napad ze strony Indyan był niemożliwy. Sam Firegun dosiadł jednego ze zdobytych koni indyańskich i ruszono w drogę.
Podczas rozmowy kolonela z bratankiem stał Hammerdull w pobliżu i słyszał wszystko. Gdy jeźdźcy oddalili się już znacznie od miejsca napadu, wypatrzył chwilę, kiedy bratanek nie jechał obok stryja, skręcił klacz swoją do konia Fireguna i rzekł ostrożnie przytłumionym głosem:
— Jeślibyście mi tego nie wzięli za złe, sir, tobym wam coś powiedział.
— Za złe? Nie mów takich głupstw? Cóż to takiego?
— Coś, co będziecie uważali za głupstwo, sir. Chodzi o tych dwu ludzi, którzy twierdzą, że przyjechali z Europy.
— To przecież jest prawda!
— Czy jest prawda, czy nie, to wszystko jedno, ale ja sądzę, że tak nie jest.
— Bajki! Mój bratanek jest Niemiec. To chyba wiem!
— Jeśli to rzeczywiście wasz brataniec, sir!
— Czy wątpisz o tem?
— Hm! Czy znacie swego bratanka?
— Nie mogłem go poznać, bo był jeszcze chłopcem, kiedy go widziałem po raz ostatni.
— Ja sądzę, że nie widzieliście go wogóle. Wasze dawne nazwisko jest Wallerstein. Czemu on go nie zatrzymał, lecz nazwał się inaczej?
— Z ostrożności. Dlatego, że...
— Wiem, wiem — wtrącił grubas. — Słyszałem, jaki on podał powód, ale ten powód mnie wydaje się lichym. Powiedzcie mi, czy on jest kapitanem?
— Nie.
— A ten drugi tak go nazwał!
— Rzeczywiście? Co mówisz?
— Tak, nazwał go kapitanem. Słyszałem to całkiem wyraźnie, nawet obojgiem uszu. Rozmawiali z sobą po francusku.
— Po francusku? — spytał kolonel zdziwiony. — To istotnie uderzające!
— Czy uderzające, czy nie, to wszystko jedno, to nawet obojętne, ale mnie w pierwszej chwili nie zastanowiło. Kiedy jednak później usłyszałem, że tu idzie o wasze złoto, opadły mię wątpliwości. Czemu ten drugi nazywa się wobec nas Piotr Wolf (straszne nazwisko, można na niem język połamać), a do Henryka Sandera powiedział, że się nazywa Jean Letrier?
— Czy o sobie mówił, wymawiając to nazwisko?
— Tak. Przechodząc koło nich, słyszałem to wyraźnie i zrozumiałem, choć mówił po francusku. Nie zważałem na to w owej chwili, bo śpieszyłem właśnie po skalp czerwonoskórca, ale później przyszło mi to na myśl i wzbudziło we mnie nieufność. Czy ten Sander mówi dobrze i czysto po niemiecku?
— Mówi, co prawda, trochę obcym akcentem, ale może mi się tylko tak wydało. Ja nie odczuwam już tego tak dobrze, bo już wiele lat upłynęło od czasu, kiedy opuściłem kraj rodzinny.
— Czy opuściliście go, czy nie, to wszystko jedno, ale ja wam powiadam, że mi się ta sprawa nie podoba. My nazywamy was kolonelem, jako naszego dowódcę, chociaż nie posiadacie tego stopnia wojskowego. Czemu tego Sandera nazywają kapitanem? Czy jest dowódcą jakich ludzi? A czem i kim są ci ludzie? Chyba nie ludźmi uczciwymi! Miejcie się na baczności, kolonelu, i nie bierzcie mi za złe tego, że was z życzliwości ostrzegam!
— Ani mi przez myśl nie przejdzie, brać tego za złe, chociaż wiem, że się mylisz. Mimo to będę trzymał oczy i uszy otwarte. To ci przyrzekam.
Well! Życzę sobie, żebym się mylił, ale ponieważ nie znacie bratanka osobiście, a idzie tu o ogromne sumy, to ostrożność bynajmniej nie jest zbyteczna.
— Wylegitymował się przede mną jako brataniec.
— Zapomocą waszego listu, który wam pokazał?
— Tak. Nadto jutro ma mi dać jeszcze inne listy.
— To jeszcze niczego nie dowodzi!
— Przeciwnie!
— Nie dowodzi niczego, bo te listy mógł dostać w swe ręce drogą nieprawą.
— Czy z tego powodu, że zmienił nazwisko, mamy zaraz myśleć o nim jak najgorzej?
— Czy się o nim będzie myślało źle, czy nie, to wszystko jedno. Ja nie dowierzam tym ludziom, a jeśli wy im ufacie, to ja będę ich tem surowiej pilnował!
Przerwali rozmowę, ponieważ Sander przyłączył się znowu do Fireguna, Hammerdull zaś oddalił się i pojechał obok Pitta Holbersa, z którym było mu zawsze najlepiej.
Mniej więcej w pół godziny po opuszczeniu kolei przybyli na miejsce, które się nadawało doskonale na obóz. Była tam trawa dla koni, woda dla ludzi i zwierząt, a dokoła rosły krzaki, tworząc znakomitą osłonę. Zsiedli więc z koni, bo tu czuli się dość pewnymi swego losu. Wprawdzie nie było całkiem ciemno, ale zawsze nie tak jasno, żeby kilku lub więcej Ogellallajom udało się tak łatwo przybyć tam za nimi.
Przez całe popołudnie nie mógł Sander mówić z Wolfem bez świadków. To też gdy wieczorem do snu się układali, wybrał sobie miejsce razem z nim nieco dalej od innych, myśląc, że to nikomu nie wpadnie w oko. Kiedy się spodziewał, że towarzysze już zasnęli, szepnął do Wolfa:
— Walka z naszymi czerwonymi przyjaciółmi była nam bardzo nie na rękę. Biali byli chyba ślepi, że nie widzieli naszej komedyi! Dobrze, że przynajmniej ogniska płonęły, bo czerwoni mogli nas poznać. Byłoby się o wiele lepiej stało, gdyby byli z tym napadem zaczekali i zostali z naszymi ludźmi. Mogli przecież się spodziewać, że przyjdziemy niebawem.
— Nie wiedzieli, że cię tak prędko spotkam — wtrącił Wolf.
— To szczególne, że obaj przynieśliśmy sobie nawzajem tak szczęśliwą wiadomość!
— To prawda. Zdołaliście wreszcie i to pod moją nieobecność odnaleźć obóz towarzyszy Fireguna. Zarazem znakomicie się to składa, że Ogellallajowie chcą nam pomóc w napadzie. Ale właśnie dlatego powinni byli odłożyć dzisiejszy zamach. U Fireguna będzie łup tak bogaty, że będziemy mogli wycofać się z interesu.
— To rzecz pewna. Jaką masę złota znaleźli w górach Big-Horn, o tem słyszałeś od niego sam, jako ukochany jego „synowiec“. Jeśli dodamy do tego ogromne zapasy skór i futer, które zebrali, to będzie to zdobycz, jaka naszemu towarzystwu nigdy się jeszcze nie dostała. Przytem wielkie nasze szczęście, że spotkałeś się z prawdziwym krewniakiem kolonela! Co prawda, to popełniłeś wielki błąd.
— Jaki?
— Że go nie uśmierciłeś.
— Była to istotnie słabość z mojej strony. On jednak był taki otwarty i pełen zaufania, odpowiadał na wszystkie moje pytania i tak chętnie przedstawił mi wszystkie swoje stosunki rodzinne, które musiałem znać, jeśli miałem zagrać jego rolę, że nie mogłem zdobyć się na ten krok i, wziąwszy jego pieniądze i papiery, poszedłem, a życie mu darowałem.
— Ja na twojem miejscu byłbym go uczynił nieszkodliwym.
— On też jest nieszkodliwy.
— Z pewnością ruszył za tobą!
— Nie. To nowicyusz w tym kraju, nieznany tutaj zupełnie, a co najważniejsze, nie ma wcale pieniędzy. Jest więc bezsilny i opuszczony jak sierota i nie może ani pójść za mną, ani szkodzić nam w żaden sposób. Główna rzecz w tem, że jestem z nim w jednym wieku i że Sam Firegun nie widział mnie nigdy przedtem. Teraz wierzy, że rzeczywiście jestem jego bratankiem.
— To prawda, ale mnie to nie cieszy.
— Czemu?
— Bo teraz, kiedyśmy nareszcie odkryli jego obóz, musimy porzucić pierwotny plan.
— Napadu na obóz? To już teraz niepotrzebne, gdyż jako brataniec dostanę od niego wszystko, co tylko posiada.
— A inni nic! Na to ja się nie zgodzę. Męczyliśmy się wspólnie miesiącami nad wyszukaniem kryjówki, a teraz, kiedy nam się to udało, mielibyśmy pójść z kwitkiem? Nie, i jeszcze raz nie!
— Nie rozdrażniaj się niepotrzebnie! Jutro rano będziemy przechodzili całkiem blizko obozu naszego towarzystwa i w drodze będziemy mogli się rozmówić.
— Czy sądzisz, że Sam Firegun pójdzie tą drogą?
— Tak. Pojedzie pewnie prosto do swojego obozu i będzie musiał tamtędy przejeżdżać. Słuchajno! Ktoś tam jest w krzakach za nami!
Zaczęli nadsłuchiwać i usłyszeli lekki szelest, który zwolna zanikł.
— Do wszystkich dyabłów! Ktoś nas podsłuchał! — szepnął Sander do towarzysza.
— Zdaje się — odrzekł Wolf równie cicho. — Ale kto?
— Albo Sam Firegun, albo ktoś inny. Zaraz się dowiem, kto to był.
— W jaki sposób?
— Zakradnę się do Fireguna. Jeśli nie leży na swojem miejscu, to był to on sam.
— A jeśli to był ktoś inny?
— To przyjdzie do Fireguna, aby mu donieść, co usłyszał. W obu wypadkach uda mi się zdobyć potrzebną wiadomość. Do kroćset piorunów! Gdyby ci ludzie nabrali podejrzenia, to byłoby źle! Leż tutaj cicho i czekaj, póki nie wrócę!
Wyciągnął się na ziemi i zaczął zręcznie i niedosłyszalnie czołgać się przez trawę ku miejscu, na którem położył się Firegun. Leżał tam jeszcze, ale z drugiej strony nadszedł cichym krokiem Dick Hammerdull, pochylił się nad nim, obudził go i rzekł:
— Wstańcie, kolonelu! Bądźcie jednak cicho, całkiem cicho!
Pomimo że Hammerdull mówił szeptem, nie uszło uwagi Sandera ani jedno słowo, bo miał słuch bardzo bystry i leżał całkiem blizko.
— Co jest? Co się stało? — spytał Firegun.
— Cicho, cicho, żeby tamci nie usłyszeli! Powiedziałem wam, sir, że będę uważał. Uderzyło mnie to, że Henryk Sander i Piotr Wolf (dyabelnie chropawe nazwisko) położyli się spać tak daleko od nas. Nabrałem podejrzenia i spróbowałem ich podsłuchać! Udało mi się dojść do nich tak blizko, że głowa moja leżała prawie między ich ciałami.
— Czy usłyszałeś co?
— Czy usłyszałem co, czy nie, to zupełnie wszystko jedno. W każdym razie dowiedziałem się, że Sander jest dowódcą opryszków.
— Ach! Rzeczywiście?
— A zatem ja miałem słuszność. Sander nie jest waszym bratankiem, a ten drugi nazywa się Jean Letrier. Ludzie ich odkryli nasz obóz i chcą nań napaść. Sprzymierzyli się nawet z czerwonymi. Sander spotkał się z waszym rzeczywistym bratankiem i odebrał mu wszystko, co...
Więcej już Sander nie słyszał, gdyż nie chciał i nie potrzebował więcej słyszeć. Wiedział dość, dlatego poczołgał się napowrót do swego towarzysza.
— Jesteśmy zdradzeni! — szepnął. — Weź strzelbę i chodź ze mną prędko do koni! Ale cicho, zupełnie cicho!
Pomknęli pomiędzy krzaki na wolne miejsce, gdzie konie przywiązane były do palików. Odwiązali swoje i pociągnęli je za sobą bardzo powoli, ażeby nie było słychać stąpania. Gdy się już znaleźli tak daleko, że czuli się bezpieczni, wsiedli na konie i odjechali.
— Powiedz mi nareszcie, o czem się dowiedziałeś! — nalegał Wolf na Sandera.
— Później, później! Teraz musimy pędzić, poprostu pędzić, ażeby dostać się do naszych. Za dwie godziny będziemy tam i musimy ich zabrać, ażeby dziś jeszcze pochwycić tych ludzi. Ten przeklęty Hammerdull przejrzał nas całkiem. Zna nawet twoje nazwisko: Jean Letrier!
— Skąd?
— Dyabli to wiedzą! Naprzód, naprzód!
Tymczasem powiedział Hammerdull kolonelowi wszystko, co podsłuchał, Naradzili się z sobą pocichu, ale mimo że Hammerdull parł do pośpiechu, postanowił Firegun co innego.
— Teraz nic nie zaczniemy — rzekł — przecież nam nie umkną. Zresztą mogło ci się łatwo przesłyszeć.
— Jestem pewny swoich uszu!
— Może nie mówili o nas, ani o sobie, lecz o kimś innym.
— Mówili o was napewno!
— Mimo to musimy zaczekać aż do rana. Jeślibyśmy w tych ciemnościach wzięli ich na przesłuchy, toby nam uciekli. Trzeba bezwarunkowo zaczekać, dopóki nie będzie jasno. Wtedy będziemy widzieli ich twarze, miny i wszystkie ruchy. Nie domyślą się chyba, że ich podsłuchałeś?
— Nie.
— W takim razie nic nam jeszcze nie grozi, możemy dalej spać spokojnie. Połóż się!
Hammerdull chciał jeszcze coś powiedzieć, ale gdy Firegun nie okazywał chęci do słuchania, położył się, mrucząc z niezadowolenia i zasnął wkrótce pomimo gniewu.
Inni towarzysze spali także, nawet ostrożny zawsze Winnetou nie był tym razem wyjątkiem. Był wprawdzie przekonany, że nikt z Ogellallajów nie poszedł za nim, liczył się jednak z tem, że może się mylić. Ale i w tym wypadku, pamiętając o zwyczaju czerwonych, spodziewał się ataku rano, a nie w nocy. Z tego więc powodu i z potrzeby spoczynku spał teraz. Zbudził się jednak już w kilka godzin, poszedł do konia, poprowadził go pewną przestrzeń w tym kierunku, skąd tam przyszli, puścił go na paszę, a sam usiadł o kilka kroków od niego. Nie zostawił konia na dawnem miejscu, bo koń był czujniejszy od człowieka, nadto z tej strony należało się spodziewać Ogellallajów. O tem, że Sander i Wolf oddalili się w przeciwnym kierunku, nie wiedział wcale.
Zerwał się powiew poranny i szedł stamtąd, gdzie Winnetou skierował swoją uwagę. Wtem parsknął koń. Było to owo ciche parsknięcie, za pomocą którego przestrzegał zwykle o blizkości niebezpiecznej istoty. Ku swemu zdziwieniu ujrzał Winnetou, że koń nie zwrócił przytem głowy przeciw wiatrowi, lecz w kierunku wiatru, a więc w stronę obozu. Pomimo nadzwyczaj bystrego słuchu nie słyszał Winnetou stamtąd najlżejszego szmeru. Teraz zaczął jeszcze uważniej nadsłuchiwać.
Nagle zabrzmiały tam dzikie wrzaski. Nie było to wycie czerwonych, lecz ryki białych w języku angielskim. Winnetou wrócił czempredzej do zarośli, położył się na ziemi i poczołgał pomiędzy dwa krzaki. Stamtąd zobaczył blizko dwudziestu białych, którzy napadli na śpiących i zamierzali ich powiązać.
— Brakuje jeszcze Winnetou! — zawołał jeden z nich. — On nie powinien nam umknąć. Szukajcie go, szukajcie!
To mówił Sander. Winnetou poznał jego głos i domyślał się odrazu, o co idzie.
— Uff! — rzekł do siebie. — Teraz nie mogę im przyjść z pomocą, bo sam zginąłbym. Muszę siebie zachować, ażeby pójść za temi blademi twarzami. Howgh!
Cofnął się czemprędzej do konia, dosiadł go i odjechał cwałem. Tem samem zrobił najlepszą rzecz w tych warunkach.
Były ajent indyański przerwał tu swoje opowiadanie, którego wszyscy z największem zaciekawieniem słuchali. Sam byłem świadkiem kilku napadów na pociągi, urządzonych przez Indyan, a chociaż wszystkie były podobne do tego, który tu przedstawiono, mimo to słuchałem tej historyi niemniej uważnie, niż inni goście pani Thick. Sama Fireguna, Dicka Hammerdulla i Pitta Holbersa znałem dobrze i nie wątpiłem, że przeżyli ten wypadek tak, jak opowiadający opisał.
Obecni wyrazili głośno swe zadowolenie i uznanie, a zarazem nalegali na opowiadającego, żeby nie brał na tortury ich ciekawości, lecz opowiadał dalej czemprędzej.
— Prawda? Historyi takich walk słucha się łatwo. — rzekł. — Ale w podobnej walce wziąć udział, nie jest tak łatwo!
— A wy byliście tam wtedy? — zapytał jeden z siedzących przy stole.
— W zdarzeniach, dotąd opowiedzianych, nie brałem udziału. Znam je tylko z opowiadania innych osób. Ale to, co teraz usłyszycie, przeżyłem razem z nimi. Występuje tam taki sam detektyw, jak w wypadku, opisanym poprzednio. Było to tak:
— Szedłem wtedy z kilku dzielnymi ludźmi, którzy mi już nieraz towarzyszyli, w górę rzeki Arkanzas, gdyż, jako ajent indyański zdążałem do Szeyenów. Wstąpiłem także do fortu Gibson i do sklepu Irlandczyka Winklaya, który mnie znał bardzo dobrze. Byliśmy jedynymi jego gośćmi, siedzieliśmy właśnie przy jedzeniu, kiedy ze dworu doleciał nas tętent i jakiś głos donośny. To nas zaciekawiło, podeszliśmy więc do okna i wyjrzeliśmy na dwór. Przed domem stali trzej jeźdźcy.
Jeden z nich był wysmuklej postaci i wytwornie ubrany. Jego strzelba, rewolwer i nóż więcej nadawały się do Zachodu, niż on sam, choć wyglądał na gentlemana. Drugi był ładny, silnie zbudowany, jasnowłosy młodzieniec, a trzeci ten, który tak głośno rozprawiał. Siedział na narowistym kłusaku z Dakoty, z którym widocznie wiele miał kłopotu.
Był to mężczyzna wysoki, szeroki i niezwykle muskularny. Na głowie, gładko ostrzyżonej, nosił kapelusz, którego ogromna kresa spadała z tyłu daleko na kark, a z przodu nad twarzą była poprostu wycięta. Ciało jego okrywała szeroka, workowata bluza z rękawami, sięgającymi zaledwie do łokci, a z pod nich wyglądały najpierw rękawy czystej koszuli, a potem para od słońca opalonych przedramion jakby u przedpotopowego olbrzyma. Nogi tkwiły w szerokich spodniach z lekkiego sukna, a z pod spodni wyzierała para butów, sporządzonych pewnie ze skóry, wyciętej z grzbietu słonia.
Człowiek ten, w zielonej jak mech bluzie, w żółtych spodniach i starym kapeluszu, wyglądał jak figura z balu maskowego.
Chciał zeskoczyć z siodła, lecz koń jego widocznie na to się nie godził, bo wszystkiemi czterema nogami rzucał się w górę.
Have care, baczność, attention, ty poczwaro. — krzyknął z gniewem, uderzając konia potężną pięścią między uszy. — Masz za to, jeżeli ci się zdaje, że Piotr Polter jest linoskoczkiem, albo podobnem karkołomnem indywiduum! Ta bestya podrzuca ogonem w górę, jak flagą gwiaździstą trójmasztowca i wywija słuchami, jakby chciała nimi łowić raki morskie! Gdybym cię tylko dostał między przedni i środkowy maszt dobrego okrętu, pokazałbym ci, co znaczy dobry sternik! Grace à dieu, heigh day, oto kabina, w której master Winklay stoi na kotwicy. Dalej z rei, Piotrze Polter, a ciebie, koniu dyabelski, przywiążę do deski w parkanie, żeby cię prąd nie porwał na pełne morze! Zsiądźcie, master Treskow i panie Wallerstone. Jesteśmy w przystani!
Wszyscy trzej zsiedli i przywiązali konie na dworze. Rozstawiwszy szeroko nogi, jak gdyby z jazdy konnej dostał morskiej choroby, wsunął się Polter ostrożnie przez sień i przez otwarte drzwi do izby gospodniej Irlandczyka.
Good day, stary morsie! — pozdrowił go. — Daj czego mokrego, bo przejadę po tobie, tak mi gardło wyschło z pragnienia!
Towarzysze jego usiedli w milczeniu i pozostawili swemu przewódcy wstęp do zamierzonej rozmowy.
Helà, my good Haggler, czy znasz jeszcze Piotra Poltera? — zapytał.
Gospodarz zmarszczył twarz w uśmiechu i odpowiedział:
— Znam cię jeszcze. Kto tak umie pić, jak ty, tego nie zapomina się tak łatwo!
Well done... bon! Nie spodziewałem się takiej pamięci u ciebie! Pamiętasz jeszcze, jak piłem na pożegnanie z Dickiem Hammerdullem, Pittem Holbersem i kilku innymi, lecz musiałem jeszcze potem dwa dni zaczekać, bo tamci nie chcieli się zbudzić?
Yes, yes, to był drink, jakiego w życiu nie widziałem. W podobnym chyba już nigdy nie wezmę udziału. Którędyż ty się włóczyłeś?
— Byłem na Wschodzie, potem na morzu, zaglądałem tu i ówdzie, a teraz chcę na tydzień, dwa udać się do starego Fireguna. Żyje jeszcze ten stary traper?
— Przypuszczam. Jego tak łatwo Indsmen nie sprzątnie, a towarzysze jego umieją dbać o niego i o siebie. Dick Hammerdull i Pitt Holbers byli tu niedawno. Potem odjechali i natknęli się, jak sądzę, na czerwonych. Powiadają, że Ogellallajowie chcieli napaść na pociąg i dostali za to od Fireguna i Winnetou dobrą porcyę ołowiu i żelaza.
— Winnetou? Czy Apacz jest tutaj znowu?
Irlandczyk skinął głową, mówiąc:
— Był nawet u mnie. Chwycił był mnie wtedy za gardło tak, że prawie oddech straciłem.
Alas, stary przyjacielu, chciałeś mu pewnie przejechać napoprzek drogi?
— Coś podobnego! Nie znałem go i nie chciałem mu sprzedać prochu i ołowiu, ale źle na tem wyszedłem. Czy chcesz widzieć Billa Pottera?
— Billa Pottera? Czy jest na pokładzie?
— Jest. Poszedł tylko trochę do lasu, a konia zostawił za domem.
Lack-a-day, to się dobrze składa! Żegluje od kolonela, czy do niego?
— Do niego, do niego. Był przez pewien czas w Missouri, gdzie ma krewnych, a teraz chce dostać się napowrót w góry.
— Kiedy podniesie kotwicę?
— Co? Mówże tak, żeby uczciwy człowiek mógł to zrozumieć. Ja ciebie nie pojmuję!
— Jesteś dullman, głupiec, jak się patrzy, i zostaniesz nim na zawsze. Pytam, kiedy on stąd odjeżdża?
— Tego nie wiem, ale spodziewam się, że na wieki tu nie zostanie.
— A konia rozkulbaczył?
— Nie.
— To może dzisiaj jeszcze rozwinie żagle, a my z nim!
Gospodarz żywił widocznie wielką przyjaźń dla tego oryginała. Milczący zazwyczaj i unikający ludzi, nie zapuścił się był chyba od kilku lat w tak długą rozmowę, jak obecnie.
Elegant przygotował się teraz do pytania, sięgnął do kieszeni i wydobył fotografię.
— Master Winklay, powiedzcie mi łaskawie, czy nie było u was dwu Niemców i czy nie nazywali się jeden Henryk Sander, a drugi Piotr Wolf.
— Henryk Sander i Piotr Wolf? Połknę wszystek mój proch, porcyę hubki i krzesiwo do tego, jeśli to nie byli ci dwaj greenhorni, którzy jechali do Sama Fireguna!
— Jak wyglądali?
— Zielono, bardzo zielono. Więcej jednak powiedzieć nie mogę. Jeden z nich, zdaje mi się Henryk Sander, zrobił nam żart i wypalił ze swej pukawki na muchy do Hammerdulla, ale za to dostał, co mu się należało. Dick byłby mu pewnie dał skosztować kilka cali żelaza, gdyby mu ten był nie powiedział, że kolonel jest jego stryjem.
— To oni! — zawołał obcy z radością. — Dokąd udali się potem?
— Poszli z Długim i Grubym na sawannę. Co potem zrobili, nie wiem.
— Przypatrzcie się, master, temu obrazkowi! Czy znacie tego człowieka?
— Jeśli to nie Henryk Sander, to niech mnie usmażą w smole i oskubią!
Potem jednak, jakby pod wpływem budzącej się nagle myśli, odstąpił o krok od stołu i rzekł tonem powściągliwym:
— Czy szukacie tego człowieka, sir?
— Dlaczego o to pytacie?
— Hm! Westman nie nosi przy sobie takiego konterfektu, a wy wyglądacie tak czyściutko i ładnie, że... że...
— No, że...?
— Że jabym wam dał dobrą radę! — poprawił rozpoczęte zdanie.
— Jaką?
— Mnie nic to nie obchodzi, co się u mnie dzieje, dopóki moje prawa domowe pozostają nienaruszone. Nie pytam nikogo i nie odpowiadam nikomu. Dla was zrobiłem wyjątek, ponieważ przybyliście z Piotrem Polterem. Inaczej bylibyście nic odemnie się nie dowiedzieli. Nie pokazujcie nikomu tego obrazka, nie dopytujcie się o nikogo, zanim nie będziecie trochę więcej pachnęli sawanną, bo inaczej... inaczej...
— Co inaczej?
— Inaczej gotowi was wziąć ludzie za policemana, za detektywa, a to jest często połączone z nieprzyjemnościami. Westman nie potrzebuje policyi; rozsądza sam, co ma sądzić, a kto mu się do tego wtrąca, temu nożem pokazuje drogę!
Elegant chciał właśnie odpowiedzieć, kiedy otworzyły się drzwi i wszedł człowiek, na którego widok podniósł się Piotr Polter z głośnym okrzykiem.
— Billu Potterze, czy to ty naprawdę? Chodź i pij! Wiem jeszcze dobrze, że twoje małe gardło jest dyabelnie wielką dziurą!
Zagadnięty był drobniutkiej i wątłej postaci. Na ciele jego można było spodziewać się zaledwie funta mięsa. Spojrzał na mówiącego ze zdziwieniem, a jego uśmiechnięta mała twarz ułożyła się w setki zmarszczek.
— Bill Potter? Pić? Wielka dziura? Hihihi! Gdzie ja tego zucha widziałem, że mi się tak znanym wydaje?
— Gdzie mnie widziałeś? Tu, naturalnie, że tu! Natęż trochę swój móżdżek!
— Tu? Hm! Nie mogę sobie odrazu przypomnieć. Byłem tu tyle razy i z tylu ludźmi, że w tej liczbie nie mogę każdego zaraz odnaleźć. Jak się nazywasz, hę?
— Do kroćset piorunów! Ten chłopak pił u mr. Winklaya obok mnie, potem przez dwa dni nie mógł palcem poruszyć, a teraz pyta, jak ja się nazywam. W dodatku byłem z nim w górach, gdzie u Sama Fire...
Stop, stary, hihihi! Teraz cię znam! — Nazywasz się Piotr Polter, albo Molter, albo Wolter, albo...
— Polter, Piotr Polter, dawniej marynarz na statku wojennym „Nelson“ jej angielskiej mości, a potem sternik na okręcie Stanów Zjednoczonych „Swallow“, jeśli chcesz sobie to zapamiętać! Później zostałem trochę westmanem i jestem.
— Wiem... wiem wiem! Byłeś u nas i na koniec omal że mię na śmierć nie spoiłeś. Hihihi, masz gardło, jakiego jeszcze nie widziałem i umiesz pić, jak sam stary Mississipi. Gdzież bywałeś potem i dokąd teraz dążysz?
— Bywałem trochę po świecie i teraz chcę was odwiedzić, jeśli ci to na rękę.
— Nas? A to poco?
— Ci gentlemani mają pomówić z waszym kapitanem, czy kolonelem. Czy będzie można zastać go w domu?
— Przypuszczam. Kiedy stąd wyruszacie?
— Jak najrychlej. Pojedziesz z nami, he?
— Chętnie, jeżeli nie każecie mi czekać za długo.
— Im rychlej, tem lepiej dla nas! Jedz i pij, stara pukawko, a potem ruszamy!
Zrozumiecie, panowie, że ci osobliwi ludzie i te postaci żywo mię zajęły. Byłbym chętnie dowiedział się o nich czegoś bliższego, lecz na Zachodzie nie zawsze dobrze jest stawiać zbyt natarczywe pytania. O Piotrze Polterze słyszałem już niegdyś. Przybył on nad Arkanzas wyłącznie dla rozrywki, zapoznał się u Winklaya z kilku traperami, a ci zabrali oryginała z sobą na preryę. Zachowywał się tam wcale nieźle i pomimo niejednego figla, którego im spłatał, zdobył nawet sympatyę Fireguna. Lubieli go towarzysze pomimo jego dziwactw, a kiedy potem wracał na Wschód, rozstali się z nim niechętnie.
Teraz, jedząc i pijąc, siedzieli ci czterej ludzie blizko mnie. Przypadkiem usłyszałem, że elegant spytał cicho gospodarza o mnie. Otrzymawszy wyjaśnienie, odwrócił się Polter do mnie i rzekł:
— Słyszę, sir, że jesteście ajentem Indyan. Czy wracacie już od czerwonych, czy dopiero udajecie się do nich?
— Jadę dopiero, mr. Polter — odrzekłem.
— Sam?
— Towarzyszą mi ci ludzie.
— W górę Arkanzas.
— Nie. Pojedziemy najpierw do Sama Fireguna.
Halloo! To jedziemy tą samą drogą! Czy pojechalibyście z nami?
— Bardzo chętnie.
— To bądźcie tacy dobrzy i zarzućcie przy tym stole kotwicę! Jako ajent Indyan znacie z pewnością dobrze Zachód, dlatego możemy wam zaufać. Jeśli macie jechać z nami, to musicie wiedzieć, co tu robimy i czego chcemy od Sama Fireguna. Przyjdźcie więc tutaj i zajmijcie miejsce przy nas!
Usiadłem przy nich i dowiedziałem się następującej rzeczy. Jeden z nich trzech, mianowicie blondyn, spotkał się pod Van Buren z rówieśnikiem, który tak samo, jak on, dążył na Zachód. Ten mu się podobał, dlatego blondyn przedstawił mu w nieostrożnem zaufaniu wszystkie swoje stosunki i zamiary. Mieszkali razem przez dwa dni i spali w jednym pokoju. Kiedy Henryk Wallerstein (tak bowiem nazywał się blondyn) zbudził się na trzeci dzień rano, nie zobaczył już swego znajomego. Razem z nim zniknęły w nocy z kieszeni Wallersteina nietylko legitymacye i listy, lecz także pieniądze, zegarek, wogóle wszystko, co tylko miało jakąś wartość. Wallerstein, ogołocony z wszelkich środków, nie mogąc jechać dalej, ani nawet zapłacić gospodarzowi, udał się w rozdrażnieniu na policyę, która w odpowiedzi wzruszyła tylko litośnie ramionami. Kiedy rozczarowany przyszedł do oberży, posłał go gospodarz do pewnego obcego, który był właśnie przyjechał, radząc mu zapytać go, czyby mu w jakiś sposób nie dopomógł. Byt to Piotr Polter, sternik, który przybył teraz znowu nad Arkanzas, ażeby dla przyjemności zabawić się w westmana. Zaledwie stary wilk morski usłyszał o nieszczęściu, które spotkało Wallersteina i że Sam Firegun jest jego stryjem, wpadł w zachwyt z powodu nowej znajomości i przyrzekł bratankowi, że jak najrychlej zaprowadzi go do Fireguna. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że złodziej także się tam udał. Polter i Wallerstein postanowili już byli natychmiast wyruszyć, kiedy wszedł jakiś pan i zapytał gospodarza o mr. Wallersteina, którego niedawno okradziono. Gdy mu go wskazano, wyjął fotografię i zapytał, czy zna tego człowieka. Był to wizerunek złodzieja. Policya szukała go już oddawna gorliwie jako opryszka, fałszerza i oszusta. Ślady jego wiodły przed pół rokiem nad Arkanzas, ale potem gubiły się całkiem. Onegdaj miano go znowu widzieć w Van Buren, a chociaż policya odprawiła Wallersteina z niczem, mimo to nie porzuciła tej sprawy w przekonaniu, że ukazanie się ściganego łączy się ściśle z kradzieżą i przysłała z fotografią urzędnika, nazwiskiem Treskow, owego eleganta, o którym dopiero co wspomniałem. Rozmowa między nim a Wallersteinem i Polterem miała ten skutek, że oddalił się na krótki czas, poczem wrócił z oznajmieniem, że jedzie z nimi razem do fortu Gibson, a potem do Fireguna, ażeby oryginałowi wizerunku złożyć urzędową wizytę. Tak przybyli wszyscy do sklepu i gospody Irlandczyka.
Łatwo sobie wyobrazić, jak dalece zajęła mnie ta sprawa. Cieszyłem się, że będę towarzyszył tym ludziom, a ponieważ spieszyli się bardzo, przeto wyruszyliśmy wkrótce.
Droga, którą obraliśmy, była wprawdzie ta sama, którą jechał Dick Hammerdull z towarzyszami, ale śladów ich nie mogliśmy już rozpoznać.
Sternik Polter jechał także raz tą drogą, ale nie mógł jej sobie dobrze przypomnieć. Tem lepszym i pewniejszym przewodnikiem okazał się Bill Potter. Ten mały i pozornie tak wątły człowiek okazał niezwykłą bystrość, znajomość terenu, wytrwałość i ruchliwość, któremi to zaletami pozyskał sobie nasze zupełne zaufanie.
Śpieszyliśmy się oczywiście bardzo, ale Wallerstein i Treskow byli lichymi jeźdźcami, a sternik miał tyle kłopotu ze swoim kłusakiem, że nie przestawał się złościć. Po kilku dniach takiej jazdy dojechaliśmy do toru kolejowego w tem miejscu, gdzie odbył się napad Ogellallajów. Wczesnym rankiem zatrzymał Bill Potter nagle konia i zaczął patrzeć w dal.
— Popatrzcie, panowie! — zawołał, wskazując ręką przed siebie. — Popatrzcie tam w górę, a potem na dół na ziemię. W górze latają grabarze[2], a na dole siedzą kujoty[3] w pobliżu toru, Tam zwaliła kogoś ostatnia kula, albo ostatnie pchnięcie. Miejmy nadzieję, że to nie biały, lecz czerwonoskórzec, hihihi! Chodźcie! Zobaczymy!
Puściliśmy konie kłusem i wkrótce stanęliśmy na pobojowisku. Trupy zabitych, odarte z mięsa przez sępy i wilki, leżały jeszcze na tem samem miejscu, gdzie, walczący poupadali. Pociągi kolejowe przelatywały tędy, ale jadący tymi pociągami nie troszczyli się o to miejsce. Potter badał dokładniej każdą drobnostkę.
Lack-a-day — rzekł wkońcu — tu odbyła się straszliwa walka. Widzicie tutaj te szyny? Są naprawione. Czerwone opryszki chciały napaść na pociąg, ale biali im przeszkodzili. To byli Ogellallajowie; poznaję to po tatuowaniu. A te porozłupywane czaszki! Tak bije tylko kolonel Sam Firegun. Dick Hammerdull walczył tu także z Holbersem. Tu stali, jak zwykle, oparci plecyma o plecy. Poznaję to po śladach stóp, wkopanych głęboko w ziemię. Tam płonęły ogniska, a tam stały konie indyańskie, przywiązane do kołków. Czy widzicie te dziurki w ziemi? Hihihi, te ślady powinienbym przecież znać! Pozwolę sobie pierwszemu lepszemu grizzli przegryźć czaszkę, jeśli to nie był kolonel z Dickiem Hammerdullem i Pittem Holbersem i... i... naprawdę, to nie był nikt inny, tylko Winnetou, wódz Apaczów!
Wprost w podziw nas wprawiała bystrość i pewność, z jaką mały myśliwiec z zawiłych i zatartych już przeważnie śladów wyprowadzał swoje wnioski. Zbadawszy dokładnie wszystkie ślady, oświadczył:
— Biali ruszyli w kierunku Hide-spot, ale założyłbym się, że czerwoni zebrali się, by ich ścigać. Najlepiej będzie, jeśli teraz będziemy się trzymali tropu!
Przyznaliśmy mu słuszność i pokłusowaliśmy żwawo za nim.
Behold! — zawołał po upływie zaledwie pół godziny. — Czy nie miałem słuszności? Tu zeszli się Indyanie w dwóch oddziałach z prawej i z lewej strony i objechali pobojowisko, aby zbadać kierunek, w którym udali się biali. Tu złączyli się i ruszyli za nimi. Piasek zachowuje ślady bardzo długo. Z tego wnoszę, że są przed nami o kilka dni drogi. My jednak mamy dobre konie, oni zaś z pewnością wiozą rannych z sobą, którzy nie wytrzymają szybkiej jazdy. Dopędzimy ich, zanim się dostaną do obozu Fireguna.
Ruszyliśmy znowu naprzód, jadąc całymi dniami tropem, to wyraźniejszym, to znów niknącym na twardym kamieniu, albo na miękkiej trawie. Ale Bill Potter znachodził go za każdym razem.
Tak dostaliśmy się w owe strony, gdzie rzeka Arkanzas zakreśla szeroki łuk ku Smoky-Hills, a liczne strumienie płyną ku niej z gór poblizkich.
Otwarta prerya ciągnęła się przez rozłożone szeroko zarośla i przechodziła potem w las wysokopienny, a przewodnik naszego towarzystwa stawał się z każdą minutą ostrożniejszy, ponieważ trop, który nas prowadził, robił się coraz to świeższy i za każdem drzewem mogliśmy spotkać dzikiego.
Wtem zatrzymał się nagle Bill Potter i zaczął dokładnie badać mszysty grunt.
— Zaiste — rzekł. — Tu wychodzą z lasu ślady białych ludzi. Spotkali się z czerwonymi bez walki. Widzicie? Tu, w tem kole, stali dowódcy obu stron i naradzali się z sobą. Potem obeszła dokoła fajka pokoju. Świadczą o tem punksy[4] napół zwęglone, porzucone na ziemi. Była to pewnie gromada bushhawkerów[5], którzy połączyli się z czerwonymi, by znaleźć nasz obóz, napaść nań i podzielić się zdobyczą.
Mille tonnere, do miliona kóp piorunów! — wybuchnął Piotr Polter. — Ja tam wjadę z mojemi pięściami, że biali poczerwienieją, a czerwoni pobieleją ze strachu! Jeśli mię wiatr nie myli, to wkrótce już zarzucimy kotwicę w obozie. Ale co zrobimy z naszymi czworonożnymi statkami? Ja swego mam już po same uszy. Trzęsie mną i podrzuca na wszystkie strony, że mnie rozum w głowie boli, a moich dwieście trzydzieści ośm kości zsuwa się po jednej do butów!
Potter roześmiał się na ten płaczliwy lament dzielnego żeglarza i odrzekł:
— Wierzę wam, master. Siedzicie, jak gdyby was miano upiec na placek. Koni nie możemy brać z sobą, w dalszą drogę, boby nam przeszkadzały. Znam jednak miejsce, w którem możemy je ukryć tak, żeby ich Indyanie nie znaleźli. Chodźcie, panowie!
Zboczyliśmy pod jego przewodnictwem i po wielkich trudach przedarliśmy się przez gęste podszycie na małą polankę, na której spętaliśmy konie. Potem wróciliśmy na miejsce, gdzie opuściliśmy trop.
Poszliśmy za nim dalej i to z nadzwyczajną ostrożnością, z nożem, rozluźnionym za pasem i z strzelbą w ręce, gotową do strzału. Nagle Bill się zatrzymał i zaczął nadsłuchiwać.
— Słuchajcie, ludzie! Czy to nie było coś, jakby parskanie konia?
Wszyscy powstrzymali swe kroki i zaczęli się wsłuchiwać w głęboką ciszę puszczy. Z boku zabrzmiało lekkie rżenie.
— Albo rozłożyli się tam obozem, albo zostawili konie, ażeby prędzej iść naprzód. Te przeklęte szkapy zwietrzą nas i zdradzą. Musimy wyzyskać wiatr!
Położył się na ziemi i poczołgał się dalekim łukiem, a my poszliśmy za jego przykładem. W pewien czas potem dał nam znak, żebyśmy unikali wszelkiego szmeru i wskazał pomiędzy krzaki na wolne miejsce, położone przed nami. Pasło się tam ze trzydzieści koni, pilnowanych przez dwu Indyan.
— Czy widzicie, panowie, czerwonych drabów? Mam wielką ochotę dać im pokosztować noża i rozpędzić konie na cztery wiatry, hihihi! Ale nie można. Nie wolno nam się zdradzić! Musimy jak najrychlej dostać się do nich, ale nie tropem, tylko z boku!
Mały człowieczek wił się przez gęstwinę tak zręcznie i cicho, jak wąż. Droga była strasznie uciążliwa. Mijały całe godziny; wieczór zapadał pod wysoko sklepionemi koronami drzew pierwej, aniżeli na otwartej preryi i coraz trudniej było zachować obrany kierunek. Wtem podniósł Potter głowę i zaczął szeroko rozwartemi nozdrzami wciągać powietrze.
— Czuć dym i ogień. Rozbili obóz. Naprzód, ale cicho, bo jesteśmy już całkiem blizko!
Podszycie ustało, a olbrzymie pnie stały jak kolumny potężnej, zielenią pokrytej świątyni. Leźliśmy na brzuchach od drzewa do drzewa i tak długo kryliśmy się za każdym pniem, dopóki nie przekonaliśmy się, że nas nie zauważono i że otoczenie jest bezpieczne.
Tak dostaliśmy się nad brzeg wgłębienia, podobnego do wązkich i długich szczelin, spotykanych często w puszczach, a na Zachodzie zwanych gutter. Potter wysunął ostrożnie głowę i spojrzał na dół. Wprost pod nami, w głębokości mniej więcej czterdziestu stóp, płonęło ognisko, dokoła którego siedziało z pięćdziesięciu czerwonych i białych ludzi, a obok nich leżały trzy postaci ze związanemi rękami i nogami. Z towarzystwem kapitana nie połączyli się zatem wszyscy Ogellallajowie, zbiegli po walce.
At length, oto ich mamy! — rzekł mały traper. — Nawet nie przeczuwają, że im się ktoś z góry tak doskonale przypatruje, hihihi! Ale kto są ci trzej ludzie? Posuńcie się trochę naprzód, panowie, aż do pęków paproci. Stamtąd będziemy mogli zobaczyć twarze!
Zasłaniał nas znakomicie gęsty krzak paproci, bo sięgał aż do krawędzi wgłębienia.
Zounds — szapnął Potter, spojrzawszy stąd na dół — to kolonel z Pittem Holbersem i Dickiem Hammerdullem. Napadli na nich czerwoni i wzięli ich do niewoli!
— Kolonel? — zapytał sternik, przeciskając głowę pomiędzy szerokie liście. — Heavens vraiment, zaiste! Czy mam skoczyć i pięściami wyłowić go z tej matni, Billu?
— Zaczekaj jeszcze trochę, stary! Zobaczymy najpierw, co oni chcą z nimi począć. Czyż nie widzisz, że te łotry zasiadły tak ciasno dla wspólnej narady? Przewodniczy czarnobrody myśliwiec, a Ogellallajowie na to pozwalają. Zapewne wódz ich zginął przy kolei. Patrzcie! Skończyli już i przewodniczący narady powstaje!
Istotnie jeden z białych, prawdopodobnie dowódca, podniósł się z ziemi, przystąpił do jeńców, a rozwiązawszy im pęta na nogach, dał znak, by powstali. Przypatrzywszy mu się dokładniej, poznałem w nim oryginał fotografii Treskowa. Głosem rozkazującym przemówił on do pojmanych:
— Powstańcie i posłuchajcie, co o was postanowiono!
Wszyscy trzej posłuchali wezwania.
— Wy jesteście Sam Firegun, dowódca myśliwców, którzy mają tu w lesie ukryty obóz?
Zagadnięty skinął głową potwierdzająco.
— Wy zabiliście Matto-Siha, wodza tych zacnych Indyan?
Znowu nastąpiła podobna odpowiedź.
— Powiadają, że zwieźliście z gór dużo złota do swojej kryjówki. Czy to prawda?
— Prawda.
— I że przechowujecie w swej kryjówce kilka tysięcy futer bobrowych?
Well, master, macic dobre wiadomości.
— Słuchajcie teraz, co wam powiem: Czerwoni domagają się waszej śmierci. Zgodziłem się wprawdzie na to, ale ponieważ oni nie rozumieją naszego języka, przeto wam coś poradzę.
— Co takiego?
— Zaprowadźcie nas do swojej kryjówki, wydajcie nam złoto i futra, a będziecie wolni!
— Czy to jest wszystko, czego od nas żądacie?
— Wszystko. Postanówcie prędko!
— Mnie się zdaje, że dyabelnie mało słyszeliście o Samie Firegunie, master, jeśli występujecie wobec mnie z tak głupią radą. Połączyliście się z czerwonymi drabami, których pod względem łotrostwa nawet przewyższacie, tylko dla zdobycia mojego złota. Biały z czerwonymi przeciwko białym. Za tę nikczemność niech spadnie potępienie wieczne na waszą duszę! Czy uważacie mnie rzeczywiście za tak głupiego, że uwierzyłbym, iż puścicie nas wolno, skoro wam damy, czego pragniecie?
— Słowa dotrzymam, lecz wypraszam sobie wszelkie dalsze obelgi!
— Powiedzcie to greenhornowi, ale nie mnie! Wiecie zbyt dobrze, że z wolności skorzystałbym tylko w ten sposób, iż dostawszy was przed wylot strzelby, odebrałbym wam łup. Strzelajcie do nas, jeśli macie odwagę!
Być może, iż Sam Firegun wiedział, dlaczego mógł tak śmiało przemawiać. Oko jego podniosło się ku krawędzi parowu, przebiegło po niej bystrem spojrzeniem i spadło równie szybko. Ledwie dostrzegalny uśmiech zadowolenia przemknął mu po ustach.
Spojrzenie to nie uszło uwagi urzędnika policyjnego. On także powiódł wzrokiem ku miejscu, gdzie przedtem spoczęło było oko kolonela i wzdrygnął się mimowoli.
— Popatrzcieno tam na drugą stronę! — rzekł do Billa Pottera, leżącego obok niego. — Widzę tam głowę jakiegoś dzikiego!
Zagadnięty poszedł za tą wskazówką i szepnął:
Good lack, na Boga, to Winnetou! A ja przypuszczałem, że jest z kolonelem! Nie pojmano go, ruszył więc za nimi, by ich uwolnić. Muszę mu dać znak.
— Przyłożył listek do ust i wydał głos, naśladujący ćwierkanie amerykańskiego świerszcza. Nie mogło to zwrócić na siebie uwagi nieprzyjaciół, gdyż świerszcze te odzywają się często. Winnetou natomiast rzucił na drugą stronę spojrzenie pełne zdumienia, a potem zniknął. Pojmani zaczęli także nadsłuchiwać, ale nie zdradzili się najlżejszym ruchem twarzy.
— Strzelać? — spytał kapitan. — Muszę was oddać Indyanom, a oni przywiążą was do pala męczeńskiego. Wasze złoto i futra dostaniemy mimoto, bo chybaby się dyabeł wdał w tę sprawę, gdybyśmy nie znaleźli śladów waszych ludzi. Bądźcie więc rozumni, master, i zgódźcie się!
— Ani mi się śni! Nawet życia nie chcę zawdzięczać człowiekowi, napadającemu chyłkiem na swoich braci i sprzedającemu ich wrogom, człowiekowi, który udaje najpierw bratanka mego, a potem napada na mnie. Jesteście łotr, master! Zapamiętajcie to sobie!
— Trzymajcie język na wodzy, bo nożem go wyrwę, zanim was wydam czerwonym!
— Dowiedzcie, że jesteście lepsi, niż myślę! Dajcie nam broń i pozwólcie nam walczyć, trzem przeciwko pięćdziesięciu, jeśli nie jesteście babą, lecz prawdziwym westmanem!
— To niepotrzebne, master! Wydmuchniemy wam i tak dusze z ciała. Co się tyczy zrobionego mi zarzutu „łotrostwa“, to uderzcie się sami w piersi. Nie będę się z wami o to sprzeczał! A zatem krótko i węzłowato: Czy przyjmujecie mój wniosek?
— Nie!
— A wy dwaj?
— Hm — rzekł Dick Hammerdull, mrugając pogardliwie małemi oczkami — czy go przyjmujemy, czy nie, to wszystko jedno; dla was w każdym razie nie wyniknie z tego nic dobrego. Możecie mi wierzyć! Gdybym tylko miał ręce wolne i rusznicę w garści, to dyabliby was porwali! Czy nie tak sądzisz, Picie, stary coonie?
— Jeśli sądzisz, Dicku, że go dyabli mają porwać — odrzekł zapytany — to nie mam nic przeciw temu!
Well done — odparł rabuś z gniewnym błyskiem oczu — to niech was czerwoni pozakłuwają i upieką, skoro wam się to podoba! Zrobię wam przynajmniej małą przyjemność w tem nieszczęściu i powiem, że nie potrzebujecie wcale pokazywać nam swego obozu, bo myśmy go już sami odnaleźli.
Usiadł obok Indyan, ażeby zawiadomić ich o wyniku układów.
Podczas tego odbyła się pod osłoną paproci krótka, lecz nadzwyczaj ożywiona rozmowa.
— A więc ten, który teraz mówi, to wasz kolonel? — zapytał Wallerstein Billa Pottera.
— Tak, sir, wasz stryj, jeśli to prawda, co opowiadaliście przedtem.
— Jest moim stryjem, możecie mi wierzyć. Tak jest podobny do ojca, że dla mnie nie istnieją już żadne wątpliwości. Co za nieszczęście! Teraz, gdy go spotykam, chcą go życia pozbawić! Czy niema już żadnej rady, Billu?
— Słuchajcie, sir! Jeśli sądzicie, że zostawię mojego kolonela w matni, to mylicie się bardzo grubo. Czy można liczyć na was, panowie?
Skinęliśmy tylko głowami, a Piotr Polter rzekł:
— Pozostanę i zginę tu z głodu, jak stary rozbitek, jeśli tego draba, który na dole mówi z kolonelem, nie rozduszę w palcach na kaszę! Ale wyjmijcieno jeszcze raz fotografię z kieszeni, mości poruczniku! Ogień płonie dość jasno, by można rzucić na to okiem. Każę się na miejscu zatopić, jeśli nie ma takiej miny, jak na waszym obrazie!
— Ja nie potrzebuję fotografii, Piotrze! To on, poznałem go — odrzekł Treskow. — Przypatrz się pan, panie Wallerstein, temu drabowi! Czy to nie on?
— On. To nie ulega wątpliwości. Cóż z tego, że jesteśmy tak blizcy celu? — On nam przecież ujdzie!
— Czekajcie spokojnie, sir! — odrzekł Potter. — Kolonel słyszał mój znak i wie, że pomoc już blizko. Niech mu tylko ręce uwolnią, a zobaczycie, co te łotry dostaną!
Wtem zaszeleściło zcicha za nami i gibka postać Apacza wśliznęła się pomiędzy nas.
— Winnetou usłyszał głos świerszcza i poznał twarz Billa, towarzysza swego białego brata. Winnetou zakradnie się do parowu i przetnie więzy swoim przyjaciołom. Potem niech biali bracia zbiegną się i rzucą na zbójów i na Ogellallajów, ażeby za Firegunem pójść do jego wigwamu!
Jak szybko przyszedł, tak zręcznie zniknął. My zaś bystrym wzrokiem spoglądaliśmy na obóz nieprzyjacielski, gotowi do ostatecznego ataku.
Wtem podniósł się znowu nieprzyjacielski dowódca, a wraz z nim wszyscy biali i dzicy. Zanim jednak zdołał wypowiedzieć słowo, wyskoczyła ciemna postać z bujnych zarośli i podbiegła ku jeńcom. Był to Winnetou.
Trzema cięciami uwolnił im ręce z więzów, a równocześnie huknęło od nas z góry ośm strzałów raz, a potem drugi raz. Sam Firegun nie zważał na to, co potem zaszło. Wyrwał najbliższemu Indyaninowi tomahawk i rzucił się z nim na gromadę przerażonych nieprzyjaciół.
Come on, na nich, na nich! — brzmiał jego głos, gdy u jego boku kosił Winnetou Ogellallajów.
— Stary szopie, Picie Holbersie, czy widzisz tam tego draba, trzymającego moją rusznicę? — zawołał tryumfująco Dick Hammerdull. — Chodź, ja muszę ją odebrać!
Obydwaj nierozłączni puścili się między wrogów i pracowali dopóty, dopóki grubas nie odzyskał ulubionej pukawki. Sternik Piotr Polter spadł jak lawina pomiędzy przerażonych nieprzyjaciół. Ściśle dotrzymał słowa. Swojemi niedźwiedziemi rękami pochwycił dowódcę za kark i za nogę, podniósł go w górę, potem grzmotnął nim o ziemię, że aż zagrzmiało, i zatopił mu nóż w sercu.
Bounce, sprawa załatwiona! Dalej ludzie, bijcie, tłuczcie, kłujcie, strzelajcie, walcie, rzucajcie ich z pokładu, żeby potonęli, duście ich, hurra! hurra!
Wśród takich okrzyków torował sobie dzielny żeglarz drogę między Indyanami. Wallerstein i Treskow również nie żałowali trudu. Była to pierwsza walka w ich życiu, w której wzięli udział; walka straszna, w której poznali dziki Zachód z jego najciemniejszej strony. Rozumie się samo przez się, że ja i moi ludzie nie pozostaliśmy w tyle za innymi, gdyż także wskoczyliśmy zaraz do szczeliny i biliśmy czerwonych, co sił starczyło.
Nieprzyjaciele przewyższali nas liczbą pięciokrotnie, ponieśli jednak ogromne straty wskutek niespodzianego napadu, zanim bowiem zdołali pomyśleć o oporze, już ich połowa leżała na ziemi. Jak w ową noc, kiedy to Indyanie chcieli napaść na pociąg, tak i teraz szalał tomahawk Sama Fireguna wśród przeciwników. Winnetou wysłał sporo ofiar do wiecznych ostępów, Hammerdull i Pitt Holbers, oparci o swe plecy, pracowali w najgęstszym tłoku, a sternik uwijał się jak furya. Mały Bill Potter zajął stanowisko u wejścia do szczeliny w gąszczu, skąd posyłał swe kule, ilekroć który Indyanin próbował w ucieczce szukać ocalenia. Wallerstein i Treskow składali nie mniejsze dowody męstwa.
W tej krótkiej, lecz tem straszniejszej, walce zwyciężyli biali, a prawie wszyscy czerwoni przeciwnicy zginęli, tylko kilku zwinniejszym Indyanom udało się umknąć.
Sam Firegun, jak na wojownika przystało, nie uważał za stosowne rozwodzić się wiele nad swojem cudownem ocaleniem, gdyż teraz chodziło o wyzyskanie zwycięstwa.
— Dalej, ludzie, na koń! — wołał — Indyanie mają straż przy koniach, które musimy zabrać! Wszyscy jednak nie są potrzebni. Kilku z was może tutaj zostać!
Po tem zarządzeniu popędził z tymi, którzy się doń przyłączyli, my zaś usiedliśmy na ziemi. Położenie nasze wcale nie było pewne, gdyż ci Indyanie, którzy uszli z życiem, mogli wrócić i z bezpiecznej odległości razić nas kulami. Ale obawy nasze na szczęście okazały się płonnemi. Nadsłuchiwaliśmy uważnie, ale nic podejrzanego nie zaszło. Pierwszy szmer, który przerwał ciszę, był przyjazny: szelest krzaków, trzask łamanych gałęzi dał znać, że wracają towarzysze ze zdobytymi końmi, których straż musieli pokonać. Bill Potter nie zapomniał o swoim wierzchowcu i o naszych i sprowadził je z tamtymi.
— Picie Holbersie, stary coonie, czy widzisz, że odzyskałem swoją starą klacz? — spytał uszczęśliwiony Hammerdull.
— Hm, jeśli ty sądzisz, że ją widzę, to ja nie mam nic przeciwko temu. By god, niewiele brakowało, a byłoby po tobie i po niej!
— Czy byłoby, czy nie, to wszystko jedno. Chciałbym jednak wiedzieć, kto są ci ludzie, którzy z małym Potterem... ’sdeath, czy to nie dyabelski sternik, który ma tak ogromne pięści i tak strasznie umie pić, jak chyba nikt na świecie?
— Rozumie się, że to ja jestem, stara beczko sadła! Znasz mnie jeszcze, hę? Jestem tutaj znowu, tym razem z mr. Treskowem i mr. Wallersteinem, bo...
— Mr. Wallersteinem? — spytał szybko Sam Firegun. — Piotrze Polterze, to ty naprawdę! Czego szukasz znów na sawannie? Co za mr. Wallerstein przyłączył się do ciebie?
— To jest ten oto sir, kolonelu, który przybył z panem Treskowem, ażeby odszukać swego stryja.
— Ten sir?
Odstąpił o krok wstecz, rzucił na bratanka długie, badawcze spojrzenie, a potem wyciągnął do niego obie ręce i zawołał:
— To już niefałszywy, nie! Znam te rysy. Witaj mi, bratanku, witaj!
Dwaj tak blizcy sobie, a jednak tak dalecy do niedawna krewni, padli sobie w objęcia. Świadkowie tej rzewnej sceny stali milcząc w pobliżu. Upłynęła dobra chwila, zanim wreszcie kolonel, nie znający trwogi o siebie, przypomniał sobie, że towarzystwo całe znajduje się jeszcze ciągle w niebezpieczeństwie. Puścił z rąk bratanka i rzekł:
— Tu nie miejsce na pytania i wyjaśnienia. Chodźmy do naszego obozu, który leży całkiem blizko. Tam możemy uroczyście powitać naszego gościa, uczcić chwilę ocalenia i opatrzyć rany!
— Dalej do obozu! — zawołał sternik. — Tam znajdzie się pewnie niejedna kropla, skuteczna nietylko dla ran, lecz i dla mego żołądka, który jeszcze bardziej tego potrzebuje...!
Każdy z nas wziął po kilka koni za cugle, żeby je prowadzić, gdyż trudno było jechać wierzchem tej ciemnej nocy. Obeznani z temi okolicami szli na przedzie, a my za nimi, ciągle wśród rosnących dość daleko od siebie olbrzymich pni i pod dachem koron. Potem przeprowadzono nas przez liczne zakręty skalnych parowów, tworzących istny labirynt, w którym nawet za dnia mógł nie zabłądzić tylko ten, kto znał go bardzo dokładnie. Wreszcie dostaliśmy się do okrągłej kotliny skalistej, która tworzyła ukryty obóz towarzystwa traperów i poszukiwaczy złota.
Miejsce to nadawało się bardzo dobrze do tego celu, bo trudno je było znaleźć, a łatwo obronić w razie napadu. Płonęło tu kilka ognisk, a dokoła siedziało wielu westmanów, członków tego towarzystwa, którzy nas z wielką radością powitali. Dowiedziawszy się, co nam i obozowi groziło, postanowili pójść o świcie do parowu, zbadać jeszcze raz poległych i oczyścić okolicę od czerwonych, jeśliby się tam jeszcze błąkali. Towarzystwo kapitana znalazło okropny koniec, a z niem i jego dowódca. Treskowowi nie pozostało nic innego, jak wrócić z doniesieniem, że spotkał wprawdzie szukanego zbrodniarza, że go jednak nie przyprowadził, bo go sprzątnięto z tego świata.

Rozumie się, że Wallerstein odebrał po walce wszystko swemu sobowtórowi, co mu ten ukradł. Dalsze wypadki tu nie należą. Skończyłem swoją historyę...

Skarb królewski.

Były ajent, znużony opowiadaniem, oparł się o poręcz, przyjmował spokojnie oznaki zadowolenia słuchaczy i odpowiadał na pytania, które ten i ów jeszcze stawiał. Gdy jednak te pytania zbyt się przedłużały, zniecierpliwiony poprosił ciekawych:
— Zostawcie mnie już w spokoju, panowie! Nie na to opowiedziałem tę historyę, żeby mię teraz zasypywano pytaniami, lecz na dowód, że biali są często gorsi od czerwonych. Chciałem też wykazać, że dobrze znam wodza Apaczów, Winnetou. jeśliście słuchali uważnie, to musicie mi przyznać, że łotrostwo, uplanowane przez „kapitana“ i jego ludzi, oraz napad na pociąg, odparto tylko dzięki bystrości i męstwu Winnetou. Jest to mąż, z którym nikt z Indyan, a mało kto z białych, może się porównać. Postać jego przewyższa wszystkie inne, a jeśli kiedyś zginie, jak cały jego pożałowania godny naród, skazany na zagładę, to przecież imię jego pozostanie na zawsze w pamięci naszych synów, wnuków i prawnuków.
Well, macie słuszność, sir! — wtrącił jakiś stary jegomość, który siedział przy jednym z bocznych stołów i śledził tok opowiadania z największem zaciekawieniem. — Jeśli jednak wolno obcemu wyjawić swoje zdanie, to zrobiłbym pewną uwagę.
— Sposób, w jaki przedkładacie swoje życzenie, nie dopuszcza myśli, jakobyście chcieli mię urazić. Słucham!
— Wspomnieliście, że Apacze znani byli z tchórzostwa i chytrości i zdobyli sobie przez to miano Pimów, że dopiero, odkąd Winnetou jest ich wodzem, stali się zręcznymi myśliwcami i walecznymi, a nawet zuchwałymi wojownikami.
— Powiedziałem to istotnie. Czy się z tem nie zgadzacie?
— Nie.
— Czemu?
— Bo znam ich jako innych; znam ich jeszcze od czasu, kiedy Winnetou był małym chłopcem. Jest kilka szczepów, którym natura ich siedzib nic dać nie może, które dlatego podupadły nietylko pod względem fizycznym, lecz i duchowym. Ale winni są temu biali, którzy wyparli ich z dawnych lepszych pastwisk i ostępów myśliwskich. Tym białym zdaje się teraz, że mogą czerwonymi gardzić. Ale inne szczepy, a szczególnie Meskalerowie byli w szczęśliwszem położeniu. Pielęgnowali oni oddawna cnoty, które w takiej doskonałości i w takiej pełni występują u Winnetou.
— Czy znacie ten szczep, sir?
— Szczególnie ten, a znalem go, jak się rzekło, jeszcze kiedy Winnetou był dzieckiem. Nie miałem nigdy ani pośród czerwonych, ani pośród białych tak prawdziwego, szlachetnego, wiernego i zdolnego do ofiar przyjaciela, jakim był Inczu-Czuna.
— Inczu-Czuna? Czy to nie ojciec Winnetou?
— Tak. Tego zacnego Indyanina zamordowali biali, a razem z nim Nszo-Czi, córkę jego, a siostrę Winnetou, tę najpiękniejszą, najlepszą i najczystszą czargooszę[6] Apaczów!
— Czy byliście także westmanem?
— Właściwym westmanem nie byłem. Przebywałem długo na Zachodzie dla nauki, choć nie uważam się za wielkiego uczonego. Mojem ulubionem zajęciem była etnologia, a studya te nie pozwalały mi siedzieć w domu. Osobliwie ciekawość moją budziła rasa czerwona, dlatego większą część roku spędzałem na wędrówkach od jednego ludu do drugiego. Poznałem przytem Indyan i nauczyłem się ich cenić. Oni mnie także znali i poważali, bo wiedzieli, że nie przybywam do nich jako wróg, lecz jako przyjaciel. Stałem się ich nauczycielem i doradcą, a oni nawzajem uczyli mnie, jak się używa broni, poluje i walczy z nieprzyjacielem, jakkolwiek ja byłem człowiekiem, zamiłowanym w pokoju. Musiałem polować, ażeby się wyżywić, a czasami musiałem się bronić przed nieprzyjacielem, którym nigdy nie był czerwony, lecz zawsze biały. Twierdzenie wasze, że biali bywają gorsi od czerwonych, uważam za zupełnie słuszne. Mógłbym na to przytoczyć niejeden, przekonywający dowód.
— Uczyńcie to, sir! Opowiedzcie nam przynajmniej o jednem ze swoich doświadczeń!
— Hm! Opowiedziałbym, gdyby także i inni gentlemani tego sobie życzyli.
— Nawet proszą o to! Zebrało nam się dziś na opowiadanie, a to jest bardzo zajmujące. Nieprawdaż, pani Thick?
Gospodyni, która przyniosła była właśnie kilka pełnych szklanek, odpowiedziała:
— Prawda, sir! Rozglądnijcie się tylko po izbie! Uwaga wszystkich skierowana ku waszemu stołowi. Nigdy jeszcze nie było u mnie tak spokojnie i cicho, jak teraz. Sądzę także, że opowiadać i słuchać opowiadania jest o wiele lepiej i dostojniej, aniżeli się kłócić, bić i niszczyć stoły, krzesła, flaszki i szklanki, jak to nieraz gentlemani u mnie robią. A zatem opowiedzcie nam, sir, swoją historyę!
Well! — zgodził się etnolog. — Jeśli wam to sprawi przyjemność, to nie będę się ociągał. Spróbuję opowiedzieć ją tak samo ładnie i płynnie, jak tamci panowie. Zaczynam:
— Byłto cudownie piękny poranek czerwcowy, prawdziwa rzadkość w owym odległym kącie, który północno zachodni róg terytoryum indyańskiego tworzy z prostolinijnemi granicami Kanzasu, Colorado i Nowego Meksyku. W nocy spadła dość silna rosa, przeto na źdźbłach i gałązkach iskrzyły się brylantowe krople, a szczególna woń trawy bawolej nabrała takiej ożywczej świeżości, że płuca z rozkoszą wciągały ją w długich oddechach.
Taki poranek może dobroczynnie podziałać na usposobienie człowieka, ale ja w ten przepyszny dzień jechałem dość zmartwiony. Powód tego był bardzo prosty: koń mi okulał. Poprzedniego dnia zaczepił w cwale nogą o korzeń. A jazda po preryi na kulawym koniu nietylko złości, ale może nawet w pewnych warunkach mieć nieszczęśliwe następstwa. Wobec groźnych stosunków, tam panujących, zależy często życie i bezpieczeństwo myśliwca od użyteczności jego konia.
Polowałem z kilku ludźmi z Colorado w pobliżu Spanish-Peaks i przez Wilow-Springs przybyłem tu nad Nescutunga-Creek, ażeby na jego prawym brzegu spotkać się z Willem Saltersem, z którym przed kilku miesiącami łowiłem bobry w Nebrasce, a przy rozstaniu wyznaczyłem sobie schadzkę. Chcieliśmy przejechać przez terytoryum indyańskie aż do południowo wschodniej granicy, a potem udać się prosto na Zachód na Llano Estacado, ażeby poznać tę osławioną pustynię.
Do tej podróży potrzebny był bezwarunkowo dobry koń, a tymczasem mój okulał. Nosił on mię wiernie wśród wielu niebezpieczeństw, nie chciałem go zamienić za innego, musiałem więc dać mu wypocząć, dopókiby noga nie wyzdrowiała. Spowodowana tem strata czasu była mi wielce niemiła, dlatego mój zły humor nie wydawał mi się nieuzasadnionym.
Gdy mój mustang kulał powoli po preryi, ja rozglądałem się za oznakami, któreby świadczyły o blizkości rzeki. Tam, gdzie się znajdowałem, rosły tylko luźne krzaki. Ale ku północy ciągnęła się ciemna linia, w której domyślałem się większych kompleksów drzew i zarośli. Zwróciłem się zatem w tym kierunku, w tem przekonaniu, że gdzie jest więcej roślinności, tam musi też być i woda.
I miałem słuszność. Ciemną linię tworzyły krzaki mezkitów i dzikich czereśni, rosnących po obu brzegach rzeki. Nie była ona zbyt szeroka, a w miejscu, w którem się na nią natknąłem, także niegłęboka.
Jechałem zwolna wzdłuż brzegu, szukając z uwagą jakiegoś znaku od Saltersa, który mógł tu przybyć przede mną.
I rzeczywiście! W płytkiej wodzie leżały tuż obok siebie dwa wielkie kamienie, a pomiędzy nimi dość duży konar, wciśnięty w ten sposób, że mała gałąź, znajdująca się na końcu, wskazywała w dół rzeki.
Był to znak umówiony. Jeszcze cztery takie znalazłem w krótkich odstępach. Dowodziły one, że Salters był tutaj i pojechał z biegiem rzeki. Z tych okoliczności, że tropu jego niepodobna już było rozpoznać, a listki gałązek sygnałowych już były zwiędły, wywnioskowałem, że Salters mógł być tu dnia poprzedniego.
Po jakimś czasie skręcała rzeka jeszcze bardziej na północ, zataczając tam łuk. W tem miejscu wskazywała gałąź, wetknięta w piasek nadbrzeżny, kierunek w głąb preryi. Nie pojechał więc dalej wzdłuż rzeki, lecz chciał łuk rzeki przeciąć po cięciwie. Ja uczyniłem oczywiście to samo.
Wtem zauważyłem przed sobą niezbyt wielką, samotną górę, pociętą rozpadlinami. Dojechałem do niej w dobre pół godziny. Szczyt jej był łysy, a podnóża porosłe zrzadka krzakami. Zdziwiłem się też, gdy objechawszy ją, znalazłem na wschodniej stronie kilka grup jaworów wodnych, z których najgrubszy miał pewnie zwyż tysiąc lat. Uderzyło mnie także to, że ziemia była tu skopana na znacznej przestrzeni. Jamy o głębokości kilku metrów, wyrobione motyką i łopatą, wyzierały z tej jednostajnej zresztą powierzchni. Czyżby tu byli ludzie w tych odległych stronach? Na co wykopano te dziury?
Puściłem się dalej, lecz zatrzymałem się niebawem, zauważywszy na trawie ślady stóp. Zsiadłem z konia, by ślady zbadać dokładniej. Przekonałem się, ze pochodziły od nogi kobiecej, albo niewyrosłej jeszcze męskiej, obutej w indyański mokassyn bez napiętków. Czyżby tu byli Indyanie? A może to biały jaki, który nosił indyańskie obuwie? Odciski obu stóp były równomierne; ta okoliczność nie zajęła teraz mojej uwagi; dopiero później miałem ją sobie przypomnieć.
Właściwie powinienbym był udać się tymi śladami. Ponieważ jednak prowadziły na północ ku rzece, a moja droga wiodła na wschód, ponieważ nadto chciałem jak najrychlej spotkać się z Saltersem, przeto dosiadłem konia i pojechałem dalej.
Po jakimś czasie wywnioskowałem z pewnych oznak, że te strony nie były tak opuszczone, jak sądziłem poprzednio. Połamane poszczególne źdźbła trawy, nadwerężone gałązki na drzewach, tu i owdzie kamyczki, starte na proch przez ludzką stopę, dowodziły, że tędy przechodził jakiś potomek pierwszej pary ludzi. To też zdumiałem się tylko, a nie przestraszyłem, kiedy później, dostawszy się znowu nad rzekę, zobaczyłem tuż nad jej brzegiem pole, zasadzone tytoniem i kukurydzą. Po drugiej stronie wznosił się nizki domek obronny, z wysokim, lecz bardzo zniszczonym, parkanem dokoła dość obszernego dziedzińca.
A zatem farma nad Nescutanga-Creek! Ktoby się był tego spodziewał! Za parkanem tarł stary, jasno kościsty, koń głową o próżny żłób, a opodal młody chłopiec zajęty był naprawą uszkodzonego płotu.
Zdawało się, że przeraził się moim widokiem. Zaczekał jednak, dopóki nie stanąłem przy nim.
Good morning! — pozdrowiłem go. — Czy mogę się dowiedzieć, jak się nazywa właściciel tego domu?
Odgarnął ręką gęste, jasne włosy, przypatrzył się na mnie badawczo niebieskiemi oczyma i odparł:
— Nazywa się Rollins, sir.
— Czy jesteś jego synem?
Powiedziałem do niego „ty“, ponieważ nie miał więcej, jak szesnaście lat, choć jego silnie rozwinięte ciało wskazywało na wiek starszy.
— Pasierbem.
— Czy ojczym w domu?
— Oglądnijcie się! Oto on.
Wskazał mi wązkie i nizkie drzwi, z których wyszedł właśnie mężczyzna. Musiał się nieco schylić, aby głową o drzwi nie uderzyć. Był bardzo długi, chudy, o wązkich piersiach, a z pomiędzy rzadkiego zarostu wyzierała mu na twarzy skóra jakby wygarbowana. Oblicze jego zasępiło się na mój widok. W rękach trzymał starą strzelbę i motykę. Przystąpiwszy zwolna do mnie, przeszył mię kolącym, niechętnym wzrokiem i zapytał ochrypłym głosem:
— Czego tu chcecie?
— Najpierw zapytać was, mr. Rollins, czy nie był tu wczoraj, albo onegdaj człowiek, nazwiskiem Salters, czy nie zostawił wam jakiego polecenia.
Na to odpowiedział szybko pasierb:
— Było to wczoraj rano, sir. Ten Salters...
Nie zdołał skończyć. Ojczym pchnął go kolbą w bok, że biedny chłopak zatoczył się z jękiem na parkan.
— Czy będziesz milczał, ropucho? — krzyknął potem stary. Każdemu włóczędze służyć chyba niebędziemy! — Zwracając się zaś do mnie, dodał: — Zabierajcie się stąd, człowieku! Ja nie mieszkam tu. ani dla was, ani dla waszego Saltersa!
To było proste grubijaństwo. Względem takich ludzi stosowałem zwykle zachodni sposób postępowania. Zsiadłem więc wygodnie z konia, przywiązałem go do parkanu i powiedziałem:
— Tym razem musicie zrobić wyjątek, mr. Rollins. Koń mi okulał. Zostanę dlatego u was, dopóki nie wyzdrowieje.
Cofnął się o krok, zmierzył mnie groźnym wzrokiem od stóp do głów i wrzasnął:
— Czyście zwaryowali? Mój dom nie gospoda, a kto się tu chce rozpychać, temu palę po prostu ładunek śrutu w skórę. Zounds! Oto znowu ten nędzny Indyanin! Czekajno, chłopcze, ja cię stąd wykurzę!
Poszedłem szybko wzrokiem za jego spojrzeniem, zwróconem w ostatniej chwili na niezbyt oddalone zarośla. Stamtąd nadchodził młody Indyanin. Rollins podniósł strzelbę, wymierzył do niego i wypalił w chwili, kiedy odbiłem mu strzelbę na bok. Strzał huknął, ale chybił.
— Psie, ty porywasz się na mnie? — ryknął do mnie Jankes. — Masz za to!
Odwrócił szybko strzelbę i zamachnął się, by mię uderzyć kolbą. (Motykę odłożył był jeszcze przedtem, gdy mierzył do Indyanina.) Ja palnąłem go pięścią i pchnąłem go tak silnie na parkan, że zawalił się pod nim. Strzelba wypadła mu z ręki, a ja pochwyciłem ją, zanim zdołał się podnieść. Na to on wydobył nóż z za pasa i wykrztusił zdławionym od gniewu głosem:
— Mnie na mojej ziemi! Za to się daje krew i życie!
Ja również szybko zwróciłem ku niemu rewolwer i odrzekłem:
— Macie chyba na myśli swoją krew i swoje życie? Schowajcie natychmiast nóż! Moja kula szybsza od waszego noża!
Opuścił podniesioną już rękę i skierował oczy nie ku mnie, lecz ku drugiej stronie domu. Tam stał jeździec, który niepostrzeżenie dla nas nadjechał.
— Już przy pracy, chłopie? — zawołał do mnie jeździec ze śmiechem. — Dobrze robisz! Zwal tego draba; bo zasłużył na to. Ale nie strzelaj, bo nie wart garści prochu!
Był to Will Salters. Zbliżył się do nas, podał mi rękę i mówił dalej:
Welcame, towarzyszu! Gdyby było poszło wedle myśli tego pospolitego draba, byłbyś mnie już nie odnalazł. Przyjął ciebie dziś tak samo, jak wczoraj mnie. Dostał za to kilka szczutków w nos, a on mnie posłał kulę, która była jednak grzeczniejsza od niego i poszła bokiem. Chciałem zaczekać na ciebie u niego, lecz nie mogłem. Powiedziałem tylko jego synowi, że dzisiaj wrócę, ażeby zobaczyć, czy stary jego ma lepszy humor. Jeśli się na to zgodzisz, to możemy go nauczyć, jak się postępuje z takimi ludźmi, jak my. Na razie chciałbym się zabezpieczyć co do jego osoby!
Zsiadł z konia, a wtem Rollins podniósł motykę i uciekł ode mnie w wielkich skokach. Spojrzeliśmy za nim ze zdziwieniem, bo zachowanie się jego było szczególne. Najpierw bezwzględne grubijaństwo, a potem tchórzliwa ucieczka. Nie zdołaliśmy jeszcze roztrząsnąć powodów jego kroku, kiedy z drzwi wyszła kobieta, która kryła się dotąd trwożnie za niemi. Widziała, jak Rollins zniknął za krzakami, a teraz rzekła, wzdychając z ulgą:
— Dzięki Bogu! Sądziłam, że przyjdzie do rozlewu krwi. On pijany! Fantazował przez całą noc, a potem wypił całą flaszkę brandy!
— Jesteście jego żoną? — spytałem.
— Tak. Spodziewam się, że nie będę musiała za to odpowiadać. Ja temu nie jestem winna.
— Wierzymy. Gotowiśmy nawet przypuścić, że wasz mąż chory umysłowo.
— Tak jest niestety. O Boże, nie wyobrażacie sobie, jaka jestem nieszczęśliwa! Jemu się zdaje, że w pobliżu zakopany jest skarb. On chce go sam wydobyć, w tajemnicy przed ludźmi, dlatego nie znosi ludzi koło swego domu. Ten młody Indyanin jest tu już od czterech dni. Nie mógł iść dalej, bo wywichnął nogę. Chciał zatrzymać się u nas, dopóki by mu się, lepiej nie zrobiło, ale Rollins zaraz go wypędził. Teraz musi biedak mieszkać na dworze.
Wskazała na Indyanina, który był nadszedł. Stało się to wszystko tak szybko, że nie miałem czasu zwrócić na niego uwagi.
Mógł mieć ośmnaście lat. Odzież jego uszyta była ze skóry jeleniej, garbowanej mózgiem i wystrzępionej w szwach. Frendzle nie były ozdobione włosami ludzkimi, co świadczyło tem, że nie zabił jeszcze żadnego wroga. Głowa jego była nieokryta, a broń składała się z noża, łuku i kołczanu. Na szyi miał mosiężny łańcuszek, na którym wisiał cybuch fajki pokoju, ale bez właściwej fajki. Był to znak, że znajdował się w drodze do świętych kamieniołomów, skąd Indyanie przynoszą sobie glinę do wyrobu fajek. W tej podróży każdy z nich jest nietykalny. Nawet najbardziej chciwy krwi przeciwnik musi go puścić spokojnie, a w razie potrzeby nawet bronić.
Podobały mi się otwarte, inteligentne, niemal kaukazkie rysy twarzy tego młodzieńca. Aksamitne, czarne jego oczy zwracały się ku mnie z wyrazem podziękowania. Wyciągnął do mnie rękę i rzekł:
— Ty ochroniłeś Iszarshiutuhę. Jestem twoim przyjacielem!
To zapewnienie brzmiało bardzo wyniośle. Ten ton podobał mi się równie, jak mówiący. Zastanowiło mnie jego imię. Iszarshiutuha jest to wyraz, wzięty z języka Apaczów i znaczy tyle, co „mały jeleń“. Dlatego zapytałem:
— Czy jesteś Apaczem?
— Iszarshiutuha jest synem wielkiego wojownika Meskalerów, najwaleczniejszych mężów czerwonych.
— Meskalerowie są moimi przyjaciółmi, a Inczu-Czuna, ich wódz największy, jest moim bratem.
Wzrok jego przebiegł szybko po mojej postaci.
— Inczu-Czuna jest najmężniejszym z bohaterów — podjął nanowo rozmowę młody Indyanin. — Jak on, ciebie nazywa?
— Yato-inta.
Na to odstąpił młodzieniec o kilka kroków, spuścił wzrok i oświadczył:
— Synowie Apaczów znają ciebie. Ja nie jestem jeszcze wojownikiem, dlatego mnie z tobą mówić jeszcze nie wolno.
To była pokora Indyanina, uznającego otwarcie rangę drugiego, lecz nie schylającego głowy ani o cal niżej.
Ja zaś odpowiedziałem:
— Wolno ci mówić ze mną, bo kiedyś będziesz słynnym wojownikiem. Wkrótce już przestaniesz nazywać się Iszarshiutuha, Mały Jeleń, lecz zostaniesz Pehnulte, Wielkim Jeleniem. Noga cię boli?
— Tak.
— Wyszedłeś z wigwamu bez konia?
— Wybrałem się po świętą glinę. Idę pieszo.
— Ta ofiara spodoba się Wielkiemu Duchowi. Chodź do domu!
— Wy jesteście wojownikami, a ja jeszcze młody. Pozwólcie mi pozostać z małym bratem!
Przystąpił do ładnego, jasnowłosego chłopca, stojącego cicho i smutnie, z ręką na tem miejscu ciała, gdzie go ojczym kolbą ugodził. Zamienili spojrzenia nieświadomie, ale ja to zauważyłem. W każdym razie nie stali teraz obok siebie po raz pierwszy. Mały Jeleń nie był tu bez powodu. Krył jakąś tajemnicę, niebezpieczną może dla mieszkańców domku. Pragnąłem wybadać tę tajemnicę, lecz nie pokazałem tego po sobie.
Chłopcy zostali na dworze, a ja poszedłem z Willem Saltersem i z kobietą do domu, a raczej do chaty o jednej izbie.
Ubóstwo wyzierało tu z każdego kąta. Byłem już w niejednym domku strażniczym, którego mieszkańcy musieli w swych wymaganiach bardzo się ograniczać, ale tu było jeszcze gorzej. Dach był bardzo nadwerężony, materyał, którym zatkane były odstępy w ścianach, zniknął już dawno, a przez szpary i dziury wchodziła i wychodziła swobodnie nędza. Nad paleniskiem nie było kotła, a cały zapas żywności stanowiła niewielka liczba kukurydz, leżących w kącie. Jedyna odzież kobiety składała się z cienkiej perkalikowej spodnicy i kaftanika. Kobieta chodziła boso, a zdobiła ją tylko czystość, wpadająca przyjemnie w oko pomimo ubóstwa. Ubranie jej syna było także bardzo ubogie i często naprawiane.
Kiedy spojrzałem na barłóg, złożony tylko z liści, a potem w bladą i wynędzniałą twarz biedaczki, mimowoli ją zapytałem:
— Pewnie jesteście głodni?
Kobieta zarumieniła się po uszy, jak gdyby obrażona. Naraz trysnęły jej z oczu łzy, a ona, kładąc rękę na sercu, rzekła:
— Mój Boże! Ja nie uskarżałabym się na nic, gdyby tylko Józef był syty! Pole nie przynosi żadnego dochodu, bo mąż pozwala, żeby dziko zarastało. Wskutek tego ograniczeni jesteśmy na polowanie, które także mało przynosi, bo mąż oszalał na punkcie wykopania skarbu.
Wybiegłem do konia po mój zapas mięsa surowego i dałem go kobiecie. Zacny Will Salters poszedł także po swój.
— O panowie — rzekła — jacyście wy dobrzy! Żeby to Rollins był taki!
— To okropny człowiek! — zauważył Salters. — Nie chciałbym was urazić, ale zdaje mi się, te widziałem go już kiedyś w mojem życiu. I to w niezbyt zaszczytnych dlań okolicznościach. Bardzo jest podobny do pewnego człowieka, którego znano tylko pod imieniem indyańskiem. Nie wiem, co ono znaczy. Brzmiało, jeśli się nie mylę, Indano, albo Indanszo.
— Inta-nczo! — odezwał się ktoś u wejścia.
Tam stał młody Indyanin. Nie dosłyszał wszystkich słów naszych, tylko ostatnie i oczy zamigotały mu dziwnym blaskiem. Kiedy wzrok mój spoczął na nim badawczo, obrócił się i zniknął.
— To imię, wzięte z języka Apaczów, którego ty nie rozumiesz — oświadczyłem towarzyszowi. — Znaczy tyle, co: złe oko.
— Złe oko? — spytała kobieta. — Mąż mój często powtarza to słowo, ilekroć przez sen mówi, albo siedzi pijany w kącie i sprzecza się z niewidzialnemi osobami. Czasem niema go przez cały tydzień. Potem przynosi z fortu Dodge nad Arkanzasem brandy, chociaż nie wiem, czem za nią płaci. Potem pije i pije, dopóki zmysłów nie straci i zaczyna mówić o krwi, o mordach, złocie, nuggetach i skarbie, który tutaj ma być zakopany. W takich razach boimy się wchodzić do izby, żeby nas nie pozabijał.
— Nieszczęśliwa kobieto! Jakże mogliście się odważyć na to, żeby pójść za takim człowiekiem w tę puszczę?
— Za nim? Z nim byłabym nigdy tu nie przyszła. Przybyłam do Ameryki z pierwszym mężem i z bratem męża. Kupiliśmy byli sobie już naprzód kawał ziemi, ale nas ajent oszukał. Dokument kupna był sfałszowany, a kiedy przyjechaliśmy na Zachód, zamieszkiwał to miejsce już oddawna prawny właściciel. Pieniądze nam wkrótce wyszły, nie pozostało więc nic innego, jak żyć z polowania. Posuwaliśmy się przytem coraz to dalej na Zachód. Mąż mój chciał udać się do Kalifornii, usłyszawszy, że tam znajduje się złoto. Doszliśmy tutaj, ale dalej ja już nie mogłam iść, bo z wyczerpania zachorowałam. Obozowaliśmy zwykle pod gołem niebem; na szczęście znaleźliśmy po pewnym czasie ten opuszczony domek. Do kogo należał, nie wiemy. Radziliśmy sobie, jak mogliśmy, ale myśl o Kalifornii nie dawała mężowi spokoju. Chciał się tam dostać, ja nie mogłam mu towarzyszyć, a brat jego opierał się temu, bo tęsknił do ojczyzny. Bóg świadkiem, po jak ciężkich walkach zgodziłam się na to, żeby mąż sam poszedł do tego kraju złota i spróbował szczęścia. Szwagier miał zostać ze mną. Niestety mąż już więcej nie wrócił. W pół roku po jego odejściu urodził się Józef, a więc nie widział ojca nigdy. Gdy syn miał trzy lata, wyszedł raz szwagier rano na polowanie. Kiedy przez kilka dni nie wracał, zaczęłam go szukać i znalazłam martwego nad brzegiem rzeki z przestrzeloną głową. Musiał go zamordować jakiś Indyanin.
— Czy był oskalpowany?
— Nie.
— W takim razie mordercą był biały. Ale jak zdołaliście wyżyć z dzieckiem?
— Z zapasu kukurydzy, którą uprawialiśmy na tym kawałku gruntu obok domu. Później przybył w te strony mój mąż teraźniejszy. Chciał tylko zapolować i pójść w dalszą drogę, został jednak dłużej, a potem raz na zawsze. Zadowolona byłam z tego, bo bez niego byłabym umarła z głodu razem z dzieckiem. Poszedł on do Dodge-City i zażądał, żeby uznano mego męża za zmarłego. Ja potrzebowałam opiekuna, a dziecko ojca, a Rollins został jednem i drugiem. Raz przyśnił mu się skarb, rzekomo tutaj zakopany. Szczególnym sposobem powtarzał się ten sen tak często, że Rollins nietylko wierzy w istnienie skarbu, lecz popadł poprostu w szał na tem tle. Nocami fantazuje o złocie, a za dnia go poszukuje.
— Zapewne tam, pod górą, gdzie stoją stare jawory?
— Tak. Mnie tam chodzić nie wolno, ani synowi. Nie potrafię wypowiedzieć, jak jestem nieszczęśliwa. Dniami i godzinami modlę się o wybawienie nas z tego strasznego położenia. O, gdyby Bóg nam dopomógł!
— Dopomoże, choćby nawet ta pomoc miała w pierwszej chwili ból sprawić. Wiele razy doświadczyłem w życiu, że...
Przerwano mi, bo wszedł Józef i poprosił, żebyśmy wyszli i przypatrzyli się niebu. Na dworze stał Mały Jeleń i patrzył uważnie na małą chmurkę, wiszącą prostopadle nad naszemi głowami. Poza tem było niebo zupełnie czyste, niezachmurzone. Józef powiedział, że Indyanin uważa tę chmurkę za bardzo niebezpieczną dla nas. Mały Jeleń mówił znośnie po angielsku, mógł więc porozumieć się z białym chłopcem. Will Salters wzruszył ramionami i rzekł:
— Ten obłoczek dymu z cygara miałby nam grozić niebezpieczeństwem? Pshaw!
Na to zwrócił Indyanin ku niemu głowę i powiedział tylko jedno słowo: „ilczi“.
— Co to znaczy? — zapytał mnie Will.
— Wicher, burza!
— Głupstwo! Niebezpieczny wicher wychodzi z „dziury“, to znaczy, jeśli całe niebo osłoni się chmurami, a w tej ciemnej oponie znajduje się okrągła, jasna dziura. Tu jest odwrotnie. Z wyjątkiem tej chmurki niebo jest całkiem czyste.
— Ke-eikhena-ilczi — wtrącił Indyanin.
Teraz zwróciłem baczniejszą uwagę na jego słowa. Znaczą one „głodny wiatr“. Określa niemi Apacz burzę z wichrem powietrznym. Zapytałem młodzieńca, czy się tego obawia, on zaś odpowiedział:
— Ke-eikhena-akh-ilczi.
To znaczy: bardzo głodny wiatr, czyli: trąba powietrzna. Skąd się wzięło u Apacza to przypuszczenie? Ja nie zauważyłem istotnie nic podejrzanego na tym obłoczku, wiedziałem jednak, że te dzieci puszczy posiadają cudowny instynkt w rozpoznawaniu niektórych zjawisk w przyrodzie.
— Nonsens! — rzekł do mnie Salters. — Wejdź do chaty, bo zdaje mi się, że zaczynasz się niepokoić.
Na to przyłożył Indyanin palec do czoła i rzekł do Saltersa:
— Ka-a czapeno!
Indyanin zauważył, że Will nie rozumiał języka Apaczów, dlatego użył dyalektu Tonkawów. Ostatnie jego słowa znaczyły: „nie jestem chory“, oczywiście na głowę. Salters pojął go, lecz wziął mu za złe jego przestrogi i wszedł znowu do izby. Ja skorzystałem z tej sposobności, by Małemu Jeleniowi pokazać, że nie wierzyłem jego poprzednim odpowiedziom i zapytałem go:
— Która noga boli mego młodego przyjaciela?
— Sincz-kah, lewa noga — odparł.
— A dlaczego mój brat utykał na prawą, wychodząc z zarośli?
Uśmiechnął się zakłopotany, lecz odpowiedział stanowczo:
— Mój waleczny brat się pomylił.
— Mam bystre oko. Czemu Mały Jeleń utyka tylko wtedy, kiedy go widzą, a chodzi dobrze, kiedy jest sam?
Spojrzał na mnie badawczo i milczał. Wobec tego mówiłem dalej:
— Młodemu przyjacielowi memu wiadomo, że czytam z tropu i że nie zwiedzie mnie ani źdźbło trawy, ani ziarnko piasku. Mały Jeleń schodził dziś rano z góry i nie utykał. Widziałem jego ślady. Czy i teraz odważy się twierdzić, że się mylę?
Opuścił wzrok ku ziemi i znowu nic nie odpowiedział.
— Czemu Jeleń powiada, że idzie na własnych nogach po świętą glinę? — mówiłem dalej. — On przyjechał tu konno ze swojego wigwamu.
— Uff! — odparł zdziwiony. — Skąd wiesz o tem?
— Czyż największy wódz Apaczów nie był moim nauczycielem? Czy sądzisz, że zrobię mu wstyd i pozwolę się podejść młodemu Apaczowi, któremu nie wolno jeszcze nosić strzelby ognistej? Twój koń jest czi-kai-kle, kasztan czerwony.
— Uff, uff! — zawołał po dwakroć na znak najwyższego zdziwienia.
— Chcesz okłamać brata Inczu-Czuny? — zapytałem z wyrzutem.
Przyłożył rękę do serca i odrzekł:
— Szi-itkli takla hotli, czi-kai-kle... mam konia, czerwonego kasztana.
— Powinieneś był odrazu mnie się przyznać! Powiem ci nawet, że dziś rano przećwiczyłeś całą indyańską szkołę.
— Biały brat wie wszystko, jak Manitou, Wielki Duch! — zawołał stropiony.
— Nie. Jechałeś cwałem, wisząc jedną nogą na siodle, a jedną ręką trzymając się naszyjnika końskiego i przykładając ciało do boku konia. To robi wojownik w walce, ażeby się ochronić przed pociskami nieprzyjaciela, a w czasie pokoju tylko wtedy, jeśli ćwiczy szkołę. Tylko podczas takiej jazdy mogą się włosy z grzywy zaczepić o rękojeść i pochwę noża, a taki włos może mieć tylko czerwony kasztan.
Indyanin sięgnął oburącz do pasa, za którym tkwił w pochwie nóż. Na nim wisiało kilka włosów. Mimo ciemnego zabarwienia jego twarzy, dostrzegłem, że poczerwieniał.
— Oko Małego Jelenia widzi jasno — mówiłem dalej — ale nie ma dość wprawy na takie drobiazgi, od których często życie zależy. Mój młody brat przybył tu, ażeby zobaczyć właściciela tego domu. Czy pragnie zemsty nad nim?
— Złożyłem przyrzeczenie, że będę milczał — odpowiedział — ale mój biały brat jest przyjacielem najsławniejszego z Apaczów. Pokaże mu coś, co odda mi jeszcze dzisiaj wieczorem. Może o tem mówić, bo godzina moja nadeszła.
Odchylił na piersiach koszulę i wyciągnął skórę, złożoną w czworo jak koperta. Wręczył mi to i odszedł ku polu kukurydzy, gdzie stał Józef. Widziałem, że wziął go za rękę i pociągnął za sobą.
Otworzyłem garbowaną skórę jelenią, a w niej znalazłem drugi kawałek skóry z cielęcia bawolego, ogołoconej z sierści, wyprawionej wapnem i wygładzonej na pergamin. Złożona była w dwoje, a gdy ją rozłożyłem, zobaczyłem szereg figur, nakreślonych czerwoną farbą, podobnych w rysunku do słynnego napisu na skale w Tsitsu-mo-wi w Arizonie. Miałem w reku dokument, pismem indyańskiem napisany, tak niezwykłą rzadkość, że w pierwszej chwili nie myślałem o odczytaniu, lecz pospieszyłem do chaty, aby ten skarb pokazać Willowi Saltersowi. Ten potrząsnął głową na widok pisma i rzekł wielce zdziwiony:
— I to można przeczytać?
— Oczywiście!
— To czytaj to sam! Gdy chodzi o nasze zwykłe pismo, to ja wolę rozbijać się z dwudziestu Indyanami, niż z trzema literami. Nie byłem nigdy bohaterem w czytaniu, a listy wypisuję odrazu adresatowi na plecach tą dwururką. To najkrótsza droga. Pióro łamie mi się pod palcami, a widok atramentu mierzi mię. Cóż to za okropne figury! W tej ciemnej chałupie z dwoma lufcikami zamiast okien nie można ich nawet rozpoznać.
— Wyjdźmy przed dom!
— Wyjść mogę, ale odczytywaniem ty sam się już zajmij!
Wyszliśmy, a kobieta została. Rozpaliła na kuchni niewielki ogień, ażeby upiec kilka kawałków mięsa, któreśmy jej dali.
Ja zwróciłem natychmiast oczy na figury, Will Salters natomiast na niebo.
— Hm! To szczególna chmura! mruknął. — Nie widziałem jeszcze podobnej. Cóż ty na to?
Ponieważ zwrócił na to moją uwagę, spojrzałem w górę. Obłok nie powiększył się znacznie, lecz zmienił całkiem swój wygląd. Przedtem sinoszary, zrobił się teraz jasno-czerwony i przeźroczysty. Zdawało się, że wychodzą zeń miliony matowo-złotych nitek pajęczych i rozsuwają się po całym widnokręgu. Nitki te nie drgały, lecz były całkiem nieruchome, jakby naprężone.
— No? — zapytał Will.
— Ja także nie widziałem nic podobnego.
— Czyżby twierdzenie młodego Indyanina o trąbie powietrznej miało okazać się słusznem i to wbrew powadze naszej, jako starych preryowców?
— Wygląda wcale nieswojo. Apacz mówił o trąbie. To byłoby źle.
— Niechaj będzie, co chce. Musimy w każdym razie zaczekać. Spodziewam się, że łatwiej zoryentujesz się w tem piśmie indyańskiem, aniżeli w niepojętym chaosie nitek, snujących się na niebie. Jakże ci idzie?
— Hm! Zobaczmy! Na przedzie widzę namalowane słońce z promieniami tylko w górę, a więc wschodzące. Potem stoją czterej jeźdźcy w kapeluszach. To są prawdopodobnie biali. Pierwszy z nich ma coś przywieszone do siodła, jakby worki. Za tymi czterema nadchodzą dwaj inni z piórami na nieokrytych głowach. To pewnie wodzowie indyańscy.
— No, to wszystko jest bardzo proste. Ty nazywasz to czytaniem?
— To początek. Muszę wpierw poznać litery, zanim zabiorę się do ułożenia ich w słowa. Są tu jeszcze inne, mniejsze figury, umieszczone nad temi większemi. Nad Indyaninem widzę bawołu z otwartym pyskiem, a z niego wychodzi kilka kresek. Z pyska tylko głos może wychodzić, więc jest to bawół ryczący. Nad głową drugiego Indyanina jest fajka, a z niej wystrzelają także kreski. To oznacza dym, czyli że fajka się pali.
— Słuchajno, ja zaczynam rozumieć to pismo! — rzekł Will. — Przychodzi mi właśnie na myśl, że byli dwaj wodzowie Apaczów. Jeden nazywał się Bawół Ryczący, a drugi Fajka Płonąca, ponieważ był spokojnego usposobienia i palił chętnie z każdym fajkę pokoju. Podobno żyje jeszcze.
— Być może, że tu właśnie o nich chodzi. Patrzmy dalej! Nad drugim z białych umieszczone jest oko z przechodzącą przez nie kreską. Albo więc ma tylko jedno oko, albo na nie jest ślepy, albo chory. Ach, to może być słowo, które przedtem wymieniłeś: „złe oko“. Nad trzecim białym znajduje się worek i ręka, chcąca go pochwycić. Czyżby to oznaczało kradzież?
— Tak, tak, z pewnością! — rzekł Salters szybko. — Wiem już, wiem! Teraz przypominam sobie, gdzie widziałem tego Rollinsa! W Czarnych Górach. Nazywał się Haller, a kradł konie i łapki na bobry, nazywano go więc Ręką Kradnącą.
— Czy się nie mylisz?
— Nie, nie! Ręka Kradnąca i Złe Oko byli krewnymi, może nawet braćmi i trzymali się razem. To o nich mowa. Dalej, dalej!
— Wschodzące słońce jest na przodzie; stąd wniosek, że ci jeźdźcy jechali na wschód. W drugim wierszu występują te same figury częściej, a zarazem w rozmaitem ugrupowaniu. Pierwsza grupa: trzej biali strzelają do jadącego na przodzie. Druga grupa: on leży martwy, a oni mają jego worki. Trzecia grupa: Indyanie strzelają do trzech białych. Czwarta grupa: dwaj biali i Indyanin, Bawół Ryczący, nie żyją, a Ręka Kradnąca ucieka. Piąta grupa: Fajka Płonąca zakopuje worki. Szósta grupa: Fajka Płonąca trzyma Bawołu Ryczącego na koniu i ściga Rękę Kradnącą. Siódma grupa: Fajka Płonąca zakopuje Bawołu Ryczącego, a Ręka Kradnąca zniknęła. Teraz następują jeszcze dwa małe obrazki. Na jednym są trzy drzewa, a pod środkowem znajdują się worki. Potem widać jedno drzewo, a pod niem leżącego Bawołu Krzyczącego; to jego grób. Teraz da się łatwo wyjaśnić w zupełności to okropne zdarzenie.
— Zaczekajno! — przerwał mi Salters. — Zostaw tę sprawę na razie, a spojrzyj w górę! Czy nie uważasz, że robi się całkiem ciemno? Popatrz, na miłość Boga, na niebo!
Posłuchałem wezwania i przeraziłem się tem, co zobaczyłem. Wspomniane złote nitki zniknęły, a ich miejsce zajęły ciemne pasy, powstałe prawdopodobnie wskutek złączenia się nitek. Te pasy wiązały zczerniałą całkiem chmurę z północnem niebem. Reszta nieba była jasna i czysta. Na tych pasach ciągnęło coś chmurę jak na linach wstecz ku północy. Odbywało się to z szybkością, widoczną dla oka. Im bardziej ciągnęło chmurę ku ziemi, tem wyraźniej było widać podnoszącą się z ziemi, przeźroczystą z początku, lecz ciemniejącą masę, w dole szeroką, a ku górze węższą, kręcącą się i usiłującą górnym ogonem pochwycić chmurę, która spadała coraz chyżej, rozszerzając się w górze, a ku dołowi wysyłając ze swej strony drugi ogon. Oba ogony szukały się wzajem i znalazły. Gdy się zetknęły, wydało się na chwilę, że chmura zostanie ściągnięta na ziemię. Utrzymała się jednak w powietrzu i utworzyła razem z trąbą kręcący się z szaloną szybkością podwójny lejek, którego końce stykały się z sobą, a podstawy na ziemi i w powietrzu dosięgały w średnicy długości pięćdziesięciu metrów.
Ponieważ w pobliżu znajdowały się tylko nizkie krzaki, przeto mogliśmy to, trwogę wzbudzające, zjawisko oglądać na całą długość osi. Zwijało się ono i wirowało, posuwając się naprzód bardzo szybko, wprost na nas. Tymczasem dokoła nas powietrze stało nieruchome, a nagle dała się odczuć parność, która wszystkiemi porami wypędziła nam pot na skórę.
— Mały Jeleń miał słuszność — powiedziałem. — Nasze życie w niebezpieczeństwie. Prędzej Willu, ratujmy siebie i tę kobietę!
— Jak? — zapytał z trwogą.
— Przy pomocy koni.
— Ależ nie wiemy, dokąd się zwrócić!
— Ruchy trąby powietrznej nie dadzą się wprawdzie obliczyć, ale my zmienimy nasz kierunek, jeśli ona swój zmieni. Może się zatrzyma nad rzeką i nie dostanie się na tę stronę. Wyprowadź konia rollinsowego z za parkanu! Ja skoczę po jego żonę.
Zastałem ją przy ognisku, nie przeczuwającą grożącego jej niebezpieczeństwa. Omal nie zemdlała, gdy jej powiedziałem, co się dzieje na dworze. Pochwyciłem ją i wyniosłem czemprędzej. Will nadszedł był właśnie z koniem.
— Koń się narowi — zawołał. — Ja sam nań siądę. Nie jest osiodłany i po pierwszym kroku zrzuciłby kobietę. Wysadź ją na mego kasztana! Prędzej, prędzej!
Wskoczył na starego konia i puścił się na nim cwałem.
— Czy umie pani jechać konno? — spytałem.
— Tak, jak teraz trzeba jechać, nie potrafię — odrzekła.
— To wezmę panią do siebie.
Wskoczyłem na kasztana, który mógł łatwiej unieść dwie osoby, aniżeli mój kulawy, pociągnąłem drżącą kobietę do siebie tak, że położyła mi się w poprzek na kolanach, ująłem mego kulawego za cugle i podążyłem za biegnącym naprzód Saltersem.
Stało się to wszystko tak prędko, że od spostrzeżenia trąby do teraz nie upłynęło pięć minut. Nie było mi zbyt wygodnie. Prawą ręką musiałem trzymać kobietę, a lewą prowadzić kasztana i mego gniadego. Lecz dałem sobie radę. Ujechawszy przestrzeń dość dużą, zawołałem na Willa, by się zatrzymał. Gdy to uczynił, odwróciliśmy się, aby zobaczyć, co się za nami dzieje.
Trąba była już prawie dosięgła rzeki. Powietrze i chmury zniknęły bez śladu. Trąba tworzyła jakby potworną klepsydrę olbrzymich rozmiarów, w której wirowały wyrwane krzaki, kamienie, duże kawały murawy i całe masy piasku. Był to jakiś nadziemski potwór.
Wreszcie dotarła do brzegu. Czy zatrzyma się i poleci tamtą stroną, w górę lub w dół, czy też się rozpadnie? Tak pytaliśmy się siebie nawzajem. Człowiek, któryby się dostał w obręb jej ruchów, byłby niechybnie zgubiony. Porwany wysoko i wykręcany na wszystkie strony, musiałby się udusić, jeśliby trąba nie grzmotnęła nim przedtem o ziemię i nie rozmiażdżyła kręcącemi się z nim masami.
Nad brzegiem zatrzymała się trąba, jakby dla namysłu. Górny lejek, zwężający się ku dołowi, pochylił się w dotychczasowym kierunku. Szarpał dolnym tak, że zdawało się, jakby się chciał oderwać. Wtem nastąpił straszliwy huk, zbite masy piasku, kamieni, krzów i murawy zniknęły, a natomiast podniósł się wysoki słup wody. Miał z początku kształt równego walca, lecz zwężając się w środku, przybrał wkrótce kształt dwu równych stożków, połączonych wierzchołkami. Z trąby powietrznej zrobiła się trąba wodna, która, jakby rozgniewana zatrzymaniem się nad rzeką, posuwała się teraz ze zdwojoną szybkością. Pochwyciwszy domek, leciała prosto na nas.
— Teraz na prawo! — krzyknąłem.
Przez tę krótką chwilę trudno było konie utrzymać. Poczuwszy niebezpieczeństwo, gnały tak, że nie potrzebowaliśmy ich napędzać. Wkrótce, obejrzawszy się, zobaczyłem ku mej radości, że trąba poszła w kierunku zachodnim, czyli od nas się oddaliła. Teraz mogliśmy się zatrzymać i uważać za ocalonych, jeśliby znowu nie powróciła.
To się na szczęście nie stało. Poleciała z niemniejszą chyżością dalej, nie przeźroczysta już, jak nad wodą, lecz znów ciemna i mętna. Wszystko, co napotykała, podrywała z ziemi. Rosła i robiła się coraz groźniejsza. Odrzucając daleko wszystko, czego wchłonąć w siebie nie zdołała, dążyła swoją drogą, na której wszystko niszczyła, aż naraz doleciał nas huk, od którego ziemia zadrżała, i trąba zniknęła.
W tej samej chwili jednak, nie wiadomo skąd, całe niebo zasnuło się czarną oponą i lunął deszcz kroplami, większemi niż groch.
— Nasz dom, nasze mieszkanie! Co się z niem stało? — lamentowała kobieta, przerywając po raz pierwszy milczenie.
Zamiast odpowiedzieć, puściliśmy konie szybkim kłusem ku domkowi. Lecz nie zastaliśmy go już na dawnem miejscu. Rozdarło, rozszarpało go, jak wiotki wiecheć słomy. Ciężkie pnie, grubości człowieka, powlokło daleko i porzuciło na ziemię. Z parkanu nie było ani śladu, ani słupa, ani deski, ani tyczki; wszystko powirowało w powietrze.
Kobieta popadła z przerażenia w stan bezczucia, co dla nas było nawet wygodne, bo mogliśmy pomyśleć o odszukaniu jej męża, syna i młodego Indyanina. Odkąd miałem rysunek, wiedziałem, gdzie mogli się znajdować. Tam na górze, pod którą rozleciała się trąba powietrzna, ponieważ była to dla niej nieprzezwyciężona przeszkoda. Ale jak mogła się trąba rozlecieć? W każdym razie zginęła, jak umierająca olbrzymka, która w walce ze śmiercią miażdży wszystko, co jej w ręce wpadnie. Obawialiśmy się, że tam rozegrają się straszliwe sceny, których chcieliśmy oszczędzić nieszczęśliwej kobiecie. Jednak, skoro tylko usłyszała, że idziemy szukać jej syna, odzyskała dawną energię. Nie chciała zostać. Wsiadła na konia i pojechała z nami.
Jak nagle deszcz się puścił, tak samo prędko rozjaśniło się niebo. Chmury zniknęły, jakby na znak czarodziejski, a słońce uśmiechnęło się z nieba, jak gdyby nic nadzwyczajnego nie zaszło.
Natomiast droga, którą jechaliśmy, wyglądała strasznie! Pas ziemi, nawiedzony przez trąbę, był przeszło sześćdziesiąt metrów szeroki, a na całej tej przestrzeni nie było ani źdźbła roślinności, jak gdyby ją kto zgolił. Trąba powyrywała jamy, istniejące zaś pozasypywała rumowiskiem, a po prawej i lewej stronie tej drogi zniszczenia leżały złomy, kamienie, krzaki i mnóstwo innych rzeczy, poodrzucanych przez trąbę.
Jeszcze gorszy stan znaleźliśmy na stoku góry. Z daleka już dostrzegliśmy spustoszenie. Zarośla, wydarte z ziemi, porwane w górę, zbite w nierozplątane kłęby, porozrzucał orkan na wszystkie strony. Trąba szukała przez pewien czas przejścia wzdłuż góry i rozwścieczona tem, że go znaleźć nie mogła, życie wszelkie na śmierć zamieniła. Obnażone skały podobne były do kamieniołomów, głęboko wykutych. Jaworów wodnych, których widokiem ucieszyłem się był, gdy tamtędy przejeżdżałem, nie mogłem teraz poznać. Pnie, grubości człowieka, leżały wyrwane z ziemi z korzeniami, a konary, grubości dziecka, były poskręcane jak liny. Największy jawor, ogołocony z wszystkich swoich gałęzi, przedstawiał z powodu głębokich i długich rozdarć widok opłakany. Ale gdzie byli oni? Oto dalej, po drugiej stronie, stał okulbaczony po indyańsku deresz i skubał łakomie liście olbrzymiego, zmierzwionego kłębu zarośli. Był to wierzchowiec Małego Jelenia, a gdzie był koń, tam musiał się znajdować także jego pan.
Gdyśmy tam podjechali, przedstawił się oczom naszym taki widok: potężny jawor, wyrwany przez wicher z ziemi, padając, zabrał w górę razem z silnymi i gęstymi korzeniami całą masę należącego do nich gruntu. Z pod ogromnego splotu korzeni zionęła szeroka i głęboka jama, podobna do jaskini. Tam siedzieli: jasnowłosy Józef i młody Apacz, zasłonięci przed deszczem nieprzenikliwym dachem korzeni. Roześmieli się do nas wesoło, gdy nas spostrzegli. Matka zeszła pospiesznie na dół i przycisnęła do serca jedynego syna. Apacz natomiast wyskoczył z jamy i zapytał:
— Czy wierzą mi teraz biali bracia, że rozumiem znak „bardzo głodnego wichru“?
— Wierzymy — odpowiedziałem.
— Ale jak zdołaliście się ocalić?
— Młody jeleń ukrył swego konia w zaroślach, potem wyprowadził go i dosiadł razem z niebieskooką bladą twarzą, ażeby uciec przed wiatrem. Kiedy wicher już się nasycił swemi ofiarami, przyjechał Iszarshiutuha tutaj i znalazł to, czego od trzech dni szukał z młodą bladą twarzą.
— Ty schodziłeś się potajemnie z Józefem?
— Tak. On jest synem owego człowieka z workami, którego tu zamordowano. Chodź i popatrz, gdzie Fajka Płonąca ukrył nuggety!
Zaprowadził nas na drugą stronę kłębu korzeni i tam ujrzeliśmy niedaleko pnia dwa worki ze skóry, poszarzałej już z nadgnicia. Po bliższem zbadaniu okazało się, że zawierały złoty pył i ziarnka złota. Józef wiedział już o wszystkiem, ale kiedy matka teraz usłyszała, że jej pierwszego męża zamordowano, co ja sam już odgadłem, omal nie upadła na ziemię z rozpaczy. Pewną pociechą było oczywiście dla niej posiadanie drogocennego kruszcu, lecz ona prawie nie chciała uwierzyć, że to jest naprawdę jej własnością. Na jej pytania zaczął Indyanin opowiadać:
— Bawół Ryczący był moim ojcem. Wyruszył raz z Fajką Płonącą w odwiedziny do wielkiego ojca[7] bladych twarzy, ażeby mu przedłożyć życzenia Apaczów, Obaj wodzowie jechali ku wschodowi. Po drodze zobaczyli, że trzej biali zabili czwartego, ponieważ ten odkrył złoto. Z morderców nazywał się jeden Złe Oko, drugi Ręka Kradnąca, a trzeciego nie znali. Ukarali oni morderstwo, zabiwszy Złe Oko i owego trzeciego. Ręka Kradnąca zniknął, zastrzeliwszy mojego ojca. Fajka Płonąca zakopał złoto i wziął z sobą na konia zwłoki Bawołu Ryczącego i puścił się w pogoń za Ręką Kradnącą, ale nie mógł go doścignąć. Wobec tego pogrzebał Fajka Płonąca ojca mego tam, gdzie go za dwa dni znajdę i pojechał sam do Waszyngtonu. Śmierć brata należało pomścić. Ja musiałem zemstę wykonać, jako syn jego. Upłynął jednak długi czas, ponieważ byłem jeszcze wtedy małem dzieckiem. Później dopiero wyruszyłem w drogę po skalp mordercy, gdyż tak mogłem zostać wojownikiem i otrzymać pozwolenie noszenia rury ognistej. Morderca mieszkał w chacie zamordowanego, zrobiwszy żonę jego swoją skwawą. Przez to chata stała się jego własnością i mógł szukać skarbu zakopanego.
Usłyszawszy to wyjaśnienie, krzyknęła nieszczęśliwa kobieta i zemdlała. Jej drugi mąż był mordercą pierwszego.
— Chcecie teraz zobaczyć Rękę Kradnącą? — zapytał Apacz. — Pójdźcie za mną!
Józef został przy nieprzytomnej matce, dla której chwilowy brak świadomości był dobrodziejstwem, a ja i Salters udaliśmy się za Indyaninem pod wielki jawor. Tam leżał Rollins na ziemi pod konarem, grubym na cztery stopy, który spadł nań i zmiażdżył mu nogi aż po brzuch.
— Tu jest — rzekł Apacz. — Chciałem wziąć sobie jego skalp, ale Wielki Duch już go osądził. Biorę zawsze skalp tylko tego męża, którego sam zwyciężyłem, jego zaś zabił gniew sprawiedliwego Manitou na tem samem miejscu, na którem dopuścił się mordu. Rozumiesz teraz pismo, które ci dałem do przeczytania?
— Zupełnie — odpowiedziałem.
— Fajka Płonąca nie umie pisać; kazał więc pismo to sporządzić słynnemu Inczu-Czunie, któremu wszystko opowiedział. Ty jesteś bratem tego wielkiego wojownika, dlatego tobie daruję pismo. Patrz, ten nędznik otwiera oczy! Może zdołasz z nim jeszcze pomówić. Ja odchodzę. To morderca mego ojca, powinienbym go zabić, ale nie chcę słuchać jego jęków. Czerwony mąż ma tak samo serce, jak blada twarz. On karze, ale nie dręczy powoli.
Powrócił do Józefa i jego matki, my natomiast musieliśmy jeszcze patrzeć na przedśmiertne chwile życia mordercy. Odzyskał wprawdzie przytomność, ale czuł, że śmierć się zbliża, przyznał się więc do wszystkiego. Nie mógł już mówić w pewnym związku, ale odpowiadał przynajmniej na pytania „tak“, lub „nie“. W ten sposób dowiedzieliśmy się jeszcze niektórych szczegółów tego strasznego wypadku, który go pozbawił spokoju na resztę życia.
Zauważywszy, że ścigający go Fajka Płonąca nie miał z sobą nuggetów, domyślił się, że ten zakopał skarb. Zmylił więc pościg za sobą, a sam wrócił na miejsce napadu. Tam z wielkim trudem wygrzebał dół na trupy, ażeby morderstwo pozostało w tajemnicy. W kilka dni później zastrzelił także brata pierwszej ofiary, ażeby kobiecie przedstawić się jako chętnie widziany obrońca. Potem mógł całkiem wygodnie szukać złota. Udało mu się więc wszystko, prócz rzeczy najważniejszej, bo nie mógł znaleźć nuggetów. Żądza złota i wyrzuty sumienia przyprawiły go niemal o szał. Nie cierpiał w swojem pobliżu obcych, bo się obawiał, żeby przez przypadek nie wyszły na jaw jego zbrodnie. Tak odpędzał Willa, mnie i Małego Jelenia, który udawał kulawego, ażeby pod tym pozorem zamieszkać u niego.
Lecz sprawiedliwość Boża dosięgła go. Umierał na tem samem miejscu, pod którem leżały kości zakopanej przez niego ofiary. W ostatniej chwili, jakby dla zwiększenia kary za zbrodnie, musiał się dowiedzieć od nas, że złoto, tak długo przezeń nadaremnie szukane, znalazło się i wpadło w ręce znienawidzonego przezeń chłopca.
A jednak Pan Miłosierny postąpił z nim jeszcze łagodnie. Zmiażdżone członki nie sprawiały mu bolu; zasnął na wieki bez westchnienia.
Żona jego, zawiadomiona o tem, nie chciała już nań patrzeć. My dwaj pochowaliśmy go, odmówiwszy nad nim modlitwę za umarłych.
Mały Jeleń wkrótce odjechał. Nie dał się zatrzymać, a kiedy ciężko doświadczona kobieta ofiarowała mu część złota, rzekł dumnie:
— Zachowaj sobie ten piasek. Apacz wie, gdzie można więcej znaleźć złota, lecz nie powie tego nikomu, a sam niem gardzi. Wielki Duch nie na to stworzył człowieka, żeby był bogaty, lecz żeby był dobry. Oby ci teraz dał tyle szczęścia, ile doznałaś cierpienia!
Dosiadł konia i zniknął nam z oczu.
Nazajutrz przed południem opuściliśmy także my owe strony, zabierając z sobą Józefa i jego matkę. Stary koń niósł złoto i resztę niewielkiego mienia matki i syna, kasztan kobietę, a mój gniady chłopca, my zaś kroczyliśmy obok pieszo. Pożegnaliśmy się z nimi w najbliższej osadzie, gdzie mogli zaczekać na lepszą sposobność do podróży. Trąba powietrzna spowodowała, że tak przykre otrzymali wieści o najdroższych dla nich istotach, a zarazem dała im środki do lepszego bytu.
Jeszcze podczas opowiadania o napadzie na pociąg i o towarzystwie traperskiem Fireguna wyszedł był jakiś pan z izby, przytykającej do wielkiej komnaty gospodniej i usiadł przy najbliższym stole. Te boczne pokoje przeznaczone są zwykle dla lepszych gości. Z tego, że stamtąd wyszedł, wywnioskowałem, że jest albo znakomitością jakąś, albo uprzywilejowanym znajomym gospodyni. Widocznie zajmowało go opowiadanie, bo przysłuchiwał się z nadzwyczajną uwagą. Pani Thick dawała mu jakieś znaki ruchami głowy, a niekiedy, patrząc na niego, wskazywała ręką na stół, przy którym siedział opowiadający. Tymi znakami sprowadziła mnie na domysł, że ów pan pozostawał w jakimś stosunku do osób, albo zdarzeń, o których mówiono. Utwierdziła mnie w tem przekonaniu ta okoliczność, że następnej krótkiej historyi poświęcał daleko mniej uwagi; a raz nawet przytknął był palce do ust, prosząc gospodynię o milczenie. Zaciekawił mnie swoją osobą. Zacząłem mu się przypatrywać oczywiście tak, żeby tego nie dostrzegł. Wprawdzie twarz jego była wichrami i deszczem wygarbowana i silnie ogorzała od słońca, jak gdyby przebywał zawsze tylko na wolnem powietrzu, lecz ja mimoto nie uważałem go za prawdziwego westmana. Jego uduchowione rysy twarzy, oczy więcej na wewnątrz zwrócone i zmarszczki myśliciela nad nasadą nosa kazały podejrzywać go o inny zawód, aniżeli traperski. Dla mnie był on zagadką, bo bardzo mało jest zajęć, któreby obok pracy umysłowej wymagały włóczenia się po preryi i puszczy, a jeżeliby nawet zdarzyło się takie połączenie zajęć, to byłoby to jakieś amatorstwo, jak np. u etnografa, który opowiedział ostatnią historyę.
Skończywszy, dodał etnograf uwagę:
— Przyznacie teraz, że już przed Winnetou znajdowali się wśród Apaczów inteligentni i poważani ludzie. Albo zachowanie się tego czerwonego chłopca nie zasługiwało na pochwałę? Zarazem potwierdza moja historya, że są biali, o wiele gorsi od najgorszych Indyan. Wśród tych białych bywają nieraz osoby, które ze względu na swoje stanowisko i wykształcenie mogłyby każdemu za wzór służyć, a tymczasem przodują podłością i nikczemnością. Słyszałem właśnie niedawno opowiadanie o pewnym hrabi hiszpańsko-amerykańskim, który połączył się z Komanczami, ażeby napaść na swoją własną hacyendę i wymordować jej mieszkańców. Gdyby nie wódz Apaczów, Serce Niedźwiedzie i wódz Mizteków, Czoło Bawole, byliby wszyscy biali musieli teraz gryźć ziemię.
— Znacie tę historyę? — zapytano dokoła.
— Niedokładnie. Czynny był tam wtedy także słynny biały myśliwiec, zwany, jeśli się nie mylę, Grot Piorunowy.
— I rolę łotra odegrał hrabia? Prawdziwy hrabia?
— Prawdziwy hrabia, którego ojciec należał do najdostojniejszych i najbogatszych ludzi w kraju.
— Jak się ten drab nazywał?
— Hrabia Roderig,.. Rod... Rod... zapomniałem nazwiska i nie mogę sobie przypomnieć.
Wtem padły z dalszego stołu słowa:
— Hrabia Rodriganda. Czy jego macie na myśli?
— Właśnie jego! Znacie zatem to nazwisko?
— Bardzo dobrze.
— A słyszeliście o tym wypadku?
— Nietylko słyszałem, lecz nawet znam hrabiego i wszystkie osoby, które w tym wypadku udział wzięły. Znam także hacyendę, o której mówiliście, i całą okolicę, gdyż tam mieszkam i jestem prawnym zastępcą sennora Arbelleza, na którego wymierzony był ów napad.
— Co? jego prawnym zastępcą! W takim razie musicie znać te ciekawe dzieje?
— Znam je tak, jak gdybym je sam przeżył.
— Dlaczego jednak opuściliście tamte strony przeprawiliście się przez rzekę?
— W interesach, sir. Jestem tu w Stanach z powodu pewnego procesu.
— Tak? Gdyby adwokaci nie trzymali się głupiego zwyczaju żądania zapłaty za każde swoje słowo, to przedłożyłbym wam pewną prośbę.
— Hm! Widocznie nie macie o nas zbyt dobrego wyobrażenia!
— Tak źle nie myślę. Chciałem tylko podkreślić, że ci panowie wiedzą, co znaczy dolar.
— Ja także wiem o tem, ale bywają u mnie czasy, kiedy jestem w dobrym humorze nie każę sobie płacić.
— Rzeczywiście?
— Tak.
— A teraz jaki jest czas? Czy jesteście w dobrym humorze?
— W jak najlepszym.
— Mogę więc wyjechać z prośbą?
— Spróbujcie, sir!
Well! Owóż chciałbym, żeby obecni tu gentlemani usłyszeli historyę o hrabi Rodrigandzie. Opowiecie ją nam?
— Owszem, ale ona nie taka krótka, jak wasza. Czy gentlemani mają czas?
— Czemuby nie? U pani Thick każdy ma czas wypić tyle szklanek, ile chce i zostać, dopóki mu się spodoba, zwłaszcza, gdy zatrzymuje go coś zajmującego. Pójdźcię jednak do naszego stołu, ażebyście nie musieli zbytnio natężać głosu!
— Zrobię to chętnie. Słyszałem wasze opowiadania, które mi się dość podobały, i z wdzięczności za to spróbuję dać dowód na wasze twierdzenie, że są biali łotrowie, którym żaden czerwony nie dorówna w podłości.
Sennor, ubrany całkiem po meksykańsku, przyszedł ze szklanką, zajął wskazane mu miejsce, zapalił nieodstępnego papierosa i zaczął opowiadać:
— Nurtami rzeki Rio Grande płynęło powoli lekkie kanoe, zbudowane z długich kawałków kory, spojonych smołą i mchem, a w niem siedzieli dwaj ludzie, dzieci odmiennych ras. Jeden kierował sterem, a drugi siedział swobodnie w dzióbie, zajęty robieniem naboi z papieru, prochu i kul.
Sternika cechowały śmiałe, ostre rysy twarzy i przenikliwe oko Indyanina. Lecz bez tego można było poznać po ubraniu, że należał do rasy amerykańskiej. Miał skórzaną bluzę myśliwską, wystrzępioną fantastycznie w szwach, parę legginów ze szwami bocznymi, ozdobionymi włosami zabitych przezeń nieprzyjaciół i mokassyny o podwójnej podeszwie. Na obnażonej jego szyi wisiał sznur zębów szarego niedźwiedzia, a z włosów, zwiniętych w wysoki czub, sterczały trzy orle pióra, na znak, że był wodzem. Obok niego, na dnie łodzi, leżała miękko wygarbowana skóra bawola, która mu zastępowała płaszcz. Za pasem tkwił błyszczący tomahawk, oraz obosieczny nóż skalpowy obok worków z prochem i kulami. Na skórze bawolej leżała długa dwururka z kolbą, ozdobioną srebrnymi gwoździami, a liczne nacięcia na nasadzie lufy oznaczały, ilu nieprzyjaciół zabił właściciel strzelby. Do sznura z zębami niedźwiedzimi na szyi przytwierdzony był kalumet. Z kieszeni bluzy wyzierały głownie dwu rewolwerów. Ta rzadka u Indyan broń dowodziła na pewno, że jej posiadacz wszedł w blizką styczność z cywilizacyą.
Trzymając ster w prawej ręce, przypatrywał się towarzyszowi, nie troszcząc się pozornie o nic więcej, lecz bystry obserwator byłby zauważył, że z pod nizko spuszczonych jego rzęs padały na brzegi zamaskowane spojrzenia, właściwe myśliwcom, przygotowanym na to, że życiu ich może każdej chwili grozić niebezpieczeństwo.
Towarzysz jego był białym. Wysoki i smukły, ale nadzwyczaj silni zbudowany, miał jasną brodę, która mu dodawała piękności. Ubrany był także w skórzane spodnie, wsunięte w cholewy ciężkich butów, błękitną kamizelkę i taką samą jubkę myśliwską. Szyję miał wolną i obnażoną, a na głowie kapelusz z szerokiemi kresami, podobny do spotykanych zwykle na dzikim Zachodzie.
Obaj mogli być w równym wieku około dwudziestu ośmiu lat i obaj zamiast ostróg mieli kolce, które dowodziły, że jechali na koniach przedtem, za nim zbudowali sobie kanoe, aby popłynąć na niem z biegiem Rio Grande.
Unoszeni szybko przez wodę, usłyszeli nagle rżenie konia. Skutek tego głosu był błyskawiczny, gdyż zanim jeszcze przebrzmiał, leżeli już obydwaj na dnie łodzi tak, że ich zewnątrz nie można było zobaczyć.
Tkli, koń! szepnął Indyanin w języku Apaczów.
— Stoi tam dalej, na dole! — rzekł biały.
— Zwietrzył nas. Kto może być jeźdźcem?
— Ani Indyanin, ani dobry biały myśliwiec — odpowiedział biały.
— Czemu?
— Doświadczony jeździec nie pozwoli koniowi rżeć tak głośno.
— Co zrobimy?
— Skierujmy się ku brzegowi. Wylądujemy i podejdziemy tam.
— A kanoe tu zostanie? — zapytał Indyanin. — Może to nieprzyjaciele, którzy wabią nas na brzeg, żeby nas zabić?
Pshaw! Mamy także broń!
— To niech przynajmniej biały brat pilnuje kanoe, a ja zbadam okolicę!
— Dobrze!
Pchnęli łódź ku brzegowi, Indyanin wysiadł, a biały został i z bronią w ręku czekał jego powrotu. Już w kilka minut zobaczył go, nadchodzącego w wyprostowanej postawie, na dowód, że niema niebezpieczeństwa.
— No? — zapytał biały.
— Jakiś biały śpi za krzakiem.
— Ach! Myśliwiec?
— Uzbrojony tylko w nóż.
— Czy nikogo niema w pobliżu?
— Nie widziałem nikogo.
— To chodźmy tam!
Wyskoczył z łodzi i przywiązał ją, potem wziął swoją rusznicę, wyciągnął do połowy oba rewolwery, ażeby być gotowym do walki i poszedł za Indyaninem. Niebawem dostali się do śpiącego, obok którego stał przywiązany koń, okulbaczony po amerykańsku.
Człowiek ów miał na sobie szersze ku dołowi meksykańskie spodnie, białą koszulę i po huzarsku z ramion zwisającą bluzę. Spodnie i koszula ściągnięte były szalem, owiniętym jak pas dokoła bioder. Oprócz noża nie było u niego widać innej broni. Żółty sombrero leżał na twarzy dla ochrony od ciepłych promieni słońca. Człowiek ten spał tak mocno, że nie usłyszał zbliżenia się obcych.
— Hola, chłopcze, zbudźno się! — zawołał biały, potrząsając go za ramię.
Śpiący zbudził się, zerwał się z ziemi i dobył noża.
— Do stu piorunów! Czego tu chcecie? — zawołał głosem, upojonym snem.
— Najpierw wiedzieć, kto jesteś.
— A kto wy?
— Hm, zdaje się, że się obawiasz tego czerwonego męża. To niepotrzebne, stary chłopcze. Ja jestem traperem nazwiskiem Helmers, a ten to Szosz-in-liet, wódz Apaczów Icarilla.
— Szosz-in-liet? — powtórzył obcy. — W takim razie nie boję się, gdyż ten wielki wojownik jest przyjacielem białych.
Szosz-in-liet znaczy po polsku: serce niedźwiedzie.
— No, a ty? — zapytał biały, który się nazwał Helmersem.
— Jestem wakerem[8] — odrzekł zbudzony.
— Gdzie?
— Po tamtej stronie rzeki.
— U kogo?
— U hrabiego Rodrigandy.
— A skąd się wziąłeś po tej stronie?
— Do wszystkich dyabłów! Powiedzcie raczej, jak ja się dostanę napowrót! Ścigają mnie!
— Kto taki?
— Komancze.
— To dziwna rzecz. Komancze ciebie ścigają, a ty kładziesz się tu spać z całym spokojem.
— Dyabeł niech nie śpi po takiem zmęczeniu!
— Gdzie spotkałeś Komanczów?
— Stąd prosto na północ, w stronie Rio Pecos. Było nas piętnastu mężczyzn i dwie kobiety, ich zaś było sześćdziesięciu.
— A do kroćset! Walczyliście?
— Tak.
— Dalej, dalej!
— Co dalej? Napadli na nas, nieprzeczuwających ich obecności, to też większą część naszych zabili, a kobiety wzięli do niewoli. Nie wiem, ilu jeszcze umknęło oprócz mnie.
— Skąd jechaliście i dokąd?
Wakero nie był rozmowny. Każde słowo trzeba było z niego wyciągać.
— Jechaliśmy do Forte del Quadelupe po panie, które były tam w odwiedzinach. Napad nastąpił w powrocie.
— O jakich paniach mówicie?
— O sennoricie Arbellez i Indyance, Karji.
— Kto jest sennorita Arbellez?
— Córka naszego inspektora.
— A Karja?
— Siostra Tekalta, wodza Mizteków.
Ciekawość Niedźwiedziego Serca zaczęła wzrastać.
— Siostra Tekalta? — spytał.
— Tak.
— To mój przyjaciel. Wypaliliśmy z sobą fajkę pokoju. Siostra jego serca nie powinna zostać w niewoli. Czy moi biali bracia ruszą ze mną, by ją odbić?
— Wszak wy koni nie macie! — zauważył wakero.
Indyanin rzucił nań pogardliwe spojrzenie i odpowiedział:
— Serce Niedźwiedzie ma konia, kiedy mu go potrzeba. Za godzinę weźmie go sobie od psów Komanczów.
— Do stu dyabłów! Tego byłbym nie przypuścił!
— To rozumie się samo przez się — zapewnił biały.
— Jakto?
— Kiedy na was wczoraj napadnięto?
— Wieczorem.
— A jak długo tu spałeś?
— Zaledwie kwadrans.
— To Komancze będą tutaj niebawem.
— A do wszystkich dyabłów!
— Z pewnością!
— Czemu?
— Jesteś wakerem i nie znasz zwyczajów Indyan? Jakie zamiary mogą oni mieć co do kobiet? Czy wzięli je do niewoli dla okupu?
— Nie, napewno nie. Powloką je z sobą, by z nich sobie żony porobić, ponieważ obie są młode i piękne.
— Słyszałem, że dziewczęta Mizteków słyną z piękności. Skoro więc Komancze nie zechcą wydać tych pań, muszą się postarać o to, żeby nie wyśledzono miejsca ich pobytu i ukryć swoje ślady. W tym celu nikomu z was nie pozwolą umknąć i wyruszyli z pewnością w pościg za tobą, byś nie doniósł o tem wiadomości do domu.
— Teraz rozumiem! — rzekł wakero.
— Komancze byli oczywiście na koniach?
— Tak.
— Będą więc ciebie ścigali, trzymając się twego śladu i przybędą tu na koniach.
— Przeklęta sprawa! Tak łatwo to sobie wyobrazić, a ja nad tem nie pomyślałem.
— Zdaje się, nie odznaczasz się szczególną bystrością umysłu. Czy przypuszczałeś, że cię będą ścigali?
— Owszem!
— Dla czegóż więc położyłeś się spać?
— Byłem bardzo znużony ucieczką.
— Powinienbyś był przynajmniej przeprawić się przez rzekę!
— Rzeka za szeroka, a koń bardzo zmęczony.
— Dziękuj Bogu, że nie jesteśmy Indyanami! Byłbyś tu zasnął i przebudził się aż w raju, bez skóry na głowie. Czy jesteś głodny?
— Tak.
— To chodź z nami do łodzi, ale zaprowadź wpierw konia za krzaki, ażeby go nie było widać zdaleka!
Rozmowę tę prowadził tylko Helmers z wakerem, a Serce Niedźwiedzie wrócił był do czółna i położył się na skórze bawolej. Wakero dostał mięsa, wody napił się z rzeki i w ten sposób zaspokoił głód i pragnienie.
Gdy jeszcze jadł, pytał go Helmers o jego bliższe stosunki, a po jakimś czasie opuścił kanoe, ażeby wyleźć na wzniesiony nieco brzeg i rozejrzeć się dokoła. Ledwie się wydostał na wzgórze, wydał okrzyk zdziwienia:
— Hola, nadchodzą! Omal że nie przeliczyliśmy się w czasie.
W tej samej chwili prawie był już Indyanin przy nim i przypatrywał się Komanczom.
— Sześciu jeźdźców! — powiedział.
— Na każdego z nas po trzech.
Biały traper nie myślał widocznie o tem, żeby także wakero wziął na siebie choć jednego z nieprzyjaciół.
— Kto zabierze konia? — spytał Serce Niedźwiedzie.
— Ja — odrzekł biały.
Indyanin skinął głową i dodał:
— Ani jeden z tych Komanczów nie powinien nam umknąć!
— To rozumie się samo przez się — zapewnił Helmers, a zwróciwszy się do wakera, zapytał: — Masz tylko nóż?
— Tak.
— Wobec tego nic nam nie pomożesz w tej sprawie. Zostań w łodzi, a ja wezmę tymczasem twojego konia.
— A jeśli go zastrzelą? — zastrzegł się ze strachem.
— Śmiej się z tego! Dostaniemy sześć innych za niego!
Meksykanin musiał się poddać zarządzeniu białego. Położył się na dnie łodzi, a tamci dwaj udali się na miejsce, gdzie go przedtem zastali. Ustawiwszy się obok ukrytego w zaroślach konia, czekali.
Jeźdźcy, których Helmers zobaczył najpierw jako sześć ciemnych punktów, zbliżali się szybko. Wkrótce można już było rozpoznać ich broń i odzież.
— Tak, to psy Komancze! — rzekł Serce Niedźwiedzie.
— Pomalowali się wojennemi barwami, nie dadzą więc pardonu. — zauważył Helmers.
— I sami go nie dostaną!
— Najpierw przekonają się o tem dwaj ostatni, a przedni już nam nie ujdą.
— Ja biorę ostatnich na siebie — rzekł Apacz.
— Dobrze!
Komancze zbliżyli się już na pół kilometra, ale ciągle jeszcze jechali cwałem. Za chwilę mieli się znaleźć w promieniu celności strzelb.
— A to głupcy! — roześmiał się Helmers.
— Ci Komancze nie mają mózgu i nie mogą myśleć!
— Powinniby przynajmniej przypuścić, że wakero ukryje się tu i czeka na nich. Sądzą pewnie, że natychmiast przeprawił się przez rzekę.
— Ugh! — rzekł Apacz.
Wezwawszy w ten sposób towarzysza do baczności, podniósł rusznicę, a Helmers uczynił to samo. Huknęły dwa wystrzały, potem drugie dwa, a czterech Komanczów tarzało się po ziemi. Po małej chwilce wypadł Helmers z zarośli na koniu wakera. Pozostali dwaj Komancze stropili się bardzo. Zanim zdołali zawrócić konie, ujrzeli przed sobą białego. Podnieśli tomahawki do śmiertelnego ciosu, lecz on jeszcze przed nimi dobył rewolweru, wypalił po dwakroć i dwaj ostatni Komancze runęli z koni na ziemię.
Zwycięstwo odniesiono w niespełna dwu minutach, a konie poległych z łatwością schwytano.
Teraz nadszedł wakero, który przypatrywał się wszystkiemu z kanoe.
— Do dyabła! — rzekł. — A to zwycięstwo!
— Ba! — roześmiał się Helmers. — Co to jest sześciu Komanczów? Właściwie należałoby oszczędniej obchodzić się z krwią ludzką, bo to sok, najcenniejszy ze wszystkich, ale ci Komancze nie zasługują na nic innego.
Zabrano poległym broń i rzucono w trawę a Serce Niedźwiedzie zdjął skalpy z obu Indyan, zabitych przez siebie i przywiesił je sobie do pasa. Biały nie wziął skalpów.
— Co dalej? — spytał Helmers. — Czy wyruszamy natychmiast?
— Oczywiście! — odpowiedział Apacz. — Siostra przyjaciela nie powinna napróżno oczekiwać pomocy!
— Czy weźmiemy z sobą wakera?
Serce Niedźwiedzie zmierzył go okiem i odrzekł:
— Czyń, jak chcesz!
— Pójdę z wami! — oświadczył Meksykanin.
— Wątpię, czy nam się na co przydasz.
— Czemu?
— Bohaterem nie jesteś.
— Wszak nie miałem teraz broni!
— Ale podczas wczorajszego napadu umknąłeś.
— Ażeby pomoc sprowadzić.
— Ach! Tak! A zdołasz odszukać miejsce, w którem na was napadnięto?
— Z pewnością.
— To przyłącz się do nas!
— Czy mogę sobie wziąć trochę broni od Indyan?
— Możesz. Weź sobie także jednego konia. Twego puścimy wolno, bo zanadto zdrożony i przeszkadzałby nam tylko.
Dosiedli trzech najlepszych koni, resztę puścili na wolność i mały orszak ruszył w drogę.
Dążyli na północ, ciągle ku Rio Pecos. Droga wiodła z początku przez otwartą preryę, potem zaś wynurzyła się przed nimi sierra z górami, porosłem i lasem. Jechali dolinami i parowami, dopiero wieczorem wydostali się na wzgórze, skąd można było objąć okiem małą sawannę.
— Ugh! — zawołał Apacz, jadący na przedzie.
— Co tam? — zapytał Helmers.
— Popatrz!
Serce Niedźwiedzie wyciągnął ręce i wskazał na dół przed siebie.
Tam rozłożył się obozem oddział Indyan. Wśród nich dostrzeżono pojmanych. Helmers wziął do ręki małą lunetę, przyłożył do oka i patrzył.
— Co mój biały brat widzi? — zapytał Apacz.
— Czterdziestu dziewięciu Komanczów.
Pshaw! — rzekł lekceważąco Indyanin.
— I sześciu pojmanych.
— Czy są także kobiety?
— Dwie.
— Uwolnimy je!
Słowa te powiedział wódz z takim spokojem ducha, jak gdyby się to samo przez się rozumiało, że on jeden mógłby wziąć na siebie kopę Komanczów.
— Wieczorem? — zapytał Helmers.
Apacz skinął głową w odpowiedzi.
— Ale jak?
— Jak na wodza Apaczów przystało! — odparł dumnie Serce Niedźwiedzie.
— Zgoda. Czterdziestu dziewięciu Komanczów nie może postawić stu ludzi na straży.
— Ukryjmy się zaraz!
— Dlaczego? — wtrącił wakero.
— Chcesz się może pokazać? — zapytał Helmers.
— Nie, ale tu przecież nie mogą nas dostrzec.
— Mógł jeszcze ktoś umknąć prócz ciebie. Tego ścigano z pewnością także, a gdy ścigający powrócą, mogliby nas bardzo łatwo zobaczyć. Potrzymaj konie! Musimy najpierw zatrzeć nasze ślady.
Wrócił z Sercem Niedźwiedziem pewną część drogi, którą przyszli, ażeby uczynić niewidocznymi odciski kopyt, poczem wyszukali na wzgórzu kryjówkę w najgęstszych zaroślach i ukryli tam konie.
Słońce zaszło i nastąpił wieczór. Wkrótce zapadła ciemna noc, mimo to w kryjówce nie było żadnego ruchu. Najlepszą porą do napadu była chwila przed północą.
— Czy obmyśliłeś sobie, jak wykonać nasz plan? — zapytał Helmers Apacza.
— Tak — odparł Indyanin.
— Jakże to zrobisz?
— Tak, jak waleczni zrobić powinni. Czy potrafisz zabić strażnika tak, żeby głosu z siebie nie wydał?
— Potrafię.
— Dobrze! W takim razie zakradniemy się, zabijemy straż, przetniemy więzy pojmanych i umkniemy z nimi.
— Oczywiście na koniach?
— Tak.
— To czas już zacząć, bo skradanie się to nudna sprawa.
— Czy wakero zostanie? — spytał Apacz.
— Tak. Będzie trzymał konie.
— Gdzie będzie na nas czekał?
— Tam, skąd po raz pierwszy dostrzegliśmy Komanczów. Chcąc dostać się nad Rio Grande, będziemy musieli tamtędy przechodzić.
— To zaczynajmy!
Obaj śmiałkowie pochwycili strzelby i odeszli, wydawszy wakerowi odpowiednie zlecenia.
Na dolinie płonęło tylko jedno strażnicze ognisko, a dokoła niego leżeli śpiący Komancze, oraz powiązani jeńcy. Straży należało szukać zewnątrz tego koła. Gdy obaj dostali się na dolinę, rzekł Serce Niedźwiedzie:
— Ja pójdę w prawo, a ty w lewo.
— Dobrze! Na wszelki wypadek uwalniamy najpierw kobiety.
Po tem zastrzeżeniu rozeszli się.
Helmers ruszył w prawo dokoła obozu. Oczywiście nie w postawie stojącej, lecz w sposób, używany na preryi w takich razach. Człowiek kładzie się na ziemi i sunie się jak wąż zwolna, ostrożnie. Nie można przytem dać się słyszeć, ani się pokazać, a zarazem trzeba się starać, żeby konie nic nie zwietrzyły, bo trwożliwem parskaniem zdradziłyby zaraz obecność nieprzyjaciela.
Tak uczynił Helmers. Zatoczywszy najpierw wielki łuk, zwężał go zwolna, dopóki nie zauważył ciemnej postaci, kroczącej powoli tam i napowrót. Była to straż. Helmers skradał się dalej z największą ostrożnością. Na szczęście noc była ciemna, a ognisko już nie świeciło. Podszedł do strażnika na odległość pięciu kroków, potem pobiegł nagle ku niemu, chwycił go z tyłu lewą ręką za gardło, ścisnął je tak mocno, że głos nie mógł się wydostać, a prawą wbił mu długi nóż w piersi. Strażnik padł, nie wydawszy głosu, ani nie wywoławszy najmniejszego szmeru.
W ten sposób udało się Helmersowi w kwadrans potem uczynić nieszkodliwym drugiego strażnika, poczem zetknął się z Sercem Niedźwiedziem, który tak samo zabił dwu Komanczów.
— Teraz do kobiet! — szepnął Indyanin.
— Ale ostrożnie! — prosił Helmers.
Pshaw! Apacz jest odważny, a zarazem ostrożny. Naprzód! — zabrzmiała ledwie dosłyszalna odpowiedź.
Zwrócili się pocichu przez wysoką trawę ku ognisku. Kobiety rozpoznali łatwo po jasnej barwie sukien. Helmers dostał się do nich pierwszy i zbliżył usta do ucha jednej z nich. Dostrzegł przytem w ciemności, że miała oczy otwarte.
— Nie lękaj się, pani i zachowaj się cicho! — szepnął. — Dopiero gdy przyjaciółce pani także więzy rozetnę, pośpieszy pani do koni.
Zrozumiała go. Niewiasty leżały obok siebie ze związanemi rękoma i nogami. Helmers przeciął rzemienie, które wżarły im się w ciało.
Skoro tylko Apacz zauważył, że biały zajął się kobietami, poczołgał się do pojmanych mężczyzn, których było czterech. Nieszczęśliwcy nie spali. Niedźwiedzie Serce wziął do ręki nóż, żeby poprzecinać rzemienie, uwolnił był już dwóch, gdy wtem nagle powstał z ziemi jeden z Indyan, dosłyszawszy w półśnie ruchy Apacza. Serce Niedźwiedzie zerwał się wprawdzie natychmiast i pchnął go nożem w piersi, ale przebity zdołał jeszcze wydać okrzyk ostrzegawczy.
— Naprzód do koni! — zawołał Apacz, przecinając błyskawicznie pęta dwu pozostałych jeńców.
Zerwali się i popędzili do koni.
— Prędzej, prędzej, na miłość Boga! — zawołał także Helmers.
Pochwycił obie kobiety za ręce i pociągnął je do koni, ale one nie mogły prędko iść, bo więzy im bardzo zaszkodziły.
— Serce Niedźwiedzie! — krzyknął Helmers w najwyższej trwodze.
— Tutaj! — zabrzmiał głos Apacza.
— Prędzej do mnie!
W następnej chwili był wódz przy nim. Pochwycił jedną z kobiet na ręce i pobiegł z nią do koni, a Helmers zrobił z drugą to samo. Wskoczyli na siodła, wciągnęli kobiety, przecięli lassa, któremi konie były przywiązane i popędzili.
Wszystko to odbyło się w wielkim strachu, lecz z szybkością błyskawicy, na szczęście w sam czas, bo ledwie ruszyli z miejsca, już huknęły za nimi strzały Komanczów.
Indyanie nie przypuszczali wcale możliwości napadu i spali mocno. Teraz zerwali się i chwycili za broń. Utworzywszy bezładny kłąb, zdali sobie sprawę ze stanu rzeczy dopiero wtedy, gdy jeńcy już odjeżdżali. Poskoczyli zaraz do pozostałych koni i puścili się za uciekającymi w pogoń.
Helmers i Apacz znali drogę, dlatego jechali na czele, a każdy z nich trzymał przed sobą na siodle dziewczynę. Na wzgórzu czekał na nich wakero. Usłyszawszy, że nadjeżdżają, wsiadł na konia, a dwa luźne, wziął za cugle.
— Za nami! — zawołał Helmers na niego.
Tak odbywała się ta dzika gonitwa wśród zupełnych ciemności. Po drugiej stronie wzgórza pognali na dolinę, na przedzie zbiegi, a za nimi Komancze, nabijając bez ustanku strzelby i strzelając. Nie trafili jednak nikogo. Nareszcie wydostano się na wolną preryę, a wtedy można było pomyśleć o obronie.
— Czy sennora jeździ konno? — zapytał Helmers swoją panią.
— Tak.
— Oto są cugle. Proszę jechać ciągle naprzód!
Zeskoczył z konia i wsiadł na swego, prowadzonego dotąd przez wakera. Gdy także Apacz uczynił to samo, utworzyli straż tylną i trzymali Indyan w szachu swojemi doskonałemi strzelbami. Tak pędzili do świtu, Rano pokazało się, że Komancze zostali daleko w tyle, częścią z ostrożności, a częścią dlatego, że nie chcieli, teraz jeszcze natężać swych koni, jak zbiegowie.
— Zwolnijmy biegu! — rzekł wakero.
— Nie — odparł Helmers. — Jedźmy ciągle jak najprędzej, ażeby rzeka odgrodziła nas od Komanczów.
Teraz mógł się dokładniej przypatrzyć obu uwolnionym kobietom. Jedna była Hiszpanką, a druga Indyanką, ale obie piękne w swoim rodzaju.
— Czy sennorita wytrzyma jeszcze dalej taką jazdę? — zapytał pierwszą.
— Jak długo pan zechce — odrzekła.
— Jak mam panią nazywać?
— Nazywam się Ema Arbellez. A pan?
— Helmers. Będziemy wkrótce musieli przeprawić się przez rzekę, sennorito.
— Czy nam się to uda?
— Spodziewam się. Niestety tylko trzej z nas są uzbrojeni. Nad Rio Grande leży reszta broni, odebranej wczoraj Komanczom.
— Walczyliście już wczoraj?
— Tak. Spotkaliśmy wakera i dowiedzieliśmy się od niego o bliższych szczegółach. Zabiliśmy jego prześladowców i postanowiliśmy was także wyswobodzić.
— Dwóch przeciwko tylu! — dziwiła się.
Gdy zbiegowie dostali się nad Rio Grandę, zostawili pogoń tak daleko za sobą, że im całkiem z oczu zniknęła. Broń zastrzelonych Indyan leżała jeszcze na miejscu, rozdzielono więc ją pomiędzy tych, którzy broni nie mieli. Z ocalonych mężczyzn trzej byli wakerami, a jeden majordomo, czyli marszałek domu.
— Co poczniemy teraz? — spytał ten ostatni. — Czy zaczekamy na Indyan, ażeby im dać pamiątkę? Mamy teraz ośm strzelb.
— Nie, przeprawimy się przez wodę. Po tamtej stronie będzie dla nas rzeka linią obronną. Panie usiądą w łodzi — rzekł Helmers.
Tak się stało. Majordomo popłynął z paniami na drugą stronę, a reszta przedostała się przez wodę na koniach. Wszystko odbyło się szczęśliwie, a kiedy wydostano się na drugą stronę, zatopiono kanoe i poczyniono przygotowania do obrony. Podczas tego trzymała się Ema Arbellez ciągle boku Helmersa.
— Czemu dalej nie jedziemy, sennorze? — zapytała.
— Roztropność na to nie pozwala — odpowiedział. — Ściga nas nieprzyjaciel, przewyższający nas znacznie pod względem liczby.
— Ależ mamy ośm strzelb! — rzekła odważnie.
— Przeciwko pięćdziesięciu nieprzyjacielskim. Zważ, pani, że mamy bronić kobiet!
— Sądzi więc pan, że powinniśmy zaczekać, aż nas tu oblegną?
— Nie. Komancze pomyślą, że po przeprawieniu się ruszyliśmy dalej natychmiast. Pójdą więc odrazu do wody, a gdy ich będzie dość w rzece, przerzedzimy ich szeregi tak, że zaniechają pogoni.
— A jeśli będą ostrożni?
— O ile?
— Jeżeli wyślą najpierw ludzi na zwiady?
— Hm, istotnie mogą to zrobić!
— Co pan przeciw temu zarządzi?
— Pojedziemy dalej i zawrócimy tu łukiem. Naprzód więc, zanim się zjawią!
Dosiedli znowu koni i podążyli wyciągniętym cwałem w głąb równiny. Tam zatoczyli łuk i wrócili na brzeg nieco powyżej miejsca przeprawy. Zaledwie się to stało, dał się po drugiej stronie słyszeć tętent kopyt końskich.
— Nadchodzą! — rzekł majordomo.
— Trzymajcie konie za nozdrza, żeby nie rżały! — nakazał Helmers.
Rozsądna dziewczyna miała słuszność. Komancze zbadali ślady po drugiej stronie rzeki, a potem dwu z nich wjechało ostrożnie w wodę. Przybywszy na tę stronę, znaleźli trop, wiodący dalej.
Ni-uake, mi ua o-o, ni esz miusziame, tu ich widzimy; możecie przejść! — zawołali na drugi brzeg.
Na to wezwanie wparli Indyanie konie do wody, jeden za drugim. Rzeka była tak szeroka, że pierwszy nie dostał się był jeszcze do tego brzegu, kiedy ostatni tamten opuścił. Zbiegowie siedzieli ukryci w krzakach. Nadeszła chwila stanowcza.
— Gdzie mierzyć?
— Do pierwszych w wodzie. Ci na brzegu już nam nie ujdą!
— Tylko niech dwóch nie strzela w jednego! — upomniał Apacz. — Strzelamy do nich szeregiem tak, jak stoimy.
— Dobrze, doskonale! — rzekł Helmers. — Już?
— Tak — szepnął każdy.
— A więc ognia!
Ośm dobrze wymierzonych strzałów huknęło w jednej chwili, jak z armaty i ośmiu pierwszych Komanczów zniknęło w wodzie. Helmers i Apacz mieli dwururki, wypalili więc powtórnie i utopili jeszcze dwu.
— Nabić czemprędzej znowu! — zawołał Helmers.
Dziwny, śmieszny niemal był widok skutku, jaki pierwsza salwa wywarła na pozostałych przy życiu Indyan. Zawróciwszy konie, popłynęli ku przeciwnemu brzegowi. Wielu zsunęło się ostrożnie z koni i popłynęło obok nich, ażeby się ukryć za nimi. Ci dwaj, którzy byli już na tym brzegu, okazali najwięcej niepokoju, a zarazem najwięcej nieostrożności. Porwawszy strzelby z ramion, pojechali cwałem w głąb lasu. Helmers zaś wydobył natychmiast rewolwer i pobiegł naprzeciw nich zaroślami tak, że go nie widzieli. Kiedy mieli minąć to miejsce, na którem się znajdował, wypalił dwa razy, a czerwoni pospadali z koni bez życia.
— Hola, mamy jeszcze dwie nabite strzelby! — zawołał Helmers.
— Będą dla nas! — odrzekła Ema Arbellez.
— Umie pani strzelać?
— Umiemy obie.
— W takim razie baczność!
Odskoczył wstecz, gdzie zostawił był swoją dwururkę, panie zaś pochwyciły strzelby Komanczów. Odbyło się to tak szybko, że od pierwszej salwy upłynęła ledwie minuta. Tymczasem nabito znowu.
— Ognia! — zabrzmiała komenda.
Nieprzyjaciele nie dosięgli byli jeszcze drugiego brzegu, kiedy padła nowa salwa z pojedynek i dwururek. Kilku rannych spłynęło z wodą, a kilku nieuszkodzonych, udając nieżywych, pozwoliło się także unieść prądowi, by zwieść dzielnych obrońców.
— Chcą nas oszukać! — zawołał Helmers. — Nabijmy prędko znowu i chodźmy za łajdakami wzdłuż brzegu! Kto nie tonie, ten jeszcze żyje!
Posłuchano słów jego i wkrótce liczba zabitych wynosiła więcej niż dwudziestu. Reszta Komanczów siedziała po tamtej stronie rzeki w krzakach, nie mając odwagi wychylić się stamtąd.
— Teraz zostawmy ich już w spokoju! — rozkazał Helmers.
— Nie będą nas już dalej ścigać — rzekł Apacz. — Te psy Komancze nie mają mózgu w głowach!
— Dziękuję sennoritom za pomoc! — powiedział Helmers. — Byłbym nie przypuścił, że pani strzela, jak westman.
— W naszych samotnych okolicach musi się nabrać wtem wprawy — rzekła Ema. — Czy sądzi pan, że istotnie nie będą nas już napastowali?
— Spodziewam się tego!
— W takim razie ruszajmy w dalszą drogę. W tem miejscu tyle krwi się wylało, że mróz mnie przechodzi, choć sama także za broń chwyciłam.
— Tam są konie obydwu ostatnich Indyan. Czy zabierzemy je z sobą? — zapytał Helmers.
— To się rozumie — odrzekł majordomo. — Koń, ujeżdżony po indyańsku, przedstawia zawsze znaczną wartość. Moi wakerzy wezmą je za cugle.
Po krótkim odpoczynku dosiedli znowu koni i podążyli w głąb preryi. Często i uważnie badali widnokrąg poza sobą, ale nie zauważyli już ani śladu pogoni. Po kilku godzinach takiej jazdy zwolnili nieco biegu, przez co mogli swobodniej pomyśleć o rozmowie.
Serce Niedźwiedzie jechał teraz, jak i przedtem, u boku Indyanki, a Helmers obok Meksykanki.
— Cały dzień prawie jesteśmy już razem, a nie poznaliśmy się jeszcze wzajemnie — odezwał się Helmers do swej towarzyszki. — Proszę nie kłaść tego na karb braku uprzejmości z mej strony, lecz przypisać to nadzwyczajnym okolicznościom!
— Przeciwnie. Mnie się zdaje, że znamy się już dość dobrze! — odpowiedziała z uśmiechem.
— O ile?
— Ja wiem o panu, że pan chętnie naraża życie dla drugich, że jest pan odważnym i rozważnym myśliwcem, a pan wie o mnie, że... że... ja także umiem strzelać.
— Zapewne, że wiemy trochę jedno o drugim, ale to nie wystarczy. Pozwolę sobie uzupełnić te wiadomości, przynajmniej z mojej strony.
— Będę panu bardzo wdzięczna, sennorze!
— Nazywam się Antoni Helmers. Było nas u rodziców dwóch braci. Obaj pragnęliśmy się kształcić. Ponieważ jednak nie starczyło środków, a ojciec umarł, udał się mój brat, starszy ode mnie, na morze, ja zaś do Ameryki, gdzie po długiej tułaczce osiedliłem się na Zachodzie, jako myśliwiec.
— Nazywa się więc pan Antoni. Pozwoli pan zapewne, żebym pana nazywała sennor Antonio?
— Owszem, jeśli to pani sprawi przyjemność.
— Ale jak się pan dostał tu, tak daleko, aż nad Rio Grande?
— Hm, to jest właściwie sprawa, o której niepowinienbym mówić!
— Tajemnica?
— Może tajemnica, a może tylko wielkie dzieciństwo.
— Zaciekawia mnie pan!
— Skoro tak, to nie będę już tego przed panią ukrywał — rzekł, śmiejąc się. — Idzie, ni mniej ni więcej, tylko o wydobycie nieskończenie bogatego skarbu.
— Jakiego skarbu?
— Rzeczywistego, składającego się z drogich kamieni i szlachetnych kruszców.
— Gdzie leży ten skarb?
— Tego jeszcze sam nie wiem.
— O, to nieprzyjemne! A gdzie się pan dowiedział o istnieniu tego skarbu?
— Daleko na północy. Wyświadczyłem pewnemu staremu, choremu Indyaninowi kilka nie pozbawionych wartości przysług, a on, umierając, powierzył mi z wdzięczności tajemnicę skarbu.
— Ale nie wyjawił panu rzeczy głównej, to jest, gdzie skarb jest złożony!
— Powiedział, żebym go szukał w Meksyku i dał mi mapę z planem sytuacyjnym.
— Które strony przedstawia ta mapa?
— Tego nie wiem. Nakreślone są na niej pasma wzgórz, doliny i rzeki, ale niema ani jednej nazwy.
— To zaiste szczególne. Czy Szosz-in-liet, wódz Apaczów, wie także o tem?
— Nie.
— A przecież jest pańskim przyjacielem, jak mi się zdaje?
— Jest istotnie dla mnie prawdziwym przyjacielem.
— A mnie powierzy pan tę tajemnicę, choć poznaliśmy się dopiero dzisiaj?
Helmers spojrzał jej w twarz swojemi wiernemi, uczciwemi oczyma i odpowiedział:
— Są ludzie, po których poznać, że nie należy przed nimi ukrywać żadnych tajemnic.
— A mnie zalicza pan do tych osób?
— Tak.
Podała mu rękę i rzekła:
— Pan się nie myli. Dowiodę panu tego, odwdzięczając mu się szczerością. Powiem panu szczegół, tyczący się pańskiej tajemnicy. Dobrze?
— Proszę nawet o to! — odparł jakby zaskoczony niespodzianką.
— Znam człowieka, który stara się także o ten skarb.
— Ach! Któż to jest? — Nasz młody principo, hrabia Alfonzo de Rodriganda y Sevilla.
— Czy wie o tym skarbie?
— O, my wszyscy wiemy, że dawni panowie tego kraju ukryli swoje skarby, kiedy Hiszpanie zdobyli Meksyk. Oprócz tego są miejsca, zwane bonancami, w których można znaleźć całe masy złota i srebra. Indyanie znają te miejsca, lecz wolą raczej ginąć, aniżeli wskazać je białym.
— A hrabiemu Alfonzowi de Rodriganda także nikt jeszcze tych miejsc nie wskazał?
— Nie. My mieszkamy w Hacyendzie del Erina, a legenda powiada, że w pobliżu tej osady znajduje się jaskinia, w której władcy Mizteków ukryli swoje skarby. Szukano tej pieczary bardzo gorliwie, hrabia Alfonzo także nie żałował trudu, ale poszukiwania nie doprowadziły do pomyślnego wyniku.
— Gdzie leży Hacyenda del Erina?
— O przeszło dzień drogi stąd, na stoku góry Cohahuila. Zobaczy ją pan, gdyż spodziewam się, że pan nas tam odprowadzi.
— Nie opuszczę pani, dopóki nie będę pewnym bezpieczeństwa pani!
— I wtedy jeszcze nie opuści nas pan, lecz zabawi u nas w gościnie.
— Właśnie, że bezpieczeństwo pani będzie wymagało tego, żebym ją natychmiast opuścił.
— Jak to?
— Zabiliśmy sporą liczbę Komanczów. Nie ulega wątpliwości, że kilku z pozostałych przy życiu pójdzie za nami na zwiady, aby zobaczyć, gdzie nas można znaleźć. Jeśli się tych szpiegów nie sprzątnie, napadną na nas Komancze znowu, ażeby się zemścić. Dlatego z pod hacyendy zawrócę z Sercem Niedźwiedziem, ażeby zabić wywiadowców.
Rzuciła nań niespokojne spojrzenie i rzekła:
— Narazi się pan na nowe niebezpieczeństwo!
— Niebezpieczeństwo? Myśliwiec preryowy znajduje się ciągle w niebezpieczeństwie. Jest więc przyzwyczajony do tego. Ale zostańmy przy dotychczasowym temacie, t. j. przy skarbie królewski m! Nikt więc nie wie, gdzie się ta grota znajduje?
— Przynajmniej nikt z białych.
— A z Indyan?
— Jeden tylko Indyanin zna skarb królewski na pewno, a może jeszcze jedna Indyanka. Tekalto jest jedynym potomkiem dawnych władców Mizteków. Oni oddali mu tajemnicę w spuściźnie. Karja, jadąca tam obok wodza Apaczów, to jego siostra. Być może, że on jej tajemnicę powierzył.
Helmers patrzył teraz na Indyankę z większem zajęciem, niż dotychczas.
— Czy ona umie milczeć? — zapytał.
— Przypuszczam — odrzekła i dodała z uśmiechem — Co prawda, ludzie powiadają, że kobiety milczą aż do pewnej granicy.
— A tą granicą jest?
— Miłość.
— Ach! Być może, iż pani ma słuszność — żartował. — Wolno spytać, czy Karja doszła już do tej granicy?
— Uważam to prawie za możliwe.
— Któż jest tym szczęśliwym?
— Niech pan zgadnie! To nie trudne!
Czoło myśliwca zmarszczyło się surowo.
— Domyślam się — powiedział. — Hrabia Alfonzo chce wykraść jej tajemnicę zapomocą miłości.
— Zgadł pan dobrze.
— Czy sądzi pani, że starania jego odniosą jaki skutek?
— Ona go kocha.
— A co mówi o tej miłości jej brat, potomek Mizteków?
— Może jeszcze nic o tem nie wie. To najsłynniejszy cibolero[9], a pokazuje się w hacyendzie rzadko.
— Najsłynniejszy cibolero? W takim razie musiałbym znać jego imię, tymczasem Tekalto jest mi nieznane.
— Myśliwi nie nazywają go Tekalto, lecz Mokaszi-Motak.
— Mokaszi-Motak, Czoło Bawole! — powtórzył Helmers zdziwiony. — Teraz go znam. Czoło Bawole to najsłynniejszy łowca bawołów między Red River a pustynią Mapimi. A Karja, to siostra tego sławnego męża? Muszę teraz wobec tego patrzeć na nią zupełnie innem okiem.
— Czy zamierza pan także spróbować, jak na nią pańska uprzejmość podziała?
Roześmiał się i odpowiedział:
— Ja? Gdzież może westman zdobyć się na tyle uprzejmości? Bałbym się wejść w szranki z hrabią de Rodriganda. Gdybym wiedział, że osoba moja może się wogóle komu podobać, to spróbowałbym szczęścia wobec zupełnie innej.
— Któż byłby tą inną?
— Tylko pani, sennoro! — odparł szczerze.
Oko jej zamigotało do niego obietnicą szczęścia, kiedy odrzekła:
— Cóż kiedy ode mnie nie dowie się pan nic o szukanym skarbie!
— O sennoro! Są skarby, cenniejsze od całych mas złota i srebra. O takich skarbach myślę i pragnę kiedyś zostać szczęśliwym gambusinem[10].
— Szukaj pan, może pan znajdzie!
Wyciągnęła doń rękę, którą on skwapliwie ujął. Teraz wydało się obojgu, jakby jakaś siła z jednego na drugie przepływała. To był znak, że się rozumieli wzajemnie.
Za nimi jechał Serce Niedźwiedzie obok Indyanki i także prowadził z nią rozmowę. Oko jego obejmowało postać sąsiadki, siedzącej z taką pewnością na półdzikim koniu, jak gdyby zawsze siedziała tylko na indyańskiem męskiem siodle. Milczący wódz nie lubiał szafować hojnie słowami. Dlatego każde jego słowo miało podwójną wagę, jeśli już mówił. Karja nie dziwiła się, że wódz skąpił słów. Czuła jednak, że oko jego spoczywało przenikliwie na niej i zlękła się niemal, kiedy ją zapytał:
— Do którego narodu należy młoda siostra?
— Do narodu Mizteków — odpowiedziała.
— Był to wielki naród i słynął z piękności kobiet. Czy moja młoda siostra jest już skwawą, czy jeszcze dziewczyną?
— Nie mam męża.
— Czy serce jej należy jeszcze do niej?
Na to bezpośrednie pytanie, na które żaden biały byłby się może nie odważył, poczerwieniała jej ciemna twarz.
— Już nie — odpowiedziała stanowczym głosem.
Wiedziała, że w takich razach lepiej nie ukrywać prawdy. Ta odpowiedź nie zmieniła ani jednego rysu jego spiżowego oblicza.
— Czy mąż jej narodu posiadł jej serce? — pytał dalej.
— Nie.
— Biały?
— Tak.
— Serce Niedźwiedzie boleje nad siostrą. Niech go siostra zawiadomi, jeśli ją biały oszuka.
— On nie oszuka mnie! — odparła z dumną niechęcią.
Leciutki uśmiech przebiegł przez usta Indyanina. Potrząsnąwszy głową, odrzekł:
— Biała barwa jest fałszywa i łatwo się brudzi. Niech moja siostra będzie ostrożna!
Oto była cała rozmowa między obojgiem, a w skutkach z pewnością tak samo ważna, jak rozmowa Helmersa z Meksykanką.
W ciągu jazdy dowiedział się Helmers, że obie kobiety były nad Rio Pecos, w odwiedzinach u ciotki Meksykanki, złożonej ciężko chorobą. Była to siostra matki Emy, a więc szwagrowa starego Piotra Arbelleza, który był dawniej zarządcą hrabiego Ferdynanda de Rodriganda, teraz zaś mieszkał jako dzierżawca w Hacyendzie del Erina. Opieka obu dziewcząt nie zdołała przeszkodzić śmierci ciotki, opóźniła ją tylko, nieco. Arbellez wysłał potem majordomusa z wakerami po dziewczęta. W powrocie napadli na nie Komancze. Byłyby zgubione, gdyby nie pomoc Helmersa i wodza Apaczów.
Droga prowadziła dalej ku południowi. Dzień chylił się już ku swemu kresowi, do wieczora brakowało jeszcze z godzinę, a nasi podróżni znajdowali się na skraju rozległej równiny, kiedy Apacz, zatrzymując konia, wskazał poza siebie i zawołał:
— Uff!
Drudzy odwrócili się także, aby się przypatrzyć równinie.
— Ja nic nie widzę — rzekł majordomo.
— My także nic — oświadczyli wakerowie, pomimo że mieli oczy, przyzwyczajone do śledzenia w wielkich odległościach.
— Co tam jest? — spytała Ema.
— Pani także nic nie widzi? — odrzekł jej na to Helmers.
— Nie. A ty Karjo, widzisz co?
— Nic — oświadczyła Indyanka.
— Wódz Apaczów nie ma chyba na myśli gromady dzikich koni, które tam widać? — rzekł teraz majordomo.
— Uff! — odparł Apacz z pogardliwą miną.
— Właśnie te konie zwróciły na siebie jego uwagę. — powiedział Helmers.
— Co nas te mustangi mogą obchodzić?
— Czy są rzeczywiście takie obojętne dla nas, sennorze majordomo?
— Tak. Mamy przecież konie!
— Przypatrzcie im się dokładniej!
Mniej więcej o dwie mile angielskie za nimi cwałowało stado koni z rozwianemi grzywami i z podniesionymi ogonami. Nie było tam widać ani jednego jeźdźca, ani siodła, ani strzemienia, ani cugli lub najcieńszego sznurka.
— To mustangi! — rzekł jeszcze raz majordomo.
— Uff! — zawołał Apacz powtórnie, lecz tym razem już z dobitną pogardą.
Zawrócił konia i ruszył naprzód cwałem, a reszta musiała zrobić to samo. Ema zbliżyła się znów do Helmersa i zapytała:
— Co Apaczowi?
— Złości się.
— Na co?
— Na głupotę majordomusa.
— Głupotę? Sennorze Helmersie, nasz majordomo to bardzo doświadczony człowiek!
— Może w sprawach pokojowych.
— O, nie. To dzielny jeździec i strzelec, a wynajdywacz ścieżek, jakich mało. Na niego można się zdać pod każdym względem.
— Wynajdywacz ścieżek? Hm! — rzekł Helmers, spozierając wzgardliwie. — Może wynajdywacz ulic po miastach, albo dróg po wsiach. Na rastreadora, na prawdziwego wynajdywacza ścieżek, potrzeba czegoś więcej. Powiada pani, że na niego można się zdać pod każdym względem, a jednak byłaby pani teraz zgubiona, gdyby się pani zdała wyłącznie na jego bystrość.
— Jakto?
— Bo te konie, to nie są dzikie mustangi.
— A cóż innego?.
— To ścigający nas Komancze.
— Komancze? Wszak widać tylko konie!
— Tak, ale czerwoni są mimo to przy nich. Przewiązali rzemieniami brzuchy i szyje końskie i na tych rzemieniach wiszą lewą ręką i prawą nogą. Czy nie widziała pani, że konie zwrócone były do nas tylko prawym bokiem, chociaż jadą prosto za nami? Jeźdźcy każą im cwałować w skośnej pozycyi, a pozycya taka jest pewnym dowodem, że za koniem kryje się Indyanin.
— Święta Madonno! Znowu nas zaatakują?
— Albo oni nas, albo my ich. Ja wolę to drugie, a Apacz jest tego samego zdania. Widzi pani, jak on patrzy na wszystkie strony?
— Czego szuka?
— Kryjówki dla nas, z którejbyśmy mogli godnie przyjąć Komanczów. Pozostawmy jemu wszystko. To najtęższy i najdzielniejszy czerwonoskórzec, jakiego znam. Wolę słuchać jego jednego, aniżeli tysiąca majordomusów, choćby najbardziej doświadczonych.
— Powierzmy więc swój los jemu i jeszcze komuś drugiemu!
— Komu drugiemu?
— Panu.
— Ach! Rzeczywiście? — zapytał z radosnym blaskiem w oczach.
— Z całego serca! — odrzekła. — Pan chwali tylko Apacza, a kryje się pan z tem, że panu można tak samo zaufać, jak jemu.
— Czy pani istotnie w to wierzy?
— Tak. Przypatrywałam się panu dobrze. Pan nie jest zwykłym myśliwcem. Jestem pewna, że pan ma honorowe nazwisko, nadane przez traperów i Indyan.
Skinął głową i odpowiedział:
— Zgadła pani.
— Jakież jest pańskie nazwisko myśliwskie?
— Proszę mnie nazywać zawsze Antonio, albo Helmers.
— Nie chce mi pan tego powiedzieć?
— Teraz nie powiem. Jeśli je ktoś przypadkowo wymieni, to dam się poznać.
— Ach! To z pana próżny człowiek! Chce pan zachować incognito, jak książę jaki.
— Tak — roześmiał się. — Dobry strzelec musi być trochę próżny, a książętami jesteśmy wszyscy, oczywiście książętami dzikiej puszczy i preryi.
— Książętami! To słuszne!
Wśród tej rozmowy jechali ciągle cwałem. Otwarta prerya skończyła się tymczasem i ustąpiła miejsca plątaninie wzgórz i skał, nadającej się dobrze na kryjówkę. Tego chciał Apacz, bo skręcił nagle w prawo, zataczając wielki łuk. W dziesięć minut dostali się na to miejsce, które przedtem minęli.
Miejsce to wybrał Serce Niedźwiedzie bardzo przezornie. Oddział zatrzymał się na wzgórzu, osłoniętem z trzech stron i opadającem stromo w parów, przez który przedtem przejechali oni, a teraz musieli przejechać Komancze, jeśli ich ścigali w dalszym ciągu.
Apacz zsiadł z konia i przywiązał go do kołka, towarzysze zaś uczynili to samo.
— Teraz strzelby do ręki! — rozkazał Helmers. — Nie długo będziemy czekać!
Wszyscy posłuchali rozkazu, nawet dziewczęta pochwyciły strzelby. Wszyscy udali się na krawędź i położyli się tam na czatach.
— Pst, sennorze! — skinął Helmers na majordomusa. — Głowa wstecz, żeby nas nie zauważyli! — Ci Komancze mają bystre oczy.
— Wywiadowców przepuścić! — rozkazał Apacz.
— Co on mówi? — spytał jeden z wakerów.
— To przecież całkiem proste — odrzekł Helmers. — Komancze domyślają się oczywiście, że możemy się na nich zaczaić, puszczą więc naprzód jednego lub dwu jeźdźców na zwiady, by się przekonać, czy nie urządziliśmy zasadzki, a potem sami nadciągną w bezpiecznem oddaleniu. Przepuścimy zatem szpiegów i zaczekamy na resztę. Ale nie będziemy strzelali na chybił trafił, lecz szeregiem tak, jak leżymy, ażeby kul nie marnować. Pierwszy z nas strzela do pierwszego Komancza, drugi do drugiego i tak dalej. Zrozumiano?
Wakerowie skinęli potwierdzająco głowami. Nastąpiła chwila oczekiwania.
Wreszcie dał się słyszeć ostrożny tętent dwu koni. Dwaj Komancze jechali zwolna wśród skał. Bystre ich oczy przeszukiwały każdy cal otoczenia, ale dali się uwieść tropowi Meksykanów, który wiódł dalej. Dzicy nie wiedzieli o tem, że oni zatoczyli łuk i zawrócili. Przejechali i zniknęli za kamieniami.
W kilka minut dał się słyszeć nowy tętent. To w wielkiej liczbie nadjeżdżali bez obawy Komancze, wiedząc, że wywiadowcy są przed nimi. Kiedy ostatni pojawił się w parowie, wysunął Apacz swoją strzelbę.
— Ognia! — zakomenderował Helmers.
Huknęły wszystkie strzelby, a Helmersa i Apacza po dwakroć i tyluż nieprzyjaciół runęło z koni. Reszta zatrzymała się na chwilę. Nie wiedzieli, czy uciekać, czy uderzyć na ukrytego nieprzyjaciela. Rozglądnęli się dokoła i spostrzegli wreszcie, skąd pochodził dym.
Nlate tki, tam są! — zawołał jeden z nich, wskazując ręką w górę.
Choć ta przerwa trwała krótko, mimoto ociąganie się dzikich dało białym czas do powtórnego nabicia. Huknęły znowu strzały i podwoiła się liczba poległych. Kilku pozostałych nie mogło myśleć o oporze. Zawrócili konie i uciekli cwałem.
— Komancze tchórze! — rzekł wyniośle wódz Apaczów.
Zeszedł zwolna po zboczu, ażeby sobie zabrać skalpy zastrzelonych przez siebie nieprzyjaciół. Reszta zeszła także, by pochwytać konie, pozbawione jeźdźców. Całe zajście trwało ledwie kwadrans. Teraz można było puścić się w dalszą drogę.
— No, teraz będziemy już bezpieczni po wszystkie czasy rzekła Ema.
— Pani się myli — odparł Helmers.
— Tak? Sądziłam, że nauczka, jaką od nas dostali, jest dość surowa!
— Właśnie dlatego będą myśleli o zemście. Czy widzi pani, że Apacz spoziera tam w lewo?
— Widzę. Dlaczego to robi?
— Tam prowadzi trop wywiadowców, którzy uciekli tak samo jak tamci. Spotkają się z pozostałymi przy życiu Komanczami i podążą za nimi, by się przekonać, gdzie będziemy i gdzie się zatrzymamy. Potem zawrócą i sprowadzą odpowiednią liczbę wojowników, ażeby napaść na hacyendę.
— O, hacyenda mocna. To mała forteca.
— Znam ten rodzaj zagród i dworków. Zbudowane są z kamienia i otoczone zwykle palisadą. Ale co to pomoże wobec nieprzyjaciela, przychodzącego niespodzianie?
— Będziemy czuwali.
— Dobrze zrobicie państwo!
— A pan z nami. Spodziewam się, że pan jakiś czas u nas zabawi.
— Zobaczę, co powie Serce Niedźwiedzie. Nie mogę się z nim rozstać.
— On zostanie także.
— To człowiek zamiłowany w wolności. Nie wytrzyma dłużej w budynku.
Jechali żwawo dalej, dopóki nie dotarli do dość szerokiej wody. Apacz prowadził wzdłuż brzegu, dopóki nie natrafili na łuk, utworzony przez rzeczkę.
— Tu bezpiecznie? — spytał Apacz Helmersa, zatrzymując równocześnie konia.
Zapytany objął badawczem spojrzeniem okolicę i skinął głową.
— Tu będzie dobrze — rzekł. — Z trzech stron chroni nas rzeka, a czwartej możemy pilnować. Zsiądźmy więc z koni!
Wszyscy pozeskakiwali i urządzili sobie legowiska. W obrębie trzech czwartych koła, utworzonych przez rzekę i tuż nad brzegiem stanęły konie. Potem następowało ognisko, dokoła którego rozłożyło się całe towarzystwo, czwarta strona zaś osłonięta była krzakami, w których postawiono straż.
Helmers ułożył dla Emy miękkie łoże z gałęzi i z liści, a Serce Niedźwiedzie zrobił to samo dla Indyanki. Ze strony Apacza było to niezwykłe odznaczenie, gdyż żaden z dzikich nie zniży się do usługi, którą mogłaby kobieta lub dziewczyna sama wykonać.
Po obszernem omówieniu wypadków całego dnia ułożono się na spoczynek. Zarządzono, żeby każdy czuwał trzy kwadranse. Serce Niedźwiedzie i Helmers wzięli na siebie warty ostatnie, ponieważ czas przed świtaniem jest najniebezpieczniejszy, kiedy to dzicy najchętniej urządzają napady.
Ale noc przeszła bez wypadku. Z nowemi siłami wyruszyli nasi podróżni rano w dalszą drogę. Wjeżdżali w coraz bardziej cywilizowane strony, aż wkońcu dotarli popołudniu do celu.
Hacyenda oznacza właściwie folwark. Hacyendy amerykańskie jednak możnaby porównać z naszenu największemi rycerskiemi dobrami, gdyż należą do nich często obszary ziemi, dorównywające wielkością niejednemu europejskiemu ksiąstewku.
Hacyenda del Erina była iście książęcą posiadłością. Potężny gmach, zbudowany z ciosowego kamienia, otoczony był palisadą, chroniącą go od zbójeckich napadów. Wnętrze domu pańskiego, podobnego do zamku książęcego, było pięknie urządzone i tak przestronne, że mogło pomieścić setki gości.
Dom otaczał szeroki ogród, w którym bujna roślinność podzwrotnikowa promieniała przepysznemi barwami i roztaczała najwspanialsze wonie. Do ogrodu przytykała z jednej strony gęsta puszcza dziewicza, a z drugiej rozległe pola, na których uwijały się trzody, liczące po kilka tysięcy zwierząt.
Kiedy kawalkada mijała pastwiska, kilku wakerów wśród radosnych okrzyków nadjechało celem powitania przybywających. Radość ich zamieniła się jednak wnet w wybuchy gniewu, gdy się dowiedzieli, ilu ich towarzyszy padło z ręki Komanczów. Prosili, żeby się natychmiast przeciwko nim wyprawić celem pomszczenia towarzyszy.
Majordomo pospieszył był naprzód, ażeby oznajmić, że przyjeżdżają oczekiwani. Gdy jeźdźcy przybyli do hacyendy, stał już stary Petro Arbellez w bramie, ażeby przywitać córkę i jej towarzyszy. W oczach miał łzy radości, kiedy zsadzał ją z konia.
— Witam cię, moje dziecko! — rzekł. — Musiałaś dużo ucierpieć w tej niebezpiecznej podróży, bo masz innego konia i wyglądasz bardzo zmęczona.
Ema uścisnęła ojca, ucałowała serdecznie i odpowiedziała: — Tak, ojcze; byłam w niebezpieczeństwie, wiekszem od niebezpieczeństwa śmierci.
— O Boże! W jakiem? — zapytał, powitawszy Indyankę również uprzejmie.
— Komancze wzięli nas byli do niewoli.
— Matko Boża! Czy są teraz nad Rio Pecos?
— Tak. Ci dwaj mężowie to nasi zbawcy.
Wzięła Helmersa i Apacza za ręce i poprowadziła ich przed ojca.
— To sennor Antonio Helmers, a to Szosz-inliet, wódz Apaczów. Gdyby nie oni, byłabym musiała zostać skwawą Komancza, a naszych ludzi byliby czerwoni pod słupem na śmierć zamęczyli.
Zacnemu staremu zarządcy wystąpił już na samą myśl o tem zimny pot na czoło.
— Na Boga, co za nieszczęście, a zarazem co za szczęście! Witam was, witam, sennores, z całego serca was witam. Musicie mi wszystko opowiedzieć, a ja potem pomyślę, w jakiby sposób wam się odwdzięczyć. Wejdźcie do domu i bądźcie jego panami!
Było to bardzo miłe i uprzejme przyjęcie. Wogóle starzec robił wrażenie człowieka rzetelnego i poczciwego. Kto go poznał, musiał go polubić.
Goście weszli przez bramę w palisadzie, oddali konie kilku parobkom i wstąpili do budynku. Majordomo pozostał z kilku wakerami w przedsionku, a hacyendero wprowadził obu gości razem z paniami do salonu, gdzie wszyscy usiedli, a Ema w ogólnych zarysach opowiedziała przygodę.
— O Jezu! — wołał zaniepokojony hacyendero. — Ileż to musiałyście wycierpieć, moje dziewczęta! Ale Bóg zesłał tych sennorów na wasze ocalenie. Co powie hrabia, co Tekalto, gdy to usłyszą!
— Tekalto? — zapytała Indyanka z radością: — Czy mój brat, Czoło Bawole, jest tutaj?
— Przybył wczoraj.
— A hrabia także? — spytała Ema.
— Przyjechał jeszcze przed tygodniem.
— Ach, otoż i on!
Otwarły się drzwi przyległej jadalni, a stamtąd wyszedł hrabia Alfonzo. Miał na sobie szlafrok z czerwonego jedwabiu, wyszywany złotem po persku, i spodnie z najdelikatniejszego, białego, płótna francuskiego, niebieskie pantofle aksamitne i turecki fez na głowie. Roztaczał dokoła siebie tak mocny zapach, że można było przypuścić, iż się jest w handlu perfum. Otwarte drzwi pozwalały wejrzeć do jadalni. Urządzenie było tam więcej niż eleganckie, bo zbytkowne, a po serwetce, którą hrabia trzymał w ręce, można było poznać, że spożywał właśnie meksykańskie delikatesy.
— Ktoś wymienił moje nazwisko — rzekł. — Ach, to piękne panie! Sennority powróciły szczęśliwie?
Na jego widok poczerwieniała Indyanka jak krew, co nie uszło bystremu oku Apacza. Ema zachowała się obojętnie i odpowiedziała chłodno, chociaż uprzejmie.
— Jak pan widzi, panie hrabio! Mało jednak brakowało, a byłybyśmy wcale nie wróciły.
— Ach! Czemu? Nie przypuszczam, żeby jakie nieszczęście...
— Właśnie zdarzyło nam się małe nieszczęście. Oto Komancze wzięli nas byli do niewoli.
— Do stu piorunów! — zawołał. — Każę ich za to ukarać!
— To nie tak łatwo! — rzekła szyderczo. — Zresztą wyszłyśmy cało. Oto wybawcy naszego życia!
— Aha! — bąknął, odstąpił o kilka kroków, włożył na nos binokle, przypatrzył się obu „wybawcom“, zrobił minę wielkiego rozczarowania i dodał:
— Kto są ci ludzie?
— To sennor Antonio Helmers, a ten drugi to Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów.
— Aha, traper i Apacz. Ci chodzą zawsze razem. Kiedy odjeżdżają ci sennores? Chyba zaraz?
— Są moimi gośćmi i zostaną tu, dopóki im się spodoba. — rzekł hacyendero.
— Ależ, sennorze Arbellez, co wam się stało! Przypatrzcie się tym ludziom! Ja i oni pod jednym dachem! Ich czuć lasem i bagnem. Musiałbym zaraz odjechać!
Hacyendero podniósł się, a oczy zapłonęły mu gniewem.
— Nie zatrzymuję jaśnie pana — rzekł. — Ci sennores ocalili życie i szczęście mojego dziecka i są przezemnie bardzo mile widziani.
— Aha! Pan mi się opiera? — spytał hrabia.
— Tak — odparł stanowczo Arbellez.
— Czy wiecie, że ja jestem tu panem?
— Nie, nie wiem.
— Nie? — syknął Alfonzo. — A kto?
— Pański ojciec hrabia Ferdynando. Wy jesteście tu tylko gościem. Zresztą nawet hrabia Ferdynando nie miałby w tej sprawie głosu. Jestem dzierżawcą dożywotnim. Nie pozwolę sobie rozkazywać, kogo mam przyjąć, a kogo nie?
— O, do dyabła, to za wielka śmiałość!
— Nie, za wielki był brak uprzejmości ze strony pana i pańska bezwzględność wobec moich gości. Jeśli panu za przykra jest woń lasu i bagna (czego ja zresztą nie zauważyłem), to z drugiej strony wątpię, czy tym sennorom miły jest zapach pańskich perfum, który ja dobrze czuję. Zaprowadzę teraz moich gości do jadalni i zostawiam panu do woli, czy pan zechce jeść dalej, czy nie.
Otworzył jeszcze szerzej drzwi do jadalni i, kłaniając się bardzo uprzejmie, poprosił, ażeby weszli. Indyanin zachował się zupełnie obojętnie wobec tego zajścia; nawet okiem nie rzucił na hrabiego, jak gdyby nie zrozumiał ani słowa z jego rozmowy, lecz w milczeniu i z dumą poszedł do jadalni. Helmers natomiast zwrócił się do hrabiego:
— Pan jesteś hrabia Alfonzo de Rodriganda?
— Tak — odrzekł zapytany, dziwiąc się, że myśliwiec ośmielił się doń przemówić.
— Tak! Sennor Arbellez zapomniał przedstawić nam pana. Wyzywam pana. Co pan wybierasz? Szable, pistolety, czy krócice?
— Pan chcesz się bić ze mną? — spytał hrabia, jeszcze bardziej zdumiony, niż przedtem.
— Oczywiście! Gdyby mnie pan był obraził na dworze przed hacyendą, grzmotnąłbym był panem o ziemię, jak smarkaczem. Ponieważ jednak stało się to pod dachem mego gospodarza, przeto musiałem mieć wzgląd na niego i na obecność pań. Słyszę jednak, że pan w tym domu nie masz ani za grosz znaczenia, dlatego pozostawiam panu wybór broni.
— Bić się? Z wami? Mój Boże, któż wy jesteście właściwie? Myśliwiec, włóczęga?...
— Nie będziecie się bić? W takim razie jesteście łajdak, tchórz, i nikczemny podlec!
Poszedł za Apaczem, a hrabia został na miejscu, jak skamieniały.
— Sennorze Arbellez, wy tę obelgę zniesiecie? — zapytał hacyendera.
— Jeśli wy ją ścierpicie! — brzmiała odpowiedź. — Chodźcie, Emo i Karjo! Nasze miejsce tam, obok ludzi honoru.
— Co za nikczemność! Ja wam to odpłacę, panie Arbellez! — zagroził hrabia.
— Spróbujcie!
Dzielny starzec wszedł do jadalni, a z nim panie. Przechodząc obok hrabiego, rzekła Ema, skrzywiwszy pogardliwie usta:
— To było podłe, to było nikczemne!
Indyanka poszła za nią z oczyma, spuszczonemi ku ziemi. Nie mogła okazać wzgardy hrabiemu, ale i w twarz mu spojrzeć nie chciała. On został na miejscu i nie wszedł już do jadalni. Rzucił serwetę na ziemię, podeptał ją nogami i syknął:
— Odpokutujecie za moją obrazę i to wnet, wnet!
Po tym bezsilnym objawie gniewu udał się do swoich pokoi.
Tamci zasiedli tymczasem do uczty lukullusowej. Złożyły się na nią: wielkie kromki kawonów z rdzeniem koloru mięsa, których smaczny sok perlił się różowemi kroplami na srebrnych talerzach; na pół otwarte granaty, owoce kaktusowe, pomarańcze, słodkie cytryny oraz wszelkie rodzaje legumin i mięsiw. Podczas jedzenia opowiedziano o ostatnich wypadkach jeszcze obszerniej, aniżeli to dotychczas było możliwe. Następnie poprosił hacyendero sennorów, żeby się udali do przeznaczonych dla nich pokoi.
Obaj przyjaciele mieszkali obok siebie. Helmers nie mógł jednak wytrzymać długo w ciasnej izbie, dlatego poszedł do ogrodu, gdzie napawał się różnoraką wonią. Potem wyszedł na wolne pole, ażeby się przypatrzyć na pastwisku wspaniałym rumakom amerykańskim.
Kiedy się przechadzał obok palisady i mijał jeden z jej rogów, podniosła się nagle przed nim jakaś postać. Na jej widok niespodziany przystanął Helmers. Był to tęgi i wysoki mężczyzna, odziany w całkiem niegarbowaną skórę bawolą, jak ją zwykle noszą cibolerowie. Na głowie miał skórę z górnej części czaszki niedźwiedziej, a kilka pasów skóry zwieszało się aż do ziemi. Z za szerokiego pasa wystawały głownie noży i innych narzędzi; od prawego ramienia do lewego biodra owinięte miał lasso, o palisadę zaś stała oparta żelazna rusznica, jedna z tych, które przed stu laty wyrabiano w Kentucky, tak ciężkich, że zwyczajny człowiek nie mógł niemi władać.
— Ktoś ty? — zapytał Helmers pod wpływem pierwszego zdumienia.
— Jestem Indyanin Czoło Bawole — odrzekł zapytany.
— Tekalto?
— Tak. Czy znasz mnie?
— Nie widziałem ciebie nigdy jeszcze, ale wiele, bardzo wiele o tobie słyszałem.
— Kto ty jesteś?
— Nazywam się Helmers, a pochodzę ze starego kraju.
Poważna twarz Indyanina rozjaśniła się. Miał może dopiero dwadzieścia pięć lat i mógł uchodzić za typ pięknego przedstawiciela swej rasy.
— Ty więc jesteś tym myśliwcem, który ocalił moją siostrę Karję?
— Przypadek to zdarzył.
— To nie był przypadek. Wziąłeś konie od Komanczów i pojechałeś za nimi. Czoło Bawole winien ci wielką wdzięczność. Jesteś mężnym jak twój rodak, Matavase, książę skał.
— Ty go znałeś?
— Znałem. Słyszałem także o pewnym myśliwcu, którego Apacze i Komancze nazywają Itintika, Grotem Piorunowym.
— A nie widziałeś go jeszcze nigdy?
— Nazywa się Grot Piorunowy, ponieważ jest szybki i pewny jak grot strzały, a potężny i ciężki, jak piorun. Jego rusznica nie chybia nigdy, a oko jego nie zabłądzi na żadnym śladzie. Słyszałem o nim wiele. Nie widziałem go dotychczas, ale dzisiaj go widzę.
— Gdzie? — zapytał Helmers zdziwiony.
— Tu. Ty nim jesteś.
— Ja? Po czem mnie poznajesz?
— Po twym policzku. Grot Piorunowy ma na policzku ranę od noża, o której wiedzą wszyscy, którzy o nim słyszeli. Takie znaki łatwo się pamięta. Czy dobrze odgadłem, czy nie?
Helmers skinął głową i odpowiedział:
— Masz słuszność. Nazywają mnie istotnie Grotem Piorunowym, Itintiką.
— W takim razie dziękuję Wahkoncie[11] za to, że pozwolił mi z tobą mówić. Jesteś mężem walecznym, podaj mi więc rękę i bądź mi bratem!
Uścisnęli sobie dłonie, a Helmers rzekł:
— Dopóki oczy nasze będą się nawzajem widziały, niech będzie przyjaźń między mną i tobą.
Indyanin zaś dodał:
— Niech ręka moja będzie twoją ręką, a moja noga twoją nogą. Biada wrogowi twemu, bo jest także moim, biada memu nieprzyjacielowi, bo jest również twoim. Ja jestem tobą, a ty mną. Jesteśmy jedno!
Padli sobie w ramiona.
Czoło Bawole nie był Indyaninem z rodzaju północnych czerwonoskórców. Był rozmowny, przystępny, chętnie się zwierzał ze swojemi myślami drugim, a mimo to był niemniej straszliwy, niż owi milczący dzicy, którzy poczytują za hańbę udzielać na równi z kobietami głosu uczuciom serca.
— Mieszkasz w hacyendzie? — zapytał Helmers.
— Nie — odpowiedział Indyanin. — Jak można spać i mieszkać w powietrzu, uwięzionem między murami? Mieszkam tutaj.
Wskazał murawę, na której stał.
— W takim razie masz najlepsze łoże w całej hacyendzie. Ja nie mogłem w izbie wytrzymać.
— Także twój przyjaciel. Serce Niedźwiedzie, wyszedł na pastwisko.
— Czy jest tutaj?
— Tak. Mówiłem z nim już i podziękowałem mu. Zawarliśmy z sobą braterstwo, jak z tobą.
— Gdzie on?
— Siedzi tam przy wakerach, którzy opowiadają o napadzie Komanczów.
— Chodźmy do nich!
Indyanin wziął ciężką strzelbę, zarzucił ją na ramię i poprowadził Helmersa.
Daleko na łące, między półdzikimi pasącymi się końmi, siedzieli na ziemi wakerowie, opowiadając o przygodzie swojej młodej pani. Serce Niedźwiedzie przysłuchiwał się w milczeniu. Nie dorzucił ani słowa, chociaż mógł wszystko przedstawić lepiej i zgodniej z prawdą. Kiedy nadeszli Czoło Bawole i Helmers, nie zamilkli wakerowie, chociaż pojawił się drugi bohater opowiadanego zdarzenia. I on czasem dodał jakiś szczegół i w ten sposób rozwinęła się jedna z owych porywających rozmów, jakie się nieraz słyszy w obozach na dzikim Zachodzie.
Wtem jakieś gniewne parskanie i charczenie przerwało opowiadanie.
— Co to? — zapytał Helmers, który się odwrócił na ten dźwięk.
— To kary ogier — odrzekł jeden z wakerów.
— Co mu jest?
— Ma zginąć z głodu, jeśli nie będzie słuchał.
— Zginąć z głodu? Dlaczego?
— Nie można go ułaskawić.
— Co za pogląd!
— Nie dziwcie się, sennorze! Zadaliśmy sobie z nim wiele trudu. Trzymaliśmy go już trzy razy w korralu, aby go oswoić, lecz musieliśmy go wypuścić. To dyabeł! Wszyscy jesteśmy jeźdźcami, możecie mi wierzyć, ale on wszystkich zrzucił z wyjątkiem jednego.
— Kto był tym jednym?.
— Czoło Bawole, wódz Mizteków. On jeden nie spadł z niego, ale go mimo to nie poskromił.
— Nie może być! Kto nie spadnie, ten musi przecież zostać zwycięzcą!
— Myśmy tak samo myśleli. Ale ten dyabelski ogier popędził z nim do wody, ażeby go zrzucić z siebie, dawszy nurka, a gdy to nie poskutkowało, poniósł go w gęsty las i zesunął z siebie poprostu.
— A do kroćset! — zawołał Helmers.
— Tak — potwierdził Czoło Bawole. — Wstyd to dla mnie, ale i prawda. A przecież ja mogę się pochwalić, że zabiłem już niejednego konia, który nie chciał mnie słuchać.
Wakero mówił dalej:
— Byli tutaj w hacyendzie rozmaici dobrzy jeźdźcy i myśliwcy, ażeby spróbować swej siły i zręczności, ale zawsze napróżno. Wszyscy mówią, że tylko jeden człowiek oswoiłby tego konia.
— Kto taki?
— Obcy myśliwiec z nad Red River, który na dyable zajechałby do piekła. Ten człowiek puścił się raz w sam środek tabunu dzikich koni i przebiegł po zwierzętach z głowy na głowę, żeby sobie wybrać najlepsze.
Helmers uśmiechnął się wesoło i zapytał:
— Czy ten śmiałek ma jakie nazwisko?
— To się rozumie.
— Jakie?
— Jak się właściwie nazywa, tego nie wiem, ale od czerwonych otrzymał przydomek: Grot Piorunowy, Itintika.
Helmers nie dał poznać po sobie, że o nim mowa, a Czoło Bawole i Serce Niedźwiedzie nie drgnęli również na twarzy. Helmers zapytał:
— Gdzie ten koń?
— Leży tam za tamtym tabunem.
— Skrępowany?
— Oczywiście.
— Do wszystkich dyabłów!. Źle z nim postępujecie!
— Ba! Sennor Arbellez dba bardzo o swoje konie, ale tym razem przysiągł, że kary albo się podda, albo zginie z głodu.
— Zapewne związaliście mu także pysk?
— Rozumie się.
— Pokażcie mi tego ogiera!
— Chodźcie, sennorze!
W chwili właśnie, kiedy powstali, ujrzeli sennora Arbelleza, nadjeżdżającego z córką i z Karją. Była to jego zwykła jazda inspekcyjna, jaką zawsze odbywał przed nocą. Nie wstrzymując się z tego powodu, poszli wakerowie z Helmersem do konia.
Ogier leżał na ziemi ze związane mi nogami i koszem na pysku. Oczy krwią mu nabiegły z wściekłości i z wysiłku, każda żyła napęczniała, jakby miała pęknąć za chwilę, a z kosza spadała piana wielkiemi płatami.
— Do kroćset! To jest wprost grzech! — zawołał Helmers.
— Poradźcie co na to, sennorze! — rzekł wakero, wzruszając ramionami.
— To jest dręczenie zwierząt! Na to nie powinno się pozwalać! W ten sposób możnaby najszlachetniejszego konia zniszczyć!
W uniesieniu rozsierdził się Helmers naprawdę. Wtem nadjechał Arbellez z dziewczętami.
— Co się tam stało, sennorze Helmersie, żeście wpadli w taki gniew? — zapytał.
— Chcecie zabić tego ogiera! — odrzekł.
— Jeśli nie będzie posłuszny.
— Możnaby go nauczyć uległości, ale nie w ten sposób.
— Próbowaliśmy już wszystkiego. Nic nie pomogło.
— Dajcie mu na grzbiet dzielnego jeźdźca!
— Także nic nie wskóramy!
— Śmiem wątpić. Czy pozwolicie, żebym ja spróbował?
— Nie.
Helmers spojrzał nań ze zdziwieniem.
— Czemu nie? — spytał.
— Bo zbyt cenię wasze życie.
Pshaw! Wolę zginąć, niż dłużej na to patrzeć. Dobry koniarz tego nie wytrzyma. Czy mogę zatem przejechać się na tym karym? Proszę o to, sennorze.
Na to zbliżyła się Ema zaniepokojona.
— Ojcze, nie pozwól mu! — prosiła trwożliwie. — Kary zbyt niebezpieczny.
Helmers zaś zapytał ją poważnie:
— Sennora nienawidzi mnie?
— Nienawidzi? Mój Boże! Za cóż?
— Czy mną pani pogardza?
— To jeszcze mniej.
— A dlaczego mnie pani obraża w ten sposób? Tylko chłopak bierze się do dzieła, którego nie potrafi wykonać. Zapewniam panią, że karego nie obawiam się wcale.
— Pan nie zna tego zwierzęcia sennorze — upominał Arbellez. — Było tu już wielu. Ci twierdzą, że tylko Itintika, Grot Piorunowy, zdołałby go oswoić.
— Czy pan zna tego Itintikę?
— Nie, ale to najlepszy w Ameryce rastreator i jeździec.
— A ja mimo to proszę pana o ogiera!
— Ostrzegam pana! — rzekł hacyendero.
— Trwam przy mojej prośbie!
— W takim razie muszę ją panu spełnić, bo jest pan moim gościem, ale czynię to z przykrością ze względu na skutki. Nie gniewaj się pan potem na mnie!
Na to Ema zsiadła szybko z konia i przystąpiła do Helmersa.
— Sennorze! — prosiła, ujmując go za rękę. — Czy nie odstąpiłby pan od konia dla mnie? Ja się tak boję!
— Sennorito — rzekł — niech pani powie otwarcie: Czyby to był zaszczyt dla mnie, czy hańba, gdybym najpierw twierdził, że się nie boję, a potem się cofnął?
Spuściła głowę. Zrozumiała, że miał słuszność, że nie mógł pozostać w tyle za wszystkimi, którzy byli dobrymi jeźdźcami. Zapytała więc prawie pocichu:
— Pan rzeczywiście się odważy?
— Sennorito Emo, dla mnie to nie jest dowodem odwagi!
Spojrzał jej przy tem w oczy z taką ufnością, że ustąpiła i uwierzyła w możliwość udania się jego przedsięwzięcia.
— A zatem do dzieła!
Z temi słowy przystąpił do ogiera, odsunąwszy wakerów, którzy mu chcieli dopomóc w zdjęciu więzów. Zwierzę tarzało się wciąż jeszcze po ziemi, parskając i stękając. Helmers odrzucił mu kosz z pyska i dobył noża. Został tylko koniec lassa, owinięty koniowi dokoła pyska. Helmers wziął ten rzemień w lewą rękę, rozciął szybko więzy najpierw tylnych, a potem przednich nóg. Kiedy koń się poderwał, siedział mu już na grzbiecie, jak przyrośnięty.
Teraz zaczęła się walka między jeźdźcem a koniem, jakiej obecni widzowie, cofający się ostrożnie, nie oglądali. Ogier wznosił się w górę na przemiany, to tyłem, to przodem, podskakiwał w bok, kopał i kąsał, rzucał się na ziemię, tarzał się i zrywał nanowo, ale jeździec siedział na nim ciągle. Była to najpierw walka ludzkiej inteligencyi z opornością dzikiego zwierzęcia, poczem jednak zamieniła się w zmaganie się wyłącznie ludzkich mięśni z siłą zwierzęcą. Koń pocił się niemal pianą, nie parskał już, lecz chrząkał i stękał, wysilając resztę woli, ale żelazny jeździec nie poddawał się ani na chwilę. Stalowymi niemal kolanami ścisnął konia tak, że mu zaczęło brakować oddechu. Koń podskoczył po raz ostatni w górę wszystkiemi czterema nogami i jak szalony pognał przez kamienie, rowy i krzaki. W pół minuty zniknął razem z jeźdźcem.
— Do kroćset dyabłów! Czegoś podobnego nie widziałem jeszcze w swojem życiu! — przerwał Arbellez.
— Skręci kark! — rzekł jeden z wakerów.
— Już nie — wtrącił drugi. — Zwyciężył!
— Bałam się bardzo o niego. — przyznała się Ema. — Zdaje mi się jednak, że mu już niebezpieczeństwo nie grozi. Prawda, ojcze?
— Bądź spokojna! Kto tak silnie siedzi i tyle siły okazał, ten już nie spadnie. To wyglądało tak, jak gdyby dyabeł walczył z dyabłem. Wątpię, czy nawet Itintika zrobiłby to lepiej!
Wtem przystąpił Czoło Bawole i rzekł:
— Nie, sennorze. On nie mógłby zrobić tego lepiej, tylko tak samo.
— Jak to? Nie rozumiem tych słów.
— Sennor Helmers, to Itintika.
— Co? — zawołał Arbellez. — On Grot Piorunowy?
— Tak. Spytajcie wodza Apaczów!
Arbellez zwrócił na wymienionego pytające spojrzenie.
— Tak, to on — rzekł Indyanin poprostu.
— Gdybym był wiedział, byłbym się tak nie obawiał — oświadczył hacyendero. — Naprawdę zdawało mi się, że sam siedzę na koniu.
Wszyscy pełni oczekiwania stali ciągle na tem samem miejscu. Po upływie kwadransa powrócił Helmers. Kary był tak zmęczony, że z nóg leciał, a jeździec siedział na nim rzeźki i uśmiechnięty. Ema wyjechała naprzeciw niego.
— Sennorze, dziękuję wam! — rzekła.
Inny byłby zapytał: „za co?“ On jednak zrozumiał ją i uśmiechnął się do niej uszczęśliwiony.
— No, sennorze Arbellez — zapytał Helmers — czy istotnie tylko Itintika mógłby tego dokonać?
— Oczywiście!
— Mnie się zdaje, że możemy się obejść bez niego, bo ja to także potrafię.
— Bo sam pan nim jesteś.
— Ach! To moja tajemnica zdradzona! — roześmiał się.
— Skończyło się incognito księcia sawanny — dodała Ema.
Ze wszystkich stron darzono go głośnym podziwem, on zaś bronił się, mówiąc:
— Moje zadanie jeszcze nie skończone. Sennorze, czy mogę wam towarzyszyć?
— A koń nie jest zbytnio znużony?
— Musi jechać, bo ja tak chcę!
— W takim razie jedźmy!
Objechawszy rozległe przestrzenie, na których pasły się konie, bydło rogate, muły, owce i kozy, wrócili do domu. Helmers przywiązał ogiera do kołka. Kiedy Karja, udając się do swego pokoju, przechodziła obok drzwi hrabiego, ukazał się w nich hrabia Alfonzo.
— Karjo — spytał — czy mogę dziś z tobą pomówić?
— Kiedy? — spytała Indyanka.
— Dwie godziny przed północą.
— Gdzie?
— Pod oliwkami nad potokiem.
— Przyjdę!
Gdy zapadł wieczór, zgromadziło się całe towarzystwo w jadalni, gdzie podano na stół prawdziwie olbrzymie zapasy. W uczcie wzięli także udział obydwaj wodzowie indyańscy. Rozmowa obracała się około ostatnich wypadków, a potem zeszła na oswojenie ognistego rumaka. Chwalono za to Helmersa znowu, lecz on nie przyjmował pochwał, mówiąc:
— Nie warto wspominać o tem, sennores. Nie ja jeden potrafię coś podobnego.
— O, to tylko skromność z waszej strony — rzekł hacyendero. — Czy jest jeszcze ktoś taki?
— Owszem!
Ten zrobiłby to jeszcze lepiej ode mnie. Mam na myśli Old Shatterhanda, przyjaciela Winnetou. Mnie daleko jeszcze do tego, żeby jemu dorównać.
— Ach! Old Shatterhand! Dużo o nim słyszałem! Wierzę też, że oswojenie dzikiego konia byłoby dla niego igraszką. Wy go znacie, sennorze?
— Znam. Dlatego właśnie mogę zgodnie z prawdą powiedzieć, że mu nie dorównywam.
Zeszła więc rozmowa na tego słynnego westmana, przyczem opowiedziano kilka wybitniejszych jego czynów. Hrabia nie zjawił się przy stole. Jego dzisiejsze występy złościły go. Czuł, że się tem nie wsławił, dlatego nie przyszedł. Na pojedynek z Helmersem nie zgodził się oczywiście z tchórzostwa.
Był to nadzwyczaj nieporządny i rozrzutny młody szlachcic. Pomimo, że ojciec zapewnił mu wysoką rentę roczną, narobił tyle długów, że nie miał odwagi przyznać się przed nim do tego. To też wierzyciele cisnęli go i dręczyli. Młody hrabia posłyszał coś o skarbie królewskim, a wiedząc, że Karja zna jego tajemnicę, chciał posiąść ten skarb, którego tysiączna cześć byłaby wystarczyła na zaspokojenie wierzycieli. Korzystał z każdego, niewidzianego przez drugich, spotkania z Indyanką, ażeby jej się okazać godnym zaufania i przyrzekł nawet uczynić ją hrabiną Rodrigda. Pomimo naiwności i ufności, z jaką wierzyła jego słowom, nie doprowadził był dotychczas do tego, żeby mu powiedziała, gdzie należy skarbu szukać. Teraz, przyciśnięty do ostateczności przez wierzycieli, przybył ze stolicy Meksyku do hacyendy z mocnem postanowieniem zmuszenia w łagodny sposób Karji, żeby mu zdradziła tajemnicę. Poszedł pod oliwki nad potokiem i zastał tam już Indyankę. Gniewała się na niego za to, że zachował się tak obrażająco względem jej wybawców, lecz zręczności jego udało się niebawem rozprószyć jej niechęć. Potem zmierzał już wprost do swego celu. Przyrzekł jej wyrobić szlachectwo, ażeby ją móc pojąć za żonę. Twierdził, że szlachectwo jest do tego konieczne, jakkolwiek uważał ją jako potomka rodziny królewskiej rzekomo za zupełnie sobie równą. Ostrzegał jednak, że do uzyskania szlachectwa potrzeba bardzo dużo pieniędzy, a on tyle nie mógłby dostać od swego ojca. Lecz nie tylko na to potrzebny mu był skarb królewski. Ojciec miał go wydziedziczyć z powodu Karji i poprostu wtrącić w nędzę. Skoro jednak on (jak mówił) gotów jest ponieść dla niej tę ofiarę, czem dowiódłby, jak rzetelne ma względem niej zamiary, to ona również nie powinna ociągać się dłużej z powierzeniem mu tajemnicy. Takimi argumentami zwyciężył młody hrabia. Indyanka przyrzekła mu powiedzieć, gdzie skarb leży, postawiła jednak warunki. Po pierwsze: nie wolno mu było zdradzić jej przed bratem, że nie dochowała tajemnicy, powtóre zaś miał jej dać pisemny dokument z podpisem i pieczęcią, tej treści, że w zamian za wydanie skarbu królewskiego zrobi ją hrabiną de Rodriganda. On przystał na te warunki i poprosił ją, żeby nazajutrz przyszła do niego osobiście po ten dokument.
Jakżeż radował się teraz z osiągnięcia swego celu! W nadziei tej sprowadził był już nawet z sobą ludzi, którzy mieli te skarby przewieźć do miasta. O dokument się nie troszczył. O wiele niżej od niego społecznie stojąca, darzona pogardą, Indyanka była nawet z takiem pismem bezsilna wobec niego, wysoko urodzonego hrabiego! Byle tylko posiąść skarby jak najrychlej!
Kiedy ci dwoje rozmawiali pod oliwkami, odprowadzał Helmers wodza Tekaltę do jego łoża na trawie. Zamiłowany oddawna w życiu swobodnem, dniem i nocą spędzanem pod gołem niebem, chciał przed snem w pokoju nabrać w płuca świeżego powietrza. Pożegnawszy się więc z wodzem, nie poszedł jeszcze prosto do hacyendy, lecz wstąpił do ogrodu, gdzie usiadł na brzegu sztucznego basenu, z którego fontanna wyrzucała w górę ożywczy strumień wody.
Siedział jeszcze niedługo, kiedy doleciał go odgłos cichych kroków. Zaraz potem ukazała się postać kobieca, idąca ścieżką prosto ku fontannie. Poznał Emę i wstał, chcąc odejść, aby nie być świadkiem jakiejś schadzki. Dziewczyna spostrzegła się i zawahała, czy iść dalej.
— Proszę, sennorito! Niech się pani nie krępuje — rzekł. — Ja zaraz się oddalę, ażeby pani nie przeszkadzać.
— Ach, to pan, sennorze Helmersie — odpowiedziała. — Zdawało mi się, że to ktoś inny, bo myślałam, że pan udał się już na spoczynek.
— Pokój dla mnie jeszcze zbyt niewygodny i duszny. Muszę się dopiero doń przyzwyczaić.
— Ze mną jest to samo; dlatego wyszłam jeszcze do ogrodu.
— Życzę przyjemnego wieczoru! Dobranoc, sennorito!
Chciał się cofnąć, lecz ona ujęła go za rękę i zatrzymała.
— Niech pan zostanie, skoro panu tego potrzeba! — rzekła. — Pan Bóg ma podostatkiem powietrza, gwiazd i woni dla nas obojga. Pan mi wcale nie przeszkadza.
Usłuchał i usiadł obok niej na krawędzi basenu.
Tymczasem wódz Mizteków położył się tuż obok palisady ogrodowej. Rozmarzony patrzył ku niebu i puścił wyobraźnię w górę, w owe światy odwieczne, kędy toczą się słońca, które czcili jego przodkowie. Mimo zatopienia się w cudach przyrody mógł posłyszeć najlżejszy szmer w otoczeniu.
Naraz wydało mu się, że z ogrodu doszedł go odgłos cichych kroków, a potem także przytłumione głosy. Wiedział o tem, że hrabia starał się jak najczęściej dostać w pobliże jego siostry, i nie wątpił, że ona nie opierała się zabiegom białego. Zbudziło się w nim podejrzenie. Ani hrabiego, ani Karji nie było widać w hacyendzie już od godziny. Czyżby umówili się o schadzkę w ogrodzie? Postanowił to sprawdzić. Uważał to za konieczne ze względu na siebie i na nią.
Powstał więc i jak kot przeskoczył przez palisadę do ogrodu. Tam położył się na ziemi i przyczołgał bliżej tak cicho, że wprawne, ale teraz niedbałe, ucho Helmersa nic nie dosłyszało. Dostał się niepostrzeżenie do drugiej strony basenu i stamtąd mógł rozumieć każde słowo rozmowy.
— Sen norze, powinnabym właściwie gniewać się na pana! — rzekła właśnie Ema.
— Czemu?
— Ponieważ nabawił mnie pan niemałego strachu.
— Tem, że postanowiłem ujeździć konia?
— Tak.
— Niepotrzebnie się pani niepokoiła, gdyż oswajałem już konie daleko gorsze. Kary jest teraz tak łagodny, że każda kobieta może go dosiąść całkiem spokojnie.
— Ale miało to jedną dobrą stronę.
— Jaką?
— Że porzucił pan incognito, próżny człowieku!
— O — rzekł ze śmiechem — to nie była tylko próżność. Czasem trzeba być ostrożnym. Dzięki temu właśnie, że uważano mnie za zwykłego, nie wyćwiczonego myśliwca, odnosiłem często największe korzyści.
— Ale mnie mógł pan to powiedzieć. Powierzył mi pan przecież daleko większą tajemnicę.
— Tajemnicę, która może nigdy nie będzie miała dla mnie wartości. Nie odkryję, zdaje się, jaskini królewskiego skarbu, chociaż prawdopodobnie znajduję się w jej pobliżu.
— Z czego pan o tem wnosi?
— Z ukształtowania gór i biegu rzek. Okolica, którą przejeżdżaliśmy na ostatku, zgadza się całkiem z częścią mojej mapy.
— W takim razie ma pan już pewną podstawę może pan szukać dalej.
— Wielkie pytanie, czy to uczynię.
— Czemu?
— Bo wątpię, czy mam do tego prawo.
— Miałby pan przecież prawo znalazcy. Nie przeceniam bynajmniej wartości złota, wiem jednak, że posiadanie jego daje wiele rzeczy, których tysiące ludzi pragnie napróżno. Niech pan szuka! Cieszyłabym się, gdyby pan znalazł!
— Potęga złota jest wielka — rzekł w zamyśleniu — a ja mam biednego brata, obarczonego rodziną, której mógłbym dać szczęście. Ale do kogo należy ten skarb? Chyba do potomków tych, którzy go tam ukryli.
— Nie wie pan od kogo mapa pochodzi?
— Od starego, chorego Indyanina, któremu wyrządziłem kilka przysług. Był zraniony i umarł, zanim mógł mi dać ustne wskazówki.
— A na mapie nazw niema?
— Nie. W jednym rogu znajduje się znak zagadkowy, którego nie umiem sobie wytłómaczyć. Postanawiam szukać skarbu, ale jeśli go znajdę rzeczywiście, nie dotknę go, lecz obejrzę się za prawowitymi jego właścicielami. Gdybym ich nie znalazł, to będę miał czas pomyśleć o przeznaczeniu skarbu.
— Sennorze, pan jest człowiekiem honorowym! — rzekła ciepło Meksykanka.
— Czynię tylko, co muszę, a unikam wszelkiego bezprawia.
— Brat pański ubogi?
— Jest marynarzem. Jako taki nigdy nie doprowadzi do samoistności, dopóki będzie zdany tylko na własne siły. Ja sam posiadam niewielką sumkę, uzyskaną z myśliwskich wycieczek.
— Pan posiada więcej! — rzekła.
— Ciekaw jestem co?
— Czyżby Grot Piorunowy był rzeczywiście tak ubogi? Czyż nie istnieją bogactwa, niemające nic wspólnego ze złotem? Posiadanie złota i srebra nie stanowi wartości człowieka. Prawdziwe skarby spoczywają w sercu. Wiara w Boga, miłość bliźniego i przeświadczenie, że się spełniało swoją powinność. Ale chodź pan! Muszę jeszcze ojcu powiedzieć: Dobranoc!
Odeszli. Tekalto także się oddalił i przerzucił przez palisadę. Tam dopiero mruknął do siebie:
— Uff, uff! Co ja słyszałem! Grot Piorunowy ma rysunek naszego świętego miejsca! Jego bystrość doprowadzi go do odkrycia skarbu. Powinienbym go zabić, ale zostałem jego przyjacielem i bratem, a on jest dobry i szlachetny. Ocalił też moją siostrę, Karje. Czy mam zgubić tego, któremu winien jestem wdzięczność? Nie, nie! Namyślę się, a dobry Wielki Duch powie mi, co mam uczynić...
W tym samym czasie w dolinie, odległej od hacyendy może o dwie godziny drogi, siedziała dokoła ogniska gromadka, licząca około dwudziestu ludzi. Były to dzikie i zuchwałe postaci. Każdą można było podejrzewać, że ma na sumieniu morderstwo, lub coś podobnego. Ćwiartka cielęcia piekła się na rożnie, a resztki mięsa i poodrzucane kości, leżące obok, świadczyły, że raczono się tu już od dłuższego czasu.
— Jakże będzie, kapitano? — zapytał jeden z nich głosem niechętnym. — Czy czekamy jeszcze?
Zapytany leżał obok wsparty na łokciu. Miał twarz prawdziwego bandyty, a jego pas jeżył się od broni.
— Czekamy! — rzekł ponuro i stanowczo.
— Jak długo?
— Dopóki mnie się spodoba.
— Oho! Ja mam już tego dość!
— Milcz!
— Pozwolisz mi chyba mówić. Siedzimy tu już od czterech dni. Obawiam się, czy z nas sobie błaznów nie robią.
— Jeśli sam uważasz siebie za błazna, to ja nic przeciwko temu nie mam. Ja na szczęście wiem dokładnie, co mam robić.
— Czy wiesz takie, jakie jest nasze zadanie?
— Oczywiście!
— No, jakie?
— Hrabia płaci nam dobrze, zaczekamy więc, dopóki nie powie, co mamy czynić.
— Niech to dyabli wezmą! Ileż to mogliśmy przez ten czas zrobić i zarobić!
— Milcz!
— Oho! Ja jestem także człowiekiem i mam prawo mówić!
— A ja jestem kapitanem i zabraniam ci tego!
— A kto cię mianował kapitanem? Przecież my!
— Słusznie! Ale skoro już raz nim jestem, to potrafię swoją rolę odegrać. Jedz mięso i zamknij gębę, bo wiesz, jakie tu są prawa!
— Ty mi grozisz? — zawołał pierwszy i pochwycił za nóż.
— Nie, ja nie grożę, tylko działam!
Kapitan powiedział to głosem zimnym i obojętnym, lecz błyskawicznie wyrwał pistolet z za pasa i wypalił. Huknął strzał, a zuchwały opozycyonista padł na ziemię z roztrzaskaną głową.
— Tak się karze nieposłuszeństwo. Weźcie go na bok!
Po tych słowach zaczął kapitan z zimną krwią nabijać pistolet.
Powstał nieznaczny pomruk niezadowolenia, lecz ucichł natychmiast, skoro tylko kapitan podniósł głowę.
— Kto mruczy? — spytał. — Mam jeszcze więcej kul. Coby to było, gdyby ustało posłuszeństwo! Hrabia Rodriganda płaci każdemu z nas dziennie złotówkę. Czy to nie dość? Każe nam wprawdzie czekać teraz, ale postara się też o robotę dla nas, gdyż takiej sumy nawet hrabia nie daje za darmo!
Ludzie uspokoili się, a zabitego uprzątnęli. Po spożyciu reszty mięsa postawili straż i owinęli się kocami.
Już sen zaczął był ich morzyć, kiedy nagle usłyszeli tętent kopyt końskich. Podnieśli się natychmiast z pierwotnej postawy, bo zbliżał się jakiś jeździec.
— Kto tam? — spytała straż.
— Swój! — brzmiała odpowiedź.
— Może przejść.
Przybyły oddał konia straży i przyszedł bliżej. Był to hrabia Alfonzo de Rodriganda, Usiadł obok kapitana, wyjął tytoń i skręcił sobie „cigarittę“. Ludzie przypatrywali mu się w milczeniu. Kiedy jednak zapalił papierosa i dalej nic nie mówił, spytał go kapitan:
— Czy przynosicie nam nareszcie jaką robotę, don Rodriganda?
— Tak.
— Jaką? Zrobimy wszystko, byleby nam dobrze zapłacono.
Wskazał przytem wymownym giestem na sztylet. Hrabia potrząsnął głową i odpowiedział:
— Nic takiego. Posłużycie mi tylko jako arrierowie[12].
— Jako arrierowie? — powtórzył zdziwiony kapitan. — Myśmy nie chamy!
— Wiem o tem. Posłuchajcie, co wam powiem!
Wszyscy przysunęli się bliżej z ciekawością, a hrabia Alfonzo zaczął:
— Mam coś zawieźć do Meksyku, ale to wielka tajemnica. Czy mogę w tem na was liczyć?
— Jeśli pan zapłaci!
— Dostaniecie, ile zażądacie. Czy macie z sobą juki, które u was zamówiłem?
— Tak.
— Wory i skrzynie?
— Również.
— To dobrze! Konie weźmiemy sobie z Estancyi del Erina. Jutro o tym czasie będę tu znowu i wyruszymy potem z brzaskiem dnia.
— Dokąd?
— Sam jeszcze tego nie wiem. Ja poprowadzę.
— A co będziemy wieźli?
— To was także nic nie obchodzi. Przyprowadzę moich dwu służących, którzy wam gdzieś i kiedyś napełnią wory i skrzynie. Potem ruszycie pod moim nadzorem do Meksyku. Waszym obowiązkiem będzie bronić transportu, gdyby nas kto napadł po drodze.
— To bardzo tajemnicza sprawa, don Rodriganda. Będziemy musieli zażądać stosownej zapłaty.
— Ile chcecie?
— Trzy złotówki dziennie na człowieka.
— Zgoda!
— A mnie, jako dowódcy sześć.
— Dobrze!
— Cały wikt i utrzymanie.
— To się rozumie!
— A jeśli transport doprowadzimy szczęśliwie do Meksyku, trzysta złotówek, jako osobne wynagrodzenie.
— Dostaniecie pięćset, jeśli mnie zadowolicie!
— Hurra, to brzmi przyjemnie! Sennorze, zdajcie się spokojnie na nas! W ogień za was pójdziemy!
— Spodziewam się tego po was. Tu macie na razie małą zachętę do wierności! Rozdzielcie to między siebie!
Wyjął z kieszeni rulon pieniędzy i oddał kapitanowi, poczem odjechał.
Kiedy przebrzmiał tętent jego konia, zaczekał przezorny dowódca jeszcze chwilkę, a potem rozwinął rulon.
— Złoto! — zawołał. — Błyszczące, żółte złoto!
— Hojny jest! — zauważył jeden.
— Hm! — rzekł kapitan. — Tu każdy może sobie pomyśleć, co mu się podoba.
— Co będziemy przewozili?
— O tem nikt nie śmie wiedzieć!
— Nawet my nie?
— Wtajemniczeni będą tylko jego służący!
Tak krzyżowały się pytania i odpowiedzi. Naraz posypało się kilka domysłów:
— Może on ludzkie mięso chce ukryć!
— Albo złoto z jakiej bonancy.
— Albo zakopany skarb Azteków.
Dowódca nakazał ruchem ręki spokój i rzekł:
— Nie łamcie sobie głów, chłopcy! Płaci tak dobrze, że powieziemy pewnie coś nadzwyczajnego. Będziemy go z początku słuchali we wszystkiem, potem jednak stańcie się cokolwiek ciekawi, a jeśli to, co będziemy wieźli, mogłoby się także nam przydać, to hrabia będzie tak samo wart kuli, jak i jego służący. Teraz śpijcie i bądźcie cicho!
Dokoła ogniska zapanowało głuche milczenie, chociaż niejeden bandyta nie spał naprawdę, lecz starał się odgadnąć, co będzie zawierał powierzony im transport.
Oto byli ludzie, których hrabia wynajął, ażeby skarby przewieźć do stolicy! Łotry i bandyci, żyjący z dochodów, zdobytych bronią. Gdyby się dowiedzieli o zawartości skrzyń i worów, byłoby po hrabi. Ale nad tem nie pomyślał ten lekkoduch.
Ledwie nazajutrz rano Helmers wstał z łóżka, przyszedł do niego hacyendero, ażeby mu powiedzieć: „dzień dobry!“ Polubił myśliwca, mimo że dopiero tak krótko się znali.
— Przychodzę do pana właściwie z prośbą — rzekł.
— Którą ja spełnię, jeśli będę mógł — odpowiedział Helmers.
— Będzie pan mógł. Znajduje się pan tutaj w pustkowiu, gdzie panu trudno zaspokoić wszelkie potrzeby, ja zaś mam wielki zapas wszystkiego, czego mi potrzeba, bo muszę swoich ludzi zaopatrywać we wszystko. Jeśliby pan chciał wziąć sobie bieliznę i nową odzież, to z przyjemnością postawiłbym panu nizkie ceny.
Helmers wiedział dobrze, jak on to rozumiał, ale z jednej strony nie mógł obrazić zacnego hacyendera, a z drugiej jego strój myśliwski znajdował się naprawdę w stanie opłakanym. Namyślił się więc prędko i odpowiedział:
— Dobrze! Przyjmuję pańską propozycye pod tym warunkiem, że ceny nie będą zbyt wysokie, gdyż jestem, jak to mówią, biedak.
— Hm, jakąś drobnostkę zarobię, chociaż niepotrzebuje pan zaraz dzisiaj płacić. Chodź pan! Pokaże panu magazyn! — rzekł Arbellez śmiejąc się.
Kiedy w godzinę potem Helmers stanął przed lustrem, sam sobie wydał się obcym. Miał rozprute na dole, obramowane złotem, spodnie meksykańskie; lekkie półbuty z ogromnemi ostrogami; śnieżnie białą koszulę; na niej krótką, otwartą z przodu bluzę, wyszytą złotem i srebrem; na głowie sombrero o szerokich kresach, a na biodrach szal z chińskiej gazy jedwabnej. Włosy miał przystrzyżone, wąsy i brodę zrównane. W tej strojnej i bogatej odzieży prawie nie poznał siebie.
Gdy na śniadanie wszedł do jadalni, zastał tam już Emę, która zarumieniła się z zachwytu na jego widok. Dotąd nie wyobrażała go sobie tak pięknym. Karja zachowała się także tak, jak gdyby teraz dopiero zauważyła jego piękność. Porównywała go może z hrabią. Obaj wodzowie indyańscy udali, że nie widzą tej zmiany. Tylko jednego złościło to straszliwie.
Był to hrabia. Nadzieja blizkiego posiadania skarbu usposobiła go może zgodliwiej, bo przyszedł na śniadanie, ale omal się nie cofnął, gdy zobaczył Helmersa. Zgrzytał skrycie zębami i postanowił uczynić go nieszkodliwym dla siebie.
Gdy Helmers po śniadaniu wyszedł na łąkę, spotkał się tam z wodzem Mizteków, który ujrzawszy nową odzież Helmersa, rzekł:
— Mój brat, Grot Piorunowy, może nosić strój taki, bo jest bogaty.
— To dar sennora Arbelleza. Ja jestem tak samo ubogi jak przedtem.
— Nie — rzekł Indyanin poważnie — jesteś bogaty, bo znasz drogę do skarbu królewskiego.
Helmers cofnął się o krok ze zdumienia.
— Skąd ty wiesz o tem?
— Wiem! Czy mogę zobaczyć mapę?
— Owszem!
— Zaraz?
— Chodź!
Zaprowadził go do swego pokoju i położył przed nim stary, nadszargany papier. Tekalto rzucił okiem na róg planu i rzekł:
— Tak, to znak Toksertesa, który był ojcem mojego ojca. Musiał on kraj opuścić i nie wrócił już więcej. Ty wyrządziłeś mu przysługę, dlatego nie jesteś ubogi. Czy chcesz zobaczyć jaskinię skarbu królewskiego?
— Ty możesz mi ją pokazać?
— Tak.
— Do kogo należą skarby?
— Do mnie i do mojej siostry, Karji. My jesteśmy jedynymi potomkami królów Mizteków. Czy mam cię zaprowadzić?
— Proszę o to.
— Przygotuj się dzisiaj na dwie godziny po północy. Tylko w nocy możemy ruszyć w tę podróż.
— Czy mogę o tem komu powiedzieć?
— Nikomu, chyba tylko córce hacyendera.
— Czemu jej?
— Ponieważ wie, że szukasz skarbu.
— Ach! Skąd ty wiesz o tem?
— Słyszałem wczoraj każde słowo, które mówiliście do siebie. Masz mapę; a jednak postanowiłeś sam nic nie wziąć. Chciałeś wpierw zbadać, czy są spadkobiercy. Jesteś uczciwym człowiekiem, jakich mało wśród bladych twarzy, dlatego zobaczysz skarby królewskie.
W godzinę później, w porze obiadowej, kiedy wszyscy siedzieli jeszcze przy deserze, wsunęła się Indyanka do pokoju hrabiego i szepnęła:
— Czy napisałeś ten papier?
— A umiesz czytać? — zapytał on.
— Tak — odparła dumnie.
— Oto masz!
Podał jej arkusz papieru, na którym napisane były następujące słowa:
„Niniejszem oświadczam, że po otrzymaniu skarbu królewskiego Mizteków zaręczę się z Karją, potomkiem ich królów i że pojmę ją za żonę.
Alfonzo
hrabia de Rodriganda y Sevilla“.
— Dobrze napisałem? — zapytał.
— Słowa są dobre, ale pieczęci niema.
— To niepotrzebne.
— Przyrzekłeś mi dać pieczęć!
— Stanie się wedle twej woli — rzekł, ukrywając swą niechęć.
Roztopił laskę wosku i położył pieczęć nad słowami.
— Masz, Karjo! — rzekł, podając jej pismo — A teraz ty słowa dotrzymaj!
— Owszem, słuchaj!
— Gdzie więc jest skarb ukryty?
— Czy znasz górę El Reparo?
— Znam. Leży o cztery godziny drogi na zachód.
— Wygląda jak wydłużony, wysoki, wał ziemny.
— Słusznie.
— Z niej wypływają trzy strumyki na dolinę. Środkowy jest dla ciebie ważny. Nie wytryska on z małego źródła, lecz wypływa odrazu pełno i szeroko z ziemi. Gdy wstąpisz do wody i, schyliwszy się, wejdziesz tam, gdzie potok z góry wypływa, będziesz miał przed sobą jaskinię.
— Ach! To byłoby bardzo proste!
— Bardzo proste!
— Czy trzeba światła?
— Znajdziesz pochodnie na lewo od wejścia.
— Czy to wszystko, co miałaś mi powiedzieć?
— Wszystko.
— I skarb jest jeszcze tam rzeczywiście nietknięty?
— Nietknięty!
— Dzięki ci, moje dziecko! Jesteś moją narzeczoną, a wkrótce zostaniesz żoną. Ale teraz idź! Mogliby nas tu zaskoczyć!
Indyanka schowała dokument i odeszła. Poniosła ofiarę, która jej strasznie na duszy ciężyła.
Tymczasem Serce Niedźwiedzie złowił sobie jednego z półdzikich koni w hacyendzie i wyruszył na przejażdżkę. Ponieważ miał dużo czasu, przeto nie obrał z powrotem drogi najkrótszej i najwygodniejszej, lecz jechał przez doliny, parowy i ostępy, o ile mu leżały na drodze. Nagle, kiedy zjeżdżał w jedno z zagłębień, usłyszał głosy sprzeczających się ludzi. Zaraz potem huknął strzał, a po nim nastąpił okrzyk.
Coś takiego wygląda zawsze podejrzanie, zwłaszcza dla ostrożnego Indyanina. Zsiadł z konia, przywiązał go, wziął do rąk strzelbę i zaczął skradać się w stronę, gdzie padł wystrzał. Wylazł na zbocze, którego szczyt porosły był dzikim mirtem. Dostawszy się do krzaków, zobaczył małą, ale głęboką dolinkę, w której dokoła ogniska znajdowało się ośmnastu mężczyzn i dwa trupy. Nieopodal leżało mnóstwo skrzyń, worów i siodeł jucznych. Jeden z mężczyzn nabijał właśnie pistolet.
— Tak ma być! — rzekł. — Kto się sprzeciwi, dostanie kulą w łeb!
— Czy strzały nas nie zdradzą? — zapytał drugi trwożliwie.
— Głupcze! Ktoby się na nas porwał?
Serce Niedźwiedzie rozumiał bardzo dobrze mieszaninę hiszpańskiego i indyańskiego języka, jakiej się na granicy używa, ale ci ludzie mówili czysto po hiszpańsku, a tego języka on nie znał. Uważał tych ludzi za oddział myśliwski, którego członkowie posprzeczali się z sobą tak gwałtownie, że aż zaczęli do siebie strzelać. Takie wypadki zdarzają się w Meksyku bardzo często, dlatego nie uderzają tubylca. Serce Niedźwiedzie cofnął się zatem, dosiadł konia i pojechał do estancyi.
Hrabia nie pokazywał się przez cały dzień. Posiadłszy pożądaną wiadomość, kazał swoim służącym spakować rzeczy. Po wieczerzy udał się do Arbelleza i oświadczył, że odjeżdża. Chociaż to hacyendera zastanowiło, nie pytał go o powód i nie próbował zatrzymać. Wracając do swego pokoju, spotkał się Rodriganda z Karją. W przekonaniu, że jest u celu pragnień swoich, popełnił głupstwo przez to, że tak przemówił do niej:
— Zawiadomiłem właśnie Arbelleza, że odjeżdżam.
— Dokąd? — spytała Indyanka.
— Do Meksyku.
— A skarb?
— Zabiorę go sobie przedtem. Miałem w pogotowiu wielu arierów z mułami, teraz udam się z nimi pod górę El Reparo po skarby. Potem ruszam prosto do Meksyku.
— A kiedy wrócisz?
— Nigdy.
— Nigdy? — zapytała zdumiona. — To przyślesz po mnie?
— Nie.
— Także nie? Czy mam cię wobec tego odszukać w stolicy?
— To sobie stanowczo wypraszam! Czyś naprawdę myślała, że mogłabyś zostać hrabiną de Rodriganda? Czy rzeczywiście uważałaś mnie za tak głupiego i szalonego, żebym ożenił się z Indyanką?
Spojrzała nań z przestrachem i wyjąkała:
— Ty... ty... mnie oszukałeś?
— To wyrażenie muszę z naciskiem odeprzeć. Hrabia nigdy nie oszukuje! Wywiodłem cię tylko nieco w pole. Skarb jest mój, a ty jeśli chcesz mieć męża, to poszukaj sobie go sobie wśród sobie równych!
Po tych słowach, wyrzeczonych szyderczo i wyniośle, oddalił się, a Karja, postawszy przez chwilę jak skamieniała, poszła chwiejnie i bezradnie do swego pokoju. Upłynęło sporo czasu, zanim zdała sobie sprawę z tego, co się z nią stało. Hrabia oszukał ją, a sam odjechał po skarby! Postanowiła przeszkodzić mu w tem za wszelką cenę. Ale jak miała się do tego wziąć? Najwłaściwiej było wyjawić wszystko bratu, ażeby wyruszył zaraz do El Reparo i uniemożliwił grabież rodzinnych skarbów. Pomimo że to przyznanie się musiało jej wielką przykrość sprawić, nie zawahała się ani na chwilę. Hrabia był oszustem i łotrem, wyłudził od niej kłamstwem tajemnicę! Należało tajemnicę ocalić i zachować, a to mogło się stać li tylko przez jego śmierć. On musiał zginąć! Teraz była Karja już tylko Indyanką, oszukaną Indyanką. Musiała raz na zawsze nakazać sercu swemu milczenie i wyrzec się wszelkich uczuć prócz zemsty. Zerwała się z miejsca z błyszczącemi oczyma i poleciała brata poszukać. Przebiegła przez dziedziniec i ogród na łąkę, przeszukała wszystkie pokoje w domu, ale napróżno. Zdjęło ją przerażenie i wróciła do jadalni, gdzie siedział Arbellez z Emą i Apaczem. Na pośpiesznie wymówione pytanie otrzymała od hacyendera odpowiedź:
— Nie wiem, gdzie on jest, ale co z tobą się dzieje? Jesteś bardzo rozdrażniona!
— Stało się nieszczęście, wielkie nieszczęście! Mój brat musi zaraz wyruszyć!
— Dokąd?
— Do El Reparo!
— Naco?
— Hrabia poszedł tam kraść!
— Kraść? — zapytała Ema z lękiem. — Czy może po skarb królewski?
— Tak — odrzekła Karja, nie pomyślawszy nad tem, że tem zdradza tajemnicę.
— O Boże! To prawdziwe nieszczęście, bo twój brat udał się tam także z sennorem Helmersem! Brat chce mu ten skarb pokazać i pozwolił mu powiedzieć o tem mnie.
— Nieba! Tam przyjdzie do zabójstwa! — zawołał Arbellez.
Nastąpiło ogólne rozdrażnienie, w którem tylko Apacz pozostał zimny. Przypomniał sobie swoją dzisiejszą przejażdżkę i rzekł:
— Widziałem dzisiaj ludzi z worami i skrzyniami. Czyby to pozostawało w związku ze skarbem? Może to oni mają skarb zabrać dla hrabiego? Ale jak on posiadł tę tajemnicę?
— Ja zdradziłam ją przed nim — przyznała się Karja ze strachem. — Czy wielu było tych ludzi, których widziałeś?
— Tak.
— Ilu?
— Dwa razy po pięciu i ośmiu.
— Czy byli uzbrojeni?
— Bardzo dobrze. Zrobili już nawet użytek z broni, bo dwu z nich leżało zastrzelonych.
— O, to niebezpieczne, to strasznie niebezpieczne! — zawołała Indyanka. — Hrabia jest kłamca, zdrajca i chce ukraść skarb królewski. Zastanie tam i zabije sennora Helmersa i mego brata. Sennorze Arbellez, każ zatrąbić na alarm! Niech się zejdą wakerowie i cibolerowie! Muszą udać się ku jaskini, zawierającej skarb, i ocalić brata i białego.
Nastąpił chaos pytań i odpowiedzi, w którym znowu tylko Apacz pozostał spokojny. Wysłuchawszy wszystkiego, zapytał:
— Kto wie, gdzie leży ta jaskinia?
— Ja — odrzekła Karja. — Ja was poprowadzę!
— Czy można pojechać tam konno?
— Można.
— To niech pojedzie ze mną dziewczyna, oraz dziesięciu cibolerów i wakerów!
— Ja także jadę! — rzekł Arbellez.
— Nie — rozstrzygnął Apacz. — Kto będzie pilnował hacyendy? Kto wie, co może jeszcze zajść? Zwołać wszystkich ludzi, dać mnie dziesięciu, a reszta niech pilnuje hacyendy!
Na tem stanęło. Hacyendero kazał zadąć w róg, a na ten znak zbiegli się zewsząd dozorcy trzód i inna służba. Apacz wybrał sobie dziesięciu i polecił ich uzbroić. Z powodu zamieszania upłynęło dość czasu, zanim oddział z Karją na czele wyruszył w drogę.
Wkrótce po wieczerzy wszedł był Czoło Bawole do pokoju Helmersa.
— Czy pamiętasz jeszcze swoje słowo? — zapytał.
— Tak — odrzekł Helmers.
— Jedziesz więc ze mną?
— Jadę.
— To chodź!
Helmers uzbroił się i poszedł za Indyaninem. Na dole stały już przygotowane potajemnie trzy konie, dwa z siodłami do jazdy, a jeden juczny.
— Na co ten? — zapytał Helmers, wskazując na trzeciego konia.

— Powiedziałem ci, że nie jesteś ubogi. Nie chciałeś ograbić skarbu królewskiego, za to wolno ci wziąć tyle, ile jeden koń zdoła unieść.
— Co tobie się stało? — zawołał Helmers zdumiony.
— Nie mów dużo, lecz wsiadaj i jedź za mną!
Indyanin dosiadł konia, wziął jucznego za cugle i odjechał, a Helmers musiał ruszyć za nim. Noc była ciemna, lecz czerwony znał drogę doskonale, a półdzikie konie meksykańskie widzą w nocy, jak koty. Helmers mógł się śmiało powierzyć przewodnictwu Czoła Bawolego. Nie posuwali się jednak szybko, gdyż droga prowadziła przez trochę niedostępne wzgórza.
Czoło Bawole nie rzekł ani słowa. Ciszę nocną przerywał tylko odgłos kroków i parskanie koni. Tak upłynęła jedna godzina, a potem druga i trzecia. Wtem dał się słyszeć szmer wody. Dojechali do potoku i puścili się jego biegiem. Potem wynurzyła się przed nimi góra, podobna do wału, a kiedy zbliżyli się już prawie do niej, zsiadł Indyanin z konia i powiedział:
— Tu zaczekamy, dopóki dzień nie nadejdzie.
Helmers zeskoczył również na ziemię, puścił konia na paszę, usiadł na kamieniu obok Czoła Bawolego i zapytał:
— Czy jaskinia już blizko?
— Tak. Leży tam, gdzie ta woda z góry wypływa. Trzeba wejść do potoku, pochylić się, wleźć przez dziurę i dalej już jest jaskinia, której wielkości i przedziałów nie zna nikt, prócz Czoła Bawolego i Karji.
— Czy Karja umie milczeć?
— Umie!
Helmersowi przyszło na myśl to, o czem mówiła Ema.
— Ale ktoś chce jej wydrzeć tajemnicę skarbu — powiedział.
— Kto taki?
— Hrabia Alfonzo.
— Ugh!
— Jesteś moim przyjacielem, dlatego ci powiem, że ona go kocha.
— Wiem o tem.
— A jeżeli zdradzi przed nim waszą tajemnicę?
— To jest jeszcze Czoło Bawole. Hrabia nie dostanie najmniejszej części skarbu!
— Czy ten skarb wielki?
— Zobaczysz. Zbierz wszystko złoto, jakie Meksyk posiada, to nie dorówna ono ani dziesiątej części skarbu. Był tylko jeden biały, który go widział i...
— I wyście go zabili?
— Nie. Nie potrzeba go było zabijać, bo dostał obłąkania z radości i zachwytu. Biały nie potrafi znieść widoku bogactwa, tylko Indyanin ma na to dość siły.
— A mnie pokażesz ten skarb cały?
— Nie. Zobaczysz tylko jedną część. Lubię ciebie i chcę zapobiec temu, żebyś nie oszalał. Muszę zbadać twój puls! Ujął za rękę Helmersa i oświadczył:
— Jesteś silny. Duch złota nie pochwycił cię jeszcze. Gdy wejdziesz do jaskini, krew będzie ci tak w żyłach płynęła, jak wodospad ze skały.
Rozmowa ucichła, a Helmersa opanowały jakieś dziwne uczucia. Wreszcie zaczęło się niebo zabarwiać. Blade światło na wschodzie nabrało siły i niebawem można było rozróżnić dokładnie przedmioty na ziemi.
Helmers ujrzał przed sobą górę El Reparo, na której stromem zboczu rosły przeważnie dęby. U samego podnóża góry wypływała woda, szeroka odrazu na trzy stopy, a głęboka na cztery.
— Czy to jest wejście? — zapytał.
— Tak — rzekł Czoło Bawole. — Ale zaraz jeszcze nie wejdziemy. Ukryjmy konie! Posiadacz skarbu musi być ostrożny.
Poprowadzili konie wzdłuż góry, aż do pewnego krzaku, który Indyanin rozchylił. Za krzakiem znajdowała się szczelina odpowiednia na kryjówkę dla zwierząt. Potem powrócili nad potok, gdzie zwyczajem indyańskim zatarli swoje ślady. Następnie poszli ostrożnie aż do otworu w skale, skąd wypływała woda w wielkiej ilości naraz.
— Chodź teraz! — rzekł Czoło Bawole.
Wstąpił do wody, której powierzchnia biegła o stopę niżej, niż ściana skały, można więc tam było przesunąć głowę. Zamoczyli oczywiście ubranie w tej przeprawie. Wreszcie weszli do groty, w której pomimo strumienia powietrze było suche.
— Podaj mi rękę! — rzekł Indyanin.
Wyprowadził go z wody na suchą ziemię i dotknął znów jego pulsu.
— Masz silne serce — rzekł. — Mogę zapalić pochodnię.
Odszedł kilka kroków od Helmersa. Mdła, fosforyczna błyskawica drgnęła w ciemności, nastąpił cichy trzask i zapłonęła pochodnia.
Lecz oto, co się stało! Zdawało się, że nie jedna, lecz tysiąc pochodni się pali. Jakby od słońca, iskrzącego się złotem i brylantami, biły w oczy Helmersowi oślepiające promienie świateł i refleksów. W tem nieskończonem połyskiwaniu i migotaniu świateł zabrzmiał głos Indyanina:
— Oto jaskinia skarbów królewskich! Bądź silny j trzymaj duszę na wodzy!
Upłynęło dużo czasu, zanim Helmers przyzwyczaił oczy do tego blasku. Jaskinia była podobna do bardzo wysokiego graniastosłupa czworobocznego, szerokiego i długiego może na sześćdziesiąt kroków. Od dna aż pod samą górę napełniona była kosztownościami, których blask mógł omamić zmysły najtrzeźwiejszego człowieka.
Były tam wizerunki bogów, ozdobione najdroższymi kamieniami. Stał więc bóg powietrza Quecalkoatl, stwórca Teckatlipoka, bóg wojny Huicilopochtli i jego małżonka Teoyaniqui, oraz jego brat Tlakahuepankuexkocyn, bogini wody Chalchiukueja, bóg ognia Ikskocauqui i bóg wina Cencontotochtin. Na deskach przy ścianie widniały setki bożków domowych, albo lanych z drogiego kruszcu, albo rzeźbionych z kryształu. Pomiędzy tem leżały złote pancerze wojenne, niesłychanej wartości; złote i srebrne naczynia; ozdoby z dyamentów, szmaragdów, rubinów i innych drogich kamieni; noże ofiarnicze, których rękojeści, nielicząc nabijanych na nie drogich kamieni, miały archeologiczną wartość na setki tysięcy i puklerze z mocnych skór zwierzęcych, okutych złotą blachą. Ze środka sklepienia zwisała korona królewska w kształcie czapki, zrobionej z szczerozłotego drutu i wysadzanej wyłącznie dyamentami. Dalej rzucały się widzowi w oczy całe wory złotego piasku, skrzynie z nuggetami różnej wielkości, najmniejsze były jak groch, największe jak kurze jaja. Znajdowały się także całe kupy srebra, wyłamywanego wprost z żył podziemnych. Na cennych stosach widziało się błyszczące modele świątyń z Meksyku, Choluli i Teotihuakanu, a na ziemi i po kątach leżały wspaniałe mozajki z muszli, złota, srebra i drogich kamieni.
Widok tych bogactw oszołomił rzeczywiście na chwilę Helmersa, któremu się wydało, że jest księciem z tysiąca i jednej nocy. Starał się być spokojnym, ale na próżno. W skroniach uderzała mu silnie krew, a równocześnie przed jego oczyma wirowały olbrzymie koła z ognia i dyamentów. Opanowało go coś w rodzaju upojenia. Teraz się przekonał, że takie bogactwa wywierają na człowieka przedziwny skutek, że mogą wywołać żądzę, która nie cofnie się nawet przed najstraszliwszą zbrodnią.
— Tak, to jest jaskinia skarbów królewskich — powtórzył Indyanin — a skarby te należą tylko do mnie i do Karji.
— W takim razie jesteś najbogatszym księciem na ziemi! — rzekł Helmers.
— Mylisz się! Jestem uboższy od ciebie i od każdego innego. A może chcesz zazdrościć wnukowi władcy, którego władza minęła, a państwo runęło w gruzy? Wojowników, którzy nosili owe zbroje i tarcze, miłował i poważał cały naród, a jedno ich słowo darzyło życiem lub śmiercią. Skarby ich pozostały, ale miejsca, w których złożono ich kości, podeptali i znieważyli biali, a popioły ich rozprószono na cztery wiatry. Wnuki ich błądzą teraz po lasach i preryach i polują na bawoły. Biały przybył, okłamywał i oszukiwał, mordował, szalał, pastwił się nad moim narodem z powodu tych skarbów. Kraj należy do zwycięzcy okrutnego, ale opustoszały, skarby zaś powierzył Indyanin ciemnościom ziemi, ażeby nie wpadły w ręce zbójów. Ale ty nie jesteś jako drudzy i serce twoje wolne od zbrodni. Ocaliłeś moją siostrę z rąk Komanczów, jesteś mi bratem, i otrzymasz dlatego tyle z tych skarbów, ile koń zdoła unieść. Ale tylko dwa rodzaje są na twoje rozkazy. Tu masz wory, pełne ziarn złota, a tu łańcuchy, pierścienie i inne ozdoby. Wybierz sobie z tego, co ci się spodoba. Ale reszta to świętość. Nie śmie jej oświecić słońce, które widziało upadek narodu Mizteków.
Helmers spojrzał na nuggety i klejnoty i w głowie mu się zakręciło.
— Czy nie żartujesz? — zapytał.
— Nie.
— Wszak darujesz mi w tem setki tysięcy dolarów!
— To będą nawet miliony.
— Nie mogę tego przyjąć!
— Czemu? Czy gardzisz darem przyjaciela?
— Nie; lecz nie mogę dopuścić do tego, żebyś ty się przezemnie ograbiał?
Indyanin potrząsnął dumnie głową.
— To nie jest grabież, ani też ja nie ponoszę żadnej ofiary. Co tu widzisz, to tylko część skarbów, ukrytych w El Reparo. Jest tu więcej jaskiń, o których nawet moja siostra, Karja, nie wie. Ja tylko znam je, a kiedy umrę, nie wedrze się już myśl ludzka w te głębiny. Pójdę teraz zwiedzić inne groty. Przypatrz się tu tym skarbom i odłóż na bok to, co sobie wybierzesz. Gdy wrócę, objuczymy tem konia i pojedziemy do estancyi.
Wetknął pochodnię w ziemię i udał się w najdalszy kąt, gdzie zaraz zniknął.
Helmers został sam wśród bogactw niezmierzonych. Jak wielkie zaufanie miał widocznie do niego Indyanin! A gdyby Helmers w tajemnicy wrócił do domu, ażeby się potem wzbogacić, lub zabił Indyanina, ażeby zostać panem tego wszystkiego, z czego tylko małą część miał otrzymać? Żadna jednak z tych myśli nie przyszła temu uczciwemu człowiekowi do głowy. Rozkosz go ogarnęła już z tego powodu, że ofiarowano mu cały ładunek na jednego konia.
Hrabia Alfonzo, opuściwszy z obydwoma służącymi hacyende, nie udał się wprost do El Reparo, lecz najpierw do arrierów. Rozpuścił konia, jak mógł, unikając przytem niebezpieczeństwa w ciemności i nie zwolnił biegu, dopóki nie dostał się na dolinę, gdzie obozowali jego pomocnicy.
Straż zapytała go jak wczoraj o hasło, a gdy dał tę samą odpowiedź, przypuściła go do ognia, który podsycono, aby można było lepiej widzieć się wzajemnie.
— Jesteście gotowi? — zapytał.
— Gotowi — odrzekł dowódca.
— A konie?
— Złowiliśmy je w trzodach sennora Arbelleza.
— Ile?
— Ośmnaście dla nas, a trzydzieści dla pana.
— Czy posiodłane?
— Tak.
— To ruszajmy!
Teraz dopiero zdał sobie sprawę z tego, w jaki wpadł kłopot. Wszak nie mógł tych dzikich ludzi brać z sobą do jaskini, bo wypróżniliby ją dla siebie, nie dla niego. Spodziewał się jednak, że w danej chwili znajdzie się jakieś wyjście. Sprowadzono konie i muły, wszyscy wsiedli i ruszyli w drogę.
Alfonzo znał górę, wymienioną przez lndyankę, ale z tej strony nigdy jeszcze tam nie jechał. Obce mu więc były szczegóły drogi. Znał tylko jej kierunek, przy ostrożności więc, jaką należało zachować, posuwano się naprzód powoli.
Dopiero gdy dzień zaszarzał, można było konie rozpuścić. Niebawem też wynurzyła się przed nimi ciemna masa góry El Reparo.
Dotarli do góry od strony południowej i pojechali ku wschodniemu stokowi. Przeprawili się przez pierwszy potok, a kiedy Alfonzo zauważył, te drugi już blizko, kazał stanąć, nie chcąc dopuścić ludzi aż do jaskini. Postanowił najpierw sam się przekonać, czy rzeczywiście istnieje.
— Co teraz? — zapytał dowódca.
— Zaczekacie!
— Pan się oddali?
— Na krótki czas.
— Co właściwie zabierzemy?
— O to wy nie macie się troszczyć. Tak przecież umówiliśmy się z sobą.
Odjechał zwolna, a dowódca szepnął do towarzyszy:
— Mamy już blizko jego tajemnicę. Co uczynimy?
— Podpatrzymy go — rzekł jeden z nich.
— To będzie może najlepsze. Zaczekajcie tu!
Zsiadł z konia i poszedł pieszo za hrabią. Po drodze było dość skał i zarośli, by się za niemi ukryć. Gdyby więc nawet Alfonzo się oglądnął, byłby nic nie zobaczył.
Jakiś czas posuwali się naprzód, dopóki hrabia nie doszedł do potoku. Tu zsiadł z konia, przywiązał go do drzewka i zniknął w krzakach. Dowódca zaczekał chwilę, a gdy hrabia nie wracał, pośpieszył do swoich ludzi.
— Zniknął w krzakach — rzekł tak, żeby go służący nie słyszeli. — Tam jest jego tajemnica. Ciekaw jestem, co zrobi, gdy podjedziemy trochę bliżej! Naprzód!
Ruszyli znowu ku krzakom, rosnącym nad potokiem, dalej jednak nie przeciskali się, lecz się zatrzymali. Znajdowali się wprawdzie nad potokiem, ale nie u wypływu jego z góry. Pomiedzy tem miejscem a nimi znajdował się jeszcze zarosły krzakami zakręt, wskutek czego wejścia do jaskini nie mogli zobaczyć. Nie widzieli również konia hrabiego, bo przywiązał go na boku od ich stanowiska.
Hrabia zbadał wypływ wody i przekonał się, że można wejść do środka. Nie doszedłszy jeszcze do punktu, w którym grota zaczynała się sklepiać, zauważył przed sobą blask jasnego światła.
Co to? Światło pochodni? A może to światło dzienne wdzierało się do jaskini przez jaką szczelinę? Pierwsza możliwość wydała się hrabiemu podobniejszą do prawdy. Cofnąć się nie myślał. Wsunął się zwolna i ostrożnie dalej, unikając wszelkiego szmeru, ażeby się nie zdradzić.
Wtem chwyciły go za oczy połyski i migotanie złota i dyamentów. Zląkł się poprostu tego widoku i stanął jak wryty wobec skarbów. Drżał na całem ciele, opętany przez szatana złota. Oczy jego mrużyły się i otwierały na przemian. Byłby krzyczał głośno z rozkoszy, ale nie mógł, bo zaledwie o pięć kroków przed nim klęczał na ziemi człowiek i porządkował kupkę klejnotów, ułożonych na płytce mozajki. Kto to był? W tej chwili odwrócił się obcy bokiem, hrabia zobaczył jego profil i poznał go.
— Helmers! — mruknął przez zęby. — Kto mu powiedział o tej jaskini? Czy jest tu sam, czy w towarzystwie?
Przebiegł okiem jaskinię i przekonał się, że Helmers jest sam. Nie przypuszczał oczywiście, że Czoło Bawole znajdował się w przyległym oddziale.
— Niema nikogo więcej prócz niego! — pomyślał ze złośliwą radością. — Nie weźmie z tego złota ani marnego ziarnka. Zemszczę się na nim. On musi zginąć!
Wyszedł pocichu z wody. Nieopodal stała oparta o ścianę maczuga wojenna. Sporządzona z drzewa, twardego jak żelazo i wysadzana ostro szlifowanymi kawałkami kryształu, była w dwójnasób niebezpieczna. Alfonzo ujął maczugę za rękojeść, wysadzaną drogimi kamieniami, i zaczął skradać się do Helmersa, który przesuwał właśnie między palcami łańcuch drogocennej roboty.
— Wspaniały! — rzekł do siebie. — Same rubiny! On jeden przedstawia już małe bogactwo!
Mignął nim w świetle kilka razy i chciał go potem odłożyć, lecz nie zdołał, bo maczuga świsnęła mu nad głową i uderzyła z taką siłą, że padł natychmiast. Łańcuch wysunął mu się z rąk, a palce się otworzyły.
Hrabia krzyknął jak dziki:
— Zwyciężyłem! Wszystko moje, wszystko, wszystko, wszystko!
Wpadł w szalony zachwyt. Podskakiwał z radości i klaskał w ręce, jakby zmysły utracił.
Wtem stanął nagle, jak sparaliżowany i wytrzeszczył oczy, jak gdyby widmo zobaczył. Z odległego kąta wysunęła się postać, która zwróciła nań oczy, zrazu ze zdumieniem, a potem błysnęła niemi groźnie. To wracał Czoło Bawole i zamiast przyjaciela zastał człowieka innego, obok którego leżał Helmers bez ruchu na ziemi.
W dwu tygrysich skokach stanął Indyanin przed hrabią i pochwycił go.
— Psie, co tu robisz? — zawołał.
Zapytany nie zdołał słowa wykrztusić. Wiedział, że nie dorówna strasznemu Indyaninowi. Był zgubiony i z najwyższego zachwytu runął w sztywne objęcia śmierci. Mróz przeszedł mu po grzbiecie. Zaczął drżeć na calem ciele.
— Zabiłeś go! — rzekł Czoło Bawole, wskazując na Helmersa i leżącą na ziemi maczugę.
Trząsł nim przy tem z taką siłą, jak gdyby olbrzym pochwycił małe dziecko.
— Tak — jęknął hrabia przerażony.
— Za co?
— Te... te skarby temu winne! — wyjąkał.
— Jesteś jego wrogiem. Już przedtem pragnąłeś jego śmierci. Biada ci, po trzykroć biada!
Pochylił się, ażeby zbadać przyjaciela. Hrabia stał jak figura bez życia i ruchu. Jak łatwo mógł pochwycić pałkę i spróbować przynajmniej walki! Zaślepił go jednak i obezwładnił urok skarbu i czar najsłynniejszego z cibolerów. Podobny był do owego ptaka małego, o którym opowiadają, że także nie ucieka, gdy grzechotnik zwróci nań oczy, lecz bez oporu pozwala mu się zadławić.
— On nie żyje! — rzekł Czoło Bawole, podnosząc się znowu. — Uczynię sąd nad tobą, a śmierć twoja będzie taka, jaką nikt jeszcze nie umarł. Jesteś mordercą najszlachetniejszego i najlepszego myśliwca, jakiego ziemia nosiła. Zginiesz strasznie.
Stanął naprzeciwko złoczyńcy ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma. Olbrzymia postać jego wyprężyła się, a oko wbiło się groźnie w hrabiego.
— Ty się trzęsiesz! — rzekł pogardliwie. — Jesteś płaz, tchórzliwy mazgaj. Kto ci zdradził drogę do jaskini?
Zapytany milczał. Wydało mu się, że nadszedł dzień sądu ostatecznego, a on stał już przed wiecznym sędzią.
— Odpowiadaj! — huknął cibolero.
— Karja — wyszeptał hrabia.
— Karja? Moja siostra?
— Tak.
Oczy Indyanina rozgorzały, jak płonące pochodnie.
— Mówisz prawdę, czy kłamiesz? Może tylko dlatego wymieniasz moją siostrę, ażeby łaskę uzyskać i uniknąć kary!
— Mówię prawdę. Wierz mi!
— W takim razie uwiodłeś chyba moją siostrę dyabelskiemi sztuczkami, ażeby wydrzeć jej tajemnicę El Reparo. Udawałeś miłość?
Hrabia milczał.
— Mów! Tylko prawda może los twój złagodzić. Czy wiesz, jak będziesz musiał umrzeć?
— Powiedz! — błagał Alfonzo.
— Na górze znajduje się jama z wodą, niewielka wprawdzie, ale żyje w niej potomstwo dziesięciu świętych krokodyli, w których brzuchach dawni władcy tego kraju chowali zbrodniarzy. Te zwierzęta mają przeszło po sto lat i długo nic nie jadły. Wyniosę cię na górę i zawieszę na drzewie tak, że będziesz unosił się nad wodą. Krokodyle będą wyskakiwały po ciebie, lecz nie dosięgną cię całkiem. Będą się szarpały o ciebie, będziesz wdychiwać ich śmierdzące wyziewy i przez długie dni i noce będziesz wisieć nad nimi, bo sznurem nie przewiążę ci szyi. Tak zostaniesz na spiekocie słonecznej, będziesz umierał z głodu i z pragnienia, a gdy zgnijesz na ścierwo, spadniesz i wtedy dopiero pożrą cię aligatory.
Alfonzo słuchał słów tych ze strasznem przerażeniem. Język stał mu się nieruchomy w ustach, jak kawał ołowiu. Nie mógł wykrztusić prośby O łaskę.
— Tylko otwarte wyznanie może los twój złagodzić — mówił Indyanin. — Powiedz przeto, czy wyłudziłeś tajemnicę od mojej siostry?
— Tak — wybąknął zapytany.
— Gdzie schodziłeś się z nią?
— Pod oliwkami nad potokiem za hacyendą.
— Kiedy zdradziła ci tajemnicę?
— Wczoraj wieczorem.
— Czy sam tu jesteś?
— Towarzyszy mi ośmnastu Meksykanów.
— Mieli ci pomóc zabrać skarby. Czy powiedziałeś im tajemnicę?
— Nie wiedzą, co mieli wieźć i nie znają jaskini.
— Gdzie są?
— Zatrzymali się niedaleko stąd.
— Dobrze! Ten człowiek zostanie tu na ziemi, a ty pójdziesz za mną. Nie wiążę cię i nie krępuję, bo ujść mi nie zdołasz. Jesteś płaz, którego zmiażdżę jednym chwytem. Chodź za mną!
— Co zrobisz ze mną? — spytał Alfonzo, pełen trwogi.
— Dowiesz się o tem.
— Raczej zabij mię zaraz tutaj!
— Nie. Oszukałeś córkę Mizteków i musisz to odpokutować.
— W jaki sposób?
— Pojmiesz ją za żonę.
— Dobrze! — zawołał szybko Alfonzo.
— Aha! — roześmiał się Indyanin złośliwie. — Uważasz się za ocalonego! Nie łudź się! Ożenisz się z Karją, ona zostanie hrabiną de Rodriganda y Sevilla, ale tobie nie będzie wolno jej dotknąć. Chodź za mną!
Wziął go za rękę i pociągnął ku wyjściu. Tam wszedł z nim w wodę i nie puszczając go z garści, wypchnął go na światło dzienne.
Nowa kąpiel i blask światła rannego jakby zdjęły z hrabiego dotychczasowy czar. Odetchnął głębiej i lżej i zapytał siebie w duszy, czy istotnie niema już dla niego ratunku.
— Gdzie twój koń? — spytał Czoło Bawole.
— Przywiązany tam do drzewa.
— A gdzie są Meksykanie?
— Za tamtym wzgórkiem.
— To chodź do twego konia!
Poszedł z nim ku miejscu, które wskazał Alfonzo, ledwie jednak wyszli z zarośli, spostrzegli Meksykanów, którzy o trzydzieści kroków przed nimi siedzieli na koniach.
— Psie, ty okłamałeś mnie! — zawołał Indyanin, chwytając go za gardło.
— Na pomoc! — krzyknął Alfonzo, starając się uwolnić.
— Oto masz pomoc! — odparł Indyanin.
Uderzył go pięścią w głowę tak, że hrabia runął na ziemię, ale sam ujrzał się w tej chwili otoczonym przez Meksykanów. Nie użyli broni w przekonaniu, że i tak im nie ujdzie.

Ale pomylili się srodze pod tym względem. Broń palną zostawił Indyanin przy koniach, bo byłaby się zamoczyła, ale miał nóż za pasem. Błyskawicznym skokiem dostał się na konia dowódcy poza plecy jego, dobył noża i pchnął go w pierś. W następnej chwili pędził już, ale nie ku hacyendzie, bo nie mógł opuścić tajemniczej góry i wydać na łup jaskini. Pognał prosto ku małemu parowowi, gdzie stały obydwa konie. Ten parów był dlań fortecą, w której czuł się bezpiecznym przed nieprzyjaciółmi.

Meksykanie stali przez chwilę, stropieni niespodzianym, a tak udałym napadem na swego dowódcę, potem jednak zawyli dziko i pognali za zbiegiem. Lecz przez to popełnili błąd nie do darowania; gdyby byli w spokojnej postawie pochwycili strzelby, byłby nie uszedł ich kulom. Teraz strzelali wprawdzie, ale nie mogli w cwale dobrze wymierzyć, dlatego strzały poszły na marne.

Wtem spostrzegli, że Indyanin nagle zeskoczył z konia i wpadł na lewo w zarośla, a konia puścił wolno.

— Hurra, za nim! Pomścić kapitana!

Zawoławszy tak, zsiedli także z koni i popędzili w zarośla, w których zniknął cibolero. Zaledwie jednak pierwsi dotknęli nogą zarośli, huknął strzał, potem drugi, trzeci i czwarty i czterej ludzie leżeli na ziemi. Reszta cofnęła się czemprędzej.

— Przekleństwo! — zawołał jeden z nich. — Miał cztery strzelby.

— Dalej, zanim znowu nabije! — rzekł drugi.

— Nie. Zejdźcie na bok! — powiedział trzeci. — Ten parów stromy, a on tylko tędy wyjść może.

Podczas tego znalazł Indyanin czas do powtórnego nabicia strzelby Helmersa i swojej. Wysunął się z obydwoma strzelbami, jak mógł najdalej, a zobaczywszy cel dobry, wypalił znowu. Zanim Meksykanie cofnęli się dość daleko, utracili znowu czterech ludzi. W ten sposób padło dziewięciu z ręki śmiałego cibolera.
Ale równocześnie groziło im drugie, wielkie nie bezpieczeństwo.
Apacz z wakerami i cibolerami mógł już dawno tam być, lecz Indyanka pomyliła się w ciemności. Musieli okrążać, wskutek czego ten mały oddział przybył dopiero po Alfonzie i Meksykanach.
— Tu jest potok — rzekła Karja do Serca Niedźwiedziego. — Zaraz będziemy pod grotą.
Apacz rozejrzał się dokoła uważnie.
— Ugh! — zawołał, wskazując na ślady, które tam było widać.
Jeden z wakerów zeskoczył z siodła, żeby zbadać ziemię.
— Tu nie było dwu, lecz znacznie więcej — rzekł.
— Hrabia ze swoimi ludźmi — powiedział krótko Serce Niedźwiedzie, puszczając znów konia w ruch.
Ale wkrótce zatrzymał się znowu.
— Ugh! — zawołał powtórnie.
Wskazał przed siebie, gdzie leżało ciało ludzkie. Kilku wakerów zsiadło natychmiast z koni, ażeby mu się przypatrzyć.
— Hrabia, hrabia Alfonzo! — rzekli, zaskoczeni tem niespodzianie.
— Zraniony? — zapytał Apacz.
— Rany nie widać.
— Nie żyje?
— Zdaje się.
Apacz potrząsnął głową lekceważąco.
— Żyje — rzekł. — Uderzono go tylko. Związać go zaraz!
Kiedy ci byli zajęci wiązaniem, padły cztery strzały jeden za drugim.
— Co to? — spytali wakerowie.
Serce Niedźwiedzie wjechał w krzaki i objął wzrokiem teren, położony po drugiej stronie potoku.
— Ugh! — zawołał po raz trzeci.
Wszyscy pośpieszyli czemprędzej do niego.
— I tutaj trup! — rzekł jeden z wakerów, wskazując na zwłoki dowódcy Meksykanów.
— A tam jest ich jeszcze więcej! — dodał drugi.
— Ośm! — naliczył Apacz. — Zostaje jeszcze dziewięciu. Na ziemię!
Zsiadł razem z wszystkimi i wziął w rękę nie chybiającą nigdy strzelbę.
— Wystrzelać wszystkich! — rozkazał.
Z wakerarni i cibolerami było ich jedenastu. Wszyscy wymierzyli i dziesięć strzałów huknęło naraz. Tylko Apacz nie wystrzelił, a to naumyślnie. Z dziewięciu Meksykanów padło siedmiu; dwaj zostali nietknięci. Teraz dopiero przemówiła strzelba Serca Niedźwiedziego. W dwie sekundy potem i ci dwaj nie żyli.
Wszyscy pobiegli do poległych, ale nie doszli jeszcze do nich, kiedy z zarośli wychylił się wódz Mizteków.
— Czoło Bawole! — zawołali wakerowie. — Gdzie jest Grot Piorunowy?
— Nie żyje! — odrzekł.
— Kto go zabił? — zapytał Serce Niedźwiedzie głosem, w którym czuć było, że los mordercy jest już rzeczą postanowioną.
— Hrabia Alfonzo.
— Gdzie?
— Tego tu nie mogę powiedzieć — odparł Czoło Bawole. — Ale wracajcie prędko! Ja muszę dostać w swe ręce hrabiego!
— My go już mamy! — rzekł poprostu Serce Niedźwiedzie.
— Gdzie?
— Tam, przy krzakach.
— Czy związany?
— Tak — odpowiedział jeden z wakerów.
Kiedy wszyscy odbierali broń Meksykanom i dzielili się nią, udali się Czoło Bawole, Serce Niedźwiedzie i Karja tam, gdzie leżał hrabia. Zbadano go dokładniej i przekonano się, że był tylko ogłuszony, nie martwy.
Czoło Bawole nie popatrzył dotychczas na siostrę, a teraz zwrócił się do wodza Apaczów:
— Czy mój brat postara się o to, żeby nikt się nie dostał do źródła tego potoku?
— Owszem! — zapewnił go Apacz.
— Ja wkrótce powrócę.
Poszedł znów do jaskini. Gdy tam się znalazł, pochodnia już była wygasła. Zapalił więc nową i przystąpił do Helmersa. Zauważył odrazu, że ciało leżało inaczej, niż je zostawił, zaczął tedy badać je nanowo. Ku niewymownej swej radości poczuł, że puls znowu bije. Widocznie Helmers odzyskał był na krótki czas przytomność i poruszył się, lecz teraz pogrążony był w zupełnym letargu. Indyanin wziął go na ręce i wyniósł troskliwie i lekko na dwór. Gdy go tam położył na trawie, wakerowie pojawili się znowu. W czasie krótkiego pobytu Helmersa w hacyendzie polubili go wszyscy i biadali teraz nad jego stanem. Apacz uderzył dłonią w wylot lufy swej strzelby i oświadczył:
— Jeśli mój biały brat umrze, wówczas biada jego mordercy! Leśne ptaki rozszarpią jego ciało. Tak powiedział Szosz-in-liet, wódz Apaczów.
— Mój brat weźmie udział w sądzie! — rzekł doń Czoło Bawole.
Apacz pochylił się nad Helmersem i zbadał mu głowę.
— To uderzenie maczugą — zauważył. — Czaszka może uszkodzona. Zróbcie nosze na dwu koniach, ażeby go można było zawieźć do hacyendy, ja zaś pójdę poszukać ziela oregano, które leczy wszelkie rany i nie dopuszcza gorączki.
Pasterze oddalili się, ażeby sporządzić nosze. Serce Niedźwiedzie szukał ziela na ranę, a Czoło Bawole pozostał sam z siostrą.
— Gniewasz się na mnie? — zapytała go.
Nie spojrzał na nią, lecz odparł:
— Dobry Duch odstąpił córkę Mizteków!
— Odstąpił ją tylko na krótko.
— Ale w tym krótkim czasie stało się wiele smutnych rzeczy. Hrabia przyrzekł ci wziąć cię za żonę?
— Tak.
— A ty mu uwierzyłaś?
— Tak. Dał mi pismo, w którem mi to obiecał.
— Uff! Masz jeszcze to pismo?
— Leży w moim pokoju.
— Dasz je bratu swojemu?
— Weź je! Czy mi przebaczysz? — zapytała z wahaniem.
— Przebaczę tylko wtedy, jeśli mi będziesz posłuszna!
— Będę. Co rozkażesz mi uczynić?
— O tem dowiesz sto później. Teraz wsiądziesz na konia i pojedziesz z powrotem do hacyendy po wszystkich synów Misteków. Powiesz im, że ich potrzebuje książę Tekalto. Zostawią wszystko i przybędą.
— Już idę.
Z temi słowy dosiadła konia i odjechała.
Wódz zauważył, że hrabiemu wracają zmysły. Spojrzał nań wzrokiem pogardliwym i rzekł:
— Blada twarz nie znajdzie łaski, bo kłamała!
— O jakiem kłamstwie myślisz? — zapytał hrabia.
— Twierdziłeś, że Meksykanie są za wzgórkiem.
— Powiedziałem prawdę, lecz oni sami poszli za mną, bez mojej wiedzy.
— Wołałeś także o pomoc! Byłbyś może łaski dostąpił, lecz to teraz przepadło!
Odwrócił się dumnie i nie popatrzył już na jeńca. Niebawem przyszedł Serce Niedźwiedzie, przyłożył znalezione zioła do głowy Helmersa i obwiązał ją.
Pasterze także skończyli byli swą pracę. Zrobili z gałęzi i koców zabitych Meksykanów bardzo miękkie i wygodne nosze i przymocowali do dwu koni, które miały powoli iść obok siebie. Na tem umieszczono Helmersa.
— Co będzie z hrabią? — zapytał jeden z wakerów.
— On do mnie należy! — odparł Czoło Bawole. — Zabierzcie Grota Piorunowego do hacyendy! Serce Niedźwiedzie zostanie ze mną!
Orszak odjechał. Obaj wodzowie stali czas pewien obok siebie w milczeniu, poczem Czoło Bawole rozkrępował jeńcowi nogi, żeby mógł stanąć, przywiązał go silnym rzemieniem do ogona swojego konia i rzekł do Apacza:
— Niech mój brat pójdzie za mną!
Obaj dosiedli koni i odjechali. Dla hrabiego nie było rzeczą łatwą iść za nimi. Odbywał teraz może najbardziej męczącą drogę w całem życiu.
Czoło Bawole objął przewodnictwo. Skręcił dokoła stromo opadającego zbocza góry, a potem skierował się na górę. W godzinę dostali się na płaskowyż grzbietu i wjechali w gęstą puszczę. W środku puszczy, w części najbardziej nieprzystępnej, stała ruina dawnej świątyni Azteków. Świątynia miała kształt ściętej piramidy, otoczonej dokoła dziedzińcami, a dalej wysokim murem. Teraz leżało wszystko w gruzach.
W jednym z tych dawnych dziedzińców utworzy ta się wielka i głęboka kałuża, w której zbierała się wilgoć leśna. Tam zaprowadził Indyanin przyjaciela i jeńca.
Z kałuży zrobił się z biegiem czasu staw, niemal jeziorko, nad którego brzegami wznosiły się stare drzewa. Tam zsiedli obaj wodzowie z koni. Mizteka usiadł w wysokiej trawie i skinął na Apacza, ażeby zajął obok niego miejsce. Przez chwilę milczeli zwyczajem Indyan, a potem Czoło Bawole zapytał:
— Czy mój brat miłuje białego, zwanego Grotem Piorunowym?
— Miłuję go — odrzekł krótko Apacz.
— Ten biały chciał go zabić!
— To jego morderca, bo nasz przyjaciel może umrze.
— Na co zasługuje morderca?
— Na śmierć.
— Niechaj jej ulegnie!
Minęła chwila posępnego milczenia, poczem znów zaczął Czoło Bawole:
— Czy mój brat zna naród Mizteków?
— Zna — potwierdził Serce Niedźwiedzie.
— Był to najbogatszy naród w Meksyku.
— Tak. Miał skarby, których nikt nie mógł zmierzyć — dodał Apacz.
— Czy mój brat wie, gdzie te skarby się podziały?
— Nie.
— Czy wódz Apaczów umie milczeć?
— Usta jego jako ściana skalna.
— Niech zatem usłyszy, że Czoło Bawole jest strażnikiem tych skarbów.
— Niech mój brat, Czoło Bawole, spali te skarby! W złocie mieszka zły duch. Gdyby ziemia była ze złota, wolałby Serce Niedźwiedzie umrzeć, aniżeli żyć!
— Mój brat posiada mądrość dawnych wodzów, ale inni ludzie miłują złoto. Ten hrabia chciał posiąść skarb Mizteków.
— Ugh!
— Przybył z ośmnastu złodziejami, by go zrabować.
— Kto mu pokazał drogę?
— Karja, córka Mizteków.
— Karja, siostra Czoła Bawolego? Ugh!
— Tak. Dusza jej była ciemna, bo uwierzyła temu białemu kłamcy. On przyrzekł jej, że ją żoną swoją uczyni, lecz postanowił ją opuścić po zdobyciu skarbu.
— To zdrajca!
— Na co zasłużył zdrajca?
— Na śmierć.
— A na co zasługuje zdrajca i morderca zarazem?
— Na śmierć podwójną.
— Mój brat słusznie powiedział. Nastąpiła znów chwila milczenia. Obaj wodzowie tworzyli straszny, nieubłagany trybunał, przeciw którego wyrokowi nie było odwołania. Czoło Bawole byłby się także sam uporał z Alfonzem, ale wziął z sobą Apacza, ażeby swojej zemście dać podstawę sprawiedliwego wyroku. Obaj odbyli jeden z tak zwanych sądów preryowych, przed którymi rozbójnicy na puszczy mają tak wielką obawę.
Rozmawiali narzeczem Apaczów, którego Alfonzo nie rozumiał. Domyślał on się jednak, że rozstrzygają się jego losy. Drżał ze strachu, bo przypomniał sobie krokodyle, o których mówił mu Czoło Bawole. Tu był staw, a tam właśnie, gdzie Indyanie siedzieli, wystawał skośnie rosnący cedr daleko nad wodą tak, że gałęzie jego zwisały prawie nad jej zwierciadłem. Hiszpanowi robiło się ciemno w oczach, ilekroć je tam zwrócił.
Wtem zaczął znowu Czoło Bawole:
— Czy mój brat wie, gdzie można ponieść śmierć podwójną?
— Niechaj mi powie wódz Mizteków!
— Tam!
Wskazał na staw. Apacz nie spojrzał w tę stronę, lecz rzekł, jakby się to samo przez się rozumiało:
— Czy mieszkają tam krokodyle?
— Tak. Zobaczysz je.
Stanął nad wodą, wyciągnął ręce i zawołał:
Yim-eta, chodźcie!
Na to słowo zaczęło coś w wodzie szeleścić. Z rozmaitych stron utworzyło się dziewięć czy dziesięć brózd, a w chwilę potem wychyliło się z wody tyleż krokodyli. Każdy miał przynajmniej czternaście stóp długości. Zatrzymały się pod brzegiem i wystawiły brzydkie, piżmem cuchnące głowy. Ciała ich podobne były do pokrytych iłem pni, a głowy wyglądały tak szkaradnie i przerażająco, jak sobie tylko można wyobrazić. Otwierając i zamykając naprzemian długie paszcze, co dowodziło, że są głodne, pokazywały szeregi straszliwych zębów, które raz pochwyconej ofiary pewnieby już nie wypuściły.
Allonzo krzyknął straszliwie z przerażenia.
Indyanie spojrzeli nań pogardliwie. Indyanin ani nie drgnie powieką nawet w najstraszniejszych cierpieniach. Wierzy, że człowiek, który pod słupem męczeńskim wyda jeden głos skargi, nie wejdzie nigdy do wiecznych ostępów, tworzących niebo indyańskie. Dlatego przyzwyczaja już dzieci do znoszenia bolu, a białymi gardzi, ponieważ ci mają delikatniejszą konstytucye i czulsi są na wszelkie rodzaje bolu.
— Widzisz je? — mówił dalej Czoło Bawole.
— To dzielne zwierzęta, a żadne niema mniej, niż dziesięć razy po dziesięć lat. Czy widzisz także lassa, które przyniosłem? Zabrałem je Meksykanom, zabitym przez nas.
— Rozumiem mojego brata — rzekł Apacz krótko.
— Jak wysoko zdaniem twojem może podskoczyć krokodyl?
— Może wystawić z wody pysk najwyżej na cztery stopy, jeśli dno jest niżej, niż jego ciało.
— A jeśli może dotknąć gruntu ogonem?
— To wyskoczy dwa razy tak wysoko.
— To dobrze. Dno jest tu głęboko, będą więc nogi tego człowieka wisiały o cztery stopy nad powierzchnią. Który z nas wylezie na to drzewo, ty czy ja?
— Ja — oświadczył Apacz.
Wstali obydwaj z miejsca i przystąpili do Alfonza. Związali mu ręce na plecach i przeciągnęli lasso podwójne pod pachami, żeby się nie przerwało. Do tego lassa przymocowali dwa inne, a końce ich wziął Apacz w we ręce, aby wyleźć z niemi na drzewo.
Wreszcie zobaczył hrabia, że to sprawa poważna. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło, a w uszach zaczęło szumieć, jak burza.
— Łaski, łaski! — błagał, jęcząc.
Obaj mściciele nie zważali na jego wołanie.
— Łaski! — powtórzył. — Uczynię wszystko, czego chcecie, tylko nie wieszajcie mnie tu dla krokodyli!
Ale i te biadania zostały bez odpowiedzi. Czoło Bawole pochwycił hrabiego i pociągnął ku drzewu.
— Nie czyńcie tego, nie czyńcie! Dam wam wszystko, moje hrabstwo, moje posiadłości, całą Rodrigandę. Wyrzekam się wszystkiego, co mam, tylko darujcie mi życie!
Wreszcie odezwał się wódz Mizteków:
— Czem jest dla nas Rodriganda? Co znaczy twoje hrabstwo i twoje posiadłości? Widziałeś skarby Mizteków, których ja nie pożądam, a ty ofiarowujesz mi swoje ubóstwo! Zostań dalej hrabią i umrzyj! Popatrz na te zwierzęta! One nigdy jeszcze nie jadły białego hrabiego. Przez cztery albo pięć dni będziesz wisiał na drzewie i podrzucał nogi, ilekroć zechcą cię za nie pochwycić, ale gdy się zmęczysz i zesłabniesz, oderwą ci je. Potem upłynie z ciebie krew i tak zginiesz. Następnie ciało twoje zgnije, spadnie do wody, a one je pożrą. Taki będzie koniec białego hrabiego, który chciał oszukać wzgardzoną Indyanke.
— Łaski, łaski! — błagał hrabia w śmiertelnem przerażeniu.
— Łaski? A ty znałeś łaskę, gdy zabijałeś maczugą przyjaciela wodzów? Czy znałeś łaskę, wydając mnie w ręce Meksykanów? Czy znałeś łaskę, druzgocąc serce w piersiach Indyanki? Czy to zresztą były jedyne twoje zbrodnie? Wahkonta nie pozwolił człowiekowi wiedzieć wszystkiego; ja nie znam twego życia, ale kto tak źle postępuje, jak ty, ten z pewnością przedtem już źle czynił. My mścimy się na tobie, a z nami twoje własne winy, których względem nas się dopuściłeś. Krokodyle cię pożrą, ale ty jesteś gorszy od nich. Wahkonta stworzył je, by jadły mięso, a człowieka na to, żeby był dobry. Twoja dusza gorsza od ich duszy!
Przysunął go bliżej wody. Alfonzo bronił się ze wszystkich sił. Miał wolne nogi i zapierał się o ziemię z rozpaczliwym wysiłkiem. Wtedy owinął mu Mizteka rzemień około nóg tak, że był zupełnie bezbronny.
— Łaski! Miłosierdzia! — jęczał.
Nic nie pomogło. Wódz silny, jak olbrzym, zaniósł go do drzewa, a Apacz wylazł na nie; trzymając w zębach końce lass. Dostawszy się na górę, usiadł mocno i przerzucił zwinięte w dziesięcioro rzemienie przez gruby konar. Potem zaczął wciągać hrabiego na pień, a Czoło Bawole go popychał.
— O, puśćcie mnie, puśćcie! — wołał skazany na tę straszną śmierć. — Będę wam służył posłusznie, jak najniższy z waszych parobków!
— Hrabia ma parobków, ale wolny Indyanin nie! — brzmiała odpowiedź.
Widok aligatorów był teraz okropny. Staw był dla nich za mały; nie miały w nim pożywienia. Cierpiały głód przez całe lata, a teraz widziały, że dostaną jeść. Z braku żywności ponadżerały już siebie nawzajem. Jednemu brakowało nogi, drugiemu innej części ciała. Teraz skłębiły się pod drzewem w ohydną masę. Straszne ogony rozbijały wodę na pianę, małe, zajadłe oczka sypały jadowitemi, pożądliwemi skrami, a otwarte paszcze zamykały się z takim łoskotem, jakby kto uderzał dwoma deskami o siebie. Dziesięć potworów wyglądało jak jeden okropny smok o dziesięciu paszczach i tyluż ogonach.
Pojmany to zobaczył i zdrętwiał.
— Wypuśćcie mnie, potwory! — ryknął.
— Niech mój brat silniej pociągnie!
To wezwanie, skierowane do Apacza, było jedyną odpowiedzią Czoła Bawolego.
— Bądźcie więc przeklęci i potępieni na wieki!
Hrabia wrzasnął te słowa, szukając napróżno ocalenia oczyma, krwią nabiegłemi.
— Dość — rzekł Mizteka, porównywając okiem znawcy odległość wody z długością lassa. — Niech mój brat zawiąże lassa na konarze i zrobi mocny węzeł!
Apacz postąpił wedle tej wskazówki. Czoło Bawole trzymał się teraz jedną ręką drzewa, a drugą obejmował jeńca, do czego potrzeba było olbrzymiej siły. Gdyby cedr nie był tak gruby, to wobec skośnego położenia byłby musiał złamać się pod ciężarem tych trzech ludzi. Teraz nadeszła chwila rozstrzygająca. Alfonzo poczuł ją i zawołał przeraźliwym poprostu głosem:
— Czyście nie ludzie, ale dyabły?
— Jesteśmy ludźmi i sądzimy dyabła — odrzekł Mizteka. — Jedź!
Krzyk okropny i doniosły przeszył powietrze. Indyanin puścił Alfonza i pchnął go silnie od drzewa nad powierzchnię wody. Nieszczęsny bujał na lassie na wszystkie strony, a ilekroć w tym ruchu wahadłowym zbliżył się do wody, wyskakiwały krokodyle, by go pochwycić.
— Dobrze. Niech mój brat zejdzie!
Apacz posłuchał wezwania Czoła Bawolego i zlazł z nim z drzewa. Stanęli na brzegu i przypatrywali się okropnemu widowisku, dopóki wahania nie ustały i skazaniec nie zawisł prosto z konaru.
Teraz pokazało się, że Mizteka mierzył doskonale na oko. Alfonzo wisiał tak, że wyskakujące z wody krokodyle mogły go jeszcze pochwycić za nogi. Z tego powodu musiał nogi podnosić, ilekroć któreś ze zwierząt chciało je chwycić. Gdyby mu zabrakło siły do tego ruchu, byłby zgubiony. Nagrzeszył dużo, ale tym rodzajem śmierci odpokutował wiele grzechów, a może nawet wszystkie.
— Dokonało się. Chodźmy! — rzekł Apacz, którego ten okropny widok dreszczem przejął.
— Idę za moim przyjacielem — zgodził się Czoło Bawole.
Wsiedli na konie i odjechali, ścigani jeszcze długo wyciem i krzykiem hrabiego.
Teraz mogli szybciej jechać, niż pod górę, kiedy jeniec przyczepiony był do końskiego ogona. Kiedy spuścili się na dół, nad potok, zastali tam już kilku Indyan, członków skazanego na zagładę narodu Mizteków, a przysłała ich Karja. Wódz ich zwrócił się do Apacza:
— Dziękuję bratu, że mi dopomógł osądzić bladą twarz i ukarać. Brat może teraz wrócić do hacyendy i zobaczyć ranę Grotu Piorunowego. Ja przybędę dopiero jutro, bo mam tu jeszcze dużo do czynienia.
Serce Niedźwiedzie odjechał natychmiast. Mizteka przyzwał do siebie Indyan, którzy stanęli dokoła niego, ażeby wysłuchać jego rozkazów. Spojrzał poważnie dokoła i rzekł:
— Jesteśmy synami szczepu, który musi wymrzeć. Blade twarze zadają nam śmierć. Pożądali naszych skarbów, ale ich nie dostali. Wasi ojcowie pomogli moim ukryć te skarby, a żaden z nich nie zdradził miejsca, gdzie się znajdują. A wy potrafilibyście milczeć tak samo?
Wszyscy skinęli głowami, a najstarszy odrzekł w imieniu wszystkich:
— Niechaj będą przeklęte usta, któreby zdradziły to miejsce białemu!
— Wierzę wam. Wiedziałem, gdzie leżą te skarby, ale jeden z białych je odkrył. Ta blada twarz znalazła jedną ich część i tę część trzeba ukryć gdzieindziej. Czy mi pomożecie?
— Pomożemy.
— Przysięgnijcie na dusze ojców, braci i dzieci, że nie zdradzicie nowej kryjówki i nie dotkniecie nigdy najdrobniejszego z tych skarbów!
— Przysięgamy! — zabrzmiało dokoła.
— To zaopatrzcie najpierw konie, a potem chodźcie!
Dawszy koniom paszy, zniknęli czerwoni w wejściu do jaskini, w której zaczął się teraz tajemniczy ruch i życie. Tylko jeden został na dworze, ażeby czuwać nad bezpieczeństwem koni i całego przedsięwzięcia.
Praca trwała przez cały dzień i całą noc. Dopiero z brzaskiem dnia, następnego powyłazili Miztekowie jeden po drugim z jaskini. Każdy z nich niósł jakiś ciężar, poczem wszyscy złożyli je na jedną kupę. Były to największe nuggety i kawały złota razem z wybranymi przez Helmersa klejnotami.
— Tak! — rzekł Czoło Bawole, przypatrując się tej kupie. — Zawińcie to w koce i wpakujcie na konia! To dar Mizteków dla jednego z białych, który widział skarbiec królewski, ponieważ mu go pokazałem. Oby go to uczyniło szczęśliwym!
Gdy objuczono konia, przyprowadzonego jeszcze wczoraj, wrócił wódz Mizteków jeszcze raz do jaskini. Pierwszy jej przedział, który widział Alfonzo i Helmers, był teraz zupełnie wypróżniony. Czoło Bawole rozglądnął się raz jeszcze, poczem zbliżył się do kąta, gdzie z ziemi wystawał lont. Zapalił go od pochodni i opuścił grotę czemprędzej.
Przed grotą stali wszyscy zdaleka i czekali. Po kilku minutach dał się słyszeć przytłumiony huk. Ziemia zadrżała, ciemna para buchnęła w górę, skały pękły, grunt pochylił się powoli, a potem zapadł się z odgłosem przeciągłych grzmotów. Wejście do jaskini i przednia jej część były zasypane. Potok pienił się nad gruzami i rzucał się z początku dziko i bezładnie, ale wnet utworzył sobie drogę do łożyska. Dostęp do skarbu królewskiego Mizteków był zamknięty.
— Podajcie sobie ręce i przysięgnijcie jeszcze raz, że będziecie milczeli aż do śmierci! — nakazał Czoło Bawole swoim ludziom.
Złożyli żądaną przysięgę, a wyraz twarzy wszystkich świadczył, że prędzej gotowi byliby umrzeć, aniżeli złamać przysięgę. Rzucili jeszcze raz okiem na miejsce, na którem w ostatnich dwudziestu czterech godzinach zaszły tak niezwykłe zdarzenia i odjechali.
Gdy Apacz po opuszczeniu El Reparo, gdzie zostawił Czoło Bawole, powrócił do hacyendy, zastał jej mieszkańców w głębokim smutku. Hacyendero wysłał był natychmiast najlepszego jeźdźca na najszybszym koniu do Monclowy, ażeby zawezwał doświadczonego lekarza. Gdy zobaczył wodza Apaczów, zsiadającego z konia, pośpieszył zaraz, żeby się czegoś dowiedzieć.
— Przybywasz sam? — zapytał go, mówiąc do niego zwyczajem Indyan: ty. — A Tekalto gdzie?
— Jeszcze pod górą El Reparo.
— Co tam robi?
— Tego mi nie powiedział.
— Słyszałem, że kazał sobie przysłać Indyan. Na co?
— O to go nie pytałem.
— A gdzie hrabia Alfonzo?
— Tego nie powiem.
Hacyendero cofnął się o krok i rzekł niechętnie:
— Tego mi nie powiedział, o to go nie pytałem, tego nie powiem! Takie odpowiedzi nie są przyjemne!
Apacz uczynił ręką ruch, jakby się przed czemś bronił i rzekł:
— Niech mój brat nie pyta o rzeczy, o których nie mogę mówić. Wódz Apaczów lubi czyny, a nie słowa.
— Chciałbym jednak wiedzieć, co się tam stało pod górą.
— Przedstawi ci to córka Mizteków.
— Ona także milczy.
— To przyjdzie Czoło Bawole i opowie. Niech mój brat zaprowadzi mię do łoża Grotu Piorunowego, ażebym zobaczył jego ranę.
— Chodź!
Wszedłszy do pokoju Helmersa, zastali obie dziewczęta przy jego łożu, pogrążone w głębokim smutku. Chory przewracał się na łóżku. Niewątpliwie cierpiał ból, lecz oczy miał zamknięte i nie wydawał głosu z siebie. Gdy Serce Niedźwiedzie zaczął dotykać jego głowy, skurczył chory twarz w zmarszczki boleści, ale pozostał niemy.
— Jak tam? — spytał hacyendero.
— Nie umrze — odpowiedział wódz. — Trzeba ciągle przykładać ziele do rany.
— Jutro będzie tu lekarz.
— Ziele oregano mądrzejsze od lekarza. Czy mój brat ma wakera, któryby był dobrym strzelcem i jeźdźcem?
— Stary Francesko jest moim najlepszym jeźdźcem i myśliwcem.
— Sprowadzić go i dać mu dobrego konia!
— Na co?
— Będzie mi towarzyszył.
— Dokąd?
— Do Komanczów.
— Do Komanczów? Na Boga! Po co tam pojedziecie?
— Czy mój brat nie zna Komanczów? Odbiliśmy im jeńców i położyliśmy trupem wielu ich wojowników. Nadejdą, aby się pomścić!
— Do hacyendy?
— Tak.
— Tak daleko?
— Czerwony mąż nie zna oddalenia, gdy postanowi zemścić się i zabrać skalp wroga. Komancze przyjdą z pewnością.
— Czemu wybieracie się naprzeciw nim?
— Ażeby ich zobaczyć i dowiedzieć się, kiedy którą drogą nadejdą.
— Czy nie byłoby lepiej, żebyś ty tu został, a my rozesłali straże?
— Wódz Apaczów woli widzieć własnemi oczyma, niż cudzemi. Mój brat, Grot Piorunowy, chciał wyruszyć naprzeciw Komanczów, ale teraz jest chory, przeto ja zrobię to za niego.
— To jedźcie w imię Boże! Każę zawołać Franciszka.
Za kwadrans był wakero na miejscu. Po całej jego zewnętrznej postaci było widać, że nadawał się do takiej wyprawy. Usłyszawszy, o co idzie, okazał gotowość towarzyszenia Apaczowi. Zaopatrzywszy się we wszystko, czego potrzeba do takiej jazdy na zwiady, wyruszyli w drogę.
Konie meksykańskie są bardzo wytrwałe i rącze, to też Serce Niedźwiedzie i wakero pędzili jak wiatr ku północy. Przed wieczorem dojechali do miejsca, na którem w powrocie z podróży z paniami rozłożyli się byli poraz ostatni na nocleg. Teraz nie spoczęli, lecz puścili się tą samą drogą, którą wówczas przybyli na to miejsce.
Kiedy już wieczór zaczął zapadać, zatrzymał nagle Apacz konia i spojrzał na ziemię. Wakero zrobił to samo.
— Co tu jest? — spytał. — To ślady!
— Wielu jeźdźców! — potwierdził Apacz.
— Idą z północy!
— I skręcili na zachód.
— Przypatrzmy im się dokładniej!
Zsiedli i zaczęli troskliwie badać ślady kopyt końskich.
— Jest ich wielu — rzekł Apacz.
— Z dwustu — dodał wakero.
Indyanin skinął potakująco głową i wskazał na odcisk, którego krawędzie były jeszcze całkiem ostro zarysowane.
— Tak — rzekł wakero z miną zakłopotaną. — Możemy mówić o szczęściu. Byli tu zaledwie przed kwadransem.
Apacz podniósł się z ziemi pod wpływem nagłego postanowienia.
— Naprzód! Muszę ich zobaczyć!
Dosiedli znowu koni i ruszyli tropem, który prowadził głęboko w Sierrę. Kiedy dogorywały ostatki światła dziennego, ujrzeli na grzbiecie jednego z leżących przed nimi wzgórz ciemną, wężowatą linię jeźdźców.
— Komancze! — rzekł Serce Niedźwiedzie.
— Słusznie! Do kroćset! Wybrali się na hacyendę!
— Ukryją się do jutra w górach — oświadczył wódz Apaczów.
— Cóż my zrobimy?
— Mój brat powróci zaraz do hacyendera z wiadomością, że nieprzyjaciel nadciąga.
— A ty?
— Serce Niedźwiedzie zostanie na tropie nieprzyjaciół, bo musi wiedzieć, co oni zrobią.
Odwrócił się i pojechał dalej, nie troszcząc się o to, czy wakero posłuchał jego rozkazu.
Per dios! — mruknął Francesko. — Dziwny człowiek taki Indyanin! Puszcza się ku dwustu Komanczom! Dumny jak król. Powiada mi, co mam czynić i odjeżdża, nie pożegnawszy się, ani nie popatrzywszy, czy go posłucham.
Zwrócił konia znów na południe i puścił się tą samą drogą, którą przyjechał.
Szło o to, żeby przykrą tę wiadomość zanieść jak najrychlej do hacyendy. Podpędzał więc konia i o północy był już w hacyendzie.
Tu wszystko było już pogrążone w głębokim śnie, tylko Ema czuwała przy łożu chorego. To też wakero zwrócił się najpierw do niej. Ona zbudziła oczywiście natychmiast ojca, który kazał Franciszkowi przyjść zaraz do siebie.
— Czy to prawda, co Ema mówiła? — spytał Arbellez.
— Co powiedziała?
— Że Komancze nadchodzą.
— To prawda, sennorze.
— Kiedy? Chyba nie dzisiaj jeszcze!
— Dziś jesteśmy jeszcze bezpieczni.
— Czy dużo ich?
— Z dwustu.
— Święta Madonno, co za nieszczęście! Oni zburzą hacyendę!
— Tego ja się nie obawiam, sennorze — rzekł odważny starzec. — Wszak mamy także dość rąk i broni.
— A widzieliście dobrze?
— To się rozumie.
— Mnie się wydaje to niemożebnem, żeby wywiadowcy Komanczów mogli w tak krótkim czasie sprowadzić z pastwisk tak wielką liczbę ludzi.
— Tak też nie jest, sennorze!
— A jak?
— Gdy sennor Helmers z Apaczem wyswobodził panie i zakłuł przy tem Komancza, zaczęła się krwawa zemsta. Pewnie stamtąd już wyruszył zaraz posłaniec do pastwisk, położonych niedaleko od Rio Pecos. Kiedy potem sennores walczyli ze ścigającymi ich nad Rio Grande, wybrało się w pochód już dwustu. Późniejsi zbiegowie połączyli się potem z nimi i opowiedzieli, że powtórnie ich pobito. To przyśpieszyło ich jazdę.
— Jak daleko widzieliście Komanczów?
— O sześć godzin zwykłej jazdy.
— I nie jechali prosto na estancyę?
— Ani o tem nie myślą. Zwrócili się między góry, ażeby ich nie wyśledzono i przed jutrzejszą nocą nie zjawią się pewnie.
— Ale my mimoto zarządzimy środki ostrożności. O, gdyby sennor Helmers nie był ranny!
— Na wodza Apaczów i Czoło Bawole można się tak samo zdać.
— Czoło Bawole jeszcze pod El Reparo. Poślę po niego.
— Zaraz?
— Tak.
— Czy ja mam pojechać?
— Jesteś zmęczony.
— Zmęczony? — roześmiał się starzec. — Chyba mój koń, ale nie ja. Wezmę innego.
— Czy wiesz, gdzie wodza szukać?
— Nie.
— U wypływu środkowego potoku.
— Dobrze, znajdę go napewno. Czy mam ludzi pobudzić?
— Tak, zbudź ich. Lepiej już od dzisiaj się pilnować.
Stary Francesko zaalarmował hacyendę, potem wsiadł na konia, by udać się pod El Reparo, a w kwadrans po jego odjeździe płonęło dokoła hacyendy kilkanaście ognisk, które tak oświetlały okolicę, że żaden z Indyan nie ośmieliłby się zbliżyć do osady.
Czoło Bawole wyruszył był właśnie z Miztekami z pod El Reparo. kiedy go spotkał stary wakero. Pomyślał oczywiście zaraz, że coś nadzwyczajnego się stało i zapytał pośpiesznie:
— Czemu przybywasz? Co jest?
— Wracaj prędzej do hacyendy! Komancze nadchodzą! — zawołał Francesko.
Oczy Indyanina rozgorzały z zadowolenia.
— Tak prędko! Kto to powiedział? — spytał.
— Sam ich widziałem.
— Ach! Gdzie?
Francesko opowiedział o wczorajszej wycieczce.
— Skoro tak jest, to mamy jeszcze czas — rzekł Czoło Bawole. — Komancze utracą kilka skalpów pod Hacyenda del Erina. — Czy Serce Niedźwiedzie ruszył za nimi?
— Tak.
— To możemy być spokojni. Już nam nie ujdą.
Pojechali cwałem do hacyendy, gdzie zastali wszystko w ruchu i podnieceniu. Hacyendero przyjął sławnego cibolera sam i zapytał o jego zdanie. Mizteka rozglądnął się dokoła i potrząsnął głową, widząc przygotowania wojenne.
— Czy uważacie Komanczów za niedoświadczonych wojowników? — zapytał.
— Nie.
— Nacóż więc te zarządzenia?
— Święta Madonno! Czyż mamy poddać się bez obrony?
— Będziemy się bronili, lecz inaczej, sennorze!
— Jak?
— Komancze wyślą do nas ludzi na zwiady, ażeby nas obserwować.
— Oczywiście.
— Za dnia nie napadną na nas.
— Ja też tak sądzę.
— Jeżeli chcemy ich odeprzeć, to musimy udać, że nie wiemy o ich przybyciu.
— Ach, masz słuszność!
— Trzeba więc przygotować się pocichu. Ilu ludzi jest tu wogóle?
— Czterdziestu.
— To wystarczy. Czy każdy ma strzelbę?
— Wszyscy mają dobre strzelby.
— A amunicya jest?
— Jest podostatkiem. Mam nawet armaty.
— Armaty? — spytał Indyanin zdumiony.
— Tak, cztery.
— Nic o tem nie wiem. Skąd je dostałeś?
— Zrobił je kowal, gdy ciebie nie było.
Wódz potrząsnął głową z niedowierzaniem i rzekł:
— Kowal je zrobił! Czy przydadzą się na co?
— Tak; próbowaliśmy już. Lufa jest z bardzo mocnego drzewa, a okuta pięcioma grubemi obręczami żelaznemi. Pęknąć nie może.
— To dobrze! Będziemy strzelali szkłem, gwoździami i starem żelaziwem. To działa strasznie. Prócz tego potrzeba kilku ognisk.
— No co?
— Atak nastąpi prawdopodobnie już jutro w nocy. Dokoła musi być ciemno, ażeby Komancze sądzili że śpimy. Gdy przyjdą blizko, zapalimy stosy i oświecimy całe otoczenie hacyendy, żeby mieć pewny cel.
— Ułożymy te stosy na płaskim dachu budynku.
— Doskonale. Na każdym rogu umieści się wielką kupę chróstu i poleje się naftą. To wystarczy na cały plac.
— A gdzie ustawimy armaty?
— Gdy się zmierzchnie, urządzimy na wszystkich rogach domu szańce i umieścimy za nimi armaty. Muszą stać tak, żeby mogły zasypywać pociskami dwa boki. Za dnia jednak nie damy nic po sobie poznać i każdy będzie spokojnie oddawał się swojemu zajęciu. Ach!
Okrzyk ten odnosił się do jeźdźca, który wpadł przez bramę na koniu, dymiącym parą. Był to Apacz.
— Serce Niedźwiedzie! — zawołał hacyendero. — Skąd przybywasz?
— Od Komanczów — odrzekł zapytany, zeskakując z konia.
— Gdzie oni?
— Pod El Reparo.
— Pod El Reparo? — zapytał Czoło Bawole. — Czy rozłożyli się tam obozem?
— Tak. Śledziłem ich krok w krok aż pod górę. Doszli tam dopiero około północy.
— Po której stronie rozbili obóz?
— Po północnej.
— Uff! jeśli... — przerwał i dodał tak, że tylko Apacz mógł dosłyszeć. — Jeśli znajdą hrabiego?
— Jego już chyba znalazły krokodyle — odparł Apacz równie cicho.
Przypuszczenie to nie było jednak słuszne.
Komanczów było rzeczywiście dwustu, a dowodził nimi jeden z najsłynniejszych wodzów, Tokwi-tey, Czarny Jeleń. Obok niego jechali dwaj wywiadowcy, z których jeden znał dokładnie okolicę hacyendy, drugi zaś należał do oddziału, zwyciężonego przez Meksykanów pod dowództwem Helmersa i Apacza. Nie mogli więc zmylić kierunku drogi do hacyendy.
Nie przeczuwając, że śledzi ich słynny wódz Apaczów, jechali zwyczajem indyańskim jeden za drugim i dostali się wkońcu do północnych podnóży El Reparo. Weszli po zboczu na górę, ażeby zatrzymać się tam w gęstym lesie.
— Czy mój syn zna tu jakie miejsce, gdziebyśmy mogli przez dzień się ukrywać? — zapytał Czarny Jeleń przewodnika, znającego te strony.
Zapytany namyślił się i odpowiedział:
— Znam.
— Gdzie?
— Na szczycie góry.
— Co to za miejsce?
— To ruina świątyni, na której dziedzińcach zmieściłoby się tysiąc wojowników.
— Czy można się tam ukryć?
— Można, jeśli nas nikt nie zobaczy, gdy będziemy nadchodzili.
— Czy mój syn zna dokładnie to miejsce?
— Nie zabłądzę.
— Czy mój syn sądzi, że należy je wpierw zbadać?
— Będzie lepiej i pewniej.
— To my dwaj najpierw pójdziemy, a wszyscy tu zaczekają.
— Zsiedli z koni, wzięli broń do rąk i weszli zaraz do lasu.
— Indyanin posiada wrodzony instynkt do rozpoznawania stosunków lokalnych i taką wprawę i bystrość, że prawie nigdy nie zbłądzi. Przewodnik szedł z podziwu godną pewnością wprost do ruiny przez ciemny zupełnie las. Wódz dążył za nim. Mimo ciemności dostali się do zawalonych murów świątyni i zaczęli je przeszukiwać.
Nie znalazłszy ani śladu obecności człowieka, pomyśleli już, że będzie im tam bezpiecznie, kiedy nagle stanęli jak wryci. Zabrzmiał krzyk, który, jak się zdawało, nie pochodził z ludzkiej krtani.
— Co to? — zapytał Czarny Jeleń.
— Krzyk. Ale czyj?
— Podobny był do śmiertelnego stękania konia.
— Nie słyszałem jeszcze nigdy takiego głosu — zauważył przewodnik.
Wtem krzyk powtórzył się przeciągle i okropnie.
— To człowiek! — rzekł wódz.
— Rzeczywiście — potwierdził przewodnik.
— W śmiertelnym strachu!
— W najgłębszej rozpaczy!
— Gdzie?
— Nie wiem. Echo łudzi.
— Trzeba opuścić te mury.
Przeleźli przez zwaliska na wolne powietrze, a gdy okrzyk odezwał się znowu, rozpoznali, z której strony pochodził.
— Prosto przed nami — rzekł przewodnik.
— Tak, prosto przed nami. Zobaczmy, co to!
Posunęli się ostrożnie dalej, dostali się na brzeg stawu i szli wzdłuż niego, dopóki okrzyk nie zabrzmiał tuż przed nimi. Dzicy mogli się pochlubić żelaznymi nerwami, a przecież przerazili się, gdy usłyszeli ten głos w bezpośredniem pobliżu.
— To jest tutaj — rzekł przewodnik — w wodzie.
— Nie, to nad wodą — poprawił go wódz. — Posłuchaj!
— Tam coś pluszcze i kłapie, jak krokodyle.
Fosforyczne światło wyszło z poruszonej przez te zwierzęta wody.
— Czy mój syn widzi światło? — zapytał wódz.
— Tak.
— To krokodyle.
— A człowiek pod nimi? To niemożebne!
— Nie, człowiek jest nad nimi, na tem drzewie.
Wskazał przy tem na cedr, pod którym stali w tej chwili.
— To chyba jest przywiązany!
— Pewnie!
Krzyk zabrzmiał znowu i teraz poznali już wyraźnie, że pochodził z powietrza między wodą a koroną drzewa.
— Kto woła? — spytał wódz głośno.
— Oh! — dał się słyszeć jakby głos zachwytu.
— Kto tam?
— Pomocy!
— Gdzie jesteś?
— Wiszę na drzewie.
— Uff! Nad wodą?
— Tak. Chodźcie prędzej!
— Kto ty jesteś?
— Hiszpan!
— Hiszpan, blada twarz — szepnął Czarny Jeleń do towarzysza. — Niech wisi dalej!
— Mimo to spytał jeszcze:
— Kto cię zawiesił?
— Moi nieprzyjaciele.
— Kto oni są?
— Dwaj czerwonoskórcy.
— Uff! — szepnął wódz. — On tu wisi wskutek i zemsty.
Potm zapytał, jacy Indyanie go powiesili.
— Mizteka i Apacz. O, chodźcie, pomóżcie! Krokodyle mnie rozszarpią!
— Jeden Apacz, a drugi Mizteka — rzekł cicho wódz. — To nasi nieprzyjaciele. Możeby go ocalić? Ale wpierw musimy ogniem go oświetlić.
Poszedł w krzaki, które, jak zauważył, przeciskając się przez nie przedtem, były suche, wyrwał pęk i zaniósł go na brzeg. Potem wydobył punks[13] i podpalił chróst. Płomień strzelił wysoko i rozjaśnił całą scenę. Z drzewa zwisał biały niedaleko od wody i podnosił nogi w górę, ilekroć któryś z krokodyli chciał je pochwycić.
— To wielka zemsta! — rzekł Czarny Jeleń. — Niech nam teraz opowie wszystko bez obawy przed aligatorami.
Wylazł na drzewo, pochwycił lasso i wyżej podciągnął wiszącego, zabezpieczając go tem przed potworami. Ogień oświetlił także Indyan, a po zabarwieniu ich twarzy poznał Alfonzo, że to Komancze, znajdujący się na ścieżce wojennej. Odgadł wszystko i uważał się już prawie za ocalonego.
— Za co zawiesili cię tu czerwoni mężowie? — pytał wódz dalej.
— Bo walczyłem z nimi, ażeby ich zabić. Byliśmy nieprzyjaciółmi.
— Dlaczego nie zabiłeś tych psów? Apacze i Miztekowie to tchórze.
— To był Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów.
— Serce Niedźwiedzie? — zawołał wódz. — Był tutaj?
— Tak i Czoło Bawole, wódz Mizteków.
— I Czoło Bawole! — krzyknął znów Komancz. — Gdzie są teraz?
— Uwolnij mnie, to ich dostaniesz!
— Przysięgnij!
— Przysięgam!
— Będziesz więc wolny!
Pociągnął znowu z całym wysiłkiem lasso w górę i podniósł hrabiego tak wysoko, że ten mógł górną połową ciała położyć się na konarze. W ten sposób uwolnił sobie Komancz rękę, dobył noża, przeciął lasso i więzy Hiszpana, przez co ten mógł się już sam utrzymać.
— Ach! — zawołał. — Wolny, wolny, wolny! A teraz zemsta, zemsta, zemsta!
W niezmiernym zachwycie ryknął te słowa w ciemności nocne.
— Zemścisz się! — rzekł Komancz, domyślając się w nim przydatnego sprzymierzeńca. — Ale czemu tak krzyczysz? I las ma uszy. Czy nikogo niema w pobliżu?
— Nikogo! Na całej górze nie było nikogo, oprócz mnie i tych przeklętych krokodyli. Nie zapomnę tej nocy przez całe życie!
— Nie zapomnij i zemścij się! Ale teraz zejdź razem ze mną!
Zleźli z drzewa. Gdy Alfonzo uczuł stały grunt pod nogami, wtedy dopiero pewny był, że jest ocalony.
— Dziękuję wam! — rzekł. — Zażądajcie, czego chcecie, a uczynię to dla was!
Zachwyt z powodu odzyskanej wolności skłonił go do tego nadmiernego przyrzeczenia. Komancz rzekł spokojnie:
— Usiądź przy nas i powiedz nam to, o co cię zapytamy!
Usiedli w trawie, a hrabia wyciągnął udręczone członki z taką rozkoszą, jakiej nigdy w życiu nie zaznał.
— Należycie do narodu Komanczów? — zapytał.
— Tak.
— A ty jesteś wodzem?
— Jestem Tokwi-tey, Czarny Jeleń — odparł Indyanin z dumą.
— I podjęliście wyprawę wojenną?
Wódz skinął głową i zapytał:
— Czy znasz hacyendę del Erina?
— Znam.
— Jak się nazywa człowiek, który tam mieszka?
— Petro Arbellez.
— Czy ma córkę?
— Tak.
— A czy przy tej córce jest Indyanka ze szczepu Mizteków?
— Jest Karja, siostra Tekalta.
— Siostra Czoła Bawolego? — zawołał wódz zaskoczony tem niespodzianie.
— Tak.
— Uff! Tego nie wiedzieli synowie Komanczów, bo byliby córki Mizteków baczniej pilnowali. Te obie skwawy były u nas w niewoli.
— Wiem o tem.
— Wiesz o tem? — spytał Czarny Jeleń.
— Tak, bo u mnie mieszkają.
— U ciebie? Mówisz w zagadkach! Ja sądziłem, że mieszkają w hacyendzie.
— To prawda, bo hacyenda należy do mnie.
— Do ciebie? Ty więc jesteś Petro Arbellez?
— Nie. Ja jestem hrabia de Rodriganda y Sevilla. Arbellez jest tylko moim dzierżawcą.
— Uff! — rzekł Komancz, powstając. — W takim razie zawiśniesz znowu nad wodą, ażeby cię aligatory pożarły!
Alfonzo był tak pewny siebie, że odpowiedział, z uśmiechem:
— Czemu?
— Bo jesteś obrońcą tych dwu skwaw.
— Usiądź napowrót, Czarny Jeleniu! Nie jestem ich obrońcą, lecz wrogiem, a twoim przyjacielem. Te skwawy ponoszą winę tego, że mnie tu powieszono, a ty mnie wybawiłeś. Podziękuję ci, oddając w twoje ręce trzech największych wrogów Komanczów.
— Którzy to są?
— Szosz-in-liet.
— Apacz, Serce Niedźwiedzie?
— Tak. Dalej Mokaszi-Motak.
— Mizteka, Czoło Bawole?
— Tak.
— A trzeci?
— To blada twarz. Czerwoni mężowie nazywają go Itinti-ka.
— Grot Piorunowy, wielki rastreador? — zawołał Komancz. — Czy mówisz prawdę?
— Tak.
— Gdzie jest Grot Piorunowy?
— Z tamtymi.
— A gdzie oni?
Komancz pytał z największym pośpiechem. Nadzieja schwytania tych trzech słynnych ludzi pozbawiła go chłodnego spokoju, w którym Indyanin szuka zwykle zaszczytu.
— Powiem to, jeśli mi złożysz pewną obietnicę.
— Czego żądasz?
— Przybyłeś, by napaść na hacyendę?
— Tak — przyznał Indyanin.
— Czy ci się to uda?
— Czarnego Jelenia jeszcze nikt nie zwyciężył.
— Czy masz z sobą wielu Komanczów?
— Dwa razy po dziesięć razy dziesięć!
— Dwustu? To wystarczy. Dostaniesz w swe ręce trzech słynnych wodzów, skalpy wszystkich mieszkańców hacyendy i wszystko, co się w niej znajduje, jeśli nie zniszczysz domu, który jest moją własnością.
Komancz namyślił się i oświadczył:
— Żądanie twoje spełnione będzie. A zatem gdzie są ci trzej wodzowie?
Uśmiechając się z zadowoleniem, odpowiedział hrabia:
— Właśnie w hacyendzie!
— Uff! Wywiodłeś mnie w pole! — przyznał się Czarny Jeleń.
— Ale ja mam twoje słowo!
— Wódz Komanczów nigdy słowa nie łamie. Dom jest twój. Trzej nieprzyjaciele, skalpy i wszystko, co się w domu znajduje, należy jednak do Komanczów. Czy hacyenda zbudowana z kamienia?
— Z mocnych kamieni i otoczona palisadą, ale ja znam wszystkie przejścia i poprowadzę was. Znajdziecie się w środku domu, a wszyscy mieszkańcy będą jeszcze twardo spali. Zbudzą się tylko na to, żeby paść pod waszymi nożami i tomahawkami.
— Czy hacyendero ma dużo broni?
— Podostatkiem, lecz to nie przyda mu się na nic.
— Ilu ludźmi rozporządza?
— Może czterdziestoma.
— Cztery razy po dziesięciu? To czyni siedm razy po dziesięciu, bo każdy z trzech wodzów zastąpi dziesięciu.
— Grotu Piorunowego nie trzeba brać w rachubę.
— Czemu?
— Jest ranny, a może nawet już nie żyje. Ugodziłem go w głowę maczugą.
— Uff! Ty walczyłeś z Grotem Piorunowym?
— Cóż w tem dziwnego?
— Kto z nim walczy, musi być dzielnym wojownikiem.
— Nie jestem tchórzem, choć zastałeś mnie pojmanym.
— Przekonam się o tem, gdy nas poprowadzisz do hacyendy. Jak sądzisz? Czy oni przypuszczają, że wojownicy Komanczów nadejdą, żeby się zemścić?
— Mnie się zdaje, że nie. Nie słyszałem, żeby o tem mówiono.
— Wyślę człowieka na zwiady.
— Niech się nie pokazuje!
— Uff! Właśnie pójdzie do hacyendy.
— To będzie zgubiony!
— Nie. To nie Komancz, lecz chrześcijański Indyanin z amerykańskiego szczepu Opato. Jego nie będą o nic podejrzewali, a on zobaczy dokładnie, czy przygotowali się do walki z Komanczami. Teraz wiem wszystko. Niech mój syn sprowadzi wojowników do ruin, dokąd i ja się udam teraz z tym hrabią bladych twarzy.
Przewodnik oddalił się pośpiesznie, a wódz poszedł z Alfonzem do ruin świątyni. Ocalony rzucił jeszcze raz okiem na staw, nad którego wodami spędził najstraszniejsze godziny swojego życia. Aligatory z podniesionemi z wody głowami leżały przy brzegu, wpatrując się w ofiarę, która im ujść zdołała.
Nazajutrz rano poszedł wódz z hrabią i przewodnikiem przez las na zwiady. Zatrzymali się na skraju płaskowzgórza, z którego można było objąć okiem równinę. Wtem ozwał się pod nimi przytłumiony huk.
— Co to? — zapytał Czarny Jeleń.
— Strzał — rzekł przewodnik.
— Ale nie strzał ze strzelby, lecz wybuch — objaśnił Alfonzo, który domyślił się odrazu, co się mogło stać na dole.
Postąpili dalej nad samą krawędź skały i spojrzeli na potok. Tam zobaczyli Czoło Bawole, odjeżdżającego z Indyanami. Alfonzo zauważył konia jucznego i zwinięte na jego grzbiecie koce, przypuścił tedy, że wieziono w nich część skarbów.
— Co to za ludzie? — spytał wódz.
— Miztekowie — odrzekł hrabia.
— Miztekowie, którzy wyginą i zeschną! —, dodał wódz wzgardliwie.
— O, oni mają jeszcze dość siły. Przypatrz się ich dowódcy!
— To olbrzym, cibolero!
— Tak, pewnie, że cibolero, łowca bawołów, ale najmężniejszy ze wszystkich. Zgadnij, jak brzmi jego imię!
— Powiedz!
— To jest Czoło Bawole, wódz Mizteków!
— Uff! To... to jest Czoło Bawole! — rzekł Komancz, mierząc Miztekę posępnem okiem. — Niezadługo zginie pod słupem męczeńskim w obozie Komanczów.
Gdy powrócili do ruin, wysłano wywiadowcę. Ubrany był, jak cywilizowany Indyanin, a dostał lichą strzelbę i najgorszego konia. Otrzymał też rozkaz okrążenia hacyendy, ażeby się zdawało, że nie przybywa z północy, lecz z południa.
Wysłannik objechał tylną stronę i południowy stok El Reparo i skierował się potem od południa ku hacyendzie.
Czoło Bawole stał przy oknie z hacyenderem i z Sercem Niedźwiedziem, kiedy szpieg wjeżdżał na dziedziniec.
— Uff! — rzekł Apacz z szyderczym uśmiechem.
— Co? — zapytał Arbellez.
— Nasz przyjaciel chce powiedzieć, że to jest oczekiwany wywiadowca — objaśnił Czoło Bawole okrzyk Apacza.
— O, to nie Komancz! — rzekł Arbellez.
— To Majo, albo Opato, ale w każdym razie szpieg.
— Jak z nim postąpić?
— Przyjaźnie. Nie powinien domyślić się, że przygotowujemy się do walki.
Hacyendero zeszedł na dół, kiedy Indyanin zamierzał właśnie wstąpić do izby czeladnej. Przybysz ukłonił się uprzejmie gospodarzowi, którego nie znał, i zapytał:
— Czy to jest hacyenda del Erina?
— Tak.
— W której rządzi sennor Arbellez?
— Tak.
— Gdzie sennor?
— Ja nim jestem.
— O, przebaczenia, don Arbellez, że o tem nie wiedziałem! Czy mogę tu zajechać?
— W imię Boże! Chętnie przyjmuję każdego gościa. Skąd przybywacie?
— Z Durango.
— Czy to daleko?
— Tak. Byłem tam przez kilka lat, lecz febra wypędziła mnie stamtąd. Spodziewam się, że tu będzie mi lepiej. Może potrzebujecie wakera do służby?
— Nie.
— Ani cibolera?
— Także nie.
— Wogóle nie potrzebujecie człowieka?
— Mam dość ludzi, ale mimoto zostańcie tutaj i spocznijcie, dopóki wam się spodoba.
— Dziękuję. Ponieważ nie potrzeba wam nikogo, a ta hacyenda jest ostatnia przed granicą, to zobaczę, czybym nie mógł tu żyć jako gambusino. Żeby tylko dzikich nie było!
— Czy boicie się Indyan?
— Jednego nie, ale pięciu lub dziesięciu nie poradzę. Słychać, że Komancze mają ochotę przekroczyć granicę.
— To was mylnie powiadomiono. Zaniechają tego z pewnością, bo wiedzą, że dostaliby tęgą nauczkę. Zostańcie więc, wypocznijcie, jedzcie i pijcie tu z ludźmi, ile chcecie.
Poszedł dalej i zostawił Indyanina w tem przekonaniu, że w hacyendzie nikt nie podejrzewa możliwości napadu ze strony Komanczów. Szpieg nie potrzebował widocznie spoczynku, bo włóczył się nieustannie po hacyendzie i w jej pobliżu, a popołudniu wsiadł na konia i odjechał.
Oczywiście nie skierował się ku granicy, lecz wrócił tą samą drogą do Komanczów, którzy z wielkiem zaciekawieniem na niego czekali. Gdy opowiedział, co widział, skinął wódz głową i rzekł z krwi chciwym uśmiechem:
— Hacyenda strasznie ze snu się przebudzi, a synowie Komanczów powrócą do swoich wigwamów z łupem i wielu skalpami.
Poprosił hrabiego i wywiadowcę, żeby mu opisali dokładnie położenie i właściwości budynku, poczem odbyła się narada wojenna.
Wynikiem jej było postanowienie, żeby wyruszyć, gdy się ściemni, a o północy zbliżyć się do hacyendy. Uchwalono otoczyć ją ze wszystkich czterech stron, poczem Komancze mieli na znak, dany przez wodza, przeleźć przez palisady i na dziedzińcu dom osaczyć. Pięćdziesięciu ludzi przeznaczono na to, żeby wtargnęli przez okna i rozprószyli się w ciszy po całym domu celem wymordowania mieszkańców.
Gdy to omawiano w ruinach świątyni, w hacyendzie toczyła się podobna narada.
— Czy są ognie sztuczne? — zapytał Czoło Bawole.
— Jest tego dość. Wakerowie nie wyobrażają sobie święta bez ogni sztucznych — odpowiedział hacyendero. — Ale na co wam ognie?
— Głównie chodzi o to, żeby Komanczom odebrać konie, ażeby nie mogli umknąć tak szybko. Trzeba zobaczyć, gdzie je zostawią i w odpowiedniej chwili rzucić między nie ognie sztuczne.
— Postaramy się o to.
— Ale do tego potrzeba śmiałych i ostrożnych ludzi!
— Mam takich. Kiedy zaczniemy budować szańce?
— Należałoby poczekać, aż się ściemni, ale ponieważ szpieg odjechał tak zadowolony, przeto nie sądzę, żeby nas dalej śledzono. Możemy więc zacząć.
W hacyendzie zapanował gorączkowy ruch. Ani jeden z wakerów nie był, jak zwykle, na łące, lecz wszyscy znajdowali się wewnątrz palisady i przygotowywali obronę domu.
Wieczór upłynął w żywem oczekiwaniu wypadków, a na godzinę przed północą wyruszył Apacz na zwiady. Wziął z sobą dwu dobrze uzbrojonych parobków, którzy nieśli ognie sztuczne w ilości, dostatecznej do rozpędzenia na cztery wiatry tabunu, liczącego nawet tysiąc koni.
Wódz wrócił wkrótce, ale sam.
— Nadchodzą? — zapytał hacyendero.
— Tak.
— Gdzie są?
— Zsiedli z koni i otaczają palisady. Konie stoją dalej nad potokiem.
— Czy przy nich dużo dozorców? — zapytał Czoło Bawole.
— Tylko trzech.
— Uff! Nasi dwaj ludzie spełnią swoją powinność.
Teraz udał się hacyendero do izby chorego, gdzie siedziały dziewczęta. Były blade, ale panowały nad sobą.
— Czy zbliżają się? — spytała Ema.
— Tak. Czy pacyent śpi?
— Mocno.
— To możecie pójść na swoje stanowiska. Weźcie lonty z sobą!
Zapaliły lonty i udały się na płaski dach domu, gdzie na każdym rogu leżał stos drzewa, nasycony naftą. Były tam także potężne kamienie i nabite strzelby, ażeby i niewiasty mogły wziąć udział w obronie.
Noc była cicha. Słychać było tylko szmer wody w potoku, a od czasu do czasu zaparskał na łące koń. A jednak tyle serc uderzało teraz silniej w oczekiwaniu walki.
Wtem rozległ się pełny, głęboki głos ropuchy, naśladowany tak łudząco, że w innych warunkach nie zwróconoby pewnie na to uwagi, teraz jednak zrozumieli wszyscy mieszkańcy hacyendy, że to jest hasło do ataku.
Stary Francesko uprosił dla siebie obsługę tego działa, które panowało nad przednią częścią domu. Nabite było szkłem, gwoździami i siekańcami żelaznymi, a pod serapą[14], którą na działo narzucił, tlił się lont, przygotowany do podpalenia naboju. Wszyscy się przyczaili, uważając na najlżejszy szmer.
W parterowem oknie, na prawo od portalu, stał Apacz, a po jego lewej ręce wódz Mizteków. Obydwaj trzymali w ręku rusznice, wpatrując się w ciemność bystremi oczyma. Gdy zabrzmiał głos ropuchy, zaroiło się natychmiast na palisadach. Dwieście głów ukazało się nad niemi i dwieście ciemnych i zwinnych postaci zeskoczyło na dziedziniec. Właśnie zbiło się ciaśniej owych pięćdziesięciu, którzy mieli wtargnąć przez okna, kiedy Apacz wysunął swoją dubeltówkę.
Szne ko, ognia! — zawołał.
Huknęła jego rusznica, a ten znak wywołał skutek zarówno szybki, jak zdumiewający. Dziewczęta wetknęły lonty w proch pod stosami i w okamgnieniu zapłonęły cztery wielkie ogniska, które oświetliły otoczenie, jak w dzień. Indyanie stanęli przerażeni.
Przy świetle ognisk dostrzegł stary Francesko owych pięćdziesięciu gęsto zbitych Komanczów, w oddaleniu zaledwie piętnastu łokci od siebie. Wystrzelił ze swego działa i uczynił w tem pobliżu straszne spustoszenie. Zdawało się, że upadła cała gromada ludzi, tworząc splątany kłąb ciał, wijących się na ziemi. Rozwikłanie go trwało tak długo, że Francesko znalazł czas do powtórnego nabicia. Drugi strzał wywołał taki sam skutek. Reszta dział ryknęła także, a z każdego okna domu i z platformy dachu zaczęły błyskać wystrzały. A tam — z góry można było widzieć to całkiem dobrze — tam w dali wyleciały nagle z trzaskiem w górę płonące rakiety i inne ognie sztuczne. Równocześnie napełniło powietrze głośne rżenie i parskania przestraszonych koni, które potargały rzemienie i rozbiegły się, aż ziemia zadrżała pod ich kopytami.
W tej chwili strasznie zawyli dzicy z wściekłości. Wszyscy byli dobrze oświetleni i przedstawiali wyraźny cel, w pokojach zaś było tak ciemno, że Komancze nie mogli dać ani jednego pewnego strzału, nawet gdyby w tej powszechnej panice zdołali dobrze mierzyć. Nie spodziewali się takiego przyjęcia i utraciwszy w przeciągu pierwszych dwu minut połowę swoich ludzi, zaczęli uciekać.
Jeden tylko się nie ruszył, Czarny Jeleń. Zagrzewał swoich do wytrwania, ale to na nic się nie przydało. Dotąd znajdował się przy bocznej ścianie domu, a teraz pobiegł na front, żeby zobaczyć, jak tam idzie walka. Ale tam było jeszcze gorzej. Francesko ogolił poprostu dziedziniec celnymi strzałami. Widząc zwłoki Indyan, jedne obok drugich, zrozumiał wódz, że wszystko przepadło i przeskoczył przez palisadę.
W chwili, kiedy to czynił, dostrzegł go Apacz.
— Tokwi-keyu, Czarny Jeleniu! — zawołał.
Poznał Komancza, ale nie mógł go zabić, gdyż nie miał naboju w lufie.
— Czarny Jeleniu! — zawołał poraz drugi, odrzucając strzelbę i wyciągając tomahawk z za pasa. — Czarny Jeleń odwraca się plecami od nieprzyjaciela?
Wypadł przez okno, przebiegł dziedziniec i przeskoczył przez palisadę. Przed nim umykał wódz Komanczów.
— Stój, Czarny Jeleniu! Tu jest Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów. Czy wódz Komanczów będzie dalej przed nim umykał?
Usłyszawszy to imię, zatrzymał się Czarny Jeleń.
— Tyś jest Serce Niedźwiedzie? Przybliż się do mnie! — odpowiedział. — Wnętrzności twoje dam sępom na pożarcie!
Obaj wodzowie starli się tylko z tomahawkami, swą najstraszniejszą bronią, w ręku. Serce Niedźwiedzie miał przewagę nad Komanczem. Okazało się to odrazu, lecz nagle podbiegła jakaś postać ze strzelbą w ręku. Był to Alfonzo.
Był on sprytny i nie przelazł razem z innymi przez palisadę. Nie chciał wystawiać życia i zdrowia na strzały nieprzyjacielskie, przykucnął więc pod palisadą i czekał na wynik ataku. Wynik był zupełnie inny, niż się spodziewał: Komancze uciekali. W zgiełku tej ucieczki posłyszał głos Apacza.
— Ach! — mruknął. — Może zdołam się zemścić.
Widząc, że Serce Niedźwiedzie pobiegł za Komanczem, sam ruszył za nimi. Podczas walki przyskoczył, uderzył Apacza kolbą z tyłu w głowę tak, że ugodzony runął na ziemię. Komancz wyjął nóż, ażeby dobić ogłuszonego i zabrać mu skalp, lecz Alfonzo nie dopuścił do tego.
— Wstrzymaj się! — rzekł. — On zasłużył na inną śmierć.
— Masz słuszność! — odpowiedział Czarny Jeleń. — Prędzej do koni!
— Do koni? Niema ich!
— Niema? — zapytał wódz przestraszony.
— Tak. Spłoszono je ogniami sztucznymi.
— Uff! Chodź, bo będzie zapóźno!
Pochwycili Apacza za oba ramiona i pobiegli dalej, wlokąc go po ziemi.
Był to już dla nich czas ostatni. Gdy Czoło Bawole zauważył z okna, że Apacz rzucił się za wodzem nieprzyjacielskim, zrozumiał to, że czerwony brat jego naraża się na bardzo wielkie niebezpieczeństwo. Zebrał więc czemprędzej załogę, ażeby zrobić wycieczkę. Dziedziniec był już opuszczony, leżeli tam tylko nieżywi Komancze.
— Za nimi! — krzyknął.
Otworzono bramę i dzielni obrońcy wypadli na otwarte pole, gdzie wszczęły się walki w pojedynkę, w których dzicy zwykle ulegali. Czoło Bawole zabił kilku jeszcze. Biegał czas jakiś dokoła hacyendy tak daleko, jak daleko sięgało światło ognisk, lecz nie znalazł ani śladu Apacza.
Upłynęło kilka godzin, zanim wódz Apaczów przyszedł do siebie z ogłuszenia. Otworzywszy oczy, zobaczył najpierw ognisko, a potem pewną liczbę dzikich czerwonych postaci, siedzących dokoła niego. Sam uczuł się skrępowanym, po jego stronie prawej siedział Czarny Jeleń, a po lewej Alfonzo. Zwróciwszy oczy w górę, poznał po gwiazdach, że do rana już niedaleko.
Alfonzo zauważył, że Apacz otworzył oczy.
— Przebudził się! — rzekł.
Natychmiast skierowały się spojrzenia wszystkich Komanczów na niego. Wszyscy o nim słyszeli i znali jego sławę, lecz niewielu dotychczas go widziało. Los, który go spotkał, przyjął ze spokojem, właściwym Indyanom. Głowa bolała go od uderzenia, przypomniał sobie jednak natychmiast wszystko, co się stało.
— Trwożliwa żaba Apaczów jest w niewoli — rzekł Czarny Jeleń.
Serce Niedźwiedzie roześmiał się pogardliwie, lecz zrozumiał, że tu nie należy milczeć.
— A lew Komanczów umykał przed tą żabą! — powiedział.
— Psie!
— Szakalu!
— Wódz Serce Niedźwiedzie dał się pobić Czarnemu Jeleniowi!
— Kłamiesz!
— Milcz!
— Ani ty nie zwyciężyłeś mnie, ani nikt inny. Ten tchórz, hrabia bladych twarzy, powalił mnie podstępem. Na tem kończę moją rozmowę z tobą. Serce Niedźwiedzie pogardza wojownikami, uciekającymi jak pchły na widok walecznego męża.
— Zaczniesz mówić, skoro przyjdą na cię męki.
Apacz już nie odpowiedział. Objawił swoje zdanie, a jako człowiek twardy jak żelazo wytrwał przy swe m postanowieniu. Zrozumieli to wszyscy, dlatego wódz Komanczów oświadczył:
— Dzień się zaczyna. Dłużej tu nie możemy pozostać. Zróbmy sąd nad tym człowiekiem, który się w wodzem nazywa!
Utworzono koło w milczeniu, a Czarny Jeleń podniósł się i w długiej mowie wyliczył zbrodnie Apacza.
— Zasłużył na śmierć! — rzekł nakoniec.
Wszyscy zgodzili się na ten wyrok.
— Czy zabierzemy go do wigwamów Komanczów? — spytał.
Naradzono się także nad tem i uchwalono zabić go tutaj, gdyż w drodze mogło się jeszcze rozmaicie zdarzyć.
— Ale jaką śmiercią ma umrzeć?
I nad tem zaczęto się naradzać, ale do uchwały nie prędko doszło, gdyż tak niezwykły jeniec musiał także wycierpieć niezwykłe męki. Wtem powstał hrabia Alfonzo, który dotychczas się nie odezwał ani słowem.
— Czy wolno mi zabrać głos w radzie moich czerwonych braci? — zapytał.
— Tak — odrzekł Czarny Jeleń.
— Czy ja mam prawo do Apacza, czy nie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo przyrzekłeś go nam.
— Kto go powalił?
— Ty.
— Czy dotrzymaliście względem mnie przyrzeczenia?
— Nie mogliśmy.
— W takim razie wzajemne nasze obietnice znoszą się, a ten jeniec należy tylko do tego, kto go powalił. Naradźcie się nad tem!
Wszczęła się krótka, lecz ożywiona rozprawa, poczem Apacza przyznano Hiszpanowi.
— Czy on mój? — spytał hrabia.
— Tak.
— I ja mam postanowić o jego losie?
— Tak.
— Dobrze. Niechaj więc jego los będzie taki, jaki mnie miał przypaść w udziale. Przywiążemy go do tego samego drzewa i wydamy go na żer krokodylom. Niech wycierpi te same piekielne męki, których ja skosztowałem!
Na te słowa zerwały się radosne okrzyki zgody, a oczy wszystkich zwróciły się na Apacza, ażeby z twarzy jego wyczytać wrażenie, jakie na nim zrobi to postanowienie. Ale oblicze jego było jak ze spiżu. Nie drgnął nawet powieką i ani jedno słowo prośby nie przeszło mu przez usta.
— Czy mamy dość lass?
— Tak. Tu leżą jeszcze te same, na których ty wisiałeś, zresztą kto z Komanczów pochwycił konia, ten musi posiadać lasso.
Kilku Indyanom udało się było schwytać jednego z ich błąkających się koni.
— Dobrze, przymocujemy go tam tak samo, jak on mnie był przywiązał! — rzekł Alfonzo.
Gdy się to stało, rzekł Czarny Jeleń do jeńca:
— Czy wódz Apaczów ma jeszcze jaką prośbę?
Serce Niedźwiedzie przypatrzył się wszystkim po kolei. Zauważył ich tam tylko szesnastu. Skoro po przebudzeniu się z omdlenia zobaczył, że leży nad stawem na górze El Reparo, pojął odrazu, jaki go los czeka. To też nie przestraszył się, usłyszawszy wyrok. Rozglądnął się teraz dokoła, jakby chciał sobie wryć w pamięć rysy twarzy każdego z osobna i odrzekł:
— Wódz Apaczów o nic nie prosi. Nóż pożre wszystkich tutaj zebranych. Serce Niedźwiedzie to powiedział i nie będzie tak wył i wrzeszczał, jak hrabia bladych twarzy. Howgh!
Ostatnim wyrazem dodał nacisku swemu oświadczeniu.
Jeden z silniejszych Komanczów wylazł na drzewo, Apacza zaś posuwano po konarze, dopóki nie zawisł nad wodą. Krokodyle rozpoczęły odrazu to ohydne, opisane przedtem widowisko.
— Czy moi bracia wrócą do swych myśliwskich ostępów — spytał Alfonzo.
— Najpierw muszę się zemścić — odparł wódz głosem posępnym.
— Czy pójdą ze mną, jeśli ich poprowadzę do zemsty?
— Dokąd?
— To powiem później, gdy zobaczymy, czy jedynię my pozostaliśmy ze wszystkich.
— Musimy to wiedzieć już teraz — twierdził dowódca. — Nie mamy szczęścia z białym bratem.
— A ja z czerwonymi braćmi. Niech się rozprószą i szukają swoich, którzy się jeszcze błąkają. Skoro się zejdą, wyjawię im, jak będą mogli się zemścić.
— Gdzie się zgromadzimy?
— W tem samem miejscu.
— Dobrze! Zrobimy wedle rady białego brata. Może jego drugie słowo przyniesie nam więcej szczęścia, aniżeli pierwsze.
Komancze odeszli szukać resztek swego oddziału. Hrabia pozostał, pasł przez pewien czas oczy widokiem krokodyli, usiłujących pochwycić Apacza, a potem się oddalił. Chciał przedewszystkiem zaglądnąć na dół do potoku, ażeby zobaczyć, co tam wczoraj zrobił Czoło Bawole ze swoimi Indyanami. To był główny powód, dla którego skłonił Komanczów do odejścia.
Zaledwie przebrzmiał odgłos jego kroków, drgnęła twarz Apacza radością, a usta wyszeptały ciche: „uff!“ Lasso przeciągnięto mu pod pachą. Podrzucił nogi jak gimnastyk na drążku, trapezie albo wiszących pierścieniach. W ten sposób uwisł do góry nogami, wskutek czego krokodyle nie mogły go dosięgnąć.
Ręce miał skrępowane, ale na szczęście nie przywiązane do ciała. Rzemień, opasujący mu nogi w kostkach, pozwalał na ruchy kolan. Na tem oparł Apacz nadzieję ocalenia. Był o wiele silniejszy i zręczniejszy od hrabiego, który wcale o ratunku nie myślał, kiedy wisiał na drzewie.
Sercu Niedźwiedziemu udało się uchwycić lasso rękami, a o dwie stopy wyżej kolanami. Zginając więc ciało i chwytając się naprzemian to rękami, to znów kolanami, windował się w górę po lassie, aż spocony co prawda z wytężenia mimo swej olbrzymiej siły dostał się na konar. Położył się na nim napoprzek i spoczywał z minutę. Wisząc przez cały czas tej pracy głową na dół dostał zawrotu głowy.
Na razie umknął krokodylom, lecz położenie jego było jeszcze bardzo niebezpieczne. Gdyby teraz zjawił się był który z Komanczów, albo gdyby był on nie zdołał rozwiązać pęt, byłby zgubiony.
Leżał na grzbiecie w poprzek gałęzi tak, jak się kładzie na drążku, ażeby wykonać wywrót na krzyżach. Zgiął kolana i w ten sposób dosięgnął z tyłu rzemienia, opasującego mu nogi. Znalazłszy węzeł, próbował go rozpętać. Trwało to długo, bardzo długo, lecz wkońcu mu się udało. Podniósł jedną nogę bokiem na konar, a potem ciało. W ten sposób usiadł na konarze tak, że mógł związanemi na plecach rękoma dosięgnąć tego miejsca na gałęzi, gdzie był przywiązany górny koniec lassa. Po długich wysiłkach, przyczem krew puściła mu się z palców, zdołał wreszcie rozwiązać rzemień i zleźć z drzewa, choć ze związanemi rękami. Byłoby to niepodobieństwem, gdyby drzewo rosło było prostopadle, ale na szczęście pochylone było bardzo znacznie nad wodą.
Apacz jechał na konarze, jak na koniu, dopóki nie dostał się do pnia. Owinął się dokoła niego nogami, a ciało spuścił i wisiał w ten sposób znowu głową na dół. Puszczając trochę i ściskając pień kolanami, zsuwał się powoli na dół i dostał się na ziemię szczęśliwie, ale zmęczony do ostateczności. Teraz był ocalony.
— Uff!
Wydał z siebie tylko tę jedną zgłoskę. Była ona całym jego tryumfalnym okrzykiem, na który mógł sobie pozwolić. Spojrzał na krokodyle, które leżały przy brzegu, patrząc nań i kłapiąc strasznie szczękami i pospieszył między drzewa, aby się w lesie ukryć bezpiecznie.
Trzeba było jeszcze ręce uwolnić. Przeciskając się pomiędzy krzaki i skały, rozglądał się badawczo, aż nareszcie znalazł pożądany przedmiot. Była to krawędź skalna, na tyle ostra, że można było na niej przeciąć rzemień. Oparł się plecami o skałę i tarł dopóty rękami o krawędź, dopóki nie przepiłował skóry. Teraz był zupełnie wolny i pewien siebie.
Walka, która z początku szalała na dziedzińcu hacyedy, toczyła się dalej w otwartem polu. Zmieniwszy się tam w szereg poszczególnych zapasów, odsunęła się daleko od domu i trwała przeszło godzinę.
Potem zwołał Czoło Bawole załogę hacyendy. Zabici Indyanie leżeli rozsypani kręgiem dokoła hacyendy. Już w ciemności można było rozpoznać, że padło ich przeszło stu.
— Otrzymali straszną naukę i nie wrócą tak rychło — rzekł Arbellez, ciesząc się ze zwycięstwa.
— Czy widzicie te kupy, sennorze? — odezwał się stary Francesko, wskazując na Indyan, leżących przed portalem. — To dzieło mojej armaty. Te siekańce żelazne, ołów i szkło tłuczone działają strasznie. Ciała są poprostu rozszarpane.
— Praca jeszcze nieskończona. — rzekł Czoło Bawole.
— Co jest jeszcze do czynienia? — spytał hacyendero.
— Musimy zniszczyć resztę Komanczów.
— A gdzież ich szukać?
— Czy nie widzicie, że po tamtej stronie potoku niema trupów?
— Istotnie, wszystkie widać po tej stronie.
— Z tego można wnosić, że uciekali w pewnym oznaczonym kierunku. Wiemy, gdzie znajdowali się przed napadem.
— Na El Reparo.
— Tak. Trupy leżą tylko w tym kierunku, Komancze więc widocznie dostali rozkaz zgromadzenia się tam napowrót. Musimy pójść do nich tam. Czy powierzycie mi dwudziestu ze swoich wakerów?
— Chętnie.
— Gdzie też może być Apacz? — spytał Francesko.
— Pojmany — odpowiedział wódz Mizteków.
— Ależ nie! — zawołał ze strachem hacyendero.
— Z pewnością!
— Czemu tak sądzisz?
— Bo go tu niema.
— Będzie jeszcze na pościgu!
— Nie. On wie, że w dzień pewniej dostałby Komanczów w swe ręce, niż teraz.
— A więc nie żyje, albo jest ranny!
— Nie. W tym wypadku bylibyśmy go niewątpliwie znaleźli. Popędził za Czarnym Jeleniem. Komancze, widząc wodza swego w niebezpieczeństwie, rzucili się pewnie na Apacza. Było ich pewnie za wielu i pokonali go.
— Musimy go więc wyswobodzić! — rzekł Francesko.
— Uwolnimy go — powiedział Czoło Bawole pewnym głosem. — Wezmę dla niego strzelbę jego, ażeby zaraz miał broń. Na koń!
Dwudziestu ludzi wsiadło na konie i odjechało cwałem. Ażeby się nie pokazać żadnemu z umykających Komanczów, zatoczyli łuk i starali się dostać do góry od stoku południowego. Przybyli tam o świcie.
— Zsiadać! — rozkazał Czoło Bawole.
— Na co? — spytał Francesko, który także z nim wyruszył.
— Bo z końmi nie możemy niepostrzeżenie zbliżyć się do nieprzyjaciela. Niech Sanchez zostanie przy nich.
Tak zrobiono. Wymieniony wakero został przy koniach, a reszta weszła na górę pod osłoną drzew. Gdy stanęli na płaskowzgórzu, było już całkiem jasno. Posuwali się z największą ostrożnością ku ruinom. Pomykali właśnie przez małą polankę, kiedy z boku zabrzmiał okrzyk:
— Ugh!
Spojrzeli w tym kierunku i zobaczyli nieuzbrojonego Indyanina, śpieszącego do nich.
— Serce Niedźwiedzie! — zawołał jeden z wakerów.
— Tak, to on! To jest Apacz! — rzekł Czoło Bawole głosem radosnym.
— A więc nie był w niewoli?
— Był w niewoli — odparł Czoło Bawole. — Czyż nie widzicie, że nie ma broni? Był pojmany, lecz uciekł.
Apacz przemknął przez polanę jak strzała i zatrzymał się przed nimi.
— Uff! — powitał go Mizteka. — Mój brat, Serce Niedźwiedzie, był schwytany?
— Tak — potwierdził Apacz.
— Nieprzyjaciół było zbyt wielu i zwyciężyli go?
— Nie. Walczyłem z Czarnym Jeleniem, wtem podeszła z tyłu zdradziecka blada twarz, czego ja nie mogłem widzieć, i uderzyła mię kolbą w głowę, że padłem ogłuszony.
— Która blada twarz?
— Hrabia.
— Ach! To on żyje? Krokodyle nie pożarły go? — pytał zdumiony Mizteka.
— Żyje. Psy Komancze znalazły go i ocaliły.
— A on poprowadził ich na hacyendę?
— Tak. Walczył z nimi przeciwko nam:
— Przeciw swojej własnej posiadłości, przeciwko swoim ludziom. Zdejmiemy mu skórę z głowy! Gdzie on jest?
— Tutaj w górach. Powróci nad staw, ażeby spotkać się z Komanczami.
— Aha, dobrze więc przypuszczałem! Zgromadzą się zatem tu nad stawem?
— Byli już tam. Zeszli na równinę, ażeby zebrać rozprószonych wojowników, ale wrócą.
— Czy mój brat wie to napewno?
— Wiem, bo wisząc na drzewie słyszałem ich rozmowę.
— Na jakiem drzewie?
— Nad krokodylami.
Czoło Bawole wykonał odruch trwogi.
— Serce Niedźwiedzie wisiał nad tymi potworami?
— Tak.
— Czy zupełnie tak, jak hrabia?
— Zupełnie. Hrabia wydał wyrok, a mnie przywiązano na lassach.
— Ale jak się brat mój uwolnił?
W słowach Serca Niedźwiedziego odbijała się pogarda, kiedy mówił:
— Wódz Apaczów nie boi się Komanczów i krokodyli. Zaczekał, dopóki nieprzyjaciele nie odeszli i sam się potem wyswobodził.
— Serce Niedźwiedzie jest ulubieńcem Manitou — rzekł Czoło Bawole. — Jest mądrym i dzielnym wojownikiem. Inny nie uwolniłby się tak szybko. Kiedy Komancze wrócą nad staw?
— Tego nie powiedzieli. Ukryjemy się tam i zaczekamy na nich.
— W takim razie nie wolno nam zostawić śladów. Oto strzelba mego brata, przyniosłem mu ją.
— Resztę broni zabrał Czarny Jeleń — zżymnął się Apacz. — Lecz odda mi ją razem ze swoją. Niech mi moi bracia dadzą prochu i kul, a ja ich poprowadzę.
Dostał żądane rzeczy, poczem pomknęli wszyscy przez las, zacierając starannie swoje ślady, dopóki nie dotarli na skraj boru, otaczającego staw. Widząc, że nikt z Komanczów nie wrócił, ukryli się dobrze, żeby ich nikt nie mógł zobaczyć.
Kiedy wszyscy otrzymali wskazówki, jak mają strzelać, ażeby na jednego nieprzyjaciela nie marnować dwóch kul, zeszli się znów obaj wodzowie.
— A co zrobimy — zapytał Czoło Bawole — jeśli Komancze zobaczą, że wódz Apaczów im umknął? Domyślą się przecież, że sprowadzi pomoc.
— Nie zobaczą — odpowiedział Apacz.
Po tych słowach wyszedł z zarośli i udał się do, cedru, na którym przedtem wisiał. W pobliżu pnia leżały jeszcze lassa, któremi był przywiązany. Wziął ostry kamień i rozciął dolną część rzemieni, żeby się zdawało, że się same rozdarły. Potem wylazł na drzewo i przywiązał je znowu do konara tak, jak były przymocowane poprzednio. Teraz wyglądało na to, że krokodyle ściągnęły wiszącego.
Kiedy wrócił po tej krótkiej robocie, rzekł doń Czoło Bawole:
— Mój brat postąpił bardzo dobrze. Teraz nie będą myśleli, że uciekł krokodylom.
Leżeli cicho w swojej kryjówce i czekali. Po upływie pewnego czasu usłyszeli tętent. Przybyli dwaj Komancze.
— Uff! — zawołał jeden z nich, widząc, że Apacz już nie wisi na drzewie.
— Uciekł! — rzekł drugi.
— Nie — sprzeciwił się pierwszy. — Lasso przerwane. Krokodyle go już pożarły.
— Nie wnijdzie przez to do wiecznych ostępów myśliwskich — oświadczył drugi. — Dusza jego będzie błądziła wśród tych nieszczęśliwych cieniów, które niszczy smutek i przykrość. Apacz jest przeklęty w tem w tamtem życiu!
— Myśmy tu pierwsi. Zsiądźmy, by zaczekać na braci Zeskoczyli z koni i zabrali się do przywiązania ich do palików.
— Czy sprzątniemy ich? — zapytał zcicha Apacz.
— Tak, ale mój brat nie ma noża! — odrzekł Mizteka.
Pshaw! Wezmę sobie nóż od Komancza.
Oparł strzelbę o drzewo i posunął się naprzód, a Czoło Bawole za nim. Dostawszy się na skraj zarośli, pomknęli jak dwa tygrysy w wielkich skokach ku Komanczom, nie spodziewającym się napadu. Serce Niedźwiedzie pochwycił jednego za gardło, wyrwał mu nóż zza pasa i wbił mu w serce. W przeciągu dwu minut zdjął mu skalp z głowy. Czoło Bawole zrobił z drugim to samo. Komancze nie mieli nawet czasu wydać głosu z siebie.
— Co zrobimy z trupami? — spytał Mizteka.
— Damy je krokodylom.
Potwory zauważyły ludzi. Wysunąwszy się na powierzchnię, przypłynęły do brzegu, gdzie czekały, czy im co nie wpadnie. Wodzowie zabrali broń i skalpy zwyciężonym, a zwłoki ich rzucili do wody. Jak żarłocznie rzuciły się aligatory na łup z otwartemi paszczami! W minutę może rozszarpały i pożarły zabitych. Nie zostało z nich nic prócz kawałka ręki z dwoma palcami. Wzburzone przez zwierzęta fale wyrzuciły tę resztkę na brzeg.
Wodzowie postarali się o to, żeby krwi na trawie nie było, zatarli troskliwie swoje ślady i powrócili znów do kryjówki.
Niedługo czekali, kiedy znowu rozległ się tętent. Czarny Jeleń przyprowadził oddział z trzydziestu Komanczów. Widząc, że Apacza niema, nabrał z początku podejrzenia.
— Uff! — zawołał.
Podjechał tuż nad wodę i spostrzegł tam pół ręki. W jednej chwili zeskoczył, podniósł ją i zaczął jej się przypatrywać.
— Uff! Pożarły go. To kawałek jego lewej ręki. Popatrzcie na lassa!
Posłuchano tego rozkazu i stwierdzono, że krokodyle pożarły Apacza.
— Poszedł w państwo ciemności. Nikt z zabitych nieprzyjaciół nie usłuży mu — rzekł wódz i rzucił rękę do wody, gdzie ją aligatory natychmiast zjadły.
Na skinienie jego pozsiadali wszyscy z koni i rozłożyli się nad brzegiem.
Potem przybyło jeszcze kilku spóźnionych, którzy dopełnili oddział do liczby pięćdziesięciu ludzi. Nie badali sąsiedniego lasu, co świadczyło o tem, że Czarny Jeleń nie miał zamiaru dłużej tam zabawić. Dotychczas siedział w pełnem godności milczeniu, ale teraz się odezwał:
— Kto widział bladą twarz?
— Czy tę, która jest hrabią? — spytał jeden z nich.
— Tak.
Pokazało się, że nikt z Indyan go nie widział.
— Poszukać jego śladów!
Powstali wszyscy, by spełnić ten rozkaz.
— Zaczyna być niebezpiecznie! — szepnął Apacz.
Czoło Bawole potwierdził to skinieniem głowy.
— Tu zatarliśmy nasze ślady — rzekł — lecz jeśli pójdą dalej, to je znajdą. Musimy zacząć. Ja dam znak.
Zakaszlał głośno, nie wskutek nieostrożności, lecz z dwóch słusznych powodów. Chodziło po pierwsze o to, żeby wakerowie zauważyli, że walka się zaczyna, a po drugie nieprzyjaciół miało to skłonić do zajęcia takiej pozycyi, w której przedstawialiby dobry cel.
Zamiar udał się, gdyż zaledwie zabrzmiał ten ostry dźwięk, wysunęły się z zarośli lufy dwudziestu strzelb, a wszyscy Komancze stanęli, nadsłuchując, przyczem zwrócili się ku strzelbom.
— Ognia!
Na to słowo Mizteki huknęły dwadzieścia i dwa strzały, a potem jeszcze dwa z dwururek wodzów. Tyluż Komanczów padło ugodzonych śmiertelnie. Reszta zerwała się i popędziła do koni. Nastąpiła chwila wielkiego zamieszania, podczas której wakerowie nabili na nowo.
Komancze, widząc, że zginęło ich przeszło dwudziestu, myśleli, że w zaroślach siedzi jeszcze więcej białych, nie próbowali więc już ataku, lecz rzucili się do koni i popędzili. Wielu chciało dosiąść bezładnie koni, na które się natknęli, lecz właściciele sprzeciwiali się temu i to ich wstrzymało. Zabrzmiała druga salwa ze strzelb wakerów, prawie tak samo straszna w skutkach, jak pierwsza.
Serce Niedźwiedzie zachował dla siebie wodza, Czarnego Jelenia, dlatego nie strzelano do niego. Teraz umykał on z resztą wojowników. Wtem wyszedł Apacz z zarośli i podniósł rusznicę. Chciał dostać Komancza żywcem, wymierzył więc tylko do konia. Huknął strzał, a ugodzone śmiertelnie zwierzę przewróciło się i zrzuciło z siebie jeźdźca. W dwu skokach znalazł się Apacz przy Czarnym Jeleniu, jeszcze zanim ten zdołał się z ziemi podnieść.
Nikt z Komanczów nie strzelał, to też i strzelba ich wodza była jeszcze nabita. On zerwawszy się z ziemi, pochwycił ją i wymierzył do Apacza.
— Psie, ty żyjesz? — zawołał. — Giń!
Serce Niedźwiedzie odbił mu na bok lufę, wskutek czego strzał chybił.
— Wódz Apaczów nie zginie z ręki tchórzliwego Komancza — odrzekł Serce Niedźwiedzie — ale ja zabiorę ci duszę, żeby mi służyła w wiecznych ostępach myśliwskich!
Po tych słowach uderzył Komancza kolbą tak, że go ogłuszył, i poniósł go na miejsce, gdzie przedtem siedział ze swoimi towarzyszami. Tam zaczekał spokojnie, dopóki Czarny Jeleń nie odzyskał przytomności.
Wakerowie nie ścigali tych niewielu Komanczów, uważając ich za nieszkodliwych, natomiast rzucili się na poległych, by im zabrać broń i amunicyę. Obaj wodzowie siedzieli przy Czarnym jeleniu, nie troszcząc się o łupy.
Komancza skrępowano, gdy przyszedł do siebie.
— Czarny Jeleń może zaśpiewać swoją pieśń śmiertelną — rzekł Serce Niedźwiedzie. — Wyświadczam mu tę łaskę, z której może skorzystać, zanim zginie.
Zapytany nic nie odpowiedział.
— Komancze śpiewają jak wrony i żaby, dlatego odzywają się niechętnie — szydził Czoło Bawole.
Jeniec milczał dalej.
— W takim razie wódz Komanczów skona bez pieśni śmiertelnej — oświadczył Apacz.
Teraz dopiero przemówił Czarny Jeleń:
— Powiesicie mnie na drzewie?
— Nie — odparł Serce Niedźwiedzie. — Nie chcę cię męczyć, ale krokodyle cię pożrą, boś ty mnie im na żer był zawiesił. Pierwej jednak zdejmę ci skalp, ażeby po powrocie pokazać dzielnym synom Apaczów, jakim tchórzem był Czarny Jeleń. Oddaj mi nóż i tomahawk, które mi odebrałeś!
Wyjął oba wymienione przedmioty z za pasa jeńca.
— Czy chcesz mnie naprawdę oskalpować? — zapytał skrępowany z przerażeniem.
— Tak. Twoja skóra należy do mnie.
— Żywcem?
— Nie inaczej. Czy mam wyjąć skalp z brzucha krokodyla, kiedy cię połknie?
— Zabij mnie najpierw! — prosił.
— Aha, Komancz się boi! W takim razie nie dozna łaski!
Wziął nóż, pochwycił lewą ręką włosy jeńca, wykonał prawą trzy prawidłowe cięcia i szarpnął silnie czuprynę. Skalp został mu w rękach.
Czarny Jeleń ryknął z bolu.
— Uff! Komancz tchórz! Krzyczy! — rzekł Serce Niedzwiedzie.
— Rzuć go do wody! — zachęcał Czoło Bawole. — Ale nogą, bo nie jest tego godzien, żebyś go swą ręką dotknął.
— Mój brat ma słuszność! Zatoczę go krokodylom, jak zgniłe ścierwo, którego nie bierze się do ręki. Waleczny wódz Komanczów wył, jak stara baba. Nie usypią mu grobowca ani na szczycie góry, ani na dnie doliny. Jego ludzie nie będą mogli odbywać pielgrzymek, by sławić jego czyny, bo zniknie w żołądkach krokodyli, a ja ustawię tu stos kamienny, na którym będzie napisane: Tu pożarły krokodyle tchórza Tokwi-teya, pojmanego ręką Serca Niedźwiedziego, wodza Apaczów.
Największym zaszczytem dla Indyanina jest to, że nie okaże trwogi, ani nie wyda głosu z siebie nawet wśród największych cierpień. Komancz postąpił niegodnie, jęknąwszy z bólu, dlatego Serce Niedźwiedzie wtrącił go nogą do wody, gdzie natychmiast rzuciły się nań aligatory.
Potem dopomogli wakerzy w ustawieniu stosu kamiennego, na którego największym głazie wyryto wspomniany napis. Następnie udali się do koni, ażeby wrócić do hacyendy. Apacz dosiadł konia jednego z Komanczów.
Gdy hrabia Alfonzo opuścił staw krokodyli, zeszedł z góry, ażeby dostać się do jaskini skarbu królewskiego. Tam znalazł tylko kupę odłamów skalnych, w której z gorączkowem rozdrażnieniem zaczął szukać, ale daremnie. Przypuścił wobec tego, że wszystkie skarby stamtąd zabrano.
Z dzikiem przekleństwem na ustach pożegnał gruzy, ażeby Komancze nie musieli zbyt długo nań czekać. Zaczął wchodzić na północny stok góry, kiedy naraz posłyszał tętent, a potem spostrzegł ośmiu Komanczów, przejeżdżających obok miejsca, w którem ukrył się czemprędzej. Wyszedł z krzaków i zapytał:
— Wy dokąd?
— Uff! Blada twarz! — rzekł jeden z nich. — Jedziemy na dolinę.
— Czemu? Przecież wasi na górze!
— Nie żyją! — zgrzytnął Indyanin.
— Nie żyją? — spytał Alfonzo zdumiony. — Jak się to stało?
— Blade twarze napadły na nas.
— Ach!
— Zginęło cztery razy dziesięciu naszych!
— Do kroćset dyabłów!
— A wodza, po zabraniu mu skalpu przez Apacza, pożarły krokodyle.
— Apacza? Którego?
— Serce Niedźwiedzie.
— Do stu piorunów! Przecież wisiał na drzewie!
— Uwolnił się.
— Niech go dyabeł porwie! Jak się wydostał?
— Pewnie go uwolniły blade twarze, zwane wakerami. Gdybyś był przy nim pozostał, byłoby do tego nie doszło.
— Czy widzieliście rzeczywiście to wszystko?
— Rzeczywiście! Musieliśmy uciekać, ale ponieważ nas nie ścigali, przeto wrócili dwaj z nas, żeby im się przypatrzyć.
— Do kroćset dyabłów! Teraz wszystko się skończyło.
— Wszystko, tylko nie zemsta.
— Tak, tylko nie zemsta — rzekł hrabia w zamyśleniu. — Cóż teraz zrobicie?
— Wrócimy do naszych myśliwskich ostępów.
— Po nowych wojowników?
— Tak.
— Nie przyniósłszy ani jednego nieprzyjacielskiego skalpu?
— Wielki Duch gniewał się na nas!
— I bez odrobiny zdobyczy?
— Później zbierzemy dość skalpów i łupów.
— A teraz nie wzięlibyście wielu pożytecznych i pięknych rzeczy?
— Od kogo?
— Ode mnie.
— Od ciebie? Ty sam nawet konia nie masz! Cóż możesz nam dać?
— Konia schwytam sobie na pastwiskach hacyendy, potem zaś wrócę do Meksyku, a wy będziecie mi towarzyszyli.
— Do Meksyku? Dlaczego?
— Będziecie mnie bronili. Jednemu trudno odbyć taką drogę. Jeśli mnie odprowadzicie szczęśliwie, otrzymacie wielkie podarunki.
— Jakie?
— Wybierzcie je sobie sami!
— Cóż ty posiadasz?
— Jestem hrabią i wielkim wodzem, a u ojca mego jest wszystko, czego wam trzeba.
— Czy ma broń, proch i ołów?
— Ile zażądacie.
— A perły i ozdoby dla naszych skwaw?
— Także.
To nęciło ich widocznie.
— To odprowadzimy cię i ochronimy po drodze. Czy dasz każdemu z nas strzelbę?
— Tak.
— Po dwa noże i dwa tomahawki, oraz tyle prochu i ołowiu, ile nam się zmieści w woreczku?
— Dostaniecie to wszystko.
— I dużo ozdób?
— Dam wam tyle łańcuchów, pierścieni, szpilek i pereł, że będziecie zadowoleni.
— Howgh! Jedziemy z tobą, ale dwaj muszą się od nas odłączyć.
— Czemu?
— Żeby udać się do naszych pastwisk po mścicieli Komanczów.
— Na to będzie czas później!
— Nie. Zemsta nie powinna zasnąć.
— To wybierzcie sobie tych dwu. Mnie i sześciu wystarczy.
— Czy rzeczywiście otrzymamy to, co nam obiecałeś?
— Przysięgam na to.
— Wierzymy ci. Ale pamiętaj, że zginiesz, jeślibyś nas okłamał.
Potem wybrano losem dwu wojowników, bo nikt nie chciał iść dobrowolnie. Woleli jechać do Meksyku po bogate dary, aniżeli wracać do Komanczów ze wstydem i hańbą. Pozostałych sześciu wybrało wodza, poczem rozstawszy się z towarzyszami, postanowili schwytać konie dla hrabiego.
Owi dwaj chcieli być bardzo sprytni i zamiast udać się prosto na północ, gdzie byliby się zbliżyli do nieszczęsnego pobojowiska, postanowili dla bezpieczeństwa okrążyć. Skręcili więc ku południowemu stokowi góry El Reparo, ażeby okrążyć i w ten sposób uniknąć wszelkiego wrogiego zetknięcia. Z tego powodu spotkało ich właśnie to, czego chcieli uniknąć.
Wakerzy, ograbiwszy zwłoki Indyan z broni, wrzucili je do stawu krokodylom, które od stu lat może nie miały tak obfitej uczty. Następnie poszli biali pod dowództwem wodzów do koni i wyruszyli w drogę do hacyendy.
W chwili właśnie, gdy wyjechali z lasu i mieli skręcić na dolinę, zatrzymał Apacz konia.
— Ugh! — zawołał, wskazując przed siebie.
— To Komancze! — rzekł Czoło Bawole.
— Dostaniemy ich! — dodał Apacz.
— I to żywcem! Weźcie lassa do ręki!
Kiedy Komancze się zbliżyli, wypadli wakerowie z lasu. Dzicy stropili się na chwilę, a zaraz potem zwrócili konie do ucieczki. Ale to na nic im się nie przydało. Ścigający utworzyli za nimi półkole, które z czasem stało się kołem i osaczyli ich zupełnie.
Teraz pochwycili Komancze za broń, ażeby życie sprzedać jak najdrożej. Zranili kilku wakerów, ale wnet owinęły ich lassa dokoła ciał i zostali ściągnięci z koni.
Apacz przystąpił do nich i rzekł:
— Liczba Komanczów bardzo zmalała. Krokodyle ich pożerają, a was połkną także żywcem, gdy wam zabierzemy skalpy, jeśli byście nie odpowiedzieli na nasze pytania.
Wzdrygnęli się przed śmiercią, jaka spotkała wodza, a jeden z nich zapytał:
— Co chcesz wiedzieć?
— Ilu z was pozostało przy życiu?
— Ośmiu.
— A gdzie tamtych sześciu?
— Z hrabią.
— Gdzie on się znajduje?
— Tego nie wiemy.
Na to wyciągnął Apacz nóż i zagroził:
— Jeśli nie powiecie prawdy, zedrę wam żywcem skórę z głowy.
— A jeśli powiemy?
— To umrzecie śmiercią szybką.
— Czy zostawisz nam skalpy i pochowasz nas z bronią?
— Uczynię to, chociaż psy Komancze nie zasługują na to.
— Pytaj więc dalej!
Dzicy wierzą, że bez skalpu, bez broni i bez prawdziwego pogrzebu nie można dostać się do wiecznych ostępów.
— Gdzie zatem jest hrabia? — badał Apacz.
— Udał się na pastwiska bladych twarzy, aby tam ukraść konia.
— A potem?
— Chce dostać się do Meksyku, dokąd go ma odprowadzić tych sześciu Komanczów, których sobie wziął dla obrony swej osoby.
— Co im obiecał za to?
— Strzelby, noże, ołów, proch i ozdoby dla skwaw.
Na to potrząsnął Mizteka głową.
— Jemu nie potrzeba takiej obrony. On mógłby znaleźć białych do tego. Albo to większy tchórz, niż myślałem, albo nosi się z jakiemiś tajemniczymi zamiarami. Powiedzcie prawdę!
— Nie kłamiemy.
— W którym kierunku ruszył na pastwiska?
— Wprost na wschód.
— Gdzie rozstaliście się z nim?
— Tam, gdzie na północy góra styka się z doliną.
— Czy zetknęliście się z nim po ucieczce, kiedy wracał z doliny?
— Tak.
— Hugh! W takim razie wiem, gdzie był. Znajdę ślad jego. Odpowiedzieliście nam, a w nagrodę za to zginiecie śmiercią szybką.
Cibolero podniósł dwururkę i przestrzelił głowy obu Indyan. Nie drgnęli nawet powieką, kiedy ujrzeli zwrócone do siebie wyloty luf. Ale umarli jako zdrajcy.
— Sanchez i Juanito zostaną, ażeby przykryć tych Komanczów kamieniami, bo chcę dotrzymać danego słowa — rzekł wódz. — My zaś pójdziemy śladem hrabiego, ażeby go przecież jeszcze pochwycić.
Ruszyli w drogę, zostawiwszy wymienionych. Bystrym oczom Czoła Bawolego i Serca Niedźwiedziego udało się wkrótce odnaleźć trop hrabiego i jego sześciu towarzyszy. Wiódł on istotnie ku pastwiskom, których teraz nikt nie pilnował, ponieważ wszyscy wakerzy znajdowali się w hacyendzie. Pokazało się, że schwytał jednego konia, a potem puścił się prosto na południe. Stąd śledzono trop jeszcze przez godzinę, ale potem kazał Czoło Bawole stanąć.
— Teraz dalej nie pójdziemy! — rzekł. — Potrzeba nas w hacyendzie, a pewnem jest, że hrabia podążył do Meksyku, bo ślady wiodą w tym kierunku. Nie ujdzie nam, bo go znajdziemy w Meksyku.
Wrócili do hacyendy, gdzie się dostali szybko, ponieważ teraz nie zważali na ślady.
Zastali tam wszystko w dawnym stanie. Wakerzy, pozostali dla obrony, sprzątnęli zwłoki Indyan i szańce, które były usypane dla armat. Hacyendero wyszedł naprzeciwko powracających z radosnem obliczem.
— Dzięki Bogu, że przybywacie! — rzekł. — Niepokoiliśmy się już o was. Jak wam się powiodło?
— Czarny Jeleń nie żyje! — odrzekł Czoło Bawole.
— Nie żyje? Zwyciężyliście go zatem?
— Mój brat, Serce Niedźwiedzie, zabrał mu skalp.
— A reszta Komanczów?
— Także zginęła. Uszło tylko sześciu.
— Dokąd się udali?
— Do Meksyku.
— Do Meksyku? Dzicy Indyanie do Meksyku? Po co?
— Odprowadzają hrabiego.
— Aha! Czy widzieliście go?
— Widzieliśmy. Opuścił okolice hacyendy, ale nam obu nie ujdzie.
— Dajcie mu spokój! Jest panem tego domu, a ja nie mogę z nim się prawować.
Obaj wodzowie spojrzeli na hacyendera ze zdumieniem.
— Wszak on prowadził Komanczów na hacyendę — zauważył Czoło Bawole.
— Ja nie jestem Indyaninem! — odparł Arbellez.
Pshaw! Biali nie posiadają krwi w żyłach! Wy możecie przebaczyć hrabiemu. Nie mam nic przeciwko temu, ale ja muszę z nim pomówić!
— Sądzicie więc, że teraz nic nam nie grozi? — spytał Arbellez.
— Tak.
— Możemy zatem wrócić do spokojnego życia? A gdzie pochowamy trupy?
Po obliczu Mizteki przemknął wyraz ukrytej złości.
— Nie w ziemi — rzekł.
— A gdzież? — spytał zdziwiony Arbellez.
— W brzuchach krokodyli.
— O! To nie po chrześcijańsku.
— Ja nie jestem chrześcijaninem, a Komancze także nie. To wrogowie Mizteków, a krokodyle cierpiały głód już oddawna. Czyż mają trupy zapowietrzyć hacyendę?
— Hm, to słuszne! Czyńcie, co chcecie!
— Czy mogę zatrzymać przy sobie jeszcze na dziś tych dwudziestu wakerów?
— Na co?
— Zaniosą martwych Komanczów do stawu z krokodylami.
— Odstępuję ci ich, jeśli to prawda, że nas już nikt nie napadnie.
— A jak tam z naszym bratem, Grotem Piorunowym?
— Zbudził się nareszcie.
— To zobaczymy się z nim.
Obaj wodzowie weszli do domu. Mizteka zaprowadził Apacza do pokoju siostry, gdzie złożył złoto i inne klejnoty, przeznaczone dla Helmersa. Zastali tam Karję, leżącą w hamaku i patrzącą sztywnie przed siebie. Zauważywszy wchodzących, zerwała się i zapytała:
— Przybywacie? Jako zwycięzcy?
— Tak.
— A on? Czy krokodyle go pożarły?
— Nie — odparł Czoło Bawole, przypatrując się jej badawczo.
— Nie? — odezwała się, a twarz jej spochmurniała. — Pozwoliliście więc umknąć temu, który podpadł mojej zemście?
Czoło Bawole był zadowolony. Widział, że siostra myśli tylko o zemście.
— Psy Komancze — rzekł — uwolniły go, a powiesiły mego brata, wodza Apaczów, na jego miejscu, ażeby go krokodyle połknęły.
Indyanka spojrzała ze zdumieniem na Apacza. U pasa jego zobaczyła kilka nowych skalpów. Po raz pierwszy objęła okiem piękną wojowniczą postać Serca Niedźwiedziego, a na myśl, że krokodyle mogły go rozszarpać, doznała uczucia, jakie jej dotychczas jeszcze nie nawiedzało. Zbladła.
— Wodza Apaczów? — zapytała. — Wszak on tu stoi!
— Sam się wyswobodził, a potem zwyciężył Komanczów.
Jako Indyanka zrozumiała aż nadto dobrze, co się mieściło w tych słowach.
— To bohater! — rzekła, rzucając mimowoli wzrok na Apacza. — A hrabia zdołał umknąć?
— Udał się do Meksyku.
— Do ojca?
— Tak. Odprowadza go sześciu Komanczów.
Na to wyprostowała się i zapytała:
— A ty pozwoliłeś mu pojechać bez przeszkody? Daj mi konia, a doścignę go i zabiję!
Czoło Bawole uśmiechnął się z radości. Taką podobała mu się siostra.
— Zostań tu! — rzekł. — Dostaniemy go jeszcze. Ja ruszę za nim.
— Czy zabijesz go, gdy się z nim spotkasz?
— Tak. On znieważył córkę Mizteków i padnie z mojej ręki!
— Albo z mojej! — rzekł Apacz poważnie.
— Uff! Czy mój brat chce mi towarzyszyć do Meksyku? — zapytał król cibolerów.
Serce Niedźwiedzie spojrzał w twarz Indyanki, zobaczył, jak patrzą nań jej oczy i odpowiedział:
— Karja jest siostrą Apacza i musi być pomszczona!
Dla zapewnienia podał obojgu ręce, a oni pochwycili je i uścisnęli.
— Serce Niedźwiedzie jest naprawdę przyjacielem i bratem wodza Mizteków — rzekł Czoło Bawole. — Niech ze mną pójdzie, skoro tylko tu się uporam. Ale teraz chodźmy odwiedzić naszego białego przyjaciela!
On, Serce Niedźwiedzie i Karja zabrali koce z kosztownościami i zanieśli je do pokoju chorego, który leżał wprawdzie z obwiązaną głową, ale z jasnem okiem i wyciągnął do nich ręce na powitanie. Przy nim siedział hacyendero z córką.
— Leżałem długo, bardzo długo bez przytomności — powiedział Helmers. — Uderzenie pałką musiało być bardzo silne. Cud, że jeszcze żyję, a raczej wracam do życia.
— Czy brat cierpi wielkie boleści? — pytał się Serce Niedźwiedzie.
— Boleści już nie mam, tylko w głowie huczy mi bardzo. Co z Komanczami? Jak wam poszło nad stawem krokodylim?
Usiedli i opowiedzieli mu wszystko dokładnie. Potem zwierzyli się także z zamiarem ścigania hrabiego, żeby zemścić się na nim, jeśli nie w drodze jeszcze, to w mieście. Chory przysłuchiwał im się uważnie, poczem zapytał:
— Chcecie go więc zabić?
— Tak — odpowiedział Czoło Bawole — ale przedtem zmuszę go do spełnienia obietnicy.
— Jakiej?
— Musi ożenić się z moją siostrą, Karją. Ona wyruszy z nami do Meksyku.
— Ach! Czy naprawdę?
— Tak. Nikomu nie wolno zaręczać się z córką Mizteków, a potem czynić jej zawód. Ona pochodzi z dawnych królów, wobec których biały hrabia jest niczem, niczem!
— Chcesz więc uczynić ją żoną hrabiego, a zaraz potem wdową?
— Tak.
— Tego mój brat nie zrobi.
— Czemu? Postanowiłem tak i wykonam zamiar.
— Czy znasz prawa bladych twarzy?
— Co mnie obchodzą ich prawa?
— W tym wypadku bardzo wiele. Nie znalazłbyś kapłana, któryby się ośmielił złączyć to małżeństwo.
— Ja go zmuszę!
— To małżeństwo i tak nie byłoby ważne. Karja nie jest chrześcijanką i nie może zostać żoną chrześcijanina.
— Czy to prawda?
— Tak.
— Uff, uff! W takim razie muszę porzucić mój zamiar, ale hrabia zginie tem pewniej. Czy wolno pokazać, co ci przyniosłem?
Helmers skinął głową. Gdy rozwinięto koce, zabłysły świetnemi barwami wspaniałe kosztowności.
— Oto część skarbu królewskiego, którą ci przyrzekłem — rzekł Czoło Bawole. — Nie mogłeś go zabrać sam, dlatego ja ci go przyniosłem.
— Twoja więc obietnica była dana naprawdę i te skarby mają należeć do mnie?
Szczególna rzecz, że w oczach jego, kiedy patrzył na iskrzące się klejnoty, nie było zachwytu.
— To twoje — rzekł Mizteka. — Jesteś teraz jedną z najbogatszych bladych twarzy. Ale oko twoje spokojne, a twarz się nie rozjaśnia! Czy nie odczuwasz radości?
— Owszem, cieszę się bardzo, ale nie swojem szczęściem, bo chcę nadal zostać westmanem, a jako taki nie będę żył ze złota, ale raduję się szczęściem brata mego, któremu skarb poślę. Przez ten dar staniesz się dobrodziejem wielu ludzi, gdyż korzystać zeń będzie nietylko mój brat, lecz także wiele wdów i sierót w mojej ojczyźnie. Ja omal życiem nie przypłaciłem tego skarbu. Złoto to drogi i niebezpieczny kruszec, dlatego rozumiem, że czerwoni mężowie nie chcą o niem nic wiedzieć. Nie mogę jednak jeszcze powiedzieć, czy ten dar przyjmę, czy nie.
— Czemu? Jakie mogą być powody odmowy? — pytał Mizteka zdziwiony.
Helmers przesunął powoli dłonią po twarzy, spojrzał badawczo na obu czerwonych przyjaciół i odrzekł:
— Może obaj wodzowie, Serce Niedźwiedzie i Czoło Bawole, nie zupełnie mnie zrozumieją, bo należą do surowych wojowników, którzy zwykli kierować się tylko prawem odwetu. Ja jednak myślę inaczej, gdyż zostałem przyjacielem Winnetou i Old Shatterhanda, którzy odznaczają się łagodnością i gotowością do przebaczenia. I ja wiem, że w pewnych warunkach nie wolno wojownikowi zawahać się przed zniszczeniem wroga. Kiedy szło o ocalenie sennority Emy i Karji, strzelałem do Komanczów bez namysłu. Ale teraz niebezpieczeństwo minęło, nieprzyjaciel zwyciężony i dalszy rozlew krwi byłby nietylko zbyteczny, lecz wprost nieludzki. Z dwustu Komanczów zdołało się tylko sześciu ocalić. Czy nie dość popłynęło krwi? Nadto polegli nie mają być pochowani w ziemi, lecz w żołądkach aligatorów. Czyż już nie dość surowości? To już nawet jest coś gorszego, niż surowość. Czy hrabia was zabił, czy też przelał krew waszą? Czy chwile, kiedy wisiał nad krokodylami, nie były dlań gorsze od śmierci? Zdaje mi się, że tem dość odpokutował.
— Dość odpokutował? — spytał Mizteka.
Chciał mówić dalej, lecz Helmers wtrącił czemprędzej:
— Niech mój brat teraz słucha! Jeśli hrabia jeszcze kiedy dopuści się czego złego względem was, to go wtedy zabijcie. Nie będę miał nic przeciw temu. Ale teraz życzę sobie, żebyście go nie ścigali i proszę was o to usilnie. Jeśli spełnicie mi to życzenie, przyjmę ten dar od ciebie, w przeciwnym razie nie.
— Naprawdę nie?
— Nie. Wiesz, że słowa dotrzymam. Nie zostawiajcie mnie długo w niepewności pod tym względem, lecz naradźcie się zaraz. Spełniając moje życzenie, sprawicie mi nie mniejszą radość, niźli złotem, na którem tyle jest krwi ludzkiej.
— Uff! Mój brat tak chce; naradzimy się więc zaraz i powrócimy.
Powstał i wyszedł razem z siostrą i Apaczem. Ema podała Helmersowi rękę, mówiąc:
— To było szlachetnie z waszej strony, sennorze! Z serca wyjęliście mi te słowa i dziękuję wam za to. Pójdę teraz za nimi i poproszę ich o to samo. Życzenia dwóch osób łatwiej się spełniają, niż jednej.
Poszła w towarzystwie ojca. Już w kwadrans powrócili wszyscy, a Czoło Bawole oświadczył patrzącemu nań z ciekawością Helmersowi:
— Zwyciężyłeś, a dopomogły ci w tem imiona Winnetou i Old Shatterhanda. Sennorita prosiła nas także, przeto wyrzekamy się zemsty. Wódz Mizteków, Czoło Bawole, nie zaniechał jeszcze nigdy czegoś, co raz postanowił uczynić. Dzieje się to dziś poraz pierwszy. Krew już więcej nie popłynie, możesz sobie wziąć złoto ze skarbu królewskiego.

— Tak. Zmarniało przez nie wiele życia ludzkiego niechże teraz większej liczbie ludzi przyniesie szczęście i błogosławieństwo. Dziękuję wam za to!

Korsarz.

— Tak, sennores — dodał amerykański adwokat do swego opowiadania. — Tak się przedstawia historya hrabiego de Rodriganda. Co się potem zrobiło z tego dostojnego człowieka, to rzecz uboczna. Chciałem tylko dowieść, że Indyanin jest często daleko lepszy, aniżeli biały. Obaj wodzowie Apaczów i Mizteków złożyli na to silne dowody. A cóż dopiero, gdy się słyszy o Winnetou, który jest poprostu wzorem wspaniałomyślności i wytworności. Jeśli człowiek uwzględni tę mnogość bladych twarzy, wobec których tego dowiódł, chciałby ubolewać, że nie ma czerwonej skóry, lecz białą. W zdarzeniu, w którem główną rolę grał Sam Firegun i jego towarzysze, popłynęło wprawdzie wiele krwi, ale wtedy tak stosunki się ułożyły. Nie można było tego uniknąć, bo przeciwnicy byli tak niebezpieczni, że oszczędzanie ich byłoby nieodpowiednie. Żal mi tylko, że ten Sanders zginął śmiercią tak szybką w uczciwej walce. Zasłużył nie na nóż, lecz na porządny stryczek z dobrych konopi.
Na to odezwała się od szynkwasu pani Thick:
— On też na nim zawisnął!
— Jak? Co? Na stryczku?
— Tak.
— Opowiedziano nam przecież, że w parowie zakłuł go sternik!
— To nie jest prawda. Gentleman, który przedstawił ten wypadek, odstąpił nieco od faktów. Sandersa nie zakłuto, a Jean Letrier także nie zginął. Uniknęli śmierci, ale ich pojmano potem.
— Czy to prawda, sennorze?
Meksykanin zwrócił się z tem pytaniem do byłego ajenta indyańskiego, na którego twarzy odbiło się lekkie zakłopotanie.
— Hm — odrzekł po chwili — to zależy od tego, jak kto zechce to rozumieć! Właściwie zginął, bo tak ja powiedziałem i dziś już rzeczywiście nie żyje, ale hm! Pani Thick, na jakiej podstawie twierdzicie, że Sandersa wtedy nie zakłuto?
— Bo wiem o tem i to całkiem dokładnie — odpowiedziała gospodyni.
— Od kogóż to?
— Od kogoś, kto to widział.
— Wszak i ja byłem przy tem.
— Tak, ale gentleman, od którego ja to wiem, przeżył potem jeszcze z Sandersem wiele, bardzo wiele.
— Rzeczywiście? Kogóż właściwie macie na myśli?
— Urzędnika policyjnego, Treskowa.
— Ach! Czyż on istotnie potem jeszcze miał z nim do czynienia?
— Tak. Jeśli nie wierzycie, to niech wam sam o tem powie.
— Musiałby tu być.
— On też jest tutaj.
— Gdzież to, gdzie?
— Odwróćcie się i przypatrzcie gentlemanowi, siedzącemu za wami przy ostatnim stole! Nie zauważyliście go jeszcze, bo przedtem siedział w drugiej izbie.
Ajent obejrzał się, a zobaczywszy tego pana, który mnie wydał się był tak zajmującym, zerwał się, przystąpił do niego, wyciągnął doń obie ręce i zawołał:
— Mr. Treskow, rzeczywiście, to mr. Treskow! Od tego czasu upłynął już szereg lat, ale mimo to poznaję was dobrze. Jakżeż się cieszę! Co sprowadza was tutaj?
— Bywałem tu częściej w ostatnich czasach i zajeżdżałem zawsze do pani Thick.
— W interesach?
— Hm! Moje zatrudnienie to nie są właściwie interesa — rzekł z uśmiechem.
— Nie jesteście więc tutaj w interesie, lecz jako urzędnik?
— Tak.
— Wciąż jeszcze jako detektyw?
— Tak.
— Chcecie może kogo z nas złapać?
— To nie. Jestem pewien, że znajdują się tu tylko gentlemani, którzy nie potrzebują obawiać się policyi. Zamieszkałem u pani Thick na kilka dni i siedziałem w tamtej izbie, a drzwi były tylko przymknięte. Słyszałem wasze opowiadania. Kiedy zaczęliście mówić o Samie Firegunie, Picie Holbersie i Dicku Hammerdullu, nie mogłem dłużej wytrzymać i wszedłem tu, by się przysłuchać.
— Czy poznaliście mnie?
— Natychmiast!
— Oczywiście! Było to głupiem z mojej strony pytać detektywa, czy mnie poznał. Cieszę się nadzwyczajnie, że was znów widzę. Bądźcie tak łaskawi i usiądźcie przy naszym stole! Ci gentlemani znają was przecież z mego opowiadania, zbyteczne więc są długie przedstawiania. Ale wasza obecność popsuła mi przecież cokolwiek szyki, a raczej opowiadanie.
— Jakto?
— Bo kazałem umrzeć Sandersowi l Letrierowi, a oni wtenczas zostali przy życiu.
— To była istotnie licencya, niezgodna z prawdą.
— Licencya, licencya, to jest słowo właściwe. Człowiek pozwala sobie opowiadać coś nieprawdziwego, ażeby przez to osiągnąć silniejsze wrażenie, albo dobre i zgrabne zakończenie. Tak było z moją opowieścią. Sandersa i Letriera nie zabito wtedy, bo Firegun nakazał swoim ludziom oszczędzać ich i żywcem pochwycić. Wam także na tem zależało bardzo, żeby żywcem dostać Sandersa w ręce. Ale ja nie miałem wtedy czasu, nie mogłem zostać w obozie i odjechałem z moimi ludźmi nazajutrz. Do dziś dnia zatem nie wiedziałem, co zrobiliście z tymi dwoma, a ponieważ sprawiedliwość wymagała ich ukarania, przeto uśmierciłem ich poprostu w parowie podczas naszego ataku. Przez to osiągnąłem zakończenie, które mogło zadowolnić wszystkich. Spodziewam się, że ci gentlemani wybaczą mi tę małą licencyę.
Zaprowadził Treskowa do stołu, gdzie wszyscy obecni przyjęli go bardzo chętnie. Oczywiście, że chcieli się dowiedzieć, jaka kara spotkała Sandersa. Ajent był najciekawszy ze wszystkich i nalegał na Treskowa, żeby uczynił zadość prośbie obecnych.
— A może to — spytał jeszcze — jest urzędową tajemnicą, co się stało po moim odjeździe od Sama Fireguna.
— Bynajmniej — odrzekł Treskow. — Chętnie opowiem wam wszystko.
— Ślicznie, sir! Zaczynajcie, zaczynajcie! Widzicie, że wszyscy niecierpliwimy się bardzo. A więc Sandersa i Letriera pojmano i zabrano do „obozu“. Rano ja odjechałem. Co się potem stało?
— Zanim to opowiem, muszę zrobić kilka uwag. Przedewszystkiem nietylko Sanders i Letrier zdołali ujść śmierci. Udało się to jeszcze jednemu z jego ludzi, o czem nie wiedzieliśmy narazie, a usłyszeliśmy na nieszczęście dopiero później. Spotkał on się po drodze z gromadką młodych Ogellallajów, którzy wyjechali byli na własną rękę naprzeciwko swoich starszych wojowników, chcąc się odznaczyć przy tej sposobności. Dowodził nimi syn poległego wodza. Natrafili na ślady walki, domyślili się, co zaszło i ruszyli naszym śladem, ażeby się zemścić za klęskę i śmierć towarzyszy. Spotkał się z nimi ów biały. Była to chytra sztuka, której węchowi udało się znaleźć hide-spot traperów.
— Czy macie na myśli „obóz“, do którego pojechaliśmy z parowu?
— Nie. Hide-spot nazywało się całkiem inne miejsce, kryjówka o wiele lepsza. „Obóz“ uchodził tylko, żeby tak rzec, za filię, za fort zewnętrzny hide-spotu, dającego o wiele większe bezpieczeństwo. Tam to zabrano pojmanych, kiedy wy rozstaliście się z nami. Hide-spot miał dwa wejścia czy też wyjścia. Jedno z nich znali wszyscy członkowie towarzystwa, a drugie trzymał Firegun w tajemnicy. To właśnie tajemne wejście wytropił ów biały i zdradził Ogellallajom, co naszym zamiarom i stosunkom nadało zwrot zupełnie inny. Zaraz się o tem dowiecie, panowie. Druga uwaga dotyczy tego, że pochwyciwszy Sandersa, uzyskaliśmy daleko znaczniejszą zdobycz, aniżeli nam się początkowo zdawało. Myśleliśmy, że wpadł nam w ręce oszust i złodziej, poszukiwany oddawna daremnie przez policyę, lecz on był czemś znacznie większem.
— Czem, mr. Treskow? Mordercą?
— Jeszcze gorzej!
— Jeszcze gorzej? Cóż może być gorszego od mordercy?
— Hm! Czy słyszał kto z was o niejakiej „miss admiral“?
— Miss admiral! Miss admiral! Miss admiral! — zawołało kilku naraz. — Oczywiście, oczywiście! Któż nie wie o tej kobiecie, która była dyabłem w ludzkiej postaci?
— Czy wiadomo wam, jak skończyła?
— Tak. Powieszono ją w Nowym Jorku.
— A znacie jej zbrodnie?
Były ajent indyański odpowiedział:
— Niepodobna znać wszystkie jej zbrodnie. Była jedynem dzieckiem starego, oryginalnego marynarza, który nie chciał się z nią rozstać. Włożył na nią ubranie chłopca i brał ją z sobą na wszystkie podróże. Dzięki temu nauczyła się służby dokładnie i przeszła z czasem wszystkie stopnie od chłopca okrętowego aż do oficera. Miała już nie dar, lecz wprost talent do marynarki, a przez praktykę i naukę, udzielaną jej przez ojca, doprowadziła do tego, że potrafiła w każdą pogodę i przy jakimkolwiek wietrze panować nad okrętem. Ale ludzie, którzy jeździli z jej ojcem, nie cieszyli się z tego. Już jako dziecko była dziką kotką, a w miarę jak dorastała i dochodziła do lat, rozwijał się w niej także dyabeł, który trzymał ją w opętaniu aż do jej śmierci, czyli aż do stryczka. Czy tak jest, mr. Treskow?
— To prawda. Skoro wiecie, że ją powieszono, to słyszeliście także zapewne, że nie poszła na szubienicę bez towarzystwa?
— Tak. Z nią powieszono „czarnego kapitana“, który był równie zły, a może jeszcze gorszy od niej.
— Czy znacie jego przeszłość?
— Nie wiem, co rozumiecie przez jego przeszłość. Niewątpliwie już w młodości był nadzwyczajnym żeglarzem, bo kiedy zakładano mu stryczek na szyję, nie miał więcej jak trzydzieści lat, a przedtem już oddawna odbywał dalekie podróże morskie. Był to handlarz niewolników, najokrutniejszy pod słońcem, zabierał towar murzyński z Afryki i dostarczał go tu zawsze szczęśliwie, a nikomu nie udało się przeszkodzić mu w tem rzemiośle. Z nim nie mógł się porównać żaden z kapitanów, ani oficerów marynarki.
— To prawda. Ale powodzenie jego nie zależało tylko od niego samego, lecz także od doskonałości statku, którym kierował.
— Macie na myśli „L’ horrible’a“? Był to długi bryg trójmasztowy, z którym żaden statek nie mógł iść w zawody. „Czarny kapitan“ nie bał się nawet parowców, dopóki miał w żaglach garść wiatru. „Miss admiral“ była jego żaglomistrzem, czy jak to się nazywa. Można sobie wyobrazić, co się dzieje, jeśli takie dwie osoby się zejdą. Polowali nietylko na murzynów, lecz uważali za dobrą zdobycz każdy spotkany statek, jeśli go tylko potrafili pokonać. Ile okrętów ograbiono i zatopiono, to nigdy nie wyjdzie na jaw. Byłoby zajmującem usłyszeć, jak „miss admiral“ i „czarny kapitan“ zetknęli się z sobą.
— Mogę wam to powiedzieć, sir.
— Rzeczywiście? Jakżeż to było?
— Wybadałem to z aktów. On był urodzonym żeglarzem i na dobrej drodze mógł doprowadzić bardzo daleko. O ile „miss admiral“ była kocicą, o tyle on już jako chłopak był nieposkromionym i szczwanym lisem. Żaden z jego nauczycieli nie wróżył mu dobrego końca, chociaż wprawiał ich w zdumienie nadzwyczajnymi postępami w nauce. Żeglarstwo było jego żywiołem, na którym w piętnastym roku życia znał się lepiej od niejednego oficera wojennego okrętu. Ale siedział w nim także dyabeł, który nie znosił prostych dróg. Młodzieniec popełniał jedno głupstwo za drugiem, które mu przebaczano, dopóki się miarka nie przebrała. Pomimo jego pożyteczności napędzano go haniebnie. Włóczył się więc przez pewien czas z jednego statku na drugi, lecz wszystkie one były wątpliwej sławy. Tem trudniej też mu to wybaczyć, że mógł być innym, już choćby dlatego, że nie był ubogi, bo odziedziczył znaczny majątek w spadku po rodzicach. W tym to czasie zetknął się z „miss admiral“, której ojciec umarł był właśnie niedawno i zostawił jej także cały worek złota. Oboje przekonali się rychło, że sobie odpowiadają. Nie myśleli jednak o małżeństwie! „Miss admiral“ nie była do tego stworzona. Założyli spółkę dla interesów. Postanowili złączyć swoje pieniądze i kupić okręt do handlu hebanem[15], oraz do zabierania wszystkiego, co im w ręce wpadnie. Chodziło im oczywiście o statek znakomity, żaglowiec pierwszej klasy i dyabeł pchnął im taki właśnie w ręce. Był to „L’ horrible“, który niebawem tak strasznie się wsławił. Wkrótce też znaleźli się majtkowie, którzy nie mieli nic do stracenia i szukali osłony pod flagą korsarską. Interes się rozpoczął i zamienił niebawem w wydatne przedsiębiorstwo. Początkowo miał statek dwu kapitanów, bo „miss admiral“ uważała siebie za równą swemu zacnemu sprzymierzeńcowi, ale z czasem zdołał on ją opanować, gdyż przewyższał ją jako żeglarz uczony. Musiała więc zadowolnić się niższą rangą żaglomistrza. Gniew swój z powodu tej, jak mówiła, degradacyi, wylewała na podwładnych, dla których była potworem. Na pokładzie miała nieograniczoną władzę, a kto się ośmielił zlekceważyć jej rozkaz, tego zabijano i rzucano do morza. Ludzie musieli to znosić, bo stanąwszy poza prawem, nie mogli u żadnej władzy znaleźć ochrony, ani pomocy.
Niebawem zaczęto nazwę „L’ horrible’a“ wymawiać ze strachem, a jego dowódzca znany był jako „czarny kapitan“. Nie należy sądzić, jakoby on z „miss admiral“ żył w zgodzie. Przeciwnie panowała między nimi otwarta wojna i żadne nie czuło się pewnem swego życia. Najzuchwalszym czynem „czarnego kapitana“ było to, że raz zapuścił się do portu nowojorskiego pod fałszywą flagą i z papierami okrętu, który przedtem ograbił i zatopił. Podczas walki z załogą tego okrętu odniósł „czarny kapitan“ rany i przybył do Nowego Jorku, by się tam leczyć. Jeśli to był jego czyn najzuchwalszy, to „miss admiral“ wypłatała mu nie mniejszego figla. Kiedy on leżał złożony chorobą, uciekła mu z okrętem i ze wszystkimi pieniądzmi. Planowała ona już dawno coś takiego, coby ją uwolniło od niego. Lecz nie powiodło się jej tak, jak się spodziewała. Umiała kierować okrętem, lecz nie posiadała sztuczek, potrzebnych korsarzowi do wyśliźgnięcia się chociażby najuporczywszej pogoni. Pewnego dnia wytropił ją okręt wojenny i zahaczył. Zawrzała rozpaczliwa walka, w której wszystko, co żyło na pokładzie, wyrznięto bez miłosierdzia lub wywieszano na rejach. Zdołało ujść tylko kilku ludzi, którzy znajdowali się chwilowo na lądzie.
Zwycięzcy szukali oczywiście „czarnego kapitana“, lecz nie znalazłszy go, sądzili, że jest między zabitymi, a nie ma odznaki, po której możnaby go poznać. Podczas przeszukiwania kajut znaleziono kobietę, która była przedtem podróżną na splądrowanym przez korsarzy okręcie i którą trzymano, aby za nią wielki okup uzyskać. Czuła się naturalnie nieskończenie szczęśliwą z odzyskania wolności, obchodzono się z nią z największą czcią i uprzejmością, a potem wysadzono na ląd. Nikt nie przeczuwał, że ta pani to „miss admiral“, która na podobny wypadek miała przygotowane suknie kobiece. Zrozumiawszy, że wszelki opór daremny, uciekła z pokładu i w kajucie się przebrała.
Można sobie wyobrazić, w jaką wściekłość wpadł „czarny kapitan“ na wieść o pochwyceniu „L’ horrible’a“ i zajęciu go w nieuszkodzonym stanie. Przypuszczał napewno, że okręt stoi jeszcze na kotwicy w przystani i dopiero później dowiedział się o przeniewierstwie „miss admiral“. Kiedy się z ran wyleczył, znalazł się bez środków do życia. Chwytał się tego, to owego, aby zarobić na chleb, lecz ani przez myśl mu nie przeszło, żeby zostać uczciwym człowiekiem. Był dalej tak samo wyrafinowanym łotrem i oszustem, jakim przedtem był korsarzem. Zmiarkowawszy potem, że policya zwróciła na niego uwagę, wybrał się na dziki Zachód, aby tam szczęścia spróbować. Przedtem jeszcze doszła go wiadomość, że jego „L’horrible’a“ po przeprowadzeniu pewnych zmian wcielono do marynarki wojennej.
Zapytacie mię może panowie, dlaczego tracę tyle słów dla „czarnego kapitana“. Oto kiedy pojmaliśmy Sandersa u Fireguna, a potem przeszukaliśmy mu kieszenie, znaleźliśmy rozmaite notatki, których znaczenia inni nie mogli odgadnąć. Kiedy je mnie oddano, kiedy zbadałem je troskliwie, zrozumiałem, że Sanders, to „czarny kapitan“. Jean Letrier był jednym z jego korsarzy. Co za zdobycz! Nieprawdaż? Nie zdołam wam opisać radości, jakiej wówczas doznałem. W rękach swoich widziałem już nagrodę. Nie pokazałem jednak tego po sobie i nawet przed Sandersem nie zdradziłem się z tem, że go przejrzałem.
— Nie powiedzieliście nawet towarzyszom? — zapytał ajent indyański.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo jedno nieostrożne słowo byłoby naprowadziło Sandersa na domysł, że znam jego tajemnicę. Miał to usłyszeć dopiero przed sądem. Takie niespodzianki przygniatają często najzatwardzialszych zbrodniarzy. Niestety stało się inaczej, aniżeli myślałem.
— Chyba wam nie uciekł?
— Niestety! Zanim jednak opowiem, jak do tego doszło, poprowadzę was o wiele dalej na zachód do Gór Skalistych, przez Arizonę i Newadę, dopóki nie znajdziemy się w San Francisko, gdzie spotkamy pewną znajomą osobę, chociaż ona usiłuje nie dać się poznać.
— Kto to taki?
— Zaraz usłyszycie.
— Kto dziś w San Francisko, tej metropolii złotego kraju i Oceanu Spokojnego, stanie na portowym chodniku i przypatrzy się gmatwaninie ludzkiej, znajdującej się w ustawicznym ruchu, kto zobaczy szerokie, wydłużone ulice, rozległe place, wspaniałe pałace i budynki, za których szybami nagromadzono wszystko, co powstało ze złota lub pozostaje z niem w jakimkolwiek stosunku, temu nie przyjdą na myśl nędzne początki, z których wyrosła ta stolica błyszczącego kruszcu.
Jak fale w porcie i na morzu wznoszą się i opadają, jak ta pstra mieszanina ludzi posuwa się, trąca, ciśnie i popycha bezustannie po ulicach, placach i publicznych lokalach, tak samo wznosi się i opada chwiejne szczęście, tak rzuca także niewierne przeznaczenie piłkę, zwaną człowiekiem, do pozornie pewnej ostoi, a w następnej chwili strąca go na dno, gdzie roi się od społecznego plugastwa. Kto wczoraj jeszcze cieszył się uwielbieniem ogółu jako milioner, wyruszy już może dziś z łopatą i strzelbą do pól złotodajnych, by odzyskać utracone bogactwo. Osobniki to przeważnie zagadkowe. Niejedno błyszczące w salonach zjawisko demaskuje się, gdy gra końca dobiegnie, jako niepewne awanturnicze indywiduum, którego istnienie zależało od tego, jak padną kości.
Linią z Acapulco do San Francisko płynął statek. Był to silnie zbudowany, chyży trójmasztowiec. W tyle na gwieździe miał ze złotych liter napis „L’ horrible“. Odzież załogi wskazywała, że okręt należał do floty wojennej Stanów Zjednoczonych, chociaż wiele drobnostek w budowie, oraz układ lin świadczyły, że nie zbudowano go w tym celu.
Dowódca stał na pomoście i spozierał w górę, gdzie siedział jeden z ludzi i z lunetą w ręku patrzył bystro na morze.
— No, Jimie, masz go? — zapytał.
Ay, ay, kapitanie! Płynie prosto przed lunetą — odpowiedział zapytany, wskazując ręką w stronę wiatru. Nazwał dowódcę kapitanem, choć ten nosił tylko odznaki porucznika marynarki. Stopień wyższy w tytule nigdy nie zaszkodzi, zwłaszcza gdy człowiek zasługuje na to.
— Jaki kierunek?
— Płynie naszym śladem, master. Zdaje mi się, ze zdąża od Guayaquil, albo Limy, może nawet z Valparaiso, bo żegluje więcej z zachodu aniżeli my.
— Jaki statek, Jimie?
— Nie mogę jeszcze powiedzieć, sir. Niech się jeszcze trochę przybliży!
— A zdoła?
— Napewno, kapitanie!
— Trudno mi w to uwierzyć — brzmiała odpowiedź. — Chciałbym widzieć okręt, któryby potrafił prześcignąć „L’ horrible’a“.
— Hm — rzekł majtek, złażąc z góry i oddając lunetę porucznikowi. — Znam jeden taki, któremuby się to udało.
— Który to?
— „Swallow“, sir.
— Tak, tylko jej, ale żadnemu innemu. Skąd jednak wzięłaby się „Swallow“ na tych wodach?
— Nie wiem, sir. Ale ten okręt za nami, to nie bostońska beczka na śledzie, lecz mały, a szybki klipper. Gdyby był większy, możnaby go z tej odległości lepiej widzieć. A „Swallow“ to także klipper.
Well, zobaczymy — rzekł kapitan, odprawiając majtka i udając się z lunetą ku sterowi.
— Czy widać żagiel? — spytał sternik.
— Tak.
— Gdzie, sir?
— Za nami.
— Może każecie spuścić trochę żagli?
— Nie potrzeba — odrzekł komendant, patrząc przez szkła. — To nadzwyczajny statek! Dopędzi nas, choćbyśmy nie spuścili żagli.
— Chciałbym to widzieć, sir!
— Tak jest — odezwał się porucznik z odcieniem obrażonej dumy żeglarskiej. — Chwyta przestrzeń potężnie. Patrzcie, przed trzema minutami było go widać tylko z gniazda, a teraz widzę go już z pokładu.
— Czy mam trochę zejść z wiatru?
— Nie. Chcę widzieć, ile czasu potrzeba, żeby zaczął płynąć obok nas. Jeśli to Amerykanin, to cieszyłbym się, a jeśli nie, to życzyłbym mu chętniej dyabła, niż takiego statku.
Niebawem można było gołem okiem rozpoznać szczyty masztów, a potem wysmukły kadłub okrętu.
— To klipper z linami jak u szonera — rzekł sternik. — Trójmasztowiec, jak nasz „L’ horrible“.
Yes. Wspaniały statek, do wszystkich dyabłów! Patrzcie, jak skośnie biegnie pod wiatrem i to pełnymi żaglami. Dowódca nie obawia się widocznie, że dziś jest garść wiatru więcej niż zwykle. Teraz podnosi nawet żagle szczytowe tak, że okręt podnosi ster i tańczy prawie na grzbiecie.
— Dzielny chłop, sir! Ale niechno przyjdzie niespodziane uderzenie wiatru, to statek położy się na wodzie, jakem sternik i Perkins. Ten człowiek żegluje przecież trochę zbyt zuchwale!
— Nie. Czy nie widzicie, że małe żagle nie przywiązane i trzymają je tylko. Przy nagłym wichrze puszczą je.
— Wywiesza flagę. Zaiste Amerykanin! Widzicie gwiazdy i pasy? On poprostu pożera wodę i za pięć minut będzie przy naszym boku.
— Pożera wodę. To określenie właściwe na taką jazdę. By god, on ma po sześć otworów armatnich z każdej strony, a na przednim pokładzie i tuż przed sterem ruchome podstawy do dział. Czy poznajecie to już, sterniku?
— Nie jeszcze, ale jeśli mnie wszystko nie myli, to będzie to „Swallow“. Byłem raz na niej w Hoboken i przypatrywałem się każdej drobnostce, każdemu przyrządowi i linom.
— Kto na niej wtenczas dowodził?
— Zapomniałem nazwiska. Był to stary, napół rozbity, wilk morski z brunatnym nosem, przypominającym gin i brandy. Ale znałem dobrze sternika. Nazywał się Piotr Polter i pochodził z Europy. Był to dzielny człowiek, na którego można było zdać się ze wszystkiem. Czy macie go teraz dość blizko szkieł?
— Tak. To Jest „Swallow“. Skręćcie jedną albo dwie kreski na bok. Widać, że chce z nami mówić.
Wrócił na pomost i zawołał:
— Hola, chłopcy do lin!
Ludzie poskoczyli na miejsca.
— Ty na szczycie wyciągnij flagę!
W górę wybiegł gwiaździsty i paskowany sztandar Stanów Zjednoczonych.
— Dalej zwijać!
Rozkazy wykonywano z uznania godną dokładnością.
— Konstablu!
Zawołany przystąpił do działa.
— Spuścić żagle! Ognia!
Żagle opadły, a równocześnie huknął wystrzał na morze.
— Baczność, sterniku, tylko pod wiatr!
W tej chwili usłuchał ster rozkazu. Z możliwie małą ilością płótna na rejach obrócił się „L’ horrible“, ażeby zaczekać na „Swallow“.
Z pokładu drugiego okrętu także huknął strzał. Z bajeczną niemal szybkością nadbiegł statek, pod którego dzióbem drewniana niebieska jaskółka rozłożyła pozłacane na końcach skrzydła. Napisu na gwieździe nie było teraz widać. Żwawy wietrzyk wydymał jej żagle, a cały statek pochylał się tak, że omal krawędzią wody nie dotykał. Mimo to leciał naprzód z pewnością i zgrabnością, która przynosiła zaszczyt jego nazwie.
— Hola, zwijać! — zawołał dowódca.
W jednej chwili opadły żagle, statek podniósł dziób w górę, wyprostował się, przechylił na chwilę w drugą stronę i zatrzymał się dumnie i silnie na zwyciężonych falach.
— Ahoi, co za okręt? — zapytał z ręką przy ustach komendant „L’ horrible’a“, wiedząc, jaki statek ma przed sobą, lecz zachowując przepisaną zwyczajem formę.
— „Swallow“, porucznik Parker z Nowego Jorku prosto z Nowego Orleanu dokoła Cap-Horn. A wy?
— „L’ horrible“, porucznik Jenner z Bostonu do krążenia po tych wodach, sir!
— Bardzo mi przyjemnie, sir! Chciałbym wam coś doręczyć. Czy mam do was przybyć szalupą, czy mogę przyłożyć się do was burtem do burtu?
— Spróbujcie, jeśli zdołacie, poruczniku!
— „Swallow“ potrafi trudniejsze rzeczy!
Odstąpił i dał znak swoim. „Jaskółka“ obróciła się lekko, zatoczyła mały łuk i przysunęła się tak blizko do pierwszego statku, że jego załoga mogła pochwycić jej krawędzie. Na taki manewr z taką pewnością i przy takim wietrze mógł sobie pozwolić tylko bardzo dzielny człowiek.
Kiedy oba statki kołysały się na falach, przyskoczył Parker zręcznie do porucznika Jennera.
— Polecono mi wręczyć wam zapieczętowaną depeszę, sir! — rzekł, przyczem obaj uścisnęli się przyjaźnie za ręce.
— Ach! Proszę do kajuty! Musicie się napić ze mną na pokładzie „L’ horrible’a“.
— Brak czasu, poruczniku. Każcie ten łyk przynieść na górę!
Jenner wydał odpowiedni rozkaz, a potem zasalutowawszy, z respektem otworzył kopertę.
— Czy wiecie, co zawiera depesza? — zapytał Parkera.
— Nie, ale domyślam się trochę.
— Muszę płynąć natychmiast do San Francisko, dokąd się już zresztą zwróciłem. Mam wam to oznajmić.
Well. W takim razie mam oddać wam depesze do stacyonowanych tam kapitanów w Unii. Wiecie chyba, że Południe się buntuje.
— Słyszałem o tem, choć od niedawna dopiero krążę w tych szerokościach. Ale buntownicy przeliczyli się chyba, co?
— Ja też tak sądzę, lecz Południe posiada najlepsze porty i ogromne środki. Będzie walka długa, a ciężka i potrzeba będzie wielkich wysiłków, ażeby ich pokonać. Życzę sobie, żebyśmy znaleźli się obok siebie naprzeciw nieprzyjaciela, sir.
— Cieszyłbym się bardzo, sir, gdybym ze statkiem, jak wasza „Swallow“ mógł dobrać się do przeciwnika. Dokąd dążycie teraz?
— Także do San Francisko, gdzie otrzymam nowe rozkazy. Przedtem jednak polecono mi przez pewien czas krążyć po rucie japońskiej. Fare well, „L’ horrible“!
Fare well, „Swallow“!
Obaj wypróżnili szklanki, poczem Parker wskoczył na swój statek. „Swallow“ odbiła od „L’ horrible’a“, podrzuciła znowu żagle na reje, nabrała wiatru w płótna i odpłynęła wśród głośnych okrzyków pożegnalnych obydwu załóg. Jak prędko pojawiła się od południowego widnokręgu, tak szybko zniknęła na zachodnim, tonącym w blaskach słońca.
Robiło to takie wrażenie, jak gdyby zgrabna nimfa wynurzyła się z fal, by powitać samotnego rybaka, a potem nieubłaganie musiała wrócić do swego mokrego państwa tajemniczego.
„L’ horrible“ rozwinął teraz także wszystkie żagle, ażeby po przerwie popłynąć dalej ze zdwojoną szybkością. Podróż trwała jeszcze kilka dni. Z każdym dniem mnożyły się spotykane i płynące w tym samym kierunku statki. Wreszcie stanął na kotwicy w przystani Królowej Złota.
Tu poruczył Jenner sternikowi uporządkowanie spraw portowo-policyjnych, a sam udał się natychmiast na pokład stojącego tuż przy nim pancernika. Do jego kapitana była adresowana jedna z depesz. Resztę statków musiał dopiero odszukać, gdyż znajdowały się na krótkich wycieczkach na morzu.
Kapitan przyjął depeszę i sprowadził porucznika do kajuty, gdzie rozwinęła się koleżeńska rozmowa.
— Zabawicie tu pewnie jakiś czas — rzekł komendant pancernego olbrzyma. — Czy macie w mieście jakie znajomości?
— Niestety, nie. Pod względem towarzyskim będę musiał ograniczyć się na hotelach i restauracyach.
— To pozwólcie, że będę wam służył moimi stosunkami.
— Przyjmuję to z wdzięcznością i przyjemnością.
— Znam tu naprzykład pewną znakomitą damę, która wynajmuje całe piętro jednego z najelegantszych domów. To wdowa po plantatorze z Martyniki, nazwiskiem Voulettre. Należy do rzędu tych kobiet, które zawsze młodo wyglądają, bo wykształcenie, umysł i miłe obejście paraliżują potęgę wieku. Prowadzi wielki dom, niezawodnie posiada niewyczerpany majątek, bo salony jej otwarte są tylko dla przedstawicieli arystokracyi ducha, pieniędzy i władzy politycznej. Mnie ona dlatego bardzo zajmuje, że odbywała wielkie podróże morskie i przyswoiła sobie takie wiadomości z naszego zawodu, że mógłby ich jej pozazdrościć niejeden dzielny wilk morski.
— Wobec tego pragnę istotnie ją poznać.
— Dziś już dam wam do tego sposobność. Jestem na dziś zaproszony. Pójdziecie ze mną?
— Oczywiście, kapitanie.
— Dobrze. Ja was przedstawię, a potem już sami będziecie mogli swobodnie się poruszać, jak na pokładzie swojego „L’ horrible’a“. To ładny statek, poruczniku. Szczerze wam winszuję tej komendy. Wyglądało to niezmiernie ładnie, gładko i zgrabnie, kiedyście nadpłynęli i odrazu spadły żagle i kotwica. Czy on nie dostał się od Anglików do floty Stanów Zjednoczonych?
— Tak, ale przedtem był najniebezpieczniejszym okrętem między Grenlandyą a południowymi przylądkami. Słyszeliście co o „czarnym kapitanie“?
— Jakżeby nie? Może więcej niż wy. Nie mogłem tylko odrazu sobie przypomnieć, który to okręt nazywał się „L’ horrible“. Teraz już wiem. Statek przyłapano w drodze z transportem „hebanu“[16] i zabrano. Załogę wywieszano na rejach, a „czarnego kapitana“... ach, cóż to z nim się stało?
— Nie było go na statku. Za to znaleziono kobietę, którą rozbójnicy podczas zrabowania kupieckiego okrętu zachowali przy życiu i z sobą zabrali, ażeby wymusić na niej okup.
— Kto ona była?
— Nie wiem. Od tego czasu nigdy więcej nie słyszano o korsarzu. Albo nauczka, którą dostał, poskutkowała, albo był na statku i zawisnął na rei razem z innymi.
— Toby go było całkiem słusznie spotkało! A zatem dzisiaj wieczorem u pani Voulettre, Przyjdę po was, poruczniku. Dobrze?
— Ten zaszczyt...
Pshaw! Proszę, żebyście mi pozwolili obejrzeć swój dzielny statek, zanim popłyniemy na ląd.
Podczas tej rozmowy przyszedł powoli na wybrzeże człowiek, którego postawa i zachowanie się wskazywały, że jest zupełnym panem swojego czasu. Średniego wzrostu, ale smukłej budowy ciała, miał na sobie odzież poszukiwacza złota, wracającego do wielkiego miasta z kopalń na wypoczynek po natężającej pracy. Bardzo pomięty kapelusz z szerokiemi kresami spadał mu na twarz, lecz nie zakrywał dostatecznie wielkiej i brzydkiej oparzeliny, przechodzącej od ucha przez policzek aż do nosa.
Kto zobaczył tę twarz odwracał się od wstrętnego widoku. Właściciel jej widział to dobrze, lecz nie martwił się tem, a nawet nie tracił spokoju, gdy padło przypadkowo kilka głośnych uwag o nim.
Wtem zatrzymał się i rzucił okiem na przystań.
— Znów jakiś na kotwicy! — mruknął. — Żaglowiec i, jak się zdaje, dobrze zbudowany. Gdyby...
Przerwał monolog, przysłonił oczy dłonią, ażeby lepiej widzieć i dodał:
Sacrè nom du dieu, to on, to on, to „L’ horrible“, dla którego stoję tu na kotwicy już od miesiąca. Nareszcie, nareszcie znowu go widzę i... Ale za daleko od brzegu. Mogę się mylić. Przekonam się, czy mię oczy nie łudzą!
Zeszedł po schodach, obok których unosiło się na falach kilka łodzi i wskoczył do jednej.
— Dokąd? — zapytał właściciel, który, siedząc na ławce, wygrzewał się na słońcu.
Przybyły wskazał na przystań i odrzekł:
— Na przejażdżkę.
— Jak długą?
— Dopóki mnie się spodoba.
— Macie czem zapłacić?
Pytający zmierzył gościa niezbyt ufnym wzrokiem.
— Po jeździe dobrymi pieniądzmi, a przed jazdą pięściami. Wybieraj zatem!
— Hm, hm! — mruknął marynarz, stropiony groźną błyskawicą, która zamigotała w oczach obcego. — Pakujcie swoich dziesięć palców, gdzie chcecie, tylko nie mnie w twarz! Czy umiecie sterować?
Krótkie skinienie głową było odpowiedzią. Potem odwiązano łódź i zaczęto wśród chaosu statków najrozmaitszego rodzaju szukać drogi na wolne morze.
Obcy umiał sterować, jak mało kto, co marynarz zauważył już po kilku pierwszych uderzeniach wiosła. Nie dał poznać, dokąd zmierza, opłynął wielkim łukiem pancernik i „L’ horrible’a“ i odprowadził potem łódź na miejsce, gdzie zapłacił za przejażdżkę tak sowicie, jak się tego po zewnętrznej jego postaci żadną miarą nie można było spodziewać.
— To on — westchnął z ulgą, wchodząc na schody. — Teraz pani Voulettre zniknie tak samo bez śladu, jak niegdyś przepadła „miss admiral“. A teraz do szynku!
Zwrócił swe kroki ku tej stronie miasta, w której osobniki z pod ciemnej gwiazdy wiodą nędzne i zbrodnicze życie. Szedł po gruncie nierównym, który zwłaszcza w nocy był prawdziwie karkołomny, przez plątaninę wązkich ulic i uliczek, nie zasługujących prawie na tę nazwę. Chatki, baraki i namioty, które mijał, wyglądały jak obóz cygański, nie wskazywały na to, że są częścią dobrze urządzonego miasta, gdzie silna dłoń służby bezpieczeństwa publicznego obowiązana jest usuwać, a przynajmniej dobrze pilnować wszelkich szkodliwych lub choćby podejrzanych żywiołów.
Nareszcie zatrzymał się przed długą budą z desek, nad której drzwiami widniał kredą nasmarowany napis „Taverne of fine brandy“. Napis illustrowały dwie flaszki, narysowane kredą na chropawem drzewie.
Wstąpił do środka.
Długą izbę zapełniali goście, których wygląd świadczył o tem, że nie należeli do kół towarzyskich, mających prawo do określenia gentlemanlike. Wstrętne wyziewy spirytusu i dym tytoniowy odrzucał poprostu wchodzącego, a zgiełk, który tam panował, wydobywał się chyba z gardzieli zwierząt, a nie ludzi.
Przybysz ze znakiem od ognia na twarzy nie zrażał się bynajmniej temi nieprzyjemnościami. Przystąpił do szynkwasu i zwrócił się do paradującego za nim oberżysty:
— Czy jest tu długi Tom, master?
Gospodarz zmierzył go podejrzliwem spojrzeniem i odrzekł niezbyt uprzejmie:
— Dlaczego pytacie?
— Bo chcę z nim pomówić.
— Kto to jest długi Tom, he?
— Nie bawcie się w chowankę! Znam go równie dobrze, jak wy. On mnie tutaj zamówił.
— Kto wy jesteście?
— Co was to obchodzi? Ja was także nie pytałem jeszcze o rodowód i nazwisko.
— Hej! Jeśli tak zaczynacie, to będziecie długo pytali, zanim usłyszycie odpowiedź. Prędzej możecie dostać odemnie pięścią!
— O tem dałoby się może jeszcze pomówić. Na razie przestrzegam was, że długi Tom dyabelnie wam to weźmie za złe, jeśli nie pozwolicie mi z nim mówić.
— Tak? To przypuśćmy, że go znam. Rozumiecie mnie, sir? Jeśli on was rzeczywiście zamówił, to musiał wam powiedzieć słowo, słóweczko, bez którego nikt doń nie przychodzi.
— Owszem.
Nachylił się przez szynkwas i szepnął kilka słów, a gospodarz skinął głową na znak zgody:
— Dobrze! Teraz wam ufam. Toma niema jeszcze. O tym czasie przychodzi tu zwykle policya, ażeby się nieco rozglądnąć wśród moich gości. Skoro tylko odjedzie, dam znak, a on zjawi się za pięć minut. Usiądźcie i zaczekajcie do tego czasu!
— Tu nie. Tom mi powiedział, że macie izbę, w której człowiek nie jest wystawiony na pociski wzroku wszystkich obecnych.
— Mam taką izbę, lecz również nie dla wszystkich.
— Nie dla wszystkich? A dla kogóż?
— Skoro muszę wam to mówić dopiero, to widocznie ciemno jest pod waszym kapeluszem.
— Nie tak bardzo, jak wam się zdaje!
Wyjął złotówkę i podsunął ją spekulantowi.
— Dobrze! Z wami przecież nie jest tak źle, jak myślałem. Czy wiecie jednak, że jeśli komu robi się przyjemność trzymaniem zdala od niego węszących za nim ludzi, to całkiem naturalne, że ta przysługa warta innej. Napijecie się czego?
— Szklankę wina.
— Wina? Zwaryowaliście? Co jabym tu robił z takim głupim napojem? Dostaniecie flaszkę brandy wedle zwyczaju i obyczaju. Oto wódka i szklanka! Usiądźcie tam pod szerokim piecem. Zaraz obok są małe drzwi, których nikt nie dostrzeże. Otworzę je, a wy uważajcie i w chwili, kiedy nikt nie będzie na was patrzył, wśliźnijcie się do środka!
— Niech tak będzie.
— Teraz tam pusto, ale nadejdą goście, których nie radzę wam zaczepiać, bo to żwawi chłopcy, a nóż niedaleko u nich od słowa!
Obcy postąpił wedle wskazówki gospodarza i siedział niebawem w ukrytej izbie. Zastał w niej niezajęte dwa stoły z dwunastu może krzesłami. Ale stosownie do zapowiedzi gospodarza wkrótce nadeszli goście jeden po drugim i pozajmowali miejsca. Łatwo było po nich odgadnąć, iż przywykli do tego odosobnienia.
Zwrócili uwagę na już obecnego o tyle, że rzucili ku niemu krótkie badawcze spojrzenie, poza tem jednak nie troszczyli się o niego i prowadzili półgłosem rozmowę tak swobodnie, jakby nie było z nimi nikogo obcego. Wszyscy wyglądali na marynarzy, a przynajmniej w rozmowie okazali wielką znajomość szczegółów z żeglugi, oraz ostatnich wypadków w tej dziedzinie. Omawiali także statki, stojące na kotwicy w przystani.
— Czy wiecie — spytał jeden z nich — że „L’ horrible“ stanął na kotwicy?
— „L’ horrible“? Dawny okręt korsarski?
— Tak. Dowódcą jest porucznik Jenner. Wspaniały statek, niezrównany w budowie i w uzbrojeniu! Dowiódł tego „czarny kapitan“.
— Szkoda biedaka, że musiał skosztować stryczka! Prawda?
— Wierutna szkoda! On potrafił coś zrobić z siebie i swoich chłopców.
— On sam może mniej, ale miał znakomitego żaglomistrza, który właściwie dowodził.
— O tem także słyszałem. Podobno nie był to mężczyzna, lecz kobieta, prawdziwy szatan. Wierzę w to chętnie, gdyż dyabeł, ilekroć chce sobie zrobić szczególną przyjemność, włazi w babę.
— Słusznie! — rzekł trzeci. — Była to kobieta i nazywano ją „miss admiral“. Miała być córką starego wilka morskiego, który ją brał z sobą na wszystkie podróże. Przez to stała się istnym mężczyzną, czuła się dobrze tylko na wodzie i doprowadziła z czasem do tego, że lepiej kierowała okrętem, niż niejeden doświadczony kapitan. Każdy marynarz wie, że bywały takie kobiety i że dzisiaj są jeszcze. A kto chce o niej więcej słyszeć, niech spyta długiego Toma. Zdaje mi się, że ten hultaj jeździł już z „czarnym kapitanem“ i zna „L’ horrible’a“ lepiej, niż to okazuje.
— Tego można się po nim spodziewać. Jeśli tak było rzeczywiście, to nie myślę mu tego brać za złe. Na statku korsarskim przynajmniej nie żyje się tak nędznie, jak na kupieckim. Nie chcę dłużej mówić, ale wy się dorozumiecie, co mam na myśli!
— Tere fere! Mów śmiało! Albo ja powiem, jeśli ty się boisz. Gdyby „czarny kapitan“ żył jeszcze i to jako właściciel „L’ horrible’a“, poszedłbym zaraz do niego na pokład. Sądzę, że przyznacie mi słuszność.
W tej chwili otworzyły się drzwi i wszedł w pochylonej postawie człowiek, którego wszyscy przywitali jak dobrego znajomego.
— Długi Tom! Chodź stary kamracie i usadów się na krześle! Właśnie mówiliśmy o tobie.
— O tobie i o „L’ horrible’u“ — wtrącił inny z obecnych.
— Zostawcie „L’ horrible’a“ na wodzie, starzy kłapacze — odpowiedział przybysz, siadając i mrugając okiem do człowieka z oparzelizną na twarzy. — Co was obchodzi ten statek?
— Nas może nic, ale ciebie z pewnością. Zdaje się, że znasz go lepiej niż my. Może nie biegałeś po jego burtach?
— Nie przeczę, ani nie potwierdzam waszych domysłów. Być to mogło. Jest niemało dobrych statków, które widziały Toma. Któż więc może coś mieć przeciw temu, że i „L’ horrible“ był między nimi?
— Oczywiście, że nikt. Ale powiedz nam, czy naprawdę kobieta była jego żaglomistrzem?
— Tak słyszałem.
— Hm, w takim razie musiała na tym statku panować nędzna gospodarka.
— Jakto?
— Jeśli kobieta dowodzi okrętem, to ja nie chciałbym służyć na takim okręcie. Myślę nawet, że tylko z tego, a nie innego powodu schwytano „L’ horrible’a“.
— Tak sądzicie? — odezwał się przeciągłym głosem obcy z oparzelizną.
— Tak. Czy macie co przeciwko temu?
— To was nic nie obchodzi. Chciałem tylko wiedzieć, czy naprawdę tak sądzicie!
— Nic mnie nie obchodzi? Gdy obcy miesza się do tego, co ja mówię, to mnie to nie ma obchodzić? Trzymajcie język za zębami, bo jak wam raz dam w gębę, to w piętach poczujecie!
— Istotnie wyglądacie mi na tak silnego!?
— To się zaraz przekonacie!
Szybkim krokiem przystąpił do obcego, szczupłego i o głowę mniejszego od niego i zamachnął się do uderzenia, które pewnie byłoby nie podziałało jak pieszczota. Ale zagrożony pochwycił napastnika w jednej chwili i grzmotnął nim o ziemię z taką siłą, że zaledwie zdołał się podnieść.
W tej chwili przyskoczył najbliższy sąsiad pokrzywdzonego, ażeby pomścić haniebną klęskę towarzysza. Ale spotkał go los podobny. Z iście kocią zręcznością uniknął przeciwnik jego ciosów, podbiegł ku niemu i rzucił nim o ziemię, aż zahuczało.
Już chciał trzeci pójść za ich przykładem, kiedy długi Tom wmieszał się w sprawę.
Stop! — rzekł, chwytając go za ramię i zatrzymując. — Nie rób głupstw, stary chłopie! Jemu nie dorównasz ani ty, ani nawet dziesięciu, tobie podobnych.
— Oho! Zobaczymy!
— Spróbuj, jeśli już chcesz koniecznie. Sądzę jednak, że uszanujecie oficera z „L’ horrible’a.“
— Z „L’ horrible’a“?
Również tamci dwaj, którzy podnieśli się teraz z ziemi z zamiarem ponowienia ataku, powtórzyli ze zdumieniem to pytanie.
— Z dawnego, czy obecnego?
— Oczywiście, że z dawnego. Myślicie, że lada głupiec z marynarki Stanów Zjednoczonych odważyłby się wejść tu do naszej kajuty?
— Prawda to?
Obcy skinął zlekka głową i rzekł:
— Niewątpliwie, moi ludzie. Długi Tom zna mnie trochę lepiej z owych czasów, kiedy to chodziliśmy razem po statku i wykonywali niejedną piękną rzecz.
— To co innego! Jeśli tak, to możecie spokojnie u nas zostać. Pięści naszych już wam kosztować nie damy.
— Przed waszemi pięściami — rzekł lekceważąco obcy — dyabelnie mało czuję strachu, jak to sami widzieliście. Ale niezłe z was zuchy, dlatego nietylko wam przebaczam, lecz nawet usadowię się trochę przy was na krześle.
— Przebaczacie? Mnie się zdaje, że kłótnia nie wyszła od nas, lecz od was. Jako obcy powinniście byli nie wtrącać się do tego, o czem myśmy mówili.
— Hm, może macie słuszność. Ale ja mam zwyczaj wystawiać swoich ludzi na próbę, zanim przyjmę od nich rękę na zgodę.
— Waszych ludzi? — rzekł jeden.
— Wystawiać na próbę? — drugi.
— Zanim przyjmiecie rękę na zgodę? — trzeci.
— Tak jest! Czy nie powiedzieliście przedtem, że chcielibyście dostać się na „L’ horrible’a“?
— To się tak tylko mówiło. Dodaliśmy też warunek: gdyby żył i dowodził „czarny kapitan“.
— Czy wiecie napewno, że nie żyje?
— Do kroćset piorunów! Czy chcecie przez to powiedzieć, że jeszcze żyje?
— Właśnie.
— Wiecie to napewno?
— Napewno.
— Gdzież siedzi, he?
— To nie wasza rzecz, tylko moja!
— W każdym razie nie na „L’ horrible’u“.
— To prawda. Ale jeśliby go napowrót odzyskał?
— Odzyskał? Hola, sir! To byłby wspaniały figiel z jego strony!
— I z waszej!
— I naszej? Jakto?
— Bo możecie przyczynić się do tego, jeśli zechcecie — rzekł teraz cicho i ostrożnie.
— Jak mamy to rozumieć, master?
— Myślę, że ludziom, których długi Tom nazywa swoimi przyjaciółmi, można cokolwiek zaufać. A może nie?
— Do wszystkich dyabłów! Nie chybiliście, macie słuszność! Jesteśmy chętnie wszędzie tam, gdzie płacą dobry pieniądz, albo żołd dobry. Tomie, poleć nas!
— To się już stało — odrzekł wymieniony. — Ten sir zna was tak samo jak ja. Zaprosiłem go tutaj, ażeby mógł was zobaczyć i pomówić z wami. Chcecie usłyszeć coś nowego?
— No!
— Ja zostanę majtkiem na „L’horrible’u“.
— Majtkiem? A nami chcesz dziury zatykać?
— Ani mi się śni! Wy moglibyście dostać także dobre stanowiska, gdybyście chcieli.
— Czy chcemy? Ależ okręt należy do pstrych kabatów!
— Teraz, lecz już nie na długo, to pewna.
— Jakto?
Przechylił się przez stół i szepnął:
— Bo go im odbierzemy.
— A do kroćset! To byłby figiel, jakiego jeszcze nikt nigdy nie spłatał! Mówionoby o tem w całych Stanach i jeszcze dalej.
— Czy boicie się tego?
— Bać się? Co nam może zaszkodzić ta gadanina. Z „L’ horrible’m“ pod nogami możemy kpić sobie z całego świata!
— I żyć jak Mogoł Wielki, czy jak się ten drab nazywa, który tyle ma dolarów, że morzeby zapełniły, gdyby był taki głupi i tam je wsypał. Od was tylko zależy, żeby i wam tak dobrze było.
— Od nas? Mówcie dalej, sir!
Obcy z czerwoną pręgą sięgnął do kieszeni, wyjął pękaty pugilares, dobył zeń kilka banknotów i położył po jednym przed każdym.
— Przyjmiecie te świstki? — spytał.
— Nie będziemy tacy głupi, żebyśmy je odrzucili. Ale co mamy za to uczynić?
— Nic. Daruję wam je. A jeśli jesteście tacy, jak ja sobie wyobrażam, to możecie jutro lub pojutrze dostać pięć razy tyle.
— Jakto?
— Czy przejechalibyście się po przystani?
— Owszem!
— Ażeby odwiedzić pstre kabaty?
— Z całą gotowością!
— Będą przytem noże trochę czynne.
— To nic!
— Może też wszystko pójść gładko.
— Tem lepiej.
— Potem zostaniecie oczywiście na statku.
— To się rozumie! A kto będzie dowodził?
— Kapitan. Któżby inny?
— Czarny?
— Czarny.
— Żyje więc rzeczywiście?
— Żyje i zadowoli was, jeśli zrobicie, co do was będzie należało.
— W żadnej sprawie nas nie zabraknie. Możecie być tego pewni!
— Dobrze! Posłuchajcie zatem, co wam powiem!
Przysunęli się bliżej z zaciekawieniem.
— Kupicie sobie lepsze ubrania, bo takimi, jak jesteście, nikt was nie powinien zobaczyć!
— Tak się stanie.
— Nie wychodźcie wieczorem, lecz czekajcie tu na mnie, albo mego posłańca!
— Bardzo nam będzie przyjemnie. Wierzyciele dają nam na dworze zbyt wiele do czynienia.
— Skoro po was przyślę, pójdziecie z Tomem do... do... do mieszkania pani de Voulettre.
— Do wszystkich dyabłów! To piekielnie dostojna i bogata miss! Słyszałem o niej. Co tam będziemy robili?
— U niej będą oficerowie z „L’ horrible’a“.
— Aha!
— Wy oświadczycie, że chcecie służyć na statku, ona przedstawi was tym panom.
— Do kroćset! Przedstawi... nas...? Ta bogata, dostojna miss? Macie wy jeszcze rozum, sir?
— Tak mi się zdaje.
— Wszyscy patrzyli nań napół z powątpiewaniem, a napół z respektem.
— To chyba znacie się z nią trochę?
— Być może! Zostaniecie zaraz najęci i pójdziecie na pokład.
— Wedle rozkazu, sir!
— Następnie postaramy się o to, żeby oficerowie poszli na ląd. Później przybije do was „czarny kapitan“ ze swoimi ludźmi, a reszta to już nie moja rzecz. Jestem tylko jego ajentem. Bliższe szczegóły powie wam Tom.
Wszyscy skinęli głową na znak zgody. Plan rzekomego ajenta zajął wszystkich tak, że nie było czasu na długie rozmowy. On zaś ciągnął dalej:
— A teraz jeszcze jedno: Tom jest majtkiem i od tej chwili wy macie go słuchać we wszystkiem. Rozumiecie?
Yes, sir!
— Wiernością i milczeniem pozyskacie życzliwość kapitana, ale w razie najmniejszego objawu zdrady będziecie zgubieni. O to się już postarano. A więc trzymajcie się dobrze!
— Bez obawy, master! Wiemy, do czego się bierzemy. Już dawno życzyliśmy sobie podobnego zajęcia, a skoro to życzenie spełnia się tak pięknie, nie będziemy sobie psuć przyjemności.
— To dobrze! Macie tu jeszcze trochę. Napijcie się sami za to, bo ja odchodzę. Do widzenia!
— Do widzenia, sir!
Kiedy wszyscy podnieśli się do postawy, pełnej uszanowania, podał rzekomy ajent Tomowi łaskawie rękę i zniknął w drzwiach.
— Do kroćset! A to miał chwyt! — zauważył jeden.
— I, co jeszcze dziwniejsze, w tych małych rękach! — dodał drugi. — Nie widać tego po nim, ale on ma naprawdę dyabła w sobie!
— Usiądźcie! — wezwał ich Tom. — Muszę wam niejedno jeszcze powiedzieć.
Wszyscy siedzieli jeszcze długo, słuchając słów towarzysza. Jako doświadczony i wprawny sternik tak potrafił ich pozyskać dla zamierzonego przedsięwzięcia, że zdrady z ich strony nie należało się wcale obawiać. Przekonał ich dostatecznie, że właśnie teraz, podczas wojny Stanów północnych z południowymi, dobrze prowadzony kaper[17] może ukradkiem robić dobre interesa.
Komnaty pani de Voulettre były wieczorem tego dnia jasno oświetlone. Było tam wielkie przyjęcie. W salonie tańczono przy dźwiękach fortepianu, przy bufetach spożywano najsmaczniejsze delikatesy i pito orzeźwiające napoje, a starsi panowie usunęli się do bocznych pokoi, gdzie rozprawiano nad rozmaitemi sprawami, albo grano w karty, przyczem dolary setkami przechodziły z rąk do rąk.
Zawiść sama byłaby musiała przyznać, że wśród pań należała się korona pani domu. Każde słowo wymawiała tak mile, każdy ruch wykonywała tak zgrabnie, że ujmowała tem raz na zawsze dla siebie tych, którzy na to patrzyli.
Spoczywała właśnie w wygodnej postawie na aksamitnej kanapie i chłodziła się wachlarzem, wysadzanym perłami. Ciemne jej oko spoczywało z widocznem zajęciem na poruczniku marynarki Jennerze, którego przedstawił jej kapitan pancernika.
— Przybywasz pan z przylądka Horn, poruczniku? — zapytała.
— Nie wprost. Krążę już od dłuższego czasu naprzeciwko międzymorza.
— Ach, to nudne zajęcie! Nieprawdaż? Czy nie miał pan przedtem czasu zawinąć tutaj?
— Niestety służba na morzu surowa.
— Czy pan wiesz, poruczniku, że mimo to żegluga zajmuje mnie nadzwyczajnie?
— Ach! Morze ma istotnie w sobie coś pociągającego, nawet dla kobiet, ale to, co się zazwyczaj przez żeglugę rozumie, jest rzeczą suchą i niebezpieczną. Kiedy o tem pomyślę, trudno mi uwierzyć, żeby pani rzeczywiście...
— O! — wtrąciła. — Nie każda kobieta boi się niebezpieczeństwa, podobnie jak nie każdy mężczyzna jest herkulesem. Ojczyzną moją jest wyspa oblana ze wszystkich stron wodą, a wielu krewnych moich mieszka na kontynencie. Jeździłam wiele razy tam i napowrót, bywałam często w Nowym Jorku i w Bostonie, a raz byłam nawet na przylądku Dobrej Nadziei. Dzięki tym wędrówkom polubiłam morze i to wszystko, co z niem stoi w związku. Nawet zdobyłam wiele wiadomości z żeglugi, które, jak pan powiadasz, dla laika nudne są i trudne. Gdybyś pan zechciał zajrzeć do mojej pracowni, mogłabym panu dać najpewniejszy dowód na to twierdzenie.
— Może moja noga jako profana nie powinnaby stanąć w takiem sanktuaryum.
— Tak pan sądzi? Tu żyje się tak swobodnie i niezależnie od zwyczajnych reguł etykiety, że z pewnością nie popełnię wobec moich gości żadnego faux pas, jeśli pana poproszę, żeby mi pan podał ramię.
Wsunęła mu rękę pod ramię i przeszła z nim przez kilka komnat do pokoju, który, co prawda, nie zasługiwał na nazwę pracowni. Był to buduar kobiecy, urządzony z przepychem wprost wyrafinowanym.
Tu przystąpiła pani domu do drogocennego biurka, otworzyła szufladę i wydobyła z niej zbiór najlepszych i najcenniejszych map morskich. Reszta szuflad zawierała żeglarskie przyrządy, potrzebne do prowadzenia okrętu.
Jenner nie mógł ukryć podziwu na widok niespodziewanego skarbu i wyznał otwarcie:
— Muszę powiedzieć, miss, że w mojej kajucie niema lepszych map i przyrządów!
— Być może. Ja nie lubię nabywać rzeczy bezużytecznych.
— Ależ tych przedmiotów można użyć tylko w praktyce, po głębokich studyach!
— A pan nie przypuszczasz ich u kobiety?
— Nie znalazłem takiej, któraby przekonała mnie o czemś przeciwnem.
— To proszę mnie wyegzaminować!
Oko jej spoczywało z wyrazem rozbawienia na jego uczciwej twarzy, ale uważny obserwator mógł w niem dostrzec coś z szyderstwa, albo pogardy.
— Egzaminować? — roześmiał się. — Któż potrafi tu wobec pani zachować spokój odpowiedni! Na pokładzie mojego statku byłbym śmielszy.
— „L’ horrible“ to przepyszny okręt, sir. Najlepszy ze wszystkich, jakie znam. Ale wiesz pan, że powinnam pana nienawidzić z powodu tego okrętu?
— Nienawidzić? Dlaczego?
— Ponieważ przebyłam na nim najgorsze godziny mojego życia.
— Pani była na „L’ horrible’u“?
— Tak. Wszak znasz pan historyę tego słynnego, a raczej osławionego statku?
— Mniej więcej.
— W takim razie słyszałeś pan także o pewnej pani, która znajdowała się na nim, kiedy go zabrano.
— Słyszałem.
— Jechała statkiem kupieckim z przylądka i dostała się w ręce „czarnego kapitana“.
— Tak jest.
— Ja byłam tą panią.
— Pani? Co za spotkanie, miss! Poproszę, żeby mi pani opowiedziała o tej nadzwyczajnej przygodzie.
— Czy mogę nawzajem objawić pewne życzenie?
— Słucham panią!
— Chciałabym bardzo zobaczyć „L’ horrible’a“ i jeszcze raz wejść na to miejsce, w którem tak straszne chwile przeżyłam, ażeby obecnością swoją powetować sobie to, co na niem straciłam.
— Zapraszam panią najuprzejmiej! — odparł porucznik uradowany, że będzie mógł oprowadzić ją po swojem w ładzie utrzymanem państwie.
— A kiedy?
— Kiedy pani rozkaże!
— W takim razie jutro, sir, jutro przed południem!
— Bardzo chętnie, miss. Stopa pani uświęci miejsce, które teraz jest moją ojczyzną.
— Tam znajdzie się sposobność do egzaminu — rzekła filuternie. — Pragnęłabym jednak, żeby moje odwiedziny nie sprawiły panu jakich trudności. Nie jestem ani admirałem, ani komodorem i nie mam najmniejszego prawa do żeglarskich honorów.
— Bez obawy, miss! Nawet gdybym chciał i gdyby mi wolno było pokazać pani „L’ horrible’a“ w paradzie, natrafiłbym na pewne trudności. Właśnie jutro rano kilku moich ludzi wysiada na stałe na ląd, a ja muszę dla uzupełnienia załogi rozejrzeć się za innymi.
— Ach! Czy przyjąłby pan odemnie pomoc w tym względzie?
— Z wdzięcznością, łaskawa pani!
— O, wdzięczność ja będę panu winna! Kłopot pański przypomniał mi kilku dzielnych ludzi, którzy dawniej służyli u mnie i chcieliby dostać się na dobry statek. Są to dobrze wyszkoleni żeglarze, których jak najgoręcej mogę panu polecić.
— Polecenie pani uwalnia mnie od trudu starania się o odpowiednich ludzi. Czy wolno zapytać, gdzie ich mogę znaleźć?
— Mieszkają tu w pobliżu. Każę ich zawołać do przedpokoju. Będzie pan mógł dobrze ich wybadać.
— Dobroć pani przygniata mnie poprostu. Jestem przekonany, że żaden z poleconych przez panią nie dostanie odmownej odpowiedzi!
— Dziękuję! Pozwoli pan, że wydam odpowiedni rozkaz!
Wróciła do towarzystwa.
Jenner był oczarowany uprzejmością tej kobiety, która wyświadczyła mu tyle grzeczności. On, człowiek prosty, niewymagający pod względem towarzyskim, a w stosunku do kobiet jeszcze całkiem niedoświadczony, niczego nie podejrzewał, a kiedy mu doniesiono, że wspomniani ludzie czekają w przedpokoju, wyszedł pod ramię z gospodynią, rzucił Tomowi — jemu to bowiem i towarzyszom kazała przyjść z tawerny — kilka łatwych pytań, dał mu odpowiedni zadatek i kazał stawić się nazajutrz rano na pokładzie „L ’horrible’a“.
— No, poruczniku — spytał go kapitan pancernika, kiedy razem wracali do domu — jak się panu podoba ta pani?
— Nadzwyczajnie! — odrzekł Jenner. — Chce mnie odwiedzić na „L ’horrible’u“.
— Ejże! A kiedy?
— Jutro przed południem.
— Hm, gratuluję, panie poruczniku! Przyjęcie będzie godne osoby.
— Uprzejme i nic więcej!
— Czy mam się na nie zaprosić?
— Raczej czy ja mogę wystąpić wobec pana z taką prośbą?
— Nie, nie — roześmiał się kapitan. — Nie chcę być natrętnym towarzyszem i nie zamierzam uszczuplać wam waszej radości, ale pod pewnym warunkiem!
— Pod jakim?
— Przyprowadzicie swego gościa na kwadrans do mnie.
— Zgoda!
Obaj oficerowie podali sobie ręce i wsiedli do czekającej na nich łodzi, ażeby się udać na swoje statki.
Nazajutrz rano panował na „L’ horrible’u“ ruch bardziej ożywiony niż zwykle. Załodze oznajmiono, że pewna wysoko postawiona osoba pragnie zwiedzić „L’ horrible’a“. Porządek i czystość, panujące stale na wojennych okrętach, czyniły wprawdzie zbędnemi wszelkie przygotowania, mimo to zbadał Jenner cały statek dokładnie i zarządził jeszcze to i owo, ażeby swoje chwiejące się mieszkanie pokazać w jak najlepszem świetle.
Ukończył był właśnie tę czynność, kiedy na pokładzie zjawili się nowozaciężni majtkowie. Przyjął ich do służby, kazał im wyznaczyć miejsca i nie troszczył się o nich więcej. Nadzór nad nimi bezpośredni należał nie do niego, lecz do sternika.
Gdy później przypłynęła pani Voulettre, przyjął ją z wyszukaną grzecznością.
— Wspaniały okręt! — rzekła, gdy po obejrzeniu go wracała z Jennerem do ustawionego na pokładzie namiotu, gdzie kucharz czekał już na nich z najdoborowszymi przysmakami. — Muszę przyznać, sir, że zmienił się bardzo na korzyść. Obecny układ żagli i lin jest znakomity i statek zapewne zyskał znacznie na szybkości, odkąd jest w ręku marynarki Stanów Zjednoczonych.
— Nie znam liczby węzłów, którą przedtem przebywał, ale mogę przyłączyć się do zdania pani, chociaż nie dlatego, ażeby podnieść przez to swoje zasługi. Cała rzecz w tem, że zarząd marynarki Stanów ma więcej niż człowiek prywatny umysłowych i pieniężnych środków do odpowiedniego zaopatrzenia okrętu.
— Ja sądzę, że „L’ horrible“ wytrzyma porównanie z każdym innym statkiem.
— I z tem się zgadzam, ale znam wyjątek, chociaż jeden jedyny.
— Jaki?
— „Swallow“ porucznika Parkera.
— „Swallow“? Zdaje mi się, że o niej słyszałam. Jaki to okręt?
— Klipper[18] z urządzeniem szonera[19].
— Gdzie stacyonowany?
— Jest w drodze tu z depeszami. O kilka stopni na południe stąd spotkałem się z nim i odebrałem od Parkera zlecenia. Zwrócił się na linię japońską, ale wkrótce stanie tu na kotwicy.
— Pragnę bardzo zobaczyć ten znakomity statek. Skąd Parker pochodzi?
— Prawdziwie nie mogę pani powiedzieć, bo sam tego nie wiem. Proszę panią uprzejmie coś przekąsić, chociaż obawiam się, że zastawa moja nie zadowoli smaku pani. Kucharzowi wojennego okrętu bardzo rzadko zdarza się przyrządzać menu dla pań.
— A pani będzie przyjemnie skosztować menu dzielnych marynarzy. Czy mogę o coś pana poprosić, panie poruczniku?
— Do usług, łaskawa pani!
— Zapraszam pana na dziś wieczór do siebie i spodziewam się, że pan przyprowadzi także resztę szarży.
— O ile tylko służba na to pozwoli.
— Dziękuję! Będzie to kolacya entre nous, którą będę się starała wedle sił odwzajemnić się za pańskie tak uprzejme przyjęcie.
— Pani de Voulettre może być wszędzie pewną takiego przyjęcia. Mam na przykład polecenie zaprosić panią tam na pancerną fregatę, choćby na kilka minut. Kapitan byłby za tę uprzejmość bardzo zobowiązany.
— Przyjmuję zaproszenie, ale pod warunkiem.
— A warunkiem tym będzie?
— Pańskie towarzystwo, panie poruczniku.
— Zgadzam się z całego serca!
Po śniadaniu kazał się z nią razem przewieźć na pancernik. Nie przeczuwający niczego oficer nie miał pojęcia o ukrytym celu tych odwiedzin. Również oczywiście nie wiedział, że majtkowie, których przyjął na statek na polecenie tej pani, planowali zamach na jego okręt. Nawet oni sami dali się oszukać; nie uwierzyliby, że pani de Voulettre i ów obcy z wielką blizną od ognia to jedna i ta sama osoba.
— A teraz, panowie — mówił dalej urzędnik policyjny — muszę w swem opowiadaniu wykonać wielki skok z San Francisko aż w owe strony Dzikiego Zachodu, w których znajduje się Sam Firegun z towarzyszami.
Wicher, który z wyciem przelatywał po równinie, wpada na skały i idzie na spoczynek. Chmury, które albo majestatycznie płynęły powoli po niebie, albo też gnane przez burzę przewalały się po firmamencie jak skłębione gromady upiorów, wylały swą zimną krew na ziemię i poszły na spoczynek. Rwący strumień i poważna rzeka, pędzona bez przestanku i wytchnienia przez nieubłagane prawo ciężkości pomiędzy brzegami, staczają się wkońcu do morza i idą na spoczynek. Ruch i spoczynek, to treść każdego życia jednostkowego jak i ogólnego, a zatem i ludzkiego.
Dzika prerya nie wie, co to gniazdo rodzinne, nie zna domowego ogniska, przy którem rodzina mogłaby używać szczęścia. Jak dzika zwierzyna pędzi, lub skrada się ostrożnie myśliwiec przez rozległe sawanny, a przed nim, obok niego i za nim pomyka niebezpieczeństwo i wiecznie grożąca śmierć. Lecz ciągle trwać to nie może, bo wkońcu uległaby jego olbrzymia siła fizyczna, jego wytrwała odwaga i niezłomna energia. On potrzebuje także odświeżenia sił, wytchnienia i spoczynku. Znajduje go w troskliwie wyszukanych miejscach, które urządza częścią w tym celu, a częścią dla gromadzenia tam zdobyczy; w tak zwanych „hiding-holes“ albo „hide-spots“.
W kilka dni po zaprowadzeniu traperów i gości przez Fireguna z „obozu“ do właściwego hide-spot, jechali przez prerye trzej ludzie, prowadząc na linewkach kilka mułów. Okoliczność ta wskazywała, że jechali „po mięso“, czyli na polowanie, ażeby swoich w żywność zaopatrzyć.
Jeden z nich był krótki i gruby, drugi niesłychanie chudy i długi, a trzeci wisiał na koniu, jak gdyby każdej chwili oczekiwał gwałtownego ataku cholery.
Zounds! — rzekł ten trzeci, usiłując się wyprostować. — Szkoda, że nie zostałem w naszej dziurze, zamiast jeździć na tym dyable i włóczyć się z wami po tej smutnej łące jak statek, który utracił ster i kompas. Ci dyabelscy synowie wmawiają w człowieka, że bizony chodzą tutaj jak mrówki, tymczasem od dwu dni jesteśmy w drodze, a nie widzieliśmy ani wołu, ani krowy, ani nawet nędznego cielęcia. A przytem trzęsie mną ten koń, jak flaszką z lekarstwem, że pewnie się rozlezę i wkońcu nie będę znał własnego imienia. Zarzućmy czemprędzej kotwicę! Komu się zachciewa mięsa, niech sobie rusza po nie! Ja go nie potrzebuję!
— Czy ci mięsa potrzeba, czy nie, to wszystko jedno, mój Piotrze — zauważył grubas — ale co będziesz jadł, jeśli go nie dostaniemy?
— Kogóżby, jeśli nie ciebie, tłusty Hammerdullu, hę? A może myślisz, że zabiorę się do Pitta Holbersa, na którym, prócz kości i skóry niegarbowanej, nic więcej nie znajdziesz?
— Co ty na to, Picie Holbersie, stary szopie? — roześmiał się Dick Hammerdull.
— Jeśli sądzisz, Dicku, że ten stary rekin powinien sam troszczyć się o siebie, to przyznaję ci zupełną słuszność. Ja nie nadkąsiłbym go za żadną cenę.
— Ja też wyprosiłbym to sobie! Ktoby chciał ukąsić sternika Piotra Poltera, musiałby być nieco innym zuchem, niż... Do kroćset! Popatrzcieno tu na ziemię! Tu ktoś przechodził. Nie wiem, czy to był człowiek, czy zwierzę, ale jeśli zbadacie trawę, to pokaże się, jaka to była kreatura.
Egad, Picie Holbersie! — rzekł Hammerdull. — To prawda. Trawa stratowana. Zsiadajmy!
Obaj myśliwcy zeskoczyli z koni i zaczęli badać ziemię, jak gdyby szło o ich życie.
— Hm, co ty na to, stary Picie? — spytał Hammerdull.
— Co ja na to? Jeśli sądzisz, Dicku, że to czerwonoskórcy, to przyznaję ci zupełną słuszność.
— Czy to byli oni, czy nie, to wszystko jedno, ale to pewna, że nikt inny. Piotrze Polterze, zsiądź, żeby cię nie było widać tak daleko!
— Dzięki Bogu, moi drodzy, że spotykamy tych czerwonych łotrów, bo nareszcie mogę zleźć z mojej bestyi! — odpowiedział, zeskakując z konia z taką miną, jak gdyby uniknął strasznego niebezpieczeństwa. — Iluż ich było?
— Pięciu. To pewne, a że to Ogellallajowie, to także nie ulega wątpliwości.
— Po czem poznajesz?
— Bo czterej z nich mają świeżo schwytane konie. Koń piątego uciekł nam, kiedyśmy ich zaskoczyli, i tego użyto do chwytania drugich. Bądźcie gotowi do walki! Musimy podążyć za nimi, ażeby zobaczyć, czego szukają!
Wszyscy trzej zbadali swe strzelby, przygotowali do użycia i ruszyli dalej śladami. Z kierunku śladów nie można było poznać, po co tamtędy szli ci, którzy je zostawili. Wreszcie doprowadziły one do wązkiej, ale głębokiej rzeczki, którą Indyanie musieli przepłynąć, bo świadczyły o tem ślady na drugim brzegu. Hammerdull zbadał, kryjąc się ostrożnie w krzakach, pagórkowaty teren, leżący po drugiej stronie wody.
— Musimy tam przejść. Czerwoni nie noszą się z dobrymi zamiarami. Jeśli nam się uda przedtem...
Nie dokończył. W powietrzu świsnęło lasso, owinęło mu się dokoła szyi i ściągnęło go z konia na ziemię. To samo stało się z obydwoma jego towarzyszami. Zanim zdołali pomyśleć o obronie, już byli owinięci straszliwymi rzemieniami i leżeli pod nieprzyjaciółmi, którzy im odebrali broń i skrępowali ich. Było to pięciu Indyan.
Z iście gigantycznym wysiłkiem bronił się sternik przed tem, żeby go nie związano, ale nie podołał; bawole rzemienie były zbyt mocne. Spowodował tem tylko pogardliwe mruczenie Indyan. Dick Hammerdull natomiast i Pitt Holbers przyjęli to spokojniej. Milcząc poddali się swemu losowi bez ruchu.
Teraz przystąpił do nich najmłodszy z dzikich. Trzy orle pióra zdobiły jego czuprynę, a z ramion jego zwieszała się skóra jaguara. Przypatrzył im się groźnym wzrokiem, a potem rzekł z pogardliwym ruchem ręki:
— Biali mężowie są słabi, jak szczenięta kujotów; nie zdołają rozerwać więzów!
— Co ten drab mówi? — zapytał towarzyszy Piotr Polter, który nie rozumiał języka dzikich.
Nie dostał odpowiedzi.
— Biali ludzie nie są myśliwcami. Nie widzą nic, nie słyszą i nie mają rozumu. Czerwony mąż ich zobaczył, gdy szli za nim. Przeprawił się przez wodę, ażeby ich zwieść, a potem wrócił. Biali nie nauczyli się chytrości i leżą, jak ropuchy, które się kijem rozbija.
Mille tonnere, czy powiecie mi nareszcie, co ten drab pyskuje, he? — krzyknął sternik, daremnie usiłując rozerwać krępujące go więzy.
Zagadnięci dalej milczeli.
— Biali ludzie są tchórzliwi, jak myszy. Boją się nawet mówić z czerwonym mężem. Wstydzą się, że leżą przed nim, jak...
— Do kroćset piorunów, pytam się, co on mówi, łajdaki! — ryknął Piotr, rozwścieczony z powodu ich milczenia raczej, aniżeli wskutek położenia, w jakie przez nieostrożność popadli.
— Czy on co mówi, czy nie, to wszystko jedno — rzekł Hammerdull — ale ciebie nazywa głupią i tchórzliwą ropuchą za to, że byłeś tak nieostrożny i dałeś mu się pochwycić.
— Głupią... tchórzliwą... ropuchą mię nazywa? I to tylko mnie? Czy was nie złapał także? Czekaj, hultaju, poznasz ty Piotra Poltera! Mnie samego przezywał, hahaha! Zaczekaj, pokażę ja ci, że ja jeden nie potrzebuję ciebie się obawiać!
Skurczył powoli napowrót żylaste członki. Indyanie odeszli na bok, by się pocichu naradzić i nie zauważyli tego ruchu.
— Raz, dwa, trzy! Do widzenia Hammerdullu, do widzenia Holbersie! A nadpłyńcie tam wkrótce za mną!
Ufność we własne siły nie zawiodła go w tym nadludzkim wysiłku. Rzemienie pękły, on poderwał się, poskoczył do konia, wsiadł nań i popędził.
Dzicy uważali za niepodobieństwo ucieczkę któregoś z pojmanych, a ruchy sternika były tak błyskawiczne, że ujechał był już dość znaczną przestrzeń, zanim chwycili za broń palną. Kule go nie dosięgły, ale dwaj, Indyanie dosiedli koni i puścili się w pogoń. Reszta pozostała przy jeńcach.
Podczas tego całego zdarzenia nie dał się słyszeć ani jeden okrzyk, nie padło ani jedno słowo. Teraz ten sam młody Indyanin, który mówił przedtem, przystąpił znowu do jeńców i zapytał:
— Czy znacie białego myśliwca, Sama Fireguna?
Zapytani nie zaszczycili go odpowiedzią.
— Znacie go, bo jest waszym wodzem. Ale znaliście także Matto-Siha, Łapę Niedźwiedzią, którego krew popłynęła z rąk waszych. On teraz już w wiecznych ostępach, a przed wami stoi syn jego, który postanowił pomścić na białych jego śmierć. Syn Matto-Siha poszedł z młodzieńcami za starszymi wojownikami, którzy chcieli pojmać konia ognistego i znalazł po dwakroć trupy swoich braci. Pochwycił potem nowe konie dla tych, którzy uszli z życiem i wyda teraz morderców na pal ognisty.
Odstąpił. Obydwu myśliwców przywiązano bez oporu z ich strony do koni, poczem ruszono przez rzeczkę do lasu, ciągnącego się wzdłuż pagórkowatego widnokręgu. Dzicy wiedzieli, że nie potrzebują troszczyć się o tych dwu, którzy pojechali za sternikiem.
Kiedy dotarli do lasu, zapadł był już wieczór. Trzymali się wobec tego skraju lasu, a potem zapuścili się nieco w głąb, dopóki nie spotkali gromady młodych Indyan, siedzących dokoła małego, przytłumionego ogniska. Jakkolwiek nie byli wojownikami dorosłymi, mimoto wyruszyli pod dowództwem syna Matto-Siha naprzeciw starszych w tym czasie, kiedy ci już wracali z napadu na pociąg. Zauważyli oczywiście przy tej sposobności ich klęskę. Zapłonęli żądzą zemsty za śmierć swoich i wpadli teraz w zachwyt na widok jeńców. Wysłuchali z uwagą sprawozdania młodego wodza, który stojąc wśród nich wyprostowany opowiadał im o wzięciu białych do niewoli, a potem objawił swe dalsze zamiary.
Częste okrzyki „uff“ dowodziły, że słowa jego zyskały ich poklask. Potem wystąpił jedyny znajdujący się wśród nich biały i zaczął:
— Niech Wielki Duch otworzy uszy czerwonych braci, ażeby zrozumieli to, co im chcę teraz powiedzieć.
Odchrząknąwszy kilka razy, mówił dalej:
— Sam Firegun to wielki myśliwiec; mocny jak niedźwiedź, a mądry jak kot za pniem sykomory, ale to wróg czerwonych mężów i zabrał im więcej niż sto skalpów. On to zabił słynnego wodza Ogellallajów, Matto-Siha, on wybił pół plemienia i wyswobodził się, kiedy wpadł w nasze ręce. Firegun zgromadził w swoim wigwamie złoto gór i ukrywał starannie przed okiem ludzkiem swoje mieszkanie. To mój wróg, dlatego zebrałem moich ludzi, ażeby znaleźć jego wigwam i odebrać mu złoto. W drodze spotkaliśmy czerwonych braci, połączyliśmy się z nimi i zgodziliśmy się, że oni wezmą krew, a my złoto nieprzyjaciół. Ale nie przyświecała nam szczęśliwa gwiazda na niebie. Wszyscy biali z wyjątkiem mnie wyginęli, a z czerwonych braci także tylko niewielu zostało przy życiu. Byliśmy bez broni i bez koni. Byłaby nas zniszczyła ostatnia nędza, gdybyśmy się byli nie natknęli na młodych wojowników plemienia, którzy wyruszyli, ażeby pokazać, że są godni walczyć w pierwszych szeregach. Oni pomszczą zabitych i zabiorą skalpy nieprzyjaciół, lecz w inny sposób, niż chce młody wódz.
Okrzyk zaciekawienia przebiegł grono słuchaczy, mowca zaś ciągnął dalej:
— My odkryliśmy wejście do wigwamu nieprzyjaciela. Mieszka on w jaskini, do której dochodzi się wzdłuż wody, przez co ślady nogi jego i konia są zawsze zatarte. Moi bracia wejdą tam w ciemnościach nocy i zabiją go we śnie. Niechaj jednak czerwoni bracia rozważą, że on nie jest bez straży i że im teraz uszedł jeden z ludzi, który mu doniesie, że zbliżają się czerwoni wojownicy. Ja znam lepszą drogę do jego kryjówki.
— Niech biały człowiek powie, jaką zna lepszą drogę! — rzekł młody wódz.
— Woda, która wpływa do jego wigwamu, nie zostaje w nim pewnie, lecz odpływa. Ja znalazłem to miejsce i zaprowadzę tam teraz młodego wodza, żeby zobaczył, czy można się tam dostać także po ziemi. Trzeba o to spytać jeńców!
Radę jego przyjęto z powszechnem uznaniem. Krąg Indyan rozdzielił się, a dowódca przystąpił do Pitta Holbersa i Dicka Hammerdulla, którzy leżeli w pobliżu związani i zakneblowani.
Słyszeli oni każde słowo. Domysł wrogiego trapera, że Firegun będzie przygotowany na napad uważali za trafny, lecz nie wiedzieli nic o drugiem wejściu do hide-spot.
Kryjówkę Fireguna tworzyła jaskinia, powstała z natury we wnętrzu wapiennej góry. Dojście do niej wyżłobił potok, który w głębi jaskini rzucał się w ciemną otchłań wnętrza góry i znikał tam zdaniem myśliwców. Firegun odkrył sam tę jaskinię i urządził ją na kryjówkę, a o jej właściwościach mówił zawsze zaledwie tyle, że tylko do wodospadu można po niej chodzić.
Pojmanym wyjęto z ust kneble, potem zaprowadzono ich w obręb koła, gdzie biały traper rozpoczął przesłuchanie:
— Jesteście ludźmi Sama Fireguna?
Hammerdull nie spojrzał nań nawet, lecz zwrócił się do przyjaciela:
— Cóż, Picie Holbersie, ty stary szopie, czy będziemy odpowiadali temu zdrajcy i drabowi?
— Hm, jeśli sądzisz, Dicku, że to nam nie zaszkodzi, ani wstydu nie przyniesie, to wpakuj mu parę słów w uszy!
— Czy mu wpakuję, czy nie, to wszystko jedno, ale mógłby naprawdę pomyśleć, że ze strachu przed nim i przed Indyanami utraciliśmy mowę. Odezwiemy się więc trochę!
Traper nie rozgniewał się za nazwanie go zdrajcą drabem i powtórzył pytanie:
— Czy należycie do ludzi Sama Fireguna?
— My należymy, ale wy nie, bo kolonel otacza się tylko ludźmi uczciwymi.
— Przezywajcie, ile chcecie, jeśli sądzicie, że wam coś z tego przyjdzie. Ja nie mam na razie nic przeciwko temu. Jak się nazywacie?
— Gdybyście byli przed dwudziestu laty przeszli przez Mississipi i szukali przez lat czterdzieści, to bylibyście spotkali może kogoś, ktoby wam mógł powiedzieć, jak się nazywam. Ale teraz zapóźno.
— Nazwiska wasze są mi zresztą obojętne. Macie złoto w hide-spot?
— Nawet dużo, bardzo dużo, a w każdym razie więcej, niż wy stamtąd sobie potraficie zabrać.
— Gdzie zakopane?
— Gdzie jest zakopane, to wszystko jedno. Wam wolno je tylko znaleźć!
— Ilu was jest w towarzystwie?
— Tylu, że każdy z osobna poświeci wam na drogę.
— Kto był ten Indyanin, który dopomógł kolonelowi do wydobycia się z więzów?
— To mogę wam powiedzieć. Nazywa się mniej więcej Winnetou.
— Apacz?
— Apacz, czy nie, to wszystko jedno, ale to był on.
— Ile wyjść jest z kryjówki?
— Tyle, ilu tam ludzi przebywa.
— To znaczy?
— Dla każdego jedno i to samo. Nieprawdaż, Picie Holbersie, ty stary coonie?
— Jeśli tak sądzisz, Dicku, to ja to samo twierdzę.
— Opiszcie mi tę jaskinię!
— Przypatrzcie się jej własnemi oczyma, to wam większą korzyść przyniesie!
— Dobrze, jeśli tak chcecie! Moglibyście sobie ulżyć w swem położeniu, ale wy wolicie widocznie, żeby was wbito na pal i spalono. Zabiorą was oczywiście do wsi Ogellallajów, a co się tam z wami stanie, to możecie sobie wyobrazić.
— Czy nas wbiją na pal, czy spalą, to wszystko jedno, ale na razie jesteśmy jeszcze tutaj. Tymczasem pilnujcie się wy, bo mógłbym was trochę potłuc, ażebyście potem lepiej się prażyli i piekli, jeśli was zamiast nas spotka to szczęście!
Traper odwrócił się i rzekł do Indyan:
— Niechaj czerwoni bracia nałożą białym jeszcze silniejsze pęta. Oni zasługują na śmierć pod słupem męczeńskim!
Hammerdulla i Holbersa związano mocniej i obalono na ziemię. Ognisko płonęło, lecz podsycane tak skąpo i powoli, że woń dymu czuć było zaledwie o kilka kroków. Blaski wieczorne, które jeszcze przez pewien czas igrały na liściastem sklepieniu puszczy, zniknęły, zaczął coraz ciemniejszy zmrok zapadać, a pod powałą z liści panowała już taka ciemność, że chyba tylko bystre oczy westmana lub Indyanina mogły rozróżnić najbliższe przedmioty.
Wtem wyruszył traper z młodym wodzem, ażeby mu pokazać jaskinię Fireguna. Reszta wojowników została. Młody wódz miał dokonać pierwszego czynu wojennego, a chociaż zwyczajem swej rasy nie dał nic poznać po sobie, przecież w duchu pragnął udowodnić, że jest godzien wliczenia w szeregi dorosłych wojowników.
Szedł w milczeniu za białym. Droga, której traper nie zmylił mimo ciemności, wiodła w prostym kierunku przez las, pomiędzy olbrzymie pnie tysiącletnich dębów i buków, aż do rzeczki, wzdłuż której posuwali się ze zdwojoną ostrożnością.
W pewien czas dostali się na miejsce, gdzie woda otoczona gestemi zaroślami wypływała ze stóp góry. Traper rozsunął zarośla i zniknął za niemi, a Indyanin poszedł za nim. Znaleźli się w nizkiej, naturalnej sztolni, której dno tworzyło łożysko potoku.
Droga, którą odbywali, była pełna trudów i uciążliwa. Traper szedł nią także po raz pierwszy, a dawniej był tylko u wejścia. Już pół godziny leźli we wnętrzu góry przeciw prądowi małej, lecz szybko płynącej, wody, kiedy naraz doleciał ich szum, który wzmagał się z każdą chwilą, a wkońcu zamienił się w łoskot, przygłuszający najdonioślejszy dźwięk głosu ludzkiego.
Stanęli przed prostopadłym prawie wodospadem. W górze nad nimi znajdował się hide-spot Sama Fireguna, a tuż pod nogami pewnie bardzo głęboki, przez wodę wyżłobiony, kocioł, z którego wypływały wartko fale. Traper pomyślał sobie, że jeśli tego strumienia używano rzeczywiście jako wyjścia tajemnego, to musiał tam być jakiś przyrząd, za pomocą którego wydostawano się w górę lub na dół obok wodospadu.
Począł szukać, macając po ścianach. Oczekiwania go nie zawiodły, bo wkrótce uchwycił ręką mocną, dobrze przytwierdzoną, linę z włókien wijących się roślin, pozwiązywaną w węzły tak, że bez wielkiego wysiłku można było poruszać się po niej w górę i na dół.
O tem odkryciu zawiadomił towarzysza za pomocą znaków, danych palcami, bo mówić nie mógł, powiedział, co należy teraz zrobić, popróbował raz jeszcze, czy lina dobrze przytwierdzona i zaczął zwolna piąć się w górę.
Indyanin uczynił to samo.
Dla niewtajemniczonych była to niebezpieczna, straszna nawet droga. Trzeba było piąć się mozolnie w górę w deszczu rozbitej w wodospadzie wody, która, mocząc im ubranie, ogłuszała ich niemal łoskotem w tej ciasnej przestrzeni. Równocześnie czyhała pod nimi nieznana głębia, a nad nimi może czujny nieprzyjaciel. Ale nie cofnęli się, jeden powodowany żądzą czynu, a drugi żądzą złota.
Szczęśliwie stanęli w górnem łożysku potoku. Wskutek szumu wodospadu nie mogli dosłyszeć przed sobą żadnego szmeru. Posuwali się powoli dalej, macając po ścianach, aż szum przycichł prawie zupełnie. Wtem zatrzymał się traper, bo wydało mu się, że doleciały go jakieś głosy ludzkie. Wyjąwszy nóż i ukryty dotąd z powodu wody rewolwer, skradał się możliwie cicho, a za nim Indyanin, również gotowy do walki. Głosy stały się wyraźniejsze. Podchodzący pokładli się teraz na ziemi i zaczęli nadsłuchiwać. Ktoś mówił:
— To przeklęte! Te rzemienie wcinają mi się w ciało, jak noże. Niech dyabeł porwie Fireguna i jego całe towarzystwo!
— Nie uskarżaj się daremnie, bo to położenia naszego nie naprawi! Sami jesteśmy temu winni. Gdybyśmy byli lepiej czuwali, byliby nas tak haniebnie nie zaskoczyli. Winnetou, to prawdziwy dyabeł, kolonel to olbrzym, a reszta to ludzie, którzy nieraz mieli już w swojem ciele ostry nóż. Pozostaje nam jednak przynajmniej ta pociecha, że nas nie zabiją. To dużo znaczy. Wkrótce będę miał ręce wolne, a potem, sacrebleu, policzę się z nimi, bo...
— Sandersie, mr. Sandersie, to wy? — zabrzmiało ciche pytanie z głębi jaskini, w której leżeli związani Sanders Letrier.
— Kto tam? — szepnął zapytany z uczuciem największej niespodzianki.
— Powiedzcie pierwej, kto wy?
— Henryk Sanders i Piotr Wolf, nikt więcej. Leżymy tu pojmani i skrępowani. Nasi wrogowie są daleko na przedzie i nie mogą nas dosłyszeć. A kto wy jesteście?
— Zaraz się dowiecie. Podajcieno rzemienie! Zdejmiemy je wam.
Kilku cięciami wyswobodzono jeńców z więzów. Wszyscy czterej poznali się nawzajem i porozumieli rychło.
— Jak dostaliście się do jaskini? — zapytał Sanders. — Ona ciągnie się tylko do wodospadu!
— Tak, ale tylko dla głupca, nie umiejącego myśleć, ja natomiast bez najmniejszego trudu przejrzałem sztuczki Fireguna. Przecież woda nie może gubić się tu w górze.
— Prawda!
— Musi mieć jakieś ujście!
— Oczywiście! Że też ja o tem nie pomyślałem!
— Ja odnalazłem to wyjście i coś jeszcze w dodatku.
— Co, co? — nalegał Sanders.
— Obok wodospadu wisi lina. Po niej można się dostać na dół do spokojnie płynącego potoku, a stamtąd na świat. Idziecie oczywiście z nami?
Sanders namyślał się przez kilka sekund.
— Poszlibyśmy chętnie, ale nie możemy.
— Czemu nie? Boicie się liny?
— Ba! Z podobnemi linami my mieliśmy może więcej do czynienia, niż wy. Ale jeśli pójdziemy za wami, zepsujemy wam i sobie całą rzecz.
— Jakto?
— Będzie lepiej, jeśli nas napowrót zwiążecie i zostawicie tutaj, dopóki nie wrócicie ze swoimi Indyanami.
— Sądzę, że wam tu zbyt dobrze się nie powodzi!
— Gdybym się bał kogokolwiek, nie zostałbym tu pewnie. Ale zważcie, ile tu złota nagromadzono! Jeśli zawcześnie odkryją naszą ucieczkę, będzie ono dla nas stracone, a jeśli później po nie wrócimy, urządzimy sobie poszukiwanie za niem, że nam tchu zabraknie.
— Do dyabła, macie słuszność! Powinienem byt prędzej o tem pomyśleć! Żeby tu wrócić, potrzebujemy kilku godzin, a przez ten czas mogłoby wszystko przepaść. Czy rzeczywiście odważycie się zostać tu nadal?
— Niepotrzebne pytanie! Spodziewam się tylko, że nas nie opuścicie.
— Bądźcie o to spokojni! Czerwoni gentlemani muszą to towarzystwo wziąć na słówko, a ja nie jestem taki głupi, żebym zostawiał tu szlachetny kruszec.
— Skrępujcie więc nas napowrót!
— Zwiążę was niezbyt mocno, a tu macie nóż na wszelki wypadek. Tak, to już gotowe, a teraz precz!
Obaj śmiałkowie zniknęli bez szmeru, a jeńcy zajęli poprzednie położenie. Czuli się o wiele pewniejsi i silniejsi na duchu, aniżeli przed chwilą.
Kiedy to działo się w kryjówce, stał mały Bill Potter przed nią, wsparty o drzewo i słuchał uważnie każdego szmeru, który go w ciszy nocnej dochodził. Objął ten posterunek, żeby dbać o bezpieczeństwo całego towarzystwa.
Wtem usłyszał plusk szybkich kroków w potoku. Rzucił się na ziemię, ażeby zbliżającego się lepiej poznać, a jemu się nie pokazać. Przybysz stanął w pobliżu, starając się przebić wzrokiem ciemności.
Have-care — attention, czy tu niema nikogo na straży? — spytał.
— Piotrze Polter, czy to ty?.
— No, kimże miałbym być, jeśli nie Piotrem Polterem, he? Kogóż właściwie kolonel tutaj postawił?
— Kto ja jestem? Hihihi! Piotr Polter nie poznaje Billa Pottera, a stoi przed nim o dwie stopy taki długi, jak pień sykomory! Gdzie są tamci?
— Jacy tamci, stary trutniu?
— No, Hammerdull i Holbers! A co się stało z mięsem, które mieliście przynieść?
— Idźcie sami po mięso, oraz po Grubasa i Cienkosza. Znajdziecie wszystko u Indyan tam nad rzeką, jeśli przedtem nie pojadą dalej.
— U Indyan, nad rzeką? Co to ma znaczyć?
— To znaczy, że nie mam czasu wdawać się z tobą w długie rozmowy! — odparł Polter. — Muszę iść do kolonela, a ty potem dowiesz się o wszystkiem.
Zwrócił się ku wejściu do jaskini, gdzie myśliwi siedzieli przy ognisku. Sam Firegun poznał nadchodzącego.
— Już tu, sterniku? — spytał. — A tamci zostali z mięsem?
— Tak, z czerwonem mięsem, sir! Są pojmani, a teraz zostaną powieszeni, zastrzeleni, albo pożarci; zresztą mnie to wszystko jedno.
Wszyscy zerwali się na równe nogi.
— Pojmani? Przez kogo? Opowiedz! — zawołali.
— Zaraz. Podajcie mi najpierw stamtąd jaki łyk i kąsek. Płynąłem, jak kuter awizowy[20] i trzeszczę we wszystkich spojeniach, jak podziurawiony. Niech mnie dyabeł porwie, jeśli jeszcze kiedy pójdę na tę nieszczęsną preryę i usadowię się na grzbiecie takiej bestyi, która mi tak dmie w szmaty, że tracę kierunek i nie mogę go znaleźć! Żeby to bydlę samo było nie przeczuło hide-spot, byłbym jeszcze z dziesięć lat uganiał po trawach!
Dano mu zjeść i wypić. Teraz dopiero zaczął opowiadać, czem wywołał niemałe rozdrażnienie, chociaż u przywykłych do milczenia i panowania nad sobą myśliwców nie wybuchło ono tak hałaśliwie.
— Hammerdull i Holbers pojmani? — pytał Firegun. — Trzeba ich uwolnić i to jak najrychlej, bo czerwoni załatwią się z nimi krótko!
— Wyruszymy natychmiast! — rzekłem ja, gdyż polubiłem tych oryginalnych traperów i chciałem im jak najprędzej pośpieszyć z pomocą.
— Tak — potwierdził Wallerstein — bo Indyanie się oddalą i nie zdołamy ich potem doścignąć!
Sam Firegun uśmiechnął się.
— Musicie zaczekać do rana, bo w ciemności nie rozpoznamy śladów. Wątpię nawet, czy nas sternik potrafi zaprowadzić nad rzekę, gdzie ich zaskoczono.
— Ja? Nad rzekę? — spytał rozzłoszczony. — Co mnie obchodzi ta nędzna woda, gdzie doznaliśmy takiego rozbicia? Każę się przepiłować od góry do dołu, jeśli zdołam powiedzieć, czy ta bajura leży na prawo, czy na lewo. Nie miałem przy sobie ani kompasu, ani liny. Grubas i Cienkosz holowali mnie tak, że nie starałem się ani trochę zważać na kierunek. Potem sadziła ze mną ta bestya tak, że wzrok i słuch postradałem. Co ja mogę wiedzieć o waszej wodzie? Dajcie mi spokój!
— Hihihi — śmiał się Bill Potter, który nadszedł w tej chwili. — Ten wielki człowiek jeździ po preryi i nie wie, gdzie był! Teraz będziemy musieli iść jego tropem, zanim znajdziemy ślady Indyan. Czy to nie śmieszne, he?
— Czy zamkniesz dziób, ty kreaturko maleńka? — huknął nań sternik, dotknięty tą obelgą. — Kiedy stoję na pokładzie dobrego okrętu, to znam kierunek, w którym płynę, ale na sawannie i do tego na grzbiecie cholerycznego bydlęcia tak jest źle człowiekowi, że z bolu serca nie pamięta o rozumie. Jeśli tęsknisz za czerwonymi, to sam ich sobie poszukaj!
— Ja sądzę, że nie potrzeba szukać tropu ani sternika, ani Indyan — przerwał Firegun tę zabawną kłótnię. — Młodzi Ogellallajowie wyjechali w wojennym zapale naprzeciwko starszych wojowników, znaleźli ich trupy i pragną teraz zemsty. Wyszukali sobie pewnie bezpieczne obozowisko i zawlekli tam pojmanych. Tam będą wypytywali o hide-spot, lecz Hammerdull i Holbers zginą raczej, a nie zdradzą nas. Indyanom więc niełatwo będzie znaleźć naszą kryjówkę, ale ich zbiegli towarzysze musieli się z nimi połączyć, a że znają okolicę tej kryjówki, przeto postanowią na nas napaść i to rychło, ażeby zbiegły sternik nie mógł nas ostrzec. Z tego powodu pewnie już są w drodze, wystarczy więc, jeśli na nich zaczekamy. Niech zatem straż wróci na swoje miejsce. My będziemy w pogotowiu. Precz z ogniskiem! Tylko smolaki mogą się palić w jaskini. Ja popatrzę do jeńców.
— Ja pójdę ze stryjem — rzekł Wallerstein. — Mnie najbardziej zależy na tem, żeby się upewnić, czy jeszcze są.
Wziął jedną z płonących smolnych gałęzi i poświecił idącemu przodem kolonelowi.
Przybywszy do pojmanych, rzucił Firegun na nich badawcze spojrzenie. Oko jego padło przy tem na wilgotny grunt wapienny jaskini. Po twarzy przemknął mu błyskawicznie wyraz niespodzianego zdziwienia, którego nie można było zauważyć, bo ponury blask padał nań z boku.
— Wszystko bezpieczne. Chodź! — rzekł spokojnie i opuścił to miejsce z bratankiem. Kiedy jednak wrócił do towarzyszy, wystarczył półgłośny okrzyk, ażeby ich czemprędzej zwołać.
— Słuchajcie, ludzie! Dobrze odgadłem. Indyanie są nietylko w drodze do nas, lecz byli już w naszej kryjówce! Odnaleźli ją!
Ździwienie, graniczące z przestrachem, odbiło się na twarzach myśliwców, którzy natychmiast chwycili noże i rewolwery.
— Muszę wam teraz wyjawić tajemnicę, o której ze względu na ogólne bezpieczeństwo nie mówiłem dotąd ani słowa. Jaskinia ma ukryte wyjście.
— Ach! — zabrzmiało dokoła.
— Znalazłem je w tym samym dniu, co i samą jaskinię. Woda spada w tyle w głąb i wybiła tam kocioł, z którego wypływa wnętrzem góry. Przymocowałem wówczas dobrze zwiniętą podwójną linę obok wodospadu, spuściłem się na dół i zobaczyłem, że wzdłuż potoku można się całkiem dobrze wydostać na świat. Lina wisi tam jeszcze i znajduje się w dobrym stanie. Teraz, kiedy byłem u więźniów, zauważyłem na ziemi ślady stóp obcych, a rzut oka przekonał mnie, że więzy ich rozluźnione.
— Jak to się stało? — zapytałem. — Sam ich mocno związałem. Rozluźnić im rzemienie mógł tylko ktoś obcy.
— Indyanie wysłali kilku ludzi na zwiady i tym udało się znaleźć to wyjście. Weszli w nie, wydostali się po linie na górę, znaleźli więźniów, rozluźnili im pęta i zostawili pewnie broń jakąś. Potem wrócili po swoich.
— Czemuż nie zabrali Sandersa i Letriera z sobą? — spytał Wallerstein.
— Bo wszystko byłoby zdradzone, gdybyśmy przedwcześnie odkryli ich nieobecność. Przedewszystkiem należy tych dwu drabów uczynić nieszkodliwymi i związać ich nanowo. Dalej chłopcze! My pójdziemy naprzód, a reszta cicho za nami, ażeby rzucić się na nich, gdyby próbowali oporu. Unikać wszelkiego rozlewu krwi!
Podczas tej rozmowy odbywała się w grocie druga półgłosem.
— Janie, czy widziałeś to spojrzenie? — zapytał Sanders szeptem po oddaleniu się Fireguna i Wallersteina.
— Jakie spojrzenie?
— Które kolonel rzucił na ziemię.
— Nie patrzyłem wcale na niego.
— On odkrył wszystko.
— Nie może być! Przecież odszedł zupełnie uspokojony.
— To było tylko chytrze udane! Zobaczył ślady myśliwca i Indyanina i twarz drgnęła mu podejrzanie. Potem popatrzył krótko na nasze więzy, a brzmienie słów jego „wszystko bezpieczne“ utwierdziło mię w tem przekonaniu, że wszystko przejrzał.
— Szatan! A jeśli poszedł teraz po ludzi, by nas związać nanowo? Możnaby zwaryować!
— Przyjdzie z nimi napewno.
— W takim razie ja będę się bronił do ostatniej kropli krwi; bo jeśli nas znowu skrępują, to wszystko przepadnie. Wsadzą nas gdzie indziej, a tu na naszym miejscu przyjmą Indyan.
— To pewnie się stanie, ale opór — byłby zupełnie bez celu.
— Dlaczego?
— Pokonanoby nas przecież. Najprostszą i jedyną drogą jest natychmiastowa ucieczka.
— A jeśli ty się mylisz, kapitanie, jeśli stary nic nie zauważył?
— To byłoby jeszcze lepiej dla nas. Nie przyszliby tu przed przybyciem Indyan i nie zauważyliby naszej ucieczki, a plan napadu nie byłby zdradzony. Ja się zabieram. Wszak słyszeliśmy, gdzie droga. Prędzej, Janie, żeby nie było zapóźno!
Powstali z ziemi i uwolnili się od rzemieni, poczem ruszyli za szmerem wody. Po dłuższe m szukaniu znaleźli sznur i zaczęli się po nim spuszczać. Gdy zawiśli nad wzburzonem i szumiącem wyżłobieniem, zbadał naprzód Sanders nogami ściany skalne i znalazł nizki boczny otwór, w który wciskały się odpływające fale. Jednym rozmachem dostał się doń i przyciągnął linę do siebie, ażeby wskazać kierunek towarzyszowi. Była to chwila niebezpieczna dla zbiegów, bo z powodu łoskotu wody nie mogli się z sobą porozumieć. Ale śmiałe przedsięwzięcie się udało. Brodząc w wodzie w pochylonej postawie wyszli w kilka minut mokrzy, ale zdrowi na wolne powietrze.
Wyprostowali zmęczone członki i zatrzymali się na chwilę, aby odsapnąć ze zmęczenia.
— Tu musimy zaczekać na Indyan — rzekł Letrier.
— To niebezpieczne. Firegun każe nas z pewnością zaraz ścigać, gdy spostrzeże naszą ucieczkę. Chodźmy dalej!
— Ależ nie wiemy, gdzie jest obóz Indyan!
— To nic! Nie potrzebujemy iść daleko. Wyszukamy sobie tutaj kryjówkę i zaczekamy na dalsze wypadki.
— Masz słuszność, kapitanie; gdybyśmy bowiem teraz natknęli się na Indyan, musielibyśmy z nimi wrócić, a ja do tego wcale nie czuję ochoty. Spróbujmy zamiast siebie posłać tych zacnych ludzi w ogień, a potem zobaczymy, jak będzie można najpraktyczniej dobrać się do kasztanów.
— I ja tak sądzę. Chodź!
Weszli kilka kroków w zarośla i ukryli się w ich splątanym gąszczu. Zachowując się jak najciszej, nadsłuchiwali uważnie w ciemności nocnej.
Wtem dał się słyszeć szelest, podobny do szmeru, wywołanego przez chrząszcza.
— Indyanie! — szepnął Sanders.
Nie mylił się istotnie. Z białym strzelcem i synem Matto-Siha na czele zbliżali się oni jeden za drugim z nadzwyczajną ostrożnością. Stanąwszy przed ukrytem wejściem, odbyli krótką naradę, poczeru jeden po drugim zniknęli w małym otworze. Dwaj zostali na straży.
Upłynęło sporo czasu. Niebo, którego przedtem nie można było odróżnić od czarnego dachu listowia, zaczęło odeń odbijać; potem poszczególne pnie, grubsze konary i gałęzie stały się wyraźniejsze. Tu i ówdzie zbudzony ptak odezwał się porannym okrzykiem, noc ustępowała powoli przed dniem, wreszcie świt zaczął szarzeć na dobre.
Czuwający Indyanie stali bez ruchu nad brzegiem potoku tam, gdzie wypływał z góry. Z pewnością niecierpliwili się tem, że towarzysze ich tak długo nie wracali, nie okazywali tego jednak najmniejszym rysem swych spiżowych twarzy, bo już jako chłopcy nauczyli się bezwzględnie panować nad sobą i przytłumiać najgwałtowniejsze uczucia. Wyglądali jak dwa posągi, wsparte na lufach strzelb i uzbrojone rozmaitą bronią indyańską.
Naraz huknęły dwa strzały tak równocześnie, że zabrzmiały jakby jeden, a strażnicy padli na ziemię z przestrzelonemi głowami. W następnej chwili podniosły się obok nich dwie postaci, które niepostrzeżenie przeszły przez otwór wodny. Byli to Sam Firegun i mały Bill Potter.
— Hihihi! — zaśmiał się drugi. — Zawcześnie wyleciały z gniazda te dzieci, nie nauczywszy się jeszcze dobrze słuchać i patrzeć. Widzicie teraz, kolonelu, że miałem słuszność. Zapomnieli zatrzeć swoje ślady i teraz możemy znaleźć ich obóz, w którym znajduje się nasz Gruby i Cienki.
— Czy odważysz się sam wrócić do jaskini?
— Czemu nie? Czy sądzicie może, że Bill Potter boi się dwu kropel wody, któreby musiał połknąć?
— To wracaj! Ja poszukam tu śladów, a ty sprowadź tamtych dokoła góry na to miejsce. Niech zostanie tylko zwyczajna straż, bo plac oczyszczony zupełnie. Ja pójdę naprzód, a wy za mną, ale śpieszcie się, żebyście mnie doścignęli niedługo!
Mały traper zniknął w otworze, a Sam Firegun ruszył tropem Indyan, który był tak wyraźny, że przynajmniej na początek pościgu nie potrzeba było zwracać nań zbytnio uwagi. Myśliwiec przeto pobieżnie tylko obejmował go okiem razem z przyległym terenem, wskutek tego nie zauważył śladów, zostawionych w ciemnościach nocnych przez obu zbiegów. Idąc za tropem Ogellallajów, znalazł się wkrótce między drzewami lasu.
I znowu upłynął pewien czas, poczem Sanders wyszeptał:
— To nieszczęście, okropne nieszczęście! Poczciwi Indyanie wydostali się po linie do jaskini, ale tam natychmiast pozabijano ich wszystkich. Szkoda! I znowu stoimy dwaj przeciwko Firegunowi i jego ludziom.
— Czy byłoby lepiej, kapitanie, żebyśmy chyłkiem poszli za nimi? — spytał Letrier. — Jeśli chcemy umknąć szczęśliwie, to musimy bezwarunkowo mieć konie, a zostają nam tylko konie czerwonych.
— To jest niemożliwe. Myśliwcy przyszliby po nas i zauważyliby natychmiast nasze ślady.
— Co nam zaszkodzi, jeśli starego zrobimy raz na zawsze nieszkodliwym. Mamy przecież nóż!
— Dokonaliśmy, mój Janie, wielu trudnych rzeczy, ile westmanami nie jesteśmy. Kolonel cieszy się nawet bystrym słuchem i ma nad nami przewagę broni. Gdyby nawet udało nam się pchnąć go dobrze i dostać się do koni, to w kilka minut potem pędziłaby za nami cała wściekła zgraja.
— Gdy starego nie będzie, to przed resztą nie ma obawy. Głupi sternik, Wallerstein i ten szpieg policyjny nie znają preryi i są...
— A Apacz Winnetou? — wtrącił Sanders.
— Do dyabła! Zapomniałem o nim. Chez dieu, on sam potrafiłby nas doścignąć i roztrzaskać swoim przeklętym tomahawkiem. Ale co robić? Wiecznie nie możemy tu przecież leżeć.
— Masz słabą głowę, mój Janie. W jaskini Fireguna nagromadzono ogromne skarby.
— I cóż z tego?
— Nam trzeba złota.
— Czy poprosimy Fireguna, żeby nam je darował?
— Ba! Sami sobie weźmiemy.
— Kiedy?
— Skoro tylko traperzy się oddalą.
— A jak?
— Bardzo łatwo. Czy nie przychodzi ci żadna myśl do głowy?
— Nie; przychodzi mi tylko to na myśl, że wpadliśmy w nędzną pułapkę.
— Z której wydostaniemy się wkrótce.
— W jaki sposób?
— Zaczekamy, dopóki myśliwi nie odejdą.
— A potem?
— Potem — szepnął Sanders, choć nikt ich nie podsłuchiwał — potem wrócimy tą samą drogą, którą przyszliśmy tutaj.
— Do jaskini?
— To się rozumie!
— I damy się tam pozabijać!
— Albo nie. Słyszałeś, że tylko jeden myśliwiec ma pozostać na straży. Będzie stał daleko od jaskini nad potokiem i nie zauważy nas.
— Słusznie! Kolonel popełnił gruby błąd, nie zostawiwszy straży tu nad potokiem.
— Oczywiście. Wrócimy zatem do groty.
— Wrócimy do groty! — zawołał Letrier, któremu zaczęło się to podobać.
— I poszukamy złota.
— Złota...?
— Zabierzemy je i...
— I...?
— Uzbroimy się, bo w kryjówce jest dość narzędzi do strzelania i kłucia.
— To prawda. Tam jest cała zbrojownia.
— Następnie zakłujemy strażnika.
— To konieczne.
— Potem weźmiemy sobie dwa dobre konie.
— Gdzie one stoją, kapitanie?
— Nie wiem jeszcze, ale znajdą się pewnie. Myśliwcy jeżdżą zawsze wzdłuż potoku, w pobliżu więc musi być jakieś miejsce, w którem przywiązują konie. Jeśli zbadamy uważnie brzegi, to natrafimy na nie całkiem pewnie.
— A potem? — zapytał Letrier.
— Potem w świat! Dokąd, to się dopiero pokaże, ale w każdym razie na zachód, bo na wschodzie nie mamy co robić. Tyle tam na nas nacięli karbów nietylko w ostatnich, lecz także w dawniejszych czasach, że nie możemy się pojawić w Stanach wschodnich. Gdy dostaniemy pieniądze lub złoto, będziemy się starali dotrzeć do San Francisko...
Przestał mówić, bo szelest, który go z boku doszedł, zmusił go do milczenia.
Odezwały się ciche kroki. To Bill Potter przedzierał się przez zarośla, a za nim wszyscy z wyjątkiem tego, który został na straży. Winnetou był także z nimi. Nie zatrzymując się, szli śladami Fireguna, który przedtem zaznaczył je dla nich wyraźnie. Obaj ukryci przestali oddychać, bo za jednem spojrzeniem swych bystrych i wprawnych oczu Indyanin mógł spostrzec zatarte nieco ich ślady. Ale niebezpieczeństwo ominęło ich szczęśliwie, bo Winnetou zdał się na idącego przodem trapera i nie zwracał wcale uwagi na ziemię.
Grace à dieu! — rzekł Letrier, kiedy w dali przebrzmiały odgłosy kroków. — Teraz rzeczywiście wisiało życie nasze na włosku. Choć przemokłem do nitki, mimoto spociłem się, jak w łaźni.
— Teraz czas. Musimy jednak być ostrożni i zacierać wszelkie ślady za sobą.
Czynność ta sprawiała im, jako niewprawnym, takie trudności, że upłynęła dobra chwila, zanim zniknęli w otworze potoku. Znali już drogę i dostali się szczęśliwie na górę. Letrier, który wspinał się za swoim panem, puścił właśnie linę i stanął na ziemi, kiedy poczuł, że go Sanders zatrzymał. Stali przed mnóstwem leżących dokoła ciał ludzkich. Ze zgrozą przekonali się, że to młodzi Indyanie. Przeszli przez trupy i dostali się tak do groty, w której przedtem leżeli skrępowani. Tutaj mogli pomówić.
Letrier wstrząsnął się.
— Brr, kapitanie! Tych biednych chłopców chwytano jednego po drugim i zabijano, kiedy wchodzili do kryjówki. To szczęście, żeśmy się tam w lesie zatrzymali, bo bylibyśmy musieli pójść z nimi na niechybną śmierć.
— Teraz niema czasu na takie rozważania. Naprzód i to najpierw do broni!
Powrócili do kryjówki, opuszczonej teraz przez traperów. Tylko jeden człowiek stał na straży po drugiej stronie.
W głównym przedziale jaskini były wejścia do komór bocznych. Jedna z nich obwieszona była najróżnorodniejszemi narzędziami wojennemi, jakich wymaga życie na preryi. Znajdowało się tam również mnóstwo prochu, ołowiu i form na kule. Żywność, chociaż w małym zapasie, nagromadzona była w drugiej komorze. W głównej grocie paliła się lampa łojowa, służąca do oświetlenia.
Obaj zaopatrzyli się najpierw we wszystko, czego potrzebowali do uzbrojenia się i ubrania, a potem zaczęli szukać bogactw ukrytych.
Wszelkie trudy okazały się daremnemi. Czas drogi upływał szybko, wobec czego musieli z każdą chwilą coraz pośpieszniej szukać.
— Schowane zanadto troskliwie, Janie — rzekł wkońcu Sanders, gdy przyszli do ostatniej komory. — Zresztą, gdybyśmy je nawet znaleźli, jak moglibyśmy je zabrać? Złoto jest ciężkie.
— Włożylibyśmy je na konie rezerwowe.
— To byłby sposób jedyny, ale opóźniłby naszą ucieczkę. Patrz, to zapewne osobne mieszkanie Fireguna!
Ściany tej komory obwieszone były niegarbowanemi skórami w celu powstrzymania wilgoci. Kilka z gruba ciosanych krzeseł i skrzyń stanowiło jej urządzenie. Szukający rzucili się natychmiast do skrzyń, lecz złota nie znaleźli tylko ubrania i inne przedmioty. Rozrzucili to w pośpiechu po ziemi. Wtem wydał Sanders słaby okrzyk radości. Znalazł stary portfel, który, owinięty troskliwie, leżał na dnie jednej ze skrzyń.
— To nie złoto, ale może mimo to ma jakąś wartość! — rzekł.
Wszedł do głównej groty, gdzie było jaśniej i otworzył portfel.
— Co tam jest, kapitanie? — zapytał Letrier z zaciekawieniem.
— Nic, zupełnie nic. Znowu się zawiodłem — odpowiedział spokojnie, lecz w duszy jego przewalały się fale wzruszenia.
Zawartość składała się z bardzo wartościowych kwitów depozytowych. Oto Sam Firegun odwiózł mnóstwo złota do rozmaitych banków na Wschodzie i kazał sobie na te sumy wystawić kwity. Obecny ich właściciel mógł je każdej chwili zmienić na bieżącą monetę. Ale tego Letrier nie potrzebował wiedzieć.
Sumy, zapisane na tych kwitach, nie należały wyłącznie do Fireguna, lecz do całego towarzystwa, dlatego były tak wysokie. W kryjówce było z pewnością mnóstwo złotego pyłu i nuggetów, ale nie można było ich znaleźć. W chwili właśnie, kiedy szukający wygłaszali na ten temat niechętne uwagi, usłyszeli szmer. To strażnik wchodził do groty. Sanders, który nabił był jeden ze znalezionych rewolwerów, zastrzelił go natychmiast.
— A teraz precz! — zawołał — Musimy dostać konie. Mam nadzieję, że je znajdziemy.
Zabrali wszystko, co znaleźli i skierowali się ku zwykle używanemu, przedniemu wchodowi do jaskini. Wyszedłszy z niej, udali się wzdłuż potoku i dostali się wkrótce na wązką drogę, która wiodła na polanę, zarosłą trawą, gdzie znajdowały się konie myśliwców.
Nie tracąc czasu, osiodłali szybko dwa, bo siodła i rzędy wisiały na drzewach, dosiedli ich i odjechali.
Tymczasem wszyscy myśliwcy z wyjątkiem tego, którego na jego zgubę zostawiono na straży, podążyli śladami Indyan, by wyswobodzić Dicka Hammerdulla i Pitta Holbersa. Sama Fireguna, który udał się przed nimi, doścignęli niebawem. Zabrał on z sobą wszystkich, bo nie wiedział, z ilu czerwonymi będzie sprawa. Szedł naprzód z Winnetou i obydwaj odczytywali ślady, wydeptane zresztą wyraźnie, bo czerwoni szli nocą. Mimo że podróż nie nastręczała trudności, dopiero w kilka godzin ujrzeli przed sobą las, w którym obozowali czerwoni wraz z jeńcami. Nie mogli zbliżyć się tam w prostej linii, bo byliby ich Indyanie dostrzegli stamtąd, zboczyli więc teraz z tropu i dostali się do lasu w punkcie, oddalonym może o milę angielską od tego miejsca, gdzie ślad gubił się między drzewami.
Teraz skręcili pod kątem do pierwotnego kierunku tak, że posuwali się do obozu nie z przodu lecz z boku. Z każdym krokiem musieli zachować większą ostrożność. Szukając ciągle osłony, pomykali wszyscy z krzaka do krzaka, od drzewa do drzewa, aż Winnetou, który pierwszy usłyszał głosy, dał znak idącym za nim, żeby się zatrzymali. Z Firegunem poczołgali się dalej i niebawem ujrzeli miejsce, o które im chodziło. Równocześnie zauważył kolonel, że niepotrzebnie zabrał z sobą wszystkich swoich ludzi, gdyż oprócz obydwu pojmanych leżących na ziemi, znajdowało się tam tylko trzech ludzi: dwaj Indyanie i biały, który doradził czerwonym napad na hide-spot. W kilku minutach otoczono to miejsce, owych trzech ludzi, którzy byliby musieli poddać się bez oporu, zastrzelono, choć wbrew woli Winnetou i Fireguna, poczem przecięto więzy jeńcom.
— Czemuż byliście tak nieostrożni, Dicku, że daliście się złapać takim chłopcom! — rzekł Sam Firegun.
— Czy ostrożni, czy nie, to wszystko jedno — odrzekł Grubas, prostując członki. — Pojmali nas i nic nie można było na to poradzić. Cóż ty na to, Picie Holbersie, stary szopie?
— Hm! — mruknął Długi. — Jeśli sądzisz, Dicku, że nie można było na to poradzić, to masz słuszność, gdyż nic na to nie poradziliśmy.
— I biały był z nimi! — dziwił się Firegun. — W takim razie oprócz Sandersa i Letriera umknął nam jeszcze jeden!
— Tak — potwierdził Hammerdull. — Ten właśnie drab odkrył hide-spot. Zaprowadził młodego wodza, aby mu drogę pokazać, ale nie poszedł, kiedy miano wykonać napad i tutaj został. Jakże wam się powiodło? Czerwoni nie powrócili.
— Zdmuchnięci wszyscy, a w jaki sposób, o tem w drodze się dowiesz. Ruszamy zaraz, bo zostawiliśmy w domu tylko jednego człowieka.
Jaki błąd przez to popełnił, to aż nadto dobrze zrozumiał, kiedy wrócili. Znaleźli bowiem zwłoki strażnika i zobaczyli, że przeszukano wszystkie przedziały jaskini. Kto to uczynił, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Ku swemu uspokojeniu przekonał się kolonel najpierw, że nie znaleziono zapasu pyłu złotego i nuggetów, ale przeraził się tem więcej, gdy zauważył brak portfelu z kwitami depozytowymi. Gniew jego z tego powodu udzielił się drugim i postanowiono jednogłośnie ścigać Sandersa i jego towarzysza. Chodziło bowiem nietylko o to, żeby pochwycić zbiegów, lecz także o portfel, którego zawartość przedstawiała znaczny majątek.
Te pieniądze właśnie mogły im ułatwić ucieczkę, skoroby tylko dostali się do miejsc zamieszkałych. Nie należało wobec tego zwlekać ani chwili z pościgiem. Musieliśmy jednak zaopatrzyć się w odpowiednie środki, ażeby nie wybierać się w pogoń bez pieniędzy. Wcałem nieszczęściu więc prawdziwem szczęściem było to, że zbiegowie nie znaleźli nuggetów.
Jeśli przedtem zrobiłem w opowiadaniu wielki skok z San Francisko aż na Dziki Zachód, to proszę teraz panów skoczyć ze mną z powrotem. Jesteśmy zatem znowu we Frisko, a raczej w pobliżu, w Oaklandzie, położonym nad zatoką. Kto bowiem jak my przybywa z Zachodu, musi się zatrzymać w Oaklandzie, bo zastępuje mu tam drogę zatoka San Francisko o jedenastu kilometrach szerokości. Nie jest to jednak przeszkodą, gdyż sposobności do przeprawienia się jest podostatkiem. Przewożono się podówczas nawet konno na szerokim promie oaklandzkim.
Jednym z takich promów przeprawili się dwaj jeźdźcy, nie zsiadłszy ze swoich wierzchowców, choć były bardzo zdrożone. Jeźdźcy również wyglądem swoim przypominali ludzi, którzy przez dłuższy czas nie korzystali wcale z błogosławieństwa cywilizacyi. Brody zwisały im na piersi bezładnie, kapelusze z szerokiemi kresami straciły kształt pierwotny i spadały im głęboko na twarze, a skórzane ubrania wyglądały, jakby zrobione z zeschłej, popękanej kory drzewnej. Całe ich wyekwipowanie wskazywało, że przebyli w ostatnim czasie ogromne trudy.
— Nareszcie, grace à dieu! — odetchnął jeden z nich głęboko — jesteśmy, Janie, tutaj, gdzie, jak przypuszczam, nic nam już bieda nie zrobi.
Drugi potrząsnął smętnie głową.
— Darujcie, kapitanie, ale ja nie podzielam z wami tej nadziei. Dopiero wtedy poczuję się bezpiecznym, gdy będę siedział na pokładzie dobrego okrętu, który w dodatku będzie płynął o kilka mil stąd. Niech mnie dyabeł porwie, jeśli kolonel ze swymi ludźmi nie następuje nam na pięty!
— To możliwe, ale nieprawdopodobne. Wobec tego, żeśmy go tak na wszystkie strony wodzili, pomyślał pewnie, że przez góry zwróciliśmy się do Brytańskiej Kolumbii. W każdym razie nienapróżno tak krążyliśmy.
— Życzę sobie, żebyście się nie mylili, ale nie ufam temu dyabelskiemu plemieniu traperów i uważam za najlepsze udać się jak najrychlej na pokład okrętu, który nie chce nic wiedzieć o tym nieszczęsnym kraju.
— Przedewszystkiem musimy zrobić się podobnymi do ludzi.
— Na to potrzeba dużo pieniędzy.
— Tyle musimy dostać i to zaraz. Popatrzno tam!
Wskazał ręką na barak, nad którego nizkim dachem widniał napis: „Jonatan Livingstone, horse-haggler“.
— Handlarz końmi? — rzekł Jean. — Dużo da za nasze zagłodzone zwierzęta!
— Zobaczymy!
Zwrócili konie ku wspomnianemu budynkowi. Kiedy tam zsiedli, wyszedł człowiek, w którym na odległość tysiąca kroków poznać było żyda handlarza.
— Do kogo, gentlemani? — zapytał.
— Do szanownego mr. Livingstone’a.
— Ja nim jestem.
— Czy kupujecie konie?
— Hm, tak... ale nie takie — odpowiedział z lekceważącem, lecz bystrem, spojrzeniem na ofiarowany mu towar.
Well, w takim razie good bye, sir!
Sanders dosiadł konia, udając, że chce się oddalić.
Slow, master, powoli, powoli. Pozwolicie chyba, żebym najpierw zwierzęta obejrzał!
— Skoro „takich“ nie kupujecie, to was żegnamy. Nie macie do czynienia z greenhornem!
— Tak, tak! To zsiądźcie znowu! Hm, nędzne, strasznie nędzne! Przybywacie pewnie z sawanny?
Yes!
— Niewiele mogę za nie dać, bo muszę być na to przygotowany, że mi padną — rzekł, mierząc konie wzrokiem dokładniej. — Ileż chcecie?
— Co dajecie?
— Za oba?
— Za oba.
— Hm, trzydzieści dolarów, nie więcej, ani też mniej.
Sanders wskoczył znów na siodło i odjechał, nie rzekłszy ani słowa.
Stop, sir, wy dokąd? Ja myślałem, że chcecie sprzedać konie!
— Tak, ale nie wam.
— Wróćcież! Dam czterdzieści.
— Sześćdziesiąt!
— Czterdzieści pięć!
— Sześćdziesiąt!
— Pięćdziesiąt!
— Sześćdziesiąt!
— Nie mogę! Pięćdziesiąt pięć i ani centa!
— Sześćdziesiąt i ani centa mniej. Żegnam.
— Sześćdziesiąt? Nie, ani mi się śni. Ale stańcie, zaczekajcie! Zostańcie, dostaniecie sześćdziesiąt, choć te bydlęta nie warte tych pieniędzy!
Sanders wrócił z uśmiechem i zsiadł z konia.
— Bierzcie je sobie i to ze wszystkiem.
— Wejdźcie do środka master. Niech tamten potrzyma je tymczasem.
Handlarz wprowadził go do małej izdebki, przedzielonej na dwie części starą zasłoną perkalową, za którą zniknął. Po chwili wyszedł z pieniądzmi.
— Oto sześćdziesiąt dolarów. Wzięliście okropne pieniądze!
— Nie róbcie się śmiesznym! Ale hm, czy znacie miasto?
— Nieźle.
— Możecie mi coś o niem powiedzieć?
— Pewnie chodzi warno boardinghouse?
— Nie, o porządny bank, albo lombard.
— Lombard? A tam czego chcecie?
— To rzecz uboczna.
— To rzecz główna, sir, jeśli sobie życzycie dobrej wiadomości.
— Chcę sprzedać kwity depozytowe.
— Na co?
— Na pył złoty i nuggety.
— Do kroćset piorunów! Na ile kwit opiewa?
— Mam ich więcej.
— To sprzyjało wam dyabelskie szczęście. Pokażcie!
— To do niczego nie doprowadzi.
— Czemu nie? Jeśli to dobry papier; to ja go sam kupię. Załatwiam czasem takie interesa, jeśli oczywiście przy tem można co zarobić.
— Oto jest!
Wydobył z portfelu, znalezionego w jaskini, jeden z kwitów i wręczył handlarzowi. Żyd zdziwił się i rzucił pełne szacunku spojrzenie na obdartego przybysza, który posiadał taki majątek.
— Dwadzieścia tysięcy dolarów, opiewające na właściciela, złożone w Banku Charles Brockmann, Omaha! Kwit jest dobry. Ile żądacie?
— Ile dajecie?
— Połowę.
Sanders wziął papier z jego ręki poszedł do drzwi.
— Żegnam, mr. Livingstone!
— Stójcie! Ile chcecie?
— Ośmnaście tysięcy wypłaci mi natychmiast każdy bankier. Ponieważ jednak jestem już u was i śpieszę się bardzo, to dacie szesnaście, a kwit będzie wasz.
— To niemożliwe. Nie wiem, czy jesteście prawnym...
Well, sir, nie chcecie, to dobrze!
Handlarz zatrzymał go za rękę, podnosił cenę coraz wyżej, aż wkońcu przyniósł z za kotary żądaną sumę. Należał on do tych kupców do wszystkiego, którym pomimo ich ubogiego wejrzenia i nędznego urządzenia domu nigdy nie brak gotówki.
— Oto pieniądze. Dziś znowu mam słaby dzień. Czy tamte kwity sprzedacie także?
— Nie. Żegnam!
Wyszedł, a Livingstone wyprowadził go i odebrał konie. Obydwaj przybysze oddalili się, a zjawił się służący, żeby konie rozsiodłać i uwolnić od uzdy.
— Dobry interes! — mruknął handlarz koni. — Przepyszna rasa i tęgo zbudowane. Dużo wytrzymały i przy dobrej opiece przyjdą do siebie.
Jeszcze nie oderwał był oczu od kupionych koni, kiedy zabrzmiał na ulicy głośny tętent. Nadjechali cwałem dwaj ludzie, którzy przeprawili się następnym promem. Jeden z nich był Indyaninem, a orle pióra, wplecione we włosy, wskazywały na godność wodza. Drugi był biały, herkulesowej postaci z jasnymi włosami, spływającymi mu na kark. I po nich widać było trudy podróży, ale ani oni, ani wspaniałe, wierzchowce nie okazywały śladów znużenia.
Przebiegając cwałem, rzucił Indyanin mimowolnie okiem ku domowi handlarza i zawrócił w tej chwili.
— Niech biały brat spojrzy na te konie! — zawołał.
Drugi pośpieszył za nim do baraku. Wystarczyło mu jedno spojrzenie. Ujrzawszy szyld, podjechał tuż do handlarza i pozdrowił go:
Good day, sir! Kupiliście właśnie te konie?
Yes, master — odrzekł handlarz.
— Od dwu ludzi, którzy dopiero co tu przyjechali?
Teraz podał dokładny opis Sandersa i Letriera.
— Zgadza się, master.
— Czy są jeszcze tutaj?
— Nie.
— Dokąd odeszli?
— Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi.
— Ale z pewnością znacie kierunek, w którym się udali?
— Skręcili tam za róg. Więcej nie potrafię powiedzieć.
Pytający zamyślił się na chwilę, rzucił na handlarza ostre, badawcze spojrzenie i mówił dalej:
— Czy kupujecie tylko konie?
— Konie i inne rzeczy.
— A nuggety?
— Także. Macie może?
— Tu nie, ale wiozą je za nami. Kupicie?
— Jeśliby można nieco później. Wydałem właśnie wszystkie pieniądze.
— Tym dwu ludziom?
— Jednemu.
— Czy sprzedał wam może depozyty?
— Tak.
— Jak wysokie?
— Na dwadzieścia tysięcy dolarów.
— Czy bylibyście tak dobrzy pokazać mi ten kwit na chwilę?
— Na co?
— Chcę zobaczyć, czy to ten gentleman, z którym pragniemy się spotkać.
— Hm! Kwit zobaczycie, ale nie dostaniecie do ręki.
Wszedł do baraku i wrócił niebawem z papierem.
Obcy przypatrzył się dokładnie i mruknął potem do siebie:
— Dostaliście od niego tylko ten jeden?
— Tak.
— Dziękuję, sir! Ci ludzie pewnie już nie wrócą. Gdyby to jednak nastąpiło, to nie kupujcie od nich nic, lecz każcie ich uwięzić. Te depozyty są moje, oni mi je ukradli. Może będę jeszcze u was.
Zawrócił konia, taksamo Indyanin, poczem odjechali obaj cwałem wzdłuż ulicy.
Nie zamienili z sobą ani słowa aż do bulwaru nad portem. Tam zapytał kolonel, gdyż on był tym białym:
— Mój czerwony brat towarzyszył mi na tropie rozbójników w sawannie. Czy zostanie przy mnie, gdy wsiądę na okręt?
— Wódz Apaczów, Winnetou, pójdzie z Firegunem przez całą ziemię i na wielką wodę. Howgh!
— Zbóje będą się pewnie starali umknąć na morze, będą więc dopytywali się o odchodzące okręty. My uczynimy to także i będziemy pilnowali tych statków. W ten sposób ich pochwycimy.
— Niech mój brat tak zrobi. Niech jednak zostanie tutaj nad wodą aż do mojego powrotu, ażebym go mógł odszukać. Winnetou uda się przed domy wielkiego miasta, aby zaczekać na myśliwców i sprowadzić ich tutaj. Musieli oni zostać w tyle, bo konie ich były zmęczone.
Sam Firegun skinął głową na zgodę i odpowiedział:
— Mój brat jest rozumny. Niechaj czyni, jako rzekł.
Zsiadł z konia, którego oddał jednemu z parobków poblizkiej gospody, Apacz zaś sam wrócił tą drogą, którą razem przybyli.
Podczas tego szli Sanders i Letrier dalej w obranym kierunku. Spostrzegli po drodze człowieka, który wyszedł z bocznej uliczki i nie zważając na nich, przeszedł przez ulicę. Zaledwie średniego wzrostu, lecz smukle zbudowany, miał na sobie ubranie poszukiwacza złota, który wraca na odpoczynek po natężającej pracy, a przy tem chciałby rozglądnąć się trochę po mieście. Kapelusz z szerokiemi kresami zwisał mu na twarz, lecz nie zakrywał dostatecznie brzydkiej oparzeliny, ciągnącej się od ucha przez policzek aż do nosa.
Sanders stanął, jak człowiek zaskoczony niespodzianką i pochwycił towarzysza za rękę.
— Janie, czy znasz tego? — spytał pośpiesznie.
— Tego? Nie, kapitanie.
— Naprawdę nie?
— Nie.
— Właściwie zapytałem niestosownie. Należało powiedzieć: czy znasz ją?
— Ją? Do stu piorunów! Wygląd, postawa, chód. Kapitanie, to chyba niemożliwe!
— To ona. Powiadam ci, że ona, a nikt inny! Wyglądamy, jak dzicy, dlatego nas nie poznała z tego oddalenia. Szczęśliwy przypadek sprowadza ją nam przed oczy. Musimy pójść za nią!
Poszli za tym przechodniem, który wkrótce wstąpił do szopy, zbudowanej z desek. Na przedniej jej ścianie widniał napis: „Taverne of fine brandy“. Po obu stronach napisu wyobrażona była flaszka wódki.
— Co ona robi w tej budzie? Ma dość pieniędzy i mieszka pewnie porządnie. Jej obecne odzienie jest przebraniem, a jej zjawienie się tutaj ma jakiś cel tajemniczy.
— Musimy tam za nią wejść, kapitanie.
— Nie można, Janie. Poznałaby nas pomimo naszego zdziczałego wyglądu, zwłaszcza że widziała nas na preryi jako myśliwców. Buda zbita ze zwykłych desek. Od przodu nie możemy się zbliżyć, ale może od tyłu znajdę jaką dziurę z sęka, albo szparę, przez którą będę mógł objąć okiem całe wnętrze. Gdyby stąd wyszła, przyjdziesz czemprędzej i zawiadomisz mnie.
Zwrócił się w bok i znalazł sprzyjające warunki. Chałupa nie miała drugiego wyjścia, a trzystopowy zaledwie odstęp oddzielał ją od sąsiedniego domu. Sanders wsunął się i znalazł wkrótce dziurę, przez którą mógł widzieć wielką część szynkowni.
Człowiek z blizną od ognia usiadł przy wielkim piecu, ale później zniknął gdzieś w tyle. Sanders wywnioskował, że po tej stronie musi znajdować się dalej odosobniona izba, służąca do celów prywatnych. Posunął się więc dalej tuż pod cienką ścianę, aż usłyszał kilka głosów ludzkich. Przyłożył ucho do deski i słuchał.
W izbie toczyła się taka rozmowa:
— Gdzie się spotkamy, sir?
— Nie tu. To byłoby nieostrożnością. Również nie na bulwarze, lecz w małej zatoce, powyżej ostatniego domku rybackiego.
— A kiedy?
— Kiedy ja przyjdę, to jeszcze niepewne, ale musicie się zebrać o jedenastej. Przed mojem przybyciem nie wolno wam nic przedsięwziąć.
— Pięknie. Porządna walka się rozegra, zanim statek będzie nasz.
— Nie tak bardzo, jak wam się zdaje. Oficerowie i podoficerowie zaproszeni dzisiaj na ląd, a na pokładzie odbędzie się uczta, która pewnie ułatwi nam robotę.
— To niezłe. Czy na pokładzie niema nikogo nam życzliwego?
— Jest długi Tom z jeszcze kilkoma, którzy na nas czekają.
— Do stu dyabłów! To dobrze zabraliście się do tej sprawy! I „czarny kapitan“ będzie tam rzeczywiście?
— Napewno! Podniesiemy natychmiast kotwicę, wiatr mamy dobry, odpływ odpowiedni i jeśli nie zajdzie jaki nieprzewidziany wypadek, to niebawem zaczną o „L’ horrible’u“ opowiadać takie same historye, jak dawniej.
— Na nas możecie liczyć, sir. Nas będzie około trzydziestu, a z dzielnymi oficerami i na takim żaglowcu możemy drwić sobie z marynarki całego świata.
— Ja też tak sądzę. Macie tu zadatek i coś ponad to na napiwek. Ale bądźcie trzeźwi, ażeby zamach nam się dobrze udał!
Posunęło się krzesło i wyszedł z izby gość, który umawiał się z tymi ludźmi. Sanders poznał go także po głosie, pomimo że był teraz niższy o kilka tonów. Dowiedział się tak nadzwyczajnych rzeczy, że stał przez długą chwilę bez ruchu i byłby tak może stał dłużej, gdyby ciche „pst“ nie wyrwało go z odrętwienia. Jean Letrier stał przed domem i wołał go.
— Już poszła. Prędzej, prędzej!
Sanders wybiegł z pomiędzy domów i zobaczył jeszcze przedmiot swej obserwacyi, gdy ten znikał za rogiem ulicy. Obydwaj ruszyli za nim i ścigali go przez brudne uliczki przedmieścia i szerokie ulice lepszych części miasta, aż do sztachet samotnie położonego ogrodu. Tu rozglądnął się ów człowiek dokoła, a nie widząc nic podejrzanego, przeskoczył przez sztachety z iście kocią zręcznością. Oni stali tam na czatach z godzinę, ale napróżno; nie wrócił.
— Ona tu pewnie mieszka, Janie. Poszukajmy domu, do którego należy ten ogród!
By tego dokonać, musieli przejść boczną ulicą. Wyszedłszy z niej, ujrzeli wspaniały ekwipaż przed bramą domu, którego właśnie szukali. Wsiadła doń jakaś pani i dała znak woźnicy. Sanders i Letrier cofnęli się w ulicę, a elegancki pojazd przeleciał obok nich tak blizko, że rysy twarzy jego właścicielki poznali bez wątpliwości.
— To ona! — zawołał Jean.
— Tak jest, to ona. Złudzenie jest tu wykluczone. Ja zostanę tutaj, a ty idź i dowiedz się o jej obecnem nazwisku.
Jean usłuchał rozkazu i wrócił wkrótce z pożądaną wiadomością.
— No?
— Pani de Voulettre.
— Ach! Gdzież mieszka?
— Zajmuje całe pierwsze piętro.
— Chodź do portu! Tam powiem ci więcej.
Skierowali się w stronę portu i wstąpili po drodze do „Store of dressing“, z którego wyszli zupełnie zmienieni pod względem zewnętrznego wyglądu. Przeciskając się powoli przez tłumy ludzi, drgnął Letrier nagle jakby pod wpływem strachu, pochwycił Sandersa za rękę i pociągnął go za wielki stos nagromadzonych tam tobołów.
— Co tam? — zapytał Sanders.
— Patrzcie prosto, kapitanie i powiedzcie, czy znacie człowieka, który stoi tam pod żurawiem?
— Ach! Do wszystkich dyabłów, to kolonel Sam Firegun! Nie dali się więc wywieść w pole i podążyli za nami. Gdzie mogą być jego towarzysze?
— Rozdzielił ich zapewne po mieście ten przeklęty policyjnik, ażeby czatowali na nas i dowiedzieli się o naszem mieszkaniu.
— Niewątpliwie! Czy stary już nas zauważył?
— Zdaje mi się, że nie. Twarz miał zwróconą na bok, kiedy go spostrzegłem, a w tych nowych ubraniach trudnoby mu było poznać nas z tej odległości.
— To słuszne. A teraz popatrz tam na przystań! Czy znasz ten okręt, który stoi w pobliżu pancernika?
— Hm,... tak... to... jest... Do stu piorunów! To nasz „L’ horrible“. Zawszebym go poznał natychmiast, choćby nie wiem jak zmieniono porządek jego lin i masztów.
— To chodź!
Udali się przez najgęstszy tłum ludzi do oddalonego szynku i kazali sobie dać osobny pokój. Tam mogli rozmawiać bez przeszkody.
— Poznałeś więc naszego „L’ horrible’a“? — spytał Sanders.
— Odrazu, kapitanie.
— Czy wiesz, kto nim teraz dowodzi?
— Nie.
— A kto będzie nim dowodził jutro o tym czasie?
— Ten sam człowiek, co dzisiaj.
— Nie.
— Nastąpi więc zmiana służby?
— Tak jest. Dzisiejszy musi „napić się z wielkiej filiżanki“[21], a na jego miejsce wstąpi niejaki Sanders, albo jeśli wolisz „czarny kapitan“.
— Hm, to niezła mrzonka, kapitanie.
— Mrzonka? To będzie rzeczywistość!
Jean Letrier uśmiechnął się nieznacznie.
— A „miss admirał“ zostanie oczywiście sternikiem? — rzekł, godząc się na domniemany żart.
— Pewnie.
— I jak dawniej będzie szastać się po pokładzie?
— Albo nie. Ułaskawimy tę panterę. Zobaczysz.
— A jaką służbę pełnić będzie wierny Letrier?
— Znajdzie się coś i dla ciebie.
— Szkoda tego pięknego domku z kart!
— A gdyby to nie był domek z kart, lecz mocny, pewny i niewywrotny budynek?
Letriera stropił naprawdę poważny i ufny ton jego pana. Spojrzał mu badawczo w twarz i mruknął:
— Hm, na świecie niejedna niemożliwość możliwa, przynajmniej dla takich, jak my.
— Istotnie. Posłuchaj, co ci powiem.
Opowiedział mu, co słyszał przez deski i dodał do tego wnioski i domysły, do których uprawniała go usłyszana rozmowa. Jean się zdumiał.
— A do dyabła! Po tej kobiecie można się czegoś podobnego spodziewać.
— Wykona to. Bądź pewien.
— A my?
— Czy nie powiedziałem ci, że dzisiaj w nocy będę dowodził „L’ horrible’m“?
— Ona będzie się bronić.
— Byłem przedtem jej przełożonym i teraz także nim będę. Ona się nic nie zmieniła. Ukraść okręt ze środka portu w San Francisko, to dla niej nic. Ale nam przyda się to znakomicie. Co za szczęście, że zobaczyliśmy ją i poznaliśmy pomimo przebrania.
Gdy ci tu rozmawiali, przygotowywano się u pani de Voulettre do wspaniałego przyjęcia. Przysmaki ze wszystkich krajów, wina wszelkich stref stały do rozporządzenia gości. Pani domu, wróciwszy z przechadzki, wglądała osobiście do wszystkiego. Otworzyła także kilka flaszek i wsypała do nich białego proszku, poczem zapieczętowała je nanowo.
Wieczór się zbliżał, zmrok już zapadał, a z jej okien biło światło, przewyższające swą silą blask latarń ulicznych.
Goście, a więc i komendant pancernika wraz z oficerami innych statków, poschodzili się i zaczęli używać podanych im rozkoszy. Tłumy ludzi stały przed portalem, ażeby choć zaglądnąć do ozdobionego wnętrza, lub nasycić powonienie płynącym stamtąd zapachem.
Pomiędzy nimi znajdowali się także dwaj ludzie w ubraniu majtków. Stali w milczeniu i rzucali na drugich wielce obojętne spojrzenia. Wzrok ich zwracał się wyłącznie na jedno z oświetlonych okien. Czekali długo. Nareszcie spuszczono zasłonę, za nią przesunął się kilka razy cień ręki w górę i na dół, poczem światło zgasło.
— To znak — szepnął jeden z nich.
— Chodź! — odrzekł drugi.
Poszli i skręcili w uliczkę, którą przechodzili za dnia Sanders i Letrier. Przy furtce ogrodowej zauważyli kufer, a obok jakąś męską postać. Z powodu ciemności niepodobna było rozpoznać szczegółów, tyle jednak było widać, że ten człowiek był zaledwie średniego wzrostu i miał potężną, ciemną, pełną brodę. Była to pani de Voulettre, która się znowu przebrała, a kufer jej zawierał drogocenne narzędzia żeglarskie.
— Czy powóz zamówiony? — zapytał człowiek z ciemną brodą.
— Tak — brzmiała odpowiedź.
— To idziemy.
Głos jego brzmiał ostro, jak gdyby od młodości przywykł do rozkazywania. Majtkowie podnieśli kufer i poszli przodem, a on za nimi. Na rogu ulicy stał powóz. Kufer z trudnością umieszczono na koźle, wszyscy trzej wsiedli i powóz potoczył się szybko za miasto. Przybywszy na wolne pole, wysiedli wszyscy, wzięli kufer, zwrócili się ku wybrzeżu, a powóz wrócił do miasta.
Nie dotarli byli jeszcze do wybrzeża, kiedy w zaroślach dał się słyszeć głos.
— Stój! Kto idzie?
— Czarny kapitan.
— Witamy!
Gromada ciemnych postaci otoczyła z uszanowaniem brodatego człowieka.
— Łodzie w porządku? — spytał.
— Tak.
— A broń?
— Również.
— Nie brak nikogo?
— Nikogo.
— To come on; ja biorę łódź pierwszą!
Wniesiono kufer, założono owinięte szmatami wiosła i statki ruszyły naprzód bez szmeru.
Z początku dążyły prosto na pełne morze, ale potem skręciły ostro w przeciwnym kierunku i zbliżały się od strony morza z nadzwyczajną ostrożnością do „L’ horrible’a,“ na którego dziobie i tyle płonęło po jednej latarni.
Podpłynęli tak blizko do st