Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łagodny, że każda kobieta może go dosiąść całkiem spokojnie.
— Ale miało to jedną dobrą stronę.
— Jaką?
— Że porzucił pan incognito, próżny człowieku!
— O — rzekł ze śmiechem — to nie była tylko próżność. Czasem trzeba być ostrożnym. Dzięki temu właśnie, że uważano mnie za zwykłego, nie wyćwiczonego myśliwca, odnosiłem często największe korzyści.
— Ale mnie mógł pan to powiedzieć. Powierzył mi pan przecież daleko większą tajemnicę.
— Tajemnicę, która może nigdy nie będzie miała dla mnie wartości. Nie odkryję, zdaje się, jaskini królewskiego skarbu, chociaż prawdopodobnie znajduję się w jej pobliżu.
— Z czego pan o tem wnosi?
— Z ukształtowania gór i biegu rzek. Okolica, którą przejeżdżaliśmy na ostatku, zgadza się całkiem z częścią mojej mapy.
— W takim razie ma pan już pewną podstawę może pan szukać dalej.
— Wielkie pytanie, czy to uczynię.
— Czemu?
— Bo wątpię, czy mam do tego prawo.
— Miałby pan przecież prawo znalazcy. Nie przeceniam bynajmniej wartości złota, wiem jednak, że posiadanie jego daje wiele rzeczy, których tysiące ludzi pragnie napróżno. Niech pan szuka! Cieszyłabym się, gdyby pan znalazł!
— Potęga złota jest wielka — rzekł w zamyśleniu — a ja mam biednego brata, obarczonego rodziną, której mógłbym dać szczęście. Ale do kogo należy ten skarb? Chyba do potomków tych, którzy go tam ukryli.
— Nie wie pan od kogo mapa pochodzi?
— Od starego, chorego Indyanina, któremu wyrządziłem kilka przysług. Był zraniony i umarł, zanim mógł mi dać ustne wskazówki.