Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  242  —

 — Życzę przyjemnego wieczoru! Dobranoc, sennorito!
 Chciał się cofnąć, lecz ona ujęła go za rękę i zatrzymała.
 — Niech pan zostanie, skoro panu tego potrzeba! — rzekła. — Pan Bóg ma podostatkiem powietrza, gwiazd i woni dla nas obojga. Pan mi wcale nie przeszkadza.
 Usłuchał i usiadł obok niej na krawędzi basenu.
 Tymczasem wódz Mizteków położył się tuż obok palisady ogrodowej. Rozmarzony patrzył ku niebu i puścił wyobraźnię w górę, w owe światy odwieczne, kędy toczą się słońca, które czcili jego przodkowie. Mimo zatopienia się w cudach przyrody mógł posłyszeć najlżejszy szmer w otoczeniu.
 Naraz wydało mu się, że z ogrodu doszedł go odgłos cichych kroków, a potem także przytłumione głosy. Wiedział o tem, że hrabia starał się jak najczęściej dostać w pobliże jego siostry, i nie wątpił, że ona nie opierała się zabiegom białego. Zbudziło się w nim podejrzenie. Ani hrabiego, ani Karji nie było widać w hacyendzie już od godziny. Czyżby umówili się o schadzkę w ogrodzie? Postanowił to sprawdzić. Uważał to za konieczne ze względu na siebie i na nią.
 Powstał więc i jak kot przeskoczył przez palisadę do ogrodu. Tam położył się na ziemi i przyczołgał bliżej tak cicho, że wprawne, ale teraz niedbałe, ucho Helmersa nic nie dosłyszało. Dostał się niepostrzeżenie do drugiej strony basenu i stamtąd mógł rozumieć każde słowo rozmowy.
 — Sen norze, powinnabym właściwie gniewać się na pana! — rzekła właśnie Ema.
 — Czemu?
 — Ponieważ nabawił mnie pan niemałego strachu.
 — Tem, że postanowiłem ujeździć konia?
 — Tak.

 — Niepotrzebnie się pani niepokoiła, gdyż oswajałem już konie daleko gorsze. Kary jest teraz tak