Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ją przerażenie i wróciła do jadalni, gdzie siedział Arbellez z Emą i Apaczem. Na pośpiesznie wymówione pytanie otrzymała od hacyendera odpowiedź:
— Nie wiem, gdzie on jest, ale co z tobą się dzieje? Jesteś bardzo rozdrażniona!
— Stało się nieszczęście, wielkie nieszczęście! Mój brat musi zaraz wyruszyć!
— Dokąd?
— Do El Reparo!
— Naco?
— Hrabia poszedł tam kraść!
— Kraść? — zapytała Ema z lękiem. — Czy może po skarb królewski?
— Tak — odrzekła Karja, nie pomyślawszy nad tem, że tem zdradza tajemnicę.
— O Boże! To prawdziwe nieszczęście, bo twój brat udał się tam także z sennorem Helmersem! Brat chce mu ten skarb pokazać i pozwolił mu powiedzieć o tem mnie.
— Nieba! Tam przyjdzie do zabójstwa! — zawołał Arbellez.
Nastąpiło ogólne rozdrażnienie, w którem tylko Apacz pozostał zimny. Przypomniał sobie swoją dzisiejszą przejażdżkę i rzekł:
— Widziałem dzisiaj ludzi z worami i skrzyniami. Czyby to pozostawało w związku ze skarbem? Może to oni mają skarb zabrać dla hrabiego? Ale jak on posiadł tę tajemnicę?
— Ja zdradziłam ją przed nim — przyznała się Karja ze strachem. — Czy wielu było tych ludzi, których widziałeś?
— Tak.
— Ilu?
— Dwa razy po pięciu i ośmiu.
— Czy byli uzbrojeni?
— Bardzo dobrze. Zrobili już nawet użytek z broni, bo dwu z nich leżało zastrzelonych.
— O, to niebezpieczne, to strasznie niebezpieczne!