Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ogier leżał na ziemi ze związane mi nogami i koszem na pysku. Oczy krwią mu nabiegły z wściekłości i z wysiłku, każda żyła napęczniała, jakby miała pęknąć za chwilę, a z kosza spadała piana wielkiemi płatami.
— Do kroćset! To jest wprost grzech! — zawołał Helmers.
— Poradźcie co na to, sennorze! — rzekł wakero, wzruszając ramionami.
— To jest dręczenie zwierząt! Na to nie powinno się pozwalać! W ten sposób możnaby najszlachetniejszego konia zniszczyć!
W uniesieniu rozsierdził się Helmers naprawdę. Wtem nadjechał Arbellez z dziewczętami.
— Co się tam stało, sennorze Helmersie, żeście wpadli w taki gniew? — zapytał.
— Chcecie zabić tego ogiera! — odrzekł.
— Jeśli nie będzie posłuszny.
— Możnaby go nauczyć uległości, ale nie w ten sposób.
— Próbowaliśmy już wszystkiego. Nic nie pomogło.
— Dajcie mu na grzbiet dzielnego jeźdźca!
— Także nic nie wskóramy!
— Śmiem wątpić. Czy pozwolicie, żebym ja spróbował?
— Nie.
Helmers spojrzał nań ze zdziwieniem.
— Czemu nie? — spytał.
— Bo zbyt cenię wasze życie.
Pshaw! Wolę zginąć, niż dłużej na to patrzeć. Dobry koniarz tego nie wytrzyma. Czy mogę zatem przejechać się na tym karym? Proszę o to, sennorze.
Na to zbliżyła się Ema zaniepokojona.
— Ojcze, nie pozwól mu! — prosiła trwożliwie. — Kary zbyt niebezpieczny.
Helmers zaś zapytał ją poważnie:
— Sennora nienawidzi mnie?