Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani Thick dawała mu jakieś znaki ruchami głowy, a niekiedy, patrząc na niego, wskazywała ręką na stół, przy którym siedział opowiadający. Tymi znakami sprowadziła mnie na domysł, że ów pan pozostawał w jakimś stosunku do osób, albo zdarzeń, o których mówiono. Utwierdziła mnie w tem przekonaniu ta okoliczność, że następnej krótkiej historyi poświęcał daleko mniej uwagi; a raz nawet przytknął był palce do ust, prosząc gospodynię o milczenie. Zaciekawił mnie swoją osobą. Zacząłem mu się przypatrywać oczywiście tak, żeby tego nie dostrzegł. Wprawdzie twarz jego była wichrami i deszczem wygarbowana i silnie ogorzała od słońca, jak gdyby przebywał zawsze tylko na wolnem powietrzu, lecz ja mimoto nie uważałem go za prawdziwego westmana. Jego uduchowione rysy twarzy, oczy więcej na wewnątrz zwrócone i zmarszczki myśliciela nad nasadą nosa kazały podejrzywać go o inny zawód, aniżeli traperski. Dla mnie był on zagadką, bo bardzo mało jest zajęć, któreby obok pracy umysłowej wymagały włóczenia się po preryi i puszczy, a jeżeliby nawet zdarzyło się takie połączenie zajęć, to byłoby to jakieś amatorstwo, jak np. u etnografa, który opowiedział ostatnią historyę.
Skończywszy, dodał etnograf uwagę:
— Przyznacie teraz, że już przed Winnetou znajdowali się wśród Apaczów inteligentni i poważani ludzie. Albo zachowanie się tego czerwonego chłopca nie zasługiwało na pochwałę? Zarazem potwierdza moja historya, że są biali, o wiele gorsi od najgorszych Indyan. Wśród tych białych bywają nieraz osoby, które ze względu na swoje stanowisko i wykształcenie mogłyby każdemu za wzór służyć, a tymczasem przodują podłością i nikczemnością. Słyszałem właśnie niedawno opowiadanie o pewnym hrabi hiszpańsko-amerykańskim, który połączył się z Komanczami, ażeby napaść na swoją własną hacyendę i wymordować jej mieszkańców. Gdyby nie wódz Apaczów,