Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ponieważ w pobliżu znajdowały się tylko nizkie krzaki, przeto mogliśmy to, trwogę wzbudzające, zjawisko oglądać na całą długość osi. Zwijało się ono i wirowało, posuwając się naprzód bardzo szybko, wprost na nas. Tymczasem dokoła nas powietrze stało nieruchome, a nagle dała się odczuć parność, która wszystkiemi porami wypędziła nam pot na skórę.
— Mały Jeleń miał słuszność — powiedziałem. — Nasze życie w niebezpieczeństwie. Prędzej Willu, ratujmy siebie i tę kobietę!
— Jak? — zapytał z trwogą.
— Przy pomocy koni.
— Ależ nie wiemy, dokąd się zwrócić!
— Ruchy trąby powietrznej nie dadzą się wprawdzie obliczyć, ale my zmienimy nasz kierunek, jeśli ona swój zmieni. Może się zatrzyma nad rzeką i nie dostanie się na tę stronę. Wyprowadź konia rollinsowego z za parkanu! Ja skoczę po jego żonę.
Zastałem ją przy ognisku, nie przeczuwającą grożącego jej niebezpieczeństwa. Omal nie zemdlała, gdy jej powiedziałem, co się dzieje na dworze. Pochwyciłem ją i wyniosłem czemprędzej. Will nadszedł był właśnie z koniem.
— Koń się narowi — zawołał. — Ja sam nań siądę. Nie jest osiodłany i po pierwszym kroku zrzuciłby kobietę. Wysadź ją na mego kasztana! Prędzej, prędzej!
Wskoczył na starego konia i puścił się na nim cwałem.
— Czy umie pani jechać konno? — spytałem.
— Tak, jak teraz trzeba jechać, nie potrafię — odrzekła.
— To wezmę panią do siebie.
Wskoczyłem na kasztana, który mógł łatwiej unieść dwie osoby, aniżeli mój kulawy, pociągnąłem drżącą kobietę do siebie tak, że położyła mi się w poprzek na kolanach, ująłem mego kulawego za cugle i podążyłem za biegnącym naprzód Saltersem.