Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co to za ludzie? — spytał wódz.
— Miztekowie — odrzekł hrabia.
— Miztekowie, którzy wyginą i zeschną! —, dodał wódz wzgardliwie.
— O, oni mają jeszcze dość siły. Przypatrz się ich dowódcy!
— To olbrzym, cibolero!
— Tak, pewnie, że cibolero, łowca bawołów, ale najmężniejszy ze wszystkich. Zgadnij, jak brzmi jego imię!
— Powiedz!
— To jest Czoło Bawole, wódz Mizteków!
— Uff! To... to jest Czoło Bawole! — rzekł Komancz, mierząc Miztekę posępnem okiem. — Niezadługo zginie pod słupem męczeńskim w obozie Komanczów.
Gdy powrócili do ruin, wysłano wywiadowcę. Ubrany był, jak cywilizowany Indyanin, a dostał lichą strzelbę i najgorszego konia. Otrzymał też rozkaz okrążenia hacyendy, ażeby się zdawało, że nie przybywa z północy, lecz z południa.
Wysłannik objechał tylną stronę i południowy stok El Reparo i skierował się potem od południa ku hacyendzie.
Czoło Bawole stał przy oknie z hacyenderem i z Sercem Niedźwiedziem, kiedy szpieg wjeżdżał na dziedziniec.
— Uff! — rzekł Apacz z szyderczym uśmiechem.
— Co? — zapytał Arbellez.
— Nasz przyjaciel chce powiedzieć, że to jest oczekiwany wywiadowca — objaśnił Czoło Bawole okrzyk Apacza.
— O, to nie Komancz! — rzekł Arbellez.
— To Majo, albo Opato, ale w każdym razie szpieg.
— Jak z nim postąpić?
— Przyjaźnie. Nie powinien domyślić się, że przygotowujemy się do walki.