Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Hacyendero zeszedł na dół, kiedy Indyanin zamierzał właśnie wstąpić do izby czeladnej. Przybysz ukłonił się uprzejmie gospodarzowi, którego nie znał, i zapytał:
— Czy to jest hacyenda del Erina?
— Tak.
— W której rządzi sennor Arbellez?
— Tak.
— Gdzie sennor?
— Ja nim jestem.
— O, przebaczenia, don Arbellez, że o tem nie wiedziałem! Czy mogę tu zajechać?
— W imię Boże! Chętnie przyjmuję każdego gościa. Skąd przybywacie?
— Z Durango.
— Czy to daleko?
— Tak. Byłem tam przez kilka lat, lecz febra wypędziła mnie stamtąd. Spodziewam się, że tu będzie mi lepiej. Może potrzebujecie wakera do służby?
— Nie.
— Ani cibolera?
— Także nie.
— Wogóle nie potrzebujecie człowieka?
— Mam dość ludzi, ale mimoto zostańcie tutaj i spocznijcie, dopóki wam się spodoba.
— Dziękuję. Ponieważ nie potrzeba wam nikogo, a ta hacyenda jest ostatnia przed granicą, to zobaczę, czybym nie mógł tu żyć jako gambusino. Żeby tylko dzikich nie było!
— Czy boicie się Indyan?
— Jednego nie, ale pięciu lub dziesięciu nie poradzę. Słychać, że Komancze mają ochotę przekroczyć granicę.
— To was mylnie powiadomiono. Zaniechają tego z pewnością, bo wiedzą, że dostaliby tęgą nauczkę. Zostańcie więc, wypocznijcie, jedzcie i pijcie tu z ludźmi, Ile chcecie.
Poszedł dalej i zostawił Indyanina w tem prze-