Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Gdzie?
— Nie wiem. Echo łudzi.
— Trzeba opuścić te mury.
Przeleźli przez zwaliska na wolne powietrze, a gdy okrzyk odezwał się znowu, rozpoznali, z której strony pochodził.
— Prosto przed nami — rzekł przewodnik.
— Tak, prosto przed nami. Zobaczmy, co to!
Posunęli się ostrożnie dalej, dostali się na brzeg stawu i szli wzdłuż niego, dopóki okrzyk nie zabrzmiał tuż przed nimi. Dzicy mogli się pochlubić żelaznymi nerwami, a przecież przerazili się, gdy usłyszeli ten głos w bezpośredniem pobliżu.
— To jest tutaj — rzekł przewodnik — w wodzie.
— Nie, to nad wodą — poprawił go wódz. — Posłuchaj!
— Tam coś pluszcze i kłapie, jak krokodyle.
Fosforyczne światło wyszło z poruszonej przez te zwierzęta wody.
— Czy mój syn widzi światło? — zapytał wódz.
— Tak.
— To krokodyle.
— A człowiek pod nimi? To niemożebne!
— Nie, człowiek jest nad nimi, na tem drzewie.
Wskazał przy tem na cedr, pod którym stali w tej chwili.
— To chyba jest przywiązany!
— Pewnie!
Krzyk zabrzmiał znowu i teraz poznali już wyraźnie, że pochodził z powietrza między wodą a koroną drzewa.
— Kto woła? — spytał wódz głośno.
— Oh! — dał się słyszeć jakby głos zachwytu.
— Kto tam?
— Pomocy!
— Gdzie jesteś?
— Wiszę na drzewie.