Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic takiego. Posłużycie mi tylko jako arrierowie[1].
— Jako arrierowie? — powtórzył zdziwiony kapitan. — Myśmy nie chamy!
— Wiem o tem. Posłuchajcie, co wam powiem!
Wszyscy przysunęli się bliżej z ciekawością, a hrabia Alfonzo zaczął:
— Mam coś zawieźć do Meksyku, ale to wielka tajemnica. Czy mogę w tem na was liczyć?
— Jeśli pan zapłaci!
— Dostaniecie, ile zażądacie. Czy macie z sobą juki, które u was zamówiłem?
— Tak.
— Wory i skrzynie?
— Również.
— To dobrze! Konie weźmiemy sobie z Estancyi del Erina. Jutro o tym czasie będę tu znowu i wyruszymy potem z brzaskiem dnia.
— Dokąd?
— Sam jeszcze tego nie wiem. Ja poprowadzę.
— A co będziemy wieźli?
— To was także nic nie obchodzi. Przyprowadzę moich dwu służących, którzy wam gdzieś i kiedyś napełnią wory i skrzynie. Potem ruszycie pod moim nadzorem do Meksyku. Waszym obowiązkiem będzie bronić transportu, gdyby nas kto napadł po drodze.
— To bardzo tajemnicza sprawa, don Rodriganda. Będziemy musieli zażądać stosownej zapłaty.
— Ile chcecie?
— Trzy złotówki dziennie na człowieka.
— Zgoda!
— A mnie, jako dowódcy sześć.
— Dobrze!
— Cały wikt i utrzymanie.
— To się rozumie!

— A jeśli transport doprowadzimy szczęśliwie do Meksyku, trzysta złotówek, jako osobne wynagrodzenie.

  1. Arriero znaczy: poganiacz mułów.