Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czemu? Przecież wasi na górze!
— Nie żyją! — zgrzytnął Indyanin.
— Nie żyją? — spytał Alfonzo zdumiony. — Jak się to stało?
— Blade twarze napadły na nas.
— Ach!
— Zginęło cztery razy dziesięciu naszych!
— Do kroćset dyabłów!
— A wodza, po zabraniu mu skalpu przez Apacza, pożarły krokodyle.
— Apacza? Którego?
— Serce Niedźwiedzie.
— Do stu piorunów! Przecież wisiał na drzewie!
— Uwolnił się.
— Niech go dyabeł porwie! Jak się wydostał?
— Pewnie go uwolniły blade twarze, zwane wakerami. Gdybyś był przy nim pozostał, byłoby do tego nie doszło.
— Czy widzieliście rzeczywiście to wszystko?
— Rzeczywiście! Musieliśmy uciekać, ale ponieważ nas nie ścigali, przeto wrócili dwaj z nas, żeby im się przypatrzyć.
— Do kroćset dyabłów! Teraz wszystko się skończyło.
— Wszystko, tylko nie zemsta.
— Tak, tylko nie zemsta — rzekł hrabia w zamyśleniu. — Cóż teraz zrobicie?
— Wrócimy do naszych myśliwskich ostępów.
— Po nowych wojowników?
— Tak.
— Nie przyniósłszy ani jednego nieprzyjacielskiego skalpu?
— Wielki Duch gniewał się na nas!
— I bez odrobiny zdobyczy?
— Później zbierzemy dość skalpów i łupów.
— A teraz nie wzięlibyście wielu pożytecznych i pięknych rzeczy?
— Od kogo?