Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sprawie. Zostań w łodzi, a ja wezmę tymczasem twojego konia.
— A jeśli go zastrzelą? — zastrzegł się ze strachem.
— Śmiej się z tego! Dostaniemy sześć innych za niego!
Meksykanin musiał się poddać zarządzeniu białego. Położył się na dnie łodzi, a tamci dwaj udali się na miejsce, gdzie go przedtem zastali. Ustawiwszy się obok ukrytego w zaroślach konia, czekali.
Jeźdźcy, których Helmers zobaczył najpierw jako sześć ciemnych punktów, zbliżali się szybko. Wkrótce można już było rozpoznać ich broń i odzież.
— Tak, to psy Komancze! — rzekł Serce Niedźwiedzie.
— Pomalowali się wojennemi barwami, nie dadzą więc pardonu. — zauważył Helmers.
— I sami go nie dostaną!
— Najpierw przekonają się o tem dwaj ostatni, a przedni już nam nie ujdą.
— Ja biorę ostatnich na siebie — rzekł Apacz.
— Dobrze!
Komancze zbliżyli się już na pół kilometra, ale ciągle jeszcze jechali cwałem. Za chwilę mieli się znaleźć w promieniu celności strzelb.
— A to głupcy! — roześmiał się Helmers.
— Ci Komancze nie mają mózgu i nie mogą myśleć!
— Powinniby przynajmniej przypuścić, że wakero ukryje się tu i czeka na nich. Sądzą pewnie, że natychmiast przeprawił się przez rzekę.
— Ugh! — rzekł Apacz.
Wezwawszy w ten sposób towarzysza do baczności, podniósł rusznicę, a Helmers uczynił to samo. Huknęły dwa wystrzały, potem drugie dwa, a czterech Komanczów tarzało się po ziemi. Po małej chwilce wypadł Helmers z zarośli na koniu wakera. Pozostali dwaj Komancze stropili się bardzo. Zanim zdołali