Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Uff! — rzekł Komancz, powstając. — W takim razie zawiśniesz znowu nad wodą, ażeby cię aligatory pożarły!
Alfonzo był tak pewny siebie, że odpowiedział, z uśmiechem:
— Czemu?
— Bo jesteś obrońcą tych dwu skwaw.
— Usiądź napowrót, Czarny Jeleniu! Nie jestem ich obrońcą, lecz wrogiem, a twoim przyjacielem. Te skwawy ponoszą winę tego, że mnie tu powieszono, a ty mnie wybawiłeś. Podziękuję ci, oddając w twoje ręce trzech największych wrogów Komanczów.
— Którzy to są?
— Szosz-in-liet.
— Apacz, Serce Niedźwiedzie?
— Tak. Dalej Mokaszi-Motak.
— Mizteka, Czoło Bawole?
— Tak.
— A trzeci?
— To blada twarz. Czerwoni mężowie nazywają go Itinti-ka.
— Grot Piorunowy, wielki rastreador? — zawołał Komancz. — Czy mówisz prawdę?
— Tak.
— Gdzie jest Grot Piorunowy?
— Z tamtymi.
— A gdzie oni?
Komancz pytał z największym pośpiechem. Nadzieja schwytania tych trzech słynnych ludzi pozbawiła go chłodnego spokoju, w którym Indyanin szuka zwykle zaszczytu.
— Powiem to, jeśli mi złożysz pewną obietnicę.
— Czego żądasz?
— Przybyłeś, by napaść na hacyendę?
— Tak — przyznał Indyanin.
— Czy ci się to uda?
— Czarnego Jelenia jeszcze nikt nie zwyciężył.
— Czy masz z sobą wielu Komanczów?