Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, sennorze. On nie mógłby zrobić tego lepiej, tylko tak samo.
— Jak to? Nie rozumiem tych słów.
— Sennor Helmers, to Itintika.
— Co? — zawołał Arbellez. — On Grot Piorunowy?
— Tak. Spytajcie wodza Apaczów!
Arbellez zwrócił na wymienionego pytające spojrzenie.
— Tak, to on — rzekł Indyanin poprostu.
— Gdybym był wiedział, byłbym się tak nie obawiał — oświadczył hacyendero. — Naprawdę zdawało mi się, że sam siedzę na koniu.
Wszyscy pełni oczekiwania stali ciągle na tem samem miejscu. Po upływie kwadransa powrócił Helmers. Kary był tak zmęczony, że z nóg leciał, a jeździec siedział na nim rzeźki i uśmiechnięty. Ema wyjechała naprzeciw niego.
— Sennorze, dziękuję wam! — rzekła.
Inny byłby zapytał: „za co?“ On jednak zrozumiał ją i uśmiechnął się do niej uszczęśliwiony.
— No, sennorze Arbellez — zapytał Helmers — czy istotnie tylko Itintika mógłby tego dokonać?
— Oczywiście!
— Mnie się zdaje, że możemy się obejść bez niego, bo ja to także potrafię.
— Bo sam pan nim jesteś.
— Ach! To moja tajemnica zdradzona! — roześmiał się.
— Skończyło się incognito księcia sawanny — dodała Ema.
Ze wszystkich stron darzono go głośnym podziwem, on zaś bronił się, mówiąc:
— Moje zadanie jeszcze nie skończone. Sennorze, czy mogę wam towarzyszyć?
— A koń nie jest zbytnio znużony?
— Musi jechać, bo ja tak chcę!
— W takim razie jedźmy!