Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bo walczyłem z nimi, ażeby ich zabić. Byliśmy nieprzyjaciółmi.
— Dlaczego nie zabiłeś tych psów? Apacze i Miztekowie to tchórze.
— To był Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów.
— Serce Niedźwiedzie? — zawołał wódz. — Był tutaj?
— Tak i Czoło Bawole, wódz Mizteków.
— I Czoło Bawole! — krzyknął znów Komancz. — Gdzie są teraz?
— Uwolnij mnie, to ich dostaniesz!
— Przysięgnij!
— Przysięgam!
— Będziesz więc wolny!
Pociągnął znowu z całym wysiłkiem lasso w górę i podniósłł hrabiego tak wysoko, że ten mógł górną połową ciała położyć się na konarze. W ten sposób uwolnił sobie Komancz rękę, dobył noża, przeciął lasso i więzy Hiszpana, przez co ten mógł się już sam utrzymać.
— Ach! — zawołał. — Wolny, wolny, wolny! A teraz zemsta, zemsta, zemsta!
W niezmiernym zachwycie ryknął te słowa w ciemności nocne.
— Zemścisz się! — rzekł Komancz, domyślając się w nim przydatnego sprzymierzeńca. — Ale czemu tak krzyczysz? I las ma uszy. Czy nikogo niema w pobliżu?
— Nikogo! Na całej górze nie było nikogo, oprócz mnie i tych przeklętych krokodyli. Nie zapomnę tej nocy przez całe życie!
— Nie zapomnij i zemścij się! Ale teraz zejdź razem ze mną!
Zleźli z drzewa. Gdy Alfonzo uczuł stały grunt pod nogami, wtedy dopiero pewny był, że jest ocalony.
— Dziękuję wam! — rzekł. — Zażądajcie, czego chcecie, a uczynię to dla was!
Zachwyt z powodu odzyskanej wolności skłonił