Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


które były usypane dla armat. Hacyendero wyszedł naprzeciwko powracających z radosnem obliczem.
— Dzięki Bogu, że przybywacie! — rzekł. — Niepokoiliśmy się już o was. Jak wam się powiodło?
— Czarny Jeleń nie żyje! — odrzekł Czoło Bawole.
— Nie żyje? Zwyciężyliście go zatem?
— Mój brat, Serce Niedźwiedzie, zabrał mu skalp.
— A reszta Komanczów?
— Także zginęła. Uszło tylko sześciu.
— Dokąd się udali?
— Do Meksyku.
— Do Meksyku? Dzicy Indyanie do Meksyku? Po co?
— Odprowadzają hrabiego.
— Aha! Czy widzieliście go?
— Widzieliśmy. Opuścił okolice hacyendy, ale nam obu nie ujdzie.
— Dajcie mu spokój! Jest panem tego domu, a ja nie mogę z nim się prawować.
Obaj wodzowie spojrzeli na hacyendera ze zdumieniem.
— Wszak on prowadził Komanczów na hacyendę — zauważył Czoło Bawole.
— Ja nie jestem Indyaninem! — odparł Arbellez.
Pshaw! Biali nie posiadają krwi w żyłach! Wy możecie przebaczyć hrabiemu. Nie mam nic przeciwko temu, ale ja muszę z nim pomówić!
— Sądzicie więc, że teraz nic nam nie grozi? — spytał Arbellez.
— Tak.
— Możemy zatem wrócić do spokojnego życia? A gdzie pochowamy trupy?
Po obliczu Mizteki przemknął wyraz ukrytej złości.
— Nie w ziemi — rzekł.
— A gdzież? — spytał zdziwiony Arbellez.
— W brzuchach krokodyli.
— O! To nie po chrześcijańsku.