Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyjąć Komanczów. Pozostawmy jemu wszystko. To najtęższy i najdzielniejszy czerwonoskórzec, jakiego znam. Wolę słuchać jego jednego, aniżeli tysiąca majordomusów, choćby najbardziej doświadczonych.
— Powierzmy więc swój los jemu i jeszcze komuś drugiemu!
— Komu drugiemu?
— Panu.
— Ach! Rzeczywiście? — zapytał z radosnym blaskiem w oczach.
— Z całego serca! — odrzekła. — Pan chwali tylko Apacza, a kryje się pan z tem, że panu można tak samo zaufać, jak jemu.
— Czy pani istotnie w to wierzy?
— Tak. Przypatrywałam się panu dobrze. Pan nie jest zwykłym myśliwcem. Jestem pewna, że pan ma honorowe nazwisko, nadane przez traperów i Indyan.
Skinął głową i odpowiedział:
— Zgadła pani.
— Jakież jest pańskie nazwisko myśliwskie?
— Proszę mnie nazywać zawsze Antonio, albo Helmers.
— Nie chce mi pan tego powiedzieć?
— Teraz nie powiem. Jeśli je ktoś przypadkowo wymieni, to dam się poznać.
— Ach! To z pana próżny człowiek! Chce pan zachować incognito, jak książę jaki.
— Tak — roześmiał się. — Dobry strzelec musi być trochę próżny, a książętami jesteśmy wszyscy, oczywiście książętami dzikiej puszczy i preryi.
— Książętami! To słuszne!
Wśród tej rozmowy jechali ciągle cwałem. Otwarta prerya skończyła się tymczasem i ustąpiła miejsca plątaninie wzgórz i skał, nadającej się dobrze na kryjówkę. Tego chciał Apacz, bo skręcił nagle w prawo, zataczając wielki łuk. W dziesięć minut dostali się na to miejsce, które przedtem minęli.
Miejsce to wybrał Serce Niedźwiedzie bardzo prze-