Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zawrócił konia i ruszył naprzód cwałem, a reszta musiała zrobić to samo. Ema zbliżyła się znów do Helmersa i zapytała:
— Co Apaczowi?
— Złości się.
— Na co?
— Na głupotę maiordomusa.
— Głupotę? Sennorze Helmersie, nasz majordomo to bardzo doświadczony człowiek!
— Może w sprawach pokojowych.
— O, nie. To dzielny jeździec i strzelec, a wynajdywacz ścieżek, jakich mało. Na niego można się zdać pod każdym względem.
— Wynajdywacz ścieżek? Hm! — rzekł Helmers, spozierając wzgardliwie. — Może wynajdywacz ulic po miastach, albo dróg po wsiach. Na rastreadora, na prawdziwego wynajdywacza ścieżek, potrzeba czegoś więcej. Powiada pani, że na niego można się zdać pod każdym względem, a jednak byłaby pani teraz zgubiona, gdyby się pani zdała wyłącznie na jego bystrość.
— Jakto?
— Bo te konie, to nie są dzikie mustangi.
— A cóż innego?.
— To ścigający nas Komancze.
— Komancze? Wszak widać tylko konie!
— Tak, ale czerwoni są mimo to przy nich. Przewiązali rzemieniami brzuchy i szyje końskie i na tych rzemieniach wiszą lewą ręką i prawą nogą. Czy nie widziała pani, że konie zwrócone były do nas tylko prawym bokiem, chociaż jadą prosto za nami? Jeźdźcy każą im cwałować w skośnej pozycyi, a pozycya taka jest pewnym dowodem, że za koniem kryje się Indyanin.
— Święta Madonno! Znowu nas zaatakują?
— Albo oni nas, albo my ich. Ja wolę to drugie, a Apacz jest tego samego zdania. Widzi pani, jak on patrzy na wszystkie strony?
— Czego szuka?
— Kryjówki dla nas, z którejbyśmy mogli godnie