Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


po dziewczęta. W powrocie napadli na nie Komancze. Byłyby zgubione, gdyby nie pomoc Helmersa i wodza Apaczów
Droga prowadziła dalej ku południowi. Dzień chylił się już ku swemu kresowi, do wieczora brakowało jeszcze z godzinę, a nasi podróżni znajdowali się na skraju rozległej równiny, kiedy Apacz, zatrzymując konia, wskazał poza siebie i zawołał:
— Uff!
Drudzy odwrócili się także, aby się przypatrzyć równinie.
— Ja nic nie widzę — rzekł majordomo.
— My także nic — oświadczyli wakerowie, pomimo że mieli oczy, przyzwyczajone do śledzenia w wielkich odległościach.
— Co tam jest? — spytała Ema.
— Pani także nic nie widzi? — odrzekł jej na to Helmers.
— Nie. A ty Karjo, widzisz co?
— Nic — oświadczyła Indyanka.
— Wódz Apaczów nie ma chyba na myśli gromady dzikich koni, które tam widać? — rzekł teraz majordomo.
— Uff! — odparł Apacz z pogardliwą miną.
— Właśnie te konie zwróciły na siebie jego uwagę. — powiedział Helmers.
— Co nas te mustangi mogą obchodzić?
— Czy są rzeczywiście takie obojętne dla nas, sennorze majordomo?
— Tak. Mamy przecież konie!
— Przypatrzcie im się dokładniej!
Mniej więcej o dwie mile angielskie za nimi cwałowało stado koni z rozwianemi grzywami i z podniesionymi ogonami. Nie było tam widać ani jednego jeźdźca, ani siodła, ani strzemienia, ani cugli lub najcieńszego sznurka.
— To mustangi! — rzekł jeszcze raz majordomo.
— Uff! — zawołał Apacz powtórnie, lecz tym razem już z dobitną pogardą.