Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Do narodu Mizteków — odpowiedziała.
— Był to wielki naród i słynął z piękności kobiet. Czy moja młoda siostra jest już skwawą, czy jeszcze dziewczyną?
— Nie mam męża.
— Czy serce jej należy jeszcze do niej?
Na to bezpośrednie pytanie, na które żaden biały byłby się może nie odważył, poczerwieniała jej ciemna twarz.
— Już nie — odpowiedziała stanowczym głosem.
Wiedziała, że w takich razach lepiej nie ukrywać prawdy. Ta odpowiedź nie zmieniła ani jednego rysu jego spiżowego oblicza.
— Czy mąż jej narodu posiadł jej serce? — pytał dalej.
— Nie.
— Biały?
— Tak.
— Serce Niedźwiedzie boleje nad siostrą. Niech go siostra zawiadomi, jeśli ją biały oszuka.
— On nie oszuka mnie! — odparła z dumną niechęcią.
Leciutki uśmiech przebiegł przez usta Indyanina. Potrząsnąwszy głową, odrzekł:
— Biała barwa jest fałszywa i łatwo się brudzi. Niech moja siostra będzie ostrożna!
Oto była cała rozmowa między obojgiem, a w skutkach z pewnością tak samo ważna, jak rozmowa Helmersa z Meksykanką.
W ciągu jazdy dowiedział się Helmers, że obie kobiety były nad Rio Pecos, w odwiedzinach u ciotki Meksykanki, złożonej ciężko chorobą. Była to siostra matki Emy, a więc szwagrowa starego Piotra Arbelleza, który był dawniej zarządcą hrabiego Ferdynanda de Rodriganda, teraz zaś mieszkał jako dzierżawca w Hacyendzie del Erina. Opieka obu dziewcząt nie zdołała przeszkodzić śmierci ciotki, opóźniła ją tylko, nieco. Arbellez wysłał potem majordomusa z wakerami