Old Surehand/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Old Surehand
Wydawca Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Data wydania 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Indeks stron

OLD
SUREHAND
I.
POWIEŚĆ PODRÓŻNICZA
Z ILLUSTRACYAMI
NAPISAŁ
KAROL MAY
Przez Lądy i Morza logo.jpg


NAKŁAD I ADRES WYDAWNICTWA:
»PRZEZ LĄDY I MORZA«.
WE LWOWIE: PLAC MARYACKI L. 4 (HOTEL EUROPEJSKI).
W WARSZAWIE: SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI GEBETHNERA
I WOLFFA.
REDAKTOR I WYDAWCA: EDMUND USZYCKI.
DRUKARNIA ZYGMUNTA JELENIA W TARNOWIE



Treść tomu pierwszego.


Str.
 116




1. Old Wabble.

W licznych moich podróżach i dalekich wędrówkach spotykałem, szczególnie wśród dzikich lub napół cywilizowanych ludzi, często takich, którzy zostwali moimi przyjaciółmi, którym wiernie dochowuje pamięci i którym jej dochowam aż do śmierci. Nikt jednak nie posiadł mej miłości w tym stopniu, co słynny wódz Apaczów, Winnetou. Wszyscy moi czytelnicy znają tego szlachetnego Indyanina i wiedzą, jak się z nim zapoznałem, oraz to, że przywiązanie moje do niego gnało mnie nawet z dalekiej Afryki i Azyi na prerye, lasy i Góry Skaliste Ameryki północnej. Wówczas nawet, kiedy spotkanie się nasze nie było z góry umówione i nie oznaczyliśmy schadzki, umiałem go zawsze odszukać. W takich wypadkach jechałem zwykle nad Rio Pecos, do tego szczepu Apaczów, do którego należał, i tam mówiono mi, gdzie się znajdował, albo dowiadywałem się o tem od myśliwców z Zachodu lub od Indyan, z którymi się spotykałem.
Często jednak mogłem mu przed rozstaniem oznaczyć dokładnie miejsce i czas przyszłego spotkania. Kierowałem się przy tem datą, on zaś posługiwał się indyańską rachubą czasu, a jakkolwiek ta rachuba wydawałaby się niepewną, przybywał zawsze na oznaczoną minutę. Nie zdarzyło się nigdy, żebym czekał na niego.
Tylko raz wydawało mi się, że nie był punktualnym, ale to zdawało się tylko. Musieliśmy się rozstać wysoko na północy na tak zwanem Couteau i mieliśmy się w cztery miesiące potem spotkać na południu, w Sierra Madre. Winnetou spytał mnie wtenczas:
— Czy mój brat zna wodę, zwaną Clear Brook[1]?
— Tak.
— Polowaliśmy tam razem. Czy przypominasz sobie odwieczny dąb, pod którym wtedy rozłożyliśmy się na noc obozem?
— Doskonale.
— A zatem nie możemy się minąć. Korona tego drzewa uschła już i nie rośnie. Gdy w południe cień tego drzewa będzie miał pięciokrotną długość mojego brata, Winnetou nadejdzie. Howgh!
Musiałem oczywiście przetłómaczyć to na naszą rachubę czasu i zjawiłem się tam o czasie oznaczonym. Nie było widać ani Winnetou, ani śladu jego, chociaż długość cienia dębu przenosiła moją pięciokrotnie. Czekałem przez kilka godzin, ale on się nie stawił. Wiedziałem, że tylko coś ważnego mogło go powstrzymać od dotrzymania mi słowa, i zacząłem się już niepokoić o niego, kiedy przyszło mi na myśl, że on mógł już być tu, lecz że nie mógł czekać na mnie. W takim razie musiał mi zostawić jakiś znak. Zbadałem pień dębowy i rzeczywiście znalazłem na wysokości człowieka małą zeschłą gałązkę świerkową. Ponieważ na dębie niema świerkowych gałązek, s musiał ją tu ktoś wetknąć naumyślnie i to już dość dawno, gdyż była całkiem już zeschła. Wyciągnąłem ją, a wraz z nią owinięty na końcu jej papier. Rozwinąwszy go, znalazłem na nim słowa:
„Niechaj mój brat przybywa czemprędzej do Bloody Foksa, na którego chcą napaść Komancze. Winnetou śpieszy, ażeby go ostrzedz zawczasu.“
Ci z moich czytelników, którzy już znają Winnetou, wiedzą, że umiał dobrze czytać i pisać i że zawsze miał papier przy sobie. Wiadomość, jaką w ten sposób otrzymałem od niego, nie była pomyślna; zaniepokoiłem się o niego, chociaż wiedziałem, że podoła każdemu niebezpieczeństwu. Zatrwożyłem się także o Bloody Foksa, gdyż byłby prawdopodobnie zgubiony, gdyby Winnetou nie udało się dotrzeć do niego przed nadejściem Komanczów. Co do mnie samego, to położenie moje także bynajmniej nie było bezpieczne. Bloody Foks mieszkał na jedynej oazie pustego Llano Estakado, a droga tam wiodła przez terytoryum Komanczów, z którymi niejednokrotnie zetknęliśmy się wrogo. Gdybym się im dostał w ręce, przeznaczyliby dla mnie pewnie pal męczeński, zwłaszcza, że plemię to „wykopało topory wojenne“ i przedsięwzięło kilka wypraw rozbójniczych, które przyniosły im łup obfity.
W tych warunkach każdy inny człowiek pomyślałby przedewszystkiem o własnem bezpieczeństwie i wolałby prawdopodobnie nie pójść za wezwaniem Winnetou; mnie to jednak ani przez myśl nie przeszło. Winnetou narażał się przede mną bez namysłu na te same niebezpieczeństwa, które i mnie czekały, gdybym za nim poszedł. Czy miałem być mniej odważny, niż on? Wtykając wezwanie w pień drzewa, był pewien, że go w tej chwili posłucham. Czyż miałbym zdradzić to zaufanie? Czy mógłbym kiedy popatrzeć mu śmiało w oczy, gdybym teraz uciekł tchórzliwie? Nigdy!
Byłem sam jeden i zdany tylko na siebie, ale miałem dobrą broń i znakomitego konia, któremu mogłem zaufać. Zarazem znałem te okolice dokładnie i powiedziałem sobie, że doświadczonemu „westmanowi“ łatwiej przejechać samemu, aniżeli w towarzystwie ludzi, na których nie można zdać się w zupełności. Gdyby zaś oprócz tego były jeszcze jakie wątpliwości, to musiałyby upaść wobec świadomości, że Bloody Foks w niebezpieczeństwie i że musi się go ocalić. Wsiadłem zatem na konia i ruszyłem naprzód wedle życzenia przyjaciela i brata.
Dopóki znajdowałem się we właściwej Sierze, było mniej powodu do obaw; miałem gdzie ukryć się tutaj i przywykłem do uważania na wszystko. Potem następowało nagie płaskowyże, gdzie było się już z daleka widocznym, a przecinały je strome parowy i głębokie keniony, porosłe rzadkimi aloesami i kaktusami, za którymi jeździec nie mógł się ukryć. W takim kenionie mogłem się natknąć na Komanczów i ocalić się tylko wtedy, gdybym czemprędzej zawrócił i powierzył się rączości i wytrwałości konia.
Najniebezpieczniejszym z tych parowów był tak zwany Mistake-Canon[2], ponieważ tworzył najwięcej uczęszczaną drogę indyańską miedzy górami a równiną. Nazwę swoją zawdzięczał nieszczęsnemu qui pro quo, gdyż opowiadano sobie, że pewien biały myśliwiec zastrzelił tutaj swego najlepszego przyjaciela, Apacza, zamiast nieprzyjacielskiego Komancza. Kto był ten biały i kto owi dwaj Indyanie, nie wiedziałem podówczas i nie mogłem się dowiedzieć o ich nazwiskach. Ten to, już skądinąd niebezpieczny kenion, był odtąd omijany nadto dzięki zabobonności „westmanów“ — mówiono bowiem, że mało kiedy udało się białemu przejść przezeń bez szkody. Duch zabitego Apacza miał każdego prowadzić do zguby.
Tego ducha nie bardzo się bałem i, gdybym tylko nie natknął się na ludzkich wrogów, niechby się był ze mną spotkał. Zanim jednak dotarłem do niego, zauważyłem ślady większej liczby jeźdźców, idące z boku, a potem dalej w moim kierunku. Nie mogły to być luźne konie, mustangi, gdyż nie było ich w tych stronach. Zsiadłszy z konia i zbadawszy trop, spostrzegłem ku mojemu zdumieniu i uspokojeniu, że konie były podkute. Jeźdźcy nie należeli zatem do rasy czerwonej; ale kim byli i czego tu chcieli?
Nieco dalej zsiadał jeden z nich z konia, prawdopodobnie celem poprawienia popręgu, a reszta jechała dalej. Zbadałem dokładnie to miejsce i zauważyłem przy lewej nodze kilka krótkich wązkich wcięć, jakby od grzbietu noża. Skąd to? Czyżby ten jeździec miał pałasz? Miałżebym przed sobą żołnierzy, konnicę? Czyżby wojsko wyruszyło przeciw Komanczom, by ich ukarać za owe rozbójnicze wyprawy? Ciekawy odpowiedzi na to pytanie, ruszyłem cwałem za tropem, przyczem, im dalej jechałem, tem więcej znajdowałem śladów, zbiegających się z różnych stron i wiodących potem w jednym kierunku. Nie było już wątpliwości, że przede mną byli żołnierze — a kiedy po pewnym czasie objechałem odnogę gęstego lasu kaktusowego, ujrzałem przed sobą obóz. Zauważyłem też na pierwszy rzut oka, że nie rozbito go na czas krótki. Pas kaktusów zabezpieczał przed napadem z tyłu i z boków, a ku przodowi mogło oko objąć tak daleką otwartą płaszczyznę, że niespodziany napad był niemożliwy. Prawda, że nie zauważono mego zbliżenia się od zachodu; nawet w biały dzień należało tu straż postawić, a zaniechanie tego było niedbalstwem. Co byłoby, gdyby zamiast mnie nadciągnęła gromada Indyan! Po tamtej stronie opadał teren ku kenionowi, gdzie prawdopodobnie musiało być wody podostatkiem. Konie leżały lub chodziły wolno. Dla osłony przed żarem słonecznym porozciągano nad kaktusami prześcieradła; jeden wielki namiot był przeznaczony dla oficerów, a w cieniu jego przechowywano także zapasy żywności. W pobliżu leżało kilku ludzi, nie należących do wojska, lecz chcących z niem przenocować, gdyż dzień miał się już ku schyłkowi. Postanowiłem zrobić to samo. Mogłem wprawdzie jechać dalej, lecz musiałbym potem sam przenocować i nie spać dla własnego bezpieczeństwa. Tutaj znalazłem spoczynek, potrzebny mi do dalekiej jazdy jutrzejszej.
Skoro mnie spostrzeżono, wyszedł naprzeciwko mnie podoficer i zaprowadził mnie do komendanta, który, zauważywszy okrzyki, wyszedł z oficerami z namiotu. Kiedy zsiadałem z konia, przypatrzył się mnie i koniowi, a potem spytał:
— Skąd, sir?
— Z Sierry.
— A dokąd?
— Nad Rio Pecos.
— Przyszłoby wam to z trudnością, gdybyśmy nie byli przepłoszyli tych łajdaków Komanczów. Czy znaleźliście gdzie ich ślady?
— Nie. — Hm! Zwrócili się widocznie ku południowi. Siedzimy tutaj już prawie od dwu tygodni i nie widzieliśmy z nich ani nosa.
„Ośle!“ byłbym mu chętnie powiedział w oczy, gdyż, chcąc mieć czerwonych, musiałby ich był szukać. Ani im się śniło wpadać mu tutaj w ręce. Jeśli on nie mógł sic dowiedzieć, gdzie byli, wiedzieli oni dokładnie, że on tu się znajdował. Należało być pewnym, że nocami podchodzili pod obóz. Jak gdyby odgadł część moich myśli, dodał:
— Brak nam tęgiego skuta[3], któremu mógłbym zaufać i któryby mi ich wytropił. Old Wabble nocował tutaj i on byłby dla mnie odpowiednim człowiekiem, lecz dopiero po jego odejściu dowiedzieliśmy się, kto to był. Ten łotr przeczuł pewnie coś podobnego i nazwał się Cutter. Przed tygodniem natknął się patrol na Winnetou; ten byłby jeszcze lepszy, lecz zabrał się czemprędzej. Gdzie on się pokaże, mówią, że Old Shatterhand niedaleko. Chciałbym, żeby on mi wpadł w sidła. Jak się nazywacie, sir?
— Charley.
Powiedziałem mu imię chrzestne, które mogło być także nazwiskiem. Ani mi się śniło powiedzieć, że to ja właśnie jestem Old Shatterhand. Nie miałem ani czasu, ani ochoty zostawać tutaj i wysługiwać się im, jako szpieg. Przypatrzyłem się przytem leżącym na ziemi cywilistom i ku memu uspokojeniu nie znalazłem pośród nich twarzy znajomej. Mógł mnie tylko zdradzić koń i broń moja. Wiedziano o tem, że Old Shatterhand posiadał rusznicę na niedźwiedzie i sztuciec Henryego, oraz jeździł na czarnym ogierze, darowanym mu przez Winnetou. Szczęściem, komendant był tyle skromny na duchu, że nie wpadł na to. Wrócił do namiotu, nie pytając o nic więcej.
Na co on nie wpadł, to mógł odgadnąć któryś z cywilistów, będących prawdopodobnie myśliwcami z Zachodu. To też wsunąłem sztuciec nieznacznie do skórzanego futerału, żeby nie było widać osobliwego zamku; rusznica mniej wpadała w oko. Rozsiodłałem ogiera i puściłem go wolno. Trawy tu wprawdzie nie było, ale pomiędzy wielkimi kaktusami rosło mnóstwo kaktusów „melo“, które dostarczały podostatkiem soków i pożywienia. Mój karosz umiał te rośliny obierać z kolców, nie kalecząc się wcale. Kiedy potem poprosiłem cywilistów, ażeby mi pozwolili przysiąść do nich, odrzekł jeden z nich:
— Chodźcie tylko, sir, i jedzcie z nami, jeśli łaska. Nazywam się Sam Parker, a gdy ten człowiek posiada jeszcze kawałek mięsa, może każdy uczciwy człowiek jeść, dopóki się nie skończy. Macie apetyt?
— Przypuszczam.
— To ukrójcie sobie, ile chcecie. Jesteśmy sami westmani, sir. A wy?
— Ja tułam się też czasami po tej stronie Mississipi, ale nie wiem, czy mógłbym się nazwać westmanem. Dużo potrzeba, aby nim módz być.
Odkrząknął z zadowoleniem i rzekł:
— Macie słuszność, sir, wielką słuszność. Cieszy mnie, że spotykam człowieka skromnego, który zostawszy stróżem nocnym, nie uważa się zaraz za prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mało teraz takich ludzi. Jaką macie robotę tu na Zachodzie? Myśliwiec? Nastawiacz sideł? Zbieracz miodu?
— Poszukiwacz grobów, mr. Parkerze.
— Poszukiwacz grobów? — zawołał zdumiony. — To znaczy, że... wy... szukacie... grobów.
— Yes.
— Czy drwicie z nas, sir?
— Ani mi przez myśl nie przeszło.
— Więc bądźcie tacy dobrzy i wytłumaczcie się, jeśli wam nie mam noża wbić między żebra. Nie pozwolę się wodzić za nos.
— Well. Chce zbadać, skąd pochodzą teraźniejsi Indyanie. Słyszeliście m że już kiedy, że to, co się w grobach znajduje, oddaje pod tym względem wielkie usługi.
— Hm! Czytałem o tem rzeczywiście, że są ludzie, którzy rozkopują dawne groby, aby z nich studyować historyę, czy coś podobnego. To głupstwo! I takim właśnie jesteście?
— Yes.
— A więc uczonym?
— Yes.
— Niech was Bóg wspiera, sir! Możecie łatwo paść nosem w grób i zostać tam bez życia. Jeśli szukacie zwłok umarłych, to czyńcie to w okolicach, gdzie jesteście pewni waszego życia. Tutaj kule i tomahawki świszczą w powietrzu. Komancze w drodze. Czy umiecie strzelać?
— Trochę.
— Hm, wyobrażam sobie! Mnie się także kiedyś zdawało, że umiem strzelać. Może wam to kiedy opowiem. Jak widzę, macie starą rusznicę, którą można mury walić. To ma głębokie znaczenie. A tam w etui to pewnie taka strzelbka na niedzielę.
— Ja nie wiem.
— Musi tak być! Powiadam wam, sir, że tu niebezpiecznie szukać trupów. Zabierajcie się stąd. Przyłączcie się do nas, to wam będzie bezpieczniej, aniżeli samemu.
— W jakim kierunku stąd pojedziecie?
— Także nad Pecos, tam gdzie i wy, jak słyszeliśmy przedtem
Powiódł po mnie napół łaskawym a napory ironicznym wzrokiem i mówił dalej:
— Wyglądacie wcale nieźle, jak obłuskane jajo, ale to nie przyda się na nic w tych stronach, sir. Prawdziwy westman wygląda całkiem inaczej. Mimoto podobacie mi się i zapraszam was do pójścia z nami. Obronimy was, gdyż tak, sam jeden, nie zdołacie się przebić. Macie, zdaje się, konia, jak to nazywają we wschodnich stronach. Czy wasz dyszlowiec jest tutaj z wami?
— Tak, musi być podobnie, mr. Parkerze — odrzekłem, ubawiony wewnętrznie, że mego rasowego indyańskiego ogiera, z którym tylko karosz Winnetou mógł się porównać, uważał za konia do zaprzęgu. Podobał on mi się przynajmniej tak, jak ja jemu. Gdybym się do niego przyłączył, a on dowiedziałby się później, kim byłem, należało się spodziewać scen bardzo komicznych. Przytem towarzystwo to mogło mi się przydać, jeśli nie później, to przez Mistake-Canon, więc postanowiłem zgodzić się na tę propozycyę.
— Spodziewałem się tego — mówił dalej. — Koń wygląda tak samo gracko, jak wy. Widać po nim, że także szukał dawno zmarłych ciał i że nie miał nic innego do roboty. Powiedzcie zatem, czy jedziecie z nami? Wyruszamy jutro wczesnym rankiem.
— Przyjmuję z wdzięcznością waszą propozycyę i proszę wyraźnie o waszą opiekę.
— Będziecie ją mieli — i sądzę, że wam będzie potrzebną. Ucieszę się, gdy już stąd odjedziemy, gdyż komendant gotów któregoś z nas zatrzymać tu, jako skuta. Nieprawdaż, Jozie?
Pytanie to było zwrócone do starszego mężczyzny którego sympatyczna twarz miała melancholijny wyraz, jak gdyby miał jakieś wewnętrzne zmartwienie. Joz, to skrócenie z Jozue, a jak się później dowiedziałem, nazywał się ten człowiek Jozue Hawley.
— Jestem tego samego zdania — odrzekł. — Tego jeszcze brakowało, żeby za te mundury wyciągać z ognia kasztany i popiec sobie przytem przednie łapy. Gdybyż jeszcze byli zatrzymali Old Wabblego; to był człowiek do tego. Mnie nie dostaną. Będę szczęśliwy, kiedy mnie już tu nie będzie i kiedy będę miał za plecyma Mistake-Canon.
— Czemu? Czy obawiasz się ducha zabitego Indyanina?
— Obawiać się? Nie, ale mi z myśli nie schodzi. Ten kenion to dla mnie bezecne miejsce. Przeżyłem tam coś, co nie każdy przeżył i znalazłem przytem złoto.
— Złoto, w Mistake-Canon?
— Yes.
— To nie może być. Tam go niema.
— A przecie musiało być, skorośmy je tam znaleźli.
— A więc istotnie? Odkryliście je tam przypadkiem, stary Józie?
— Nie. Pokazał nam Indyanin.
— Trudno uwierzyć. Czerwony nigdy nic takiego nie wyjawi białemu, żeby nawet był najlepszym jego przyjacielem.
— W takim razie wypadek ten był wyjątkiem. Był to nawet ten sam czerwony, którego tam zastrzelono. Opowiem wam może tę historyę, gdy jutro zobaczymy ten kenion. Teraz nie mam ochoty i wolę o tem zamilczeć. Daj mi mięsa, bo jestem głodny. To wprawdzie tylko antylopa, ale musi smakować, bo niema czego innego. Wolałbym kawał bawolego garbu, albo polędwicę z łosia.
— Łosiowej? Ach łoś, to słuszne! — zawołał Parker, mlaskając językiem. — To najdelikatniejsza i najsoczystsza pieczeń, jaka tylko być może. Ilekroć tylko pomyślę o łosiu, przychodzi mi na myśl westman, który właściwie zrobił ze mnie myśliwca.
— Kto to był taki?
— Imię jego wymieniono przed chwilą. Mam na myśli Old Wabblego.
— Co? Jak? Old Wabblego? Tego, zarówno osobliwego, jak słynnego starca? Więc go znałeś?
— Czy go znałem? Cóż za pytanie! Pod jego to kierunkiem przeżyłem na zachodzie pierwszą przygodę. Opowiem wam ją, chociaż potem wyśmiejecie się ze mnie porządnie. Szło tam mianowicie o mojego pierwszego łosia.
Otrząsnął się, zrobił wielce obiecującą minę i zaczął w sposób następujący.
„Nazywał się on właściwie Fred Cutter, lecz z powodu chwiejnego kroku i wiszącego na chudem ciele ubrania, nazywano go stale Old Wabble. Był dawniej w Teksas cowboyem i tak przywykł do tamecznego stroju, że tu, na północy, nikt nie zdołał go nakłonić do zmiany ubrania.
„Widzę go jeszcze, jak stał przede mną, długi i strasznie cienki, z nogami w niesłychanych ciżmach i legginach. Na koszuli, o której barwie wolę nie wspominać, wisiała bluza, a jedyną jej zaletą była ogólna otwartość. Pierś i szyja były nieodziane, zato nosił zawsze pod zmiętym kapeluszem owiniętą na czole chustę, a końce jej zwisały mu na plecy. Za pasem miał długi nóż myśliwski, w uszach ciężkie srebrne kolczyki, a w wielkiej, brunatnej, kościstej ręce palące się nieodstępne cygareto. Inaczej nikt go chyba nie widział.
„Najcenniejszem było jego stare, ogorzałe, pomarszczone a zawsze gładko wygolone oblicze z grubemi, jak u murzyna, wargami, z długim, śpiczastym nosem i z ostremi, szaremi oczyma, którym nic ujść nie mogło,, chociaż powieki były zawsze napół przymknięte. Czy twarz ta była spokojna, czy też znajdowała się w ruchu, miała zawsze wyraz wyższości, której niczem niepodobna było wyprowadzić z równowagi. Ta wyższość była zupełnie uzasadnioną, gdyż Old Wabble był pomimo swojego zaniedbania nietylko mistrzem w konnej jeździe, w używaniu strzelby i lariatu, lecz niebrak mu było żadnej z właściwości, jakie musi posiadać prawdziwy westman. „Th’ is clear“ — zwykł był mawiać stale, co dowodziło, że nawet najtrudniejsze rzeczy były dlań czemś rozumiejącem się samo przez się.
„Co do mnie, byłem tam w Princeton czemś w rodzaju budowlanego pisarza i zarobiłem tam sobie tyle, że mogłem wykonać plan pójścia do Idaho, jako poszukiwacz złota. Byłem greenhorn, zupełny nowiczyusz i, ażeby zdobytymi skarbami nie dzielić się z wielu ludźmi, wziąłem tylko jednego towarzysza, Bena Needlera, który tak samo znał dziki Zachód, jak ja. Gdy w Eagle-Rock wysiedliśmy z wozu, byliśmy wyszykowani, jak dandysi, a obładowani, jak juczne osły, samemi pięknemi, dobremi i świecącemi rzeczami, mającemi niestety tę zaletę, że były nie do użycia. Kiedy zaś po tygodniu przybyliśmy nad Payette Fork, wyglądaliśmy, jak prawdziwe wagabundy; marliśmy prawie z głodu i porzuciliśmy po drodze zbyteczne przedmioty, to znaczy wszystko z wyjątkiem broni i amunicyi. Przyznam się wam jednak otwarcie, że za dobry chleb z masłem byłbym oddał całe moje uzbrojenie, a Ben Needler myślał pewnie tak samo.
„Siedzieliśmy na krawędzi zarośli, trzymaliśmy obtarte aż do krwi stopy w wodzie i rozmawialiśmy o różnych delikatesach, o których nie mówilibyśmy wcale w innych warunkach, a więc o sarniej łopatce, o polędwicy bawolej, o łapach niedźwiedzich i łosiowej pieczeni. W tej okolicy miały się znajdować łosie i bawoły. Właśnie rzekł Ben, mlaskając językiem:
„Good lack! Gdyby teraz takie bydlę podeszło blizko, wpakowałbym mu z prawdziwą rozkoszą obie kule pomiędzy rogi...
„A potem byłoby po was! — zabrzmiał głos jakiś pomieszany ze śmiechęm tuż za nami w zaroślach. — Łoś zrobiłby z was rogami ciasto. Do takiego zwierzęcia nie strzela się między rogi. Wylecieliście chyba, jako uczniacy ze szkoły w Nowym Yorku i spadliście tutaj, moi panowie?
„Zerwaliśmy się i spojrzeliśmy na mówcę, wydobywającego się teraz z zarośli, w których nas podsłuchał. Oto stał przed nami Old Wabble, taki, jakim go opisałem poprzednio, z niezbyt szanującym nas wyrazem twarzy i pobłażliwem spojrzeniem w pół przymkniętych oczach. Pominę rozmowę, która potem nastąpiła. Wyegzaminował nas, jak nauczyciel swoich chłopców, i zawezwał, żebyśmy za nim poszli.
„Mniej więcej o milę od rzeki stała chatka strażnicza na preryi, otoczonej lasem dokoła. Nazywał on to swojem rancho. Za nią było kilka otwartych bud, przeznaczonych w niepogodę dla koni, mułów i bydła, które teraz pasły się na wolnem polu. Old Wabble został mianowicie z cowboya samoistnym hodowcą bydła. Służba jego składała się z białego dozorcy Willa Littona i z kilku Indyan z plemienia Wężów, nazywanych przez niego wakerami i przywiązanych bardzo do niego. Widzieliśmy tych ludzi zajętych pakowaniem na lekki wóz płótna namiotowego i innych przedmiotów.
„— To jest coś dla was — rzekł starzec. — Chcecie strzelać łosie, a tam właśnie czyni się przygotowania do wyprawy myśliwskiej. Zobaczę, co potraficie; pójdziecie ze mną. Jeśli się na co przydacie, to możecie zostać u mnie. Przedtem jednak chodźcie do domu, gdyż, th’ is clear, głodny strzelec strzela w powietrze.
„Well, to nam było na rękę. Zjedliśmy, wypiliśmy i ruszyliśmy w drogę, ponieważ Old Wabble’owi ani się śniło odwlekać wycieczki dla nas. Otrzymaliśmy konie i pojechaliśmy najpierw ku rzece. Znaleźliśmy tam bród, przez który przejść należało. Na czele pochodu jechał stary, który chciał, żebym jechał obok niego. Prowadził obok siebie za uzdę luźnego muła. Przeprawiwszy się, widzieliśmy resztę orszaku idącą za nami: Ben Needler jechał na gniadym koniu, Will Litton na siwym, a za nimi toczył się wóz, zaprzężony w cztery konie; prowadził go jeden z Indyan. Nazywał on się Pakmuh czyli Krwawa Ręka, lecz w swojem cywilizowanem ubraniu nie wyglądał wcale tak krwawo, jak brzmiało jego miano. Współplemieńcy jego, na których stary mógł zdać się ze wszystkiem, pozostali w ranchu.
„Po drugiej stronie brodu jechaliśmy przez pewien czas rzadkim lasem, a następnie wjechaliśmy na zieloną bezdrzewną dolinę, wychodzącą na trawiastą sawannę. Gdy po kilku godzinach dostaliśmy się na drugi koniec, gdzie teren zaczął się wznosić, rozłożyliśmy się obozem. Zdjęto z wozu ładunek i rozbito namiot. Za nim przywiązano konie, a przed nim rozniecono ognisko. Tu mieliśmy się zatrzymać przez jeden dzień, ażeby zapolować na widlaste antylopy, albo natknąć się na bawoły. Poznaliśmy bowiem po rozrzucanych szkieletach, że tu przychodziły bizony. Wybielała ode słońca czaszka leżała tuż obok namiotu, w którym miał zostać Krwawa Ręka, my zaś, biali, mieliśmy się udać na wyżej położone bagnisko, gdzie, jak twierdził Old Wabble, było mnóstwo łosiów.
„Niestety, ani tego ani następnego dnia nie pokazało się zwierzę, nadające się do polowania, co starego bardzo rozzłościło, mnie jednak było na rękę, gdyż spodziewałem się ostrego sądu in puncto moich strzeleckich zdolności. Byłem pewien, że na trzydzieści kroków trafię w wieżę kościelną — że jednak wystrzeliłbym wielką dziurę w przyrodzie, gdyby odemnie zażądano dosięgnąć na sześćdziesiąt kroków szybkonogą antylopę, tego byłem całkiem pewien.
„Wtem wpadł Old Wabble na niefortunną myśl spróbowania naszej strzeleckiej zdolności i zażądał od nas, żebyśmy zmierzyli do sępów. Ptaki te pousiadały o jakich siedmdziesiąt kroków od nas na szkielecie i ja miałem pierwszy pokazać swoją sztukę. No, i powiadam wam, że sępy musiały być ze mnie zadowolone, gdyż stało się tak, jak przewidziałem. Wystrzeliłem cztery razy, nie trafiłem, a żadnemu ze ścierwożerców nie przyszło nawet na myśl uciekać po strzałach. Zwierzęta te wiedzą mianowicie dobrze o tem, że nikomu rozsądnemu nie przyjdzie na myśl strzelać do nich. Strzał je znęca zamiast odstraszyć, ponieważ z każdej ubitej zwierzyny zostają dla nich przynajmniej wnętrzności. Ben chybił dwa razy i dopiero trzecia kula trafiła jednego sępa, a resztę spłoszyła.
„— Eximious incomparable! — śmiał się Old Wabble, potrząsając niedbale zwisającymi członkami. — Moi panowie, th’ is clear, że jesteście właśnie jak stworzeni dla dzikiego Zachodu. Nie boicie się o siebie i jesteście już gotowymi ludźmi, gdyż, cokolwiekby z was być mogło, tem wszystkiem jesteście już teraz. Wyżej dojść nie możecie!
„Ben przyjął ze spokojem ten wyrok, ja jednak wybuchnąłem gniewem, co oczywiście miało tylko ten skutek, że mi Old Wabble odpowiedział:
„— Milczcie, sir! Wasz kolega trafił przynajmniej za trzecim razem, można się więc po nim czegoś spodziewać, wy zaś jesteście dla Zachodu straconym. Nie mogę was użyć i daję wam jedyną dobrą radę, żebyście się czemprędzej wynieśli.
„Zgryzło mnie to potężnie, gdyż nikt mistrzem się nie rodzi, a proch, jaki wystrzelałem aż po ów czas, nie ważył pewnie całego funta. Postanowiłem sobie w każdym razie wymusić dla siebie szacunek starego.
„Nazajutrz rano wyruszyliśmy na bagna w górach Salmon Riwer. Żywność, naczynia do gotowania, koce i inne rzeczy wpakowano na muła, a wóz, którego nie można było użyć na górskich bezdrożach, został przy namiocie. Znacie ten kraj i nie będę wam opisywał drogi. Była ona wprost niebezpieczną dla życia, szczególnie tam, gdzie Snakes-Canon tworzy kąt ostry i gdzie musi się zjeżdżać stromo w głąb, aby się po drugiej stronie dostać na ścieżkę Wihinasht. Na prawo skała niebotyczna, na lewo czarna otchłań, a w środku droga o szerokości zaledwie dwu łokci. Szczęście, zaiste, że nasze konie przywykły do takich dróg i że nie cierpiałem nigdy na zawrót głowy. Przedostaliśmy się szczęśliwie, lecz wkrótce okazało się nowe niebezpieczeństwo, którego tylko ja jeden nie uznawałem.
„Gdy mianowicie zaraz potem wjechaliśmy na ścieżkę Wihinasht, spotkaliśmy się z oddziałem z ośmiu Indyan, z których czterej byli ozdobieni piórami wodzów. Nie przestraszyli się widocznie nagłem ukazaniem się naszem i przypatrywali się nam, przejeżdżając obok nas cicho, owym melancholijnie niedbałym wzrokiem, właściwym rasie czerwonej. Pierwszy z nich, jadący na płowym siwku, trzymał w lewej ręce jakiś szczególny podłużny przedmiot, ozdobiony frendzlami z piór. To milczące, posępne spotkanie z dawnymi panami tej krainy wzruszyło mnie niezwykle. Nie wydali mi się bynajmniej niebezpieczni, zwłaszcza, że nie mieli barw wojennych i że nie mieli, jak się zdawało, żadnej broni. Zaledwie jednak objechaliśmy najbliższe wzgórze i zniknęliśmy im z oczu, zatrzymał się Old Wabble i rzekł, rzucając za siebie groźne spojrzenie:
„— Damm them! Czego tu chcą te łotry? To są Panaszci, żyjący w niezgodzie z właściwymi Wężami, do których należą moi wakerowie. Dokąd zmierzają? Droga ich musi prowadzić obok mego rancha. Co za niebezpieczeństwo, że mnie w domu niema...
„— Nie byli uzbrojeni! — wtrąciłem.
„Old Wabble łypnął na mnie pogardliwie z pod przymkniętych powiek i rzekł:
„— Już po naszem polowaniu na łosie przynajmniej na dziś i na jutro. Musimy wracać do namiotu, a może nawet do rancha i uprzedzić ich koniecznie. Szczęściem znam ścieżkę opodal, która prowadzi na dół; nie dla jeźdźców wprawdzie, lecz dla dobrych piechurów po górach. Naprzód, boye! Powziąłem postanowienie. Musimy wziąć ich na cel; th’ is clear!
— Wjechaliśmy cwałem pomiędzy skały na lewo i po pięciu minutach dostaliśmy się na małe płaskowzgórze o gruncie, utworzonym przez bagnistą łąkę. Na skalistym brzegu rosły wysokie jodły, a środkiem płynął strumyczek. Old Wabble zeskoczył z konia i powiedział:
„— Tam, na końcu tej doliny, schodzi droga w dół. Jeśli się pośpieszymy, to będziemy przy namiocie przed czerwonymi. Jeden musi tu zostać przy zwierzętach, a mianowicie ten, bez którego najłatwiej nam się obejść. Jest nim ten osławiony Sam, który chybił cztery razy. On trafiłby prędzej któregoś z nas aniżeli czerwonoskórca.
„Tym osławionym Samem byłem oczywiście ja, Sam Parker, dawniej pisarz budowlany w Princeton. Sprzeciwiałem się temu z gniewem, lecz musiałem się zgodzić. Następnie popędzili wszyscy trzej, przedczem stary nakazał mi nie opuszczać doliny, dopóki on nie powróci.
„Byłem wściekły z gniewu, że musiałem na to przystać. Tych biednych Indyan miano zastrzelić, chociaż nie wyglądali niebezpiecznie. Czy miałem do tego dopuścić? Nie! Byli tak samo ludźmi, jak my, a przytem zemsta — za obrazę! Nie znałem dzikiego Zachodu i posłuchałem mego nierozsądku. Przywiązałem muła i trzy luźne konie do drzew, a sam wróciłem cwałem drogą, którą przybyliśmy tutaj. Chciałem spełnić polecony mi obowiązek, lecz pierwej ostrzedz Indyan. Zjechałem, jak mogłem, najszybciej ścieżką Wihinasht i wjechałem w Snakes-Canon. Tu ujrzałem przed sobą czerwonych, którzy mnie posłyszeli i stanęli. Parów był tu jeszcze dostatecznie szeroki. Osadziłem konia i zapytałem, czy który z nich umie po angielsku. Ten, który jechał na płowym siwku i miał w ręku ów podłużny przedmiot, odpowiedział:
„— Jestem To-ok-uh, Szybka Strzała, wódz Panasztów. Mój biały brat powrócił, by przynieść mi wiadomość starego męża, którego trzód pilnują Węże tam na dole.
„— A więc ty znasz go? — spytałem. — On uważa was za wrogów i poszedł prędzej piechotą, by was pozabijać. Jestem chrześcijaninem i uważam za swój obowiązek ostrzedz was przed tem.
„Spojrzenie ciemnego oka wświdrował mi formalnie w twarz i zapytał:
„— Gdzie wasze zwierzęta?
„— Stoją tam, po drugiej stronie ścieżki Wihinasht, na zielonej dolinie.
„Rozmawiał przez chwilę po cichu z towarzyszami, poczem zapytał mnie z przyjaznym wyrazem na twarzy.
„— Mój brat dopiero niedawno w tym kraju?
„— Dopiero od wczoraj.
„— Czego chcą blade twarze tam w górach?
„— Chcemy polować na łosia.
„— Czy mój brat jest słynnym myśliwcem?
„— Nie; strzelam zwykle obok celu.
„Dopytywał się dalej z uśmiechem, dopóki nie dowiedział się wszystkiego. Musiałem mu nawet wymienić swoje nazwisko, poczem rzekł do mnie:
„— Samuel Parker, to trudno sobie zapamiętać czerwonemu mężowi. Nazwiemy cię At-pui, Dobre Serce. Skoro tu dłużej zabawisz, zrobisz się ostrożniejszy. Dobroć twoja mogła się stać zgubą dla was. Ciesz się, że nie idziemy ścieżką wojenną! Przypatrz się temu wampum — przytem pokazał mi ów długi, ozdobiony frendzlami, przedmiot — zawiera wieść pokojową do wodzów wszystkich Szoszonów. Jesteśmy bez broni i wieziemy je do rancha starego męża, a jego Indyanie poniosą je dalej. Nie boimy się zatem niczego, lecz wdzięczność nasza jest taką samą, jak gdybyś nas od śmierci ocalił. Jeśli będzie ci potrzeba przyjaciół, przybądź do nas. At-pui będzie u nas zawsze mile widziany. Howgh! Powiedziałem.
„Podał mi rękę i ruszył dalej ze swoimi ludźmi. Zawołałem jeszcze za nim, żeby mnie nie zdradził, i wróciłem zadowolony z wyniku, chociaż nie dałem dowodu roztropności. Przeciwnie, byłem wielce nieostrożny.
„Przybywszy na dolinkę, zdjąłem z muła ciężary i odwiązałem konie, żeby się pasły. Wolny czas poświęciłem ćwiczeniom w strzelaniu. Miałem pełny rożek, a z rzeczami była jeszcze cała puszka. Wypróżniwszy rożek, mogłem już sobie powiedzieć, że trafiłbym w wieżę kościelną już z odległości dwustu kroków. Pod wieczór nadszedł Old Wabble z Benem i Willem. Spotkali się z czerwonymi koło namiotu i opowiedzieli mi jako coś całkiem nowego, że dzicy mieli całkiem pokojowe zamiary: oddali wampum Krwawej Ręce celem zaniesienia go dalej i wrócili natychmiast. Oczywiście, że zataiłem to, co uczyniłem.
„Przenocowaliśmy na dolince, a nazajutrz pojechaliśmy do położonego opodal bagna górskiego.
„Leżało ono na większej dolinie, aniżeli wczorajsza. W pośrodku znajdowało się jeziorko z bagnistymi brzegami, dalej zarośla i las ze zwodniczym gruntem, a potem następowały wysokie, nagie, porozpadane masy skał, otaczające dolinę. Miała ona ze dwie godziny drogi długości i szerokości.
„Rozjuczywszy muła, urządziliśmy obóz i roznieciliśmy ognisko, a ja miałem zostać, ażeby pilnować koni. Następnie udali się oni na poszukiwania. Aż do południa panowała cisza. Nagle usłyszałem huk kilku strzałów, a później wrócił Ben Needler sam jeden. Strzelił za wcześnie do łosicy, a rozgniewany Wabble napędził go za to. Nadszedł z Littonem dopiero o zmroku, rozłoszczony niepowodzeniem, jakiego doznał.
„— Tropów dość było — rezonował, — ale nietylko łosi, lecz i czerwonoskórych, którzy musieli tu być przed nami i przepłoszyli zwierzynę. Th’ is clear! Natknęliśmy się tylko na jedną krowę, wtem huknął ten Needler z obydwu luf równocześnie, i uciekła. To się ma z zadawania się z greenhornami. Nie chcę jednak, żeby droga była daremna i zostanę jeszcze z dzień, dwa, albo wogóle dopóki nie rozciągnę ciężkiego starego łosia.
„Nie rzekł do żadnego z nas dwu ani słowa i zachował ten sam nastrój także nazajutrz rano. Wyruszając, oświadczył, że będzie polował tylko z Littonem, a greenhorny zostaną w obozie, żeby czego nie popsuli. Miał prawo zrobić, jak mu się podobało, ale my przyznaliśmy sobie po cichu to samo prawo. Skoro obaj odeszli, wykonaliśmy to, o co umówiliśmy się w nocy. Jeśli łosie wypłoszono, to nie było ich już w dolinie, lecz poza jej obrębem. Tam ich należało szukać. Ponieważ to polowanie nasze mogło potrwać do wieczora, zabraliśmy z sobą muła do niesienia potrzebnych rzeczy, a ewentualnie i zdobyczy.
„Wyszliśmy z tej doliny na drugą. Nie było tu ani jeziora ni bagna, ale także i łosi, gdyż znajdowali się tutaj ludzie, mający ze sobą osła. Nie widzieliśmy ludzi, lecz tem wyraźniej osła, który bez uzdy i siodła używał sobie na trawie w pewnej odległości. Gdzie byli ludzie? Musiałem ich odszukać. Kiedy Ben poszedł powoli do osła, ruszyłem z naszym mułem dalej. Domniemany osioł pasł się dalej, dopóki Ben nie zbliżył się doń na sto kroków. W tem zwietrzył go, podniósł głowę, odwrócił się błyskawicznie i pobiegł w wielkich susach ku mnie, jakby wiedziony sympatyą dla stojącego obok mnie swego krewnego. Ale co to? To dalibóg nie był osioł, lecz dzikie zwierzę. Poznałem to, chociaż byłem greenhorn. Ukląkłem czemprędzej za mułem, złożyłem się, wymierzyłem i pociągnąłem za cyngiel. Nieznana kreatura skoczyła jeszcze raz, drugi i trzeci i padła. Pobiegłem na miejsce, a Ben nadszedł także. Strzał poszedł pod łopatkę, my zaś zgodziliśmy się, że zabiłem „łanię“. Przywiązaliśmy ją do juków na mule i ruszyliśmy dalej, ale nie długo, gdyż dolina już się skończyła. Na prawo i na lewo były niebotyczne ściany, a przed nami dość strome wzgórze w rodzaju przełęczy, za którą musiała być druga dolina. Ponieważ muł nasz dobrze się piął po górach, postanowiliśmy pójść prosto.
„Dostaliśmy się z pewnym wysiłkiem na górę i przekonaliśmy się, że nie popełniliśmy pomyłki, gdyż przed nami opadał znowu teren ku dołowi. Ale stamtąd dochodził szczególny zgiełk, utworzony z ludzkich głosów. Musieliśmy się dowiedzieć, co to było; szukaliśmy więc miejsca, z którego moglibyśmy wyglądnąć. Po obu stronach przełęczy znajdowały się wysokie wprawdzie, ale o tyle dostępne wzniesienia, że łatwo było wyjść na nie. Wygramoliliśmy się z lewej strony, aby rzucić stamtąd okiem na dalszą dolinę. Przybywszy na górę, chciał Needler wychylić się daleko, żeby lepiej widzieć — ponieważ jednak mógł go ktoś zobaczyć z powodu zbyt jasnego ubrania, a ja miałem ciemniejsze, odsunąłem go i spojrzałem na dół.
„Nie mogłem dostrzedz, co się działo na pierwszym planie doliny, ponieważ stanowisko moje nie było dostatecznie wysokie — w głębi jednak ujrzałem siedmiu indyańskich jeźdźców, którzy jechali tworząc rozwlekłą linię i krzycząc na całe gardło. Wrzaski te zbliżały się i wzmogły tak, że stojący na dole muł zaczął bardzo niespokojnie grać uszyma i obracać ogonem. Toteż posłałem Bena nadół, ażeby go uspokoił.
„Wtem rzuciłem okiem na przeciwległe wzniesienie, oddalone mniej więcej o pięćset kroków. Ku mojemu zdumieniu ujrzałem siedzącego tam Indyanina. Był to To-ok-uh, Szybka Strzała, który skinął na mnie znacząco i położył prawą rękę na ustach, co u Indyan jest znakiem milczenia. Skąd się tu wziął, dlaczego miałem milczeć i o czem? Onegdaj nie był uzbrojony, a teraz leżała mu strzelba na kolanach. Kiedy nad tem rozmyślałem, zgiełk zbliżył się jeszcze bardziej; usłyszałem pod sobą łoskot spadających kamieni i spojrzałem na dół. Nieba, a to co za potwór! Z głośnem gniewnem parskaniem wspinał się z tamtej doliny na przełęcz. Mając do łopatek ze dwa metry wysokości, krótkie niezgrabne cielsko, długie nogi, szeroko zwisającę górną wargę i najeżoną brodę, wynurzył się z iskrzącemi oczyma na brzeg przełęczy. Ujrzawszy stamtąd tuż przed sobą muła i Bena Needlera, rzucił wstecz brzydką głowę z potężnemi, szerokiemi łopatami i popędził w moją stronę. Needler, ujrzawszy potwora o sześć kroków od siebie, wyrosłego, jakby z pod ziemi, wrzasnął ze strachu, odrzucił strzelbę i pobiegł, a raczej stoczył się na łeb na szyję w dolinę po tej stronie. Muł nie okazał także więcej odwagi od swego pana: dał susa w tył i — zjechał, szczęściem, na wszystkich czterech nogach, jak na saniach, z przełęczy.
„Nie miałem czasu uważać, czy obydwaj szczęśliwie dostali się na dół, bo zwierz zwrócił się w moją stronę, nie spostrzegłszy, że miał już wolną drogę przed sobą. Pędził w górę w potężnych susach wprost na mnie. Przeraziłem się niemniej, jak Needler; strzelba wypadła mi z ręki, i zacząłem uciekać. Skakałem z kamienia na kamień po skalistem zboczu, a potwór za mną. Naraz rozwarła się przede mną wielka dziura w skalnej ścianie, więc wlazłem w nią tak szybko, jak jeszcze nigdy przedtem nie znikałem w dziurach. W otworze się ściemniło, gdyż zwierz włożył weń głowę, o ile mu tylko rogi na to pozwoliły. Parskał, jak dyabeł, i czułem na twarzy gorący jego oddech. Ale strach ściganego zwierzęcia był większy od jego gniewu; wyciągnął głowę i pobiegł dalej. Przytem odwrócił się lewym bokiem do wodza, siedzącego naprzeciwko i czekającego na to z zimną krwią. Wymierzył krótko i wypalił, a łoś runął równocześnie na ziemię.
„W jednej chwili zbiegł To-ok-uh z tamtej strony i wszedł na tę. Kiedy ja wysunąłem ostrożnie głowę, przypatrywał się olbrzymiemu zwierzęciu i zawołał do mnie z uśmiechem:
„— Niech mój brat wyjdzie! Ten peere[4] padł od jego kuli, więc jest jego własnością.
„— Od mojej kuli? — zapytałem zdumiony, wyłażąc z dziury.
„— Tak — rzekł, skinąwszy chytrze głową. — Jesteś At-pui, Dobre Serce i chciałeś nas ocalić, zato zbieraj sławę u swoich. Wojownicy Panasztów oddali wampum i przybyli przed wami na dolinę łosi, gdzie ukryli broń swoją. Nie mogliście znaleźć tam innej zwierzyny oprócz dziecka łosia, które widzę na grzbiecie waszego muła. Byłeś na tyle otwarty, że powiedziałeś mi, iż trafiasz obok celu, lecz musisz o tem milczeć, gdyż życzę sobie, żeby towarzysze szanowali cię tak, jak ja cię miłuję. Usiadłem na skale i kazałem pędzić na siebie to niezwykle ogromne zwierzę, wtem spostrzegłem ciebie i postanowiłem natychmiast ci je darować. Niechaj będzie, jak gdybyś ty je trafił, ażebyś miał sławę, dopóki rzeczywiście nie trafisz. Twój brat nie widział mnie i odchodzę, ażeby mnie jeszcze nie zobaczył. Oko moje życzy sobie zobaczyć ciebie. Powiedziałem. Howgh!
„Uścisnął mi rękę i pobiegł na dół, aby zniknąć po tamtej stronie przełęczy, w
„Oto była wdzięczność tak zwanego dzikiego człowieka. Odstąpił mi własną sławę. Czy miałem ten dar odepchnąć? Nie; byłem na to za słaby i za młody, a Old Wabble mnie wydrwił. Był to wprawdzie błąd z mojej strony i kłamstwo, że chciałem się stroić w cudze pióra, lecz stary westman miał zazdrościć mnie, greenhornowi.
„Zeszedłem na dolinę po tej stronie. Daleko, bardzo daleko stał Ben Needler obok nieuszkodzonego muła!
„Skinąłem nań i zaprowadziłem go tam, gdzie leżał łoś. Podniosłem oczywiście strzelbę, a Indyanina nie widział, był więc pewien, że to ja zabiłem łosia. Można sobie wyobrazić jego zdumienie, podziw i radość.
„Żal mi go było. Dlatego to, a także, jak otwarcie przyznaję, dla ulżenia własnemu sumieniu, zaproponowałem mu, żeby powiedział Old Wabble’owi, iż to on zabił „dziecko łosia“. Był z tego powodu taki szczęśliwy, że mnie uściskał. Musiałem zostać przy moim łupie na straży przed drapieżnemi zwierzętami, a Needler ruszył z mułem na bagno po Old Wabble’a i Littona. Sprowadził ich dopiero po południu. Nie widzieli ani kępki kudłów z łosia. Stary stał oniemiały nad moim łupem, a wkońcu przyznał, że rzadko widywał takie wielkie okazy. Zazdrość wstrząsała jego niedbałą postacią, potem zmierzył mnie groźnem niemal spojrzeniem przymkniętych oczu i powiedział:
„— Well, ja wiem o co idzie, sir. Gdy onegdaj cztery razy wystrzeliliście dziurę w naturze, żartowaliście sobie. Th’ is clear, lecz mam nadzieję, że nie stanie się już nic podobnego, jeśli mamy być nadal przyjaciółmi.
„Zostaliśmy też nadal przyjaciółmi i daliśmy potem razem niejeden dobry strzał. Zdawało się, że dar wodza przysporzył mi odrazu dobrego wzroku i pewnej ręki. Od owego dnia latały moje kule tak szczęśliwie, że staremu nigdy na myśl nie przyszło, żeby to była blaga z owym łosiem. Z Szybką Strzałą spotykałem się jeszcze często, a jego ludzie nazywają mnie dziś jeszcze At-pui. Dochował mi wiernie tajemnicy, i dziś poraz pierwszy ją zdradzam. Tak, panowie, przyznaję się wam z całą myśliwską pokorą, że mój pierwszy łoś nie był moim pierwszym, ale też i nie ostatnim. Powiedziałem. Howgh.“
Zamilkł, a drudzy zaczęli robić uwagi o tem, co słyszeli. Każdy westman musiał przebyć nowicyat; nikt się mistrzem nie rodzi. Ja miałem także nauczycieli: najpierw zabawnego, małego Sama Hawkensa, a potem Winnetou, niezrównanego mistrza we wszystkiem, czego dziki Zachód wymaga.
Co do Old Wabble’a, to słyszałem o nim wiele, bardzo wiele, lecz nie widziałem go dotychczas. Wiedziano, że istniał rzeczywiście, a mimo to żył w podaniach. Opowiadano sobie setki jego konceptów i czynów, dowodzących, że był oryginałem, jakich mało. Nie wiedziano, gdzie się znajdował i co robił, a ilekroć wynurzył się nagle tu lub ówdzie, było to zawsze na krótki czas; mimo to opowiadano znowu o jakimś szybkim i śmiałym czynie, lub o jakiejś niesłychanej osobliwości.
W młodości był „królem cowboyów“, a teraz dosiągł lat dziewięćdziesięciu, mimo to miał być rzeźki, jak młodzieniec, i tylko długie, białe, jak śnieg, włosy, powiewające za nim podczas jazdy, jak grzywa, świadczyły o długości niezwykle burzliwego życia.
Podczas opowiadania Parkera zapadł wieczór, a ponieważ dzięki Komańczom nie można było rozniecać ognisk, nie było dalszej rozmowy, i położyliśmy się spać. Kiedy chcieliśmy wyruszyć nazajutrz rano, pokazało się, że obawy Parkera były uzasadnione. Komendant chciał absolutnie zatrzymać jednego z myśliwców, jako skuta, lecz spotkał się z takim zatwardziałym uporem, że uznał wkońcu, iż lepiej się tego wyrzec. Przymuszony do tego wywiadowca przyniósłby mu raczej szkodę, aniżeli pożytek. Wobec tego zażartowałem sobie i ofiarowałem mu swoje usługi. Odmówił mi pogardliwym ruchem ręki i powiedział:
— Jedźcie tylko, mr. Charleyu! Człowiek z zawodem poszukiwacza zgniłych kości i szczątków nie potrafi zrobić tego, czego wymagam od skuta. Dłubajcie sobie dalej po starych grobach; ja nie chcę brać sobie z wami na kark ciężaru.
Dowiedział się zatem widocznie, co mnie wrzekomo przygnało na Zachód. Well, mnie było to rozstanie na rękę. Żeby mnie jeszcze przed odjazdem nie poznano, wisiałem na koniu tak nieporadnie, jak mogłem, i zachowałem to przez całą dzisiejszą jazdę, żeby towarzysze nie zmienili o mnie zdania.
Tych dziesięciu ludzi pozbierało się w drodze z nad Rio de la Plata. Udawali się teraz do Teksas, jeden w takim, drugi w owakim zamiarze, i nie tworzyli jednym celem połączonego towarzystwa.
Od obozu wojskowego do Mistake-Canon mieliśmy konno cztery godziny drogi, które przeszły bez żadnego wypadku. Jozuemu Hawleyowi przypomniano wczorajszą obietnicę, a on przyrzekł powtórnie, że jej dotrzyma. Tych kilka słów, które wczoraj z jego ust usłyszałem, wystarczyło mi zupełnie. Wiedziałem już, że to on był owym białym, który zastrzelił przyjaciela przez pomyłkę. To nurtowało mu w duszy dotychczas, i stąd pochodziła melancholia, którą spostrzegłem na pierwszy rzut oka.
Znajdowaliśmy się dotychczas na skalistem płaskowzgórzu, opadającem zwolna ku dołowi. Następnie zatrzymaliśmy się nad głęboką czeluścią, do której prowadziła stroma droga, jak gdyby pięścią gigantów wyrąbany rów, ciągnęła się w nieskończoność ku wschodowi, między stromemi ścianami, na kilkaset stóp wysokiemi. Na dole szemrała woda, wyglądająca z góry jak atrament. Tam, gdzie zatrzymaliśmy się, rosły na krawędzi skały rozrzucone kaktusy. Był to Mistake-Canon, a raczej jego początek, którym musieliśmy się puścić. Kto rzucił okiem w groźnie zionącą czeluść, ten musiał doznać uczucia, jakoby tam na dole znajdowała się siedziba nieuniknionego nieszczęścia. Widziałem już i przejechałem wiele kenionów, ale, że użyję takiego wyrażenia, nie odrzucało mnie tak, jak od tego.
Zjechaliśmy na dół stromą drogą i dostaliśmy się na dno, gdzie jechaliśmy dalej nad wodą, wyglądającą teraz inaczej. Gdy dojechaliśmy do wielkiego nadbrzeżnego głazu, na którym woda załamywała się, zatrzymał Joz swego konia, zlazł zeń, usiadł na kamieniu i powiedział:
— Otóż i miejsce, na którem chcę dotrzymać obietnicy, Zsiądźcie, panowie, a dowiecie się, w jaki sposób powstało podanie o duchu tego kenionu.
— Duchu? Pshaw! — roześmiał się Sam Parker. — Tylko głupiec wierzy w takie widma i duchy. Biały myśliwiec zastrzelił przez pomyłkę przyjaciela Apacza, zamiast wroga Komańcza. Ale nikt nie może powiedzieć, kto to był i jak mogło się stać coś takiego.
— Ja, ja to mogę powiedzieć, ja jeden — rzekł Joz, przecierając sobie oczy rękoma.
— Ach, ty? Ty wiesz, jak się odbyła ta nieszczęsna, historya?
„Czy ja to wiem? Tu z tego kamienia, na którym siedzę, dałem wówczas ten fatalny strzał. Miałem oczy o trzydzieści lat młodsze, aniżeli teraz, nie były jednak dość bystre, by odróżnić prawdziwego od fałszywego. Miałem przyjaciela, wiecie, prawdziwego, a był nim Apacz i nazywał się Tkhlisz-lipa, grzechotnik. Zawdzięczając mi życie, przyrzekł mi pokazać miejsce, na którym, jak powiedziałem, miało być mnóstwo nuggetów. Znalazłem więc sobie czterech dzielnych boyów, nadających się do takiego przedsiębiorstwa. Musieliśmy być bardzo ostrożni, ponieważ miejsce to leżało na terytoryum Komanczów. Toteż nie wzięliśmy ze sobą koni; tylko Apacz nie chciał się wyrzec swojego mustanga. Aby uniknąć wstępu, powiem, że przybyliśmy tu, do kenionu. Widzicie na krawędzi te kaktusy? Dawniej był tam cały las kaktusowy, gdzie zbudowaliśmy sobie chatę dla gospodarstwa, a tu nad wodą był teren pracy.
„Tkhlisz-lipa nie skłamał, i zdobycz była nadspodziewanie obfita, chociaż pracować mogły tylko cztery osoby, bo jeden musiał stać na straży a jeden polować i starać się o mięso. Musiało się to dziać z największą rozwagą, gdyż Awat-kuts, „wielki bawół“, wódz mieszkających tutaj Komanczów, był nietylko krwi chciwym człowiekiem, lecz wirtuozem w tropieniu. Rozumie się samo przez się, że każdy z nas oprócz motyki i łopaty miał zawsze broń przy sobie.
„Byliśmy tu już ze trzy tygodnie, kiedy pewnego dnia Apacz miał stać na straży przy chacie, a jeden z towarzyszy, długi Winters, włóczył się za zwierzyną. My pracowaliśmy raźno na dole, a czerwonoskóry nudził się na górze, siedząc na spiekocie. Zdjął wierzchnie ubranie i nacierał sobie zwyczajem indyańskim ciało tłuszczem niedźwiedzim dla ochrony przed robactwem. Wtem słyszy za sobą szelest; ogląda się i widzi strasznego wodza Komanczów, rozmachującego się do uderzenia kolbą. Zanim zdołał się usunąć, spada mu cios na głowę z taką siłą, że traci przytomność. Że głowy mu nie roztrzaskał, temu winien jedynie rodzaj czapki, ozdobionej ogonami lisimi i skórami z grzechotników.
„Amat-kuts zostawia go na razie w spokoju i wchodzi do chaty, by ją przeszukać. Znalazłszy worki napełnione nuggetami, przywiesza je sobie do pasa. Wróciwszy, zrzuca z siebie stary koc kaiiko i zamienia ją na nowy koc santillo, zrzucony przez Apacza. Wpada mu w oko także czapka ogłuszonego, i wkłada ją sobie na czub. Następnie przywołuje gwizdem swego silnokościstego konia, którego zostawił był w kaktusach, lecz widzi, że mustang Apacza, pasący się w pobliżu, wart o wiele więcej. Teraz ma wróg być oskalpowany i to żywcem. Komancz staje, nad nim z rozstawionemi nogami, chwyta go lewą ręką za włosy, ażeby mu podnieść głowę, bierze nóż w prawą rękę, nacina mu skórę nad uszami przez czoło i tył głowy i próbuje silnem szarpnięciem skalp oderwać, co mu się jednak nie całkiem udaje. Grzechotnik ocuca się pod wpływem okropnego bolu i chwyta Komańcza za ręce. Zaczyna się mocowanie, z którego Wielki Bawół musi wyjść zwycięzcą, gdyż tamtemu krew oczy zalewa.
„Tymczasem Wintersowi udało się polowanie; objuczony zdobyczą powraca do domu. Znalazłszy trop Komancza, zląkł się i skrada się nim dalej. Wyszedłszy zza rogu kaktusowego lasu, widzi walczących ze sobą Indyan i bierze z powodu santillowego koca i czapki Komańcza za Apacza. Składa się czemprędzej i strzela do ociekającego krwią przyjaciela, ale nie trafia go dzięki wielkiej odległości. Komancz odwraca się na odgłos strzału, spostrzega nowego wroga, rzuca się, zostawiwszy strzelbę na ziemi, na apaczowego mustanga, wskakuje nań i ucieka. Grzechotnik, oszalały niemal z bolu i z wściekłości, wyciera sobie krew z oczu i spostrzega umykającego przeciwnika i zostawionego przezeń konia. W tej chwili dosiada go i pędzi za nim, zrywając sobie z bioder lasso, a długi Winters patrzy na to w osłupieniu, gdyż nie może sobie wytłomaczyć tego, co się dzieje. Ponieważ biały zamykał drogę na prawo, a na lewo nie można było uciec z powodu kaktusów, pędzi Komancz ku kenionowi, wiedząc, że prostopadłą prawie ścianą prowadzi w głąb niebezpieczna, co prawda, ale zawsze ścieżka. Nie przeczuwa, że tam na dole znajdują się trzy blade twarze.
„Widzicie tam za wodą wyskok skalny, wązką, ciągnącą się w dal krawędź? To wspomniana ścieżka. Uciążliwa dla pieszego, jest wprost niebezpieczną dla jeźdźca — więc zdziwiliśmy się niemało, kiedy z góry doleciał nas tętent cwałujących koni. Z powodu wysokości ujrzeliśmy najpierw głowy obu jeźdźców, lecz im niżej zjeżdzali, tem dokładniej widzieliśmy ich postacie. Przodem biegł mustang Apacza, a jeźdźca na nim wzięliśmy.z powodu koca i czapki za Grzechotnika. Za nim pędził na nieznanym nam koniu jeździec, któremu zwisała z głowy skrwawiona czupryna i który z powodu ściany wysilał się napróżno, ażeby ściganemu zarzucić lasso na głowę. Słyszeliśmy ustawicznie głos Apacza: „Hatatitla aguan, hatatitla aguan“, zastrzelcie go, zastrzelcie go. Zwracało się to do nas, więc porwałem strzelbę. W tej chwili pierwszy jeździec dosięgnął dna parowu, tam za wodą i pędził dalej. Zaraz po nim nadjechał drugi, a mogąc teraz swobodniej władać lassem, zamachnął się do rzutu. Wypaliłem, on krzyknął i spadł w tył z konia, który pognał dalej bez jeźdźca. W kilka sekund byliśmy przy nim. Wyobraźcie sobie nasze przerażenie, gdy poznaliśmy czerwonego przyjaciela! Moja kula trafiła aż nadto dobrze. Wskazał przed siebie i rzekł słabnącym głosem: „Darteh liczane Awat-kuts, ten pies to Wielki Bawół!“ W chwilę potem już nie żył.“
Opowiadający umilkł i wpatrzył się ponuro we wskazane miejsce. Uszanowaliśmy to milczenie i nie mówiliśmy także. Dopiero po dłuższej chwili dodał:
— Tak odpłacono mu kulą za darowane nam złoto. Nazwaliśmy ten parów Mistake-Canon i nazwa ta pozostała do dzisiaj. Tą historyę opowiadano często w mojej obecności, ale nigdy nie przyszło mi na myśl powiedzieć, że to ja sam jestem nieszczęśliwym jej bohaterem. Próbowałem sam załatwić się z tem po cichu. Dziś jednak, kiedy znajdujemy się na tem samem miejscu! niechaj ciężar spadnie mi z serca, a wy powiedzcie, czy można mnie nazwać mordercą.
Nie, nie! — zawołano dokoła. Jesteś całkowicie niewinny. Ale co się stało z Komanczem. Czy umknął?
— Nie. Znaleźliśmy go opodal w zwaliskach skalnych, gdzie koń mu się potknął i zrzucił go na ziemię. Łatwo pojąć, że zamiast jednego były dwa trupy. Takie już prawo dzikiego Zachodu; nie mówmy o tem.
— A złoto? A nuggety? Chcemy oczywiście wiedzieć, jakie to skarby zabraliście z kenionu.
— O wiele mniej, aniżeli można było przypuszczać po świetnym początku. Zdawało się, że anioł zemsty kazał złotu zginąć w głębi ziemi; a rezultat pracy zmniejszał się z każdym dniem, aż wkońeu całkiem złota zabrakło. Kopaliśmy i pracowaliśmy jeszcze przez całe tygodnie, ale napróżno. To, co wzięliśmy ze sobą, nie wystarczyło na długo i wyczerpało się wkrótce przy grze i winie. Jedno mi tylko zostało i nie opuści mnie nigdy, a mianowicie wspomnienie chwili, kiedy mój ołów zrzucił z konia Apacza. Ten obraz unosi się ciągle przede mną, a ucho rozdziera mi ciągle jego okrzyk śmiertelny. Mam dreszcze. Jedźmy; ja nie chcę dłużej widzieć tego miejsca.
Wstał powoli, ociężale i wstrząsnął się, jak gdyby się chciał pozbyć przygniatającego go duchowego ciężaru. Kiedy potem sięgnął ręką do cugli, by dosiąść konia, zatrzymałem go i rzekłem:
— Wasi towarzysze wypowiedzieli już swoje zdanie, że jesteście niewinny, więc posłuchajcie także tego, co ja powiem, mr. Hawleyu.
— No? — zapytał, jak gdyby się i z mojej strony nie spodziewał najmniejszej ulgi.
— Opowiem wam historyę, prawdziwą historyę, która zdarzyła się w mojej ojczyźnie.
— Naco mi się sprzyda wasza historya?
— Może przecież; tylko wysłuchajcie! Dwaj dachówkarze mieli na szczycie bardzo wysokiej wieży kościelnej postawić chorągiewkę od wiatru. Odpowiednie drabiny przyłożono już dnia poprzedniego, zanim zdjęto starą chorągiewkę. Jednym z dachówkarzy był stary, doświadczony majster, a drugim jego syn, który miał żonę i czworo dzieci. Zaczęli się wspinać ze szczebla na szczebel coraz to wyżej i wyżej; ojciec przodem, a syn za nim! Trzymając się jedną ręką, nieśli w drugiej ciężką chorągiew. Na dole stał tłum i w ciszy z zapartym oddechem przypatrywał się karkołomnej robocie. Wtem słychać z góry okrzyk przerażenia. To syn go wydał, a ojciec napomina go spokojnie. W tem syn woła po raz drugi, a zaraz potem wydaje tłum jeden, z wielu głosów złożony, okrzyk przerażenia, stary bowiem strącił syna, który go pochwycił za nogę, tak, że runął w dół i roztrzaskał się, tworząc bezładną kupę kości i mięsa.
— Czy coś takiego być może? Morderca własnego syna! — zawołał Hawley.
— Niezbyt pośpiesznie, sir; słuchajcie dalej! Na dole pod wieżą odbywają się sceny rozdrażnienia, których niepodobna opisać, stary natomiast pnie się dalej i sam niesie chorągiew. Dostawszy się na szczyt, staje na kuli i z nieprawdopodobnym, rzeczywiście olbrzymim wysiłkiem przytwierdza chorągiew. Następnie schodzi tak spokojnie i z zimną krwią, jak gdyby się nic nie stało, powoli i pewnie na dół, zdejmując z haków drabinę po drabinie i wsuwając je przez otwory w dachu do środka. Wkońcu znika w otworze dzwonnicy. Przed wrotami wieży czeka tłum, gotów go zlynchować natychmiast; ale on nie wychodzi. Ludzie wciskają się do wnętrza wieży i znajdują go w dzwonnicy, gdzie padł nieprzytomny w chwili, gdy poczuł pewny grunt pod nogami. Zaniesiony do domu, budzi się, ażeby całymi miesiącami majaczyć w gorączce o tym okropnym momencie, kiedy to musiał syna pchnąć w objęcia śmierci. Sztuka lekarska i silna, mimo podeszłego wieku, natura ocaliły go — ale, zaledwie poczuł nieco siły w nogach, idzie do sądu i oddaje się prokuratorowi. Jak, waszem zdaniem, brzmiał wyrok, mr. Hawlerze?
— Jakżeż miał brzmieć? Jest tu tylko jedna kara: za synobójstwo śmierć — odpowiedział.
— Czy to rzeczywiście wasze zdanie, sir?
— Oczywiście. Wszak innego mieć nie można.
— O, i owszem!
— Nie. On z wyraźnym zamiarem strącił z góry syna.
— Nie w rozdrażnieniu?
— A czy ono zamiar wyklucza?
— W tym wypadku nie, ale wypadek można osądzić inaczej.
— Chciałbym też wiedzieć, jak!
— Wywołał on ogromne poruszenie i omawiano go wszędzie, ustnie i po gazetach. W kołach prawniczych wyrażono zapatrywanie, że należy bezwarunkowo podtrzymać oskarżenie o morderstwo i skazać starego, lecz polecić go potem łasce monarszej. Publiczność odmawiała z początku oskarżonemu wszelkiego usprawiedliwienia, nauczyła się jednak niebawem, po poznaniu pobudek działania, myśleć inaczej. Tak; on czyn ten popełnił z namysłem, lecz co skłoniło go do tego? Oto syn zawołał z dołu, że dostał zawrotu głowy i że wszystko zaczyna się z nim kręcić. „Zamknij oczy i trzymaj się, dopóki nie przejdzie; ja czekam“, rzekł ojciec, który myślał, że to krótki przejściowy atak. „Ja nie mogę nic trzymać, ja nic nie czuję“, krzyknął syn, puszczając chorągiew i chwytając ojca za nogę. Stary poznał teraz z przerażeniem, że tu nie było na co czekać, że nic nie miało przeminąć. Był to jeden z owych ataków, które ofiarę całkiem pozbawiają siły, gdzie żadna pomoc na nic się nie przyda, a pomagający sam naraża się na pewną zgubę. W krótkiej chwili przedstawił sobie położenie. Z ciężką chorągwią w lewej ręce, trzymał się prawą drabiny, a u nogi wisiał mu syn. Poczuł olbrzymi ciężar, ciągnący go z drabiny w przepaść; zrozumiał, że tego długo nie wytrzyma i że potem będzie musiał runąć. Gdyby się znajdował pod synem, byłby go mógł podeprzeć i jakoś ocalić, ale tak był bezwarunkowo zgubiony. Czy ten nieszczęsny zawrót miał kosztować życie dwu ludzi zamiast jednego? Czy biedna rodzina zamiast jednego żywiciela miała dwu stracić? Czy nie byłoby to samobójstwem dać się porwać w dół, skoro choć sam mógł się utrzymać? Wtem krzyknął syn: „Boże, ja już nie czuję drabiny i spadam!“ Wisiał już tylko na nodze ojca, który zrozumiał, że okropność nie da się obejść i stać się musi. Silnem kopnięciem odepchnął syna od siebie i od drabiny. Usłyszał wrzaski widzów, ale nie spojrzał na dół. W oczach zaczęło mu migotać, serce bić przestawało, lecz musiał zapanować nad sobą i zebrał wszystkie siły. Jakby we śnie, w jakiemś stępieniu duchowem, wylazł na górę i dokonał swego zadania. W ten sam sposób zszedł potem, pochował drabiny jedną za drugą, ale skoro tylko znalazł się w dzwonnicy, opuściły go siły i padł nieprzytomny. Czy teraz macie o jego czynie to samo zdanie, co przedtem, mr. Hawleyu?
— Hm! Tak, jak to opowiadacie, brzmi to rzeczywiście inaczej.
— Tak samo czuli wszyscy, którzy go przedtem skazywali. Dostał znakomitego obrońcę, który spełnił swoją powinność. Uczeni, rzeczoznawcy i profesorowie uniwersyteccy mieli podać swoje zapatrywania na zawrót głowy, i jego skutki. Cały szereg dachówkarzy, cieślów, robotników budowlanych, kominiarzy a nawet linoskoczków zgłosił się dobrowolnie, aby wydać swój sąd na korzyść oskarżonego. Wszyscy bez wyjątku stwierdzili, że nie mógł działać inaczej i że syn był bezwarunkowo zgubiony. Jednem słowem, uwolniono go i wypuszczono z więzienia śledczego. Ci sami, którzy w chwili rozdrażnienia chcieli go zlynchować, przyjęli go teraz z radością w bramie więziennej. Żył potem jeszcze przez szereg lat w poważaniu u wszystkich, którzy go znali. Mówiono tylko, że nigdy potem nie śmiał się już, ani nawet nie uśmiechnął; nie mógł przemódz w sobie czynu, do którego był zmuszony; nie było jednak nikogo, komu przyszłoby na myśl robić mu z tego powodu wyrzuty. Cóż wy na to, sir?
— Że uwolnienie go było zupełnie słuszne — odrzekł Joz. — Ale co mój wypadek ma wspólnego z dachówkarzem?
— Nie widzicie tego?
— Nie.
— A to przecież takie blizkie. Ten człowiek zabił syna, jak sami mówiliście przedtem, z namysłem, gdy tymczasem wy zastrzeliliście Apacza przez pomyłkę. Dachówkarza uwolniono, a jak osądziłoby jury wasz wypadek?
Spojrzał zadumany na ziemię i wydało mi się, że po twarzy przemknął mu blask weselszy. Podał mi rękę i rzekł:
— Teraz już wiem, co macie na myśli, mr. Charleyu. Leżało to we mnie przez tak długie czasy, że nie tak łatwo się tego pozbyć, jak sądzicie. Ale dziękuję wam! Namyślę się nad waszem opowiadaniem; może ono dokona tego, co zamierzacie. Stąd jednak pędzi mnie coś, nie mogę patrzeć na to miejsce. Wyjedźmy prędzej z tego nieszczęsnego kenionu!
Tak, miałem względem niego dobre zamiary i później dopiero miałem się przekonać, jaką korzyść przyniosło to jemu i mnie. Zdobyłem wdzięcznego przyjaciela.
Dosiedliśmy koni i pojechaliśmy dalej. Kenion był taki długi, że dopiero po upływie godziny dostaliśmy się do wylotu. Tam stało kilka olbrzymich kaktusów w formie kolumn, a na nich wisiały owoce. Zaledwie Parker to spostrzegł, zatrzymał konia i rzekł do drugich, wskazując na mnie:
— Przyznajcie moi panowie, że zawsze dobrze jest wiedzieć, o ile można liczyć na człowieka, z którym się podróżuje. Ten mr. Charley przyłączył się do nas i pewnie nie opuści nas tak rychło. Możemy każdej chwili spotkać się z Komanczami i być zmuszeni do chwycenia za strzelby. Czy nie sądzicie, że byłoby słusznem zażądać od niego kilku strzałów na próbę?
— Tak, tak, niech strzela, niech pokaże, co umie! — wołano, zgadzając się z Parkerem. Tylko Joz Hawley milczał.
— Czy słyszeliście, sir? — mówił Parker dalej, zwracając się do mnie. — Mamy nadzieję, że nie będziecie się wzbraniali dać nam próbę swojej zręczności.
— Nie — odpowiedziałem. — Ale wymagam wpierw, żebym nie sam jeden składał egzamin.
— No, a któż jeszcze?
— Oczywiście, że wy.
— Ja? — zapytał przeciągle.
— Wy i tamci gentlemani; to się rozumie samo przez się.
— Rozumie się samo przez się? Nie wiem, czemu miałoby się to tak rozumieć. Prawdopodobnie nie strzelacie lepiej, aniżeli ja wówczas, kiedy przybyłem do Old Wabble’a. Byłbym chętnie już wczoraj zobaczył kilka waszych strzałów, ale nie chciałem was zawstydzać przed żołnierzami. Teraz jesteśmy sami i nie mamy świadków, którzyby się z nas śmiali.
— Well, do jakiego celu mamy strzelać?
— Tam, może o sto pięćdziesiąt kroków stoją kaktusy, a na nich wiszą owoce. Ciekawym, czy też stąd strącicie kulą takie jabłko kaktusowe?
— A czy wy to potraficie, mr. Parkerze?
— Do pioruna, co za pytanie! Czy wątpicie o tem?
— Czy ja wątpię, czy nie, to obojętne.
— Oho! Nie jesteście westmanem, bo musielibyście wiedzieć, że takie powątpiewanie jest obrazą.
Cała sprawa zaczynała mnie bawić. Old Shatterhand miał pokazać, że umie strzelać. Odpowiedziałem z uśmiechem i spokojnie:
— Więc i wy, jak się zdaje, nie jesteście westmanem.
— Ja i nie westman? All devils? Sam Parker nie westman! Skąd wam ta całkiem nadzwyczajna idea?
— Ponieważ, jak widać, nie wiecie także, iż takie powątpiewanie obraża. Czyż żądalibyście próby ode mnie?
— Pshaw! To całkiem co innego. Jeździcie na koniu zaprzęgowym i szukacie starożytności, a my jesteśmy westmani.
— Nie wiem, czy rzeczywiście jesteście. Żądacie ode mnie próby strzelania, bo mnie nie znacie. Ja was także nie znam i mam tak samo prawo dowiedzieć się, jak umiecie się z bronią obchodzić. Będę strzelał, tak, lecz tylko wtedy, jeśli wy także pokażecie mi, czegoście się nauczyli.
Patrzył mi przez pewien czas w twarz ze zdumieniem, poczem wybuchnął śmiechem, któremu drudzy zawtórowali, i zawołał:
— Czego nauczyliśmy się! To nieocenione! Nieprawdaż, moi panowie? Sam Parker ma pokazać, czego się nauczył. To nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy w życiu!
— Oho! — zaprzeczyłem. — Opowiadaliście wczoraj, że musieliście przed Old Wabblem złożyć egzamin wtedy, kiedy na trzydzieści kroków umieliście trafić w wieżę, lecz nie w sępa.
— Tak, wtedy! Ale teraz inaczej. Teraz Sam Parker nie potrzebuje zdawać egzaminów, jak szkolarz. Ale słyszeliście może, że nikt z westmanów nie omija sposobności do dobrego strzału, dlatego zgadzamy się na waszą propozycyę, chociaż bardzo szczególna. Czy przystajecie, moi panowie?
Ponieważ wszyscy przystali, zsiedliśmy z koni. Postanowiłem źle strzelać i dać się wyśmiać porządnie. Później ja mogłem z nich się wyśmiać. Jeżeli z powodu mego udawania uważali mnie rzeczywiście za oryginała, szukającego „starych grobów“, to, jako westmani, powinni mieć na tyle oczu, żeby mego karego ogiera nie uważać za konia powozowego.
Zaczęło się marnowanie prochu. Parker i Hawley nie strzelali po mistrzowsku ale zawsze dobrze, reszta zaś znośnie. Moje trzy kule chybiły i trafiły w skałę tak daleko od celu, że przypadł mi w udziale powszechny śmiech, a Parker rzekł do mnie tonem nagany:
— Tak przypuszczałem! Kto miota kulami o dwadzieścia kroków w bok, ten nie powinien być taki gębaty i kazać strzelać Samowi Parkerowi! Nie bierzcie mi tych słów za złe, sir, ale zblamowaliście się w najwyższym stopniu. Nie traficie ani zwierzyny, ani Indyanina, i bądźcie zadowoleni, że spotkaliście się z nami. Podobacie mi się mimo to wszystko i nie mamy nic przeciw temu, żebyście zostali z nami, dopóki nie dojedziemy do okolic, gdzie będziecie mogli jechać bezpiecznie sami.
Dosiedliśmy koni i pojechaliśmy dalej. Ani mi przez myśl nie przeszło brać mu za złe „gębatego“. Był to tylko niezbyt delikatny sposób wyrażenia się, ja zaś nic innego nie chciałem.
Z początku musieliśmy przejechać przez kilka płaskowzgórzy, potem pojechaliśmy w dół ku Rio Pecos, gdzie, jadąc tak szybko jak dotychczas, mogliśmy się dostać nazajutrz wieczorem. Niebawem pokazały się tu i ówdzie miejsca, pokryte trawą, potem zieleń liści rozmaitych jagód, a popołudniu przybyliśmy nad wodę, nad którą stały zrazu rzadkie, a potem coraz gęściejsze zarośla. Właśnie kiedy słońce zajść miało, przepływała ta rzeczka przez dolinę, na której była tłusta pasza dla koni i kilka miejsc nadających się na nocleg. Nawet drzewa tu rosły.
Parker, będący na podstawie milczącej umowy naszym dowódcą, wybrał miejsce, otoczone krzakami, a tam, gdzie w nich była wyrwa w zaroślach, zamykał ją potok. Wybór był wcale niezły, zwłaszcza, że obszar tego miejsca na obóz wystarczył także i dla koni; dzięki temu mogliśmy mieć je przez całą noc przy sobie i nie potrzebowaliśmy ich pilnować. Kiedy zsiedliśmy z koni i porozkładaliśmy się wygodnie, poszedł Parker z Hawleyem po dziczyznę. Wróciwszy nad wieczorem, przynieśli kilka kur dzikich, które potem upieczono. Chrustu na ogień było podostatkiem. Otrzymałem swoją porcyę jedzenia, a spożywszy ją, cofnąłem się na skraj zarośli, gdzie przywiązałem konia i położyłem się obok niego.
Tamci rozmawiali, jak zwyczajnie westmani, a że rozmowa ich nic mi nie dawała nowego, wolałem być sam. Od próby w strzelaniu trzymałem się zwykle w odosobnieniu, i tylko Joz zwracał swego konia, by przemówić do mnie kilka słów uprzejmiejszych, niż to zwykle u niego bywało. Teraz siedział cicho obok towarzyszy, wtrącając tylko czasem krótkie uwagi do rozmowy. Widać było po nim, że zaprzątał się jedną myślą, którą łatwo mi było odgadnąć. Po jakimś czasie wstał, przyszedł powoli do mnie, usiadł obok i rzekł:
— Czy wolno mi przyjść do was, sir, czy też wolicie być sami?
— Zostańcie, mr. Hawleyu!
— To mnie cieszy. Wyglądacie na człowieka milczącego, i nie będę wam się naprzykrzał słowami, bo także wolę być cichy niż głośny, ale podziękować wam muszę.
— Za co?
— Za waszą dzisiejszą historyę. Myślałem nad nią ciągle podczas jazdy. Do teraz nie uporałem się z nią jeszcze, czuję już jednak, że mi ulgę przyniesie. Być mordercą przyjaciela, to dyabelnie nędzne uczucie.
— Powiedziałem wam już przedtem, że nim nie jesteście, a to samo miała wam potem powiedzieć i udowodnić moja historya.
— Well! Jestem wam winien wdzięczność i mam wrażenie, że was polubię. Nie jesteście wprawdzie wielkim geniuszem na Zachodzie, lecz macie w sobie coś, co mnie do was ciągnie, coś... coś... no, tak, jak się ma porządne pragnienie i zobaczy się połysk jasnej wody. Takie czyste i jasne jest wasze oblicze. Chętnie człowiek w nie patrzy. Toteż złościła mnie ta próba w strzelaniu, ale tylko ze względu na was. Byłbym wolał, żeby lepiej wypadła i żebyście się tak nie ośmieszyli. Czy was to także nie gryzie?
— Nie.
— Nie? To szczególne! To przecież chyba nie zaszczyt tak daleko w bok strzelić.
— Ale także nie hańba.
— Owszem — tylko, że mała.
— Dary nie są równo rozdzielone. Kto nie jest dobrym strzelcem, ten prawdopodobnie w czemś innem zdoła więcej dokazać.
— Niech i tak będzie, zachodzi jednak pytanie, czy to coś innego przyda się tu na Zachodzie. Nie chcę was jednak urazić tem, że mówię o czemś, czego nie umiecie; przeciwnie, życzę wam wszystkiego dobrego i chciałbym się wam na coś przydać. Ale przestańmy; nie jestem zwolennikiem frazesów.
Położył się i wyciągnął, jak długi.
Tamci przy ognisku rozmawiali tak głośno, że kiedyindziej nie byłbym tego dopuścił; ponieważ jednak nie wiedzieli, kim byłem, nie przyjęliby ode mnie rozkazów ani wskazówek. Nie było bynajmniej wykluczone, że Komancze znajdują się w pobliżu; wiedzieli o tem, a ja wiedziałem jeszcze lepiej po przeczytaniu kartki Winnetou. Głośna ich rozmowa była jeszcze większym dowodem nierozwagi, aniżeli rozniecenie ogniska. Blask jego mógł się przedostać przez zarośla i zdradzić nas w ten sposób. A gdyby nie to, to wprawny nos Indyanina mógł zwietrzyć o kilkaset kroków woń ognia. Postanowiłem więc mieć otwarte oczy i uszy, dopóki się ogień nie wypali.
Leżałem tak, by jednem uchem słyszeć w dal, a wzrok zapuszczałem ciągle w zarośla. Wtem zauważyłem, że koń mój przestał się paść i w znany mi szczególny sposób zwrócił w bok głowę. Wciągał powietrze, parskał z cicha i odwrócił się potem do mnie. Ktoś zbliżał się z tej strony, a ten ktoś musiał być białym. Gdyby to był Indyanin, kary nie byłby parskał. Należało to do jego indyańskiej tresury.
— Isz hosz! — rzekłem półgłosem.
Koń zrozumiał rozkaz i położył się na ziemi; ostrzegł mnie i pewnie nie okazałby już niepokoju. Ten, kto nadchodził, nie poznałby po koniu, że zbliżanie się jego zostało zdradzone.
Był to najprawdopodobniej jeden człowiek. Musiał zwęszyć ognisko i zostawił konia na boku, aby nas podejść. Obawy przed nim nie było, gdyż, przeciwnie, każda blada twarz musiała się ucieszyć spotkaniem się z białym. Należało przypuszczać, że nas podsłucha, a potem wróci po konia i przyłączy się do nas.
Znałem już zatem stronę, w której się znajdował. Zwróciłem się tam i przymknąłem oczy, ażeby z pomiędzy zamkniętych prawie powiek przypatrywać się tej części zarośli. Nie powinien był spostrzec, że wzrok zwróciłem na niego.
Blask ognia przedzierał się przez krzaki, obramiając jasno ich cienie. Zauważyłem lekki ruch wśród gałęzi. Jakiś człowiek lazł powoli i bardzo ostrożnie przez krzaki. Słychać nie było nic, zwłaszcza, że moi towarzysze rozmawiali wciąż jeszcze głośno. Nareszcie dostał się na skraj zarośli, gdzie trudno mu je było przebić wzrokiem, gdyż listowie było zbyt gęste. Musiał coś z nich usunąć, przynajmniej jakąś gałązkę. Złamać jej nie mógł, gdyż wywołany tem odgłos mogliśmy z łatwością posłyszeć. Przypuściłem więc, że ją utnie. I rzeczywiście w pół minuty zaledwie zobaczyłem, że zniknęła mała część liści.
Kiedy ze zdwojoną bystrością zwróciłem wzrok w to miejsce, ujrzałem dwa fosforyzujące punkty. Były to oczy, które mógł poznać tylko westman o wzroku, wprawnym przez długie ćwiczenie. Na zachodzie żyją setki myśliwców, którzy nigdy nie doprowadzą do tego, żeby spostrzegli oczy wywiadowcy. Samo ćwiczenie tego nie da; jest ono wprawdzie konieczne, ale należy do tego także dar wrodzony. Nad oczyma jego leżał jasny pas jakby od białego welona. Musiał to być człowiek stary i mieć śnieżno białe włosy. Wtem krzyknął głośno, poderwał się i wyskoczył z krzaków.
— Parker! Tu jest Sam Parker! — zawołał. — To stary znajomy i nie mam potrzeby się chować.
Siedzący przy ogniu zerwali się z przestrachem, a Joz zerwał się także. Ja nie wstałem.
— Old Wabble, Old Wabble! — krzyknął Parker, lecz spostrzegłszy się, że wymienił nazwę żartobliwą poprawił się i dodał: — Fred Cutter! Przebaczcie, że mi się wymknęło to słowo, mr. Cutterze! Temu winna niespodzianka.
Był to zatem Old Wabble, którego już od tak dawna chciałem zobaczyć i o którym mówiliśmy wczoraj. Tak, stał tutaj w blasku ognia, zupełnie taki, jakim mi go przedstawiono. Miał postać? nadzwyczajnie długą i cienką. Na nogach nosił ostrogi o ogromnych kółkach, a chude nogi tkwiły w legginach, mających sto lat przynajmniej. Bardzo brudna koszula nie osłaniała mu szyi i piersi, a na niej zwisała w szerokich fałdach bluza o trudnej już do oznaczenia barwie. Stary kapelusz miał bardzo szerokie kresy i siedział mu prawie na karku, a pod nim była chustą, której końce zwisały mu prawie na plecy. W uszach zobaczyłem duże srebrne kolczyki. Za pasem tkwił stary nóż, a w kościstej prawej ręce strzelba, której konstrukcyi nie mogłem teraz rozpoznać, Twarz była zupełnie taka, jak Parker wczoraj powiedział. Na tym „królu cowboyów“ wpadały najbardziej w oko włosy, wymykające się z pod kapelusza i chusty, jak srebrna, dosięgająca prawie do pasa grzywa.
Spojrzał dokoła szybko badawczym wzrokiem, potrząsnął ruchem wyższości członkami ciała i odrzekł na usprawiedliwienie Parkera:
— Pshaw! ja wiem, że mnie tak nazywają i nic nie mam przeciwko temu, że i wy to czynicie. Jesteście dyablo nieostrożni. Palicie ogień, co czuć na dwadzieścia mil, a krzyczycie tak, że słychać to jeszcze dziesięć mil dalej! Gdyby na mojem miejscu było pół tuzina czerwonych, mogliby was w minucie pogasić. Th’ is clear. Są ludzie, którzy nigdy w życiu nie zmądrzeją. Skąd wy właściwie idziecie, boye?
— Z Gila — odrzekł Parker.
— A dokąd zmierzacie?
— Nad Rio Pecos.
— To się dobrze składa. Mogę was tam potrzebować. Czy otarliście się może o wojskowy obóz, leżący tam o kilka godzin drogi za Mistake-Canon?
— Nocowaliśmy tam.
— Czy mundurowcy są tam jeszcze?
— Tak.
To dobrze, to bardzo dobrze! Muszę się do nieb udać, chociaż tam już raz byłem.
— Słyszeliśmy o tem.
— Well, mam do nich pilną prośbę; potrzeba mi ich pomocy. Powiem wam o tem, ale wpierw pójdę po konia, stojącego tam dalej. Zostawiłem go, zwęszywszy wasze ognisko, aby was podejść. Zaraz powrócę.
Przeskoczył przez potok i zniknął, towarzysze zaś moi stali sztywni ze zdziwienia. Gdy odszedł, zaczęli się rozpływać w wyrazach podziwu, ja zaś milczałem, jak dotychczas. Koń leżał jeszcze na ziemi, a że w ten sposób nie mógł się paść, zawołałem nań „sziszi!“. Zerwał się natychmiast i zaczął skubać trawę.
Po jakimś czasie wrócił Old Wabble, prowadząc konia za cugle. Przeskoczywszy z nim potok, puścił go wolno a sam usiadł przy ognisku i rzekł:
— Ten ogień właściwie za duży, ponieważ jednak dopiero przyszedłem i wiem, że okolica bezpieczna, możemy pozwolić mu się palić. Jak długo chcecie tu zostać?
— Tylko przez tę noc.
— Zostaniecie tu jeszcze przez jutro i przez noc następną.
— To trudno!
— Na pewno! Zaraz się dowiecie, dlaczego. Chciałbym jednak dowiedzieć się przedtem, kto wy wszyscy jesteście. Sama Parkera znam, bo zastrzelił ze mną pierwszego łosia. Kto są tamci?
Parker wymienił nazwiska a potem wskazał na mnie i rzekł lekceważąco:
— A tamten, to mr. Charley, uczony, szukający czegoś po grobach indyańskich.
Old Wabble zwrócił wzrok na mnie, leżącego spokojnie dalej i rzekł:
— Po grobach indyańskich? To szczególne zajęcie! Ale to także westman.
— Nie — mówił dalej Parker. — Musiał dzisiaj wystrzelić trzy razy na próbę i chybił o dwadzieścia kroków.
— Hm, znam to, widziałem takich badaczy, którzy przybyli na sawannę, by robić książki o mowie i pochodzeniu tego lub owego plemienia. Bywałem ich przewodnikiem i chorowałem ze złości. Żaden z nich nie umiał dobrze wziąć w rękę noża ani strzelby. Uczoność psuje ludzi; th’ is clear. A teraz ważne dla was pytanie. Czy chcielibyście mieć kilka tuzinów skalpów indyańskich?
— Czemu nie? Z jakiego szczepu?
— Komanczów.
— I owszem, mr. Cutterze. Czy to łatwe?
— Niezbyt. Można przytem zaryzykować własną skórę. Czy się boicie?
— To nie, lecz zwykłem grać dopiero wtenczas, kiedy znam karty. Uważam za słuszne, żebyście nam powiedzieli, o co chodzi.
— Czy słyszeliście nazwisko Old Surehand?[5]
Na dźwięk tego nazwiska zawładnęło wszystkimi uczucie niespodzianki, a Parker zapytał prędko:
— Old Surehand? O niego idzie?
— Yes. A więc go znacie?
— Oczywiście, wszyscy, chociaż nie widzieliśmy go. To najlepszy strzelec na całym dzikim Zachodzie.
— To byłoby może za wiele powiedziane. Kula jego wprawdzie nigdy nie chybia, ale Winnetou i Old Shatterhand strzelają conajmniej tak samo pewnie. Poznałem Old Surehanda niedawno i nabrałem dla niego respektu. Rozstaliśmy się, gdyż ja musiałem się udać w okolicę fortu Santon, on zaś dążył nad Rio Pecos, ażeby odszukać tam Winnetou i poznać się z nim i z Old Shatterhandem. Wkrótce po rozłączeniu się naszem dowiedziałem się, że Komancze wykopali wojenne topory. On nie wiedział o tem, a że droga jego prowadziła przez ich rutę, znalazł się w wielkiem niebezpieczeństwie. Zawróciłem więc czemprędzej, aby go ostrzedz, co nie było zbyt trudne, gdyż znałem drogę. Doścignąłem go też, ale szatan wszedł tu w grę. Byliśmy ze sobą nie dłużej aniżeli kwadrans, kiedy zaskoczyła nas gromada Komanczów.
— Do stu piorunów! A czy dużo ich było?
— Przeszło stu.
— A was dwu tylko?
— Yes.
— I mimo to zdołaliście umknąć?
— Ja, ale nie on — odrzekł Old Wabble, układając twarz w przebiegłe zmarszczki.
— Zostawiliście go samego?
— Yes.
— Do dyabła! Czy to dobre z waszej strony?
Napo wyprostował starzec górną część ciała, zrobił minę nieskończonej wyższości i zapytał:
— Czy macie zamiar mnie, Fredowi Cutterowi, zwanemu Old Wabble, czynić wyrzuty? No, wy nie do tego; zapamiętajcie to sobie. Gram chytrości wart często więcej od kilograma prochu. Tak, zabrałem się; dlaczegożby nie? Opór był na nic i Old Surehand poddał się dobrowolnie. Widziałem, że nie był skaleczony. Czy miałem się także poddać? Wówczas bylibyśmy obydwaj w niewoli, jeden nie pomógłby drugiemu i nikt nie wiedziałby o naszym losie. Komancze zarznęliby nas na palu męczeńskim i dopiero po śmierci naszej rozeszłaby się wieść, że dostaliśmy się w ich ręce i że otrzymaliśmy od nich ticket[6] do wiecznych ostępów. Nie, takich bąków nie strzela Old Wabble. Wolałem uciec. Kule ich leciały wprawdzie za mną, lecz nie trafiały mnie, bo byłoby widać dziury. Teraz ja jestem wolny i mogę dopomódz Old Surehandowi do wydobycia się z matni. Czy to nie lepsze, niż gdybym się był dał pojmać z nim razem?
— Być może, mr. Cutterze, lecz będą opowiadali, że Old Wabble uciekł przed Komanczami. Czy wam to miłe, sir?
— Tylko głupiec może mi to zarzucić. Rozumny i doświadczony westman wie, co i jak ma o tem myśleć. Co łatwiejsze: czy poddać się bez oporu, czy też utorować sobie drogę przez setki czerwonych?
— Pewnie, że nie to drugie.
— A zatem czemu mówiliście przedtem głupstwa? Ja wydobędę Old Surehanda.
— Spodziewam się po was tego, ale jak sobie poczniecie? To sprawa trudna i niebezpieczna.
— Wiem to dobrze, ale czy mam zostawić tam tego dzielnego i słynnego myśliwca? Przyszli mi od razu na myśl dragoni, obozujący tam za Mistake-Canon, i pojechałem zaraz w tę stronę, by ich sprowadzić na pomoc.
— Czy pójdą?
— Domyślam się, że się będą wzbraniali, gdyż mają na celu inny szczep Komanczów, lecz będę prosił i groził, dopóki nie zastosują się do mojej woli.
— A czy będzie jeszcze czas?
— Well, to prawda, że sprawa nagła. Napad nastąpił o brzasku dnia. Muszę tu dać koniowi przez noc wypocząć i dotrę do żołnierzy dopiero jutro wieczorem. Gdyby nawet zgodzili się zaraz, potrwa ze dwa dni, zanim przybędziemy na miejsce, gdzie Komanczów pewnie już nie zastaniemy. Będziemy musieli ich ścigać i to znów zabierze nam ze dwa dni. Tymczasem mogą skończyć z Old Surehandem, ale, niestety, nie znam innej drogi ocalenia. Liczę przytem na was, mr. Parkerze.
— Jakto?
— Komendant żołnierzy da mi pewnie tylko część ich. Proszę was tedy, żebyście tu zostali, dopóki tu pojutrze z nimi nie przybędę; potem przyłączycie się do nas. Dziesięciu Westmanów i dziesięć dobrych strzelb, to wielka pomoc.
— Nie powiem nic, o ile zaś znam towarzyszy, wszyscy będą gotowi do tego. Obawiam się właśnie, czy nie przybędziemy za późno. Czy nie moglibyśmy spróbować tej sztuczki sami, bez wojska? Zyskalibyśmy na tem przynajmniej dwa dni. Namyślcie się nad tem, sir.
Old Wabble potoczył dokoła badawczym wzrokiem i wynik musiał być nieszczególny, gdyż twarz pokryły mu zmarszczki wątpliwości i rzekł:
— Z wszelkim szacunkiem dla waszej gotowości, sir, ale tu idzie o niebezpieczne przedsięwzięcie. Czy ci ludzie gotowi zaryzykować życie dla nieznajomego, choćby nim był Old Surehand?
— Hm! Zapytajcie ich sami mr. Cutterze.
— Gdy następnie Old Wabble zaczął pytać każdego z osobna, odpowiedzieli tylko Parker i Hawley pewnie i z radością. U reszty widać było, że chociaż powiedzieli tak, życzyliby sobie, żeby przygoda mogła być mniej niebezpieczną.
— Well — rzekł stary, skinąwszy głową. — Wiem, na czem stoję. — A wskazawszy na mnie, dodał: — Ten starożytnik tam, strzelający w bok o dwadzieścia kroków, dopiero na nic nam się nie przyda. Gdybyśmy mieli tylko garść zdecydowanych a doświadczonych zuchów, nie byłoby to wielkiem zuchwalstwem; trzeba tylko, żeby módz ludziom zaufać. Pomyślcie tylko, jak to Old Shatterhand i Winnetou, bez żadnej innej pomocy, wykonywali rzeczy o wiele niebezpieczniejsze! Wpadło mi najpierw na myśl odszukać Winnetou, ale nie wiem, nad którą częścią Rio Pecos należy szukać szczepu Merkalerów i...
Zatrzymał się. Mój ogier lubił trzymać się osobno i nie znosił w pobliżu obcego konia. Teraz zbliżył się do niego zanadto koń Old Wabble’a, więc ukąsił go, tamten mu się odgryzł, i zwarły się ze sobą.
— A to co za impertynencka szkapa maltretuje tam mojego konia — zawołał stary, zrywając się z miejsca.
Przybiegł i chwycił karego za cugle, by go oderwać od swego słapaka — ogier jednak stanął dęba prosto jak świeca, poderwał go z sobą w górę i rzucił go na bok tak, że padł na ziemię. Zerwał się czemprędzej z przekleństwem na ustach i chciał konia chwycić na nowo, lecz ostrzegłem go:
— Chwytajcie swojego konia, ale nie mego; słucha tylko mnie i gotów was kopytami zdruzgotać!
Ogier stanął istotnie w postawie wojennej, gotów w razie ponownego ataku uderzyć go kopytami w pierś albo w głowę. Podczas tego zwrócił ku niemu wstecz przepiękną głowę i przedstawiał w świetle ognia widok zdolny zachwycić każdego znawcę koni. Old Wabble nie przypatrzył się przedtem temu przepysznemu stworzeniu, więc teraz odskoczył wstecz o kilka kroków i zawołał:
— Thunder-storm! A to co za zwierzę! Trzeba się temu dokładniej przypatrzyć.
Trzymając się z respektem w pewnem odddaleniu, obszedł ogiera dokoła. Jako były „król cowboyów“, musiał być dobrym znawcą koni, i twarz jego zaczęła nabierać wyrazu coraz większego zachwytu.
— Nie widziałem jeszcze nigdy takiego konia! — przyznał. — Jest tylko jeden taki ród, a hodują go u Meskalerów. Z niego to pochodzą dwa czarne ogiery, których właściciele...
Naraz urwał, przystąpił do mnie, leżącego wciąż jeszcze na trawie, przypatrzył mi się dokładnie, podniósł z ziemi rusznicę i sztuciec Henryego, tkwiący jeszcze w futerale, obejrzał obie strzelby, położył je napowrót i zapytał:
— Czy to wasz ogier, sir?
— Tak — potwierdziłem.
— Czyście go kupili?
— Nie.
— Otrzymaliście w darze?
— Tak.
Na to przemknął niewypowiedzianie szelmowski uśmiech po zmarszczkach jego starej twarzy! skinął głową, oczy zaświeciły mu radością i zapytał w dalszym ciągu:
— Czy bluzę myśliwską i legginy, które macie na sobie, także wam darowano?
— Tak.
— I poszukujecie rzeczywiście starych grobów?
— Tak, czasami.
— I nazywacie się Charley?
— Napewno.
— Well! Znałem pewnego białego, a raczej słyszałem o takim, którego brat po krwi nazywa Charley, i życzę wam szczęścia w szukaniu starożytności. Wybaczcie, że omal nie zmaltretowałem waszego konia; nie uczynię już tego, th’ is clear!
Powrócił do ogniska i usiadł tam na ziemi. Przejrzał mnie i nie chciał zdradzić mego incognita. Reszta nie zrozumiała jego zachowania się i jego słów i patrzyła ze zdziwieniem. Widząc jednak u niego obojętne oblicze, przestali się mną zajmować i podjęli na nowo przerwaną rozmowę. Ja natomiast powstałem i przeszedłem obok nich, aby wyjść z obozu, a uczyniłem to z miną, jak gdybym nie miał do tego żadnego ciekawego powodu. Nie chciałem zwracać ich uwagi.
Miałem jednak powód do odejścia i to bardzo słuszny. Old Surehand i Old Wabble dostali się do niewoli, a drugiemu z nich udało się umkąć. Był to jeden z najtęższych i najprzebieglejszych westmanów, więc dziwiłem się jego pewności siebie. Byłem pewien, że Komancze będą go ścigali. Musieli przypuścić, że pójdzie po sukurs dla Old Surehanda i musieli go doścignąć, aby go uczynić nieszkodliwym. Jechał wprawdzie bardzo prędko, domyślałem się jednak, że Komancze musieli do pościgu wybrać jeźdźców na najlepszych koniach. Odległość między nim a nimi nie mogła być zatem zbyt wielka. Być może, że z nastaniem nocy rozbili obóz, ponieważ jednak musieli przypuścić, że tą, łatwo dostępną, doliną pojechał dalej, mogli też bardzo łatwo uczynić to samo. W takim razie byliby niedaleko od nas. Zresztą, czy domysł mój był słuszny czy nie, chciałem wyjść na poszukiwanie.
Przeskoczywszy przez potok, zwróciłem się w dół biegu. Oczy moje, przywykłe do ciemności, ułatwiały mi oryentowanie się. Wybierałem takie miejsca, których jeździec musiałby unikać, więc czułem się dość pewnym siebie. Mimo to trzymałem nóż ciągle w ręku, gotów w każdej chwili do obrony, gdyż czerwoni mogli zwęszyć ogień i skradać się pieszo.
Tak szedłem cicho dalej, stawiając krok za krokiem dopiero wtedy, kiedy byłem pewien, że w bezpośredniem pobliżu niema nieprzyjaciela. Kiedym wreszcie odszedł tak daleko, że nie było już czuć dymu, zatrzymałem się. Jeśli ścigający rozłożyli się obozem, to nie przyjdą i dopiero nazajutrz rano musielibyśmy się z nimi spotkać — gdyby zaś jechali dalej, to muszą tu zwęszyć dym, zatrzymać się i naradzić. W tym wypadku chciałem ich podsłuchać.
Wyczekawszy tak z godzinę, myślałem już, że zabiegi moje były daremne i że spotkanie nastąpi dopiero jutro. Powstałem, ażeby wrócić. Wtem wydało mi się, że z dołu usłyszałem jakiś szmer. Stanąłem i jąłem nadsłuchiwać. Tak, ktoś się zbliżał. W tej chwili przykucnąłem za krzakiem.
Szmer się zbliżał, a po chwili rozpoznałem głuchy tętent kopyt po miękkiej trawie. Mogło ich być najwyżej trzech. Wtem ujrzałem jeźdźców; byli to dwaj Indyanie. Ponieważ siedzieli wysoko w siodłach, widziałem dobrze ich postacie, rysujące się na tle nieba. Przejechali obok mnie, nie zatrzymując się, więc pomknąłem poza zaroślami, za nimi. Szelest, jaki tem wywoływałem, przygłuszał odgłos stąpań końskich. Zresztą niedaleko miałem iść za nimi, gdyż jeden z nich zatrzymał się nagle, wciągnął głośno w nos powietrze i rzekł w znanym mi języku Komanczów, podobnym narzeczu Szoszonów:
— Uff! Czy tu nie czuć dymu?
Drugi powąchał także i odrzekł:
— Tak, to jest dym.
— Biały pies był tyle nieostrożny, że rozpalił ogień.
— Skoro to uczynił, nie może być wielkim wojownikiem, gdyż nie popełniłby tak wielkiej nieostrożności.
— Tak, to całkiem zwykły, niedoświadczony wojownik, a ja i brat mój z łatwością zabierzemy skalp jego.
— A zatem wystarczyło, że tylko my dwaj ruszyliśmy za nim. Mój brat chciał rozbić obóz, skoro ciemność nastała. Jak to dobrze, że mnie usłuchał i pojechał ze mną dalej. Zabierzemy skalp i wrócimy zaraz do Saskuan Kui[7], dokąd ruszyli przodem nasi wojownicy. Ale tutaj musimy zsiąść z koni.
— Niepotrzebnie mi to brat mówi. Ja wiem, że nie podchodzi się konno, gdy się chce nieprzyjaciela zaskoczyć.
Zeskoczyli z koni i przywiązali je do do palików, wbitych w ziemię, poczem jęli się skradać dalej, a ja za nimi. Zwracali uwagę tylko przed siebie, ja zaś byłem tylko o ośm kroków za drugim z nich. Czy miałem zaczekać, dopóki nie wpełzną w krzaki przy naszem ognisku? To byłoby wielkim błędem. Musiałem ich zaatakować zaraz i nie wahałem się ani chwili. Schowałem nóż, a wydobyłem rewolwer. W trzech lub czterech długich susach dopadłem bliższego i uderzyłem go rękojeścią w głowę tak mocno, że padł na ziemię. Pierwszy usłyszał to, stanął oglądnął się i zapytał:
— Co to było? Co mój brat...
Nie zdołał skończyć, gdyż przyskoczyłem doń, chwyciłem go lewą ręką za szyję a prawą pięścią tak go palnąłem, że także runął. Mieli przy sobie lassa, więc położyłem obu, nieprzytomnych, plecyma obok siebie i obwiązałem ich tym nie do rozerwania rzemieniem od góry do dołu tak mocno, że po przebudzeniu się pewnie nie mogli się poruszyć. Ponieważ jednak mogliby się potoczyć, zawlokłem ich do najbliższego drzewa i przywiązałem do niego. Teraz nie mogli się już w żaden sposób uwolnić — więc powróciłem do obozu.
Przybywszy tam, nie powiedziałem nic; przeskoczyłem przez potok i położyłem się na tem samem miejscu, co poprzednio. Old Wabble spojrzał na mnie badawczo, ale reszcie towarzyszy nie wpadła w oko moja nieobecność.
— Nie było was tutaj, sir, więc nie wiecie, co uradzono tymczasem. Oto nie pojadę już do wojskowego obozu — rzekł.
— Przyszła wam inna myśl — zapytałem. — Może jaki nowy plan?
— Tak, zapomniałem o czemś, co odrazu powinno mi było przyjść na myśl. Słyszeliście przecież o Old Shatterhandzie.
— Zapewne.
— Otóż ten myśliwiec znajduje się w pobliżu Rio Pecos, więc postanowiłem odnaleźć go i poprosić o pomoc. Czy sądzicie, że nam jej udzieli?
— Jestem tego pewien.
— Pshaw! — wtrącił Parker lekceważąco. — Skąd mr. Charley ma wiedzieć, co uczyni taki człowiek, jak Old Shatterhand. On nie ma pojęcia o tem, że Old Shatterhand może, jeśli zechce, sam jeden uwolnić jeńca.
— No, tak źle ze mną nie jest, jak sądzicie — broniłem się. — Chociaż nie całkiem należę do słynnych westmanów, nie popełniłbym pewnie waszych błędów.
— Naszych błędów?
— Tak.
— Jakież to?
— Daliście się zaskoczyć mr. Cutterowi, nie zauważywszy zbliżenia się jego.
— A wy zauważyliście je może?
— Tak.
— Nie gadajcie byle czego.
— Pshaw! Mogę to udowodnić.
— Prosimy!
— Bardzo chętnie. Powiedzcie, mr. Cutterze, czy, leżąc tam w krzaku, nie ucięliście gałązki, ażeby lepiej widzieć?
— Tak, słusznie. A zatem widzieliście to, sir? To dowód, bo nie moglibyście o tem wiedzieć.
— Skoroście wiedzieli, czemu nie powiedzieliście nam o tem? — spytał Parker.
— Uważałem to za zbyteczne.
— Oho! A gdyby to był czerwonoskóry?
— Wiedziałem, że to biały.
— To nie może być!
— Chcecie uchodzić za westmana, a nie wiecie, jak można w ciemności, nie widząc nikogo, rozróżnić białego od czerwonego!
— No, nauczylibyście mnie tego?
— Przydałoby się, gdyż popełniliście błąd jeszcze większy od tego. Taki błąd można życiem przypłacić.
— Do pioruna! Powiedzcież mi, jeśli jesteście tak dobry, co to za błąd.
— Spełnię wam i to życzenie. Czy możecie mi naprzykład powiedzieć, co dzicy czynią, gdy ucieknie im biały?
— Oczywiście, że mogę. Jadą za nim, by go pochwycić. O tem wie każdy.
— Ale wy nie wiecie widocznie.
— Jakto? Zaczynacie obrażać, sir.
— Nie obrażam, ale przestrzegam. Mr. Cutter umknął Komanczom. Czy sądzicie, że nie będą go ścigali?
— Zounds! O tem nie pomyślałem.
— Ale o takich rzeczach powinno się myśleć. Indyanie musieli się już dla samego Old Surehanda puścić w pogoń za mr. Cutterem, by go uczynić nieszkodliwym.
— Thunder-storm! — zawołał Old Wabble, uderzając się ręką w czoło. — To bardzo słuszne, sir. Jak mogłem tak zupełnie zapomnieć o tem niebezpieczeństwie? Ścigają mnie z pewnością i spróbują wszystkiego, by mnie pochwycić.
— A wy nie rozstawiliście nawet czat tutaj.
— To się stanie natychmiast.
— Ale to nie wystarczy.
— Co jeszcze, sir? Powiedzcie prędzej. Uczynię zaraz wszystko, co uznacie za potrzebne.
Użyłem sobie teraz naprawdę, widząc twarze reszty towarzyszy. Spoglądali ze zdumieniem to na mnie, to na niego, ą Parker spytał go, zrobiwszy wielkie oczy:
— Co ten master uzna za potrzebne? Czy sądzicie, że mr. Charley wie, co czynić w takiem położeniu, jak nasze?
— Tak sądzę — odrzekł zapytany. — Słyszeliście przecież, że bardziej troszczył się o nasze bezpieczeństwo, niż my sami. A zatem, mr. Charleyu, co nam radzicie?
Na to oświadczyłem:
— Skoro ścigający nadejdą, będą musieli zwęszyć nasze ognisko. Może już nas podchodzą. Na waszem miejscu wysłałbym kilku ludzi na zwiady, którzy zbadaliby drogę tak daleko, jak czuć nasz dym.
— Well, sir, very well! Nie ociągajmy się z tem ani chwili. Mr. Parkerze, każcie trzem lub czterem z waszych ludzi wyjść i zobaczyć. Przekonacie się, że to rzeczywiście bardzo potrzebne.
— Yes — oświadczył wezwany. — To zaiste dziwne, że sami dawno nie przyszliśmy na to. To szczególne, że dopiero taki starożytnik musiał nam to powiedzieć, a nie westman. Pójdę sam i wezmę z sobą czterech ludzi.
— Ale niech dobrze otworzą oczy i uszy, bo nic nie zobaczą, ani nie usłyszą; th’ is clear.
Parker wybrał sobie czterech ludzi i poszedł z nimi natychmiast. Spodziewałem się, że znajdą skrępowanych Komanczów i ich konie, i cieszyłem się już naprzód widokiem ich twarzy. Pozostali przy ognisku rozmawiali półgębkiem, ja zaś leżałem cicho w cieniu krzaków i czekałem na powrót wywiadowców.
Upłynęła przeszło godzina, zanim wrócili. Naprzód szedł Parker, za nim dwu ludzi z końmi indyańskimi, a dwaj prowadzili po jednym z Komanczów, których poodwiązywano od siebie. Parker zawołał, zanim doszedł do ogniska:
— Mr. Cutterze, zobaczcieno, kogo i co mamy!
Old Wabble poderwał się, wpatrzył się w obu przytomnych już czerwonóskórych i zawołał:
— Dwaj Indyanie, dwaj Komancze, jak widać po barwach wojennych. Skądże ich macie?
— Znaleźliśmy.
— Co? Znaleźliście?
— Tak.
— Ależ nieprzyjacielskich Indyan nie znajduje się, lecz trzeba ich pochwycić!
— Ja sam tak dotychczas myślałem, lecz to nieprawda. Znaleźliśmy ich naprawdę, znaleźliśmy ich dosłownie, przywiązanych do siebie i do drzewa, a wkrótce potem ich konie.
— Trudno temu uwierzyć.
— Tak, trudno uwierzyć; trudno jednak wątpić w coś, co się widziało własnemi oczyma. Kto ich mógł pokonać i związać? Gdzieś blizko muszą być biali, którzy uczynili to, nie wiedząc, że tu jesteśmy.
Na to rzucił stary na mnie okiem, skinął głową i powiedział:
— Tak, biali, ale nie było ich więcej; tylko jeden to uczynił.
— Jeden?
— Yes.
— Jeden? Skąd wam to na myśl przyszło?
— Czy są zranieni?
— Nie. Żadnej rany nie widać.
— A zatem walki przedtem nie było; pokonano ich, nie dopuszczając do obrony. Tylko jeden człowiek mógłby tego dokazać. Zgadnijcie!
— Do pioruna! Macie na myśli Old Shatterhanda?
— Yes.
— Powalił ich i skrępował?
— Nie może być inaczej.
— W takim razie musi być tu gdzieś blizko.
— Jestem tego pewien.
— Czegóż się nie pokazuje?
— Musi mieć swoje powody; przecież powiadają, że nic nie czyni bez powodu.
— A więc mieliście słuszność, mówiąc, że musi być w tych stronach. Poszukajmy go!
— Poszukać? Poco?
— Bo potrzeba nam go już jutro rano, dłużej bowiem pie możemy zwlekać z wyruszeniem.
— Tego chyba nie będzie potrzeba, żebyśmy go szukali. On wie już pewnie, że czekamy tu na jego pomoc. Możecie w to wierzyć, że w sam czas się pokaże.
— Tak mówicie, jak gdyby był wszechwiedzącym. Opowiadają wprawdzie o nim rzeczy, brzmiące nieprawdopodobnie, a jednak prawdziwe, ale to także tylko człowiek i może — wiedzieć tylko to, co widzi i co słyszy.
— O, co do tego, to założyłbym się, że wie o wszystkiem, co robiliście wczoraj i dzisiaj, i o tem, co się tu stało.
— Pshaw!!
— Nie bądźcież niedowiarkiem, lecz zaczekajcie!
— Nie sprzeczajmy się, sir. Powiedzcie nam lepiej, co się ma stać z tymi jeńcami.
— Na razie nic.
— A kiedyż?
— Gdy nadejdzie Old Shatterhand.
— To zbyt nieokreślone, to wogóle nic nie mówi. Nie jestem taki pewny, jak wy, że nadejdzie, i musimy bezwarunkowo wiedzieć, co zrobić z tymi hultajami. Nie zabierzemy ich chyba ze sobą. To byłoby nam ciężarem, i to niebezpiecznym.
— Hm! Nie mogę temu zaprzeczyć.
— Puścić wolno nie możemy ich także.
— To byłoby głupotą; th’ is clear.
— A zatem kula w łeb; to najlepsze. Pozbędziemy się ich, a oni na to zasłużyli.
— Tylko nie działać zbyt pośpiesznie, sir! Musieliście słyszeć o tem, że Old Shatterhand tylko wtenczas zabija czerwonego, kiedy jest do tego bezwarunkowo zmuszony.
— To mnie nic nie obchodzi. Ro pierwsze niema wcale pewności, że on się tu znajduje, powtóre te łotry nie są jego jeńcami, lecz naszymi, a po trzecie... no, po trzecie, naradzimy się co do nich i niech mówią prawa preryi.
— Czyńcie, co chcecie!
— Wy przecież także.
— Nie. Ci Indyanie nic mnie nie obchodzą.
— Przecież to was ścigali.
— Owszem, ale dotychczas nic mi złego nie uczynili.
— Słuchajcie, sir: ktoby chciał czekać, aż mu te łotry coś zrobią, byłby zgubiony. A zatem, czy przystąpicie do jury?
— Nie, lecz posłucham, jeśli mi będzie wolno.
— Nic nie mam przeciwko temu. Niech się więc zacznie!
Obaj Komancze leżeli skrępowani na ziemi obok ogniska, przy którem siedzieli biali, by się naradzić. Czy czerwonoskórcy rozumieli po angielsku i wiedzieli, o czem mówiono, tego nie można było po nich poznać. Narada trwała kilka minut, a rezultatem jej było postanowienie, żeby jeńców zastrzelić i to natychmiast. Tylko Joz Howley głosował przeciwko temu. Parker załatwił się też krótko. Polecił trzem ze swoich ludzi wykonać w pobliżu egzekucyę i nakazał im zabrać jeńców. Wobec tego uznałem za właściwe odezwać się także nareszcie.
— Stać, mr. Parkerze! Zaczekajcie jeszcze chwileczkę.
— Czego chcecie, sir? — spytał.
— W waszym sądzie preryowym zaszła pewna niewłaściwość, która wyrok ten czyni nieważnym.
— Co wy wiecie o sądzie preryowym?
— Widocznie więcej od was, bo nie bylibyście popełnili tego błędu.
— Jaki błąd macie na myśli?:
— Jest ich właściwie więcej. Po pierwsze nie brał w nim udziału ktoś, kto miał prawo wypowiedzieć swoje zdanie.
— Przecież mr. Cutter nie chciał.
— Nie jego to mam na myśli.
— Nie? A kogóż?
— Siebie.
— A, wy? To chyba żart. Wy przecież nie jesteście myśliwcem preryowym.
— Czem ja jestem, a czem nie, to nie należy tutaj do rzeczy. Należę do tego towarzystwa i nie wolno mnie wykluczać z takiej ważnej rozprawy.
— Co mówicie! — roześmiał się. — Nie należycie do naszego towarzystwa, lecz jesteście pod jego osłoną; w tem cała rzecz, sir. Jeśli wypuścimy was z ręki, nie będziecie ani chwili pewnym życia.
— To rzecz zapatrywania, mr. Parkerze, o którą nie spieram się z wami. Dajmy więc spokój mojej osobie! Drugim błędem jest to, że nie mówiliście z czerwonymi ani słowa. Nie skazuje się nikogo na śmierć, nie przesłuchawszy go poprzednio!
— Przesłuchiwać? Tych drabów? Tego jeszcze brakowało!
— Cóż takiego oni zrobili?
— Niepotrzebne pytanie. Chcieli zabić Old Wabble’a.
— Czy możecie to twierdzić? Czy przyznali się do tego? Czy jesteście pewni, że to oni ścigali mr. Cuttera?
— Czyż nie widzicie barw wojennych, któremi się pomalowali?
— To nie dowód; tyle i ja rozumiem z dzikiego Zachodu.
— Nic a nic nie rozumiecie, sir!
— A przecież. Wiem naprzykład, że jeniec i jego życie należą tylko do zwycięzcy, do nikogo innego. Kto z was twierdzi, że tych Komanczów zwyciężył i pojmał?
— Nie mówcie głupstw. Ci ludzie należą do nas, chyba, że nam powiecie, kto jest ów tajemniczy człowiek, który ich zwyciężył, a teraz się nie pokazuje.
— Mogę to powiedzieć; on wcale się nie ukrywa i można go zobaczyć, mr. Parkerze.
— Gdzie?
— Tutaj.
— A więc pokażcie mi go! — wezwał mnie, rozglądając się dokoła z uśmiechem.
— Leży przed wami, to ja nim jestem.
— Wy? Do stu piorunów! Wy mielibyście pokonać i związać tych dwu czerwonych?
— Tak.
— Ta finta jest wprost śmieszna. Nie ocalicie nią tych opryszków od śmierci. Jeśli dokażecie tego, że jesteście w stanie zwyciężyć w walce choćby jednego Indyanina i związać go żywcem, to chyba nie byłem nigdy westmanem.
— Well, to nie byliście nim nigdy.
— Oho! Do tego potrzebna siła Old Shatterhanda. Czy twierdzicie, że ją posiadacie?
— Nie twierdzę, lecz udowodnię. Uważajcie!
Podczas tej sprzeczki leżałem spokojnie na ziemi.
Teraz dopiero podniosłem się, pochwyciłem go prawą ręką za pas, zawinąłem nim kilka razy dokoła głowy, że krzyknął głośno, poczem postawiłem go na nogi i zapytałem:
— Czy to wystarczy, czy też mam wam pokazać, jak to będzie, gdy dostaniecie ode mnie pięścią po czaszce?
Zanim jeszcze zdołał odpowiedzieć, zawołał jeden z jeńców donośnym głosem:
— Old Shatterhand! To jest Old Shatterhand! Pomyślałem to sobie!
Nie mógł mnie przedtem zauważyć, ponieważ leżałem w cieniu — teraz jednak, gdy się podniosłem, zobaczył mnie w blasku ognia. Przystąpiłem doń i zapytałem.
— Czy zna mnie pojmany wojownik Komanczów?
— Tak — odpowiedział.
— Gdzie mnie widziałeś?
— W obozie Komanczów Racurroh, kiedy wystrzeliłeś ku niebu dusze ich wodzów z lufy twojej rusznicy. Najwyższym z nich był Tokejchun; życie jego syna było w twym ręku, lecz ty mu je darowałeś.
— To się zgadza. Mówisz językiem bladych twarzy dość dobrze, a więc zrozumiałeś, co dotychczas mówiono.
— Tak.
— Słyszeliście zatem, że byliście blizcy śmierci.
— Słyszeliśmy. Słyszeliśmy także i to, że Old Shatterhand przemawiał za naszem życiem.
— Zawsze to czyni. Jestem przyjacielem czerwonych wojowników i żałuję zawsze, ilekroć podnoszą tomahawki wojenne przeciw bladym twarzom. Wiem, że raz mogą zwyciężyć, ale będą tem rychlej zgubieni. Wy dowiedzcie się także, iż nie pożądam śmierci czerwonych mężów.
— Jesteśmy waleczni wojownicy i nie obawiamy się śmierci.
— Wiem o tem, ale życie zawsze lepsze od śmieci i nie byłoby to dla was chwałą, gdyby się wasz szczep dowiedział, że zwyciężono was bez żadnego oporu, a potem zastrzelono. Od waszych odpowiedzi zależy, czy daruję wam życie. Jak się nazywa wódz, któremu szczep twój podlega?
— To Vupa Umugi[8], którego jeszcze nigdy nie zwyciężono.
— Gdzie stoją wasze namioty?
— Tego nie powiem.
— Czy wasi wojownicy wyruszyli na wojnę?
— Tak.
— Ile głów liczą?
— Milczę.
— Gdzie znajdują się teraz?
— Nie wiem.
— Przeciwko komu wyruszyli?
— Wiem, ale tego nie zdradzę.
— Milczysz, więc jesteś dzielnym wojownikiem, który prędzej życie narazi, aniżeli zdradzi swoich. To musi się podobać każdemu dzielnemu mężowi, a więc i mnie. Idźcie do domu i powiedzcie waszym wodzom i wszystkim mężom, że Old Shatterhand umie cenić męstwo i milczenie.
Schyliłem się, by ich z więzów uwolnić. Gdy się to stało, poderwali się, a ten, który mówił dotychczas, spytał:
— Old Shatterhand rozwiązuje nas i powiada, żebyśmy poszli. Czy jesteśmy wolni?
— Tak.
— Możemy iść dokąd chcemy?
— Tak.
— Co się stanie z naszą bronią i końmi?
— Otrzymacie je teraz z powrotem. Old Shatterhand nie jest złodziejem ani zbójem, zabierającym cudze mienie.
— Uff, uff! Czy będziecie nas śledzili, by się dowiedzieć, dokąd jedziemy?
— Nie. Daję wam na to słowo.
— Uff, uff! Old Shatterhand jeszcze nigdy nie złamał słowa; jest najszlachetniejszym z bladych twarzy. Opowiemy to, przybywszy do naszych namiotów.
— Jest jeszcze wiele, wiele bladych twarzy tak samo myślących. Oto leży broń wasza, a tam stoją konie. Jedźcie, ale my będziemy ostro strzedz tego miejsca. Gdybyście tu zostali i chcieli nas podejść, dosięgłyby was pewnie nasze kule!
— Odjedziemy, nie oglądnąwszy się poza siebie.
Z białych nikt nie sprzeciwił mi się dotychczas ani słowem; teraz dopiero przystąpił do mnie Parker i zapytał:
— Czy to na seryo, sir?
— Oczywiście!
— Chcecie im naprawdę dać wolność?
— Tak.
— Nie bierzcie mi tego za złe, lecz muszę wam powiedzieć, że to błąd, który...
Przerwałem mu krótkiem surowem zapytaniem:
— Czy wiecie już teraz, kto jestem?
— Yes.
— A więc już nie mr. Charley, którego uważaliście za pół idyotę a za całego głupca?
— Nie, lecz Old Shatterhand, sir.
— A więc milczcie i nie próbujcie mi dawać przepisów, lub krytykować tego, co czynię. Możecie być dobrym człowiekiem i pożytecznym westmanem, ale usunąłem się z pod waszej krytyki jeszcze, zanim nogę postawiłem poraź pierwszy na dzikim Zachodzie. Kto słynnego ogiera Old Shatterhanda, hatatitlę[9], może wziąć za konia dorożkarskiego, ten nie śmie dawać mi nauk. Basta!
Po tem napomnieniu odwróciłem się od niego. Miałem powód przemawiać doń w ten sposób. Był dla mnie wprawdzie wczoraj uprzejmy, potem jednak okazał, że myśli o sobie bardzo wiele, chociaż nie mógł się porównać z pierwszorzędnymi westmanami. Gdybyśmy mieli pozostać razem, a on chciał mieć nadal to poczucie, mógł nas łatwo wprowadzić w wielkie kłopoty. Stąd pochodził ten sposób nagany, wyglądający na samochwalstwo, obce zresztą mojej naturze.
Komancze dosiedli koni, skinęli mi z podziękowaniem głową i odjechali, nie zaszczyciwszy nikogo pożegnalnem spojrzeniem. Tego było nawet dla Old Wabble’a za wiele, który nic nie powiedział, choć nie całkiem zgadzał się ze mną.
— Harde kozły — mruknął. — Jakby nas wcale nie było... Czy nie sądzicie, że postąpiliście z nimi zbyt dobrotliwie, mr. Shatterhandzie?
— Nie.
— Nie myślę wydawać sądu o waszem postępowaniu. Wy zawsze wiecie, co czynicie, choć czasem drudzy tego nie pojmują — ale może nie powinniście byli przyrzekać, że nie będziemy ich śledzili. Jeśli mamy oswobodzić Old Surehanda, to musimy się dowiedzieć, dokąd go powleczono.
— Ja wiem to; podsłuchałem ich, zanim ich powaliłem. Zabrali go do Saskuan-Kui, nad Błękitnę Wodę.
— To dobrze, ale ja nie znam tego. Czy wiecie może, gdzie to leży, sir?
— Tak; byłem tam już dwa razy.
— Obawiam się jednak, że doniosą tam, co się stało i że przyjdziemy.
— Przeciwnie! Czyż byłbym w takim razie jeńców wypuścił? To właśnie pociągnięcie szachowe, które nam korzyść przyniesie. Zresztą nie wspomniałem ani słowem o Old Surehandzie. Przypuszczą, że albo o nim nic nie wiem, albo nie mam powodu troszczyć się o niego. Wierzcie mi, mr. Cutterze, nie popełniłem żadnego błędu. Mamy jeszcze tę korzyść, że pozbyliśmy się tych Komanczów; byliby nam bardzo niewygodni, a na śmierć ich nie byłbym się nigdy zgodził.
— Macie słuszność, sir, th’ is clear. A czy sądzicie, że nam tu rzeczywiście bezpiecznie i że nie wrócą tutaj podstępnie?
— Nie wrócą. Żeby jednak nie zaniedbać żadnej ostrożności, porzucimy to miejsce, zagasimy ognisko i poszukamy sobie nowego. Zrobimy to natychmiast.
Zadeptawszy ognisko, podjechaliśmy kawałek dalej, gdzie znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Tam położyliśmy się spać, zostawiwszy dwu ludzi na czatach. Nie spałem jeszcze długo i słyszałem, że towarzysze także długo jeszcze szeptali pomiędzy sobą.
Mogłem sobie wyobrazić przedmiot ich rozmowy. Opowiadali sobie o szczególnym, nieprzeczuwanym przez nich wypadku, że ten mr. Charley pozwolił sobie z nich zażartować i że był właściwie Old Shatterhandem. W każdym razie doznawał Old Wabble zadowolenia z tego powodu, że to on pierwszy mnie poznał.
Nazajutrz rano należało się przedewszystkiem dowiedzieć, kto z nich miał jechać do Saskuan-Kui, a kto nie. Gdy się o to pytałem, prosili wszyscy usilnie, żebym ich wziął ze sobą. Teraz, skoro wiedzieli, kto jestem, ustąpiły wszelkie poprzednie wątpliwości, a każdy był przekonany, że jazda będzie zajmująca i że dobrze się skończy. Nawet Sam Parker okazywał pomimo wczorajszej nagany zapał, szczery zapewne — natomiast Joz Hawley skorzystał ze sposobności, ażeby mi powiedzieć w cztery oczy:
— Ktoby to myślał, sir, że wy jesteście Old Shatterhand! Ale skoro już tak jest, cieszy mnie to w dwójnasób, że uspokoiliście serce moje waszem opowiadaniem. Jestem stary, całkiem zwykły mieszkaniec Zachodu, ale postawcie mnie tam, gdzie mogę się na coś przydać, a zobaczycie, że nie zrobię wam wstydu.
Po wyruszeniu w drogę trzymałem się najpierw rzeczki, nad którą leżał nasz obóz. Po godzinie drogi zbaczała jej dolina od dotychczasowego kierunku wschodniego ku południowi. W tem miejscu trawa była pognieciona i stratowana; Old Wabble z siadł z konia, żeby zbadać te ślady.
— Może dalibyście temu pokój mr. Cutterze — poprosiłem go. — Uważam to za zbyteczne, a przytem nie wolno nam tego czynić.
— Nie wolno? — spytał. — Któż nam może zabronić zbadać znaczenie tego tropu?
— Dałem Komanczom słowo, że nie będziemy ich śledzić.
— Więc sądzicie, że to ich ślady?
— Tak.
— Hm! Wątpię.
— Dlaczego?
— Gdyby byli tędy jechali, musielibyśmy widzieć ślady; kopyt po drodze.
— Nie. Między ich wyruszeniem a naszem upłynęło tyle czasu, że trawa się już znowu podniosła, ale tu, gdzie obozowali i skąd prawdopodobnie dopiero niedawno odjechali, leży jeszcze na ziemi.
— Ten argument wydaje mi się słuszny, ale myślę, że nie byłoby rozważnie ze strony tych Indyan spędzać noc o godzinę drogi od naszego obozu. Przypuściłbym raczej, że bez przerwy jechali dalej.
Sam Parker przyznał mu racyę, a reszta także zgodziła się na to — więc oświadczyłem:
— Trzeba wejść w położenie tych Indyan. Jechali wczoraj przez cały dzień, a drugi dzień muszą jechać, zanim się dostaną do Saskuan-Kui. Aby tego dokazać, musieli ludzie, konie przynajmniej raz dłużej wypocząć.
— Tak, ale nie tak blizko od miejsca naszego pobytu — wtrącił Old Wabble.
— Czemu nie? Dałem im wolność i obiecałem ich nie ścigać. Oni wiedzą, że Old Shatterhand nie jest kłamcą, i czuli się tutaj bezpieczni. Do tego należy uwzględnić jeszcze i tę okoliczność, że we dnie jedzie się szybciej aniżeli w nocy. Człowiek rozumny nie będzie więc spoczywał za dnia, lecz w nocy, a nie mam powodu do przypuszczenia, aby ci Komancze nie mieli na tyle rozumu. Oddaliwszy się od nas o dwie mile, mogli się bez obawy zatrzymać, aby do dnia zaczekać. Potem ruszyli dalej, jak widzicie po tym tropie, który wiedzie w dół rzeczki i taki jest wyraźny, że nie może pochodzić, z dzisiejszej nocy lub nawet z wczoraj.
— Zbadajmy go — rzekł Parker.
— Nie, bo chcę dotrzymać obietnicy, a widzę już z daleka, że się nie mylę. Ślady te zostawiły dwa konie, ani mniej ani więcej, a więc to byli Komancze.
Na to przybrał Old Wabble minę wyższości i rzekł z uśmiechem:
— Mówicie, że chcecie dotrzymać słowa, ale mnie się zdaje, że to niemożliwe.
— Czemu nie?
— Ponieważ jedziemy tą samą drogą i musimy patrzeć na trop. A może mamy oczy zamknąć?
— Nie, gdyż nie pojedziemy za tropem.
— Tylko z powodu waszego przyrzeczenia?
— To byłby nonsens; jest inny powód, daleko słuszniejszy. Czerwoni prawdopodobnie dla pojenia koni jeżdżą wzdłuż rzeczki. Prowadzi ona wprawdzie do Rio Pecos, ale szerokim łukiem. My natomiast odjedziemy tutaj od rzeczki i ruszymy prosto we wschodnim kierunku ku rzece Pecos. Pożegnamy się z tym tropem i osiągniemy tak mój cel, t. j., że przybędziemy do Saskuan-Kui przed nimi. Że to się nam przyda, tego chyba nie potrzeba wam objaśniać.
Na to zniknął uśmiech wyższości z twarzy Old Wabble’a.
— Ha, skoro tak, mr. Shatterhandzie — rzekł — to oczywiście jestem już cicho. Myślałem sobie, że jestem, Bóg wie, jaki mądry — widzę jednak, że mogę uczyć się od was; th’ is clear. Ale powiedzcie, czy droga, którą macie na myśli, jest bardzo uciążliwa?
— Wcale nie. Prowadzi ciągle w dół przez okolice przeważnie równe; czasem trochę skał i piasku, tylko wody niema. Pod tym względem musimy być cierpliwi, dopóki nie dojedziemy do rzeki Pecos.
— Ale nad nią znajdują się Komancze. Czy nam to nie przeszkodzi dostać się do wody, której po takiej jeździe będzie nam bardzo potrzeba?
— Nie. Znam położenie Saskuan-Kui, nad którem mamy ich szukać. Do rzeki dojedziemy w całkiem innem miejscu i konie napoimy całkiem bezpiecznie.
— Well! W takim razie jestem spokojny. Obawy te były wogóle zbyteczne; skoro bowiem jesteście naszym przewodnikiem, możemy być pewni, że stanie się wszystko, czego wymaga nasze bezpieczeństwo. Old Shatterhandowi można się powierzyć, i dlatego powiem wam coś, co wam sprawi radość, nawet wielką radość.
— Cóż to takiego?
— Jestem od was o wiele starszy, i dlatego rozumiałoby się samo przez się, żebyście mnie obrali dowódcą. Mimo to jednak chcę... chcę... hm, tak, chcę...
Niełatwo było mu widocznie wypowiedzieć, co postanowił. Połykał ślinę, zaczynał i znów połykał; nie mogąc wydusić odpowiednich słów, poruszał rękami i nogami, kręcił i obracał wychudłem ciałem, jak gdyby mu się kości porozlużniały, trząsł wszystkimi członkami, aż na końcu wybuchnął:
— Tak, chcę się tego wyrzec i zostać waszym podwładnym. Bądźcie naszym komendantem, któremu mamy być posłuszni. Czegoś takiego Old Wabble jeszcze nigdy nie zrobił. I co wy na to, he? Przyjmiecie to z uznaniem i wdzięcznością, mr. Shatterhandzie, th’ is clear.
Tak, ten człowiek nie był nigdy w życiu nikomu podporządkowany. Wiedziałem o tem — i widać było po nim, ile kosztowało go to przezwyciężenie. To też spodziewał się ode mnie pochwały. Pełen oczekiwania patrzył na mnie szeroko rozwartemi oczyma i ustami, ale nadzieja zawiodła go, ponieważ odpowiedziałem:
— To bynajmniej nie takie jasne, jak sądzicie. Myśmy wolni westmani a nie żołnierze, u których zawsze jedna szarża stoi nad drugą. Nie może tu zatem być mowy o komendancie w wojskowem tego słowa znaczeniu, lecz jeden ma takie same prawa i obowiązki, jak drugi.
— Ależ, sir, nie możecie wymagać, żebyśmy wszyscy zawsze byli tej samej myśli.
— Pewnie, że nie.
— No, a co będzie, jeśli się posprzeczamy?
— Posprzeczamy? To nie może się zdarzyć wśród rozumnych mężczyzn. W razie różnicy zdań naradzimy się, mr. Cutterze.
— Well, naradzimy się. A potem?
— Potem postąpimy wedle zdania słusznego.
— A jeśli drudzy nie uznają tego właśnie zdania za słuszne?
— W takim razie okażą się głupimi, a z głupimi ludźmi nie zwykłem obcować.
— Co... ja... jaaak? — spytał.
Mina, jaką przybrał teraz była wprost nieoceniona: częścią mina chytrego lisa, częścią owcy, mającej zabeczeć. Stał jakiś czas bez ruchu, a potem potrząsnął wszystkimi członkami ciała i rzekł:
— Głupimi zatem, głupimi, a z głupimi nie obcujecie. Sądzicie zatem, że to tylko my możemy być głupi.
— Twierdzę tylko, że nigdy nie wystąpię przeciw dobremu i słusznemu zdaniu.
— Aha, tak! A jeśli wasze zdanie będzie słuszne, my zaś tego nie uznamy i nie zechcemy uczynić tego, czego żądacie?
— W takim razie zostawię was i pójdę swoją drogą.
— Sam?
— Tak jest, sam!
— Ale w takim wypadku nie będzie można wykonać tego, co się będzie miało wykonać!
— Owszem, bo ja sam wykonałbym to. Człowiek rozumny dokaże więcej sam i bez pomocy, aniżeli mając przy sobie trzech lub dziesięciu psujących mu jego dzieło.
— A więc to znaczy: Old Shatterhand nie myśli nigdy głupio, więc wszystko musi iść za jego wolą, a jeśli się tak nie stanie, to ucieknie?
— Tak mniej więcej, choć nie tak ostro.
— Ależ to zupełnie tak samo, co, gdybyśmy was obrali komendantem!
— Nie, ponieważ nie macie mnie słuchać zawsze i bezwarunkowo, lecz każdemu wolno objawić swoje zdanie. A co się tyczy was osobiście, mr. Cutterze, jestem pewien, że postąpicie zawsze słusznie, a nie przewrotnie.
Na te słowa przebiegł przez twarz promień zadowolenia; głosem, pełnym radości i zgody, zawołał:
— Oto mi słowo, sir, słowo, mające zawsze znaczenie; th’ is clear! Nie mamy komendanta, ale, jeśli drudzy nie uznają, że macie słuszność, to zostawimy ich. Chodźcie ze mną naprzód, ruszymy dalej.
Wjechaliśmy na zbocze doliny, a wydostawszy się na górę, skręciliśmy pod kątem prostym. Tu na górze teren był równy, więc, napoiwszy w dolinie konie, mogliśmy je puścić cwałem. Old Wabble trzymał się ze mną na przedzie i zwracał od czasu do czasu spojrzenie podziwu na mego karosza, którego ta szybka jazda widocznie radowała.
Stary był znakomitym jeźdźcem i mimo podeszłego wieku siedział na siodle, jak młodzieniec. Jego długie białe włosy latały mu dokoła głowy, jak srebrna grzywa. Tam, w dole, nad potokiem nie spełnił on wprawdzie moich oczekiwań, gdyż uwagi jego nie były dowodami tego bystrego i niezawodnego wzroku, właściwego myśliwcom pierwszej klasy. Wytłómaczyłem to sobie w ten sposób, że co innego było jego specyalnością. Jako były „król cowboyów“, działał tylko w otwartem polu, na sawannie, i nie mógł nabyć tych właściwości, których jedyną szkołą są gęste lasy i góry, pełne przesmyków. We wszystkiem jednak, co uważałbym za należące do jego fachu, mogłem mu na pewno zaufać.
Jechaliśmy obok siebie godzinami, i nie przemówił ani słowa. Kiedym to głośno zauważył, rzekł:
— Ja chętnie rozmawiam i opowiadam, sir, ale wiem, że z wami tak nie wolno.
— Czemu nie?
— Ponieważ wolicie czyny, niż słowa. Każdy to słyszał, że bywacie z Winnetou razem całymi dniami i nie mówicie ani słowa, któreby nie było koniecznem. Nawet wobec niebezpieczeństwa, nad którem inni westmani naradzaliby się długo, porozumiewacie się jednem skinieniem albo spojrzeniem. Milczę zatem, żebyście nie uważali mnie za gadatliwego, th’ is clear.
— Winnetou ma rzeczywiście zwyczaj mówić więcej czynami, aniżeli słowami — ja zaś jestem taki sam, jak on. Ucieszy mnie to, gdy się przekonam, że z wami tak samo się zrozumiem, jak z nim, mr. Cutterze.
— Nie obawiajcie się, sir! Nie jestem tak całkiem bez doświadczenia i będę się starał dowieść wam, że mogę się wam przydać.
Okolice, któremi przejeżdżaliśmy teraz, były takie, jak je opisałem: częścią skaliste równiny, częścią pustkowia piaszczyste. Dopiero po południu dotarliśmy do urodzajniejszego, trawą porosłego gruntu. Zbliżyliśmy się do jednego z dopływów rzeki Pecos, o brzegach, pokrytych zielenią zarośli. Znałem tę rzeczkę z czasów dawniejszych i jechałem już wzdłuż niej aż do ujścia. Kiedyśmy się do niego dostali, brakowało jeszcze dwu godzin do wieczora. Stąd mieliśmy jeszcze do Saskuan-Kui godzinę drogi.
Ta „Błękitna Woda“ było to małe stawowate zagłębienie ze źródłami na dnie, a zbytek wody odpływał do Rio Pecos. Nad brzegiem rosły gęste krzaki leszczyny i cottonwoodu, z których sterczały w górę cieniste pekany i dęby. Woda miała niezwykle intenzywną błękitną barwę, i dlatego Indyanie nazwali ją Saiskuan-Kui. Poniżej miejsca, na którem byliśmy teraz, znajdował się odpływ tego jeziorka do Rio Pecos, przez który musieliśmy się przeprawić. Jeszcze dalej w dół rzeki był bród; nie mogliśmy go jednak użyć, gdyż z dołu musieli przybyć obaj Komancze i byliby znaleźli nasze ślady. Trzeba więc było przepłynąć przez dość szeroką tu rzekę, co, wobec gorąca dzisiejszego dnia, było nam raczej miłe, niż przykre.
Przybywszy na drugi brzeg, zbadaliśmy, czy niema na nim śladów, i uspokoiliśmy się, nie znalazłszy ich wcale. Jechaliśmy ostrożnie pod szerokiemi koronami rosnących tutaj osik w dół rzeki, aż do ujścia odpływu z jeziorka. Byliśmy tedy na jego stronie północnej — i tutaj także nie znaleźliśmy śladów. Zsiadłem z konia, przywiązałem go do krzaka, którego liście mógł sobie Obgryzać. Old Wabble poszedł za moim przykładem, nie mówiąc ani słowa. Chciał naśladować Winnetou i nie uchodzić wobec mnie za „gadatliwego“. Ale reszcie towarzyszy okoliczność ta, że się położyłem, nie wydała się tak zrozumiałą. Zostali na koniach, a Parker spytał: Zsiadać, sir? To jeszcze dzień!
— Właśnie dlatego, że jeszcze dzień, zsiadłem z konia — odrzekłem.
— Czy nie pojedziemy aż nad Błękitną Wodę?
— Nie.
— Więc udacie się tam w ciemności?
— Tak.
— Czemu nie za dnia? Moglibyśmy ewentualnie zobaczyć jakie ślady, mr. Shatterhandzie,
— Bo widzielibyśmy wprawdzie ślady, ale i nasby widziano.
— Sądzę, że gdybyśmy ostrożnie...
Old Wabble nie dał mu skończyć i przerwał mu surowym głosem:
— Bądźcie cicho i nie wrzeszcie tu, jak wielbłąd o piętnastu garbach! Czy ja powiedziałem choć słówko? Mr. Shatterhand wie chyba, co czyni. Jeśli wam pilno na targ z waszym skalpem, to jedźcie sobie dalej; ja tu zostaję.
Na to wszyscy pozsiadali z koni, a Parker mruczał przy tem.
— Oho, oho, tylko nie tak gburowato, Old Wabble! Gentleman, jak ja, nie przyzwyczajony do tego, żeby go traktowano takimi wielbłądami.
— Prawdziwy gentleman trzyma przedewszystkiem gębę na wodzy, zrozumiano? Trafiliście wprawdzie dobrze wówczas waszego pierwszego łosia, lecz strzeliliście pewnie tyle bąków, że nie uchodzi wam przemawiać przeciw Old Shatterhandowi, gdy wam się nie podoba coś, co on uczyni. Bądźcie więc cicho, bo odejdziemy, a was zostawimy.
Więc to do tego zmierzało. Zostawimy was; zapamiętał to sobie. Chciał okazać surowością względem Parkera, że poczuwa się do jedności ze mną. Byłem jednak pewien, że nie wytrwa długo w tem milczeniu i że zacznie mnie interwiewować tak samo, jak to teraz Parker uczynił.
Gdy zaczęło się ściemniać, i przyszedł czas na mnie, powstałem z ziemi i rzekłem:
— Teraz odchodzę, by poszukać Komanczów. Zostawiam wam tu moje strzelby i proszę, żeby się nikt z was nie oddalał. Czerwoni mogliby być gdzieś blizko i zobaczyć.
— Całkiem słusznie — potwierdził Old Wabble. — Przypuszczam, że niebawem nadejdą obaj Komancze, których puściliśmy wolno. Prawdopodobnie będą gdzieś blizko przechodzili tędy.
— Tędy nie, mr. Cutterze — zaoponowałem. — Oni skorzystają pewnie z położonego poniżej brodu i nadejdą z tamtej strony wody.
— Tak sądzicie?
— Tak. Dlatego też wybrałem do odpoczynku brzeg z tej strony. Tu nie mogliby nas zauważyć.
— Well. A więc chcecie odejść. Czy mogę pójść także z wami?
— Powiem wam szczerze, że wolę sam.
— Czy uważacie mnie za tak niedoświadczonego, że mógłbym wam popsuć sprawę?
— Nie, a przynajmniej nie tak dosłownie, jak wyście to powiedzieli.
— Ale przecież, do pewnego stopnia. Powiadam wam, sir, że uczyłem się podchodzenia tak samo, jak wszyscy inni. Dowiodłem wam tego wczoraj.
— Hm, ale ja was dostrzegłem.
— Nie mnie, tylko gałązkę, ponieważ się poruszyła.
— Pshaw! Na długi czas przed ucięciem tej gałązki zobaczyłem wasze oczy.
— Moje oczy? Good lack! Czy to być może?
— Nie tylko może, lecz było rzeczywiście.
— Ależ ja siedziałem w zupełnej ciemności! Czy można tak oczy zobaczyć?
— Możliwe to tylko dla bardzo bystrego i wprawnego oka. Przyznacie, że oczy błyszczą, a wy mieliście je szeroko rozwarte.
— Przecież musiałem! Kto chce zobaczyć cośkolwiek, musi oczy otworzyć.
— Tak się wam zdaje? Ostrożny wywiadowca zamyka je, jak może, ażeby ich nie pokazać. Ja na przykład, skoro dość już widziałem i chcę tylko słyszeć, zamykam je zupełnie, gdyż, po pierwsze, nie widać ich w ten sposób, a po wtóre z zamkniętemi oczyma słyszy się daleko lepiej, jak to wiecie zapewne.
— Sir, to prawda. Od was można się jeszcze wiele nauczyć.
— Skoro to przyznajecie, to zwrócę jeszcze na jedną rzecz waszą uwagę. Oto widziałem nie tylko wasze oczy, lecz także włosy.
— I włosy także?
— Czy dziwicie się temu? Macie włosy białe, jak śnieg, więc wpadają w oko jeszcze łatwiej, niż oczy.
— Do pioruna! Przed wami trzeba się mieć na baczności.
— Nie tylko przede mną, mr. Cutterze. Radzę wam włosy schować, ilekroć zechcecie kogo podejść, bo moglibyście utracić te piękne włosy razem z głową.
— Zrobię tak, zrobię. Spodziewam się, że zaraz będę w tem położeniu. Nieprawdaż?
— Czy dlatego, że mam was wziąć ze sobą?
— Yes.
— Powtarzam, że wolę być sam.
— Być może, ale wy także jesteście tylko człowiekiem i może wam się przytrafić nieszczęście. Potem siedzielibyśmy tutaj i nie wiedzielibyśmy, gdzie tkwicie, i jak wam dopomódz.
— Nie jest to pozbawione słuszności, i wziąłbym was ze sobą, gdyby sprawa nie była taka niebezpieczna. Najmniejszy błąd może nas zdradzić i o śmierć przyprawić.
— Daję wam słowo, że nie popełnię żadnego błędu.
— Słowo? Hm. No, niech i tak będzie. Spodziewam się, że go dotrzymacie.
— Dziękuję wam. Najpierw posłucham waszych wskazówek, a potem możemy iść.
Zwinął włosy na głowie i obwiązał je chustką. Czyniąc to, mówił dalej:
— Czy znacie Błękitną Wodę i jej otoczenie tak dokładnie, że spodziewacie się znaleźć czerwonych nawet w ciemności?
— Tak. Możecie być pewni, bo gdyby tak nie było, obrałbym do podchodzenia ostatnią godzinę dnia i nie leżałbym tutaj bezpotrzebnie.
— Brawo, brawo! — zawołał Parker.
— A wy co tu tak wrzeszczycie, he?
— Krzyknąłem brawo — odparł zapytany.
— To słyszałem, nie jestem głuchy. Ale chcę wiedzieć, dlaczego tak krzyczycie!
— Z radości, że wam Old Shatterhand dał takiego znakomitego szczutka w nos.
— Szczutka? Jakto!
— Najpierw jesteście gburem dla mnie i każecie mi milczeć i nazywacie mnie niewiadomo ilogarbnym wielbłądem za to, że pozwoliłem sobie wypowiedzieć całkiem skromne zapytanie, d teraz pleciecie sami takie niedowarzone rzeczy, że was Old Shatterhand musi za to pociągać do odpowiedzialności. „Możecie być pewni“ — powiedział, a ja jeszcze raz zawołam: Brawo!
— Zamkijcie dziób, czcigodny sir! Moje pytanie było całkiem rzeczowe.
— Moje także.
— To się wam tylko zdaje. Zresztą tu na dzikim Zachodzie i w pobliżu Indyan nie krzyczy się tak głośno brawo, że aż płuca pękają. Chodźcie mr. Shatterhandzie; zostawmy go.
— Na zawsze? — zapytałem z uśmiechem.
— Nie, tylko dopóki nie wrócimy.
Oddałem Parkerowi moje strzelby, poczem poszliśmy obaj.
Zarośla, otaczające odpływ jeziora, tworzyły wązki pas, do którego przytykała całkiem otwarta równina. Trzymaliśmy się ich skraju, a wysunięte krzaki dawały nam taką osłonę, że nie obawialiśmy się spotkania, gdyż mogliśmy się bardzo prędko ukryć. Gdy zmrok przeminął i nastała zupełna ciemność, nawet i o to już nie było obawy.
Nauczka, jaką dostał Old Wabble od Parkera, nie na długo poskutkowała. Nie doszliśmy jeszcze daleko, kiedy spytał mnie całkiem cicho:
— Jaki kształt ma Błękitna Woda, sir?
— Koła. jest to jezioro, które nazwałbym raczej stawem albo sadzawką, gdyż przez jezioro rozumie się większą płaszczyznę wody.
— Jakież ono wielkie?
— Potrzebowałem dwudziestu minut, by je przepłynąć po średnicy.
— W takim razie nie jest zbyt małe, gdyż słyszałem, że jesteście znakomitym pływakiem. Opowiadają, że u Siouksów musieliście kilka razy pływać za cenę życia.
— Nawet więcej razy.
— A najlepsi pływacy tej czerwonej bandy mieli zostać w tyle za wami.
— Pewnie, bo nie żyłbym już. A wy jak pływacie, mr. Cutterze?
— Jak ryba.
— Rzeczywiście?
— Tak. Może nie wierzycie?
— Skoro tak mówicie, to musi to być prawdą. W takim razie pływacie lepiej ode mnie, gdyż ja nie ośmieliłbym się powiedzieć, że pływam, jak ryba. Zresztą nie jesteście zbyt mięsistym.
— Tak, bardzo dużo kości, a na nich sama skóra i zmarszczki, nic więcej. Ale czy sądzicie, że to przeszkadza w dobrem pływaniu?
— Tak przynajmniej sądzą zazwyczaj.
— Oho! Kto wypowiada to twierdzenie, ten się nie rozumie na rzeczy. Tłusty jest szeroki i gruby, i musi go to kosztować wiele pracy, gdy się przez wodę przepycha, ja zaś jestem wązki i długi i mknę przez wodę, jak wystrzelony pocisk. To zupełnie tak, jak z grotem u strzały. Jeśli jest długi i cienki, to wbije się prędzej i głębiej w mięso, aniżeli, gdyby był krótki i gruby. Th’ is clear.
Dla mnie ta sprawa nie była tak clear, jak dla niego — mogłem jednak przypuścić, że pływał dobrze, choć może nie tak, jak ryba. Zresztą miałem niebawem poznać się dokładnie z jego sprawnością. Na razie uwierzyłem mu jednak, chociaż cowboy zwykł się więcej poruszać na lądzie aniżeli w wodzie.
— Czy na Błękitnej Wodzie są wyspy? — pytał dalej po chwili.
— Tylko jedna, położona niedaleko północnego brzegu.
— Jeśli dalej będzie tak ciemno, a czerwoni nie rozniecą ognisk, trudno będzie ich znaleźć.
— Gwiazdy zaczną wkrótce świecić jaśniej, i pewien jestem, że Komancze rozniecili ogniska. Nie mają powodu przypuszczać, że nieprzyjaciele w pobliżu; czują się bezpieczni, więc nie będą siedzieli w ciemności.
— W jaki sposób ich podejdziemy?
— Nad jeziorem, naprzeciwko wspomnianej wyspy, znajduje się miejsce, nadające się na obóz, jak żadne inne. Ja sam spędziłem tam dwa razy po kilka nocy i spodziewam się, że Indyanie także się tam znajdują. Zarośla są gęste, a z nich wznoszą się wysokie drzewa.
— To nie dobrze, bo trudno będzie się przedostać. Czy nie tak, mr. Shatterhandzie?
— Niestety, tak jest, ale mimo to musimy się przedostać. W dodatku zajdzie tu jeszcze jedna okoliczność, która nam prawdopodobnie podwójnie utrudni wykonanie naszego przedsięwzięcia.
— Co takiego?
Między wodą a zaroślami nie ma dość paszy dla koni, przypuszczam więc, że nie stoją one nad wodą, lecz po tej stronie pasu leśnego, gdzie trawy jest podostatkiem.
— Heigh-ho! Tam będą strażnicy.
— Oczywiście! Będziemy mieli obóz przed sobą, a konie ze strażnikami za sobą, i znajdziemy się w położeniu, wymagającem wielkiej ostrożności, zwłaszcza, że konie Indyan są prawie tak czujne, jak ich panowie. Ale nie mówmy już dalej; musimy skupić uwagę.
Uszliśmy już prawie pół drogi; im bliżej znajdowaliśmy się jeziora, tem łatwiej mogliśmy się spotkać z krążącymi jeszcze Indyanami. Szczęściem nie wydarzyło się nic podobnego, i bez przeszkody dostaliśmy się tam, gdzie woda odpływała z jeziora.
Pas lasu wrzynał się tu wielkim łukiem w trawiastą równinę. Szliśmy wzdłuż niego przez pewien czas, aż nagle powstrzymaliśmy kroki, gdyż tuż przed sobą usłyszeliśmy głosy ludzkie.
— Pa-gu — zawołał ktoś. — Hetet-sha enuka?
To znaczy: „Pagu, gdzie jesteś?“
— Eiwe, tu — odrzekł drugi.
— Bete omi! Chodź tutaj!
— Szaj katu lel — nie mam czasu.
Potem nastała cisza, ja zaś szepnąłem do Old Wabble’a:
— To dyalekt podobny do tonkawy Komanczów Racurroh. Mamy zatem przed sobą tych, których szukamy. Czy znacie to narzecze?
— Tak.
— A więc zrozumieliście słowa?
— Tak, jeden wołał drugiego, a ten drugi nie ma czasu.
— Dobrze! Bardzo mi przyjemnie, że rozumiecie ten język, bo możecie razem ze mną podsłuchać Komanczów. Moje przypuszczenie sprawdziło się; mamy przed sobą konie, i strażnicy się nawoływali. Idźcie teraz za mną, ale tak cicho i ostrożnie, jak tylko można.
Pomknęliśmy skrajem zarośli dalej, dopóki nie skręciliśmy poza wystający róg lasu. Wtem ujrzeliśmy ognisko, płonące przed nami w oddaleniu może sześciuset kroków, a dokoła siedziało kilku Indyan, pilnując koni, pasących się dokoła.
Całkiem tak, jak myśleliście, sir — rzekł Old Wabble. — Oto są konie, a za krzakami i drzewami będą obozowali ich właściciele nad Błękitną Wodą.
— I także na miejscu, o którem mówiłem. Są tam, gdzie ja już dwa razy obozowałem. Teraz musimy się położyć, bo nas zobaczą.
Poczołgaliśmy się skrajem zarośli tak daleko, jak było możliwe. Przed nami znajdowała się w zaroślach luka,, przez którą przechodziła otwarta ścieżka, łącząca obóz z pastwiskiem. Byłaby ona dla nas bardzo wygodna, gdybyśmy mogli jej użyć, ale czerwoni chodzili tą drogą tam i napowrót, więc nie mogliśmy się narażać na to, że nas odkryją. Zwróciliśmy się zatem w prawo, ażeby równolegle z tą ścieżką przecisnąć się przez zarośla.. Ponieważ, jak już wspomniano, były one bardzo gęste, a musieliśmy unikać wszelkiego szmeru, więc kosztowało nas to sporo trudu i trwało bardzo długo, zanim dostaliśmy się na drugą stronę wązkiego pasu, leśnego i zanim ujrzeliśmy przed sobą obóz.
Był to obóz wojenny. Indyanie nie mieli wprawdzie na sobie wojennych barw i zamierzali się tu dłużej zatrzymać, ale w obozie nie było ani jednego namiotu, co oznaczało, że to nie była wyprawa myśliwska. Musieli czuć się tu w zupełnem bezpieczeństwie, gdyż było ni mniej ni więcej jak ośm ognisk. Przy ich blasku naliczyliśmy około stu pięćdziesięciu czerwonoskórych. Robili sobie zapas mięsa, które w długich, cienkich kawałkach suszyło się na rozciągniętych rzemieniach. Wybierali się na daleką wyprawę wojenną, podczas której nie było czasu polować, albo zmierzali w okolice, w których nie było bawołów ani innej zwierzyny. Znałem takie strony; było to puste, podobne do gorącej i piaszczystej Sahary, Llano estacado.
Obok leżało jeszcze kilka zabitych bawołów, a Indyanie zajmowali się krajaniem na części, oddzielaniem mięsa od kości i przecinaniem w pasy. Drudzy siedzieli przy ognisku i piekli mięso. Upieczone kawałki leżały kupami obok, przeznaczone pewnie na ogólną wieczerzę. Przy dwu małych ogniskach, położonych, niestety, daleko od siebie, siedziały postacie nie pracujących, lecz rozmawiających i palących fajkę; każdy z nich pociągał z niej kilka razy i podawał ją dalej. Musiały to być szarże, o ile można tu użyć tego wyrażenia. Powiedziałem, że ogniska leżały „niestety“ daleko od siebie, bo, gdyby były bliżej siebie, albo tworzyły jedną grupę, moglibyśmy podsłuchiwać obaj razem, a tak musieliśmy się podzielić. Nie mogliśmy odejść, nie usłyszawszy, o czem rozmawiają.
Wyspa, o której wspominałem Old Wabble’owi, leżała, jako ciemna plama, po drugiej stronie, na jaśniejszej nieco wodnej płaszczyźnie. Gdyby nie ta jasność, nie bylibyśmy jej dostrzegli; pochodziła ona prawdopodobnie od ognia, płonącego wśród znajdujących się tam zarośli. Uderzyło mnie to, i zadałem sobie pytanie: Naco ten ogień na wyspie? Powiodłem okiem po obozie od grupy do grupy i znalazłem odpowiedź. Tu byli tylko Indyanie — białego nie było nigdzie widać.
Leżeliśmy tuż obok siebie pod krzakiem bawełny, który nas całkiem zasłaniał; ani jedno oko nie zwróciło się w tę stronę.
— Damm! — szepnął stary. — Policzyłem tych drabów; jest ich stu pięćdziesięciu czterech, ale białego przy nich niema. Chyba nie zgasili jeszcze Old Surehanda!
— Nie.
— Nie? Skąd o tem wiecie?
— On tu jeszcze jest.
— Gdzie?
— Tam, na wyspie,
— Na wyspie? Aha! To ten ciemny punkt tam na wodzie, na której leży; jakby odblask od ogniska.
— Tak.
— I sądzicie, że tam jest Old Surehand?
— Na pewno.
— To mnie uspokaja, choć mi to dziwne, że nie trzymają go w obozie.
— Mnie nie. Tam jest pewniejszy.
— Jakto? Tu mogłoby go pilnować przeszło trzysta ócz!
— Ależ, mr. Cutterze, czy nie pojmujecie, że jeńcowi trudniej umknąć z miejsca oblanego wodą, aniżeli stąd, chociaż tam mniej ócz go pilnuje?
— Hm, zdaje mi się, że tu byliby go równie pewni, bo musi być skrępowany.
— Skrępowany jest pewnie, ale oni muszą się liczyć z wszystkiemi możliwościami, a więc i z tem, że przypadek może sprowadzić ludzi, którzy odkryliby obóz, a więc i jeńca. Tego właśnie pragną uniknąć.
— Jeśli to słuszne, to nie mamy się czem cieszyć, mr. Shatterhandzie.
— Czemu nie?
— Przecież go chcemy uwolnić.
— Zapewne.
— Tutaj, moglibyśmy może zakraść się do niego — ale w obecnych warunkach to niemożliwe.
— Pshaw! Ja Wolę, że nie trzymają go tu, w obozie. Przyznacie mi niebawem.słuszność. Najpierw chciałbym podsłuchać Indyan.
— Aby usłyszeć, o czem mówią?
— Tak.
— Pozwólcie powiedzieć sobie, że narażamy się tu na niebezpieczeństwo, i nic nam może z tego nie przyjdzie. Nie jestem trwożliwy i odważę się na to Wszystko, co i wy, ale jeśli nam się nawet uda ich podsłuchać, to czego ważnego się dowiemy?
— Ważnego, czy nie — ja spróbuję. Wiele, bardzo wiele razy podchodziłem nieprzyjaciół, a zawsze dowiadywałem się czegoś, co mi się potem przydało. Twierdziłbym nawet, że ten. sposób zbierania wiadomości przyczynił się niemało do moich i Winnetou sukcesów; nauczyłem się tego od niego. Pytacie, co usłyszymy? Oczywiście, że ich rozmowę; ale o czem będą mówili? O tem, co się tu stało, co się stanie, co zamierzają, a więc prawdopodobnie o jeńcu i o wyprawie, na którą się wybrali. Narażamy się bardzo, to prawda, i, chociaż wierzę, że się nie boicie, to wolałbym, powiedziawszy otwarcie, samemu wziąć na siebie niebezpieczeństwo, o którem mówicie.
— Czemu?
— Bo nie wiem, czy dorośliście do tego.
— Oho! Czy popełniłem dotąd błąd jaki? Czy nie dowiodłem, że umiem podchodzić?
— Dotychczas tak, ale to było stosunkowo łatwe; teraz nadchodzą rzeczy trudniejsze.
— Pshaw! To także potrafię.
— Rzeczywiście? W takim razie wam zaufania Czy widzicie te dwa małe ogniska, przy których wojownicy rozmawiają? Musimy się do nich, dostać. Dla was to, bliższe. Zarośla sięgają prawie do niego, i osłona ich ułatwi wam zbliżenie się, tymczasem to drugie, płonące tuż nad wodą, jest o wiele trudniejsze do podejścia. Czy się zgadzacie?
— Tak, chociaż niewielki to dla mnie zaszczyt, że obieracie sobie większe niebezpieczeństwo.
— Wstydu dla was w tem niema. Zapamiętajcie dobrze, co mówię. Wrócimy tutaj; kto przyjdzie pierwszy, da drugiemu znak, że już gotów. Znak ten nie śmie zwrócić uwagi Indyan. Słyszycie głosy ropuch; taki głos nie wzbudzi podejrzenia. Czy potraficie go naśladować?
— Myślę.
— Więc zawołacie, wróciwszy tutaj, cztery razy, a drugi i trzeci okrzyk szybciej po sobie, aniżeli pierwszy i czwarty. Rozumiecie?
— Yes. Dla odróżnienia od rzeczywistych ropuch.
— Słusznie. Ja zrobię tak samo, gdybym tu był przed wami. Gdyby was odkryto...
— Odkryto? — wtrącił. — Będę się miał dobrze na baczności, żeby się im nie pokazać.
— Tego nie mówcie! Najchytrzejszy, i najostrożniejszy westman może mieć przy takiej sposobności nieszczęście. A więc, gdyby was odkryto, przedrzecie się, nie zważając na mnie, przez zarośla i wrócicie tutaj do naszego obozu. Ja przyjdę później.
— A jeśli was zobaczą?
— To także umknę, a wy przybędziecie za mną, jak będziecie mogli najprędzej. Czy macie może jeszcze o coś zapytać?
— Nie. Otrzymałem zadanie i spełnię je; th’ is clear.
— Niech się wam uda! A teraz naprzód!
— Tak, naprzód, sir! Będziecie ze mnie zadowolony. Za chwilę mnie nie zobaczycie.
Spełnił te słowa, gdyż wlazł na lewo w krzaki i zniknął. Czy też błędu nie zrobi? Nie byłem co do tego zupełnie spokojny.
Zadanie moje było, jak powiedziano, daleko trudniejsze, aniżeli jego. Ognisko, do którego chciałem się dostać, płonęło w pobliżu wody; między mną a niem nie było nic, co mogłoby mi posłużyć jako osłona. Jak tam dojść i leżeć tam niepostrzeżenie przez czas dłuższy? A nie tylko chciałem, lecz musiałem się tam dostać, gdyż jeden z siedzących tam Indyan miał w czuprynie pióro białego orła, więc uważałem go, choć nie widziałem jego twarzy, za wodza Wupa Umugi.
Wiodła tam droga tylko jedna, mianowicie przez wodę. Była ona, jeśli nie niemożliwa, to przecież taka trudna, że zrozumiałem, iż jeszcze nigdy nie ryzykowałem tyle przy podchodzeniu. Brzegi zarosłe były sitowiem — musiałem skorzystać z tej okoliczności. Trzeba się było rozebrać, a w tym celu musiałem z powodu jasnej barwy mego ciała wyszukać jakieś osłonięte miejsce. Po prawej ręce, niedaleko od najdalszego ogniska, dochodziły krzaki aż do wody. Zaczołgałem się tam, rozebrałem się, wziąłem ze sobą kilka rzemieni, które nosiłem w kieszeni, i nóż, a ubranie schowałem w krzakach. Następnie wyciąłem odpowiednią ilość sitowia, związałem je tak, żeby wyglądało jak naturalna kępka, i włożyłem je sobie na głowę tak, że sięgało aż na barki. Zrobiwszy dziurę w snopie, żebym mógł przez nią widzieć, wszedłem do wody i puściłem się w niebezpieczną drogę.
Czy to idąc, czy płynąc, musiałem się starać o to, żeby snop na głowie był ciągle w równej wysokości z nadbrzeżnem sitowiem. Tak poruszając się wzdłuż brzegu ku ognisku — a musiałem to czynić powoli, aby nie zwrócić na siebie uwagi — wyglądałem z moim czubem na stojącą w wodzie kępę sitowia i miałem nadzieję, że uda mi się szczęśliwie dojść do celu i wrócić. W razie nie wykluczonego wcale — odkrycia postanowiłem przepłynąć jezioro wpoprzek, a potem skrycie znowu powrócić, ażeby zabrać ubranie.
Z początku była woda płytka; musiałem się położyć i czołgać się mułem. Wśród ostrego sitowia musiałem bardzo uważać, żeby się nie skaleczyć. Wszedłszy w głębszą wodę, mogłem już iść. Potem straciłem grunt pod nogami, co zmusiło mnie do pływania. Cała droga, jaką miałem do przebycia, nie wynosiła więcej niż sześćdziesiąt metrów, ale upłynęło pół godziny, zanim przebyłem połowę. Czerwoni nie śmieli zauważyć ruchu mojej maski z sitowia. W ten sposób mogły upłynąć całe godziny, zanim zszedłbym się z Old Wabblem.
Szczęściem przyszła mi z pomocą nowa okoliczność. Usłyszałem głośne wołania, a kiedy rozejrzałem się za ich przyczyną, zobaczyłem dwu Indyan, którzy wyszli z zarośli i ukazali się na placu obozowym. Byli to ci dwaj Komancze, których powaliłem wczoraj wieczorem. Wódz wysłał ich był za zbiegłym Old Wabblem, a teraz powracali; oczywiście wszyscy chcieli wiedzieć, z jakim wynikiem. Zwrócili na się powszechną uwagę, a więc i uwagę wodza. Chociaż nie pobiegł naprzeciwko nich, jak drudzy, powstał jednak i zwrócił się ku nim. Twarz jego, zarówno jak oczy wszystkich innych, odwróciła się teraz od wody. Skorzystałem z tego tak szybko, że w przeciągu minuty dostałem na na miejsce, do którego dążyłem. Wkopałem moje jasne ciało w mułowate dno płytkiego brzegu, położyłem się na łokciach i z twarzą nad wodą mogłem przypatrywać się dokładnie wszystkiemu, co się działo na brzegu. Pęk sitowia, stojący mi na barkach, wyglądał, jak gdyby stał we wodzie, a ponieważ i dokoła rosły szuwary, mogłem się czuć całkiem pewnym.
Był też już najwyższy czas, gdyż w chwili, kiedy zająłem opisaną pozycyę, doszli obaj Komancze do ogniska wodza, który przyjął ich słowami:
— Nie widzę u pasa żadnego z was skalpu tego, którego mieliście zabić. Czyście oślepli, że straciliście ślad jego? A może konie wasze połamały sobie nogi, że nie mogliście go doścignąć?
Jeden z nich nie odpowiedział i popatrzył z zakłopotaniem na ziemię, ale drugi był śmielszy. Spojrzał wodzowi otwarcie w twarz i odpowiedział:
— Zachowaliśmy oczy, a konie nasze są zdrowe.
— Ale gdzie skalp?
— Znajduje się jeszcze na głowie tego, któremu mieliśmy go zabrać.
— A więc ta blada twarz nie zginęła?
— Jeszcze żyje.
— Pozwoliliście mu więc umknąć?
Oczy zabłysły mu groźnie, kiedy głosem donośnym rzucił ostatnie pytanie:
— Umknął nam — odrzekł Indyanin, wytrzymując spokojnie wzrok wodza.
— A więc jesteście kulawe psy, których nie można posłać za żabą, bo zbyt rącza jest dla nich! Odeślę was do namiotów starych bab, gdzie, wasze miejsce.
— Jesteś Wupa Umugi, nasz dowódca na wojnie, i my mamy być posłuszni twoim rozkazom — ale skoro wydajesz rozkazy niewykonalne, nie wolno ci lżyć tych, którzy zadawali sobie trudu na próżno. Myśmy nie psy kulawe, lecz waleczni i doświadczeni wojownicy, bo nie byłbyś nas wybrał do ścigania bladej twarzy. Nie pójdziemy do starych bab. Czy człowiek ma usta wyżej, niż uszy? Dlaczego mówisz i sądzisz, zanim usłyszałeś, z jakiego powodu nie przynieśliśmy skalpu?
Było to powiedziane śmiało — i człowiek ten z pewnością nie był tchórzem. Opowiadano sobie wiele historyi o okrucieństwach Wupa Umugi. Właściwości tej dowiódł nietylko względem białych, lecz często nawet względem współplemieńców, obchodząc się z nimi bezwzględnie. Szanowano go jako wojownika, ale go nie lubiano. Nagromadziło się przeciwko niemu sporo rozgoryczenia, które wybuchało przy takich sposobnościach, jak obecna. Zachowanie się dzielnego podwładnego było odważne, ale nie zuchwałe. Wódz indyański nie jest bynajmniej absolutnym władcą. Szczep obiera go, a on dzierży tę godność, dopóki doświadczeniem, rozsądkiem i odwagą nad nim góruje. Każdej chwili jednak może go „rada starszych“ złożyć z urzędu, a wtedy jest znowu czemś mniej, aniżeli był przedtem. Wupa Umugi wiedział o tem i zauważyłem, że zarzut wojownika wprawił go we wściekłość, a ręka drgnęła ku nożowi w stronę pasa; przezwyciężył się jednak i rzekł tonem niezupełnego panowania nad sobą:
— Opowiadaj, a ja będę słuchał — potem zaś powiem, czy zaliczać was jeszcze do wojowników Komanczów.
Usiadł, a za nim ci, którzy przedtem siedzieli obok niego. Gdy się to stało, zaczął Komancz opowiadać przebieg pogoni. Przysłuchiwano mu się, dopóki nie doszedł do słów:
— Wtem ugodziło nas uderzenie w głowę i upadliśmy martwi. Kiedy powróciliśmy do życia, byliśmy skrępowani i przywiązani do drzewa.
— Skrępowani i przywiązani? I nie broniliście się wcale?
Czy wódz Racurrohów obroni się przed wrogiem, którego nie widzi? —
Nie, ale zobaczyłbym każdego wroga, który chciałby mnie zaatakować! l ego nie.
Tego? A zatem wiesz, kto to był?
— Tak.
— Wymień jego imię.
— Old Shatterhand.
— Uff! — zawołał wódz, zrywając się i usiadając napowrót.
— Uff, uff, uff! — — zawołali także drudzy.
— Old Shatterhand! — wybuchnął. — Ten blady pies, którego wojownicy Komanczów już nieraz mieli w ręku, a on im się zawsze wymyka! O, gdybym ja był na waszem miejscu!
— Poszłoby ci tak samo, jak nam.
— Milcz! Jestem Wupa Umugi i nie dałbym się tak podejść!
— Nikt nas nie podszedł, ani na nas nie napadł. To my chcieliśmy podejść bladą twarz. Czy mogliśmy wiedzieć, że stanie się inaczej? Czy mogliśmy przypuszczać, że nigdy niezwyciężony Old Shatterhand znajduje się z białymi?
— Nie, ale powinniście być ostrożniejsi.
— Byliśmy. Zwęszywszy dym, zostawiliśmy zaraz konie i poczołgaliśmy się bez szmeru, aby zobaczyć, kto siedzi przy ognisku. Nikt nie byłby nas spostrzegł ani pochwycił — bylibyśmy zabrali wszystkie ich skalpy, gdyby nie Old Shatterhand. On wszystko wie; spodziewał się, że przyjdziemy i wyszedł naprzeciw nas. Siedział w gąszczu i nadsłuchiwał. Kiedy doszliśmy do niego, wyskoczył i powalił nas na ziemię. Moi czerwoni bracia słyszeli wszyscy o sile jego pięści.
Zwrócił się z tem pytaniem do wszystkich, którzy stali dokoła.
— Hehe, hehe — tak tak, tak tak — odpowiedziano mu.
— I że każdy, kogo ugodzi, musi paść martwy na ziemię.
— Hehe, hehe!
— Czy sądzicie, że poszłoby wam inaczej, niż nam? Zobaczylibyście go i zdołalibyście mu umknąć?
— Aga, aga — nie, nie!
Okazał spryt w obronie swojej sprawy, zapytując o sąd stojących z nim na równi. Ich przyznanie tworzyło dlań mur ochronny przeciwko cholerycznemu gniewowi wodza. Opowiadał dalej, a Wupa Umugi nie przerywał mu już aż do końca. Potem zapytał:
— Tak postąpił Old Shatterhand, którego Komancze nazywają swym wrogiem. Czy kto się domyśla, kim była ta druga blada twarz, którą ścigaliśmy?
Zaprzeczyli.
— A jednak wszyscy słyszeliśmy już nieraz o tym białym.
— Widziałem go, kiedy przejeżdżał przez nasze szeregi, jak gdyby żadna kula nie mogła go dosięgnąć, ani żadna broń zranić, ale go nie poznałem W zauważył. wódz.
— Włosy miał długie i białe, jak śnieg na górach; czy nie widziałeś tego?
— Widziałem.
— Na jego twarzy dziewięćdziesiąt zim wyryło zmarszczki. Jest tylko jedna blada twarz, licząca tyle lat, mająca takie białe włosy i będąca takim dobrym jeźdźcem, że nienaruszony przecisnął się przez dziesięć razy po pięćdziesiąt nieprzyjaciół.
— Uff, uff! — zawołał wódz. — Mój czerwony brat ma widocznie Old Wabble’a na myśli.
— Tak, jego mam na myśli.
— To on był?
— Tak.
— To on był, on! Kiedy nam umykał, opuścił nas dobry duch. Nikt z żyjących jeszcze bladych twarzy nie przelał tyle krwi czerwonych mężów, co ten pies długo-białowłpsy. Gdyby był wpadł nam w ręce, podniósłby się radosny krzyk, jak daleko sięgają namioty Komanczów. Ale na ten raz wymknął się nam. Zobaczymy go jeszcze i pochwycimy na pewno, może jutro, albo już w dniach najbliższych.
— Czy chcesz wysłać za nim innych i więcej wojowników, aniżeli nas było?
— Nie.
— A cóż?
Na to, w każdym razie nieodpowiednie pytanie odpowiedział wódz lekceważąco, czyniąc przytem prawie pogardliwy ruch ręką:
— Mój czerwony brat jest tylko zwykłym wojownikiem, a mimo to śmie pytać najwyższego wodza wojennego Racurrohów, co zamierza uczynić. Nie przystoi ci takie pytanie, ale mimo to gotów jestem ci odpowiedzieć, ażeby ci pokazać, że zamyślam przebaczyć wam nieudały wasz pościg. Nie mamy powodu ścigać Old Wabble’a, bo on sam przyjdzie.
— On nie przyjdzie — stwierdził wojownik, pomimo udzielonej mu nagany.
— Przyjdzie! — zawołał wódz tonem głębokiej pewności.
— Ale my wiemy, że nie przyjdzie.
— Chciał sprowadzić pomoc, aby wyswobodzić tę bladą twarz, która leży skrępowana tam na wyspie. — Znalazł dziesięć bladych twarzy, któremi dowodzi Old Shatterhand. Oni tu przyjdą.
— Zachorowaliby chyba na umyśle, gdyby sądzili, że jedenastu białych może nas zwyciężyć.
— Old Shatterhand jest z nimi. Blade twarze, któremi on dowodzi, odważą się na wszystko.
— Oni nie wiedzą, gdzie się znajdujemy.
— To się dowiedzą.
— Kto im to zdradzi?
— Wasz trop, za którym pójdą.
— Old Shatterhand przyrzekł nam nie śledzić za naszym tropem.
— Mimo to tak uczyni.
— Nie; to nie kłamca. Nikt jeszcze nie słyszał, żeby kiedy złamał słowo.
— Memu młodemu czerwonemu bratu przystałoby bardziej milczeć, aniżeli w obecności starych wojowników sprzeciwiać się wodzowi.
Była to surowa nagana, ale Wupa Ufnugi nie lubiano, więc cieszono się z jego gniewu. Młody wojownik widział spojrzenia wojowników, zwrócone do siebie z zachętą, i rzekł:
— Ja wiem, że moje lata nie sięgają lat starych i mądrych mężów, ponieważ jednak nikt z nich, lecz tylko ja byłem u Old Shatterhanda, mówiłem z nim i otrzymałem słowo od niego, to będzie mi wolno powiedzieć, co tam i od niego słyszałem.
Na to odrzekł siwowłosy Indyanin, który siedział obok wodza i był pewnie najstarszy ze wszystktch.
— Niech mój młody brat mówi śmiało. Skoro topór wojenny raz wykopano, może wszystko posiadać wielką wagę, co kiedyindziej byłoby zbytecznem. Najważniejszem tu byłoby spotkanie Old Shatterhanda. Gdzie jego widać, tam bywa i wódz Apaczów, Winnetou.
— Czy był tam także?
— Nie było go — odparł wojownik, uradowany widocznie tem, że starszy wziął go w obronę.
— Ani w pobliżu?
— Nie dostrzegliśmy ani znaku.
— Jakich słów użył Old Shatterhand, dając wam przyrzeczenie?
Zapytany namyślał się przez chwilę a potem odrzekł:
— Powiedziałem do niego tak: „Czy będziecie nas śledzić, ażeby się dowiedzieć dokąd pojedziemy?„ On odrzekł na to: „Nie; daję wam na to słowo“. Oto dokładna rozmowći, o której mój starszy brat chciał się dowiedzieć.
— Jeśli Old Shatterhand tak powiedział, znaczy to tyle, co gdyby wypalił fajkę przysięgi. On dotrzymuje przyrzeczeń i nie śledził was pewnie. Howgh! Młodzi bracia mogą się oddalić; wiemy już, co chcieliśmy wiedzieć.
Obaj Komancze oddalili się, a zarazem z nimi wszyscy, którzy z ciekawością lecz i uszanowaniem zbliżyli się do ogniska. Także ci, którzy siedzieli przy ognisku, przeznaczonem dla Old Wabble’a, opuścili je przedtem, ciekawi wieści o pościgu, i, ponieważ nie było nic do podsłuchania, spodziewałem się, że stary odszedł z powrotem. Pokazało się też zaraz, że miałem słuszność, gdyż w tej chwili odezwała się cztery razy ropucha w umówiony przez nas sposób.
— Czy miałem miejsce moje opuścić? Chwila obecna nadawała się do tego, gdyż podczas powrotu czerwonoskórych do ognisk powstała krętanina, podczas której nie było obawy, aby mój poruszający się piuropusz z sitowia ściągnął na siebie uwagę. Spodziewałem się jednak, że przy tem ognisku dalej jeszcze będą mówili o tym przedmiocie, i chciałem to usłyszeć. Co do powrotu, to spodziewałem się jeszcze znaleźć chwilę sposobną. Czerwoni jeszcze nie jedli, i czekano prawdopodobnie, aż się napiecze dostateczna ilość mięsa. Potem musiało znowu nastąpić zamieszanie, podczas którego powinienem znaleźć stosowną chwilę. Leżałem więc dalej w wodzie a raczej w błocie.
Wódz rozgniewał się widocznie na to, że stary się wmięszał, gdyż powiedział doń po odejściu młodych wojowników:
— Czy mój brat nie zauważył, że musi to drażnić godność wodza, gdy bierze się młodego wojownika przeciw niemu w obronę?
Stary odpowiedział mu na to:
— Godności wodza uwłacza najwięcej to, jeśli przeciw niej postępuje. Wszyscy sądzimy, że Old Shatterhand dotrzyma słowa, i tylko ty twierdzisz przeciwnie.
— Bo znam tego białego psa.
— My znamy go także. Na języku u niego nie mieszkało jeszcze nigdy kłamstwo.
— Tak, lecz ten język umie mówić tak sprytnie, jak żaden inny. On jest najuczciwszą bladą twarzą, ale jeśli go się chce wywieść w pole, wtedy staje się najchytrzejszym z lisów, a język jego podobnym do świtu, po którym może nastąpić światło słoneczne, lecz także i niepogoda. On nie kłamie, to prawda, i co obieca, tego dotrzyma, ale tylko tak, jak sam myśli, nie tak, jakby się tego sobie życzyło. Słowa, jakie on powie do nieprzyjaciela, są jako ziarnka prochu, które należy dobrze odważyć, zanim się je wsypie do lufy.
— Więc Wupa Umugi sądzi, że można jeszcze inaczej rozumieć przyrzeczenie, dane wojownikom, że ich śledzić nie będzie?
— Nie, on nie chciał śledzić i nie będzie, ale nie byłby dał tego przyrzeczenia, gdyby nie wiedział o innej drodze dowiedzenia się o tem.
— Niema innej.
— Tak myśli mój starszy brat, ale nie ja, chociaż sam o niej nie wiem. Jak często opowiadano o tem, że Old Shatterhand wie wszystko, o czem chce wiedzieć. Czy jest w przymierzu z dobrym, czy ze złym Manitou[10], który mu mówi o wszystkiem — nie wiem, lecz jestem pewien, że wie, iż obozujemy nad Saskuan-Kui.
To być nie może, gdyż nikt mu tego nie powiedział. A gdyby to nawet wiedział, to w tem jeszcze nie powód, żeby miał tutaj przybyć.
— Zechce pojmanego uwolnić.
— Czy on go zna?
— Nie wiem tego.
— A jeśli go zna, to czy go kocha tak bardzo, żeby narażał życie na niebezpieczeństwo?
— On ujmuje się za każdą bladą twarzą.
— Czy nawet wtedy, kiedy może tylko jedenastu ludzi przeciwstawić stu pięćdziesięciu wojownikom?
— On nie liczy nieprzyjaciół i nie potrzebuje ich liczyć, gdyż ma zaczarowaną strzelbę, z której może strzelać bez przestanku. A czy wie mój starszy brat, że on chętnie unika walki, nie ze strachu, lecz dlatego, że nie chce przelewać krwi ludzkiej? Wtedy chwyta się podstępu, a chytrości jego należy się bardziej obawiać, aniżeli strzelby zaczarowanej. On przyjdzie, nie, ażeby z nami walczyć, lecz ażeby podstępem wydrzeć nam jeńca.
Starzec się zamyślił, pokiwał głową w jedną i drugą stronę i rzekł po chwili:
— Słowa Wupa Umugi nie mogą zmienić myśli moich, ale skoro topór wojenny już raz wykopany, należy wszystko, co się zwykle tylko raz rozważa, dziesięć razy rozważyć, i nie wolno spodziewać się dobrego, lecz złego. Ja powiadam, że Old Shatterhand nie przyjdzie, a ty, że przyjdzie. Przypuśćmy, że należy go nam oczekiwać — tem lepiej w takim razie, jeśli go tu nie będzie.
— Lepiej? Czy mój brat go się obawia? Ja bardzo sobie życzę, żeby nadszedł. Pochwycilibyśmy go i przygotowalibyśmy dlań słup, przy którym zginąłby z Old Wabblem.
— Czy chcesz pochwycić wiatr, przemykający ci między palcami?
— Czy Old Shatterhand to powietrze? Czy nie był już kilka razy jeńcem Komanczów?
— Wiem o tem dobrze, ale czy nie wywiało go zawsze z rąk waszych?
— Jeżeli ja go pochwycę, to go już pewnie zatrzymam!
— W takim razie otwórz ręce, gdy nadejdzie, i patrz, jak ci w nie wpadnie.
— On wpadnie. Wiem nawet o którym czasie.
— Kiedy?
— Nasi wojownicy wyjechali nocą od niego, a on wyruszył stamtąd dopiero nazajutrz. Wyprzedzili go zatem, a ponieważ przybyli dzisiaj wieczorem, on nadejdzie jutro.
— Tutaj?
— Nie, bo nie pozwolę mu dojść tak daleko i pochwycę go nad Rio Pecos.
— A czy znasz miejsce, którędy się tam przeprawi przez wodę?
— Tak. Tam jest bród, który zna prawdopodobnie. Jeśli go nie zna, to będzie szukał i znajdzie go.
— Old Shatterhandowi nie potrzeba brodu; to niedościgły pływak.
— O tem także myślałem. Każę obsadzić długą przestrzeń brzegów, to nie będzie mógł mi umknąć. Gdyby Nale Masiuf[11] był już tu ze swoją setką wojowników, to moglibyśmy rozciągnąć ich na jeszcze dłuższej przestrzeni, ale on nadejdzie dopiero za trzy dni.
W tej chwili zabrzmiał okrzyk „yakha“[12] i wszystko pośpieszyło do ognisk, przy których pieczono mięso. Wódz wstał, odpowiednio do swej godności, powoli, ażeby poszukać sobie tego, co chciał jeść. Była to dla mnie najlepsza sposobność oddalenia się. Rzuciłem jeszcze raz badawcze spojrzenie na obozowisko. Nikt nie parzył na brzeg ani ku miejscu, na którem leżałem. Wszyscy zwrócili uwagę na mięso. Wsunąłem się w głębszą wodę i odpłynąłem czemprędzej, nie starając się nawet o to, by mnie nie dostrzeżono. Przybywszy szczęśliwie na miejsce, gdzie się rozebrałem, wyszedłem na brzeg, wdziałem ubranie i poszedłem tam, gdzie czekał na mnie Old Wabble. Pióropusz z sitowia wziąłem ze sobą.
Zbliżyłem się tak cicho, że stary wcale nie słyszał, i zerwał się przerażony, gdy go dotknąłem.
— A do wszystkich piorunów! To wy, sir, czy to jaki czerwony? — spytał.
— To ja — odrzekłem.
— Well. Gdyby to nie wy, wpakowałbym drabowi nóż w ciało.
— Nie zrobilibyście tego, mr. Cutterze.
— Nie? Czemużby nie?
— Bo nie moglibyście, mając już dawno jego nóż w brzuchu.
— Oho!
— Tak jest! Jakie wy macie uszy?
— Patentowane; th’ is clear.
— No, to szkoda pięknego patentu, bo uszy nic nie warte! Leżeliście cicho, dokoła nic się nie ruszało, a jednak nie słyszeliście mego nadejścia. A gdyby to zamiast mnie był który z Komanczów?
— To usłyszałbym go, gdyż nikt inny nie mógłby tak bez szmeru się zbliżyć. Czy zrobiliście dobry interes, sir?
— Jestem zadowolony.
— Ja także.
— Coście podsłuchali?
— Na pozór mało, ale właściwie bardzo wiele. Old Surehanda strzegą tylko dwaj ludzie.
— Gdzie?
— Aha; chcielibyście to wiedzieć?
— Oczywiście.
— Bardzo wierzę. Ale, gdyby mnie nie było, nie dowiedzielibyście się o tem.
— Nie wmawiajcie tego w siebie, mr. Cutterze! Nie potrzebuję was do tego, bo wiem o tem tak samo dobrze, jak wy.
— No, to gdzie on jest?
— Tam, na wyspie.
— Domyślaliście się tego już przedtem, ale to właśnie tylko domysł.
— To pewność, bo słyszałem to z ust wodza, Wupa Umugi.
— Mówił o tem?
— Tak.
— To osioł! Myślałem, że zrobię wam wielką przyjemność, gdy wam powiem, że przypuszczenie nasze jest słuszne.
— Nie martwcie się tem, sir. Czego dowiedzieliście się jeszcze ponadto?
— Nic. Zdawało mi się, że powiem wam, Bóg wie, co ważnego, ale skoro podsłuchaliście to sami, to tak samo, jak gdybym się niczego nie dowiedział. To mnie złości. Prawdopodobnie byłbym więcej usłyszał, ale nadeszli właśnie nasi wczorajsi Komancze, i wszystko odbiegło od ogniska, przy którem leżałem. Podsłuchaliście więcej ode mnie?
— Tak.
— Co?
— O tem potem. Tu nie miejsce na rozmowę. Odejdźmy stąd.
— Dokąd?
— Najpierw na wolne pole i to tą samą drogą, którą przyczołgaliśmy się tutaj.
— A więc przez wertepy i gąszcze. I to ten człowiek nazywa drogą!
Musieliśmy w powrocie zachować taką samą ostrożność, jak w przybyciu, i równie szczęśliwie wydostaliśmy się z terenu Indyan. Gwiazdy świeciły dość jasno, i minąwszy wspomniany pas zarośli, mogliśmy powstać i bez obawy iść dalej tak, jak gdyby ani jednego Komancza nie było w pobliżu.
— Zdaje się, że dążycie do naszego obozu — rzekł Old Wabble.
— A dokądby?
— Hm! Wyśmiejecie mnie prawdopodobnie, ale myślałem, że zaraz przyprowadzimy ze sobą Old Surehanda.
— To był istotnie śmiały pomysł.
— Ponieważ położenie jest inne, aniżeli sądziłem. Gdyby pojmany nie leżał na wyspie, lecz na brzegu, poszłoby jego uwolnienie paz-dwa-trzy.
— rie rozumiem tego.
— W takim razie wyrażę się inaczej: Podejść — przeciąć więzy — zerwać się — uciec — Indyanie za nami — my pędzimy do naszego obozu — wskakujemy na konie — cwałujemy precz — i po wszystkiem.
— To brzmi tak, jakby było czemś niesłychanie łatwem do wykonania. Czy uwolniliście już kiedy jeńca w ton sposób?
— Nie, ale wy! Dokonaliście już nawet więcej tnklch sztuczek.
— To nie powód, żeby zawsze miało pójść tak mimiko. Należy się stosować do okoliczności, które rzadko kiedy są takie same.
— To szkoda. Przyznam się wam szczerze i uczciwie, że chętnie stanąłbym przed naszymi towarzyszami, którzy nie są prawdziwymi westmanami, z gotowym czynem.
— To znaczy, że chcielibyście pochełpić się nieco.
— Nazwijcie to, jak chcecie. To nie wstyd przecież wydobyć, z wami tylko, z pośród stu pięćdziesięciu Indyan jeńca, przeznaczonego na śmierć męczeńską.
— Wstyd — nie.
— A zatem. Ale ta uciecha mi przepada.
— Jakto?
— Bo prawdopodobnie będą nam pomagali ten Sam Parker, Joz Hawley i inni.
— Nie można tego nazwać pomocą. Utworzą tylko linię naszego odwrotu; to wszytko.
— Rzeczywiście?
— Tak. Uwolnimy Old Surechanda tylko my obaj; ja i wy.
— To mi bardzo przyjemne!
— Przypuszczam oczywiście z góry, że jesteście dobrym pływakiem, jak mi to powiedzieliście sami.
— Jak ryba — powiadam wam, że jak ryba — th’ is clear. A więc trzeba będzie pływać?
— Tak, bo musimy się dostać na wyspę.
— Słusznie; czółen tam niema.
— Czółno nie przydałoby nam się na nic; spostrzeżonoby nas. A zatem ufacie sobie, że przepłyniecie z tamtego brzegu wpoprzek jeziora na wyspę i z powrotem?
— A to pytanie! Powiadam wam, że dopłynąłbym do księżyca, gdyby między nim a ziemią było dość wody.
— Well! W takim razie rzecz bardzo prosta. Popłyniemy na wyspę, unieszkodliwimy obydwu strażników, uwolnimy Old Surehanda z więzów i popłyniemy z nim napowrót.
— Co?... Jak?... Co?
Stanął, wziął mnie za ramię i rzekł:
— To idzie u was tak szybko, jak zjeść kromkę chleba z masłem.
— A u was szło przedtem także na raz-dwa-trzy.
— Tak, to było coś zupełnie innego. Ja chciałem go uwolnić na lądzie, a nie przez wodę. Tu trzeba przedewszystkiem wiedzieć, czy Old Surehand umie także pływać.
— Wiecie chyba o tem najlepiej; przecież go znacie.
— Ale nie widziałem go jeszcze w wodzie.
— Tak? To niepotrzebne, bo taki westman, jak Old Surehand, jest pewnie dobrym pływakiem.
— Ależ on skrępowany — a z tego człowiek drętwieje. Czy będzie tak dobrze władał rękami i nogami, żeby mógł z nami zaraz przepłynąć jezioro?
— Przypuszczam, gdyż powiadają, że to bardzo silny mężczyzna.
— Tak, to prawda. A więc rzecz załatwiona; płynie zaraz z nami. Ale gwiazdy, te gwiazdy!
— Cóż takiego?
— Czy nie uważacie, że coraz bardziej jaśnieją?
— Rzeczywiście.
— A więc będą się razem z niebem odbijały we wodzie; to niedobrze!
— Chcieliście niedawno płynąć aż do księżyca. On was nie irytuje tak, jak gwiazdy?
— Zdaje mi się, że dowcipkujecie, ale wiecie dobrze, co mam na myśli. Odbicie gwiazd we wodzie zdradzi nas.
— Przed kim?
— Przed strażnikami na wyspie.
— Nie zdaje mi się.
— Owszem! Rozważcie tylko: Woda jeziora z gwiazdamileży spokojnie przed nimi, za każdym zaś ruchem naszym powstawać będą fale, i gwiazdy zaczną się trząść tędy i owędy. Gdy będziemy dopływali, powstanie taka rewolucya na całym odbitym w wodzie firmamencie, w strażnicy będą musieli zwrócić na nas uwagę.
— A cóż to szkodzi?
Przystanął znowu, zatrzymał mnie i zapytał:
— Co?... Jak?... Co to szkodzi? I tak pyta Old Shatterhand! Takie pytanie nie zdziwiłoby mnie tylko u greenhorna[13] Co to szkodzi! Te draby zaczną oczywiście natychmiast ryczeć o pomoc; a potem rzucą się wszyscy Komancze w wodę i zaczną się łowy, w których zginiemy. Żebyśmy nie wiem jak dobrze pływali, to przecie zbyt wiele psów — śmierć dla zająca.
— Nie zawołają chyba o pomoc — odrzekłem, zmuszając go do dalszej drogi.
— Oczywiście, że tak! Zobaczą przecież, że nadpływają dwaj ludzie i to dwaj biali. A jeśliby nawet rzeczywiście nie krzyczeli, to poślą pewnie za nami kilka kul.
— I tego nie uczynią.
— Ależ, sir, ja was nie pojmuję.
— Nie zobaczą nas wcale.
— Co?... Nie zobaczą nas, gdy cały firmament będzie trząsł się i mrowił?
— Nie, bo się zamaskujemy.
— Zamaskujemy? To coraz większe szaleństwo! Jak się zamaskujemy? Czy może wy jako domino, a ja jako arlekin? Dziękuię wam za taki karnawał!
— Zrozumiejcież mnie dobrze, mr. Cutterze! Pod zamaskowaniem rozumiem ukrycie się,
— Także dobrze! Gdzież ukryjecie się w wodzie?
— Za sitowiem.
— Na jeziorze go niema, tylko na brzegu.
— Weźmiemy je ze sobą.
— Nonsens! Nikt z czerwonych nie da się tem otumanić.
— Mogę wam dowieść, że tak.
— Jakże to?
— Przed chwilą urządziłem taką maskaradę, nie mogąc w żaden inny sposób dopiąć swojego celu.
— Rzeczywiście?
— Tak.
Opowiedziałem mu, jak było, a kiedy skończyłem, odrzekł:
— Hm, to przecież nie takie całkiem głupie, jak myślałem. Ale jeden snop sitowia to ujdzie — dwa jednak? Niełatwo nam się uda płynąć całkiem równo, więc oba snopy raz będą w kupie, to znów się rozejdą, co będzie musiało wpaść im w oko i wzbudzić podejrzenie.
— Zapewne, ale my nie weźmiemy dwu snopów, lecz urządzimy sobie wyspę z sitowia, pod którą będziemy pływać.
— Niezłe!
— Z początku popłyniemy szybko — kiedy jednak dostaniemy się w zakres ich wzroku, popłynie nasza kępa powoli, bardzo powoli.
— A nasze jasne ciała? Ażeby płynąć obok siebie, potrzebujemy przynajmniej ośm łokci miejsca. Czy może ta kępa być taka wielka? Dozorcy nas zobaczą, bo mamy jasną skórę.
— Zostaniemy w ubraniu.
— Hm — mruknął.
— Czy sądzicie, mr. Cutterze, że utrudni wam to pływanie?
— Wcale a wcale nie! Pytanie tylko, czy strażnicy, jeśli wszystko szczęśliwie się uda, pozwolą wylądować naszemu sitowiu na wyspie.
— Ono nie wyląduje.
— Nie? A więc i my nie? A przecież musimy się dostać na wyspę. To wprost niezrozumiałe.
— Bardzo łatwo. Czy umiecie nurkować?
— Jak żaba, powiadam wam, jak żaba, th’ is clear; tak głęboko w dół, jak chcecie!
— To dobrze, bo tu trzeba będzie nurkować. Gdy ubliżymy się do wyspy, i dozorcy zauważą sitowie, pójdą na na stronę wyspy, którą ono zechce przepłynąć.
— Tego należy się spodziewać, ale wylądować chyba mu nic pozwolą.
— Nie. A teraz główna sprawa. W chwili, kiedy nasza osłona będzie najbliżej wyspy, porzucimy ją, zanurzymy się i popłyniemy popod wodą dokoła wyspy, ażeby wynurzyć się po drugiej stronie. Gdy dozorcy będą spoglądali na sitowie, wyjdziemy poza ich plecyma na wyspę, a, ja przyskoczę do nich, by ich dwoma silnemi uderzeniami pięści unieszkodliwić.
— Świetnie, mr. Shatterhandzie! A ja?
— Dla was najpierwsze rozciąć więzy jeńcowi, ażeby mógł ujść czemprędzej, gdyż, chociaż tego nie przypuszczam, może zajść wypadek, że będziemy musieli zaraz powracać. Być może, że nie od razu dobrze ugodzę któregoś z dozorców i że będzie miał czas zawołać o pomoc.
— To byłoby szkaradnie!
— Tak. Widzicie chyba, że mamy wiele dokazać i że wszystko musi się dobrze złożyć, żeby się sztuczka udała. Sądzę zatem, że nie weźmiecie mi za złe, skoro was poproszę zbadać siebie jeszcze raz, czy zdołacie rzeczywiście wykonać tog czego muszę od was wymagać.
— Z łatwością, sir, z największą łatwością.
— Proszę nie odpowiadać, tak prędko. Nie wolno nam być lekkomyślnymi. Powiadam wam otwarcie, że nie przedstawiam sobie tego łatwo. Siebie znam dobrze i wiem, że to potrafię wykonać, jeśli wszystko pójdzie gładko i nic, jak przypuszczam, nie stanie mi w drodze. Mimo to jednak uważam całą sprawę za trudną, nawet za bardzo trudną.
— Nie mówcie o lekkomyślności, sir! Czy widzieliście kiedy, jak Old Wabble pływa?
— Nie.
— Albo nurkuje?
— Tem mniej.
— Więc bądźcie cicho i czekajcie spokojnie;. kiedy wszystko się skończy, powiecie, że nie mogliście mieć lepszego i zręczniejszego pomocnika ode mnie. Th’ is clear.
— Bardzo mnie to ucieszy, ponieważ idzie tu bardziej o nasze życie, aniżeli kiedybądźkolwiek indziej.
Nie wiedziałem rzeczywiście całkiem dobrze, czy mogę mu zaufać, czy też nie. Jego koścista postać nie pozwalała domyślać się w nim dobrego pływaka, a zapewnienia jego miały w sobie pewną chełpliwość. Wiadomem jednak było, że był to człowiek odważny i doświadczony, a mówił tak głębokim tonem przekonania, że trudno mu było nie wierzyć. Zresztą nie było już czasu na dalsze wyjaśnienia, bo doszliśmy do obozu.
Towarzysze niepokoili się z powodu długiej naszej nieobecności. Opowiedzieliśmy im, cośmy widzieli, o czem dowiedzieliśmy się — i objaśniliśmy im nasz plan. Parker i Hawley żałowali, że nie mogli w tem odegrać roli bezpośredniej, ale reszta nic nie powiedziała. Byli całkiem zadowoleni, że nie żądałem od nich narażenia życia. Dosiedliśmy koni i pojechaliśmy na drugą stronę jeziora.
Przybywszy tam, musieliśmy w ciemności przeciskać się przez zarośla, ażeby z otwartej, trawą porosłej preryi dostać się nad wodę, gdzie pozsiadaliśmy z koni i przywiązaliśmy je do drzewa. Po drugiej stronie płonęły obozowe ogniska.
Rosło tu także sitowie. Nacięliśmy go, ile nam było potrzeba, a kilka grubych konarów utworzyło fundament tratwy. Po skończeniu było to dla naszego celu małe arcydzieło. Pod spodem miała tratwa otwory na głowy i cztery skórzane pętle na ręce. Postaraliśmy się także oczywiście o to, ażeby, siedząc pod spodem, można się było swobodnie rozglądać.
Trzeba było zaczynać. Wypróżniliśmy kieszenie i odłożyliśmy wogóle wszystko, co musiałoby ucierpieć przez wodę, a nie było koniecznie potrzebne. Z broni zabraliśmy tylko noże. Kiedyśmy już byli prawie gotowi, zapytał Parker:
— A więc my nie mamy przy tem nic a nic do czynienia, mr. Shatterhandzie?
— Nie — ale nie uważajcie się mimo to za zbytecznych. Może zajść wypadek, w którym będziemy was bardzo potrzebowali.
— Jaki?
— Jeżeli nas odkryją i zaczną ścigać, co może nastąpić tylko na wodzie. Nadpłyniemy stamtąd w prostej linii. Gdyby nas ścigano, będzie waszym obowiązkiem nie dopuścić do nas pościgu.
— Strzałami?
— Tak.
— W takiej ciemności? Płynącemu widać zaledwie głowę; kto tak zdoła odróżnić białego od czerwonego? Moglibyśmy was łatwo ustrzelić.
— Nie wolno wam właśnie strzelać, dopóki nie rozpoznacie dokładnie, do kogo macie strzelać. Zresztą damy się wam poznać głośnymi okrzykami. Gdyby który z nas zaczął we wodzie walkę z którymś z czerwonych, nie będziecie strzelali, chociażby to było tak blizko, że rozpoznawalibyście twarze. Stać każdego z nas na pokonanie jednego czerwonego.
— Tak jest, stać nas, th’ is clear! — potwierdził żywo Old Wabble.
— O sobie wiem to — a co do was, wierzę w to — odpowiedziałem. — Mimo to zapytuję raz jeszcze: Czy to, czego macie dokonać, nie będzie dla was za trudne? Bo w takim razie wolę to wziąć na siebie samego.
— Nie. A więc naprzód i daj Boże szczęście!
— Yes, go on! Za pół godziny będziemy tu szczęśliwie i zwycięsko z powrotem.
Z tem śmiałem zapewnieniem na ustach strząsł się Old Wabble do wody, a ja ruszyłem za nim z mniejszą pewnością siebie.
Pod tratwą chować się nie było potrzeby, dopóki nie byliśmy straży na widoku; z początku płynęliśmy wolno i popychaliśmy kępę przed sobą. Obserwowałem zrazu Old Wabbla, ażeby się przekonać, czy rzeczywiście pływa tak dobrze, jak twierdził; szło jako tako. Po jakimś czasie dopiero zauważyłem, że tratwa zanurzyła się po jego stronie głębiej aniżeli po mojej.
— Opieracie się zanadto — rzekłem. — Nie jesteście chyba zmęczony, mr. Cutterze.
— Zmęczony? A wam co znowu? — odparł. — Temu winny tylko przeklęte braces, które mnie cisną.
— A któż pod pasem nosi jeszcze szelki?
— Tego nie rozumiecie. Pas jest na Zachodzie niezbędny, a ja prócz tego muszę mieć szelki, bo nie mam bioder. Trzymają ont i pas. Gdzie na mnie mogą być biodra?
Nie mogłem wprawdzie pojąć, skąd u szelek tęn impertynencki zamiar przeszkadzania mu właśnie w pływaniu — lecz byłem cicho. Niebawem jednak zaczął tak przechylać tratwę, że z mojej strony wychyliła się z wody. Wobec tego poprosiłem go:
— Wróćcie się lepiej, mr. Cutterze; teraz jeszcze czas, a wam widocznie coraz trudniej.
— Nonsens! Czyż nie widzicie, że mknę, jak ryba?
— Bo ja tratwę popycham, a wy na niej wisicie.
— Tak się tylko zdaje! Te szelki! Zdejmę je, to pójdzie lepiej.
Trzymając się jedną ręką tratwy, odpiął drugą szelki i schował je do kieszeni. Musiały go przecież uciskać, gdyż teraz szło rzeczywiście lepiej. Słyszałem wprawdzie, że sapał z wysiłku, a kiedy zrobiłem na ten temat uwagę, zapewnił mnie:
— To tylko jedna strona płuc robi się czasem taka głośna; druga jest dobra.
Płynęliśmy teraz z pięć minut, nie mówiąc ani słowa, poczem zauważyłem znowu, że zanurzał się w wodzie głębiej aniżeli przedtem.
— Robicie się coraz cięższy, sir? — zapytałem.
— Czy to takie dziwne? Ubranie nasiąka wodą, a tam w tyle... all devils, co to?
Zatrzymał tratwę i sięgnął rękę za siebie.
— Czego tam szukacie, sir?
— Szukam... no!... Słuchajcie, mr. Shatterhandzie, ja muszę bezwarunkowo przypiąć szelki napowrót.
— Dlaczego?
— Bo gubię spodnie. Już do połowy spadły ze mnie; płyną za mną. Czy mi dopomożecie?
Dopomogłem mu w przyprowadzeniu do porządku napół zbiegłych już spodni. Następnie popłynęliśmy dalej, lecz ku memu zaniepokojeniu zauważyłem, że nie był takim pływakiem, za jakiego się uważał. Musiałem popychać nietylko tratwę, lecz także i jego.
— Zdaje mi się, że zawrócimy, mr. Cutterze — powiedziałem. — Jesteście już naprawdę zmęczony, a nasze przedsięwzięcie wymaga pełnej siły. Pomyślcie o niebezpieczeństwie, na które się narażamy.
— Myślę o tem i dlatego nie wysilam się teraz, ażeby potem mieć siłę. Wracać? Co za myśl! To byłby dla mnie blamaż!
Zblamować nie chciałem go rzeczywiście, ale czy miałem nadal ryzykować? Być mogło, że oszczędzał się na razie, ażeby potem być au fait, i potwierdził to na następne pytania. Zresztą mieliśmy już połowę drogi za sobą, a więc trzeba było przeć naprzód, jakkolwiekby być miało. Postanowienie to nie zmniejszyło moich obaw, i po upływie pięciu minut spytałem znowu: —
— Czy nie położylibyście się górną połową ciała na tratwie? Odpoczniecie i będziecie mieli świeże siły.
— To słuszne, ale czy nie będzie to wam za ciężko?
— Nie; zróbcie tak.
Poszedł za moją radą i kiedy popędziłem dalej nasz wehikuł, powiedział:
— Przyszła mi pewna myśl, sir. Strażnicy nabiorą podejrzenia, chociaż nas nie zobaczą.
— Czemu?
— Bo zadadzą sobie pytanie, skąd sitowie ma ten ruch. Przecież jezioro spokojne.
— Mylicie się. Woda odpływa tędy do Rio Pecos i dlatego ma pewien, choć nieznaczny, ruch ku odpływowi. Oderwane od brzegu sitowie spływałoby także powoli, i czerwoni wytłomaczą to sobie. Pod tym względem nie mam żadnej obawy.
— Tylko pod innym?
— Tak.
— O cóż takiego?
— O was.
— Pshaw! Nie chcę się teraz wysilać, ale skoro się tylko zacznie, zobaczycie mnie przy robocie.
— Hm! O pływaniu nie chcę teraz nic mówić. Wrócę do tego jeszcze, zanim ruszymy z powrotem. Teraz idzie raczej o nurkowanie. Jeśli wam się to nie uda, możemy być zgubieni.
— Nie mówcie, sir! Nie mam nic więcej do zrobienia, jak tylko puścić tratwę w odpowiedniej chwili, zanurzyć się i wynurzyć po drugiej stronie wyspy. To dzieciństwo, zwłaszcza przy mojej budowie ciała. Kto ma tyle kości, a tak mało ciała, temu łatwo być mistrzem w nurkowaniu.
Miał istotnie słuszność, a pewność siebie, jaką okazywał, uspokoiła mnie w pewnej mierze, chociaż widziałem, że lepiej było zostawić go i samemu wykonać zamiar.
Zbliżaliśmy się coraz bardziej do wyspy, a ja zwróciłem tratwę z dotychczasowego kierunku nieco w górę, gdyż potem mieliśmy się dać znosić w dół. Ogniska Komanczów świeciły jasno, lecz nas nie oświecały, a to, które płonęło na wyspie, było za krzakami i dlatego nie widzieliśmy ognia. Kilka gwiazd świeciło z firmamentu na wodę i odbijały się w niej. Płynąłem równo i spokojnie, żeby fal nie wywoływać, w których chwiałoby się odbicie gwiazd, ponieważ to można widzieć z daleka. W ten sposób przybyłem bez pośpiechu tak blizko wyspy, że mogliśmy tratwę puścić z prądem wody. Zwróciłem na to uwagę Old Wabble’a.
— Teraz nadszedł czas, mr. Cutterze. Musimy teraz wleść pod sitowie.
— Well, to zaraz się stanie — odrzekł.
— Jeszcze chwileczkę! Gdy będziemy mieli głowy w otworach a zechcemy sobie coś powiedzieć, to może to się stać tylko szeptem.
— Rozumie się samo przez się.
— Chociaż puścimy tratwę z prądem, musimy ją jednak kierować; zostawcie to mnie.
— I owszem. Powiedzcie mi tylko, kiedy się mam zanurzyć. Zaraz to zrobię.
— Rzeczywiście?
— Powiadam wam całkiem seryo, nie bójcie się o mnie. Daję wam na to słowo, że wcale, ale to wcale nie będę dla was ciężarem!
Był to zupełnie inny ton, niżeli przedtem. Czyżby tylko udawał? Byłby rzeczywiście dobrym nurkiem?
Wsunęliśmy się pod tratwę i wystawiliśmy głowy przez otwory. Potem włożyliśmy ręce w pętle i wisieliśmy prostopadle, jak gimnastycy na wiszących pierścieniach. Sitowie nas niosło; nie pływaliśmy wcale i tylko mały ruch ręką lub nogą wystarczał do kierowania. Szło to bardzo powoli, a w oczekiwaniu czas dłużył się jeszcze bardziej.
— To pośpieszna żegluga — szepnął stary. — Czy widzicie dobrze, sir?
— Tak.
— Teraz powinienby nadpłynąć rekin i ukąsić w nogę. Thunder, a to poruszyłby się nasz steamer. Jak to dobrze, że tutaj nie ma tych bestyi ani krokodyli! Patrzcie!
— Widzę go.
— A on nas widzi. Co on zrobi?
Byliśmy o sześćdziesiąt kroków może od wyspy. W zaroślach była szeroka przerwa, a przez nią widać było ogień. W świetle jego dostrzegliśmy Indyanina, czerpiącego wodę. Zauważył nas, patrzył ku nam przez chwilę i wrócił potem do ogniska.
— Doskonały! — szepnął Old Wabble. — Nie chce o nas nic wiedzieć.
— To nam bardzo na rękę, ale zaczekajmy, czy przecież nasze sitowie nie wpadnie mu w oko.
Upływała minuta za minutą, zbliżaliśmy się coraz bardziej do wyspy, ale strażnik już się nie pokazał. Brakowało jeszcze czterdzieści, potem trzydzieści — dwadzieścia — a wreszcie dziesięć kroków. Przesunęliśmy się mimo.
— Teraz, mr. Cutterze — szepnąłem do starca. — Wy popłyniecie nurkiem w prawo, a ja w lewo dokoła wyspy, ażebyśmy sobie nie przeszkadzali, gdybyśmy się zderzyli. Po tamtej stronie wyjdziemy i będziemy na tyłach straży. Ale proszę was, zadajcie sobie trudu! Czy macie ręce w pętlicach?
— Nie.
— Czyście gotowi?
— Yes. Możemy zaczynać.
— A więc precz z tratwą!
Puściłem ją, zanurzyłem się głęboko, opłynąłem połowę wyspy i wychyliłem się ostrożnie po drugiej stronie. Po dwu uderzeniach rąk byłem na brzegu. Old Wabble’a nie było tutaj widać. Musiał wyjść na wyspę w innem miejscu. Nie mogłem się troszczyć o niego i musiałem przedewszystkiem śpieszyć do strażników. Położywszy się na ziemi, zacząłem się czołgać przez krzaki. Siedzieli przy niewielkiem ognisku, gdzie płonęło kilka polan. Jeden z nich zwrócony był do mnie plecami, a drugi lewym bokiem. Opodal leżał pojmany w cieniu zwieszającego się krzaka. Nie widziałem jego twarzy, tylko nogi leżały w świetle ognia; były skrępowane. A więc prędzej do dzieła!
Podniosłem się i w dwu szybkich skokach byłem przy ogniu — poczem jedno uderzenie tu a drugie tam powaliły na ziemię obu czerwonych. Pochyliłem się nad nimi; byli ogłuszeni.
— Haevens, to biały! — zabrzmiał głos jeńca. — Przychodzicie po mnie....
— Tak — przerwałem mu. — Pomówimy później;, teraz do dzieła! Precz z więzami!
Ukląkłem nad nim i dobyłem noża, kiedy za mną powstał szmer jakiś.
— Czy to wy, mr. Cutterze? — zapytałem, nie oglądając się, gdyż kto mógłby być inny?
— Uff, uff, uff, uff! — odpowiedziały mi zamiast niego dwa obce mi głosy.
Zerwałem się błyskawicznie i odwróciłem się. Dwaj Indyanie, ociekający wodą, stali i patrzyli na mnie, jak na widmo. Później powiedział mi Old Surehand, że straż luzowała się co dwie godziny i że luzujący przypływali na wyspę. Dlatego to pokazały się w tak niestosownej dla mnie chwili te ociekające wodą postacie, ażeby zastąpić ogłuszonych. Ale zdumienie moje trwało tylko przez chwilę. W następnej pochwyciłem jednego z czerwonych lewą ręką za gardło a prawą powaliłem go na ziemię. Potem chciałem chwycić drugiego, lecz nie zdołałem, gdyż z przeraźliwym krzykiem o pomoc wskoczył w wodę i, rycząc ciągle, popłynął ku obozowi.
Nie było czasu do stracenia. Poskoczyłem do Old Surehanda i przeciąłem mu więzy na rękach i nogach. Oprócz tego przywiązano go dwoma rzemieniami do wbitych w ziemię palików.
— Czy możecie się ruszać, sir? — spytałem go, skoro powstał. — Powiedzcie prędzej!
Widziałem tego człowieka po raz pierwszy, ale nie miałem czasu przypatrzyć mu się. Wyprostował swoje potężne członki, schylił się, ażeby zabrać nóż jednemu z ogłuszonych i odrzekł tak spokojnie, jak gdyby nie miał żadnego powodu do obawy o siebie.
— Mogę wszystko, co chcecie, sir.
— A pływać także?
— Tak. Dokąd?
— Wprost na drugą stronę; tam czekają na nas biali.
— To chodźcie! Już najwyższy czas. Za minutę będą czerwoni tutaj.
— Miał słuszność. Zaalarmowani Komancze podnieśli zgiełk iście piekielny. Nie mogliśmy ich zobaczyć, ale słyszeliśmy po plusku i bryzganiu wody, że rzucili się w jezioro i płynęli ku wyspie. Musieliśmy się oddalić. Ale gdzie był Old Wabble?
— Mr. Cutterze, mr. Cutterze! — ryknąłem głośniej niemal od Indyan. — Mr. Cutterze, czy jesteście tutaj?
Old Surehand skoczył na brzeg, aby spojrzeć ku obozowi. Zwrócił się do mnie i zapytał, ale nie spokojnie już, lecz z pośpiechem:
— Mr. Cutter? Macie na myśli Old Wabble’a?
— Tak. Przypłynął ze mną na wyspę, by was ocalić, ale go nigdzie nie widać.
— Czy tu jest więcej białych?
— Nie.
— To nie myślcie o nim! Ja znam starego; on ma swoje sposoby.
— Ależ on zgubiony!
— Nie myślcie, sir! Jego szatan nie zgładzi. On pewnie teraz bezpieczniejszy od nas. Zostawcie go i chodźcie. Wszyscy czerwoni w wodzie, a pierwsi prawie już tu. Naprzód, czemprędzej naprzód!
Pochwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.
Z brzegu zobaczyłem powód pośpiechu. Woda pomiędzy mną a obozowiskiem roiła się od głów czerwonych z pootwieranemi w ryku ustami. Płynący na przedzie miał jeszcze kilkanaście susów wykonać, by się dostać na wyspę. Nie mogłem już myśleć o Old Wabble’u, lecz o sobie i Old Surehandzie.
— Tak, do wody — odpowiedziałem. — Chodźcie za mną, jak możecie najszybciej!
Wskoczyliśmy i zaczęliśmy się posuwać w rzutach powolnych, lecz silnych, jak czyni dobry pływak, nie chcąc się rychło zmęczyć. Ryki Indyan zdwoiły się i stały się wprost okropne. Zobaczyli nas i starali się nas koniecznie doścignąć.
Nie obawiałem się o siebie; mnie byłby pewnie nikt nie doścignął, ale Old Surehanda! Taki westman, jak on, musiał pewnie doskonale pływać, ale osłabiła go niewola, a sam wiedziałem najlepiej, jak indyańskie więzy odbierają siłę rękom i nogom. Płynąc obok niego, obserwowałem go. Posuwał się naprzód z zimną krwią, zapomocą owych podwójnych ruchów, rozdzielających pracę równomiernie na ręce i nogi. To mnie uspokoiło na razie. Wkrótce jednak zauważyłem, że ruchy jego straciły pewność.
— Czy was to nuży, sir? — spytałem.
— Nie — odrzekł, — ale straciłem czucie w rękach i w nogach; ścierpły.
— To skutek więzów. Czy wytrzymacie do drugiego brzegu?
— Mam nadzieję. W zwykłych warunkach nie doścignąłby mnie żaden Indyanin, ale gdy się leżało z tak skrępowanymi członkami, że krew przestała krążyć, nie można twierdzić niczego.
Po jakimś czasie poczuł szarpanie w mięśniach u rąk. Znałem ten objaw, wysoce niebezpieczny dla człowieka, mającego pływaniem życie ratować, i wezwałem go:
— Połóżcie się na plecach i płyńcie tylko nogami; tak wypoczną wam ręce.
Posłuchał mojej rady, i szybkość nasza zmniejszyła się znacznie. Płynąłem także na plecach, ażeby widzieć ścigających. Płynęli za nami wszyscy jeszcze, ale w rozmaitych odstępach. Cała leżąca za nami część jeziora była tak pokryta płynącymi Indyanami, że chyba wszyscy Komancze musieli powskakiwać w wodę. W każdym razie niewielu z nich zostało na brzegu. Jeden z płynących był od nas oddalony o sto kroków. Old Surehand zobaczył go i powiedział:
— Musimy płynąć prędzej; to za powoli. Spróbuję znowu przodem.
Uczynił to, lecz przyznał mi się:
— Ręce mi całkiem ścierpną, sir. Płyńcie dalej, a mnie zostawcie!
— Zostawić Old Surehanda? Ani mi się śni! Połóżcie się na mnie wpoprzek; ja was poniosę.
— Jestem za ciężki.
— Nie dla mnie.
— Ale to pójdzie powolnie i czerwonoskórcy nas dościgną.
— Zaczekajmy! No, proszę!
Spełnił moje życzenie dopiero po kilkakrotnem powtórzeniu go. Nie był rzeczywiście lekki, ale szło jakoś. Mimo to zbliżał się do nas pierwszy Indyanin coraz to bardziej. Musiał się bawić dotychczas i posuwał się teraz naprzód z taką siłą, gibkoścą i wytrwałością, że widziałem, iż nas doścignie. Ale był też sam jeden, gdyż reszta zostawała coraz to dalej. W mroku wieczornym byłoby go trudno zobaczyć, gdyby po drugiej stronie nie paliły się obozowe ogniska. Światło ich nie dosięgało wprawdzie ani nas ani jego, ale tworzyło jasne punkty, które od czasu do czasu sobą zasłaniał. Musiał mieć oczy doskonałe, skoro nie stracił nas na tej szerokiej płaszczyźnie.
Kiedy mieliśmy za sobą ze trzy czwarte drogi, zbliżył się do nas na trzydzieści najwyżej kroków i wydał przeraźliwy okrzyk wojenny.
— Dopędza nas! — rzekł Old Surehand. — To ja jestem winien. Jesteście pływak, jakiego jeszcze nie widziałem, ale nieść na wodzie ciężar dwu cetnarów, to zatrzyma najsilniejszego olbrzyma.
— Pshąw! Woda unosi nas przecież także, a tego jednego czerwonego się nie boję.
— Ja także nie. Skoro się zbliży, będzie zgubiony; mam nóż, a w rękach wraca mi czucie.
— Zostawcie go mnie! Ja nie byłem skrępowany.
— Czy chcecie go zakłuć? Nie lubię przelewać krwi bez absolutnej potrzeby.
— Tak samo i ja. Uderzę go po głowie i zabiorę ze sobą na brzeg.
— Sir, tego tylko jeden myśliwiec dokaże, a nazywa się Old Shatterhand. Mam chyba także mięśnie i ścięgna, ale muszę kilka razy uderzyć, zanim ogłuszę.
— To nie tylko sama siła; jest przytem fortel. Czy możecie już płynąć?
— Tak, spuśćcie mnie. Prawdopodobnie pójdzie.
— Prawdopodobnie! I wy chcecie walczyć z tym Indyaninem! Na to może się tylko Old Surehand odważyć.
— Znacie dobrze moje nazwisko. Czy mogę się dowiedzieć o waszem?
— Zaraz wam pokażę, jak się nazywam. Spróbujcie tylko, czy możecie płynąć sami.
Próba się udała; ręce nie odmawiały mu już służby. Była to zaiste szczególna sytuacya. Dwaj biali płyną po jeziorze — gromada Indyan ściga ich — a oni rozmawiają ze sobą, jak gdyby w jakimś nowojorskim parlour kołysali się na krzesłach z biegunami. Ale też tylko westmanów stać na coś podobnego.
Podczas próby sił Old Surehanda nie posuwaliśmy się naprzód, a czerwony dopłynął do nas szybko i wydał ponowny okrzyk zwycięstwa.
— Pozostawcie go zatem mnie i przypatrujcie się, jeśli chcecie — poprosiłem towarzysza, poczem odwróciłem się.
Nieprzyjaciel poznał, że chcę mu dotrzymać placu, i zatrzymał się. Podnosząc wysoko rękę z nożem, zawołał:
— Tu jest wódz Komanczów, Wupa Umugi! Nóż jego pożre obu białych psów!
Aha, to on! Ucieszyłem się. Dotychczas nie mogłem rozpoznać jego rysów.
— A tu jest Old Shatterhand, o którym sądzisz, że ujść ci nie zdoła — odrzekłem. — Spróbuj, czy masz słuszność.
— Old Shatterhand, Old Shatterhand! — zawołali równocześnie Old Surehand i czerwony, poczem drugi z nich dodał:
— Skoro jesteś tym parszywym kujotem, to musisz zginąć w tej chwili.
Po tych słowach zanurzył się szybko. Czekała nas więc walka na życie i śmierć, nocą i we wodzie. Wódz chciał się przy mnie wynurzyć i pchnąć mnie nożem, ale ani mi przez myśl nie przeszło czekać na to. Zanurzyłem się także, lecz przypuszczalnie głębiej od i niego. Woda zatrzymuje, jak dyament, wessane za dnia światło, i dlatego dobry nurek widzi pod wodą tak samo dobrze, jeśli nie lepiej, aniżeli nad nią. Unosząc się w głębi pięciu może metrów, spojrzałem w górę. Tak, tam był wódz trochę obok nade mną. Wyprostował ręce do ruchu, mającego wyrzucić go na powierzchnię; zrobiłem to samo i wynurzyłem się z wody tuż za nim. Dostał pięścią po głowie, poczem pochwyciłem go za czuprynę, żeby nie poszedł na dno.
— Old Shatterhand, naprawdę Old Shatterhand! Oto zaraz i dowód! — zawołał Old Surehand.
— Tak, sir, nie przedstawiłem wam się całkiem salonowo i musicie mi to wybaczyć!
— Obie strony ten sam błąd popełniły — zaśmiał się. — Ale, sir, nie uwierzycie, jak mnie to cieszy...
— I tak dalej, i tak dalej! — wpadłem mu w słowo.
— O tem potem, może aż jutro rano! Teraz nie możemy myśleć o grzecznościach. Cieszyłoby mnie, gdyby wam przeszła już parestezya w rękach.
— Zdaje się, że jest.
— Spróbujcież przynajmniej. Ja muszę nieść czerwonoskórca. No, płyńmy dalej!
Poszło istotnie! Ruch rąk przy pływaniu nastąpił zbyt nagle po poprzedniem przymusowem położeniu tych członków. Teraz widocznie przeszło. Popłynęliśmy powoli, żeby się oszczędzał, ku lądowi i dostaliśmy się na brzeg. Tam związaliśmy wodza, któremu właśnie powróciła przytomność.
Przedsięwzięcie miało zatem przebieg szczęśliwy i nieszczęśliwy zarazem. Ocaliłem Old Surehanda a w dodatku wziąłem do niewoli wodza Komanczów, lecz utraciłem za to Old Wabble’a. Co się z nim stało? Old Surehand nie wierzył w jego śmierć i twierdził:
— Poznajcie panowie pierwej tego starego boya, moi panowie! To oryginał pierwszej próby i nie do zabicia w żaden sposób. Założę się, że siedzi gdzieś w bezpiecznem miejscu i śmieje się w kułak. Takiego hultaja trzeba studyować, zanim się go sprawiedliwie osądzi. On umie z największego nieszczęścia zrobić jeszcze większe szczęście, i nie dziwiłoby mnie to wcale, gdyby teraz nadszedł nagle i przyprowadził jeszcze jednego lub więcej jeńców.
— Jeśli sam nie jest w niewoli — wtrąciłem.
— W takim razie można mu dopomódz. Wymienimy go za wodza.
— Więc nie nastajecie na jego życie?
— Broń Boże! To nie moja metoda okazywać się mordercą. Co do mnie, nie zasłużył sobie na to, ale jeśli staremu Wabble’owi nic się nie stało, to puścimy wolno tego czerwonoskórca.
— Zupełnie zgadzam się, sir. Ale patrzcie no; tam widać głowy na wodzie.
— Tak było rzeczywiście. Większość Komanczów odstąpiła od pogoni, ale niektórzy ścigali nas w dalszym ciągu i nadpływali teraz właśnie. Odpędziliśmy ich okrzykami groźnymi i kilkoma strzałami. Następnie musiałem towarzyszom opowiedzieć, w jaki sposób dostaliśmy się na wyspę i potem we dwu przypłynęliśmy tutaj.
Nie dokończyłem był jeszcze tego opowiadania, kiedy doleciał nas szmer jakiś z zarośli. Zaczęliśmy nadsłuchiwać. Gałęzie szeleściły i trzeszczały, jak gdyby pod ciężarem wielkich zwierząt n. p. koni. Wkońcu zabrzmiał głos rozkazujący:
— Schyl się ładnie na konia, czerwonoskórcze, bo nos sobie rozbijesz, th’ is clear!
— Old Wabble! — rzekł Old Surehand. — Zobaczycie panowie, że dosłownie spełni moje proroctwo.
1 rzeczywiście wyszedł z zarośli, prowadząc za sobą konia, do którego był przywiązany Indyanin. Do tego konia przyczepione były jeszcze dwa obładowane jukami.
— Otóż jestem z powrotem — rzekł, śmiejąc się.
— Przyniosłem wam coś, co bardzo się nawet przyda. Ah, good evening, Old Surehand! Także już tu? Myślałem sobie, że przy tem nie byłem koniecznie potrzebny. Na uwolnienie wystarczył taki mąż, jak Old Shatterhand.
— Gdzież siedzieliście, mr. Cutterze? — spytałem. — Niepokoiliśmy się o was.
— Niepokoili? Chciałbym wiedzieć czemu, i coby mi się stać mogło. Ja sam troszczę się o siebie, a i o drugich, jak to zaraz zobaczycie.
— Nie przyszliście przecież na wyspę!
— Ani mi się śniło.
— Czemuż nie?
— Bo byłem wielki osioł, th’ is clear. Zdawało mi się, że umiem Bóg wie jak pływać i nurkować, ale wam nie mogłem nadążyć. Pływanie odbyłem jakoś szczęśliwie, choć tylko tam. Wracać tak samo i znów gubić spodnie, to nie dla mnie interes; a w dodatku nurkować! A jeśli się już nie wypłynie? Można przecież żywcem utonąć. Zostałem więc pod tratwą i zostawiłem rzeczy własnemu biegowi. Wtem zerwały się nagle ryki, że aż mój parowiec się zatrząsł, a czerwoni powskakiwali do wody. Ani jeden nie został na lądzie; nawet dozorcy koni puścili się za wami. Jeden z nich musiał zostać i tego postanowiłem sobie zabrać. Pożeglowałem więc ku lądowi, wylazłem z pod mego baldachimu, poskoczyłem ku czerwonemu i dałem mu takiego klapsa, że siadł, nie spytawszy mnie o pozwolenie. Związałem go jednym z rzemieni, na których wisiało mięso. Przyszło mi na myśl, że nam potrzeba żywności, jeśli... aha, nie chcę powiedzieć, dokąd się udamy. Pobiegłem więc na pastwisko i zabrałem dwa konie; jednego dla czerwonego boya, a dwa pod mięso. Siodła leżały obok. Musiałem się nieco śpieszyć, ażeby się uporać zawczasu, ale wszystko poszło tak, jak sobie tego życzyłem. Właśnie, kiedy pierwsi Indyanie nadpływali, nic nie wskórawszy, podyrdałem precz z boyem i z mięsem. Oto mnie macie! Co się stanie z mięsem, to mogę sobie łatwo wyobrazić, ale co zrobimy z boyem, nad tem niech sobie inni łamią głowy.
— Puścimy go jutro wolno — rzekł Old Surehand.
— Nic mam nic przeciwko temu. Skoro tutaj przyjechał, to niech pójdzie napowrót piechotą! Ale wódz jego! Jak on się wam dostał w ręce?
— Mr. Shatterhand go pochwycił.
— Czy może na wyspie?
— Nie, podczas pogoni na jeziorze.
— A zatem bitwa morska. Musicie mi potem opowiedzieć, jak to się odbyło. Czy tego także wypuścicie?
— Tak.
— Szkoda! On nadaje się lepiej do wiszenia, niż do chodzenia. Ale nie puśćcie go na wolność, zanim Indyanie nie wydadzą wam broni i wszystkiego, co wam zabrali. Nie byłem nigdy przyjacielem Indyan; oni wszyscy do niczego i uważają to za słabość, jeśli się dla nich jest pobłażliwym. Gdyby był razem ze swoimi stu pięćdziesięciu Indyanami utonął w jeziorze, to reszta ludzkości nie byłoby nic straciła; th’ is clear!




2. Na oazie.

Pomiędzy Texas, Arizoną, Nowym Meksykiem a terytoryum indyańskiem, albo, wyraziwszy to inaczej, pomiędzy odnogami gór Ozark, dolną a górną Sierra Guadelupe i górami Gualpa, leży otoczona wzgórzami, oddzielającemi górny bieg rzeki Pecos i źródła rzek Red River, Sabine, Trinidad, Brazos i Colorado, wielka, straszliwa połać kraju, którą możnaby nazwać „Saharą Stanów Zjednoczonych“.
Puste przestrzenie suchego rozżarzonego piasku ustępują miejsca rozpalonym pokładom skalnym, niezdolnym do wypełnienia najbardziej skąpych warunków choćby najkrótszej egzystencyi najnędzniejszej roślinności. Nagle, bez żadnego przejścia następuje zimna noc po dziennej spiekocie. Ani samotny dżebel[14], ani zielone wadi[15] nie przerywa, jak na Saharze, martwej, jednostanej pustyni, a cichy bir[16] nie wywabia nigdzie ożywczą wilgocią nawet najmniejszej oazy. Brak tu nawet zupełnie przejścia o charakterze stepowym od bogato zalesionych obszarów górskich do martwego, suchego morza piasku; śmierć z nieprzymkniętem okiem występuje wszędzie w najokropniejszej postaci. Tylko, tu i owdzie wzrok, szukający jakiegoś zielonego punktu, spotyka, jakby na urągowisko — wywołany, niewiadomo, jaką siłą — samotny skórowaty krzak meskitu. Z takiem samem zdumieniem spotyka się tam rodzaj dzikiego kaktusa, rosnącego samotnie, albo w grupach, albo pokrywającego wielkie płaszczyzny, przyczem niepodobna sobie wytłómaczyć zagadki jego bytu. Jednakowoż ani meskity, ani kaktusy nie przedstawiają przyjemnego, dobroczynnie działającego widoku. Barwa ich szarobrunatna a kształt nieładny. Gruby pył piaszczysty pokrywa je, a biada koniowi, na którym wjedzie między nie nieostrożny jeździec. Ostre, cienkie jak włos, a twarde jak stal kolce poranią mu nogi, tak, że już nigdy nie będzie dobrze chodził. Jeździec musi porzucić biedne zwierzę, a jeśli go nie zabije, wówczas spotka je nędzny los powolnej śmierci.
Pomimo wszelkich okropności tej pustyni odważył się ją człowiek przestąpić. Prowadzą przez nią drogi: w górę do Santa Fé i fortu Union, napoprzek do Pazo del Norte, i w dół, na zielone prerye i dobrze nawodnione lasy prowincyi Texas. Ale pod słowem „drogi“ nie należy rozumieć tego rodzaju drogowych budowli, które w krajach cywilizowanych noszą to miano. Czasem przejedzie temtędy samotny rastreador[17], towarzystwo zuchwałych śmiałków, albo dwuznaczny pułk Indyan, czasem w pustkowiu zaskrzypi także powolny, jak ślimak, szereg wozów, zaprzężonych wołami — ale tego, co nazywamy drogą, niema tutaj; niema nawet stałych kolei, wyjeżdżonych przez koła. Każdy jedzie tu swoją drogą, dopóki mu jeszcze grunt dostarcza jakich takich znaków, po których poznaje, czy jedzie we właściwym kierunku. Ale te znaki nikną czasem nawet dla oka najwprawniejszego. W takich miejscach oznaczają kierunek zapomocą palików, wbitych w ziemię w pewnych odstępach.
Mimo to domaga się pustynia ofiar dla siebie, które, uwzględniwszy rozmiary, są o wiele liczniejsze i okropniejsze od ofiar Sahary afrykańskiej i pustyni Szamo czy Gobi w Azyi środkowej. Szkielety ludzi, trupy zwierząt, szczątki siodeł i wozów i inne okropne resztki leżą tutaj na drodze i opowiadają historye, których wprawdzie ucho nie może usłyszeć, ale zato oko widzi tem wyraźniej, a wyobraźnia jeszcze lepiej uzupełnia. A ponad tem unoszą się w górze sępy, śledzące z zatrważającą wytrwałością wszelkie ruchy, jakie widać na dole, jak gdyby dobrze wiedziały, że nie może im ujść ich pewna zdobycz.
Jak się ta pustynia nazywa? Mieszkańcy sąsiednich terytoryów nadają jej rozmaite, bądźto angielskie, bądź francuskie, bądź hiszpańskie nazwy. Najdalej jednak znają ją z powodu wbitych w ziemie palików, oznaczających drogi, albo „Llano Estacado“ albo „Staked Plain“.
Tak mniej więcej pisałem w dawniejszym tomie[18], gdzie przedstawiałem okropność strasznego Llano Estacado. Mówiąc tam, że niema studni, któraby tam rodziła samotną oazę, nie wiedziałem podczas mojej ówczesnej podróży przez Staked Plains o wyjątku, który później poznałem. W pośrodku tej pustyni znajdowała się przecież oaza, a zarazem miejsce pobytu tej osoby, o której doniósł mi Winnetou na kartce, że Komancze mają na nią napaść — mianowicie Bloody Fox.
„Krwawy lis“. Samo nazwisko wskazuje już o niezwykłym trybie życia. Obecny jego właściciel należał do karawany wychodźców, którą w Llano Estacado napadła i wymordowała banda „stakemanów”. Pewien farmer, nazwiskiem Helmers, znalazł ograbione trupy i odkrył życie w chłopcu, w którego czaszce była wielka rana od cięcia. Opatrzył go i zabrał na swoją farmę, Helmers Home. Dziecko, pielęgnowane troskliwie, przetrzymało niebezpieczne uszkodzenie i wyzdrowiało, ale zapomniało wszystkiego, co się działo przed napadem, a zatem i swojego imienia. Ale jakieś imię mieć przecież musiało, a ponieważ znaleziono je zbroczone krwią, a później w gorączce wymawiało często słowo fox, przypuścił Helmers, że tak nazywał się jego ojciec, i postanowił nazwać go Bloody Fox.
Chłopak rozwijał się zarówno fizycznie jakoteż i duchowo doskonale, ale nie mógł nigdy zmusić pamięci swojej do cofnięcia się poza napad. Wiedział dokładnie, jak wyglądał człowiek, który zadał mu owo cięcie, umiał sobie uprzytomnić twarz jego, lecz poza tem nie wiedział nic, nawet tego, dlaczego tak często wymawiał słowo fox. Helmers cieszył się niezwykłym rozwojem swego wychowanka i tylko pod jednym względem nie był zeń zadowolony: nie mógł go nigdy przyzwyczaić do swego domu. Posiadłość jego leżała na północnym krańcu Llano Estacado, i zaledwie chłopiec nauczył się kierować koniem, zaczął włóczyć się konno po pustyni, zamiast starać się przydać się na coś na polach swego wychowawcy. Gdy Helmers rozgniewał się raz bardzo z tego powodu, odrzekł Blody Fox:
— Moich najbliższych wymordowały sępy z Llano Estacado, a ja przedsięwziąłem sobie wytępić ich do ostatniego. Do tego muszę tak poznać Llano Estacado, jak znam własną kieszeń. Jeśli mi nie wolno, to wolę nie żyć.
Powiedział to z taką determinacyą, że Helmers postanowił ustąpić a nawet wychować chłopca na człowieka, który byłby zdolny napełnić „sępy“ respektem. Toteż Bloody Fox wzrastał w zupełnej wolności; mógł wyjeżdżać i wracać, kiedy i jak zechciał. Wyrobił się przytem na tak śmiałego jeźdźca i znakomitego strzelca, że nawet Winnetou, poznawszy go później, nie mógł odmówić mu swojego podziwu. Helmers był z pochodzenia Niemcem, a rodzice jego musieli także być Niemcami, gdyż, chociaż wszystko poprzednie wypadło mu z pamięci, uczył się po angielsku nie łatwiej od innych dzieci, po niemiecku natomiast z taką łatwością, że należało przypuścić, iż mówił tym językiem poprzednio.
Gdyby się kto zapytał, co to znaczy „stakemani“ lub „sępy Llano Estacado“, to odpowiedź będzie następująca. Powiedziano już, że drogi przez pustynię stamtąd gdzie już niema znaków naturalnych, oznacza się palikami. Obok ludzi uczciwych, korzystających z tych dróg, są jeszcze inni, zbankrutowani moralnie, nienawidzący pracy indywidua podupadłe, zmuszone uciekać z zamieszkałego wschodu z obawy przed stycznością z katem, niesumienni łotrzykowie, nie mający nic do stracenia i nie oszczędzający cudzego życia, ponieważ ich własne niema dla nich żadnej wartości. Żyją oni wyłącznie z grabieży, a Llano Estacado jest dla nich, jeśli nie najbogatszym, to przynajmniej najpewniejszym terenem. Mają oni swoje kryjówki na krańcu pustyni i zaczajają się w pobliżu dróg na podróżnych, dążących poprzez Llano. Do nich przyłączają się, jako towarzysze albo przewodnicy, i wysyłają naprzód towarzyszy, ażeby zabierali lub fałszywie wbijali paliki. Stąd nazwa stakeman[19]. Kto potem idzie za tymi palikami, schodzi z właściwej drogi na własną zgubę i ginie nędznie z głodu i z pragnienia, jeśli go przedtem nie zamordują, a mienie jego przypada w udziale ludzkim, albo raczej nieludzkim „sępom Llana“. Stąd to trupy setek i tysięcy bielą się w żarze słonecznym i najgłębszej samotności, a nikt z blizkich nie wie, co się z tymi nieszczęśliwymi stało.
Ofiarą takiej bandy stakemanów padła także karawana, do której należał Bloody Fox. Okropna scena mordowania pozostała mu w pamięci i stąd pochodziło to gorące pragnienie wytępienia ich do ostatniego. Chociaż przedsięwzięcie to było śmiałe i trudne, posiadał Bloody Fox wszystkie konieczne do tego właściwości.
Z czasem przejechał Llano we wszystkich kierunkach, poznał każdą piędź pustyni, zaznajomił się ze wszystkiemi jej niebezpieczeństwami i, co nadzwyczaj nie ułatwiało mu zadanie, znalazł w samym środku pustkowia oazę z wodą. Było to warte więcej niż stu sprzymierzyńców.
Odkrycie tego miejsca zachował w tajemnicy. Nikt, nawet Helmers, któremu życie zawdzięczał, nie dowiedział się o tem. Z czasem zbudował sobie domek nad wodą i obsadził ściany jego pnącymi kwiatami. Chwytał dzikie mustangi i prowadził je tam pokryjomu, aby mieć zawsze świeże konie, gdy którego znużył już jazdą. To nadawało jego ruchom szybkość, jakiej nie byłby mógł inaczej rozwinąć. Dzięki temu mógł znajdawać się na jednym krańcu Llana a zaraz potem na drugim. Sprowadził do domku żywność i amunicyę. Do opieki jednak nad oazą i znajdującymi się tam końmi potrzebował kogoś, o kim mógłby mieć pewność, że nie zdradzi jego tajemnicy. Znalazła się stara murzynka, Sanna, która go bardzo kochała i zgodziła się na jego propozycyę. Mieszkała przez cały szereg lat w tej głębokiej samotności i nie pragnęła wyjść z domku; a za wierność spotkała ją nagroda, która jej starość oblała blaskiem słońca. Była ona mianowicie niewolnicą pewnego plantatora w Tennessee, który jedyne jej dziecko, chłopca, porwał od niej i sprzedał. Potem przeszachrowano i ją także, a rozmaite losy zapędziły ją aż do Staked Plains. Nie mogła nigdy zapomnieć swojego syna, Boba; myślała o nim dzień i noc i przysięgała, że nie umrze, dopóki go nie zobaczy. Wówczas to przybyliśmy na Llano i poznaliśmy Bloody Foxa. Z nami był westman, którego nieodłącznym towarzyszem był murzyn, jego dawny służący. Czarny nazywał się Bob, a ku naszemu radosnemu zdziwieniu i ku zachwytowi Sanny pokazało się, że on był właśnie owym sprzedanym chłopcem z Tennessee. Odtąd zostali razem, nie rozłączając się aż do śmierci.
Od chwili wprowadzenia Sanny do domku mógł Bloody Fox przystąpić do urzeczywistnienia swoich planów. Pokazywał się coraz to rzadziej u swego wychowawcy, a ilekroć doń przyszedł, miał mu stary zawsze coś nowego do opowiedzenia, a to coś odnosiło się zawsze do śmierci jakiegoś stakemana. To tu to ówdzie znajdowano zwłoki człowieka, przestrzelonego przez sam środek czoła, a po zbadaniu zawartości jego kieszeni znajdowano zawsze przedmioty, pochodzące z grabieży i dowodzące, że zabity należał do palikowców. Wypadki takie powtarzały się coraz to częściej, a dziura w czole uchodziła zawsze za niezbity dowód, że zastrzelonego należy uważać za ukaranego „sępa“. Ale kto był tym tajemniczym mścicielem? O tem nie wiedział nikt; nawet Helmers nie domyślał się tego.
Nic dziwnego, że niebawem powstały legendy o tym mścicielu. Byli ludzie, którzy mieli go widzieć przejeżdżającego w oddali z szybkością strzały, ale nigdy tak blizko, żeby go można było dokładnie rozpoznać. Dzisiaj widział go jakiś handlarz na południowym krańcu Llana, a w godzinę potem znalazł człowieka z przestrzelonem czołem. Nazajutrz usłyszał orszak podróżnych huk wystrzału na wschodnim krańcu pustyni; jakiś jeździec zniknął szybko, jak myśl, na widnokręgu — a kiedy przybyli na to miejsce, leżał tam jakiś rozciągnięty człowiek z dziurą w czole. Dzień potem powrócili ludzie Helmersa, którzy obozowali w Llanie i widzieli w świetle księżyca tego samego jeźdźca, jak wynurzył się z jednej strony, przecwałował obok nich i zniknął z drugiej. Wreszcie przyczepił się zabobon do tej niepojętej osobistości. Ten jeździec — to nie człowiek, lecz jakaś nadziemska istota, przelatująca z szybkością błyskawicy z jednego krańca Llana na drugi. Jak mógłby człowiek śmiertelny posiadać taką szybkość i z taką pewnością odróżniać zbója od uczciwego człowieka! „Przez Llano Estacado przelatuje duch jego“, opowiadam sobie, „avenging ghost[20] zabrał znów jednego stakemana“.
Uczciwi ludzie odetchnęli, a stakemani zaczęli się trzymać razem. Nie puszczali się już na pustynię w pojedynkę lub w małych oddziałach, lecz dokonywali swoich zbrodniczych przedsięwzięć w większych gromadach. Ale i to ich nie zabezpieczało. Obozowali we dwudziestu lub więcej — wtem padł jeden strzał, potem drugi — dwaj z nich padali ugodzeni w czoło, a z oddalenia dolatywał tętent odbiegającego konia.
O tym to czasie, jak wyżej wspomniałem, przybyłem z kilku westmanami do Helmersa, ażeby przejechać przez Estacado i po drugiej stronie spotkać się z Winnetou. Dowiedzieliśmy się tam, że przed nami znajduje się karawana wychodźców, która także chce przebyć pustynię. Kilku ludzi, których zastałem u Holmersa, wzbudziło we mnie podejrzenie. Po odejściu ich ruszyłem za nimi ich śladem i nabrałem przekonania, że wychodźców ma się wyprowadzić w pole. Skut, któremu się powierzyli, był palikowcem, a towarzysze jego czekali na swoje ofiary. Wyruszyliśmy oczywiście czem prędzej w drogę, aby zagrożonym przyjść z pomocą.
W tym samym czasie zetknął się czekający na mnie Winnetou z oddziałem Komanczów. Nie unikał ich wtedy, gdyż między nimi a Apaczami panował pokój. Od nich dowiedział się, że wyjechali na Llano naprzeciwko swego wodza, który miał przybyć przez pustynię, ale znalazł się w wielkiem niebezpieczeństwie, ponieważ zebrała się znaczna liczba stakemanów i ma zamiar wykonać jakiś napad. Były to te same „sępy“, których odkryłem. Ponieważ Winnetou wiedział, że stosownie do umowy znajduję się już także w pobliżu, więc postanowił nie czekać na mnie, lecz wyjechać naprzeciwko. Zaproponował więc Komanczom swoje towarzystwo, oni zaś przystali na to bardzo chętnie, bo mogło się to tylko przydać im i zagrożonemu wodzowi, że mieli z sobą takiego człowieka, jak Winnetou.
Z tego powodu puste zazwyczaj Estacado ożywiły teraz cztery oddziały, a trzy z nich posuwały się w jednym i tym samym kierunku. Wychodźców prowadził zdradziecki skut na południe do zamierzonej dla nich śmierci, tak samo na południe dążyli stakemani, a ja z towarzyszami za nimi, ażeby udaremnić ich napad. Od zachodu zbliżał się Winnetou z Komanczami, którzy, niestety, przybyli za późno, gdyż pokazało się, że „sępy“ zamordowały już ich wodza.
Ponieważ jechaliśmy na południe a Komancze na wschód, i czas zgadzał się tak dokładnie, jak gdybyśmy się umówili, musieliśmy się spotkać pod kątem prostym, i to niedaleko oazy, o której nie mieliśmy oczywiście pojęcia. Bloody Fox wiedział tak samo jak my o zamiarze stakemanów; pragnął tych obcych ocalić i jechał naprzeciwko nich od strony swojej pustynnej wyspy. Nieszczęściem natknął się nie na nas, lecz na sępy, które natychmiast puściły się za nim w pogoń. Dzięki rączości konia umknął im na północ, spotkał nas i przyłączył się do nas. Cwałowaliśmy przez trzy godziny, ale doścignęliśmy wychodźców dopiero, kiedy się ciemno zrobiło. Utworzyli z wozów czworobok i rozłożyli się w nim obozem. Woły nie mogły już iść dalej z pragnienia, a oni sami ginęli już napoły. Skut podziurawił im beczki z wodą i uciekł po naszem przybyciu.
Tymczasem dotarł Winnetou tak, że o tem nie wiedziałem, do tych samych okolic i dzięki niezrównanej bystrości odkrył stakemanów. Podszedł ich, nie mogących rozpalać ognisk i zbliżył się do nich w chwili, kiedy przybył tam zbiegły skut i opowiedział im, że połączyliśmy się z wychodźcami. Zamiast uważać to za przestrogę, ucieszyli się, że przez nas będą mieli większy łup i postanowili zaatakować nas o świcie. Winnetou, usłyszawszy to, wrócił do Komanczów i przyjechał z nimi do nas. Było to znowu jedno z jego arcydzieł. Jakżeż się ucieszyłem spotkaniem się z nim tutaj! Jego Komancze podwoili naszą liczbę, a on sam znaczył więcej od nich.
O świcie leżeliśmy ukryci za wozami. Stakemani nadeszli w liczbie trzydziestu pięciu. Występowali oni teraz zawsze tak licznie, a to ze strachu przed avenging ghostem. Nie przypuszczali, że o nich wiemy i sądzili, że będą mieli z nami łatwą sprawę. Pierwsza nasza salwa ugodziła w nich na odległość pięćdziesięciu kroków i wznieciła pośród nich poprostu panikę. Utworzył się chaotyczny kłąb ryczących ludzi. Zabici i ciężko ranni padli na ziemię i konie bez jeźdźców wzmogły zamieszanie, poczem chaos się rozwiał, a kto mógł się utrzymać na siodle, umykał w południowym kierunku. W jednej chwili byliśmy także na koniach i puściliśmy się za nimi. Pozabijano wszystkich. Ostatni z nich dotarł do okrywanej dotąd tajemnicą oazy Bloody Foxa; tam padł razem z koniem i skręcił sobie kark. Był to dowódca; tylko dlatego zdołał ujść tak daleko, że miał najszybszego konia. Poznaliśmy w nim osławionego zbrodniarza, znanego daleko i szeroko pod nazwą Stealing Fox. I o dziwo! Bloody Fox oświadczył nam w najwyższem rozdrażnieniu, że to z pewnością ten człowiek, który ongiś zrobił mu ranę w głowie. Pod tym względem niema wątpliwości — twarzy tej bowiem nie mógł nigdy zapomnieć. Człowiek ten nazywał siebie Fox, choć nie Stealing Fox, i był ich dowódcą. Teraz oczywiście łatwo było zrozumieć, czemu chłopak w swoich gorączkowych majaczeniach wymawiał tak często słowo „fox“.
O ile cudownem niemal wydało się nam, że Bloody Fox tak niespodzianie znalazł mordercę swoich rodziców, o tyle dziwnem było stwierdzenie, że nasz Murzyn Bob był synem starej Sanny. A kiedy potem znaleźliśmy czas na obejrzenie miejscowości, wydała nam się ona trzecim i największym cudem. Było wprawdzie kilku starych Indyan i myśliwców, którzy utrzymywali, że w samym środku najgłuchszej pustyni znajduje się woda, nad którą rosną najwspanialsze drzewa i kwiaty — ale nikt nie dawał temu wiary. Ja sam także o tem słyszałem, ale zawsze wątpiłem.
Oczywiście, że gdy pomyślałem o Saharze i o tem, że pod jej piaszczystym lub skalistym gruntem znajduje się wody podostatkiem — nie wydawała mi się i ta oaza w Llano Estacado tak niewytłumaczonem zjawiskiem. Pustynię dzieli łańcuch gór od Rio Pecos. Góry te często stanowią jeden łańcuch, czasem jednak rozgałęziają się, obejmując łańcuchami długie doliny, poprzecinane wązkimi poprzecznymi przesmykami. Ich wyjścia otwierają się na Llano. Z tych wzgórz spływają do przesmyków rozmaite wody, które umożliwiają egzystencyę krzaków a nawet drzew. Te zielone miejsca wysuwają się, jak półwyspy roślinności, na piaszczyste morze Estacado i tworzą między sobą zatoki, gdzie mogą znaleść pokarm trawy i zioła. Rzeczki nie wysychają, tylko wsiąkają, skoro dotkną piasku. Woda wnika w rozluźniony grunt i musi się gdzieś gromadzić, gdzie znajdzie stałą, nieprzenikliwą podstawę. Nie można też sobie Llana Estacada wyobrażać jako ściśle poziomej równiny, lecz jako wklęsłość, a na najgłębszem jej miejscu musi się ta woda pokazać, i to jasna i czysta, bo przefiltrowana przez piasek.
Tak długo dochowywana tajemnica padła niestety ofiarą naszego odkrycia. Bloody Foxowi nie było to widocznie przyjemne, ale poddał się nieuniknionej konieczności i odebrał tylko później przyrzeczenie, że na razie będziemy o tem milczeli. Należało się spodziewać, że na długi czas nie będzie miał powodu grać roli „ducha-mściciela“. Zrobiliśmy porządek ze stakemanami, a jeżeli znaleźli się jeszcze tu i ówdzie odosobnieni, to musieli się dowiedzieć o losie owych trzydziestu pięciu „sępów“ i wzięli to za przestrogę dla siebie. Wychodźców zabrano do oazy, gdzie zabawili kilka dni i skąd potem, pokrzepieni na ciele, ruszyli w dalszą drogę. Odprowadziliśmy ich aż nad Pecos. Udali się do Arizony, gdzie mogli wprawdzie opowiadać o oazie, lecz albo im nie uwierzono, albo, jeśli uwierzono, to nie miano sposobności tego wykorzystać. My, biali, mieliśmy daleko więcej sposobności odwiedzać Llano; postanowiliśmy jednak milczeć wobec każdego o zielonej wyspie Foxa w pustyni.
Co innego Komancze, którzy, niestety, znali już także tajemnicę. Musieli oni także przyrzec, że nie będą o tem mówili, ale byliśmy pewni, że słowa nie dotrzymają. To miejsce nie było dla ich szczepu bez wartości.
Gdyby stamtąd, gdzie znajdowaliśmy się, pomyśleć sobie prostą linię na zachód, natrafiłaby ona po drugiej stronie rzeki na terytoryum, będące najniebezpieczniejszym kątem dalekiego Zachodu; tam to bowiem stykały się posiadłości Komanczów i Apaczów. Kto zna stosunki, ten wie, że dopóki oba te szczepy będą istniały, nie zapanuje między nimi nigdy trwały pokój. Wzajemne rozgoryczenie wpaja się już w dzieci, a jeśli kiedy zakopie się między nimi tomahawk wojenny, to wystarcza najdrobniejszy powód, ażeby go znów wykopać. Takie powody zdarzały się codziennie, gdyż terytorya nietylko stykały się ze sobą, lecz w wielu miejscach wchodziły w siebie wzajemnie, granice zaś nie były oznaczone dokładnie. Zarzut naruszenia granicy był zatem bardzo łatwy, pominąwszy już sto innych powodów, jeśli sobie któraś strona walki życzyła. To też westmani nazywali owe strony the shears[21], a wyrażenie to miało wielkie znaczenie. Ruchome linie graniczne otwierały się lub zamykały, jak nożyce, a kto się między nie dostał, zwłaszcza jeżeli to był biały, mógł mówić o szczęściu, jeżeli udało mu się wyjść bez szwanku.
Częste walki między tymi dwoma szczepami, wybuchające w tych „shear“, przenosiły się potem poza Pecos, a pokonanych spędzano zwykle na Llano. Posiadanie takiego punktu na pustyni, gdzie można się było zebrać i przyjść do siebie, gdy tymczasem nieprzyjaciel sądził, że zginęło się z głodu i z pragnienia — było nieocenione. Takim punktem była ta oaza — a Komancze poznali ją teraz. Czy, wróciwszy do domu, będą o tem milczeli? Nie spodziewałem się tego i zwróciłem uwagę Bloody Foxa na niebezpieczeństwo, wynikające z tego. Wziął tę sprawę równie poważnie, jak ja, i rzekł:
— Macie słuszność, sir. Dochowywałem tak długo mojej tajemnicy, a teraz ją nagle odkryto. Sam jestem temu winien.
— Jakto?
— Powinien byłem opisać wam wczoraj te strony, a wam byłoby łatwo tak się urządzić, żeby stakemani nie mogli tędy uciekać.
— To rzeczywiście słuszne.
— W takim razie tylko wy bylibyście o tem wiedzieli i nie zdradzilibyście przed nikim. Tak jednak mogę się spodziewać odwiedzin z trzech stron.
— Sądzę, że tyko ze strony Komanczów..
— I Apaczów.
— Nie. Tylko jeden Apacz wie o tem a mianowicie Winnetou.
— Czy sądzicie, że nic w domu nie powie?
— Z pewnością, jeśli poprosicie go o to.
— Poproszę go, ale biali!
— Ci także nic nie zdradzą; to bez wyjątku sami powściągliwi ludzie.
— Przyznaję, że drugim nie powiedzą, ale zapamiętają sobie może odosobnione home i odwiedzą mnie wkrótce.
— A na tem wam nic nie zależy?
— Nie.
— Hm, to niezbyt uprzejme.
— Inaczej to rozumiem. Owszem, niechby sobie przychodzili, ale gdy to uczynią, oaza będzie odkryta. Ich albo ich ślady zobaczą drudzy i pójdą potem za nimi. Czy nie tak, sir?
— Zapewne. Poprosimy ich zatem, żeby nietylko milczeli, lecz nie przychodzili już tutaj.
— To byłoby za ostro. Może się kiedyś później ktoś z nich znaleść na Llanie, wpaść w niebezpieczeństwo, i musiałby zginąć z pragnienia, gdyby mu nie było wolno przyjść tu do wody. Taki wypadek musi stanowić wyjątek. Czy omówicie to z nimi, mr. Shatterhandzie?
— Chętnie.
— Ale stały wyjątek robię dla was i dla Winnetou. Przychodźcie do mnie jak najczęściej. Wy uczynicie to w taki sposób, że nikt was wytropić nie zdoła i nie odkryje mojej chatki. Co do was dwu jestem tego pewny.
— Dobrze, spełnimy wasze życzenie, ale co zrobicie dla zabezpieczenia się przeciw odwiedzinom Komanczów i dla obrony przed nimi?
— Nic. Czyż mam z mego domku zrobić fortecę?
— To niepodobna.
— Albo zebrać tylu ludzi, żeby można odeprzeć każdy napad?
— To także niemożliwe.
— Więc nie pozostaje mi nic innego, jak zostawić warunki takimi, jakie są. Jedyną zmianą będzie to, że Bob zostanie tutaj z matką. Będę zatem miał tutaj pomocnika i o ile mnie nie będzie w domu, ona nie będzie sama. Czy sądzicie, że mogę go zatrzymać?
— Radze wam nawet. To wierny, niegłupi i dzielny człowiek. Był z nami u Siuksów, a chociaż jego pierwszego debiutu nie można uważać za świetny, oddał nam przecież niemałe przysługi. Ja jestem także za tem, żebyście nie zaprowadzali tutaj żadnych zmian. Radzę wam tylko trochę czujności ze względu na Komanczów i nic ponadto. Może ci czerwonoskórcy nie sądzą tak, jak my, że stakemani dostali tęgą nauczkę i nic już nie przedsięwezmą, może będą się bali zapuszczać bez konieczności wojennej aż tutaj?
— Ja też tak myślę i to mnie uspokaja. Mam nadzieję, że się nie zawiedziemy.
Zdawało się, że słuszność tej myśli się potwierdza. Z biegiem czasu byłem kilkakrotnie w oazie i dowiedziałem się, że Komancze nie napastowali Bloody Foxa. Z białych także nikt nie odwiedził go od tego czasu, więc zdawało się, że odkrycie tajemnicy nie równało się jej odsłonięciu. Co się tyczy „sępów“ z Llano Estacado, to stało się tak, jak przewidywaliśmy. Przez długi czas nie było o nich nic słychać, a później nastąpiło kilka grabieży, których bohaterem był jeden człowiek — ale Bloody Fox wyszukał go i ukarał w znany już sposób. Że to on był owym awengig ghostem, tego widocznie nie wiedział nikt prócz ówczesnych świadków, oni zaś dochowali tajemnicy. Niejednokrotnie przysłuchiwałem się najfantastyczniejszym opowiadaniom na ten temat, ale nie słyszałem nigdy wzmianki o tem, do czyjej osoby odnosi się właściwie to podanie o duchu.
Kiedy poznałem Bloody Foxa, był jeszcze młodzieńcem, można więc sobie wyobrazić bogactwo jego uzdolnienia, skoro w tym wieku posiadał zalety i zdolności, zdumiewające nawet takiego Winnetou. Co mogło i musiało się z niego zrobić, jeśliby się dalej rozwijał w ten sposób!
Upłynęło kilka lat, podczas których nie byłem w Ameryce. Następnie spotkałem się z Winnetou w Black-Hills i dowiedziałem się od niego, że Bloody Fox ma się dobrze i że nie miał dotychczas odwiedzin Komanczów. Rozstaliśmy się nad Couteau, aby po czterech miesiącach spotkać się na południu, w Sierra Madre. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie musiała na mnie wywrzeć znaleziona tam kartka Apacza z doniesieniem, że musi ostrzedz Bloody Foxa, bo Komancze mają zamiar napaść na niego.
Przez czas tak długi nie przyszło im na myśl udawać się na oazę; jakiż powód mogli mieć teraz do zrobienia tego i to we wrogich zamiarach? Czy plan czegoś podobnego wyszedł od nich — czy też Bloody Fox ściągnął czem na siebie ich zemstę? Na nic nie przydały się teraz takie pytania; odpowiedź na nie musiała przyjść sama.
Ważniejsze było, czy Winnetou pojechał wprost do oazy, czy też nie. Napisał mi, że chce ostrzedz — a gdyby szło tylko o ostrzeżenie, należało przypuścić, że udał się drogą najprostszą. O ile jednak znałem Apacza, nie mógł się zadowolnić samem ostrzeżeniem, lecz połączył je, o ile możności, zaraz z ocaleniem, a to mogło polegać tylko na tem, że przybyłby Foxowi na pomoc z dostateczną liczbą Apaczów. Co więc z dwojga uczynił? Chociaż pytanie to wydaje się trudnem, łatwo na nie odpowiedzieć. Chodziło poprostu o czas. Jeśli był krótki, to Winnetou pojechał prosto do Foxa, jeśli go zaś było dość, aby pomoc sprowadzić, to pojechał do obozu swojego szczepu, aby ściągnąć odpowiednią ilość wojowników.
Jakim sposobem jednak mógł Winnetou dowiedzieć się, czy miał czas, czy też nie? Całkiem poprostu tak, jak ja. Mogło to ujść stu innym — ale on, nieporównany mistrz w tropieniu, nie mógł nie zauważyć Komanczów, których znaleźliśmy nad Błękitną Wodą. Jeśli nawet nie udało mu się ich podsłuchać i dowiedzieć się, że czekali jeszcze na nadejście dalszych stu ludzi pod wodzą Nale-Masjuwa, to ze zrozumiałych dlań poszlak poznał pewnie, że im pilno nie było. Prawdopodobnie zatem udał się najpierw do swego szczepu.
Może i to nie było potrzebne, może znalazł posłańca, którego pchnął do nich? Apacze musieli się dowiedzieć, że Komancze wykopali topór wojenny, i dla własnego bezpieczeństwa wysłali pewnie ludzi, aby zasięgnąć języka. Jeśli Winnetou spotkał się z takim szpiegiem, co nie leżało w zakresie niepodobieństwa, posłał go pewnie do domu; a sam dalej pojechał, gdyż tylko on znał oazę.
Domysły moje szły nawet jeszcze dalej. Znałem mego Winnetou i wiedziałem, jak zwykł postępować. Znał dzień mego przybycia do Sierra Madre i wiedział, że znalazłszy jego kartkę, zastosuję się do niej natychmiast. Znałem drogę tak dobrze, jak on — więc nie trudno mu było oznaczyć, gdzie i o jakiem czasie mogłem się znajdować. Jeśli sam udał się zaraz na Llano Estacado, to musiał się postarać o godnego zaufania przewodnika dla swoich wojowników, a przewodnikiem takim mogłem być tylko ja. W takim razie musiałem z pewnością spotkać po drodze Apacza, któremu polecono zaczekać na mnie i dać mi wskazówki. Pokaże się niebawem, jak słusznie oceniłem Winnetou.
Ale nie uprzedzajmy wypadków. Obozowaliśmy jeszcze nad Saskuan-Kui i czekaliśmy nadejścia dnia, ażeby się ułożyć z Komanczami. Old Surehand miał otrzymać z powrotem wszystko, co mu zabrano — głównie broń — a za to mieliśmy puścić wolno ich wodza, Wupa Umugi.
Byliśmy na tyle przezorni, że nie pozostaliśmy na brzegu, gdzie nieprzyjaciele o nas wiedzieli i gdzie pod osłoną zarośli mogli na nas napaść z łatwością, lecz udaliśmy się trochę dalej na preryę, ponieważ tam nie można było nas podejść. Wyznaczyliśmy straże, a kto chciał, mógł sobie spać. Ani mi przez myśl nie przeszło czuwać do rana, bo nie wiedziałem, jakie trudy czekały nas nazajutrz. Cieszyłem się nadzieją widoku Old Surehanda przy świetle dziennem, gdyż teraz było zbyt ciemno na to, by mu się dobrze przypatrzyć. Później przyznał mi się, że był równie ciekawy co do mnie. Mielibyśmy wiele, bardzo wiele do pomówienia ze sobą, ale obaj nie byliśmy ludźmi zbyt rozmownymi i chciało nam się spać. O jednem przecie musiałem się teraz dowiedzieć — więc, gdy rozciągnął się obok mnie do spoczynku, powiedziałem:
— Pozwólcie mi na jedno pytanie, sir, zanim oczy zamkniecie. Czy wasz przyjazd w te strony wynikał z jakiego określonego planu?
— Tak. Zdążałem do Meskalerów, aby tam spotkać się z Winnetou a przy jego pomocy poznać się także i z wami. To wstyd doprawdy być tak długo westmanem i nie widzieć Winnetou ani Old Shatterhanda.
— My was także nie znamy, a to zupełnie to samo. Ale słyszeliśmy o was dużo, sir. Druga część naszego życzenia, t. j. żeby mnie widzieć, spełniła się rychlej, niż przypuszczaliście, a pierwsza może się spełnić bez jazdy do Meskalerów. Jestem na drodze do odszukania Winnetou całkiem gdzieindziej.
— Gdzie, sir, gdzie on teraz?
— Na Llano Estacado.
— Do stu piorunów, to wspaniale! Z nim i z wami na niebezpiecznem Estacado! Czy weźmiecie mnie z sobą, sir?
— Oczywiście, bardzo chętnie. Wy i wasza pomoc bardzo nam się przydadzą. Rano opowiem wam, dlaczego — a teraz musimy spać, by zebrać siły. Powiem wam tylko, że idzie o taniec z Komanczami.
— Z tymi tu, czy z innymi?
— Z tymi i z innymi, którzy jeszcze przyłączą się do nich. Wszak słyszeliście, o czem mówili. Czy nie powiedzieli czego o celu swej obecnej wyprawy?
— Tak, ale z taka ostrożnością i cicho, że nic nie mogłem zrozumieć. Weźcie mnie z sobą, sir, weźcie mnie ze sobą! Cieszę się tem, jak dziecko, że mogę skwitować się z nimi za zaskoczenie mnie, jak greenhorna. Co wy sobie o mnie pomyślicie! Przez całe lata życzyłem sobie was poznać i przyłączyć się do was w jakiś sposób, a teraz, kiedy moje życzenie się spełnia, to dzieje się to tak, że muszę się poprostu wstydzić. Th’ is clear, jak mówi Old Wabble!
— O wstydzie niema mowy. Mnie nieraz pochwycono, a Winnetou także. Cieszy mnie to nadzwyczajnie, że mogłem wam wyświadczyć mała przysługę.
— I beg, sir! Mała ona wcale nie była. Chciałbym wobec tego wiedzieć, co nazwalibyście wielką. Dałbym za to wiele, bardzo wiele, żeby się było stało odwrotnie, czyli, żebym ja wam ją wyświadczył. Ale mam nadzieję, że wam się kiedyś czemś podobnem odwdzięczę.
— Uważam to za spełnione i wolę się wyrzec pasyi siedzenia w niewoli u Komanczów. A teraz śpijmy. Good night, sir!
— Good night, mr. Shatterhandzie! Będzie mi się prawdopodobnie lepiej spało, aniżeli tam na wyspie, którą miałem opuścić tylko po to, żeby pójść na śmierć męczeńską.
Noc była chłodna, a moje ubranie mokre, mimo to jednak spałem twardo aż do czwartej godziny, kiedy zbudzono mnie na ostatnią wartę. Kiedy miała się już ku końcowi, zaczęło szarzeć, a niebawem miałem dość światła do przypatrzenia się memu nowemu znajomemu.
Leżał teraz przede mną i spał spokojnie, prawdziwy olbrzym z postaci. Potężne jego ciało odziane było całe w skórę, ale tak, że ogorzała od słońca pierś była odkryta. Jego długie, brunatne, miękkie jak jedwab włosy dosięgały mu, jak welon, aż do pasa, a w twarzy, chociaż we śnie znika z niej zwykle życie duchowe, widać było wyraz owej energii, bez której niepodobna sobie wyobrazić dobrego westmana. Przedstawiałem go sobie zupełnie tak, jak widziałem go teraz, leżącego przed sobą, oczywiście dlatego, że mi go tak opisywano. Nie należy sobie jednak każdego znanego westmana tak wyobrażać. Kto tak czyni — a zdarza się to bardzo często — ten doznaje potem na widok człowieka, o którego się rozchodzi, wielkiego rozczarowania. Widziałem tylko dwu sławnych westmanów, Old Tirehanda i Old Surehanda. Niejeden doświadczył tego pewnie, że fizyczni goliaci mają często iście dziecięce usposobienie i że brak im żądzy i zdolności do walki, gdy tymczasem słabiej zbudowani ludzie wolą się dać rozszarpać, aniżeli zmusić do ucieczki. Oczywiście, nie jest to regułą. Życie na dzikim Zachodzie nie sprzyja wykształceniu się pełnych form, ale stwarza mięśnie i ścięgna, jak stal.
Nadszedł czas obudzić śpiącego. Uczyniłem to, a gdy Old Surehand się podniósł, mogłem dopiero zobaczyć, w jakiej harmonii były ze sobą poszczególne części i członki jego ciała.
— Good morning, sir! — pozdrowił, obrzucając badawczem spojrzeniem moją postać, poczem wrócił do twarzy. — Nareszcie, nareszcie spełnia się moje życzenie zobaczenia was, gdyż tego, co było wczoraj wieczorem, nie można nazwać widzeniem. Oto moja ręka na dzień dobry i podziękowanie jeszcze raz za to, co wczoraj uczyniliście i na co odważyliście się dla mnie. Uściśniecie ją, mr. Shatterhandzie?
— Chętnie — i ja także cieszę się szczerze, że was nareszcie poznaję. Jeśli chcecie, to trzymajmy się wiernie razem; oto moje życzenie.
— Well, niech tak będzie. Przynajmniej co do mnie, to będę się starał, żeby nie zaszło nic takiego, coby nas rozdzieliło.
Naciągnął się, wyprostował, zbadał stawy w rękach i nogach, i mówił dalej:
— Spałem dobrze, a skutki więzów zniknęły już zupełnie. Co teraz poczniemy?
— Zawezwiemy wodza, by mu powiedzieć, czego odeń żądamy, a potem wyślemy pojmanego Indyanina do obozu.
— A zanim wróci, podjemy sobie tego na śniadanie — wtrącił Old Wabble. — Nacóż sprowadziłbym tyle mięsa? Kto ma jeść, niech je, th’ is clear. A może ktoś ma coś przeciwko temu?
Nikomu ani przez myśl nie przeszło sprzeciwiać się temu argumentowi. Old Surehand poprosił mnie, żebym prowadził rokowania z Wupą Umugi. Ponieważ jednak chodziło tutaj o niego, sądziłem, że powinien sam podyktować wodzowi swoje warunki. Old Surehand zrobił to, a Wupa Umugi nie ociągał się ze zgodą, widząc, że może wyjść ze sprawy dogodniej. Potem rozkrępowaliśmy Komancza, pochwyconego wczoraj przez Old Wabble’a. Po otrzymaniu od wodza odpowiednich rozkazów poszedł Indyanin, by je wypełnić. Następnie nadszedł czas zjedzenia śniadania.
W dwie godziny mniej więcej zobaczyliśmy posła, wracającego z kilku czerwonymi. Prowadzili konia Old Surehanda, przynieśli jego broń i inne przedmioty — nawet kapelusz z szerokiemi kresami, który był został na wyspie. Gdy oświadczył, że nic nie brakuje, wypuściliśmy im wodza. Właściwie chcieliśmy na nim wymódz przyrzeczenie, że nadal dochowa pokoju, ale wiedząc, że nie dotrzyma słowa i że to żądanie przedłużyłoby bardzo układy, wyrzekliśmy się tego. Gdy zdjęliśmy z niego więzy, oddalił się na kilka kroków, lecz potem odwrócił się i powiedział do mnie:
— Blade twarze zawarły z nami pokój; pytam, jak długo ma to trwać?
— Jak długo zechcesz — odrzekłem mu. — To zależy całkiem od waszego upodobania.
— Czemu Old Shatterhand nie mówi wyraźniej? Czemu nie powie oznaczonego czasu?
— Bo nie mogę tego uczynić. Nie jesteśmy wrogo usposobieni dla czerwonych mężów i chcielibyśmy zawsze być z nimi w przyjaźni, lecz wiemy, że oni nie myślą tak samo, jak my, i musimy im to zostawić. Dopóki dochowają pokoju z nami, będzie i u nas także topór wojenny zakopany.
— Uff! Jak długo pozostaną biali mężowie w tych stronach?
— Wyruszymy natychmiast.
— Dokąd?
— Zapytaj wiatru, dokąd wieje! Wieje to tu, to tam. Tak samo jest z myśliwcem Zachodu, który nigdy nie może powiedzieć, gdzie znajdzie się jutro.
— Old Shatterhand omija moje pytanie.
— Odpowiedź moja taka sama, jaką byłaby twoja, gdybym ciebie o to zapytał.
— Nie, gdyż powiedziałbym ci prawdę.
— No, to spróbujmy. Jak długo pozostaną czerwoni wojownicy tutaj, nad tą Błękitną Wodą?
— Jeszcze przez kilka dni. Przybyliśmy tu ryby łowić, a skoro to zrobimy, odejdziemy.
— Dokąd potem pojedziecie?
— Do domu, do naszych żon i dzieci.
— Czy twierdzisz, że to jest prawda?
— Tak.
— Bądź więc rozumnym i postąp wedle słów twoich. Każde kłamstwo podobne do łupki orzecha, której rdzeń tworzy kara. Powiedziałeś, że nie boisz się Old Shatterhanda; nie masz też powodu obawiać się go, chyba, że zmusisz go do rachunków ze sobą. Powiedziałem. Howgh!
Zrobił dumnie odpychający ruch ręką i odszedł, a jego ludzie za nim. Towarzysze chcieli mówić o jego zachowaniu się i jego słowach, ale przerwałem im:
— Moi panowie, milczmy o tem na razie. Możemy później pomówić; teraz musimy ruszać w drogę.
— Czy nam tak pilno, sir? — zapytał Parker.
— Tak.
— Mnie się nie zdaje. Daliśmy czerwonym porządną nauczkę i będą chyba unikali dania nam sposobności do nowej.
— W tem brzmi wielka ufność, mr. Parkerze, ale rozważcie dobrze, że nas dwunastu, a mamy przeciwko sobie stu pięćdziesięciu tych czerwonych.
— To słuszne, ale... Old Shatterhand, Old Surehand i Old Wabble, że wymienię tylko te nazwiska; nie wspominając już o mnie i o drugich. Komancze nie poważą się nas niepokoić.
— Przeciwnie, sądzę, że pragną zemsty. Boją się naszych nazwisk, ale wiedzą tak dobrze, jak my, że w razie napadu będzie ich po dwunastu na każdego z nas. Pochwyciwszy Old Surehanda, mieli znakomitą zdobycz, którą odebraliśmy im napowrót. Będą wściekli z tego powodu i postarają się, żeby nie tylko jego, lecz i nas dostać w swe ręce. Jeśli napadną na nas tu, na otwartej sawannie, to nie będziemy mieli osłony; bronilibyśmy się wprawdzie i położylibyśmy trupem znaczną ich ilość, ale wkońcu musielibyśmy uledz. Nie, ruszajmy!
— To nam także nic nie pomoże, bo jeśli rzeczywiście mają zamiar nas pojmać, to podążą za nami, skoro odjedziemy.
— W takim razie będziemy mogli wybrać sobie lepsze miejsce na ich spotkanie, aniżeli to. Pójdą za nami w każdym razie, już aby się dowiedzieć, dokąd jedziemy, lecz zbyt daleko nie zapuszczą się, bo idą na Llano.
Old Surehand i Old Wabble przyznali mi słuszność, a Joz Hawley miał dla mnie zbyt wiele serca, ażeby okazać to, co myśli, gdyby był innego zdania — a reszta? Reszta wcale nie gniewała się na to, że mamy się wynieść z niebezpiecznego sąsiedztwa Komanczów. Co więcej, zgodzili się z tem tak prędko, że moje zdanie o nich potwierdziło się tylko. Byli to ludzie całkiem zwyczajni, którzy tylko razem wzięci mogli mi się na coś przydać. Jeśli byli przy mnie, miałem do dyspozycyi kilka strzelb, ale zarazem i kłopot z tyloma ludźmi, a przy tem nie miałem swobody ruchów. Pojedynczo nie mogłem ich użyć do niczego; byli na to zbyt niesamoistni i niedoświadczeni. Tak, jak teraz rzeczy stały, wolałbym był nie mieć ich wcale przy sobie. Dodać należy także tę okoliczność, że oaza na Llanie miała być tajemnicą; biali, znający ją, nie zdradzili jej dotychczas; czy wypadało wtajemniczać w nią moich obecnych towarzyszy? Nie wierzyłem w ich zdolność do milczenia; ale czy mogłem oddalić ich wprost od siebie? Toby ich dotknęło. Musiałem się postarać o to, żeby sami wpadli na myśl rozłączenia się ze mną. Zdawało się to niezbyt trudnem wobec tego, że nie posiadali szczególnej odwagi i przedsiębiorczości.
Pojechaliśmy więc zaopatrzeni obficie w zapasy mięsiwa. Ja trzymałem się z Old Surehandem na przedzie, a nikt nie spytał mnie, dokąd się zwrócić zamyślam. Oczywiście, że obrałem kierunek ku brodowi, a gdy przybyliśmy tam, wparłem konia w wodę, a drudzy poszli w ślad za mną. Na drugim brzegu zeskoczyłem z konia, przywiązałem go do drzewa i usiadłem na ziemi. Old Surehand i Old Wabble poszli natychmiast za moim przykładem, ale Parker razem z innymi został na siodle i zapytał:
— Zsiadacie, sir? To wygląda zupełnie tak, jak gdybyście zamyślali zabawić tu przez czas dłuższy.
Nie odpowiedziałem, gdyż Old Wabble objął za mnie wyjaśnienie.
— Zaiste, mr. Parkerze, zostajemy tutaj. Czy dziwicie się może temu?
— Naturalnie.
— Więc nie możecie chyba pojąć, dlaczego pojechaliśmy znowu na zachód zamiast na wschód, i dokąd właściwie dążymy?
— Cóż za pytanie! Uważacie mnie widocznie za bardzo głupiego. Czerwoni nie śmią wiedzieć, że chcemy udać się na wschód, gdyż znamy ich plany wojenne, musimy zatem jechać w przeciwnym kierunku. Ale to dla mnie zagadką, dlaczego zatrzymujemy się tutaj a nawet rozsiadamy się wygodnie.
— Już niejedno było dla was zagadką i niejedno później jeszcze będzie! Z początku nie chcieliście odjechać od Błękitnej Wody, chociaż groziło nam tam największe niebezpieczeństwo, a gdy tu za rzeką i w zaroślach zupełnie nam bezpiecznie, siedzicie przylepieni do siodła, jak mucha w lepie.
— A więc chcecie czekać na czerwonych?
— Yes.
— Ależ to zupełnie niepotrzebne! Jeśli nadejdą, to będziemy musieli bronić się — a jeśli pojedziemy dalej, unikniemy wszelkich z nimi stosunków. Wobec tego najlepsze chyba to drugie.
— Ażeby poszli naszymi śladami i napadli potem na nas wieczorem, lub w nocy, kiedy będziemy spali. Nadzwyczajny z was filut! Zsiądźcie-no tylko.
Parker usłuchał wezwania, mrucząc z niechęcią. Old Wabble’a rozgniewało to, więc huknął nań ze złością:
— Co tu macie mruczeć, sir! Jedźcie sobie śmiało dalej, skoro wam się tu nie podoba; nikt nie będzie się starał was zatrzymać, bądźcie pewni.
— Czy wymagałem może, mr. Cutterze, żeby ktokolwiek to zrobił?
— A więc nie mruczcie! Czy wiecie, co to mruczenie znaczy? To obraza dla mr. Shatterhanda, którego przykładem się kierujemy. Tem mruczeniem okazujecie, że nie godzicie się z nim, a wiecie, co wam powiedziałem: Kto jego za głupiego uważa, tego poprostu zostawiamy.
— Oho! Tak tego nie należy rozumieć!
— Owszem, tak należy rozumieć. Ponieważ niegdyś pierwszego łosia trafiliście między łopatki, uroiliście sobie, że wasze zdania są także trafne. Ale jesteście w grubym błędzie. Weźcie natomiast mnie. Mam przeszło dziewięćdziesiąt lat, przeżyłem i byłem świadkiem rzeczy, jakich drudzy i we śnie nie zobaczą, a mimo to nie ośmielę się mruczeć na Old Shatterhanda, chociaż to wobec mnie czysty młodzieniec. Jeśli uczyni coś, czego nie rozumiem, to nie mruczę, lecz pytam. Takie głosy wydają wogóle tylko niedźwiedzie albo woły; th’ is clear.
— Czy to się do mnie odnosi, mr. Cutterze?
— Czy jesteście niedźwiedziem lub wołem?
— Zdaje mi się, że nie. Nie radziłbym wam też uważać mnie za coś podobnego. Co się tyczy waszej metody wypytywania mr. Shatterhanda a nie mruczenia, to na niepotrzebnych pytaniach nie zależy mu chyba’
— Old Wabble nie pyta niepotrzebnie; zapamiętajcie to sobie. Jeśli wypowiadam pytanie, to odnosi się ono zawsze do przedmiotu, który może zawsze drugiego zająć i czegoś nauczyć. Mogę wam to zaraz udowodnić. Uważajcie tylko!
I zwróciwszy się do mnie, dodał:
— Oto wczoraj wieczorem naprzykład była mi jedna rzecz niejasna. Czy mogę prosić o wytłómaczenie?
— Zapewne.
— Kiedy podeszliście do ogniska, przy którem siedział wódz, i wróciliście z wody, przynieśliście coś ze sobą. Zabraliście to do naszego, obozu i ukryliście w krzakach. Co to było?
— Sitowie, które miałem na głowie.
— Przypuszczałem. Czemu nie wyrzuciliście go już przedtem?
— Ażeby go nie znaleźli czerwoni.
— Tak, hm! Czy był powód po temu?
— Naturalnie. Nic nie czyni się bez powodu.
— Tak, wy. Ale ja znałem ludzi, nie mających powodów do niczego, cokolwiek czynili. Podobno są tacy jeszcze i teraz. Cóż by to mogło szkodzić, gdyby czerwoni znaleźli byli sitowie?
— Poznaliby, że ich podsłuchiwano.
— O! Z powodu tego snopka sitowia?
— Tak. Kto go wyciął? Żaden z nich. Gdzie go wycięto? Zaczęliby szukać i znaleźliby pewnie to miejsce. Stamtąd prowadził mój podwójny trop do zarośli w których z wami siedziałem; odkryliby to miejsce.
— Ale zapóźno, gdyż nas-by już tam nie było.
— Ale nie bylibyśmy jeszcze prawdopodobnie wyswobodzili Old Surehanda. Gdyby sitowie znaleziono, zanim przybyłem na wyspę, niepodobnaby było zabrać go stamtąd, gdyż zaalarmowanoby cały obóz.
— To słuszne! Można to sobie łatwo wyobrazić. A więc to było powodem?
— Nie tylko to. Myślałem nie tylko o Old Surehandzie, lecz także o przyszłości.
— Jakto?
— Wiecie o tem, że podsłuchałem wodza, i o czem się dowiedziałem. To, co słyszałem, ma dla nas wielkie znaczenie. Cała korzyść, jaką zamierzam z tego wyciągnąć, poszłaby całkiem na marne, gdyby czerwoni wiedzieli, że podsłuchiwałem.
— Czy sądzicie, że mogliby to wnosić z tego snopka sitowia?
— Z łatwością.
— Oho! Jestem człowiek stary, białowłosy i doświadczony, ale gdybym był jednym z tych Komanczów, i znalazłbym ten snopek, sądziłbym co najwyżej, że był tam jakiś obcy, który przypatrywał się obozowi. Czy on podsłuchał rozmowę, tego nie wiedziałbym prawdopodobnie.
— Nie udawajcie mniej bystrego, aniżeli jesteście, mr. Cutterze. Myślelibyście pewnie nad tem.
— Oczywiście, ale jaka myśl przyszłaby mi do, głowy?
— Właściwa; jestem tego pewien. A jeżeli wczoraj wieczorem nie wpadlibyście byli na to, to pewnie dzisiaj, w biały dzień, kiedy można wszystko dokładnie widzieć, skoro już raz wzbudziło coś podejrzenie. Wmyślcie się w położenie Indyanina. Jakie musiał sobie zadać pytanie?
— Najpierw, kto był ten obcy.
— To wiedzą już obecnie. Wiedzą dobrze, że odkryliśmy ich obóz i że przypatrywaliśmy się mu — ale czy podsłuchiwaliśmy i dowiedzieliśmy się czegoś? To pytanie dla nich najważniejsze. Wtem znajdują snop i miejsce, w którem go wyciąłem i widzą, że wszedłem do wody. Naco to uczyniłem i naco mi się mógł przydać snopek? Ażeby się zamaskować. Zrozumieją to natychmiast, gdyż oni nie tylko znają maskaradę tego rodzaju, ale są w niej mistrzami. Ale maskują się sitowiem tylko wtedy, kiedy chcą się ukryć w sitowiu. Znajdowałem się zatem w nadbrzeżnych szuwarach. Gdzie? Oczywiście, że niedaleko ognia, płonącego najbliżej brzegu, a więc tego, przy którem wódz siedział. Szukają, a że woda przeźroczysta, znajdują miejsce, gdzie wczoraj zagrzebałem się głęboko w mule. Z tego miejsca łatwo było dosłyszeć wszystko, co mówiono przy ognisku, a z tego wynika, że musiałem to słyszeć. A teraz dalej. O jakim czasie tam byłem, co tam mówiono i co słyszałem?
— Tego się obsolutnie nie mogą dowiedzieć.
— To trudne, lecz nie niemożliwe. Od tego miejsca obszedłem jezioro, przepłynąłem przez nie na wyspę, a z niej z Old Surehandem napowrót. Ile mniej więcej czasu mogłem na to potrzebować? Widzicie, że wcale nie trudno obliczyć, kiedy tam byłem. O czem mówili, to sobie wódz pewnie zdoła przypomnieć. Ale czas ten można jeszcze inaczej obliczyć, a raczej odgadnąć. Światło ognia padało na miejsce, na którem leżałem; mogłem zatem tam przybyć tylko w chwili, kiedy uwaga była odwrócona od niego. Jaka to była chwila? Przy odrobinie namysłu nie trudno odpowiedzieć i na to pytanie. Były trzy takie chwile, lub sposobności, a mianowicie: kiedy przyszli do obozu wypuszczeni przez nas Komancze, kiedy skończyło się ich przesłuchanie i kiedy zawołano do jedzenia. A właśnie w tych chwilach i między niemi mówiono o bardzo ważnych rzeczach. Jeśli je podsłuchałem, muszę być dobrze obznajomiony z zamiarami Komanczów. To i wiele innych rzeczy musieliby sobie powiedzieć, gdyby byli znaleźli mój pióropusz z sitowia.
— Well, teraz wiem, sir. Jesteście tem, czem mr. Parker nie był przed chwilą, mianowicie wielkim filutem. Nie chciałbym należeć do ludzi, z którymi jesteście w nieprzyjaźni i którzy muszą się mieć na baczności przed wami. Dla was wszystko możliwe i wszystko, co czynicie, układacie sobie tak starannie i rozważnie, że to nie może nie udać się, a nieprzyjaciel nie może pojąć, w jaki sposób mógł dostać się w takie błoto.
— Nie mogę przyjąć tej pochwały, mr. Cutterze. Ja także popełniłem niejeden wielki błąd i tkwiłem nieraz głęboko w tem, co nazwaliście błotem. Cud prawdziwy, że się zeń wydostałem.
— Ale wydostaliście się przecież, gdyż nie siedzielibyście teraz tutaj; th’ is clear. Miejmy nadzieję, że teraz nie jedziemy w taką kałużę!
— Jaką to kałużę macie na myśli, mr. Cutterze, w tem brudnem porównaniu?
— Hm, porównanie było głupie, gdyż kałuża kałużą, a to właściwie jest koryto z piaskiem, mianowicie Llano Estacado.
— Czy go się obawiacie?
— Obawiacie? Spodziewam się, że nie powiedzieliście tego słowa na seryo, mr. Shatterhandzie. Ciekawym, czego bałby się Old Wabble. Chyba samego siebie. Ale przyznacie, że pomiędzy kanapą a piecem piekarskim zachodzi wielka różnica.
— Jestem na tyle bystry, że to uznaję.
— Kto ma sposobność usadowić się wygodnie w chłodnym pokoju na kanapie, temu nie przyjdzie na myśl włazić do pieca, aby się tam wysuszyć i upiec. Taka sama różnica między zielonym lasem lub sawanną, porosłą trawą, a pustem i rozżarzonem Estacado. Kto może pozostać w lesie, albo na preryi, temu nie powinno się zachciewać pustyni; byłby to głupiec, jakiego trudno sobie wyobrazić.
— To pięknie, ale teraz chcecie zostać takim głupcem.
— Aniby mi to przez myśl nie przeszło, gdyby was przytem nie było, mr. Shatterhandzie. Kto z was był już na Llanie?
Z tem pytaniem zwrócił się do towarzyszy, a skoro się okazało, że nikt przez nią nie przejeżdżał, dał taki obraz pustyni i opowiedział tyle nieszczęśliwych wypadków, że ich dreszcz zaczął przechodzić. Pozwoliłem mu na to, gdyż w ten sposób, choć nieświadomie, działał mi na rękę.
Nie rozłożyliśmy się obozem tuż nad wodą, lecz za krzakami, rosnącymi na brzegu, ja zaś siedziałem tak, że pomiędzy dwa krzaki mogłem objąć okiem całą szerokość rzeki i cały bród. Old Surehand siedział obok mnie i miał ten sam widok. Old Wabble opowiadał właśnie o rabunkowym napadzie, dokonanym na Llano Estacado, a ponieważ znałem jedną z obecnych przytem osób, uważałem więcej na opowiadanie, aniżeli na rzekę. Wtem Old Surehand mnie trącił, wskazał na rzekę i powiedział:
— Popatrzcie tam, sir; nadchodzą!
Old Wabble przerwał opowiadanie i wyglądnęliśmy przez zarośla. Na drugim brzegu ukazała się gromada konnych Komanczów, złożona z trzydziestu może wojowników, pomalowanych wojennemi barwami. Jeden z nich, prawdopodobnie dowódca, zsiadł z konia i przypatrzył się ziemi, by się przekonać, czy pojechaliśmy brodem, czy też w bok. Przekonawszy się, jak było, wsiadł znów na konia i wjechał w wodę. Jego ludzie ruszyli za nim po indyańsku, jeden za drugim.
— Jacy nieostrożni! — rzekł Old Wabble.
— Czemu nieostrożni? — zapytał Parker.
— Ponieważ wszyscy odrazu wchodzą w rzekę, a nie wyślą naprzód jednego, by się upewnić, że tam jesteśmy. Teraz wyjdą wszyscy przed nasze strzelby, a moje kule są na ich usługi.
Złożył się strzelbą do strzału, ale przeszkodziłem mu mówiąc:
— Nie strzelać, sir. Czekałem na nich nie na to, by ich wystrzelać, lecz by ich odwieść od pościgu za nami. Jeśli zawrócą i dadzą nam spokój, będzie dla nas tak dobrze, a nawet lepiej, co gdybyśmy ich wystrzelali. Skoro tylko pierwszy z nich będzie dość blizko, pokażemy się im, wymierzycie na nich strzelby, a ja będę z nimi mówił. Strzelać macie dopiero wtedy, kiedy mój sztuciec przemówi.
— Jak chcecie — mruknął Old Wabble — ale wolałbym, żeby tych czerwonych pogasić, jak tuzin świec.
Nie był przyjacielem Indyan, więc nie zgadzał się z mojem humanitarnem postępowaniem. Zaczekałem, dopóki dowódca nie zbliżył się na odległość dziesięciu długości konia; potem wstaliśmy i wyszliśmy z poza zarośli. Wszystkie nasze strzelby zwróciły się ku niemu i ku jego ludziom. Zobaczyli nas natychmiast.
— Uff, uff, uff, uff! — zabrzmiały okrzyki zdziwienia i przestrachu.
— Stać! — zawołałem do nich. — Kto ruszy krokiem dalej albo podniesie broń, zginie!
Zatrzymali się, a mogli to zrobić, bo konie ich nie płynęły, lecz miały stały grunt pod nogami.
— Uff! — zawołał dowódca. — Old Shatterhand jeszcze tutaj? Dlaczego ukrył się i nie pojechał dalej, jak sądziliśmy?
— Aha, tak sądziliście? — spytałem. — Więc zdawało wam się, że nie mam mózgu i nie domyślę się, że podążycie za nami?
— My nie jedziemy za Old Shatterhandem.
— A za kim?
— Za nikim.
— Dokąd jedziecie?
— Na polowanie.
— Zdaje mi się, że macie tylko ryby łowić.
— Jedni łowią, a drudzy polują; chcemy nabrać mięsa do naszych wigwamów.
— Czemu chcecie polować z tej strony rzeki a nie z tamtej?
— Bo zdaje nam się, że tu więcej zwierzyny.
— A my jesteśmy tą zwierzyną.
— Nie, tą zwierzyną są bawoły i antylopy na preryach i w dolinach rzecznych.
— Od kiedy to mają czerwoni wojownicy zwyczaj malować sobie twarze, gdy zamierzają tylko polować?
— Od... od... od...
Nie znalazł odpowiedzi i zawołał do mnie z gniewem w głosie:
— Od kiedy mają wojownicy Komanczów zwyczaj zdawać każdej bladej twarzy sprawę z tego, co czynią lub co chcą czynić?
— Od kiedy Old Shatterhand tego żąda. Powiedziałem wodzowi Wupa Umugi, że jestem przyjacielem czerwonych mężów, ale nie znam łaski, gdy mnie zaczepią.
— Nie chcemy was zaczepiać.
— To wracajcie natychmiast.
— Nie zrobimy tego, lecz przejedziemy obok was na polowanie.
— Spróbujcie. Nikt z was nie przejedzie, a rzeka poniesie w dół trupy was wszystkich i powyrzuca je na brzeg.
— Uff! Kto tu ma rozkazywać, Old Shatterhand, czy wojownicy Komanczów?
— Old Shatterhand. Widzicie wszystkie nasze strzelby wymierzone do siebie; gdy zechcę, wypalą wszystkie, a moja czarodziejska strzelba także do was przemówi. Daję wam czas, zwany przez nas, białych, pięcioma minutami: jeśli potem nie zwrócicie koni z powrotem, nikt z was już wogóle nie wróci. Powiedziałem!
Wziąłem sztuciec do ręki, a chociaż nie trzymałem go w pogotowiu do strzału, bo na przeciąg pięciu minut byłoby to nużące, zwróciłem go przecież tak, że wylot był wprost na dowódcę. Obrócił się na siodle i powiedział kilka słów do stojących za nim w wodzie, poczem znowu odwrócił się do mnie i zapytał:
— Jak długo pozostanie Old Shatterhand tu nad rzeką?
— Dolpóki nie będzie wiedział, że synowie Komanczów nie mają względem nas złych zamiarów.
— To może wiedzieć już teraz.
— Nie. My się rozłączymy i obsadzimy ten brzeg daleko w górę i w dół rzeki, a w ten sposób będziemy widzieli każdego Komancza, chcącego się przeprawić. Jeden strzał wystarczy nam do połączenia się i odpędzenia was. Gdy do jutra wieczorem przekonamy się, że wasi wojownicy nie starali się dostać na ten brzeg, będziemy pewni, że chcecie zgody, i opuścimy te strony, gdzie przybyliśmy tylko, ażeby uwolnić Old Surehanda.
— Uff! Do jutra wieczorem, to długo!
— Dla nas nie, bo mamy czas.
— A potem rzeczywiście odejdziecie?
— Nie zobaczycie nas potem; powiedziałem i słowa dotrzymuję.
— I przybyliście do Saskuan-kui tylko dla uwolnienia Old Surehanda?
— Tak.
— I z żadnego innego powodu?
— Nie, powiadam.
Mogłem go o tem zapewnić, nie kłamiąc. Chciałem się udać wprost na Llano Estacado, a droga tam nie zawiodłaby mnie była nad Błękitną Wodę.
Zamienił znowu kilka słów ze stojącymi za nim i spróbował jeszcze raz ze mną.
— Old Shatterhand grozi, bo nam nie wierzy; jeśli mimo to pojedziemy dalej, nie będzie strzelał.
— Będę i daję ci na to słowo, że ty pierwszy dostaniesz ode mnie kulą w łeb. Jeśli wbrew temu zapewnieniu chcesz spróbować, to nie mam nic przeciwko temu. Zresztą nie czekamy już dłużej, bo pięć minut upłynęło.
— Uff! Jedziemy nazad, ale biada Old Shatterhandowi i jego bladym twarzom, gdyby do jutra ośmieliły się zakraść nad Błękitną Wodę. My nasz brzeg także obsadzimy i zabijemy każdego z was, ktoby się tam pokazał. Ja także powiedziałem. Howgh!
Zawrócili i zniknęli jeden po drugim w zaroślach po drugiej stronie brodu. Zwróciłem się do Old Wabblea:
— No, mr. Cutterze, cóż wy teraz? Czy to nie znakomity rezultat?
— Rezultat? Nawet znakomity? Nie wierzę wogóle w żaden rezultat.
— Przecież odjechali!
— Ale powrócą.
— Ani się im to przyśni.
— Ja wam powiadam, że wrócą. Przepłyną na innem miejscu.
— Ażeby się dać przez nas wystrzelać?
— Czy zamierzacie rzeczywiście uczynić to, co powiedzieliście, to jest obsadzić brzegi?
— Nie, to była tylko groźba.
— Więc przejdą na tę stronę i będą nas ścigali.
— A ja wam mówię, że zostaną po tamtej stronie, bo uważają groźbę za prawdziwą.
— Byliby głupi!
— Głupi, czy nie głupi, ale zostaną; możecie to poznać po ich groźbie.
— Jakiej groźbie?
— Że oni także tamten brzeg obsadzą. Zresztą wierzą już teraz, że przybyliśmy tylko ze względu na Old Surehanda i że nie mamy innego względem nich zamiaru. Jesteśmy już bezpieczni przed nimi.
— Ale jeśli swój brzeg obsadzą, zauważą, że nasz nieobsadzony, i przejdą bezwarunkowo; th’ is clear.
— Tak. Zauważą, lecz nie tak rychło, jak sądzicie. Oni muszą mieć się bardzo na baczności. Przepłynąć nie mogą — to byłoby zbyt niebezpieczne — a zobaczyć stamtąd? To za daleko i nie przydałoby się na nic, gdyż posterunki nasze, gdybyśmy tu zostali, nie stałyby w otwartem polu, lecz musiałyby się ukryć. Do tego należy dodać jeszcze jedną ewentualność. Czy wyobrażacie ją sobie?
— Ja? Hm, nie. Ale chciałbym wiedzieć, czy Old Surehand może sobie wyobrazić tę nieznaną ewentualność.
Starzec zamierzał oczywiście temi słowy wystawić na próbę bystrość Old Surehanda, ja zaś sądziłem, że się w to nie wda, ale olbrzymi myśliwiec poklepał go po ramieniu i rzekł z uśmiechem zadowolenia.
— Chcecie odbyć ze mną egzamin, stary Wabble’u. To mnie bawi!
— Bardzo mnie to cieszy, że to was nie obraża lecz bawi. Gdy się słyszy Old Shatterhanda, mówiącego w ten sposób, możnaby sądzić, że jest wszechwiedzący. Czyż to więc dziwne, że chciałoby się dowiedzieć, czy Old Surehand także coś wie?
— Mogę wam zrobić tę przyjemność. Ja wiem coś także.
— Co?
— Trzecia ewentualność, którą Old Shatterhand ma na myśli, jest następująca. Czerwoni chcą się przekonać, czy obsadziliśmy ten brzeg rzeczywiście. Zobaczyć tego nie mogą ani przejść na przestrzeni, na której prawdopodobnie będziemy stali — pójdą więc poza tę przestrzeń, przepłyną tam przez rzekę i zakradną się brzegiem, ażeby znaleść nasze straże.
— A jeżeli ich nie znajdą, sir?
— To będą wiedzieli, żeśmy odeszli i wystrychnęli ich na dudków.
— Ale potem przecież nastąpi to, co ja twierdzę. Pojadą za nami i napadną na nas!
— Tego musimy się oczywiście spodziewać — przyznał Old Surehand staremu.
Dowiódł, że bystrość posiadał, oraz, że mnie zrozumiał i odgadł — ale ostatnim jego słowom nie mogłem przyklasnąć. Zaoponowałem więc:
— Nie, tego nie musimy się spodziewać, mr. Surehandzie. To zupełnie niemożliwe, żeby czerwoni doścignęli nas do wieczora.
— Tak? Skoro tak sądzicie i mówicie, to musicie mieć słuszność.
— I mam. Obliczmy czas! Mamy teraz wedle słońca dokładnie dziewiątą godzinę przed południem. Godzina upłynie, zanim Komancze, którzy tu byli, dojadą do Saskuan-Kui. Będą musieli zdać sprawę, opowiadać, wysłuchać zarzutów — potem nastąpi narada, która nie skończy się w krótkim czasie.
— Tak, sir; teraz rozumiem. Powiedzmy, że na sprawozdanie i naradę potrzeba będzie dwu godzin.
— Dobrze, będzie zatem dwunasta. Zanim tu przybędą, będzie pierwsza. Osadzą rzekę w górę i w dół — znowu godzina, a zatem druga. Potem pójdą na zwiady, ażeby w górze lub w dole przepłynąć przez rzekę. Ile czasu potrzebują, aby przeprawić się na tę stronę? Przecież przynajmniej z godzinę. Więc już będzie trzecia. Następnie będą się skradali wzdłuż brzegu, co muszą robić bardzo ostrożnie, a więc bardzo powoli. Ile czasu stracą, dopóki nie przeszukają bezpotrzebnie całego brzegu?
— Pewnie ze trzy godziny.
— Powiedzmy, że tylko dwie — więc będzie piąta. Teraz znowu narada i szukanie ludzi, którzy pójdą naszym tropem. To musi się także odbywać bardzo powoli i z większą stratą czasu, gdyż czerwoni muszą się liczyć z tem, że nie opuściliśmy wcale tych stron, lecz zakreśliliśmy łuk, żeby ich zmylić i przyjść skrycie z drugiej strony. Liczę, że znów upłynie godzina, zanim Komancze przekonają się, że odeszliśmy rzeczywiście. Kiedy zatem zacznie się właściwy pościg, będzie już godzina szósta, czyli, że jeśli teraz wyruszymy, zyskamy dziewięć godzin drogi. Czy wobec tego zdołają nas doścignąć?
— Pshaw! W żaden sposób!
— Zobaczą najwyżej nasze ślady, jakie zostawimy w pierwszych dwu godzinach; potem się ściemni a jutro nie rozpoznają już nic i nie dowiedzą się, dokąd pojechaliśmy. Jeśli więc teraz przez dwie godziny będziemy jechali na wschód, a oni pójdą za nami, przypuszczą, że udaliśmy się tam, skąd przybyliśmy. Zdanie to znajdzie jeszcze oparcie w tem, że wierzą, iż przyjechaliśmy tylko dla uwolnienia was, że osiągnęliśmy ten cel i odjechaliśmy napowrót. To musi ich uspokoić; czy wam się tak nie zdaje, mr. Surchandzie?
— Obliczenie wasze jest bardzo słuszne — zgodził się, ale dodał w zamyśleniu: — Jeśli to właśnie nie naprowadzi ich na myśl właściwą, że znajdą brzeg nieobsadzony.
— Na jaką myśl?
— Że wypłataliśmy im figla.
— Na tę myśl wprawdzie przyjdą, ale nie odgadną właściwego figla, lecz fałszywy. Nie pomyślą, że wróciliśmy, lecz będą pewni, że opuściliśmy rzekę tak rychło tylko dlatego, ażeby podczas daremnego szukania ich tutaj zyskać sporo na czasie i ujść pogoni. Tak, gdyby przeczuwali, że wiemy, dokąd zmierzają!
— Tego nie przeczuwają, macie słuszność. Jeśli teraz wyruszymy, będziemy mogli skręcić już za dwie godziny, i nie dostrzegą tego.
— Zresztą jestem pewien, że teraz znajdują się jeszcze z tamtej strony nad brodem. Nie możemy niestety napoić teraz koni. Zobaczyliby to i wywnioskowaliby, że mamy zamiar odjechać. Ale będą wnet miały wodę, gdyż nie pójdą drogą, którą przybyliśmy tutaj, lecz podążymy do rzeczki, którą owi dwaj Komancze w dół pojechali. Nie czekajmy już dłużej, bo czas.
Ruszyliśmy wzdłuż brzegu rzeki i staraliśmy się między nim a sobą mieć jak najwięcej zarośli, ażeby nie zobaczyli nas ewentualni szpiegowie po drugiej stronie. Dojechawszy w godzinę mniej więcej do ujścia wspomnianej rzeczki, skręciliśmy w jej dolinę, ażeby po napojeniu koni pojechać przeciw prądowi. Jechaliśmy zatem w kierunku zachodnim, chociaż zdążaliśmy na wschód.
Podczas jazdy nie miałem czasu rozmawiać ze samym tylko Old Surehandem, ponieważ zaprzątały mnie jeszcze inne osoby. Opowiadania Old Wabble’a o okropnościach Llana Estacada wywarły na słuchaczach wielkie wrażenie. Zaledwie opuściliśmy bród, musiał im dalej opowiadać. Ja dodawałem do tego uwagi, i z tego powodu poproszono mnie, żebym także coś opowiedział, a ja uczyniłem to z wielką przyjemnością. Ku memu skrytemu zadowoleniu zauważyłem niebawem, że zamierzony skutek nie zawiódł; ci ludzie wpadli w zamyślenie i namyślali się coraz to głębiej. Tak, jak ja je przedstawiłem i jak opowiadał przedtem stary Wabble, nie wyobrażali sobie Estacada, wobec czego jazda w takie strony wydała im się wielce niebezpieczną. Nie powiedzieli tego wprawdzie, ale widziałem po nich wyraźnie; rzucali na siebie spojrzenia, z których odgadłem ich myśli.
Chcąc się pozbyć tych ludzi, musiałem działać szybko. Najlepiej było do tego użyć chwili, kiedy po dwugodzinnej jeździe mieliśmy zboczyć z dotychczasowego kierunku. Opowiadałem więc dalej, nie przesadzając bynajmniej, przez ten cały prawie czas, poczem opuściłem ich, by im dać możność porozumienia się bez świadków. Dyplomacya ta doprowadziła do zamierzonego celu. Zjechali się razem i zaczęli ze sobą skrycie rozmawiać. Widziałem, jak jeden drugiego namawiał i zachęcał, a ja domyślałem się, do czego.
Wiedziałem, że niebawem dojedziemy do małego potoku, uchodzącego z lewej strony do rzeczki. To było miejsce nadające się do zboczenia, gdyż potok nastręczał nam sposobność do ukrycia naszych śladów. Zatrzymałem się więc nieco pierwej i rzekłem:
— Moi panowie! Dwie godziny upłynęły — i nie mamy już powodu jechać dalej na zachód. Czy to także i wasze zdanie?
Old Surehand, Old Wabble, Parker i Hawley zgodzili się na to, ale reszta wpadła w zakłopotanie. Wtem jeden trącił drugiego, ten drugi podał to potrącenie dalej, aż nareszcie najodważniejszy posłuchał dotykalnego wezwania i bojąc się nagany z naszej strony, rozpoczął układy zwróconem do mnie pytaniem.
— Czy byliście już kiedy w Paso del Norte, sir?
— Kilka razy — odrzekłem.
— Ile czasu potrzeba, aby się stąd tam dostać?
— Kto zna dokładnie okolicę i ma dobrego konia, może tam być w pięć do sześciu dni. Czemu pytacie mnie o to, mr. Wrenie?
Tak się nazywał ten człowiek.
— Powiedziałbym wam chętnie — odparł — gdybym wiedział, że nie pomyślicie źle o nas.
— Źle o was myśleć? Jakżebym mógł! Czy popełniliście lub zamierzacie co złego?
— Ani mowy o tem! Mamy istotnie pewien zamiar; nic złego, ale możecie to źle zrozumieć.
— A zatem mówcie. Potem pokaże się, czy go dobrze lub fałszywie rozumiem.
— Tak, ja wam powiem. To mianowicie... hm! To... hm, hm!
Sięgnął ręką za kark, poskrobał się za uchem, ale nie chciało mu się to przez gardło przecisnąć, jak powinno. Okrążając sedno, mówił dalej:
— Wiecie, że właściwie zdążaliśmy na dół, do Texas, ale namyśliliśmy się inaczej.
— Tak?
— Tak jest, tak. Rozmawialiśmy o tem, kiedy wczoraj z mr. Cutterem wyjechaliście z obozu. W Paso i po drugiej stronie Norte możemy znaleść więcej, aniżeli w Texas. Czyli tak nie sądzicie?
— Co ja o tem sądzę, to rzecz podrzędna; zasadnicze to, co wy o tem sądzicie.
— To słuszne, bardzo słuszne! Sądzimy właśnie, że lepiej będzie, jeśli udamy się do Paso del Norte albo wogóle przez Rio del Norte.
— Mówicie to w tonie takim, jak gdyby to wymagało usprawiedliwienia, mr. Wrenie.
— Zapewne! Wszak mieliśmy się z wami udać na Llano Estacado.
— Mieliście? A mnie się zdawało, żeście chcieli.
— Tak, chcieliśmy, lecz rozmyśliliśmy się inaczej. Mam nadzieję, że nie sądzicie o nas, jakobyśmy się bali Llana Estacada?
— Czemuż miałbym tak sądzić? Czy dlatego, że zmieniliście postanowienie? Jesteście przecież ludzie wolni i możecie czynić, co wam się podoba.
— Bardzo mnie to cieszy, że tak się na to zapatrujecie. Ubolewalibyśmy, gdybyście nas mieli za nieodważnych. A więc nie macie nic przeciwko temu, żebyśmy się rozłączyli?
— Nic, zupełnie nic. Ale powiedzcie nam, kiedy ma nastąpić to rozłączenie?
— Teraz.
— Co? Teraz, zaraz?
— Tak.
— Czemu tak nagle?
— Bo nam szkoda czasu — będziemy niepotrzebnie okrążali. Wy chcecie przecież zawracać.
— Tak, to prawda. Jeśli chcecie się dostać do Rio Grande del Norte, musicie jechać dalej w tym samym kierunku.
— A ponieważ wy chcecie wracać, musimy się tu z wami rozstać. To się stać musi, chociaż bardzo nad tem ubolewamy, a ulgą będzie dla nas to, że nie weźmiecie nam tego za złe.
— Brać za złe? Ani mi to przez myśl nie przejdzie. Macie własne dobro na względzie, a to jest prawem i obowiązkiem każdego człowieka.
Old Wabble przysłuchiwał się z miną zupełnie obojętną, ale nie Parker i Hawley; twarze ich wyrażały gniewne zdumienie. Kiedy wypowiedziałem słowa ostatnie, wtrącił Parker żywo:
— Prawem obowiązkiem? Mówicie to tak spokojnie, sir? Ci ludzie przyrzekli jechać z wami na Llano Estacado, a obowiązkiem ich dotrzymać słowa tak samo, jak naszem prawem żądać od nich spełnienia obietnicy. Oni nie myślą jechać do El Paso. Czy wiecie, dlaczego nie chcą wracać z nami, mr. Shatterhandzie?
— No?
— Ponieważ boją się Llana; ot, co jest!
— Ani nam się śni — zawołał Wren. — O strachu niema mowy.
— Oho! Powiadacie, że mówiliście wczoraj o udaniu się do El Paso zamiast do Texas. O tem musiałbym przecież coś wiedzieć, ponieważ przez cały czas nie opuszczałem obozu, ale nie słyszałem ani słowa.
Joz Hawley to potwierdził. Sprzeczka trwała przez chwilę, dopóki nie mrugnąłem na obu, tak, że mnie musieli zrozumieć, a sam przyznałem odstępcom:
— Każdy może czynić lub nie, co mu się podoba, jeśli ci gentlemani chcą się z nami rozstać, to nie mamy prawa przeszkadzać im w tem; powinniśmy im nawet dopomódz.
— Jeszcze dopomagać? — gniewał się Parker. — Na czem ma ta pomoc polegać?
— Na tem, że zaopatrzymy ich w żywność.
— Bylibyśmy głupi! Ani nam się śni.
Old Wabble musiał się domyślać, dlaczego postępuję w ten sposób, bo rzekł do Parkera:
— Głupi? Kto głupi, sir? Chyba ten, kto nie wie, do kogo należy rozporządzanie żywnością. Ja wam powiadam, że dam tym ludziom tyle mięsa, ile nam będzie zbywało. Czy odchodzą od nas ze strachu, czy z innego powodu, to mi wszystko jedno. Dostaną mięso, bo muszą jeść po drodze; th’ is clear. Kto chce odejść, niech powie, ażebyśmy wiedzieli, jak rzeczy stoją.
Wszyscy chcieli odejść z wyjątkiem Parkera i Hawleya, którzy oświadczyli, że wstydzą się dotychczasowego towarzystwa takich tchórzów. Skończyło się na tem, że tych ośmiu ludzi otrzymało zapas mięsa i odjechało po krótkiem, niezbyt serdecznem pożegnaniu. Hawley był cicho, lecz Parker rezonował za nimi. Zapytałem go:
— Zdaje mi się, że widzieliście przedtem moje skinienie. Czy zrozumieliście je?
— Tak.
— Co miało znaczvć?
— Żebym ich puścił spokojnie.
— Czemu tego nie czynicie?
— Ponieważ złoszczę się na nich.
— Wasza złość jest zbyteczna i wcale nie decydująca. My, reszta, cieszymy się, że pozbyliśmy się ich towarzystwa. Znajdziemy się w położeniu, gdzie potrzeba nam będzie mężczyzn, nie mazgajów. A chociaż może to wyrażenie za silne, to przecież nie byli to ludzie, którym by można zaufać.
Na to przemknął mu po twarzy przyjaźniejszy wyraz, i z zadowoleniem zapytał:
— A mnie nie odeślecie?
— Nie.
— A więc sądzicie, że mi możecie zaufać?
— Sądzę, że was prawdopodobnie poznam, jako człowieka godnego zaufania. W tem rzecz!
— A zatem dopiero poznać! — zaznaczył Old Wabble, potrząsając z uśmiechem członkami ciała. — Starajcie się zatem, mr. Parkerze, żebyście nie chybili następnego łosia.
— To napomnienie zbyteczne; dotychczas trafiałem wszystkie, mr. Cutterze.
— A owego pierwszego także?
— Tak.
— Śmiem powątpiewać.
— Wszak wiecie, bo dowiodłem wam tego.
— Tak, to dowiedzione, co trafiliście wówczas; zupełnie dowiedzione. Wiecie co?
— No, co? — zapytał teraz Parker, uderzony zachowaniem się starego.
Wabble ułożył twarz w jeszcze więcej fałdów, zmrużył jedno oko, otworzył szeroko drugie, potrząsnął rękoma w powietrzu i odrzekł:
— Osła zastrzeliliście, osła, hahahaha!
— Co?... Jak?.. Co?... Osła?
— Tak, osła, a raczej zwierzę, które uważaliście za osła, a to było właściwie łosię, czyli „młode dziecko łosia“.
Zaakcentował te trzy słowa, zamknięte w gęsich łapkach, szczególnym naciskiem, wymawiając je równocześnie bardzo powoli.
— Młode dziecko łosia? Do stu piorunów! Co chcecie przez to powiedzieć?
— Że blagowaliście wówczas. Ani wam na myśl nie przyszło strzelać do łosia; uciekaliście przed nim potężnie.
— U...cie...ka...łem?
— Tak, uciekaliście.
— To oszczerstwo, które... które...
— Cóż, które, które? Czy nie wleźliście może do dziury, w którą zwierzę włożyło potem głowę i parsknęło na was tak potężnie, że omal nie postradaliście rozumu?
— Do dziury? Do jakiej dziury?
— Do dziury w skale — a zniknęliście w niej tak szybko, jak nigdy przedtem nie właziliście do żadnej dziury.
Parker zaczerpnął głęboko oddechu i rzekł, jąkając się z zakłopotania.
— Mr. Cutterze, ja nie wiem, czego ode mnie chcecie. Nie rozumiem was. Wszak widzieliście na własne oczy łosia, którego zastrzeliłem!
— Tak, na własne oczy, ale łosia, zastrzelonego przez wodza Panasztów.
— Panasztów? Niech mnie dyabeł porwie, jeżeli wiem i mogę...
— Zastrzelić łosia? — wpadł mu starzec w słowo. — Zaiste, nie tylko w to wierzę, lecz jestem nawet tego pewien. Wódz darował wam łosia za to, że ostrzegliście go przede mną, i pozwolił wam powiedzieć, że to wyście go zastrzelili. Czy jest tak, czy nie, mr. Parkerze?
— Jeśli... jeśli... a... a... — jąkał zapytany w największem udręczeniu.
— Nie odpowiadajcie mi „jeśli“ i „a“ — lecz prawdziwie, jak się należy.
— Toż ja opowiadam prawdziwie. Musiano wam zmyślić jakąś bajeczkę.
— Bajeczkę? Zaiste, wydało mi się to wtedy bajką, kiedy przynieśliście łosia i powiedzieliście, że przez was zabity. Taki zdecydowany, marmurowy greenhorn, jakim byliście wtenczas, i taki łoś, taki potężny łoś! Uwierzyłem jednak, gdyż potem mieliście szczęście w strzelaniu. Ale teraz ta wiara przepadła, całkiem przepadła.
— Ja go zastrzeliłem! Co to za łotr tak was okłamał?
— Łotr? Okłamał? Słusznie, całkiem słusznie! Ten łotr, to wy sami, mr. Parkerze.
— Ja? Co? Ja?
— Tak. Wy sami! Czy zaprzeczycie może, że sami opowiadaliście o tem i przyznaliście się do tego?
— Ja sam? Przed kim? Gdzie?
— Przed towarzyszami, którzy odjechali; tam, w obozie żołnierskim, za Mistake-Canon.
— Aha, to oni powiedzieli, oni! Szkoda, że odjechali! Musieliby się przyznać do kłamstwa i prosić mnie o przebaczenie. Któż wam to potem opowiedział?
— Wren, zacny Wren, który przed chwilą wygłaszał wielkie słowa tchórzostwa.
— Kiedy?
— Dziś w nocy, gdy byliśmy obaj razem na straży i skracaliśmy sobie czas historyami.
— Powinniście powiedzieć — kłamstwami.
— Oho! Czy wam się zdaje, że zdołacie się wyprzeć, ponieważ ci ludzie już odjechali? Są jeszcze inni.
— Któż taki?
— Mr. Shatterhand i Joz Hawley. Oni siedzieli przy tem opowiadaniu. Czy to prawda, czy też nie, Jozie?
Stary nie odważył się zwrócić się do mnie z tem pytaniem. Byłbym odpowiedział żartem, ale uczciwy Hawley oświadczył bardzo poważnie:
— Tak, on opowiadał o tem, że łosia wtedy nie zastrzelił. Co prawda, to prawda.
Na to fuknął nań Parker gniewnie:
— Zamknij dziób, stara barania głowo! Jak możesz twierdzić, że to prawda?
— Bo sam to opowiadałeś.
— Taki nonsens! Sam opowiadałem! Czyż to musi być prawda?
— Sądzę.
— Tu niema nic do sądzenia, zupełnie nic. Często opowiada się coś, co się zdarzyło inaczej.
— Czemuż miałoby się opowiadać inaczej?
— Ponieważ nie wie się dobrze, albo dla żartu, tak było u mnie.
— Bez wykrętów — wtrącił Old Wabble. — Żaden westman nie będzie opowiadał, że nie trafił zwierzyny i do tego olbrzymiego łosia, jeśli trafił go rzeczywiście. Wy zaś wyszliście jeszcze daleko poza to wyparcie się i powiedzieliście, że to czerwony go zastrzelił. Wiem, jak rzeczy stoją i na tem koniec, a teraz mamy o czem innem pomyśleć. A zatem zawracamy tu, Mr. Shatterhandzie?
— Nie tu, lecz trochę dalej, tam, w górze.
— Czemu jeszcze dalej?
— Tam płynie rzeka, wiodąca w bok. Pojedziemy nad nią i ukryjemy nasze ślady przed czerwonymi, gdyby nadeszli przed wieczorem.
— To sprytne! Pójdą śladami naszych wiarołomnych towarzyszy i będą sądzili, że jesteśmy jeszcze z nimi, a tymczasem my umkniemy na bok. To myśl tak dobra, że możnaby ją w książce wydrukować; th’ is clear.
W dziesięć minut potem dostaliśmy się nad strumyk, którym dążyliśmy w ten sposób, że kazaliśmy koniom brodzić we wodzie. Podczas tego rzekł do mnie Old Wabble:
— Sir, czy uwierzycie mi, że teraz odgadłem jeden z waszych podstępów?
— Jakiżto?
— To, że nie jechaliśmy aż do strumyka z tymi ośmiu mazgajami. Zatrzymaliście się z rozmysłem dalej w dole.
— Czemu?
— Z powodu ścigających. Jeśli nadejdą, zsiędą z koni tam, gdzie zatrzymaliśmy się przedtem, i zbadają to miejsce, by się dowiedzieć, dlaczego staliśmy tutaj. Czy nie tak, mr. Shatterhandzie?
— Tak.
— Well! Gdybyśmy byli zatrzymali się nad potokiem, zbadaliby to miejsce dokładnie i zauważyliby pewnie, że z trzynastu jeźdźców pięciu zwróciło konie do wody. W ten sposób odkrytoby nasz nowy trop. Aby tego uniknąć, postaraliście się, żeby rozłączenie się odbyło się już przedtem.
— Tak, odgadliście, mr. Cutterze. Może nam się to przydać, jeśli i później będziemy się tak dobrze rozumieli.
Brodzenie po wodzie przychodziło koniom z trudem, ponieważ jej szerokość i głębia zmieniała się bardzo często. Ale pozwoliliśmy upłynąć godzinie, zanim zwróciliśmy je na suchy grunt. Uczyniliśmy to w miejscu skalistem, gdzie nie mogliśmy zostawić śladów, któreby nas zdradziły. Na tem jednak skończyła się ostrożność, i mogliśmy już być pewni, że uczyniliśmy wszystko dla uniemożliwienia Komanczom odkrycia nas. Wodą szliśmy przez godzinę na południe, więc opuściliśmy ją i podążyliśmy na wschód, ażeby dostać się znów nad Rio Pecos. Wedle moich obliczeń musiało to nastąpić w miejscu, odległem o dwie godziny drogi od brodu, i jeśliby nie nastąpił jaki nieszczęśliwy przypadek, należało się spodziewać, że nie natkniemy się na Komanczów.
Obie doliny rzeczne, któremi jechaliśmy dotychczas, miały wiele zakrętów. Jechaliśmy teraz na dół, z a że mogliśmy jechać prosto, jak strzelił, zużywaliśmy mniej czasu, aniżeli na jazdę w górę. Mniej więcej o pół do drugiej dotarliśmy do Rio Pecos. Niebawem znaleźliśmy miejsce, gdzie powolny prąd wody umożliwiał przepłynięcie, a potem ruszyliśmy cwałem przez zieloną preryę, leżącą pomiędzy rzeką a wspomnianym przedtem łańcuchem wzgórków. Ponieważ ten łańcuch nie biegnie równolegle do rzeki, lecz zbliża się do niej lub oddala biegnąca wzdłuż niej sawanna nie ma ciągle tej samej szerokości. Czasem ścieśnia się tak, że tworzy tylko wązki pasek, czasem zaś rozciąga się przed oczyma w dal, na pozór nieskończoną. Pędziliśmy, jak burza, przez trawiastą dolinę, przyczem prawdziwą radość sprawiał widok rozwianych białych włosów Old Wabble’a i jeszcze niemal dłuższej, bronzowej grzywy Old Surehanda. Ten jechał na meksykańskim kasztanie hiszpańskiej krwi — a chociaż nie mógłby pójść w zawody z moim karoszem i był ze względu na ciężar jeźdźca grubo zbudowany — cwał ten był dlań zabawką.
Old Surehand i Old Wabble — tacy dwaj jeźdźcy u mego boku! Wydawszy okrzyk radości, rzuciłem kapelusz wysoko w powietrze i pochwyciłem go w pędzie.
— Jesteście widocznie w dobrym wcale humorze — rzekł z uśmiechem Old Surehand.
— Tak — odpowiedziałem — a poprawi się jeszcze, kiedy Winnetou będzie z nami. Jego czarna czupryna jest poprostu wspaniała. Wtedy będę miał przy sobie trzy grzywy.
— A kiedy go spotkamy?
— Nie wiem na pewno. Powiedziałem wam, że wyszedł prędzej na Llano Estacado. Spodziewam się, że dziś jeszcze natkniemy się na posłańca od niego.
— Gdzie? Czy miejsce jest oznaczone?
— Nie, ale kierunek. Mówiłem zresztą tylko na podstawie domysłu. O bliższych szczegółach dowiecie się, kiedy rozbijemy obóz. Winnetou wie, że pojadę prostą linią z Mistake-Canon do oazy na Llanie. Jeśli zostawił posłańca, to ten będzie na mnie czekał gdzieś na tej linii.
— A czy teraz jesteśmy na niej?
— Nie jeszcze. Aby was z matni wydobyć, musiałem zboczyć z niej do Saskuan-kui. Teraz zbliżamy się znowu do niej a za godzinę dostaniemy się na nią. Niestety, musimy znów jazdę zwolnić, gdyż Parker i Hawley nie mogą nam kroku dotrzymać. Około wieczora nadjedziemy na miejsce, zwane przez Apaczów Alczeze-czi; tam powinienby czekać na mnie posłaniec. Tam może się ukryć.
— Są tam zarośla i drzewa?
— Tak.
— Przypuszczałem.
— Czemu?
— Gdyż słowa Apaczów: Alczeze-czi znaczą tyle, co mały las.
— Wiecie to? A więc znacie ten język.
— Od biedy.
— To nam się bardzo przyda. Ale zdaje mi się, że nie byliście jeszcze nigdy na terytoryum Apaczów.
— Nie. Moje dziedziny myśliwskie leżały dalej na północy, ale przez długi czas stykałem się ze znawcami narzecza Apaczów i nauczyłem się, czego mi potrzeba. Cieszę się bardzo, że będę mógł mówić z Winnetou w jego ojczystym języku. Czy on zna mnie z nazwiska?
— Bardzo dobrze — i zdradzę wam, że ma o was wysokie mniemanie.
— Dziękuję, sir.
— Bywaliśmy razem w różnych i dalekich stronach, więc dziwne to właściwie, że ani razu nie spotkaliśmy się z wami.
— Dla mnie to zrozumiałe, a i wy także przestaniecie się dziwić skoro się później dowiecie, gdzie i jak ja żyję.
— Czy to tajemnica?
— I tak i nie, jak kto uważa. Nie zwykłem o tem mówić, bo nie należę do ludzi lubiących tracić słowa napróżno.
— Odwrócił się do połowy, a po jego pogodnej dotąd twarzy przemknął głęboki cień. Czyżbym dotknął rzeczywiście tajemnicy? Wydało mi się, że dotknięcie to zabolało go mocno. Zamilkliśmy obydwaj. Być może, że ten, duchowo i fizycznie niezwykły człowiek miał za sobą także i los niezwykły. Niema westmana z losem zwyczajnym.
Po upływie oznaczonej godziny nie było już dawno widać za nami zielonego pasu roślinności nad Rio Pecos, a przed nami milami rozciągała się prerya. Dokoła nie było ani jednego punktu, po którym możnaby się zoryentować — a mimo to wiedziałem, że znajduję się na wspomnianej linii. To był zmysł lokalny, właściwy wędrowcom. Bez niego też naraża się człowiek Zachodu na setki niebezpieczeństw. Kto go nie posiada, ten albo ginie albo zostaje myśliwcem najniższej klasy. Wystarczał nam mały zwrot, aby z dotychczasowego kierunku dostać się na tę linię.
Była godzina trzecia po południu, a kto by sądził, że Komancze potrafią odnaleźć trop nasz lub nas doścignąć, tego uważałbym za obłąkanego. Teraz dopiero mogli przybyć na prawy brzeg rzeki Pecos i szukać naszych posterunków i straży, których nie było.
Dzięki ostatniej części naszej rozmowy zagłębił się widocznie Old Surehand w samym sobie, gdyż podpędzając konia, jechał sam przodem ze spuszczoną w zadumie głową. Wtem osadził konia, zsiadł i zaczął badać ziemię. Kiedy dojechaliśmy do niego, zobaczyłem, że odkrył trop. Zsiadłem także. Old Wabble poszedł za naszym przykładem, zbadał podeptaną trawę i rzekł:
— To były konie, moi panowie, sześć koni, należących do Indyan. Ci hultaje jechali jeden za drugim, ale moje stare oczy mogą mimo to wyraźnie naliczyć ich sześć. Jechali ku wschodowi i przejechali tędy.
Old Surehand spojrzał na mnie z podziwem dla starego, a ja oddałem mu takie samo spojrzenie, gdyż nie widziałbym może tropu tak dobrze, a przynajmniej nie odczytałbym go lepiej. Tu, na otwartej sawannie, okazał się tem, czem był dawniej, czyli „królem cowboyów“, fachowcem, którego zwieść niepodobna. Nie widział naszych spojrzeń, a ponieważ nikt nie odpowiadał przez czas dłuższy, zapytał:
— Czy jesteście może innego zdania, gents?
— Nie — odpowiedziałem. — Rozpoznaliście zupełnie dobrze.
— Tak, o ile ślad na to wskazuje, sir, ale co dalej, to muszę już wam pozostawić, gdyż nie znam ani tych stron, ani uwijających się tędy czerwonoskórych.
— Tu może chodzić tylko o Apaczów, albo o Komanczów.
— Do którego z tych plemion mogli należeć ci ludzie?
— Pytacie o to tak zdecydowanie, jakgdyby oznaczenie tego było dziecinną igraszką.
— Bo przypuszczam, że Old Shatterhand nie potrzebuje sobie łamać głowy, ażeby znaleźć właściwe wyjaśnienie.
— Dziękuję wam za komplement. Trzeba się namyślić, chociaż może niekoniecznie aż głowę łamać. Komancze wyruszyli i znajdują się niedaleko z boku za nami. Apacze wiedzą, że Komancze wykopali topór wojenny; muszą się mieć na baczności i wysłali ludzi na zwiady.
— To bardzo słuszne, sir, lecz przez to nie postąpiliśmy dalej, niż przedtem; th’ is clear.
— Zaczekajcie-no. Ślady biegną na wschód, więc wskazują na Llano Estacado. Ale który z tych szczepów ma Llano na oku?
— Komancze.
— Słusznie! Zdaje mi się, że tylko jeden z Apaczów wie o zamiarze Komanczów na Llanie, a tym jedynym jest Winnetou. Meskalerów zawiadomi o tem dopiero albo on sam, albo przez posłańca. Nie mogą jeszcze być tutaj, ani wysłać wywiadowców na Llano. Do tego należy dodać, że ich sadyby leżą stąd na południe. Gdyby wysłali wywiadowców lub posłańców prosto na Llano, droga ich nie wiodłaby tak daleko na północ.
— Sądzicie więc, mr. Shatterhandzie, że mamy do czynienia z Komanczami?
— Tak.
— A zatem wiemy, jak rzeczy stoją i...
— Stać — przerwałem mu. — To, co mówię, to więcej domysł, niż przekonanie. Musimy nabrać pewności. Rzecz to dla nas tak ważna, że nie wolno nam tracić czasu. Czy potraficie, szybko jadąc, nie stracić z oczu tego tropu?
— Co za pytanie? Czy macie mnie za ślepego?
— To wsiądźcie na konia i pocwałujcie tym tropem z pięć minut nazad! Chciałbym wiedzieć, czy biegnie prosto, czy też skręca gdzie na tej, w każdym razie dość długiej przestrzeni.
— Well, zaraz się stanie.
Wskoczył na konia i popędził tropem napowrót, w stronę, skąd przybyło tych sześciu jeźdźców. Postać jego zmniejszała się z każdą chwilą, aż w końcu, chociaż teren był zupełnie płaski, zniknął nam z oczu zupełnie. Potem wynurzył się znowu, jako ruchomy punkt, zwiększający się ciągle, aż w końcu stanął przed nami znowu w naturalnej wielkości.
— No? — spytałem go.
— Idzie sznurkiem, ciągle prosto.
— To mi wystarcza. Czy wiecie, dokąd się dojdzie, idąc tą prostą linią?
— Do Błękitnej Wody.
— Tak, do Saskuan-kui. Wódz Wupa Umugi wysłał tych sześciu ludzi na zwiady. Musimy śpieszyć za nimi.
— Czemu tak śpieszyć? Doścignąć ich?
— Tak.
— To będzie błąd, sir. Nie bierzcie mi tego za złe, ale to wielki błąd.
— Dlaczego?
— Wszak nie lubicie zabijać Indyan.
— Pewnie, że nie.
— A mimo to chcecie ich ścigać. To sobie przeczy. Czy tego nie widzicie?
— W czem tkwi to przeciwieństwo?
— Nie chcecie być mordercą, a gdybyśmy doścignęli tych sześciu, musielibyśmy ich zdmuchnąć. Nie śmią wiedzieć, że znajdujemy się w tych stronach, co musiałoby się wyjawić, gdyby chociaż jeden z nich uszedł. Nasza forsa polega na mniemaniu Wupa Umugi, że pojechaliśmy na Zachód.
— Macie słuszność i nie macie zarazem, mr. Cutterze. To zależy od okoliczności, czy pokażemy się tym wywiadowcom, czy nie. Droga ich wiedzie prosto do Alczeze-czi, do „Małego Lasu“, gdzie, jak już powiedziałem, spodziewam się zastać posłańca od Winnetou. Jeśli, jadąc tamtędy, nie znajdą go, to dobrze, ale jeśli go zauważą, lub choćby jego ślady, zaatakują go natychmiast. Jeden człowiek przeciwko sześciu; możecie sobie wyobrazić, jaki wynik. W takim razie albo nie żyje, albo pojmany. Jeśli nastąpiło to drugie, to musimy go bezwarunkowo uwolnić, już z prostej przyjaźni dla Apaczów, a następnie także ze względu na wiadomość od Winnetou, którą, jeśli możliwe, muszę usłyszeć. Wobec tego nie może mi zależeć na życiu tych sześciu Komanczów. A zatem naprzód, moi panowie!
Dosiedliśmy znowu koni i popędziliśmy tak szybko, jak mogły biedz konie Parkera i Hawleya. Wywiadowcy byli o dwie godziny drogi przed nami, lecz jechali pomału. Jeśliby nadal zachowali to tempo jazdy, mogliśmy ich doścignąć jeszcze przed Alczeze-czi.
— Niestety jednak pokazało się, że konie Parkera i Hawleya nie mogły nadążyć. Rozporządziłem więc, żeby jechali jak najszybciej naszym tropem, a sam pojechałem naprzód z Old Surehandem i Old Wabblem. Od czasu do czasu zatrzymywał się któryś z nas, ażeby po śladach rozpoznać tempo jeźdźców i dopędzał potem drugich. Pokazało się też niebawem, że potem Komancze jechali szybciej, więc opuszczała mnie coraz bardziej nadzieja dopędzenia ich w odpowiednim czasie lub przepędzenia, czego możnaby, okrążając ich, dokonać.
Upłynęła jedna godzina, potem druga. Musieliśmy czasem pozwolić koniom odsapnąć i jechać trochę powolniej. W pół godziny potem wynurzył się przed nami na widnokręgu ciemny punkt. Wskazałem nań ręką i rzekłem:
— Oto Mały Las, cel naszej jazdy par force. Gdybyśmy pojechali prosto, bylibyśmy tam za kwadrans.
— Ale nam tego nie wolno — przestrzegł Old Wabble.
— Nie, bo Komancze nie jechali zapewne dalej, lecz tam się zatrzymali.
— Ale musimy się tam dostać! Jak to poczniemy?
— To szczęście, że znam dobrze te strony. Jedźmy w prawo, na południe. Musimy objechać łukiem.
Podczas tego zapytał Old Wabble:
— Czy sądzicie, że w ten sposób dojedziemy tam niepostrzeżenie?
— Tak. Musicie wiedzieć, że ze wzgórz, położonych na wschodzie, spływa woda, wsiąkająca w ziemię na równinie, ale pokazująca się w postaci sadzawki tam, gdzie grunt się zagłębia. Ta sadzawka ma tylko średnicę pięćdziesięciu może kroków, ale dała życie laskowi przynajmniej dziesięć razy większemu. To jest Alczeze-czi, którego zachodnia i wschodnia strona są rzadkie, lecz północna i południowa tak gęste, że, od południowej zwłaszcza, trudno się przecisnąć. Tak było, kiedy znajdowałem się tu przed trzema laty, i tak musi być dzisiaj.
— Hm! — mruknął stary. — W przeciągu trzech lat może się dużo zmienić, co tutaj, gdzie może iść o życie, jest rzeczą bardzo ważną.
— Jeśli nastąpiła jaka zmiana, to może polegać tylko na tem, że las się zrobił gęściejszy, a to nie może nam szkodzić. Ponieważ strona południowa jest najgęściejsza, to ku niej pojedziemy łukiem. W zaroślach nikt się tam nie kwateruje i dlatego zdaje mi się, że stamtąd najlepiej będzie zbliżyć się niepostrzeżenie. Jeśli nie chcemy czekać do nocy, to nie znam innego sposobu zbliżenia się do tego lasku.
— Well, więc musimy spróbować i przygotować się na to, że za naszem miłem przybyciem otrzymamy kilka mniej miłych kul między żebra lub w głowy. Śmiałek, który się na coś odważy, ryzykuje; th’ is clear!
Old Surehand zachowywał się wciąż jeszcze milcząco, ale w twarzy jego widziałem tę nieubłaganą gotowość, nie cofającą się przed żadnem niebezpieczeństwem, jeśli są tylko jakie takie widoki szczęśliwej przeprawy. Coraz więcej wyglądał mi na człowieka, który woli działać, niż mówić, a później pokazało się, jak świetnie przystawał do Winnetou po tym względem.
Skręciliśmy zatem w prawo i trzymaliśmy się, jadąc łukiem, tak daleko od lasku, że ciągle miał tę samą wielkość. Kiedy znaleźliśmy się wprost na południe od niego, wydobyłem lunetę, która na dalekim Zachodzie oddała mi już niejedną przysługę a nawet ocaliła mi życie, i zacząłem się przypatrywać skrajowi lasu. Nie zauważyłem nic podejrzanego.
— Czy widzicie co, sir? — spytał Old Wabble.
— Nie. Nie dostrzegam żadnej żyjącej istoty; ani człowieka ani zwierzęcia.
— Czy nas widzą stamtąd?
— To szczególne pytanie, sir. Czy stąd dostrzeglibyście tam człowieka?
— Nie.
— A więc i nas nie można zobaczyć nieuzbrojonem okiem, a nie przypuszczam, żeby czerwoni mieli przy sobie lunety.
— Nie przyjdzie chyba żadnemu Indyaninowi na myśl nosić taki instrument.
— I owszem! Winnetou ma zawsze rurę i to doskonałą. Według mojego zdania jedźmy teraz wprost naprzód, nie?
— Jeśli nie chcecie inaczej, to dobrze. Ale nierozwagą to było i będzie!
Na to odezwał się Old Surehand po raz pierwszy, podnosząc głos zniecierpliwienia i niezadowolenia.
— Co nierozwagą? jeśli niema nic do wyboru oprócz wody, to rzuca się w nią i uczy się właśnie pływać. Jeśli się boicie, stary Wabble’u, to zostańcie tu, dopóki nie wrośniecie w ziemię, ale my bierzemy teraz szturmem ten lasek. Go on, mr. Shatterhandzie, go on!
Pomknął na koniu a ja zanim z taką samą szybkością. Old Wabble nie został oczywiście w tyle; popędził za mną i piorunował, rozgniewany w najwyższym stopniu:
— Ja, bać się! Co sobie myślą ci dwaj młodzieńcy? Old Wabble nie znał trwogi, zanim się jeszcze urodził a tem mniej potem. Młodzież teraźniejsza obarczona jest często zupełnie nienormalnemi i niepojętemi ideami.
Było to śmiałością z jego strony, że nazwał nas „młodzieżą teraźniejszą“. Pomimo powagi położenia musiałem się z tego głośno roześmiać. Usłyszawszy to, zawołał z jeszcze większym gniewem:
— Czego się śmiejecie, sir! Śmiejcie się wtedy, kiedy z całą skórą będziecie siedzieli tam w lesie!
— Milczcie, sir — odpowiedziałem. — Jeśli was czerwoni nie zobaczą, to usłyszą was, gdy będziecie tak ryczeli.
— Dobrze, zamilknę, ale trup mój spocznie na waszem sumieniu. Ciekawym, jak go stamtąd zdejmiecie?
Podpędzaliśmy konie tak, że zdawało się, iż Mały Las leci ku nam. Grunt trawiasty był miękki i tętentu nie było prawie słychać. Podczas tego mieliśmy oczy zwrócone na cel nasz, ażeby zawczasu dostrzedz ewentualne niebezpieczeństwo. Nie było jednak żadnego, i dotarliśmy szczęśliwie do skraju lasu. Tam zeskoczyliśmy z koni i ze strzelbami, przygotowanemi do strzału, zaczęliśmy nadsłuchiwać. Próbowaliśmy przebić wzrokiem zarośla, ale nic widać nie było. Wtem szepnął do mnie Old Surehand:
— Potrzymajcie mi konia! Zaraz wrócę.
— Dokąd idziecie?
— Na zwiady. Nie obawiajcie się. Ja się znam na tem.
Obraziłbym go, gdybym mu ofiarował moje towarzystwo lub gdybym go zatrzymywał. Pozwoliłem mu więc iść. Trwało dość długo, zanim powrócił, żeby nam donieść:
— Mieliśmy ogromne szczęście, że nas nie dostrzeżono. Komancze w lesie.
— Czy widzieliście ich? — spytałem cicho.
— Nie, ale wiemy, że trop ich prowadzi do lasu a nie wychodzi zeń nigdzie. Są więc tam jeszcze. Tylko, tego chciałem się na razie dowiedzieć. Musimy ich podejść.
— Well — zgodził się Old Wabble. — To może tylko dwu zrobić, bo trzeci musi zostać tutaj przy koniach. Kto to będzie, mr. Shatterhandzie?
— Wy — odpowiedział Old Surehand, chociaż stary mnie pytał.
— Ani myślę! Siedzieć tutaj bezczynnie? Będę łaził po lesie, gdyż mam wam dowieść, że się nie boję.
— Wiemy już o tem, więc ten dowód zbyteczny. Nie potrzebuję wam chyba mówić, jak was znam i cenię, więc nie weźmiecie mi chyba tego za złe, że przypomnę wam, iż „łażenie po lesie“ nie jest waszą silną stroną. Wam lepiej na otwartej sawannie. Zostańcie zatem przy koniach!
— Jak chcecie — odrzekł stary z giestem zniecierpliwienia. — Tu nie czas ani miejsce na sprzeczki. Zgodzę się więc, jako rozumny. Idźcie sobie na zwiady, lecz jeśli wrócicie trupami, to nie zechcę słyszeć wyrzutów.
Wziął konie za cugle i skinął na nas, żebyśmy poszli. Old Surehand spojrzał na mnie pytająco, więc odrzekłem:
— Nie możemy się rozłączać, bo to tu zbyt niebezpieczne. Jest jeszcze biały dzień, i możnaby nas zobaczyć, a w takim razie musi jeden drugiemu przyjść prędko z pomocą.
— To słuszne, sir. Ale dokąd się zwrócimy?
— Czy przedtem, gdy was nie było, nie zauważyliście miejsca, gdzie możnaby się mniej uciążliwie bez szmeru przecisnąć?
— Zdaje mi się, że takie jest. Chodźcie!
Poprowadził mnie dokoła kilku krzaków i pokazał potem jeden z nich, mniej gęsty od innych. Skinąłem głową, położyłem się na ziemi i wlazłem do środka. Strzelby zostawiliśmy oczywiście u Old Wabble’a; rewolwery i nóż wystarczały na każdy wypadek.
Mieliśmy, jak powiedziano, jeszcze biały dzień, czerwoni mogli więc widzieć każdy ruch w zaroślach. To utrudniało nam zadanie tak dalece, że mogliśmy się tylko bardzo powoli posuwać naprzód. W pół godziny przebyliśmy trzecią część naszej drogi; potem się poprawiło. Musieliśmy się dostać do środka lasku, gdzie była woda, nad którą byli pewnie Komancze. Po upływie nowego kwadransa usłyszałem przed nami parsknięcie konia. Old Surehand usłyszał je także, gdyż trącił mnie, by zwrócić moją uwagę. Czy to zwierzę parsknęło tylko przypadkiem, czy też chciało zwyczajem koni indyańskich ostrzedz swego właściciela? W takim razie niebezpieczeństwo byłoby dwa razy większe.
Muszę powiedzieć, że nietylko cieszyłem się Old Surehandem, lecz podziwiałem go nawet. Z początku został w tyle, potem przecisnął się obok mnie naprzód i to z wytrwałością, rozwagą i zręcznością, jaką rzadko widziałem u białych. Korzystał z każdej luki a każdą przeszkodę albo omijał, albo usuwał bez szmeru. Kiedy zwinność rąk nie wystarczała, musiał nóż dopomagać, a gdzie trzeba było poruszać gałąź albo jakiś silniejszy konar, odbywało się to z taką równomierną powolnością, że ktoś inny prócz mnie byłby tego nie dostrzegł. Dla westmana było przypatrywanie mu się rzeczywistą radością.
Tak posuwaliśmy się naprzód powoli lecz pewnie, aż usłyszeliśmy głosy ludzi, rozmawiających ze sobą. Słów nie mogliśmy zrozumieć, bo byliśmy jeszcze za daleko. Im bardziej jednak zbliżaliśmy się, tem dokładniej słyszeliśmy wszystko, aż w końcu zobaczyliśmy tych, którzy rozmawiali. Nie było to wprawdzie tem, co się nazywa rozmową, lecz o wiele właściwiej należałoby to nazwać posiedzeniem sądu preryowego.
Przybyliśmy za krzak niezbyt gęsty, przez który mogliśmy widzieć jako tako. Przed nami leżała sadzawka; po prawej stronie było przywiązanych sześć koni a po lewej stał jeden spętany. Był to koń Apaczowy, a tamtych sześć należało do ściganych przez nas Komanczów. Z sześciu czerwonych żyło jeszcze tylko trzech, siedzących między nami a wodą. Krwawe zwłoki trzech towarzyszy leżały opodal. Przed nimi rosło odosobnione drzewo, a do pnia jego stał przywiązany Apacz. Ponieważ odwrócony był do nas plecyma, nie mogliśmy zobaczyć jego twarzy. Musiał być ranny, gdyż nogi jego stały w kałuży krwi, ale utrata krwi nie osłabiła go widocznie zbytnio, gdyż w chwili właśnie, kiedy zbliżyliśmy się do grupy, odezwał się silnym głosem.
— Te psy Komancze mnie zabiją, ale swojego celu nie osięgną. Pesz Andatseh[22] śmieje się z nich. Było ich sześciu, a on zabił trzech z nich, zanim go zdołali pokonać. On umrze z pieśnią śmierci na ustach, i powieka mu nie drgnie, a dusze tych trzech będą musiały służyć mu w wiecznych ostępach.
Długi Nóż! Znałem go dobrze. Był to bardzo śmiały i przebiegły wojownik, doznający wielkiego poważania u Meskalerów i występujący często jako poddowódca. Ilekroć szło o niebezpieczną służbę wywiadowczą, do której spełnienia potrzeba było odwagi i przebiegłości, wybór padał zwykle na niego.
Musiał widocznie siedzieć w Alczeze-czi i czekać na mnie; nie pomyliłem się zatem, przypuszczając, że Winnetou pewnie spotkał się z wywiadowcami swojego szczepu, że pojechał prosto na Llano Estacado i że zostawił do mnie posłańca.
Jeden z Komanczów zrobił ręką ruch bardzo pogardliwy i odrzekł:
— Długi Nóż śmierdzi, jak kawał zgniłego mięsa. Dusza jego będzie wyrzucona i nikt jej służyć nie będzie, gdyż zabierzemy mu skalp, zanim wyślemy go na śmierć w wielkich męczarniach. Mógł zabić trzech z nas, ponieważ ukrył się tchórzliwie, kiedy nadeszliśmy tutaj. Gdyby się był pokazał, popłynęłaby była tylko jego krewa naszej ani kropla.
— Tak, psy Komancze ośmieliły się walczyć ze mną, ponieważ mieli dwanaście rąk przeciwko mnie. Gdyby ich tylu nie było, zdzieraliby przede mną, jak kujoty, które wprawdzie wyją, ale nie kąszą. Jeśli mnie poślecie do wiecznych ostępów, to znajdę tam tylko Apaczów lecz ani jednego Komancza, gdyż wchodzą tam tylko dusze walecznych mężow a nie tchórzów. Pokażę wam, czem jesteście; popatrzcie na mnie.
Splunął silnie trzy razy, a Komancz powiedział tym samym tonem pogardy:
— To nie odnosi się do nas, lecz do ciebie samego. Wygłaszasz ’wielkie słowa, ażeby pokryć marność twojej odwagi. Strach przed śmiercią wypisany na twojem obliczu. Wiesz, że kawałkami powycinamy ci ciało i skórę, a dumna twoja mowa ma tylko pokryć skomlenie strachu, jakie słyszysz w swojem łonie. Ale my gotowiśmy postąpić łaskawie i dać ci umrzeć bez męczarni, jeśli powiesz nam prawdę i odpowiesz na pytania, które ci teraz przedłożę.
Długi Nóż podrzucił dumnie głową, rzekł jednak na pozór zgodnie.
— Niech Komancz mówi!
— Czy wasi wojownicy wyruszyli przeciwko Komanczom?
— Nie.
— Czy to prawda.
— Tak.
— Ja temu nie wierzę.
— Możesz wierzyć. Czy sądzisz może, że lwu silnemu przyjdzie na myśl wyruszać w pole przeciw choremu szczurowi?
— Uff! Jeśli dalej będziesz nas obrażał, nie spodziewaj się łaski z naszej strony. Gdzie znajdują się teraz Apacze Meskalero?
— W domu, w swoich mieszkaniach.
— Gdzie ich wódz, Winnetou?
— Jestdaleko na północy u Indyan, zwanych Wężami.
Powiedział im tak, żeby sądzili, iż nie mają teraz powodu obawiać się słynnego wroga.
— I to kłamstwo, bo Winnetou jest tutaj.
— Nie.
— Widzieliśmy Shatterhanda, a gdzie on bawi, tam i Winnetou niedaleko.
Zauważyłem, że Długi Nóż stłumił okrzyk radości; zmuszał się widocznie do spokoju i rzekł głosem przekonania:
— To Komancz kłamie i chce mnie oszukać. Old Shatterhanda niema ani na równinie ani w górach. Wrócił przez „wielką wodę“ do ojczyzny i wróci dopiero za dwie zimy. On sam tak powiedział.
— Ja nie kłamię!
— Kłamiesz, a ja ci nie wierzę!
— A ja nie kłamię! — syknął Komancz gniewnie.
— Widzieliśmy go.
— Gdzie?
— W naszym obozie. Przybył, żeby nas podejść, ale my pojmaliśmy go i zginie na palu.
— Old Shatterhand? Śmierć na palu? — śmiał się Apacz szyderczo. — Wszyscy wojownicy Komanczów razem nie zdołają tego białego myśliwca zawlec do pala. Gdyby go nawet pojmali, zniknąłby mimo wszelkich więzów, jak orzeł, którego dziesięć tysięcy wróbli nie zdoła przytrzymać. Ale on nie pojmany, jego nawet niema w tym kraju, bo jest tam, gdzie się urodził.
Miał widocznie zamiar doprowadzić Komancza do gadania w gniewie i dokazał swego istotnie, gdyż przeciwnik zawołał:
— Mamy go! Wojownicy Komanczów to nie wróble, lecz orły, które tego wróbla rozszarpią i pożrą! Ja mówię prawdę, a ty kłamiesz. Jak możesz twierdzić, że wasi ludzie są w domu? Są w drodze, bo nie wysłaliby ludzi na zwiady.
— Czy to zrobili?
— Tak.
— Kiedy?
— Teraz.
— Co wy wiecie o zwiadach. Pshaw!
— Wiemy! Ty sam jesteś takim!
— Ja? Kto w was wmówił, że Długi Nóż wyjechał na zwiady?
— Nikt w nas nie wmówił, bo tak jest.
— W takim razie synowie Komanczów ślepi. Czy mam na twarzy barwy wojenne?
— Zaniechałeś malowania się z rozwagi.
— Gdzie mieszkają Komancze — a gdzie Apacze Meskalero? Na północy i południu. Gdzie ja się teraz znajduję? Daleko na wschodzie. Czy jechałbym tak daleko na wschód, gdybym miał udać się do was, na północ?
— Musieliście się dowiedzieć, dokąd chcemy wyruszyć.
— Uff, uff, uff! Czy nie widzisz, że zdradziłeś się teraz? A więc te psy Komancze wyruszyły ze swoich nor nie przeciwko Apaczom, lecz ażeby na wschód się udać. Teraz wiem, czego chcecie i dokąd dążycie!
Komancz poznał, że dał się wywieść w pole i huknął, zły sam na siebie do jeńca:
— Milcz, ropucho! Ja mogę to powiedzieć, co powiedziałem, ponieważ wiem, że nie wypaplesz tego dalej. Zabierzemy ciebie i zginiesz na palu razem z Old Shatterhandem.
— W takim razie jeszcze długo żyć będę, bo to nieprawda, że pojmaliście tę sławną bladą twarz.
— To prawda. My go mamy!
— Pshaw!
— I nie tylko jego, lecz jeszcze kilka bladych twarzy, które muszą zginąć.
— Wymień je!
— Sędziwego zabijacza Indyan, Old Wabble’a.
— Uff!
— Potem olbrzymią bladą twarz, Old Surehanda.
— Uff, uff! Dalej!
— Dalej? To nie wystarczy?
— Tak, to wystarczy. Jeśli rzeczywiście pojmaliście tych trzech wielkich myśliwców i mnie zabierzecie do waszego obozu, to nie umrę, gdyż uwolnimy się i wpadniemy pomiędzy synów Komanczów, jako cztery bawoły wpadają w zgraję wilków tchórzliwych. Old Shatterhanda nie zwyciężono jeszcze nigdy; on jest...
— On już kilkakrotnie był pojmany! — przerwał mu Komancz z gniewem.
— Ale zawsze się wyswobodził! Old Surehand to myśliwiec, który jednym chwytem ręki zadławi sześciu Komanczów; każdą po trzech. Dla niego...
— Milcz, o tym psie! — przerwał mu znowu tamten. — On jeszcze nigdy nie pokonał Komancza!
— Ponieważ nikt z Komanczów nie spotkał się z nim jeszcze! A Old Wabble, który jak burza leci przez sawannę, że nikt go nie zdoła doścignąć...
— On umrze, umrze! — krzyknął Komancz, przerywając mu po raz trzeci. — A może i nie umrze, bo ta blada twarz to właściwie kundel, którego nie powinnoby się właściwie zabijać, lecz odpędzać batami. Ten tchórz...
Nagle zatrzymał się, bo teraz jemu ktoś przerwał. Ale nie był to Apacz, z którym rozmawiał, lecz ktoś z całkiem innej strony. Oczy mieliśmy zwrócone na niego, a kiedy się nagle wstrzymał i z widocznym strachem popatrzył w bok, spojrzeliśmy tam także, a równocześnie doleciały nas słowa:
— Co jestem? Tchórz i kundel, ty psie czerwony? Ja ci pokażę, czy jestem tchórzem, czy nie! Kto z was ruszy jakim członkiem ciała, dostanie ode mnie kulą w łeb! Ręce w górę!
Był to stary Wabble. Nie przeciskał się przez gęste zarośla, lecz przyszedł sobie całkiem wygodnie wschodnią wązką wyrwą w lesie, którą przybyli także Komancze. Ze strzelbą przy policzku a palcem wskazującym na cynglu wyszedł z poza najbliższego krzaka i zbliżał się krokiem powolnym.
— Ręce w górę! — powtórzył, gdy czerwoni nie usłuchali odrazu tego wezwania.
Okrzyk ten jest starym zwyczajem na dzikim Zachodzie. Kto obie ręce ma w górze, nie może chwycić za broń. „Ręce w górę!“ Na kogo z temi słowy napadną i zawołają, tego życie nie warte ani pół penny. Indyanie także to wiedzą; to też po powtórzeniu rozkazu, trzej Komancze podnieśli ręce do góry.
— Tak, mam was teraz, czerwone draby! — roześmiał się. — Kto rękę spuści, dostanie kulą; ja nie żartuję. Więc jestem tchórzem! Tak, tak! I wy pojmaliście mnie i Old Shatterhanda i Old Surehanda! Czy to prawda, ty, opryszku?
Czerwonoskóry nie odpowiedział.
— Aha, zabrakło ci oddechu! Ale zaczekajcie tylko, zaraz wam go damy. Muszę wam jeszcze pokazać paru dobrych przyjaciół, bardzo znanych mężów, których widok nadzwyczajnie was ucieszy. Gdzież oni siedzą?
Miał nas oczywiście na myśli, Old Surehanda i mnie. Ze strzelbą wymierzoną ciągle do Komanczów, szukał oczyma w zaroślach ku wschodowi, gdzie się nas spodziewał i gdzie tkwiliśmy rzeczywiście. Nic dziwnego, że czerwoni trzymali ręce w górę, gdyż widok jego mógł im napędzić respektu. Postać miał wogóle nadzwyczajną a w dodatku uzbrojony był w cztery strzelby, gdyż swoją miał w ręku, a na plecach niósł rusznicę Old Surehanda, moją niedźwiedziówkę i sztuciec Henry’ego. Nie ośmieliliby się stawić mu oporu.
Mimo to nie zgadzałem się bynajmniej z jego nagłem pojawieniem się. Miał zostać za lasem przy koniach a nie przychodzić tutaj nad wodę. Postanowiłem pociągnąć go do opowiedzialności, chociaż rzecz swoją zrobił wcale nieźle. Teraz chciał nas mieć przy sobie, więc dałem znak Old Surehandowi, podnieśliśmy się i przecisnęliśmy przez gałęzie na wolne pole. Ujrzawszy nas, zawołał do Komanczów:
— Oto mężowie, których chcę wam pokazać, wy łajdaki jakieś. Czy znacie ich?
— Old Shatterhand! — krzyknął radośnie Długi Nóż.
— Old Surehand! — zawołał Komancz ze strachem.
Zwróciłem się do niego:
— Tak, to my, o których mówisz, że jesteśmy u was w niewoli. Mr. Cutterze, odbierzcie im broń!
Dobyłem rewolweru i wymierzyłem go do nich; nie śmieli się poruszyć.
— Odwiążcie Apacza, Mr. Cutterze!
Uczynił to — a Długi Nóż, zaledwie poczuł się panem swych członków, schylił się, porwał tomahawk i pod dwoma szybkimi ciosami padli dwaj Komancze z roztrzaskanemi czaszkami. Pochwyciłem go za ramię i zawołałem:
— Co mój czerwony brat czyni! Chciałem pomówić z tymi wojownikami Komanczów, a...
Nie słuchał mnie już dalej, lecz wyrwał się i zarąbał trzeciego tak szybko, że nie mogłem temu przeszkodzić. Potem odrzekł mi:
— Niechaj mi sławny brat przebaczy, że postępuję inaczej, aniżeli sobie życzy. Ja wiem, że nie lubi przelewać krwi, dlatego ja ją przelałem.
— Ale nie powinno się jej było przelać.
Wskazał na swoją prawą pierś i zapytał:
— Czy moja także nie płynie? Skoro topór wojenny już raz wykopany, to życiem płaci się życie, a krwią za krew.
— A więc zabij, skoro chcesz, tych, których zwyciężyłeś; ci trzej nie należeli do ciebie, lecz do nas. Od kiedyż to wojownicy Apaczów postradali swoją dumę i zabijają wrogów, pokonanych przez kogo innego? Czy od kiedy u was nie byłem, zdobicie się bohaterstwami, których nie dokonaliście sami?
Spojrzał w zawstydzeniu na ziemię i zaczął się usprawiedliwiać:
— Jeden z tych trzech mnie zranił. Czy miał pozostać przy życiu? Co zrobiłby Old Shatterhand z tymi psami, gdyby żyli? Czy zabrałby ich ze sobą? To byłby ciężar, który zaszkodziłby mu pewnie. A czy może miał zamiar puścić ich wolno? W takim razie byliby pojechali do swoich i zdradziliby to, co widzieli.
— Masz słuszność, ale wiesz także, iż Old Shatterhand oddawna już jest wodzem Apaczów. Czy wolno wojownikowi tego szczepu czynić w jego obecności, co mu chwila na myśl przyniesie? Naco są wodzowie, jeśli każdy wojownik może wobec nich czynić, co mu się podoba? Co powie największy wódz Apaczów, Winnetou, skoro mu to opowiem?
Na to pochylił się przede mną ten dumny człowiek i prosił:
— Postąpiłem niesłusznie. Czy Old Shatterhand przebaczy mi pośpiech czynu?
— Stało się i nie da się już zmienić. Przebaczam ci, chociaż wyrządziłeś nam prawdopodobnie wielką szkodę.
— Szkodę? Jak może mój biały wódz mówić o szkodzie?
— Chciałem pomówić z tymi ludźmi i byłbym pewnie dowiedział się od nich, co chcę wiedzieć.
— Oni nie odpowiedzieliby na nic.
— Powiedzieliby. Czy mój czerwony brat uważa mnie za tak nierozumnego, że powiedziałbym im, co chcę wiedzieć? Czyż nie wie, że mowa i pytania chytrego człowieka są jako pętle, w które złowić można nawet mądrego?
— Wiem o tem, ale Old Shatterhand nie ma teraz potrzeby pytać tych psów Komanczów.
— Pewnie, że nie, bo nie żyją!
— Gdyby nawet byli przy życiu. Ja wiem wszystko; dowiedziałem się.
— Od kogo?
— Od nich.
— Czy mówiłeś z nimi?
— Nie.
— Więc podsłuchałeś ich?
— Tak.
— Dobrze, zobaczymy, czy mnie zadowolisz. Teraz pokaż twoją ranę. Czy głęboka?
— Ja nie wiem, ale nie może być śmiertelna.
Miał słuszność; nie była nawet ciężka. Nóż wbił mu się tylko z boku w prawy mięsień piersiowy i zesunął się po żebrach. Dla Indyanina była to rana lekka, chociaż nie mógł uniknąć gorączki. Kiedy go opatrywałem, przybyli Parker i Hawley i zdziwili się niemało na widok tego, co zobaczyli.
— Oto widzicie, moi panowie, jak szybko uporaliśmy się z tymi opryszkami — rzekł do nich Old Wabble. — Kiedy przybyłem, byli trzej, niestety, już zabici. Byłbym wziął wszystkich sześciu na siebie. Jak pięknie umiały te draby podnosić ręce w górę!
— A jak łatwo mogliście przy tem wpaść w dołek, mr. Cutterze! — dodałem.
— W dołek? — zapytał zdumiony.
— Tak.
— Jakto?
— No, gdyby byli nie podnieśli rąk w górę?
— To byłbym ich powystrzelał.
— Ilu?
— Oczywiście, że wszystkich trzech; th’ is clear.
— Jednego, tak — ale tamci dwaj pochwyciliby was za połę.
— Niechby spróbowali!
— Czemu nie? Jak bylibyście się bronili, mając wystrzeloną strzelbę w ręku a ich dwu na plecach? W tej bijatyce dostalibyście po skórze.
— Zaczekać, zaczekać, sir.
— A co byłoby, gdybyście zamiast trzech zastali tu wszystkich sześciu?
— Przecież stałem przedtem za krzakiem i widziałem, jak rzeczy stoją. A gdyby ich nawet było sześciu, postąpiłbym tak samo.
— I byliby was zgasili!
— Pshaw! Przecież nie jestem dzieckiem. Przypomnijcie sobie tylko siebie, sir! Przecież już nie raz byliście w tem położeniu, że trzeba się było zabrać do sześciu czerwonych.
— Ale te położenia bywały inne. Mnie boją się bardziej, aniżeli was, i mam sztuciec Henry’ego, który czerwoni uważają za strzelbę czarodziejską.
— Hm, tak. Ale mimo to nie popełniłem żadnego błędu, bo nic mi się stać nie mogło.
— Chyba dlatego, że byłem blizko z Old Surehandem.
— Tak.
— W takim razie mylicie się bardzo. Gdyby czerwoni nie przerazili się tak i zachowali przytomność umysłu, bylibyście dostali kulą albo nożem, i nie moglibyśmy byli temu wcześniej przeszkodzić. A gdybyście nawet mieli słuszność pod każdym względem, to napewno nie pod tym, że postąpiliście wbrew mojemu poleceniu. Postanowiono przecież, że mieliście zostać tam za lasem, przy koniach.
— Sir, czas wydał mi się za długi.
— To jeszcze bynajmniej nie powód, żeby głupstwa popełniać.
— Głupstwa? Przepraszam was, mr. Shatterhandzie! Old Wabble głupstw nie popełnia!
— Pshaw! Mieliście bezwarunkowo zostać na stanowisku, które wam powierzono. Do czegoby to doszło, gdyby każdy mógł sobie odchodzić z miejsca, które ma zajmować. Jak można wobec tego brać z wami udział w jakiemkolwiek niebezpiecznem przedsięwzięciu? Wiecie, że to, co zamierzamy, połączone jest z wielkiem niebezpieczeństwem. Musimy mieć do siebie nawzajem zaufanie mocne, jak skała. Jeśli nie, to odjeżdżam dalej a was tu zostawię.
— Brawo, brawo! — zawołał Parker.
Old Wabble napadł nań z gniewem:
— Co tutaj macie wykrzykiwać? Wypraszam sobie takie wrzaski raz na zawsze!
— Wierzę — odpowiedział Parker. — Ja mam pozwalać na to, żeby mi ciągle grożono zostawieniem mnie — wy zaś nie chcecie tego słyszeć, stary Wabble’u! Nie byliśmy przy tem. Jakiegoż to strzeliliście bąka?
— Żadnego, ale jeśli nie zamkniecie dzióba, to strzelę i to całkiem porządnego: wy nim jesteście. Th’ is clear!
Odwrócił się z wściekłością.
Postarałem się najpierw o nasze bezpieczeństwo; kazałem sprowadzić konie i rozstawiłem straże. Hawley był pierwszym; miał patrolować dokoła lasku i donosić o wszystkiem, coby zauważył. Potem zbadano Komanczów. Nie żyli; odsunęliśmy ich na razie na bok. Potem usiedliśmy wszyscy razem, ażeby omówić położenie. Mrok wieczorny zapadał już, ale rozniecanie ogniska nie było wskazane. Blasku jego nie można było zobaczyć z zewnątrz, gdyż Mały Las był dość gęsty, ale Komancze, mający potem nadejść tą drogą, nie powinni znaleźć śladów naszego obozu.
Główną rzeczą było oczywiście to, co mi miał powiedzieć Długi Nóż. Gdy go spytałem, czy spotkał się z Winnetou, odpowiedział:
— Tak. Wojownicy Apaczów słyszeli, że Komancze wykopali topory wojenne — i wysłali zaraz ludzi na zwiady, przeciw komu wymierzony będzie atak. Ja należałem do nich i miałem ze sobą jeszcze jednego człowieka. Pojechaliśmy w górę rzeki Pecos, gdzie spodziewaliśmy się Komanczów i natknęliśmy się na nich nad Saskuan-kui, które my Apacze nazywamy Doklis-to, Błękitna Woda. Nie mogliśmy ich podejść, a tem mniej podsłuchać, gdyż włóczyli się po okolicy, polując, aby nagromadzić mięsa.
— Ależ wieczorami się nie poluje!
— Old Shatterhand ma słuszność, a my także wiedzieliśmy o tem. Zostawiliśmy konie i zakradliśmy się pieszo nad Błękitne Wodę, gdzie przybyliśmy, kiedy się już zciemniło.
— Czy usłyszeliście cośkolwiek?
— Nie. Zadawaliśmy sobie wiele trudu, ale nie mieliśmy szczęścia. Mój biały brat mi uwierzy i nie zrobi mi wyrzutu z tego powodu. Może się to zdarzyć najlepszemu i najśmielszemu wywiadowcy, że mimo wszelkiego sprytu musi wracać do domu, nie dowiedziawszy się niczego.
— Zapewne. Znam cię i ani myślę lekceważyć sobie ciebie. Gdzie spotkałeś Winnetou?
— Przez dwa wieczory zakradaliśmy się nad Błękitną Wodę. Pierwszego nie skorzystaliśmy nic a drugiego spotkaliśmy się z Winnetou, który przybył jeszcze przed nami i kazał nam nie narażać się dłużej na niebezpieczeństwo, lecz pójść ze sobą.
— Aha, wtedy pewnie dowiedział się czegoś.
— Tak, dowiedział się o czemś, co zadziwi bardzo mego wielkiego brata Old Shatterhanda.
— Co takiego?
— Na wielkiej pustyni, zwanej przez białych Llano Estacado, znajduje się piękna klaparya-siyaderstar[23] z wielką ilością jasnej wody, nad którą rosną najwspanialsze drzewa, krzaki i kwiaty. Stoi tam dom, a w nim mieszkają trzy osoby, a mianowicie deklil inda[24], deklil isoma[25] jego matka, i jeden biały myśliwiec, pan owych stron, zwany Dil Mejeh, Krwawy Lis. Winnetou widział go i palił z nim kalumet przyjaźni.
— Ja znam go także.
— Uff! — zawołał zdziwiony czerwonoskórzec. — Old Shatterhand widział go już także?
— Tak.
— A więc także wodę i dom na pustyni?
— Tak.
— A więc mój biały brat znajdzie tam drogę?
— Oczywiście. Byłem tam kilka razy. Czy Winnetou nie powiedział ci tego?
— Nie, Winnetou, wielki wódz Apaczów, nie lubi długich opowiadań i nie powie ani słowa ponad potrzebę. A zatem znasz te strony i drogę do nich! Dlatego miałem czekać na ciebie i dać ci wiadomość od wodza.
Zdziwił się. Ze słów jego poznałem, jak milczący Winnetou zachował tajemnicę i teraz. Nie powiedział nigdy ani słowa o oazie na Estacadzie. Apacz mówił dalej:
— Komancze musieli być kiedyś u Krwawego Lisa, jak wyrozumiałem ze słów Winnetou.
— Rzeczywiście. Byli tam z nim i ze mną. Dowodził nimi młody wódz Sziba Big, Spiżowe Serce.
— Sziba Big? Widzę, że Old Shatterhand wie wszystko dobrze, gdyż ten młody wódz ma teraz prowadzić Komanczów na wyspę w pustyni..
— Czy dowiedziałeś się może, dlaczego ci Komancze zwracają tam swoją wojenną wyprawę?
— Winnetou to podsłuchał. Krwawy Lis wyjechał z pustyni na polowanie i spotkał się z gromadą Komanczów. Napadli na niego, żeby go zabić, lecz on bronił się i kilku z nich zastrzelił. Kule jego wbiły się im w sam środek czoła.
— A czyż oni go znali?
— Jeden z nich był przedtem u niego na pustyni poznał go teraz.
— Czy im umknął?
— Ani jedna ich kula go nie dosięgła, ani jeden nóż nie zadrasnął mu skóry.
— Dzięki Bogu! Teraz wybierają się, by poszukać zemsty i chcą go zabić?
— Tak. Jego chcą zabić a dom jego i drzewa zniszczyć, żeby wyspa zrobiła się taka, jak pustynia. Winnetou to podsłuchał.
— Ale on nie mógł podsłuchać tego dopiero nad Błękitną Wodą, lecz musiał to wiedzieć już pierwej, gdyż ja otrzymałem od niego wiadomość o tem jeszcze na Sierra Madre.
— Byli tam na polowaniu dwaj Komancze i nie znając go, opowiadali mu o tem. Spotkał się z nimi i podał się za syna Keiowehów. Oni mu uwierzyli.
— W takim razie ich dusze były nieobecne. Kto Winnetou może wziąć za Keioweha, ten niema mózgu w głowie. Co dalej.
— Winnetou wyruszył natychmiast z Sierra Madre, ażeby ostrzedz Krwawego Lisa. Spostrzegł po drodze ślady Komanczów i poszedł za nimi aż nad Błękitną Wodę, gdzie ich podsłuchał. Przytem spotkał się z nami. Wódz bardzo się tem ucieszył i wydał nam rozkazy. Tego wojownika, który był z nami, posłał do domu, ażeby zaprowadził do Nargoleteh-tsil[26] trzystu Apaczów, dobrze uzbrojonych i zaopatrzonych w mięso; tam mają czekać na Old Shatterhanda. Mnie zabrał tu, do Małego Lasu, i kazał mi tu czekać na Old Shatterhanda, aby mu powiedzieć, że ma pojechać do Nargoleteh-tsil, stanąć na czele naszych wojowników i podążyć za nim na Llano Estacado.
— Dobrze, dobrze! Tak też sobie myślałem. Czy to już wszystko, co ci polecił?
— Tak, wszystko.
— A zatem pod Deszczową Górę. Znam ją dobrze. Dobrze jadąc, można tam dostać się za pół dnia. To miejsce wybrane nadzwyczaj dobrze, gdyż tam może się ukryć nawet więcej, niż trzystu wojowników. Jaka szkoda, że zabiłeś tych trzech Komanczów. Gdyby jeszcze żyli, dopytałbym się od nich pewnie czegoś, co przydałoby się nam wiedzieć.
— Co chciałby Old Shatterhand wiedzieć?
— Kto jest wodzem Komanczów.
— Sziba-Big: powiedziałem to już.
— Wątpię, bo na to jeszcze za młody. Nad Błękitną Wodą dowodzi Wupa Umugi, który nie słuchałby pewnie młodszego wojownika, a potem przyjdzie jeszcze Nale-Masiuw, który będzie prawdopodobnie także zbyt dumny, żeby miał poddać się rozkazom Żelaznego-Serca.
— Uff! Nale-Masiuw, który na każdej ręce ma tylko po cztery palce? On także przyjdzie?
— Tak, ze stu ludźmi.
— Skąd Old Shatterhand wie o tem?
— Podsłuchałem to nad Błękitną wodą.
— Uff, uff! To Old Shatterhand był także nad Błękitną Wodą i udało mu się podejść tych psów Komanczów? Co nie uda się żadnemu innemu wojownikowi, tego dwaj dokażą na pewno: Winnetou i Old Shatterhand.
— Nie zasługuję na tę pochwałę, gdyż ci dwaj biali wojownicy, których tu widzisz, byli tam także razem ze mną.
— Tak, ale jak? — wtrącił Old Shatterhand. — Wy byliście tam, jako wolni ludzie, a...
— Cicho! — wtrąciłem. — Co tam się stało, to może całkiem dobrze zostać między nami; nie potrzeba tego dalej opowiadać! Jak powiedziano, dobrze byłoby wiedzieć, kto jest właściwym dowódcą Komanczów. Ze strony Wupa Umugi i Nale-Masiuw nie mamy się spodziewać nic dobrego. Ale Sziba-Big winien mi wdzięczność, gdyż wówczas ocaliłem mu życie i przeprowadziłem bezpiecznie przez Llano. Jest wprawdzie młodszy od tamtych dwu — nie zechcą mu się podporządkować — ale to syn słynnego Tewua-Szohe[27], który był najwyższym wodzem wszystkich szczepów Komanczów. Sądzę zatem, że dzięki sławie, jaką sobie zdobył i wynikom, jakie mu zawdzięczano, może być, że stanowisko jego przeszło na syna. Gdyby ci trzej Komancze jeszcze żyli, to dowiedziałbym się od nich o tem napewno.
Chociaż słów tych nie zwróciłem wprost do Długiego Noża, odpowiedział:
— Old Shatterhand przebaczył mi już to, co uczyniłem. Czy nie mam opowiedzieć o tych sześciu zabitych Komanczach?
— Uczyń to. Kto kogo najpierw zobaczył, ty ich, czy oni ciebie?
— Ja zobaczyłem ich pierwej, niż oni mnie. Czekałem tutaj na Old Shatterhanda. Komancze mogli łatwo nadejść; byłem zatem bardzo ostrożny i ukryłem konia głęboko w zaroślach. Zarazem starałem się nie robić śladów. Lecz musiałem przecież chodzić to tam to ówdzie, musiałem poić konia i to doprowadziło do odkrycia mnie. Zaprowadziłem konia do wody, a kiedy pił, wyszedłem na skraj Małego Lasu, aby zobaczyć, czy mi bezpiecznie. Wtem dostrzegłem nadchodzących tych sześciu psów i zaledwie zdołałem zaprowadzić konia do kryjówki. Śladów zatrzeć nie mogłem. Przyszli, zobaczyli ślady i poszli za nimi w zarośla. Uciekać nie mogłem, bo już byli za blizko. Zastrzeliłem pierwszego z nich a drugiego i trzeciego pchnąłem nożem. Zraniono mnie, powalono na ziemię i skrępowano a potem przywiązano do drzewa. Kiedyście nadeszli, zabiłem ich. Old Shatterhand nie może ich o nic zapytać, ale słyszałem od nich coś, co chciałbym mu powiedzieć.
— Co?
— Chcą się udać na zieloną wyspę, ażeby pochwycić Krwawego Lisa i Murzynkę i zaprowadzić ich do wielkiej wsi Komanczów. Kiedy rozmawiali ze sobą, dowiedziałem się, gdzie ich wieś teraz leży.
— To jest rzeczywiście ważne. Gdzież ona?
— Nie znam tego miejsca i nie słyszałem nigdy jego nazwy. Oni nazywali je Kaarn-kulano[28].
— Mylisz się; znasz to miejsce z pewnością. Komancze nazywają tak rzeczywiście, a wy Kaczo-nastla, a zatem także Dolina Zajęcy.
— Kaczo-nastla? Pewnie, że znam to miejsce; leży o dobry dzień drogi stąd. Tam mają zabrać Krwawego Lisa, aby zginął przy tym samym palu. Murzyn już tam.
— Co? — spytałem przestraszony. — Jaki Murzyn?
— Syn czarnej kobiety, który mieszkał z Krwawym Lisem w pustyni.
— Ach, to naprawdę bardzo ważna, ale też i bardzo niepocieszająca wiadomość. Czyś dobrze słyszał?
— Moje ucho nie pomyliło się.
— Ale mogła być mowa o innym Murzynie.
— Tylko o murzynie z pustyni. Te psy Komancze wymienili jego imię.
— Jak się nazywał? Prędzej!
— Słyszałem, lecz nie spamiętałem.
— Bob?
— Tak, Bob, Bob powiedzieli.
— Jakże się dostał w ich ręce? Czy o tem nie mówili?
— Mówili. Był on z Krwawym Lisem na polowaniu, kiedy nań napadli Komancze. Lis zabił kilku z nich i umknął, lecz Murzyn wpadł im w ręce i zabrano, go na Dolinę Zajęcy. Tam zatrzymają go w niewoli, dopóki nie sprowadzą Lisa i Murzynki. Potem wszyscy troje mają zginąć śmiercią męczeńską.
— Tak daleko nie dojdzie; ja się o to postaram.
Bob musi wyjść na wolność. Ja tam zaraz pojadę.
Zerwałem się w rozdrażnieniu, chociaż zresztą niełatwo mię rozdrażnić. Wszyscy byli zdziwieni — a najbardziej Apacz, gdyż czerwony gardzi czarnym bardziej, aniżeli biały; ale nie śmiał nic na to powiedzieć. Dla dawnego cowboya, Old Wabble’a, stał Murzyn także tak nizko, jak pies, więc nie mógł milczeć.
— A wam co, sir? — zapytał. — Zdaje mi się, że ten Bob wyprowadza was z równowagi.
— Nie on, lecz ta okoliczność, że jest w niewoli u Komanczów i że mają go zabić.
— Pshaw! Czarny, nigger!
— Nigger? Chcieliście powiedzieć Negr.
— Nigger, powiadam. Nigdy w życiu nie wymawiałem tego słowa inaczej.
— Bardzo żałuję! Zdaje mi się, że Murzynów nie zaliczacie do ludzi.
— Naturalna historya wymienia ich wprawdzie między sortami ludzi, więc naukowo są nimi, ale, my God, jakimi!
— Przynajmniej takimi, jak wszyscy inaczej zabarwieni.
— Pshaw! Nigger jest stworzeniem tak nizkiem, że właściwie nie warto bynajmniej mówić o nim.
— Czy to rzeczywiście wasze zdanie?
— Yes.
— W takim razie ubolewam serdecznie, gdyż twierdzeniem tem dowodzicie, że stoicie jeszcze o wiele niżej od niggra.
— All devils! Czy to na seryo, sir?
— Zupełnie seryo!
— W takim razie ubolewam tak samo, jak wy. Człowiek kolorowy nie jest nigdy prawdziwym człowiekiem, bo Bóg nie naznaczyłby go barwami.
— Takiem samem prawem mógłby Murzyn powiedzieć: Biały nie jest prawdziwym człowiekiem, bo Pan Bóg nie stworzyłby go bezbarwnym. Zwiedziłem trochę więcej świata, aniżeli wy, i znalazłem wśród czarnych, brunatnych, czerwonych narodów przynajmniej tyle dobrych ludzi, co pośród białych; przynajmniej, mówię, przynajmniej. Czy rozumiecie, mnie, mr. Cutterze?
— Mnie wszystko jedno, coście znaleźli. Nie poznałem dotąd jeszcze ani jednego niggra, obok którego chciałbym usiąść.
— Ponieważ każdego czarnego traktowaliście od pierwszej chwili zaraz tak, że nie mógł się do was usposobić przychylnie. Doświadczenie wasze nie tworzy zatem takiego dowodu, jak twierdzicie. Co się zaś tyczy Boba, to jest on takim zacnym człowiekiem, że gdybyście się obaj znajdowali w potrzebie, poskoczyłbym prawdopodobnie prędzej jemu, aniżeli wam z pomocą.
— Thunder storm! A to komplement. Umiecie być nadzwyczajnie uprzejmym, mr. Shatterhandzie, nadzwyczajnie uprzejmym; th’ is clear!
— Staram się być szczerym a nie uprzejmym. Nie jestem zresztą uprzejmym dla ludzi, którzy pogardzają bliźnimi. Gdy was kiedyś zakopią do ziemi, zrobi się z waszego białoskórego ciała taki sam śmierdzący trup, jak ze zwłok Murzyna. Przyznacie mi to chyba, a teraz bądźcie tacy dobrzy i wyliczcie mi innne wasze zalety. Wszyscy ludzie, to stworzenia Boga, i dzieci Boga a jeśli wyobrażacie sobie, że was zrobił ze szczególnie drogocennej materyi i że jesteście szczególnym jego ulubieńcem, to popełniacie błąd, który trudno pojąć. Cieszyłem się, że was poznałem; czy ta radość ma się teraz skończyć?
Ciemno się zrobiło, więc nie mogłem poznać jego twarzy, ale słowa moje widocznie go dotknęły. Spuścił, głowę i mruknął:
— Zounds! Szkoda, wierutna szkoda, że zostaliście westmanem.
— Czemu?
— Zostalibyście byli jeszcze lepszym proboszczem kaznodzieją; th’ is clear.
— Jestem westmanem tylko przy sposobności. Przedewszystkiem jestem człowiekiem — i gdy drugi człowiek znajduje się w potrzebie a ja mogę mu dopomódz, to nie pytam się, czy jego skóra ma barwę zieloną czy niebieską. Tego Boba nie zostawię u Komanczów!
— Owszem! Nie bronię wcale, gotów nawet jestem wam dopomódz, ale teraz nie mamy wcale czasu na to.
— Ale to musi się stać zaraz teraz!
— Co? jak? Teraz właśnie?
— Tak.
— Przecież musimy ruszyć do Nargoleteh-tsil, aby się tam spotkać z Apaczami.
— Na to jeszcze czas.
— Jeszcze czas? Sir, ja was nie pojmuję.
— Czyż nie umiecie liczyć, mr. Cutterze? Czy sądzicie, że Apacze już tam być mogą?
— To musicie lepiej wiedzieć ode mnie. Ja tam mniej myślę o nich, aniżeli o Komanczach, których musimy uprzedzić.
— To także nic pilnego. Od wczoraj wieczorem za trzy dni ma Nale-Masiuw przybyć nad Błękitną Wodę. Czy sądzicie, że zaraz potem wyruszą?
— Nie, gdyż jego ludzie i konie muszą wypocząć z drogi.
— Przynajmniej jeden dzień wypocząć; mamy więc od teraz trzy dni czasu, a z tego potrzeba mi tylko dwu na uwolnienie Boba.
Stary chciał odpowiadać w dalszym ciągu, lecz Old Surehand uprzedził go, mówiąc:
— Powiedzcie-no, mr. Shatterhandzie. Słyszałem o was coś, co mnie nadzwyczajnie zajęło. Mieliście tam w Parku Narodowym spotkanie z Siouksami. Mieliście przy sobie towarzystwo dzielnych ludzi i Murzyna, nazywającego się Bob, jeśli się nie mylę.
— Tak jest.
— Czy to był ten sam Bob?
— Tak.
— W takim razie macie słuszność, zupełną słuszność. Nie wolno nam go zostawić; on musi się wydostać.
— Chcecie iść razem?
— Oczywiście! To się rozumie samo przez się. Kiedy stąd wyruszymy?
— O świcie.
— Czy to nie zapóźno?
— Nie. Wprawdzie stąd do Kaamkulano jest z czubkiem dzień drogi, ale ja znam te strony i mamy doskonałe konie. Nie natężając ich zbytnio, będziemy tam przed samym wieczorem, a zatem w czasie najwłaściwszym.
— Tak, przed samym wieczorem zawsze najlepiej, bo jest czas poznać miejscowość i przygotować sprawę. Potem, kiedy się ściemni, nastąpi wykonanie planu. Cieszę się z góry. Czy macie pojęcie, ilu tam ludzi mieszka?
— Nie. To będzie tylko namiotowa wieś wodza Wupa Umugi, i zdaje mi się, że nie będzie tam wielu młodych i rzeźkich wojowników.
— A więc bitwa ze starymi babami! Fi!
— Hm, tak łatwo nam to nie pójdzie. Podczas każdej wyprawy zostaje pewna liczba wojowników dla ochrony obozu, a w tym wypadku także dla pilnowania jeńca. Z nimi to będziemy mieli do czynienia.
— Wątpię jednak, żeby wszystkie nasze konie wytrzymały tę jazdę?
— Wszystkie? Ileż macie na myśli?
— No tyle ile ich mamy.
— A zatem dwa.
— Dwa? — zapytał zdziwiony.
— Tak. Mój kary i wasz kasztan.
— Hola! Sądzicie, jak się zdaje, że tylko my dwaj puścimy się w tę drogę?
— Pewnie; któż jeszcze?
— Sądzę, że nikt się nie wyłączy.
— A ja sądzę, że mamy przed sobą taką drogę, jakiej tylko nasze konie podołają. O mr. Parkerze i mr. Hawleyu wogóle nie może być mowy. Ich konie są już teraz znużone i padłyby po drodze.
Parker nic nie powiedział — poznał widocznie, że miałem słuszność — lecz Joz miał do mnie wielkie przywiązanie i trudno mu było się rozstać.
— Czy to niemożebne, żebym z wami pojechał? — zapytał. — Wszak wiecie, jak chętnie przebywam z wami, sir!
— Wiem o tem, ale to niemożebne, mr. Hawleyu. Koń nie może tyle, ile wy chcecie od niego.
— To Old Wabble pożyczy mi swojego.
— A wam co znowu? — zawołał stary. — Przecież ja sam także jadę.
— Wy? — zapytałem.
— Tak, ja.
— Sądziłem, że zostaniecie z tamtymi?
— Czemu? Konia mam dobrego. Sądzicie może, iż nie wytrzyma jazdy?
— Wytrzymałby prawdopodobnie, lecz będzie się opierał i nie zechce ruszyć z miejsca.
— Opierał? To szczególne! Chciałbym widzieć konia, któryby się oparł Old Wabbl’owi.
— Tym razem, przecież!
— Czemu właściwie tym razem?
— Ponieważ chodzi o niggra.
— Aha! Tak to rozumiecie! No, pod tym względem nie będzie nic zależało od konia, lecz ode mnie.
— Albo ode mnie, mr. Cutterze. Nie mam zamiaru trudzić was dla czarnego.
— Pshaw, uczynię to chętnie.
— Przedtem brzmiało to inaczej!
— Tak, przedtem! Czy mam być szczerym, mr. Shatterhandzie?
— No?
— Nie było to z waszej strony zbyt smacznie powiedziane, to o śmierdzącym trupie, ale trafiło do mnie, i sądzę, że nie było to całkiem niesłuszne. Chcę naprawić moje głupstwo, pomagając wam w wydobyciu Boba, i dlatego proszę was, żebyście mnie wzięli ze sobą. Czy chcecie, sir?
— Hm! Skoro już w ten sposób mówicie, to chciałbym, ale to jednak nie da się zrobić.
— Czemu nie?
— Bo na was zdać się nie można.
— Oho! Tego mi jeszcze nikt nie powiedział.
— W takim razie ja mówię wam to po raz pierwszy. Udowodniliście dzisiaj, że mam słuszność. Czy wiecie, co zamierzamy? Chcemy jeńca wydobyć z samego środka wsi indyańskiej. Już to samo wystarczy. Ale nie mamy czasu czekać na odpowiednią łatwą sposobność i wykonać musi się to w czasie jak najkrótszym. Tu podwójnie chodzi o śmierć i życie!
— Wiem o tem.
— Bardzo ładnie! Zrozumiecie zatem, że nie mogę zabrać was z sobą.
— Ja śmierci się nie boję.
— Ja wiem, ale ja boję się, że, zabierając was, pojedziemy w objęcia śmierci. Nie bać się śmierci, a padać w jej ramiona z nierozwagi — to nie jest jedno i to samo. Wam nie można zaufać.
— Czy dlatego, że nie zostałem tam, przy koniach? Sir, to było ostatni raz; wierzcie mi! Podajcie mi rękę i zabierzcie mnie z sobą!
Cóż było robić? Prosił tak usilnie. Czy miałem tego starego, doświadczonego westmana odprawić z kwitkiem, jak greenhorna? Nie zdobyłem się na to; podałem mu rękę i rzekłem:
— No, to dobrze, jedźcie z nami, ale mam nadzieję, że młodzieńcza swawola nie opuści was razem z rozumem!
— Well! Oto mi słowo! Nie odmówicie mi dowodów zadowolenia. Ale co będzie z tamtymi? Czy oni zostaną tutaj?
— Nie, odjadą.
— Dokąd?
— Do Nargoleteh-tsil, gdzie spotkamy się z Apaczami. Długi Nóż zna przecież drogę.
Czerwonoskóry, do którego zwróciłem się z tem zapytaniem, odpowiedział:
— Znam ją dokładnie. Kiedy mamy odjechać?
— Jutro rano, skoro tylko my wyruszymy.
— Czy tych psów Komanczów mamy zostawić tutaj?
— Nie; muszą zniknąć bez śladu. Komancze, dążąc na pustynię, będą tędy przejeżdżali, więc nie można ich tu także pochować, gdyż znaleźliby groby.
— Czy zwyczajny wojownik Apaczów może Old Shatterhandowi coś poradzić?
— Czemu nie?
— Przywiążemy zwłoki do koni i zabierzemy je do Nargoleteh-tsil i tam je pochowamy.
— Tak, to będzie najlepsze ze wszystkiego.
— A do kogo należą ich konie, broń i rzeczy?
— Do ciebie. Nam nic nie potrzeba, chyba że mr. Parker i mr. Hawley zechcą zmienić konie. W takim razie niech sobie wybiorą dwa, które im się spodobają.
— Niech tak będzie. Ale skalpy także sobie zabiorę; oni zabraliby mój tak samo. Howgh!
Sprawa była zatem załatwiona. Zjedliśmy i położyliśmy się spać; ponieważ nazajutrz czekała nas męcząca jazda, Parker, Hawley i Indyanin przedtem zgłosili się z gotowością stania na straży. Przystaliśmy na to oczywiście.
Zając z dalekiego Zachodu, a szczególnie texański, jest nieco większy od naszego szaraka a uszy ma znacznie większe. W owych czasach było ich mnóstwo, gdyż na preryach żyło jeszcze tyle bawołów i wszelakiej innej zwierzyny, że westman tylko wtedy marnował kulę na zajączka, kiedy już nic innego nie było. Nigdzie nie spotykało się tyle szaraków, co nad potokiem, przeprowadzającym do Buffalo-Spring wodę z jego źródła; zresztą Buffalo Spring właściwie jest także tylko źródłem. Rzeczka ta wypływała z tylnej części skalnego zagłębienia, mającego kształt panwi, a zamieszkałego gęsto przez te gryzonie, i zwanego dzięki temu przez białych Haze-pan, Zajęcza Panew. Dno tej kotliny porosłe było prawie przez cały rok bujną, soczystą trawą, a na wznoszących się pochyło zboczach rosły krzaki, z których tu i ówdzie wychylała się korona jakiegoś drzewa. To było Kaam-kulano, na którem teraz Komancze wodza Wupa Umugi rozbili swoje namioty.
Nazajutrz wieczorem, mniej więcej na dwie godziny przed zmierzchem, zbliżyliśmy się do tej doliny. Okolica nie była wprawdzie pustkowiem, ale też nie była zbyt zielona; ponieważ zaś musieliśmy być przygotowani na spotkanie, a osłony żadnej nie było, musieliśmy się o nią postarać. Mogliśmy ją mieć tylko tam, gdzie znajdowały się zarośla, a one były tylko nad rzeczką. Dostaliśmy się do niej w miejscu, oddalonem najwyżej o kwadrans drogi od wylotu doliny. Była to wprawdzie z naszej strony śmiałość zapuszczać się w biały dzień aż tak blizko, ale nie mieliśmy nic innego do wyboru, bo czas był skąpo odmierzony. Musieliśmy się jeszcze przed nastaniem nocy dowiedzieć, jak w dolinie rzeczy stały.
Udało się nam szczęśliwie wynaleść nad wodą miejsce, gdzie mogliśmy się ukryć w krzakach tak, że lepiej trudno było sobie życzyć. Tam zsiedliśmy i pozwoliliśmy dość znużonym koniom napić się wody i paść się na trawie. Dla siebie zabraliśmy zapas suszonego mięsa, wystarczający na kilka dni. Ponieważ byłem już raz w tych stronach, poprosiłem Old Surehanda i Old Wabble’a, żeby nie opuszczali kryjówki, lecz zaczekali na mnie, a sam poszedłem na zwiady.
Uprzytomniłem sobie okolicę tak, jak poznałem ją podczas pobytu w tych stronach, i ułożyłem sobie plan. Tam, gdzie rzeczka wypływała z doliny, wznosiły się jej boki zwolna i szeroko wypukle w górę, a zarośla dosięgały aż szczytu. Była to dla mnie okoliczność pomyślna. Krzaki ciągnęły się potem, jak wianek, dokoła brzegu doliny i nastręczały mi wiele sposobności do ukrycia się, skoroby się okazała tego potrzeba. Była przytem jednak pewna trudność, której nie należało nie doceniać. Nie wolno mi było zostawiać śladów, albo tylko takie nieznaczne, żeby nie można rozróżnić, czy pochodziły od buta, czy też od indyańskiego mokasyna. Cała okolica pozbawiona była zresztą drzew i zarośli, tak, że każdy większy przedmiot widać było z daleka.
Idąc ostrożnie naprzód, rzucałem często wzrokiem na wolne pole. Ku mej radości nie było widać nikogo, ani mężczyzny, ani kobiety, ani dziecka. Minął już zatem czas, w którym wszyscy pozostali w polu mieszkańcy obozu zwykli się schodzić do doliny na wieczór i na nocny spoczynek. Pod nieobecność wojowników bardzo surowo tego przestrzegają. Doszedłszy do wylotu doliny, zwróciłem się na prawo i zacząłem piąć się na zbocze. Czy wejście było strzeżone? Spojrzałem na dół i nie ujrzałem nikogo. Obóz musiał się znajdować w środku doliny, długiej na pół godziny drogi, gdyż tylną część zarezerwowano pewnie dla koni. Pora była widocznie bardzo szczęśliwie obrana, gdyż tu, na górze, nie było nikogo i ani śladu, żeby ktokolwiek był tu w ostatnich godzinach.
Wkrótce ujrzałem pierwsze namioty, a przeszedłszy jeszcze kawałek, zobaczyłem cały obóz na dole. Składał się z samych letnich, płóciennych, a nie zimowych, skórzanych, namiotów. Nie miałem czasu ich zliczyć, ale było ich przeszło sto. Place przed namiotami i między nimi roiły się od chłopców, kobiet i dziewcząt. Mężczyzn widziałem niewielu, a i ci wydali mi się starzy. Czyżby tych stu pięćdziesięciu wojowników, których miał ze sobą Wupa Umugi, tworzyło całą ludność, zdolną do broni, i czy nikt tu nie został? Tego nie przypuszczałem; byłoby to wielką nierozwagą. Nie mógł zostawić obozu bez żadnej ochrony. Za obozem zobaczyłem kilka pasących się koni.
Poszedłem jeszcze dalej, ażeby zobaczyć miejsce, z którego widziałbym więcej. Chodziło o to, żeby po jakimś znaku rozpoznać namiot, w którym Bob siedział. Musieli przed nim leżeć strażnicy. I rzeczywiście. Przed wejściem do ostatniego namiotu leżeli dwaj wojownicy. To był więc prawdopodobnie ten, którego szukałem. Opodal stał drugi namiot, większy od innych. Przed nim stały wbite w ziemię dwie tyki, na których wisiały rozmaite przedmioty szczególnego kształtu. Byłyżby to worki z gusłami? Byłby to namiot wodza? Prawdopodobnie. Każdy wojownik ma tylko jeden taki worek; jeśli go zgubi, traci cześć, dopóki nie zdobędzie go na nieprzyjacielu, którego zabije. Umierając, zabiera worek z sobą do grobu. Są jednak niektóre plemiona, gdzie gusła po przodkach przechowuje się. Tworzą one świętą i drogocenną pamiątkę, a kto je utraci, ten przepada zupełnie w oczach drugich. Przyszła mi pewna myśl. Byłyżby to pamiątki po przodkach Wupa Umugi? Jeśli tak, to musiałem dostać je bezwarunkowo. W walce między Apaczami a Komanczami mogły mi one wyświadczyć nieocenione usługi.

Poszedłszy jeszcze trochę dalej, ujrzałem nagle ślad stopy, prawdopodobnie kobiecej. Weszła tędy po zboczu na górę. Nie śmiała mnie zobaczyć, więc musiałem zawrócić. Właśnie zamierzałem się odwrócić, kiedy zaszeleściało w zaroślach i stanęła przede mną. Podniosłem już rękę, by ją pochwycić, lecz opuściłem ją zaraz, nie dlatego, że była to kobieta, bo w takich położeniach należy unieszkodliwić każde oko, które człowieka zobaczy, lecz z powodu wyrazu, jakiego nabrało jej oblicze na mój widok.

Była stara. Jej niezwykle wysoka i szerokopleczysta postać okryta była tylko niebieską szatą, podobną do koszuli. Z odkrytej głowy zwisały siwe włosy w nieuczesanych, pomierzwionych kosmykach. Twarz miała ciemno ogorzałą, ale na innem miejscu nie byłbym jej uważał za Indyankę. Miała rysy kaukazkie, a wydało mi się nawet, że podobne gdzieś niedawno widziałem. Oblicze poorane było zmarszczkami i okropnie zapadłe a oczy... te oczy! jakie to było spojrzenie! Takie sztywne, a przytem połyskujące, dzikie, a zarazem beznadziejne oczy widziałem w domach dla obłąkanych. Tak, ta kobieta była obłąkana, bezwarunkowo obłąkana. Najpierw wypatrzyła się na mnie gniewnie i badawczo, a potem nabrały jej oczy blasku łagodnego. Uśmiechnęły się bezbarwne usta, skurczyły się palce, podobne do palców szkieletu, by na mnie skinąć, a potem usłyszałem ciche, pośpieszne słowa:
— Chodź tu, chodź tu! Muszę się ciebie spytać!
Postąpiłem o trzy dzielące nas kroki, a ona pochwyciła mnie za ramię, wkopała palce w rękaw i zapytała:
— Jesteś blada twarz?
— Tak — odrzekłem równie cicho.
— A kto ty jesteś?
— Jestem Tibo-wete-elen — szepnęła.
Wete znaczy kobieta. Ale co miało znaczyć tibo i elen, nie wiedziałem. W żadnym ze znanych mi dyalektów nie było tych słów.
— Czy masz męża? — spytałem.
— Tak, nazywa się Tibo-taka.
Znów to nieznane tibo! Taka znaczy mężczyna.
— Gdzie on? — pytałem dalej.
Na to przyłożyła mi usta prawie do ucha i szepnęła:
— Poszedł po Krwawego Lisa. Musi pójść na pustynię, bo jest guślarzem plemienia.
Tak, ona była obłąkana, bo nie powiedziałaby tego obcemu i białemu. Następnie ujęła mnie za obie ręce i spytała z wyrazem najwyższego zaciekawienia:
— Czy widziałeś mojego Wawa Derrik?
Wawa znaczy brat, a Derrik? Czy miałaby na myśli angielskie imię Dytrych? Ależ brat tej Indyanki nie mógł się nazywać Derrik? Prawdopodobnie miała na myśli zupełnie inne pojecie.
— Nie — odpowiedziałem.
— Jesteś bladą twarzą i nie znałeś go? Przypomnij sobie! Musiałeś go znać. Ja ci pokażę. Przypomnij sobie!
Odłamała cienką gałązkę z krzaka i zwinęła ją w kółko, splotła obydwa końce, położyła sobie na głowie i szepnęła z uśmiechem wewnętrznego szczęścia:
— To mój myrtle wreath, myrtle wreath! Czy podoba ci się? Podoba?
To szczególne. Ta Komanczka posługiwała się angielskiem słowem myrtle wreath, wianek mirtowy. Któraż z Indyanek zna to słowo? Żadna. Ująłem ją za rękę i spytałem:
— Czy jesteś może białą? Powiedz mi!
Na to zaczęła prychać szczególnym, nieopisanym śmiechem i odrzekła:
— Uważasz mnie za białą, bo jestem piękna, bardzo piękna i noszę wianek? Nie patrz mi w oczy, bo tęsknota cię spali tak, jak mnie pali. Czy znałeś mego Wawa Derrik? Czy pokazać ci namiot, w którym mieszkam?
— Pokaż!
— Chodź trochę dalej, na krawędź. Ale nie pokaż się, bo musiałbyś oddać życie! Nasi wojownicy zabijają każdą bladą twarz. Ale ja cieszę się, że cię widziałam, i nie powiem o tem ani słowa, bo uczynisz to, o co poproszę.
— Uczynię. Czego sobie życzysz?
Zdjęła gałązkę z głowy, podała mi ją i rzekła:
— Jeśli zobaczysz mego Wawa Derrik, to daj mu ten myrtle wreath! Chcesz?
— Tak, ale gdzie ten twój Wawa Derrik?
— Tak... on... on... nie wiem już tego. Zapomniałam, ale ty go odnajdziesz. Nieprawdaż?
— Tak — odpowiedziałem, by ją ucieszyć. — Co mu mam nadto powiedzieć?
— Powiesz mu, że... że... że... Nie potrzebujesz nic mówić. Skoro zobaczy myrtle wreath, będzie wiedział, co mam na myśli. A teraz popatrz na dół! Czy widzisz w drugim szeregu namiot z odznakami guślarza?
— Widzę.
— Tam mieszkam z Tibo-taka i nazywam się Tibo-wete-elen. Czy spamiętasz to sobie? Nie zapomnij tego.
— Nie zapomnę. Kto mieszka w tamtym wielkim namiocie z tykami?
— Tam mieszka wódz nasz, Wupa Umugi.
— Jego niema. Kto tam jest teraz?
— Tylko jego żona i córka.
— I nikt więcej? W nocy także?
— W nocy także nikt więcej.
— A kto mieszka tam, w ostatnim namiocie, przed którym leżą dwaj wojownicy?
— Tam mieszka Murzyn, którego zabiją po sprowadzeniu Krwawego Lisa.
— Czy pilnują go bardzo surowo?
— Bardzo, ciągle dwaj wojownicy! — rzekła głosem bardzo poważnym.
— Czy tu teraz wielu takich wojowników?
— Tylko ci dwaj, których tu widzisz. Wielu poszło z wodzem na pustynię a reszta na polowanie, po mięso. Powrócą jutro albo pojutrze. Nie zgubisz tego myrtle wreath, lecz schowasz go dobrze?
— Nie bój się; trzymam go dobrze.
— I dasz go mojemu wawa Derrik?
— Jeśli go znajdę.
— Znajdziesz go i... — popatrzyła przed siebie, jak gdyby czegoś w swojem wnętrzu szukała a potem wzięła mnie za rękę i mówiła dalej. — I zaniesiesz mu jeszcze coś, co ci dam teraz?
— Oddam mu to.
Na to zarzuciła mi szybko ręce na szyję i pocałowała mnie tak szybko, że nie mógłbym się przed tem obronić, gdyby mi serce na to pozwoliło. Potem odstąpiła i poprosiła:
— No, teraz muszę już odejść, a ty idź także. Ale nie mów o tem nikomu, żeś się ze mną spotkał. Ode mnie także nikt się nie dowie.
— Czy rzeczywiście nie powiesz?
— Przysięgam na to! A ty?
— Czy istotnie nie wolno mi o tem mówić?
— Nikomu, nikomu, z wyjątkiem mego wawa Derrik; on musi wiedzieć. Daj mi na to twoją rękę!
— Masz ją.
Podałe, jej rękę a ona ją uścisnęła. Potem zeszła z góry, lecz schodząc, odwróciła się jeszcze, położyła palec na ustach na znak milczenia i powtórzyła:
— Nikomu, ani jednemu! A nie zgub mego myrtle wreath!
Następnie zniknęła w zaroślach. Stałem jeszcze przez chwilę na tem samem miejscu, poczem zwolna odszedłem. Co za spotkanie! Było mi bardzo dziwnie. Kto była ta kobieta? Czy rzeczywiście Indyanka? Ale czy mogła być białą? Aby odpowiedzieć na te pytania, musiałbym ją więcej razy widzieć i mówić z nią. Była obłąkana; lecz mimo to wywarła na mnie głębokie duchowe wrażenie. Była zagadką, niezgłębioną, tragiczną zagadką; niezgłębioną, gdyż nie miałem czasu jej rozwiązać. Wawa Derrik istniał zapewne nietylko w jej wyobraźni, lecz w rzeczywistości; ale gdzie? i kto to był? Czy Indyanin? Prawdopodobnie, gdyż wyraz wawa na to wskazywał. A myrtle wreath; co to znowu? Czyżby był przyczyną jej szaleństwa? A może w chwili, kiedy oszalała, miała na głowie wianek mirtowy? Okropna myśl! Jeśli tak, to była białą a nie Indyanką. Może i było jakie rozwiązanie. Prawdopodobnie musiałem zetknąć się podczas walki z guślarzem; wtedy miał mi odpowiedzieć.
Wracając z temi myślami, nie zaniedbałem jednak ostrożności, jaka była potrzebna. Co miałem powiedzieć towarzyszom? Czy wolno mi było mówić o tej tajemniczej Tibo-wete-elen? Dałem jej słowo, że będę milczał, dałem je obłąkanej — więc czy mogłem je złamać? Nie byłoby to grzechem, ale po pierwsze byłoby to rzeczą brzydką i niemoralną, a powtóre zbyt długo przebywałem wśród ludów dzikich, dla których obłąkanie jest świętością, ażeby nie przychylić się nieco do tego zdania. Ta kobieta wydawała mi się czemś wyszczególnionem, a w mojem wnętrzu wytwarzało się dokoła jej zjawiska coś w rodzaju aureoli. Obłąkanie podnosiło moje przyrzeczenie, zamiast je obniżać; więc musiałem go dotrzymać.
Z tem postanowieniem wróciłem do naszej kryjówki, do której dostałem się szczęśliwie i niepostrzeżenie w chwili, kiedy się zciemniało. Tak długo mnie nie było.
— Nareszcie, nareszcie! — przyjął mnie Old Wabble, kiedy tymczasem Old Surehand milczał. — Zacząłem się już prawie o was niepokoić.
— Niema najmniejszego powodu do obawy — odpowiedziałem.
— Nie? Więc wszystko dobrze?
— Wszystko.
— Czy nigger jest?
— Negr, chcieliście powiedzieć! Tak.
— Ale pilnie strzeżony?
— W obozie są dzisiaj tylko dwaj wojownicy, pilnujący go dniem i nocą; reszta na polowaniu. Taka ciągła uwaga nuży i spodziewam się, że nie będziemy mieli wielkich trudności.
— Jak zabierzemy się do tego?
— Pozwólcie mi się namyślić.
Nie powiedziałem tego dla istotnej potrzeby namysłu, gdyż plan mój był gotowy, lecz dlatego, że nie miałem ochoty do rozmowy. Indyanka zaprzątała mnie jeszcze zbyt mocno. W tej chwili padł mój wzrok na Old Surehanda, którego męsko piękna twarz w oświetleniu ostatnich promieni światła dziennego nabrała wzruszająco rzewnego wyrazu. Czy tak było w istocie, czy też się omyliłem? Oto podobieństwo, które odczułem był przedtem na widok owej kobiety, a którego nie mogłem sobie bliżej określić. Tak, to była ta sama twarz, to samo czoło, te same usta, tylko pełniejsze, młodsze i męskie, oraz bez owego wstrząsającego tragizmu, tylko elegijnie poważne i rzewne. Była to dla mnie niespodzianka, prawdziwa niespodzianka, ale już w następnej chwili wydało mi się, że musiałem się pomylić. Byłem jeszcze pod świeżem wrażeniem spotkania się na wzgórzu Kaam-kulano i widziałem rzeczy nieistniejące!
Zmrok zapadał szybko i wkrótce nie mogłem już rozpoznać twarzy Old Surehanda. Co byłoby, gdybym nie uważał tego za złudzenie i opowiedział mu o Indyance? To byłoby ją o wiele prędzej z nocy obłąkania wyzwoliło. Nie czynię sobie jednak wyrzutów, gdyż chciałem względem niej być rzetelnym, sprawiedliwym i dotrzymać przyrzeczenia. Jemu zaś można było także zdjąć daleko prędzej z serca przygniatający go tak bardzo ciężar.
Siedzieliśmy długo, nie przerywając milczenia, aż Old Wabble stracił cierpliwość i zapytał mnie:
— No, sir, jak długo będziecie właściwie myśleli? Czy pozwolicie mi dopomódz w tem sobie?
Na to przerwał Old Surehand swoje milczenie i upomniał go.
— Old Shatterhandowi nie potrzeba waszej pomocy, stary Wabble’u; on sobie bez was da radę.
— Ale kiedy? Wieczór mija, a tu niema czasu do stracenia.
— Cierpliwości! — prosiłem go. — Nie możemy nic począć, dopóki czerwonoskórcy nie zasną.
— Ale potem? Jak zabierzemy się do tego?
— Wiem, gdzie stoi namiot, w którym Bob siedzi. Zakradniemy się tam, powalimy strażników...
— Zabijemy ich? — przerwał mi.
— Nie. Wystarczy ich ogłuszyć.
— Weźmiecie to chyba sami na siebie, bo ja tego nie dokażę. Ale mówicie tak, jak gdyby to było takie łatwe: zakradniemy się, powalimy...
— I wydobędziemy go... koniec!
— Koniec! I nic więcej?
— O, i owszem.
— Co?
— Potem udamy się do namiotu wodza i zabierzemy stamtąd worki z gusłami, wiszące tam na tykach.
— Worki z gusłami?
— Tak, przodków.
— Thunder-storm. On zwaryuje, kiedy się o tem dowie. Przecież utraci cześć a z nią wszystko, co tylko ma i czem jest.
— Nie.
— Nie? Zdaje mi się, że także znam trochę zwyczaje i obyczaje czerwonych. Kto takie worki utraci, ten umiera moralnie.
— Zapewne, ale on ich nie utraci.
— Co? Nie?
— Przynajmniej nie na długo.
— Chcecie mu je zwrócić?
— Tak.
— To dziwactwo!
— Nie.
— Owszem! Jeśli mu je macie oddawać, to raczej je zostawić na miejscu!
— Mam w tem interes.
— Jaki? Chciałbym rzeczywiście usłyszeć.
— Chcę uniknąć rozlewu krwi.
— Zapomocą tych worków?
— Tak.
— Osobliwy z was człowiek. Nie pojmę tej sprawy, jeśli mi jej nie wytłómaczycie.
— Co się stanie, gdy wódz dowie się, że mam jego gusła?
— Przerazi się okropnie; th’ is clear!
— I wprawi w ruch wszystkie sprężyny, by te worki odzyskać. Nieprawdaż?
— To rozumie się samo przez się. Nie będzie dla niego zbyt wielkiej ofiary w tym celu.
— Ofiara, której zażądam od niego, nie będzie wcale zbyt wielką. Będzie musiał zawrzeć pokój z Apaczami i nie napastować Bloody-Foxa.
— Mr. Shatterhandzie, wy nie jesteście dziwak lecz zuch, wielki zuch; muszę to przyznać! On zgodzi się na to.
— Ja także tak przypuszczam.
— Tak, on to zrobi, niestety; niestety, zrobi.
— Czemu: niestety?
— Tak, bo to pozbawi mnie przyjemności, całej wielkiej i pięknej przyjemności. Tak się już naprzód cieszyłem.
— Czem?
— Nauczką, jaką mieli otrzymać czerwoni. Zapatrujecie się na to inaczej, ale ja wam powtarzam i zawsze będę powtarzał, że nie można za mało Indyan zabijać. To plugawstwo musi zniknąć ze świata.
— Teraz znowu przemawia przez was cowboy i to w sposób, który mnie może rozgniewać.
— Gniew wam daruję. Gdybyście byli cowboyem tak, jak ja, to wiedzielibyście, że każdy czerwony jest urodzonym koniokradem. Miałem z tymi łotrami niemało do czynienia.
— Ale zdaje się, że wam to nie zaszkodziło. Byliście przytem zdrowi i dożyliście późnego wieku.
— Tak, gniew służył mi nadzwyczajnie, przyznaję. Mimo to jednak nienawidzę ich i cieszyłem się z góry, że zmiotę wielu z nich, chociaż jestem na tyle sprawiedliwy, że uważam myśl waszą za wspaniałą. Jeśli się to powiedzie, to przepadnie mi cała uciecha. Mam jednak pewną małą nadzieję.
— Jaką?
— Że drudzy wodzowie na to nie przystaną.
— To istotnie być może, że drudzy się będą opierali; zwłaszcza Nale-Masiuv.
— Być może, że i on, ale miałem na myśli młodego wodza, Sziba-bigh.
— Dlaczego?
— Właśnie dlatego, że młody i rywalizacya będzie większa. Jego ojciec był najpierwszym wodzem Komanczów, a on chciałby także nim zostać. Wupa Umugi trzeba będzie usunąć, a najlepszym pretekstem będzie to, że stracił wszystkie worki z gusłami.
— Układacie to sobie ładnie, ale zawiedziecie się prawdopodobnie. Powiedziałem wam już, że Sziba-bigh winien mi wdzięczność. Gdy z nim poważnie pomówię, zgodzi się pewnie na moje życzenie.
— Poważnie pomówicie? Czy chcecie grozić?
— To zależy od okoliczności; może i tak.
— Czem?
— Najpierw naszymi Apaczami.
— To niedostateczne, bo odpowie wam swoimi Komanczami.
— W takim razie wyślę w pole inne wojska. t. j. moralne.
— Moralne? Mr. Shatterhandzie, czy sądzicie naprawdę, że czerwonym zależy coś na moralności?
— Tak.
— To łudzicie się bardzo.
— Pshaw! Ocaliłem mu życie i wypaliłem z nim nietylko fajkę pokoju, lecz kalumet przyjaźni.
— Kalumet przyjaźni? To wiele, nawet bardzo wiele. Na palenie pokojowe nie można liczyć, bo to wszystko tylko dym, ale skoro dwaj palili razem na przyjaźń, to nie śmią występować przeciw sobie z bronią w ręku. Th’ is clear.
— A zatem! Jeśli Sziba-bigh nie zechce zgodzić się na moją propozycyę, to stać mnie na to, żeby tak rozpuścić wiadomość o tem, że w każdym namiocie indyańskim, przy każdem ognisku obozowem będą o tem mówili. Możecie sobie skutki tego wyobrazić.
— Hm, tak. On nie dochowałby przyjaźni i wierności Old Shatterhandowi, on, młody Indsman doświadczonemu i słynnemu westmanowi, który mu życie ocalił i ufał.
— Co dalej.
— Nikt z białych ani czerwonych nie paliłby z nim kalumetu.
— To pewne. Dlatego też, jeśli nie z przyjaźni i wierności, to z rozsądku wyrzeknie się walki z nami. Jestem tego całkiem pewien. A wy nie, mr. Cutterze?
— Well, muszę to przyznać. Moja nadzieja idzie zatem całkiem na psy. Ale nie, sir; zostaje mi jeszcze jedna.
— Jaka?
— Ta, że nam się nie uda dostać jego guseł.
— I w tem muszę was rozczarować.
— Nie ufajcie tak sobie. Nie można nigdy przewidzieć tego, co nastąpi i jakie mogą zajść trudności.
— Tu niema żadnych trudności. Znam sytuacyę. Jest tylko jeden wypadek, w którym musiałbym się wyrzec tych worków, mój bardzo czcigodny mr. Cutterze.
— Dlaczego wymawiacie moje imię z takim naciskiem?
— Bo tu właśnie o was idzie.
— Jakto?
— Musielibyście dopuścić się znów takiej samowoli, jak wczoraj. W takim razie mogłoby się nie udać; inaczej nie.
— Pod tym względem mogę was uspokoić. Zachowam się zupełnie tak, jak wy mi przepiszecie.
— Rzeczywiście? Jeszcze raz pytam: rzeczywiście?
— Tak. Ani myślę takiego kazania dać sobie powiedzieć wobec wszystkich towarzyszy; th’ is clear!
— W takim razie jestem zadowolony i pewien siebie.
— Well. Ale wiecie co? Jesteście taki rozważny i przebiegły westman a przecież nie pomyśleliście nad jednym punktem, niesłychanie ważnym.
— Wy także nie, bo pewnie mówilibyście już o nim.
— Przyszedł mi rzeczywiście na myśl dopiero w ostatniej chwili.
— Co takiego?
— Koń.
— Jaki koń?
— Na którym ma jechać wasz nigger, Negr, chciałem powiedzieć.
— I wam się zdaje, że ja o tem zapomniałem.
— Yes.
— Hm! W takim razie nie byłbym rzeczywiście godnym nazwy westmana.
— A więc tak?
— Tak.
— Powinniśmy byli zabrać z sobą jednego.
— Nie. Nie mieliśmy takiego, który wytrzymałby szybką jazdę tu i z powrotem. Weźmiemy stąd jednego.
— Od czerwonych?
— Oczywiście. Czy może jest tu tattersal, gdzie moglibyśmy konia wypożyczyć?
— Zaczynacie być uszczypliwy, mr. Shatterhandzie. A więc ukradniemy konia? Hm! Ciemno jest. A jeżeli pochwycimy takiego, który nic nie warta i nie nadąży naszym koniom?
— Niema obawy! Już wybrałem jednego.
— Aha, na prawdę?
— Tak. Jeden był przywiązany osobno obok namiotu wodza a więc należący prawdopodobnie do Wupa Umugi. Zwierzę to bardzo piękne i cenne, a nie wziął go, żeby go w walce nie narazić na śmierć lub kalectwo. Tego sobie weźmiemy.
— Czy Murzyn potrafi na nim jechać?
— Ja na nim pojadę, a on na moim.
— Well. W takim razie tylko jedna jeszcze wątpliwość.
— Jeszcze jedna?
— Tak, ostatnia. W takich okolicznościach nie można być nigdy dość ostrożnym i należy wszystko rozważyć. Dajmy na to, że powalicie dozorców, a my zabierzemy Boba, dostaniemy gusła — a to wszystko tak, że tego nikt nie zauważy. Ale koń narobi łomotu; ja to znam dobrze.
— Ja także.
— Nie nosił jeszcze nigdy białego nie da wam wsiąść na siebie.
— Musi.
— A gdy go nawet dosiędziecie, to nie zechce was słuchać.
— Musi.
— Oho! Czy jesteście tego rzeczywiście tak pewnym?
— Tak.
— W takim razie z was jeździec, z którym tylko jeszcze jeden może się porównać.
— Kto taki?
— To jest... jest... hm. Nie weźcie mi tego za złe, ale to stary Wabble.
— A, wy! — roześmiałem się.
— Tak, ja. Nieprawdaż, że to brzmi zuchwale? Ale tak jest. Wiecie, jak mnie nazywają?
— Król cowboyów.
— Czy wiecie także, co to ma znaczyć? Oto, że niema konia, który nie musiałby tego czynić, co ja chcę. Czy możecie to także powiedzieć o sobie?
— Naco się przydadzą słowa i przechwałki?
— Well, macie słuszność. Mężczyzna, to czyn. Słyszałem o tem i sam już widziałem, że dobry z was jeździec. Ale do tego potrzeba...
— Widzieliście? — wpadłem mu w słowo. — Nie widzieliście nic jeszcze.
— Nic? Zdawało mi się, że w ostatnich dniach miałem do tego dość sposobności.
— Jechałem na własnym koniu, a dzisiaj będzie inaczej.
— Tak, tak! Spodziewam się jednak, że nas nie roztratujecie w niwecz!
— Nie bójcie się. Kiedy nań wsiądę, was już tam nie będzie.
— Nie? A gdzież?
— W obozie są tylko dwaj dorośli wojownicy, a ja ich ogłuszę, ale tymczasem mogą przyjść do siebie, a ponieważ przeprawa z koniem nie odbędzie się bez hałasu, zaalarmuje się cały obóz. Także młodzi chłopcy wsiądą na koń, ażeby nas ścigać, a chociaż nie będziemy się bali takich prześladowców, może jednak najgłupsza kula trafić najmędrszego człowieka. Toteż uważam za właściwe nie zatrzymywać się tutaj, lecz natychmiast odjechać.
— Ja jestem także tego zdania.
— Zrobimy to więc w następujący sposób: Gdy będziemy już mieli Murzyna i gusła, zabierzecie się czemprędzej z doliny. Wy, mr. Cutterze, poprowadzicie Boba, a mr. Surehand poniesie worki. Przybywszy tutaj, wsiądziecie na konie i pojedziecie dalej.
— Bob na waszym koniu?
— Tak.
— A czy go puści na siebie? Wiem, że kary nie zniesie nikogo, jeśli wy nie zechcecie.
— Bob i kary znają się z czasów dawniejszych.
— Pięknie! A wy?
— Ja zaczekam, dopóki nie wyda mi się, że już jesteście bezpieczni; potem wsiądę na konia i pośpieszę za wami.
— Heavens! Ostrzegam was jeszcze. Wmyślcie się tylko w sytuacyę! Jesteście w samym środku obozu indyańskiego. Chcecie dosiąść konia, nie chcącego was dopuścić, a gdy wydostaniecie się nań z niebezpieczeństwem dla życia, zacznie podskakiwać i rozbijać się, żeby was zrzucić. Ile to czasu będzie kosztowało, i jaki zgiełk to wywoła! Czerwoni się przebudzą, nadbiegną chmurą; młodzi wprawdzie, lecz uzbrojeni! Zestrzelą was z konia, ponieważ nie zechce ruszyć z miejsca.
— A ja wam powtarzam, że musi.
— Well, a więc musi i posłucha, ale, jak będzie skakał na prawo i na lewo, dostanie się pomiędzy inne konie, które narobią piekielnego hałasu, zaczną się kopać i kąsać; popędzi na namioty, pobiegnie pod górę nie przodem lecz bokiem, potem stoczy się i złamie kark wam i sobie; on...
— Skończcie już, skończcie, sir! — przerwałem mu te biadania. — Daję wam słowo, że nie stanie się nic z tego wszystkiego, co przedstawiliście tu tak czarująco.
— To pięknie. Wprawdzie chcecie tego koniecznie, ale przewiduję nieszczęście. Na szczęście nie mam szyi pod waszą głową, a jeśli wam się uda wyjść z tego z kilku złamaniami żeber, nóg i z kilku zwichnięciami, to będzie bardzo chwalebne. Komu radzić nie można, temu nie należy pomagać, bo mu pomódz nie można; th’ is clear.
— Nie potrzebuję pomocy i proszę tylko o jedno, skoro będziecie gotowi. Oto jedźcie dokładnie tą samą drogą, którą przybyliśmy tutaj, ażebym was nie minął.
Na to rzekł Old Surehand spokojnym lecz pewnym głosem:
— O ile Old Wabble niepokoi się o was, o tyle ja jestem spokojny, mr. Shatterhandzie. Sprawa jest niebezpieczna, wysoce niebezpieczna — ale wiem, że nie zabieracie się do niczego, czego wykonania nie jesteście pewnym. Wszystko więc pójdzie składnie. Ale jeśli nie macie nic przeciwko temu, to zaproponowałbym wam coś.
— Nietylko nie mam nic przeciwko temu, ale będę wam za to wdzięczny.
— Ile wynosi długość doliny od jednego końca do drugiego?
— Pół godziny drogi.
— A jak daleko stąd do jej początku?
— Mały kwadrans.
— Konie znajdują się prawdopodobnie w tyle.
— Tak.
— To wyniesie razem trzy kwadranse. Czy to nie za daleko?
— Hm! Moglibyśmy skrócić sobie drogę, gdybyśmy zabrali konie do wylotu doliny.
— To chciałem wam właśnie zaproponować.
— Dziękuję, sir, i zgadzam się. Będzie już dziesiąta. Czerwoni chodzą wcześnie spać, zwłaszcza, kiedy niema mężczyzn dorosłych. Czy sądzicie, że możemy wyruszyć?
— Będzie już czas, gdyż nie możemy czekać, aż północ minie.
— To ruszajmy!
Zarzuciliśmy strzelby, wzięliśmy konie za cugle i poszliśmy. Doszedłszy do doliny, zakradłem się nieco do środka, by się przekonać, czy możemy tu konie same zostawić. Nie było nikogo, a dalej nie było widać ogniska. Czerwoni spali. Przywiązaliśmy więc konie i zaczęliśmy wykonanie planu, którego koniec przedstawiał mi Old Wabble tak tragicznie.
Gwiazdy dawały nam tyle światła, ile nam było potrzeba — ani mniej ani więcej. Trzymaliśmy się lewego brzegu doliny, którą, będąc na zwiadach, widziałem z prawej krawędzi. Znałem go zatem lepiej od przeciwległego. Szliśmy tak daleko od namiotów, że gdyby tam jeszcze kto czuwał i był na drodze, nie mógłby nas zobaczyć. Minąwszy je, położyliśmy się na ziemi, aby przeczołgać się na prawo, do namiotu, w którym Bob siedział. Czołganie się utrudniały nam strzelby, które mieliśmy ze sobą. Zostawienie ich przy koniach byłoby zbyt ryzykownem, gdyż łatwo mogliśmy ich potrzebować do obrony.
Old Surehand lazł na przedzie. Pokazałem mu namiot i pozwoliłem mu na to. On uważał to za punkt honoru, żeby być pierwszym, a błędu z jego strony nie było się co obawiać. Przybywszy blizko namiotu, zaczekał, dopóki się nie zbliżyłem i szepnął do mnie:
— Widzicie tam obydwu dozorców? Leżą przed wejściem i śpią. Czy mam wam pomódz? Sądzę jednak, że macie rękę wprawniejszą.
— Zostawcie ich mnie! Usłyszycie dwa głuche uderzenia i przyjdziecie do mnie.
Posunąłem się dalej całkiem cicho. Nie ruszyli się; spali istotnie. Między obydwoma był taki odstęp, że z tego skorzystałem. Gdy się potem podniosłem, leżeli, jakby się dla mnie pokładli: jeden z prawej, drugi z lewej strony. Wziąłem pierwszego za gardło i uderzyłem go w skroń. Krótkie drżenie przebiegło jego ciało, potem wyprężył się i leżał, nie wydawszy głosu ze siebie. Ten był już gotów — a tak samo poszło i z drugim.
Wtem zbliżył się Old Surehand, a za nim Cutter.
— Usiądźcie przy nich, każdy przy jednym! — szepnąłem. — Starajcie się, żeby nam nie przeszkodzili, dopóki nie wrócę.
— Wszak ogłuszeni — rzekł Old Wabble.
— Lecz na jak długo? Nie znam ich czaszek i mogłem uderzyć za słabo. Gdyby który się zbudził, zagrozicie mu nożem.
Podniosłem zasłonę we drzwiach i wszedłem do namiotu. Słychać było głośny spokojny oddech śpiącego.
— Bob! — próbowałem zawalać.
Nie usłyszał. Wziąłem go za jedną nogę i pociągnąłem za nią.
— Bob!
Na to się ruszył.
— Bobie, to ty?
— Co... kto... gdzie? — odpowiedział zaspany.
— Zbudź się, bądź rozsądny i słuchaj, co ci powiem! Czy tu sam jesteś?
— Tak, Bob być tutaj sam. Kto przyjść teraz do masser Bob? Kto z nim mówić?
Poczciwy Murzyn miał tę właściwość, że siebie nazywał masser, a kogo uważał za wyższego od siebie, do tego mówił — massa.
— Powiem ci, jeżeli będziesz mówił cicho, całkiem cicho. Przychodzę ciebie uwolnić.
— Oh, oh, oh! Bob uwolnić! Masser Bob ma być wolny, całkiem znów wolny?
— Tak, całkiem wolny.
— Kto być, co masser Bob uwolnić?
— Ucieszysz się, bardzo ucieszysz, kiedy usłyszysz, kto jestem. Ale nie krzyknij z radości.
— Bob cicho mówić, całkiem cicho, tak cicho, że nikt nie usłyszeć.
— Dobrze, to zgadnij!
— Bob nie usłyszeć głosu. Czy to być massa Bloody-Fox?
— Nie.
— To może być tylko massa Shatterhand.
— Tak, to ja.
— Oh... oh... oh... ooooooh! — stęknął z zachwytu, przyczem usłyszałem zgrzytanie zębów. Zagryzł je, aby nie krzyknąć, przyczerń jednak tak zaczął wyrzucać skrępowanemi nogami, że musiałem się ustąpić, aby mnie nie kopnął tak, że wółby się nie powstydził. Był to bowiem człowiek bardzo silny, którego potrąceń i uderzeń należało unikać.
— A więc cicho! Możesz okazać swoją radość, gdy szczęśliwie stąd się wydostaniemy. Nogi masz związane; gdzie jeszcze jesteś skrępowany?
— Ręce z tej i z tamtej strony przywiązane do pala, a ciało owinięte rzemieniem i także przywiązane do pala.
— Jak obchodzono się z tobą?
— Z bardzo wielką siłą. Dużo cięgów dostał.
— A jak było z jedzeniem?
— Bob ciągle być głodny.
— To się odmieni. Bądź cicho! Odwiążę ciebie. Rzemienie przydadzą nam się na drodze.
— Tu być jeszcze więcej rzemieni; wiszą tam na słupie.
— Dobrze, poczują je twoi dozorcy. Mam ze sobą karego, a ty na nim pojedziesz. Chyba dasz sobie z nim radę.
— Kary Hatatilla? O, Bob i kary być dobrzy przyjaciele, jechać dobrze na sobie i nie rozejść się nigdy.
— To pięknie! Teraz śpieszmy się i nie gadajmy! Później opowiesz mi, jak dostałeś się do niewoli.
Gdy go rozkrępowałem, powstał, naciągnął się kilka razy a stękał z radości.
— Gdzie rzemienie, o których mówiłeś? Podaj mi je prędzej.
— Zdjął je i opuściliśmy namiot. W towarzyszach poznał od razu białych, którzy musieli należeć do mnie. Ujrzawszy obu dozorców, leżących na ziemi, rzekł:
— To czerwone psy Indyanie, którzy Bob ciągle bić i kopać. Massa Shatterhand uderzyć ich pięścią w głowę?
— Tak, teraz ich zwiążemy.
— Oh... oh...! Massa pozwolić, że Bob ich związać. Rzemienie musieć przejść przez mięso aż do kości.
Skrępował ich tak, że zbudzili się z bolu. Oderwaliśmy z koszul indyańskich kilka szmat i wpakowaliśmy je im w usta, jako knebel, ażeby się nie odzywali. Potem zawlekliśmy ich do namiotu i przywiązaliśmy ich tam tak mocno, że napewno nie mogli się uwolnić.
Ta część zadania poszła szczęśliwie. Teraz chodziło o worki z gusłami. Bob i Old Wabble musieli zaczekać, a ja z Old Surehandem zakradliśmy się do namiotu wodza. Nic się tam nie poruszyło, nic nie drgnęło, i z łatwością wyciągnęliśmy tyki z ziemi. Wróciwszy na dawne miejsce, odczepiliśmy od tyk worki i związaliśmy je rzemieniem.
— Już; my przynajmniej! — rzekł Old Wabble. — Ale teraz przychodzi najtrudniejsza rzecz dla was. Lękam się naprawdę. Czy daleko wam stąd do konia?
— Nie. Widziałem, że leży w trawie za namiotem wodza.
— Chodźmy tam.
— Chcielibyście spróbować, jak tam?
— Yes.
— To chodźcie. Niech się stanie wedle waszej woli, bo teraz chyba nie może nam się zdarzyć nic złego. Ale nie za blizko, bo narobi hałasu.
Poczołgaliśmy się tam bez szmeru a kiedy byliśmy w odległości jakich dwudziestu kroków, koń podniósł głowę i parsknął. Gdy podeszliśmy jeszcze o trzy kroki, zerwał się zaczął targać lassem i przebierać nogami.
— Odejdźcie już! — powiedziałem. — Zacznie jeszcze rżeć. To zwierzę ma dobrą szkołę.
— Niech dyabli porwą szkołę, jeśli przy tem, będąc białym, łamie się ręce i nogi. Czy rzeczywiście będziecie jeszcze próbowali z tą bestyą?
— Tak.
— W tych ciemnościach?
— A może mam czekać, aż dzień nadejdzie?
— Nie dowcipkujcie; sprawa poważna. Lękam się naprawdę ogromnie o was. Dam wam dobrą radę; wolicie...
Byłby mi rzeczywiście dał całkiem niepotrzebną radę, gdyby mu nie przerwał Old Surehand.
— Bez frazesów, sir! Musimy się już zabierać. Weźcie Boba za rękę i poprowadźcie go, a ja poniosę te worki. Naprzód!
— Nie mam nic przeciwko temu; odchodzę już i poprowadzę Boba, ale ciekawy jestem, jak się to skończy. Umywam ręce w niewinności, ponieważ nie można ich tu wymyć w niczem innem; th’ is clear.
Zniknęli w ciemnościach nocy, a ja mogłem się zabrać do głównej części mojego zadania, gdyż uprowadzenie konia byto rzeczą o wiele trudniejszą od uwolnienia Murzyna i, tak łatwo udałego, zabrania guseł wodza. Ani mi przez myśl nie przeszło zdobywać konia tak, jak to sobie myślał Old Wabble. W obecnych warunkach, a zwłaszcza w nocy, byłoby to połączone z niebezpieczeństwem dla życia. Szlachetny koń miał szkołę indyjską, bał się każdego białego, a chociaż nie wątpiłem bynajmniej, że śmiałym skokiem uda mi się dostać mu na grzbiet, to przecież nastąpiłoby to dopiero po energicznym oporze zwierzęcia, połączonym z tętentem, parskaniem, rżeniem i biciem kopytami, co spowodowałoby ogromny hałas. A gdybym był nawet tego dokazał, nie było: ani siodła, ani uzdy, ani zwykłego rzemienia na głowę, gdyż konia przywiązano lassem do kołka w ziemi v ten sposób, że drugi koniec rzemienia obwiązano mu poprostu dokoła szyi. Musiałbym się ograniczyć na ucisk kolanami, koń zacząłby z początku ze mną uciekać i opanowałbym go dopiero po dłuższym czasie. Przytem musiałoby się rzeczywiście stać to, co przewidywał Old Wabble. Popędziłby ze mną do innych koni i na namioty, rzucałby się nieregularnie tu i tam, upadłby, a ja mógłbym przytem skręcić kark i nogi połamać.
Nie. Trzeba było zabrać się inaczej do rzeczy. Na szczęście, wiedziałem dobrze, jak należy się z takim koniem obchodzić. Nauczyłem się tego od Winnetou. Nie śmiał on mnie uważać za białego, lecz za Indyanina, poczem miałem mu zawiązać oczy.
Rozmawiając na wzgórzu z obłąkaną, zobaczyłem, że ten brzeg doliny porosły jest mnóstwem pewnego gatunku rośliny, i przyszło mi odrazu na myśl użyć woni tych ziół do złudzenia konia. Bystry westman musi ze wszystkiego korzystać, a życie jego zawisło często od istnienia takiej roślinki. Oprócz tego zauważyłem przed namiotem wodza kilka opończ, rozłożonych na trawie przez żonę wodza, prawdopodobnie w celach oczyszczenia ich. Są to szerokie białe koce, w które podczas deszczu lub zimna owija się całe ciało. To mi się także przydało; więcej nie było mi potrzeba.
Poszedłem najpierw do ziół, położyłem się w nich i zacząłem się tarzać, poczem końcami liści, mającymi woń szczególnie silną, natarłem sobie twarz i ręce. Teraz koń nie mógł już węchem poznać, że jestem białym. Następnie zakradłem się do koców i odciąłem od jednego z nich pas, ażeby koniowi zawiązać oczy. Drugim owinąłem się zupełnie, tak, jak to czynią Indyanie, ale przedtem zdjąłem kapelusz i przypiąłem go pod bluzą myśliwską, gdyż mógł wzbudzić podejrzenie u konia. Następnie zacząłem się do niego powoli zbliżać. Leżał znowu, zwrócił ku mnie z zaciekawieniem głowę, wciągnął badawczo w nozdrza powietrze i... leżał dalej. Uważał mnie za czerwonoskórca; w ten sposób wygrałem sprawę.
— Omi enokh, omi enokh; bądź dobry, bądź dobry — rzekłem w narzeczu Komanczów cicho i pieszczotliwie, pochylając się nad nim i głaszcząc go po szyi. Pozwolił na tę pieszczotę, ja zaś zachowywałem się tak samo, dopóki nie mogłem przypuścić, że towarzysze dostali się już do koni. Wtedy zdjąłem lasso z kołka, pokrajałem je na kilka kawałków i związałem je w rodzaj uzdy, którą koń pozwolił sobie spokojnie nałożyć. Dwa dłuższe kawałki przywiązałem do rzemienia nosowego, jako cugle z prawej i z lewej strony, i byłem gotów z przygotowaniami. Następnie stanąłem z rozstawionemi szeroko nogami nad ciałem konia i powiedziałem:
— Naba, naba — wstań, wstań.
Posłuchał mnie natychmiast. Siedząc na nim, spróbowałem nim kierować. — Pozwolił na to dobrowolnie — nie potrzebowałem go cisnąć nogami. Wygrałem, na razie przynajmniej, gdyż później, gdy miał mnie poznać, jako białego, należało się spodziewać walki. Aby się wydostać z pomiędzy namiotów, przejechałem na drugi brzeg doliny a potem ruszyłem wzdłuż niego, dopóki nie wyjechałem z obozu. Stąd puściłem konia kłusem aż do miejsca, gdzie przedtem stały nasze konie; nie było ich. Wydałem przeraźliwy okrzyk, którym czerwoni napędzają konie do cwału, a koń usłuchał także tym razem. Pędziliśmy przez pewien czas wzdłuż potoku a potem zboczyliśmy w prawo, na wolną preryę.
Koń był znakomity. Po półgodzinnym cwale nie zauważyłem żadnych oznak zmęczenia; oddech miał niedosłyszalny. Wtem usłyszałem przed sobą okrzyk przeciągły. Był to jeden z moich towarzyszy, którzy chcieli wiedzieć, czy nadjeżdżam, bo niepokoili się o mnie. Odpowiedziałem takim samym okrzykiem, a że po nim zatrzymali się, żeby na mnie zaczekać, doścignąłem ich rychło.
— All devils, to czerwony! — zawołał Old Wabble.na mój widok. — On ściga Old Shatterhanda i stracił go z oczu. Uciszmy go!
— Widziałem, że zerwał strzelbę z ramienia, więc przestrzegłem go:
— Nie strzelać, sir! Chciałbym pożyć jeszcze czas jakiś.
— Zounds! To głos Old Shatterhanda.
— Oczywiście, mój własny; nie mam innego.
— To on, to on, naprawdę on! Ależ, sir, widzicie, że zesztywniałem zupełnie?
— Czy wam tak zimno?
— Nonsens! Zesztywniałem z podziwu!
— Nad czem?
— Że nadjeżdżacie sobie tak ładnie, w takiej zgodzie z koniem, jak gdybyście zjedli razem tysiąc korcy owsa. To nie tego konia chcieliście ukraść, sir!
— Ten sam, popatrzcie!
— Hm, tak, na szyję, że ten sam. Więc stał się chyba cud, bo nie pokonalibyście go tak łatwo.
— Nie było pokonywania.
— Co? Nie? Wcale nie?
— Nie. Przyniósł mnie tu bez wszelkiego oporu.
— Nie może być! Jestem zbyt dobrym znawcą, ażebyście mogli mi bajać coś takiego.
— Ja zupełnie nie bajam. Gdybym go był musiał pokonywać, zachowywałby się teraz całkiem inaczej, miałby inny chód i wyglądałby całkiem inaczej.
— Za ciemno, by dobrze widzieć. Nie poci się ani nie pieni?
— Ani trochę.
— To nieprawdopodobne. Może umiecie czarować? Muszę się przecież przekonać.
Zwrócił konia ku mnie i wyciągnął rękę, ażeby pomacać mego. Koń parsknął z trwogą i stanął dęba.
— Zostawcie to, sir! — poprosiłem. — On nie znosi białych.
— Przecież wy także biały.
— Tak, lecz on uważa mnie za czerwonego.
— Aha! Więc na to ta maskarada z opończą!
— Tak.
— A to sprytne! Rzeczywiście, od was można się jeszcze wiele, bardzo wiele nauczyć. Ale ta woń, ta woń! Indyanina czuć czem... czem... hm, jakby to powiedzieć? Czuć go brudem, gospodą... jednem słowem, czuć go, dzikim! Biały nie wydziela tej osobliwej woni.
— Czuć go cywilizowanym, nie dzikim? — zapytałem, śmiejąc się.
— Tak, człowiekiem cywilizowanym. Jeśli zamaskowaliście się nawet, to koń musiał poznać po woni, że nie jesteście Indsman.
— Zmieniłem właśnie tę woń.
— Nonsens.
— Tak. Jest wypróbowany środek, którym nawet można oszukać.
— Co takiego?
— To moja tajemnica..
— Nie chcecie jej powiedzieć?
— Nie, przynajmniej teraz. Powiem wam to może kiedyś później. Kto odrobinę pomyśli, znajdzie to bez mówienia.
— Tak? Macie to tylko dzięki pomyśleniu?
— Nikt mi tego nie powiedział; sam na to wpadłem. To mój własny wynalazek.
— Wynaleźliście to dopiero teraz?
— Nie, już dawno. Nie pierwszy to raz dzisiaj oszukałem konia indyańskiego. Za kilka godzin ulotni się ten zapach, a gdy potem zdejmę koc i włożę kapelusz, koń pozna się na oszustwie i będzie się bronił. Potem nastąpi w biały dzień i na otwartej preryi walka, której teraz uniknąłem, gdyż wystawiłbym był na szwank życie.
— Well, muszę wierzyć, ale pragnę rzeczywiście widzieć, jak pokonacie tego konia.
— Bardzo łatwo. Potrzeba mi tylko przestrzeni, a tej będę potem miał pod ostatkiem. Ale teraz nie gadajmy, tylko jedźmy, ażebyśmy jak najdalej znaleźli się od okolic Kaam-kulano. Puśćcie mnie naprzód, żebyście mi konia nie płoszyli!
Chcąc się dostać na czoło, musiałem koło nich przejechać, a Bob rzekł do mnie przy tem:
— Czemuż massa Shatterhand nie mówić ze swoim masser Bob? Masser Bob chcieć podziękować!
— To niepotrzebne, kochany Bobie.
— I chcieć opowiedzieć, jak czerwoni Indsman wziąć Bob do niewoli.
— Później! Teraz nie mamy na to czasu. Główna rzecz w tem, żebyś wyszedł dobrze z moim karym.
— Oh.., oh... oh... kary być bardzo dobry koń, a Bob znakomity jeździec. Obaj znać się dobrze i jechać, jak błyskawica, przez preryę.
Tak, Bob jechał teraz znacznie lepiej, aniżeli wtedy, kiedy po raz pierwszy siedział na siodle. Wtedy trzymał się rękoma kurczowo szyi i grzywy, ale zesuwał się zawsze coraz to dalej w tył i zjeżdżał w końcu po ogonie. To przysporzyło mu miano Sliding Bob, czyli „sunący się Bob“. Potem nauczył się siedzieć, a u Bloody Foxa był w dobrej szkole. Teraz jechał tak, że nie zostawał za nami, co jednak należało raczej przypisać koniowi, aniżeli jeźdźcowi.
Od chwili opuszczenia Doliny Zajęczej nie mieliśmy powodu do obaw, gdyż wobec dzielności naszych koni niepodobna nas było doścignąć, ewentualny zaś pościg mógł się składać z młodych chłopców, z których nie robilibyśmy sobie zbyt wiele. Mimo to jechaliśmy kilka godzin bez przerwy i zatrzymaliśmy się potem, gdyż czekała nas daleka droga. Stamtąd, gdzieśmy się zatrzymali, mieliśmy do Nargoleteh-tsil jeszcze cały dzień drogi a potem mieliśmy się spotkać z Apaczami.
Przywiązaliśmy konie do palików, ale na tak długich lassach, że paść się mogły. Mego musiałem przywiązać obok, bo nie chciał stać z drugimi końmi; kopał je i chciał kąsać.
Kiedy usiedliśmy razem, zapytał Bob:
— Teraz mieć czas i masser Bob módz opowiedzieć, jak Indsman go złapać.
— Tak, opowiedz! — odrzekłem, gdyż nie byłby nam dał spokoju. — Dziwiłem się temu bardzo, że Bloody Fox cię opuścił.
— Czy Fox mnie opuścić?
— Naturalnie.
— I massa Shatterhand dziwić się temu?
— Nawet bardzo.
— Masser Bob się nie dziwić.
— Tego nie rozumiesz. Wyjechaliście na polowanie?
— Tak, na polowanie.
— A więc byliście razem?
— Razem.
— Ciebie pojmano, a on uszedł?
— Tak.
— To powinien był pójść za czerwonymi, by cię ocalić. Czy próbował?
— Nie.
— W tem dowód, że nie poszedł za wami. Ilu czerwonych was napadło?
— Dziesięć, potem dziesięć i jeszcze raz dziesięć a może więcej. Bob nie dobrze liczyć.
— A więc mniej więcej trzydziestu. O ile znam Bloody Foxa, nie bałby się jechać za trzydziestu czerwonymi. Musiał bezwarunkowo starać się dowiedzieć, co z tobą poczęli lub mieli zamiar uczynić.
— A może massa Fox to przecież uczynić?
— Nie. On umie się zakradać, a jeśliby mógł cię uwolnić, potrafiłby już tego dokazać, żeby ci dać znak jakiś. Czy widziałeś albo słyszałeś coś takiego?
— Masser Bob nic nie słyszeć, nic nie widzieć.
— A więc opuścił ciebie, i to właśnie mnie dziwi, jeśli wogóle wiedział, że dostałeś się do niewoli.
— Massa Fax tego może nie wiedzieć.
— Nie? Czy tego nie widział?
— Nie.
— Ależ byliście razem!
— Ale nie masser Bob i nie massa Fox, kiedy nadejść Indsman.
— Aha! To całkiem coś innego. Rozłączyliście się zatem?
— Tak. My z domu odejść, bo mieć mało mięsa. Matka Sanna zostać sama w domu, a my wyjść na Llano Estacado i polować na mięso. Długo nie znaleźć zwierzyna, aż dopiero daleko, pod Deszczową Górą.
— Aha, pod Nargoleteh-tsil byliście wtenczas. My tam dzisiaj dążymy.
— Nargoleteh-tsil, to być dobre.
— I tam to polowaliście?
— Tak. My zastrzelić dwa wielkie bizony; one dać dużo mięsa. Pokrajać mięso w kawałki i powiesić na przyniesione rzemienie. Sprowadzić także konie juczne, aby mięso zabrać do domu. Kiedy być gotowi z wieszaniem, pójść znowu szukać ślady bawołów: massa Fox w lewo, a masser Bob w prawo.
— To nie było roztropne. Albo nie powinniście byli rozłączać się, albo jeden z was, a więc ty, powinien był zostać przy koniach i przy upolowanem już mięsie.
— Może to być słuszne. Massa Shatterhand rozumieć do dobrze, może lepiej, niż Bloody Fox, a o wiele lepiej, niż masser Bob. Bob jechać daleko, bardzo daleko, i nie znaleźć śladu bawołów: nareszcie wrócić, bo deszcz padać. Wtem nadejść Komancze i otoczyć go. On bronić się, ale oni przecież go pojmać. Oni go pytać, co tu robić, ale on nic nie powiedzieć. Oni bić masser Bob, ale on nic nie zdradzić. Ponieważ jechać jego śladem do Deszczowej Góry, wysłać ludzi na zwiady. Oni wrócić i opowiadać po cichu, co widzieć pod Deszczową Górą. Potem odjechać prędko, a trzej powoli z tyłu z masser Bob. Wkrótce być pod Deszczową Górą i słyszeć strzały. Komancze być w obozie i przy mięsie Bloody Foxa, ale jego nie być. Na ziemi leżeć nieżywi Indsman; zastrzelił ich Fox i odszedł.
— A więc to tak było, tak! On powrócił przed tobą i oni napadli na niego. Zabił kilku z nich a sam umknął.
— Tak, on nie być, całkiem nie być. Kilku ruszyć za nim, ale potem powrócić i jego nie znaleźć.
— Co czerwoni potem zrobili?
— Przywiązać masser Bob do konia, zabrać mięso odjechać.
— Dokąd?
— Jechać dwa dni, aż Bob zamknąć potem w namiocie. Powiedzieć mu, że sprowadzić także Bloody Foxa, a kiedy go sprowadzić, massa Fax umrzeć z masser Bob przy słupie męczeńskim.
— Hm. Czy deszcz bardzo padał?
— Bardzo. Deszcz zmoczyć Bob do skóry.
— W takim razie wszystko rozumiem. W jakiej porze to było?
— Kiedy masser Bob wrócić, być wkrótce wieczór, a kiedy z Indsman dojść do Góry Deszczowej, zacząć być bardzo ciemno.
— Fox musiał wrócić, lecz nie zapuszczał się całkiem aż na to miejsce. A jeśli się odważył i zobaczył, że odeszli, nie mógł zaraz iść za nimi, bo nie widział śladów w ciemności. Rano zaś ślady zniknęły, bo trawa podniosła się z powodu deszczu. On nie wiedział nic o tem, że czerwoni ciebie spotkali i pojmali. Myślał, że zabłądziłeś i musiał ciebie szukać. Nie znalazłszy cię, czekał może z dzień na twój powrót. Gdy nie wracałeś, przypuścił może, że widziałeś czerwonych.
— Tak, on to myśleć.
— Przecież mogłeś już był powrócić, kiedy oni napadli na niego. Mogli ciebie nie zobaczyć, a ty, widząc, że go nie było, mogłeś także, odjechać.
— Tak, do domu, do matki Sanny!
— Tak, mógł się tego po tobie spodziewać, a że nie mógł pójść za czerwonymi, bo nie wiedział, gdzie poszli, nie pozostało mu nic innego, jak wrócić do domu i zobaczyć, czyś już tam jest.
— Ale gdy Bloody Fox zobaczyć, że masser Bob nie być u matki Sanny?
— To musiał znów wyjść, by ciebie szukać. Kto wie, gdzie i jak długo włóczył się, nie mogąc ciebie znaleźć.
— Tak, ale teraz mnie znowu zobaczyć, oh... oh... oh. Massa Shatterhand zaprowadzić teraz masser Bob do matki Sanny i massa Foxa.
— Tak, zaprowadzimy tam ciebie. Czerwoni wyruszyli, ażeby napaść na dom wasz a Bloody Foxa złapać i zabić.
— Na to się nie ważyć. Masser Bob zabić i zastrzelić wszystkich, wszystkich. Nikt z nich nie żyć, ani jeden.
Zgrzytnął zębami, a to coś znaczyło, gdyż uzębienie jego przyniosłoby zaszczyt panterze. Potem mówił dalej:
— Tak, oni zginąć wszyscy, wszyscy, bo oni bić masser Bob i nie dać mu nic jeść. On mieć bardzo głód, a oni nic nie robić, tylko śmiać się z tego.
— No, mamy teraz czas to naprawić. W moich torbach przy siodle jest dla ciebie dość mięsa. Idź i weź sobie, co zjesz!
— Tak, masser Bob wziąć sobie. Mieć właśnie wielki głód, kiedy massa Shatterhand wejść do namiotu i uwolnić go.
— No, tego całkiem nie zauważyłem, gdyż musiałem cię budzić; spałeś bardzo twardo.
— Oh... oh... oh! Masser Bob mieć wielki głód nawet we śnie; jemu śnić się nawet głód!
Wydobył sobie kawał mięsa i zjadł go, potem wydobył drugi i jadł dalej, wydobył po raz trzeci i jadł, jadł, dopóki wogóle było coś do wydobycia. Wiedziałem, czego umiał dokazać w jedzeniu — ale takiej porcyi nie pochłonął jeszcze nigdy dotychczas.
Podczas tego opowiadał mi szczegóły swojej niewoli w Dolinie Zajęczej, w czem jednak nic ważnego dla nas nie było. Pytaliśmy go o obserwacye, jakie miał sposobność poczynić, ale nie usłyszeliśmy nic, co mogłoby się nam przydać. Był to człowiek prawy i wierny, odważny i sprytny na swój sposób, ale obserwacye takie, jak u westmana, były wobec jego duchowej skromności czemś dla niego niemożliwem.
Gdy dzień zaszarzał, wstaliśmy, by dosiąść koni i wyruszyć.
— Teraz jestem ciekawy, co wasz koń powie — rzekł Old Wabble. — Bo maskarada teraz chyba ustanie.
— Tak. Czy weźmiecie mój koc indyański do siebie na konia, mr. Cutterze?
— Tak, dajcie mi go!
— Jeszcze nie teraz; dopiero, kiedy będę na siodle.
— Well, bo nie dopuściłby was!
— Musiałby, ale straciłbym na to za dużo czasu, a to zbyteczne. Rzucę go wam.
Poszedłem do konia, by go popieścić. Okazał się nieufnym i niespokojnym; zjeżył grzywę, parskał i szarpał lasso. Owa woń rośliny już uleciała, a tylko koc indyański łudził jeszcze konia. Wyjąłem kołek z ziemi, włożyłem go do torby przy siodle, wskoczyłem na konia, rozwiązałem mu lasso na szyi i zwinąłem je w pętlicę. Towarzysze stali zaciekawieni, lecz trzymali się zdala, ażeby ich koń nie przewrócił, gdyby zerwał się nagle. Osobliwe drżenie przebiegło mu przez całe ciało. Znałem je; była to oznaka blizkiej walki. W jednej chwili spadł ze mnie koc i poleciał na Old Wabble’a; równie szybko zarzuciłem sobie lasso na plecy, a uchwyciwszy jedną ręką improwizowane cugle, wyjąłem drugą kapelusz, włożyłem go na głowę i wcisnąłem mocno. Wtem koń rzucił głowę w tył, popatrzył na mnie tylko przez krótką chwilę, zarżał głośno z gniewu i wzniósł się w górę przedniemi nogami. Trzymając mocno cugle rękami, ścisnąłem go silniej kolanami. Był blizki przewrócenia się, więc przygniotłem go ku przodowi i szarpnąłem w bok z takim naciskiem, że się okręcił raz jak dokoła osi. Następnie schylił się naprzód i jął wyrzucać tylnemi nogami, ale napróżno. Podskakiwał, zgiąwszy plecy w kabłąk, wszystkiemi czterema nogami naraz, stawał na chwilę cicho, żeby mnie zwieść i z całkiem sztywnemi nogami rzucał się potem w bok na to, żebym spadł w przeciwną stronę — i tak samo daremnie. Uciekał się do wszystkich sztuczek, należących do tzw. Bucbing-horse — ale nie spadłem.
— Brawo, brawo, sir! — zawołał Old Wabble.
— Siedzicie sławnie, muszę to przyznać, a ten hycel wam to utrudnia; ma dyabła w sobie.
— O, dotąd to jeszcze nic — odrzekłem. — Pójdzie jeszcze lepiej. Czekajcie tylko.
Wtem koń, jakby zrozumiał moje słowa, rzucił się na ziemię i zaczął się tarzać, machając przytem nogami i kopiąc na wszystkie strony. Stanąłem nogami na ziemi — a to przy tem rzecz główna, bo inaczej byłoby się zgubionym — i skakałem z jednej strony na drugą tak, że zwierzę znajdowało się zawsze między mojemi rozstawionemi nogami. Jest to nadzwyczajnie męczące i wymaga bystrego oka, musi się bowiem zawsze wiedzieć, w którą stronę zwierzę zamierza się w następnej chwili przewrócić. Równocześnie należy się mieć na baczności, żeby nie dostać kopytami. Jeszcze dokładniej musi się odgadnąć, kiedy znowu się zerwie, gdyż w przeciwnym razie koń odrzuci człowieka na bok a sam ucieknie.
Właśnie zerwał się z ziemi i podniósł mnie na sobie wedle wszelkich reguł w górę tak, że znów pochwyciłem w ręce cugle, które puściłem był podczas tarzania się.
— Brawo, brawo! — zawołał stary. — Thunderstorm, a to bydlę! Tak elegancko, jak wy, nie potrafi tego nikt prócz Old Wabble’a.
— Zaraz będzie jeszcze gorzej, sir! — odpowiedziałem. — Najpierw zmęczę go tutaj a potem pozwolę mu uciekać. Wsiądźcie na konie, żebyście mogli za mną!
Gdy to mówiłem, powtarzał koń opisane już próby, poczem przewrócił się znowu, zaczął się tarzać i znów się zerwał. Aż dotychczas walczyła ludzka inteligencya z wolą zwierzęcą — teraz miała brutalna siła stanąć przeciw brutalnej sile. Zawsze mi się to udawało, a nikt nie zdołał tego naśladować. Wziąłem więc konia silniej w cuglach, posunąłem się nieco naprzód i ścisnąłem go kolanami z całej siły. Stanął, zesztywniały, a ja jąłem nadsłuchiwać, czy odezwie się ten głos, którego się spodziewałem, czy nie. Odezwał się. Było to długie, głębokie, bolesne stęknięcie ze ściśniętej piersi; pewny znak, że zwyciężę, jeśli mi siły dopiszą. Zwierzę chciało znowu podnieść się przodem, tyłem i wszystkiemi czterema nogami, lecz nie mogło, bo gniotłem je coraz mocniej. Trwało to z pięć minut a może i dłużej; pot zaczął się wydobywać wszystkiemi porami, koń się zapienił i rzucał wielkie płaty piany na wszystkie strony.
— Świetnie, świetnie! — krzyczał Old Wabble w zachwycie. — Nie widziałem jeszcze czegoś podobnego!
— Tak, świetnie! Łatwo mu to było mówić, ale niechnoby tak siedział na mojem miejscu! Co za wysiłek! Płuca groziły mi pęknięciem, pot ze mnie ściekał — ale nie zwolniłem uścisku. Wtem koń chciał się znowu rzucić na ziemię, żeby się tarzać, lecz nie zdołał. Nastąpił ostatni, długi uścisk kolanami z całych sił — i ludzkie mięśnie zwyciężyły: koń padł na ziemię.
— Grandios, grandios! — ryczał stary. — Tego nie dokazałbym. To, prawda, sir, jesteście o wiele lepszym jeźdźcem ode mnie.
Old Surehand stał cicho i nic nie mówił, ale oczy jego gorzały.
— Pięknie, pięknie, oh, pięknie! — krzyczał Bob. — Massa Shatterhand już często tak zrobić z obcy i dziki koń. Masser Bob być przy tem i widzieć.
— O, ja jeszcze wcale nie jestem gotów — odrzekłem. — Uważajcie, teraz dalej!
Stałem w rozkroku nad koniem z pochylonym korpusem i z cuglami w ręku. Przyszedł do siebie, wstał i podniósł mnie na sobie. Przez kilka chwil stał bez ruchu, aż naraz rozpędził się, jakby pchnięty potężną sprężyną. Siedziałem mocno na siodle i pozwoliłem mu pędzić, starając się tylko o to, żeby zachować kierunek, jaki nam był potrzebny. Tamci trzej pędzili za mną. Po chwili zatrzymał się i zaczął znowu podskakiwać i tarzać się po ziemi. Zerwał się, popędził i znowu stanął, czyniąc wszystko, ażeby się mnie pozbyć. Pozwoliłem mu na to, dopóki nie nadeszła odpowiednia chwila. Wziąłem go znów między kolana i stanęliśmy nieruchomo. Ja zacząłem się pocić, a on stękał, pocił się i pienił, dopóki po raz drugi nie runął. Teraz wiedziałem już, że dłużej nie będzie próbował stawiać oporu; w chwili, kiedy towarzysze mnie doścignęli, stanąłem na boku. Osadzili konie na miejscu a Old Wabble zapytał:
— Wypuszczacie cugle z ręki i pozwalacie mu leżeć wolno? A jeśli wam ucieknie, sir?
— On już zostanie, już zwyciężony i mój! — odpowiedziałem.
— Nie dowierzajcie tej bestyi! Byłaby wierutna szkoda, gdyby wam uciekł po tym wielkim, olbrzymim wysiłku!
— Nie ucieknie już.
— Oho!
— Uważajcie! Ja znam tę tresurę.
Położyłem koniowi rękę na głowie i rzekłem:.
— Naba, naba — wstań, wstań!
Zerwał się. Odszedłem powoli i rozkazałem:
— Eta, eta — chodź, chodź!
Poszedł za mną na prawo i na lewo, tam i napowrót, a gdy stanąłem, stanął także.
— Wspaniałe, rzeczywiście wspaniałe! — zawołał Old Wabble. — Gdyby się tego nie widziało, nie chciałoby się uwierzyć.
— Przyznacie zatem, że go poskromiłem?
— Yes, yes, yes!
— I nie skręciłem przytem karku, nie połamałem sobie rąk ani nóg?
— Nie mówcie o tem, sir! Ja nie wiedziałem, że w jeździe konnej przewyższacie nawet Old Wabble’a.
— Nawet? Uważacie się widocznie za najlepszego jeźdźca na kuli ziemskiej. Ja was przewyższam i przyznaję to, ale nie z pychy, lub dla przechwałki, gdyż dodaję zaraz: spotykałem jeźdźców, którzy mnie przewyższali o wiele, o bardzo wiele.
— All devils! Chciałbym zobaczyć takiego.
— Siedziałem już na koniach, które kosztowałyby pięćdziesiąt tysięcy dolarów i więcej, gdyby je wogóle można było kupić. Co pomyślicie sobie o jeźdźcu na takim koniu? Spróbujcie-no dosiąść kiedy ujeżdżonego konia kirgizkiego, kurdyjskiego wojennego ogiera, albo klacz, wytresowaną w staropartyjskiej szkole! Jesteście znakomitym jeźdźcem wedle pojęć tutejszych, ale tam wyśmianoby się z was.
— Kirgizko-kurdyjsko-staropartyjski? Niech mnie powieszą, jeśli wiem, co to znaczy. Czyż wy siedzieliście już na takich koniach?
— Tak, a nasz Bob powiedziałby, że jeździliśmy dobrze na sobie.
— Oh... oh... oh...! — sprzeciwił się murzyn z zakłopotaniem. — Bob tak nie powiedzieć, bo nie być przy tem!
— Hm, hm, hm! — mruczał stary. — Człowiek się uważał za zucha a nie jest nim wcale.
— Proszę, tego nie miałem na myśli, mr. Cutterze. Jesteście tęgim bardzo jeźdźcem, mianowicie na sposób cowboyów. Czerwoni jeżdżą inaczej; czy to przyznacie?
— Yes.
— Ponieważ znam dokładnie tę szkołę indyańską, zdołałem konia poskromić, bez tego nie dałbym mu rady. Nie przypuszczam też, żeby się to i wam także udało.
— Nie, ja nie dokazałbym tego, ale też to przyznałem.
— To słuszne! Ale pomyślcie sobie, że istnieje dużo innych narodów, jeżdżących konno: Arabowie, Beduini, Tuaregowie, Imoszarowie, Persowie, Turkosi, Kirgizi, Mongoły, etc. — a każdy z tych ludów ma inny sposób jeżdżenia. Czy ktoś, jeżdżący doskonale jedną tylko szkołą, może się uważać za najlepszego jeźdźca, a potem mówić ze zdumieniem o drugim: Ten mnie jeszcze przewyższa?
— Nie, sir! Widzę, że znowu zaczynacie być kaznodzieją, gdyż wszystko, co tu mówicie, jest wprawdzie bardzo słuszne, ale zwraca się wyłącznie przeciwko mnie. Ma to poprostu znaczyć: Nie chwal się, stary Wabble’u.
— Cieszę się, że odczuliście to ukłucie!
— A więc istotnie ukłucie! A więc dlaczego mnie kłujecie?
— Nie dlatego, że sądzę, jakobym był czemś więcej lub potrafił coś więcej, tylko, ażeby was zrobić trochę zdolniejszym do przystosowywania się. Pamiętacie to z „zostawieniem na miejscu“. Chcieliście mi tam w Kaam-kulano znowu udzielać dobrych nauk, a to w czasie i położeniu, kiedy takie nauki są nietylko zbyteczne, lecz mogą nawet popsuć wszystko. Przyjąłem je, nie mogąc wam chwilowo dowieść, że były na nic. Teraz dałem dowód na to. Skoro już raz jesteśmy ze sobą, cieszyłbym się, gdybyście mi nieco więcej ufali. Brak zaufania może w tem, co zamierzamy, sprowadzić fatalne skutki.
— Egad, macie słuszność, mr. Shatterhandzie! — przyznał. — Jestem stary uparciuch, ponieważ nigdy nie spotkałem się z człowiekiem, któryby mógł być mistrzem dla mnie. Udzieliliście mi nagany w słowach a jeszcze bardziej w czynie, i wezmę ją sobie ad notam. Róbcie, co chcecie, ja nie będę już na to gderał. Jeśli postanowicie dać księżycowi w pysk, to ode mnie dostanie drugi raz. Albowiem, co wy uważacie za możliwe, to jest także możliwe; th’ is clear!
— Dobrzeście to powiedzieli! — przyznał mu Old Surehand. Nie zwykłem wielu słów tracić, ale, czego żąda ode mnie Old Shatterhand, to czynię, żeby mi się to nawet nierozumne wydało. Sztuka, jaką konia pokonał, była godną podziwu — sądzę jednak, że jest jeszcze ktoś, kto dokazałby tego; ale siła, nacisk nóg, żeby koń, stękając i pieniąc się, upadł! Tego nikt nie zrobi tak, jak on; nikt. Jestem wyższy i szerzej zbudowany od niego — gdybym jednak twierdził, że położę konia w ten sposób, popełniłbym kłamstwo, kolosalne kłamstwo. A jak teraz ten koń za nim chodzi! Jak gdyby całemi latami był jego panem!
— Tak, zobaczycie, że będzie teraz dla mnie, jak wierny i posłuszny pies — powiedziałem. — Nie należy mówić o mnie w ten sposób, Old Surehandzie. Każdy czyni, co może; jeden umie lepiej to, drugi tamto — a gdy każdy zrobi swoje, wynik musi być dobry. Teraz jedźmy dalej!
— Ale najpierw do Alczeze-czi, skąd odjechaliśmy wczoraj rano? — spytał Old Wabble.
— Nie. Do Małego Lasu teraz nie pojedziemy.
— Czemu? Jeśli chcemy się dostać do Góry Deszczowej, to będziemy mieli lasek po drodze.
— Pomyślcie o wywiadowcach, zabitych w lasku! Oni nie wrócą, a to wzbudzi podejrzenie Komanczów. Jestem pewien, że Wupa Umugi wyśle za nimi kilku wojowników. Czy wolno im natknąć się na nasze ślady?
— Nie, bo poszliby za nami pod Górę Deszczową i byłoby wszystko zdradzone. Ale Parker, Hawley i Długi Nóż zostawili także ślady, wiodące w to samo miejsce.
— To było wczoraj, więc dzisiaj już ich nie widać.
— To musimy okrążyć, ale kędy?
— To łatwo zgadnąć.
— Hm! Chyba pomiędzy Małym Lasem a Błękitną Wodą. To niemożliwe, bo tam dostrzeżonoby nasz trop jeszcze rychlej i łatwiej.
— Musimy zboczyć jeszcze więcej na prawo.
— A zatem przez Rio Pecos?
— Tak.
— To okrążenie i to jeszcze jakie! Czy nie będzie za wielkie, sir?
Na to rzekł Old Surehand, potrząsając głową.
— Jesteście przecież niepoprawny, stary Wabble’u. Dopiero mówiliście, że dacie w twarz księżycowi, jeśli Old Shatterhand będzie to uważał za możliwe, a teraz znowu wam nie na rękę to, czego żąda.
— Well, nie powiem już słowa, ani jednego.
— Zgadzam się zupełnie z Old Shatterhandem. Czy to okrążenie wielkie, czy nie, my musimy je zrobić. Czy nie widzicie, że Old Shatterhand chce jednem uderzeniem ugodzić dwie muchy?
— Dwie muchy? Jaka pierwsza?
— Ażeby nie widziano naszych śladów.
— Well, a druga?
— Nale Masiuw.
— Nale Masiuw? To ma być mucha? Jakto?
— Dzisiaj jest trzeci dzień.
— Ach, prawda! Od wieczoru nad Błękitną Wodą upływa trzeci dzień, w którym ma przybyć Nale Masiuw ze swoimi stu wojownikami! Czy będziemy go śledzili?
— Tak — odpowiedziałem. — Przyda nam się wiadomość, czy on już jest, czy jeszcze nie.
— Jakto, sir?
— Ponieważ należy przypuścić, że czerwoni wyruszą na Llano Estacado wkrótce po jego przybyciu, i możemy się zastosować do tego. Musimy więc od teraz trzymać się bardziej prawej strony. Chodźcie, jedźmy panowie!
— Panowie! — powtórzył Murzyn. — Czy massa Shatterhand mieć na myśli i masser Bob?
— Oczywiście, że tak.
— To masser Bob być także panowie?
— Rozumie się, kochany Bobie! — Oh... oh... oh! Bob także panowie! Czarny Bob być tak samo gentleman, jak biały gentleman! On cieszyć się i pokazać, że być tak samo odważny i waleczny, jak biali myśliwcy. Ale, niestety, nie mieć strzelby, aby zastrzelić czerwonych Indsman.
— Dostaniesz. W Małym Lesie zdobyliśmy kilka i jedną z nich wybiorę dla ciebie. Inne rzeczy, jak nóż, otrzymasz także.
Gdy teraz głaskałem konia, znosił to spokojnie i bez odrazy. Zbadałem mu kopyta i pozwolił na to tak spokojnie, jak chłopski koń, który zawsze stał w stajni i ze swoim panem żył na dobrej stopie. Gdy go dosiadałem, stał cicho zupełnie, jak koń, wyszkolony wojskowo. Uznał mnie za swego mistrza. Old Wabble potrząsał głową z podziwem, lecz nic nie mówił.
Ponieważ koń nie bał się już towarzyszy ani ich koni, nie musiałem go już od nich oddzielać. Jechaliśmy więc razem, przyczem to jeden z nas, to drugi opowiadał jakieś z przeżytych zdarzeń. Old Surehand opowiedział także kilka swoich przygód. Miał przy tem taki krótki i dobitny sposób, że usuwał zupełnie myśl, jakoby szukał naszych pochwał. To, co usłyszeliśmy z ust jego, to były raczej sprawozdania, niż opowiadania. Old Wabble miał przy tem kilka razy sposobność zapytać go w ten sposób, że opowiadający nie mógł właściwie w odpowiedziach uniknąć wzmianek o swojem pochodzeniu i stosunkach. To też było celem starego, lecz Old Surehand umiał te zasadzki mądrze wymijać, i widać było po nim, że nie miał zamiaru dać się skusić choćby do byle wzmianki. Mówił o swojem życiu i doświadczeniach na Dzikim Zachodzie, ale więcej nie mógł się stary dowiedzieć.
W ten sposób upłynęło południe i wielka część popołudnia a wieczór się już zbliżał, kiedy dotarliśmy do Rio Pecos w miejscu, położonem może o milę angielską powyżej ujścia Błękitnej Wody. Przepłynęliśmy na drugą stronę, gdyż okrążenie Błękitnej Wody mogło się odbyć tylko na prawym brzegu rzeki.
Przybywszy tam natrafiliśmy na trop, wiodący blizko rzeki z jej biegiem.
— Hallo! — rzekł Old Wabble. — Oto widać, że Nale-Masiuw przybył już ze swoimi czerwonymi!
Old Surehand spojrzał tylko przelotnie na trop i odrzekł:
— To nie był on.
— Nie? jakto?
— Ilu czerwonych miał sprowadzić?
— Stu.
— Czy to jest trop stu jeźdźców?
— Nie — przyznaję to, ale, skoro to nie był on, to chciałbym wiedzieć, kto taki... hm! Byłaby to może straż przednia jego oddziału?
— Być może.
— W takim razie nadejdą drudzy i odkryją nasze ślady. Co tu robić? Zdradzić się nam nie wolno.
— Niech mr. Shatterhand oznaczy, co czynić.
Pochyliłem się z konia, by się dobrze przypatrzyć odciskom i powiedziałem:
— Tu było około dwudziestu jeźdźców, bardzo pewnych siebie, bo nie jechali gęsiego. Trop ma najmniej cztery godziny, kto więc przyjdzie za nami a będzie miał dobre oczy, odróżni nasze ślady z łatwością. Ale wieczór się zbliża i uniemożliwi to odróżnienie. Możemy śmiało jechać dalej tym tropem, bo muszę poznać go lepiej.
Skręciliśmy za śladami i przybyliśmy wkrótce na miejsce, gdzie jeźdźcy zatrzymali się byli. Miejsce to zasłaniały zarośla od strony rzeki, a w nich znajdowała się wązka ulica.
— Tak, tu było około dwudziestu jeźdźców — powtórzyłem, — Więcej nic się nie da powiedzieć.
— A więc straż przednia? — spytał Old Wabble.
— Wątpię.
— Dlaczego?
— Naco miałby Nale Masiuw dzielić swój oddział i wysyłać straż przednią? To czyni się tylko przed walką albo w bardzo niebezpiecznych stronach. O walce mowy nie było, a niepewnymi nie czuli się ci ludzie, bo jechaliby inaczej. Nie mamy więc do czynienia z przednią strażą, lecz ze samotnym oddziałem. To nie byli ludzie Nale Masiuwa. Hm. Przychodzi mi na myśl mój znajomy młody wódz Sziba-bigh, który także musi przyjść nad Błękitną Wodę, jeśli się ma udać z Wupą Umugi na Llano Estacado. On ma być przewodnikiem. Może to on był.
— To bardzo być może, sir. Co teraz uczynimy? Podążymy tym tropem?
— To nie ma celu i naraziłoby nas na niebezpieczeństwo.
— Ależ my musimy iść w dół rzeki, aby się znowu dostać na drugi brzeg.
— Tak, lecz nie tak blizko wody, gdzie każdej chwili możemy się natknąć na czerwonych. Pojedziemy łukiem, tak, że dostaniemy się do brodu dopiero, kiedy się ciemno zrobi i nie będzie nas można zobaczyć.
— To rozumne i niebezpieczne zarazem.
— Jakto niebezpieczne?
— Jeśli jeszcze przed nastaniem ciemności przyjdą za nami Indyanie, to zobaczą miejsce, w którem ten trop opuścimy. Nasze ślady muszą zwrócić ich uwagę, pójdą za nimi i będziemy zdradzeni.
— Jeśli się do tego głupio zabierzemy, to tak. Musimy właśnie tam skręcić, gdzie to nie zwróci uwagi.
— Gdzież to?
— Tu.
— Tu? Aha!
— Tak, tu. Czy wam się nie zdaje, że ta ulica w zaroślach to najlepsza sposobność?
— Czy jest ulica czy nie, oni mimoto zauważą, że trop prowadzi w bok.
— Nie, jeśli to dobrze zrobimy. Nie pojedziemy tam powoli, lecz skokiem. Że nasze konie tu się przysadzą do skoku, tego nie spostrzegą, bo tu dużo śladów, i ziemia całkiem stratowana. Konie dotkną gruntu po drugiej stronie ulicy, co wprawdzie wytworzy odciski, ale stąd nie będzie można ich widzieć, bo otwór wązki, a gałęzie schodzą się dołem. Musimy skakać wysoko i unikać złamania gałęzi albo konarów.
— Well, to pójdzie, mr. Shatterhandzie! Kto skacze pierwszy?
— Ja. Wy za mną po jednemu i zróbcie to dokładnie tak samo, jak ja.
Poderwałem konia, pomogłem mu i przeleciałem wielkim łukiem między zaroślami, poczem oczywiście nie zatrzymałem się, lecz zrobiłem miejsce dla drugich. Oni przeskoczyli tak samo dobrze, jak ja, a następnie przejechaliśmy wązki tutaj pas lasu nad rzeką, aż wydostaliśmy się na teren otwarty. Stąd jechaliśmy pod kątem prostym od rzeki, dopóki nie oddaliliśmy się od niej tak, że nie można było zobaczyć nas stamtąd. Stąd wyruszyliśmy równolegle i, dojechawszy dość daleko wstecz, zwróciliśmy się znowu ku rzece Pecos. Przybywszy na brzeg, mogliśmy się znajdować o jakie pół mili angielskiej poniżej brodu, więc musieliśmy się wracać. Należało być przytem ostrożnym, gdyż tymczasem zapadła ciemność, a cała sytuacya była niebardzo bezpieczna. Z powodu posiłków, których oczekiwał Wupa Umugi, trzeba było właśnie nad brodem spodziewać się każdej chwili spotkania. Pozsiadaliśmy z koni i prowadziliśmy je za sobą, ażeby wywoływać jak najmniej szmeru.
Pokazało się wkrótce, że ta ostrożność nie była bynajmniej zbędną, gdyż zanim doszliśmy do brodu, poczuliśmy woń spalenizny. Gdzieś blizko było ognisko, więc zatrzymaliśmy się. Należało się oczywiście dowiedzieć, kto ogień rozniecił. Chciałem to zrobić z Old Surehandem. Oddaliśmy więc strzelby Old Wabble’owi i Bobowi a sami zaczęliśmy się skradać. Woń wzmagała się z każdym krokiem, a kiedy byliśmy już niedaleko od brodu, zobaczyliśmy ogień. Płonął nad wodą, ale kto tam był, tego nie mogliśmy zobaczyć z powodu zarośli.
Posuwaliśmy się dalej z całą ostrożnością, dopóki nie dostaliśmy się do nich. Rosły one o jakich dwanaście kroków od ogniska, przy którem siedzieli dwaj Indyanie naprzeciwko siebie, z twarzami, zwróconemi do siebie, tak, że widzieliśmy oba profile. Byli to Komancze; ale czego chcieli nad brodem i naco to ognisko? Te dwa pytania musieliśmy sobie przedłożyć. Odpowiedź nie mogła być wcale trudna.
Old Surehand miał te same myśli, co ja. Szepnął do mnie:
— Nale Masiuw jeszcze nie przybył. Mieliście słuszność w swoich domysłach.
— Tak. Czekają na niego i ustawili tutaj te straże, które mają się z nim spotkać.
— Do czego im to potrzebne?
— To bardzo proste. Nale Masiuw pochodzi z innego szczepu, niż Wupa Umugi, a jego pastwiska leżą dalej stąd. Dlatego nie zna brodu, a ci dwaj mają mu go pokazać, kiedy nadciągnie.
— Tak musi być. Jak to dobrze, że przybyliśmy tutaj dopiero wieczorem!
— Tak. Za dnia byliby nas spostrzegli, gdyż pewnie już tutaj byli. Teraz woń ochroniła nas od zdradzenia się.
— To byłoby źle, chociaż nie zdołaliby nas pewnie pochwycić. Wiedzieliby przecież, że wciąż jeszcze jesteśmy w tych stronach, gdy tymczasem przypuszczali przeciwnie.
— To ognisko jest w każdym razie dowodem, że przypuszczają, iż, Bóg wie, gdzie jesteśmy. Gdyby się nas w tych stronach spodziewali, nie odważyliby się rozniecać ognia. Głupcy; oni jednak nigdy nie zmądrzeją.
— Nie powinni się na to uskarżać, żebyśmy nie dali im sposobności do zmądrzenia. Daliście im dość dobrych nauk. Zostaniemy tutaj?
— Chciałbym.
— Ja także. Teraz siedzą wprawdzie niemi, jak bałwany, ale może zaczną mówić o czem do siebie.
— Gdy to uczynią, dowiemy się czegoś.
— Ważnego?
— Jeśli nie, to przynajmniej czegoś, co nas zajmie. Jeden z nich to wybitny wojownik.
— Czy wy go znacie?
— Tak. Kiedy podsłuchiwałem tam nad Błękitną Wodą, siedział obok wodza i obok starego brał udział w rozmowie. Jeśli zaczną rozmawiać, to prawdopodobnie o swych wojennych zamiarach. Słuchajcie!
Czerwony, o którym mówiliśmy właśnie, wymówił jakieś słowo, ale tak krótko i głosem tak przytłumionym, że nie podobna było go zrozumieć. Drugi odpowiedział mu, lecz także niezrozumiale. Tak padały przez pewien czas słowa luźne, a my nie wiedzieliśmy, do kogo i do czego się odnosiły. Przyłożyliśmy więc ucho do ziemi, żeby lepiej rozumieć.
Zaledwieśmy to zrobili, trącił mnie Old Surehand znacząco łokciem. Wiedziałem od razu, co miał na myśli, gdyż dosłyszałem także odgłos, na który chciał zwrócić moją uwagę. Znaliśmy go dobrze obydwaj. Był to tętent kopyt po miękkim gruncie, przyczem trącono o jakiś korzeń, lub coś stałego.
— Czy to może nasze konie? — spytał Old Surehand.
— Nie. Odgłos doszedł nas z przodu.
— A więc tu idzie o czerwonych, którzy nadchodzą.
— Zapewne.
— Także Komanczów, bo mieliby się bardziej na baczności i prowadziliby lepiej konie.
— To Komancze, ale oni nie wiedzą, że tu także siedzą czerwoni.
— Czyż nie dostrzegliby ogniska?
— Nie. Z odgłosu można sądzić o odległości jakich ośmdziesięciu kroków, a w górze stoją gęste zarośla, zasłaniające ognisko.
— Lecz powinni je poczuć.
— Nie, bo wiatr wieje stamtąd i zwiewa dym, oraz woń w stronę przeciwną.
— Ciekawym, kto to!
— Ja także. Skoro tylko ogień zauważą, zatrzymają konie i zsiędą, ażeby zakraść się tutaj. Wtedy dowiemy się pewnie czegoś.
Czekaliśmy, a głuchy odgłos powtórzył się jeszcze dwa razy. Komancze, siedzący przy ognisku, nie słyszeli go, bo nie mieli tak, jak my, uszu przy ziemi. Potem wszystko ucichło i tak upłynęła długa chwila. Nadchodzący musieli już coś zauważyć i zbliżali się po cichu. Wtem zaszeleściało w przeciwległych krzakach i zabrzmiało groźne „hiiiiiiih!“ Obaj strażnicy zerwali się z przestrachem. Zdawało się już, że ukryją się w zaroślach, za którymi myśmy siedzieli, więc zerwaliśmy sic także, ażeby jak najszybciej zrejterować, kiedy z drugiej strony rozległ się, pytający okrzyk:
— Wupa, Wupa?
Skutkiem tego zatrzymali się obydwaj strażnicy a jeden z nich odpowiedział:
— Umugi, Umugi!
Usiedli napowrót, uspokojeni, bo okrzyk ten znaczył, że nadchodzący nie byli nieprzyjaciółmi. Wupa Umugi to było umówione hasło i odzew. Widocznie nauczyli się tego czerwoni od białych i przyswoili to sobie.
Po upływie pewnego czasu zjechali z góry dwaj jeźdźcy. Sprowadzili pozostawione przedtem konie i pozsiadali z nich. My położyliśmy się oczywiście znowu, a przybysze usiedli obok strażników, nie mówiąc na razie ani słowa; taki jest zwyczaj u Indyan. Minęło około pięciu minut, i ten, którego skreśliłem, jako wybitnego wojownika, zaczął mówić, gdy tymczasem towarzysz jego milczał.
— Spodziewano się czerwonych braci. Wupa Umugi czeka z niecierpliwością.
— Czy wolno niecierpliwić się wojownikowi? — zapytał jeden z przybyłych.
— Nie wolno mu tego okazać, ale może. Czy powiedziałem, że to okazał?
— Tego mój brat nie powiedział.
— Czekaliśmy już po południu, a teraz przybywacie jako straż przednia. Kiedy nadciągnie Nale Masiuw?
— Dziś nie nadciągnie.
— Uff!
— Nie przybywamy jako przednia straż, lecz jako jego posłańcy. Gdzie jest Wupa Umugi, z którym mamy się rozmówić?
— Obozuje nad Błękitną Wodą.
— Zaprowadź nas do niego!
— Możemy jeszcze zaczekać. Moi bracia wiedzą, że posiadam ucho i zaufanie wodza. Jeśli nie chcą się spotkać z gniewnem przyjęciem, niechaj powiedzą mi swoją wiadomość, ażebym mógł wodza przygotować.
Obaj posłańcy spojrzeli na siebie pytająco, poczem odrzekł ten, który mówił przedtem:
— Tak, wiemy, że jesteś uchem i ustami Wupa Umugi, więc dowiesz się o tem, co chcesz usłyszeć, choć mamy rozkaz mówić tylko z samym wodzem. Nale Masiuw nie może dzisiaj przybyć, ze swymi stu wojownikami.
— Uff! Dlaczego?
— Gdyż zatrzymały go blade twarze i musiał z niemi walczyć.
— Czy znajdują się w pobliżu blade twarze?
— W pobliżu niema, ale z tamtej strony Mistake-canon natknęliśmy się nagle na żołnierzy bladych twarzy, którzy na nas napadli. Było ich tam tak wielu, że musieliśmy uciekać, przyczem sporo naszych wojowników zraniono i zabito. Blade twarze ścigały nas i poszliśmy w rozsypkę, a kiedy nadszedł wieczór, zgromadziło się przy wodzu tylko pięćdziesięciu wojowników.
— Uff, uff, uff! Co na to powie Wupa Umugi! Może odłoży wyprawę na Llano Estacado i pociągnie do Mistace-canon, żeby was pomścić.
— Niechaj tego nie czyni! Nasz wódz Nale Masiuw wysłał nas, ażebyśmy mu to powiedzieli. Te blade twarze, z któremi walczyliśmy, to nie westmani, lecz żołnierze. Jeśli ich zwyciężymy, a choćby jeden powrócił do fortu, to wyślą setki za setkami nowych żołnierzy, ażeby pomścić poległych. Musimy pomścić naszych zabitych, ale tak, żeby ani jeden żołnierz nie wrócił do domu, lecz żeby wszyscy wyginęli.
— Czy Nale Masiuw obmyślił plan, jak się to ma zrobić?
— Tak.
— Czy znasz go?
— Tak, mam o nim donieść Wupa Umugi.
— A czy ja mogę usłyszeć?
— Wszyscy musicie się o nim dowiedzieć, dlaczegóż nie miałbym ci go powiedzieć?
— Ucho moje otwarte z zaciekawieniem.
— Musimy żołnierzy bladych twarzy zwabić na Llano Estacado, żeby tam wyginęli z głodu iz pragnienia.
— Uff, uff, uff! Ta myśl uzyska zaraz uznanie naszego wodza. Te białe psy muszą wszystkie wyginąć i żaden nie śmie powrócić z wiadomością, co się właściwie stało.
— Czerwony brat ma słuszność. Dlatego nie należy odwlekać wyprawy na LlIano Estacado, lecz należy ją podjąć czemprędzej, gdyż jeśli mamy zwabić blade twarze w objęcia śmierci i sami przy tem nie zginąć z głodu i pragnienia, musimy mieć wodę, nad którą mieszka Bloody Fox. Musimy ją mieć, zanim zaprowadzimy żołnierzy na Llano Estacado.
— Jak ich się zwabi?
— Czy młody wódz Sziba-bigh przyłączył się już tu do czerwonych braci?
— Przybył po południu z dwudziestu wojownikami.
— On zna drogę do wody na pustyni i otrzyma od wodza Wupa Umugi tylu wojowników, ilu potrzeba do zajęcia wody i schwytania Krwawego Lisa. Tymczasem Wupa Umugi zaczeka tutaj, zanim nie nadciągnie Nale Masiuw.
— Kiedy się to stanie?
— Kiedy zebraliśmy się po walce, posłał natychmiast do domu dwu posłańców, aby sprowadzić jeszcze stu wojowników, którzy mają pozostać na tyłach białych żołnierzy i nie pokazywać im się, dopóki blade twarze nie będą w pustyni. Teraz zaczeka jeszcze jeden dzień, aby zebrać resztę rozprószonych wojowników, i zaatakuje żołnierzy, ale nie będzie z nimi walczył, tylko cofnie się aż tu, nad Błękitną Wodę, gdzie swoich ludzi połączy z waszymi wojownikami. Blade twarze ruszą za nim, a kiedy tu przybędą, już nas nie będzie. Będziemy się ciągle pokazywali, lecz zaatakowani, będziemy się cofali zawsze, dopóki tych białych psów nie będziemy mieli na pustyni. Tam będziemy przed nimi, a ci wojownicy, po których posłał Nale Masiuw, przyjdą za nimi — i w ten sposób będą otoczeni. Ale, gdyby nas wtenczas nawet zaatakowali, nie będziemy walczyli, lecz cofniemy się dalej na pustynię, bo będziemy mieli wodę, a oni nie. Wyginą więc do ostatniego człowieka, a my nie stracimy ani jednego z naszych.
— Uff, uff! To dobry plan, bardzo dobry!
— Czy mój czerwony brat sądzi, że nań Wupa Umugi przystanie?
— Zgodzi się; wiem to napewno, a gdyby był temu przeciwny, to go namówię. Rada starszych będzie pewnie po mojej stronie.
— A zatem ruszajmy nad Błękitną Wodę, ażebym mógł pomówić z wodzem, bo muszę się śpieszyć do Nale Masiuwa z odpowiedzią.
— Niech mój brat jeszcze chwilę zaczeka! Plan bardzo dobry, bo prowadzi do zupełnej zguby bladych twarzy, ale ma jedną lukę.
— Jaką?
— Sziba-bigh, znający pustynię, ma z jednym oddziałem pojechać naprzód, ażeby zająć wodę. Skoro my tam nadejdziemy, jak znajdziemy to miejsce z wodą?
— On zawróci i pokaże nam drogę.
— Czy będzie mógł? Czy będzie miał dość czasu? Czy mu nic nie przeszkodzi?
— I nad tem myślał już Nale Masiuw. Kiedy trzej wodzowie naradzali się nad wyprawą, na Llano, powiedział Sziba-bigh, że pod ostatniem wzgórzem, przed początkiem pustyni znajduje się woda, zwana Suks-ma-lestawi[29]. Wielu wojowników naszych było już na tem miejscu, zna je i odnajdzie z łatwością.
— Suks-ma-lestawi? Ja znam także to miejsce, bo byłem tam już kilka razy.
— To dobrze. Ponieważ miejsce to leży na drodze, którą ma się udać Sziba-bigh, przygotuje on tam wszystko, czego potrzeba, ażebyśmy na każdy wypadek znaleźć stamtąd drogę do wody. Jest tam sporo krzaków i młodych drzew: wytnie z nich dużo tyk i wytyczy niemi drogę przez piasek do wody.
— Uff. Tak, jak czynią blade twarze, kiedy jadą przez pustynię i nie chcą zgubić drogi.
— Tak, tak. Gdy przyjdziemy do Suks-ma-lestawi, a Sziba-bigh nie będzie nas tam mógł oczekiwać, to tyki wskażą nam drogę.
— A blade twarze pójdą za nami i znajdą także tę wodę.
— Nie! Czy mój brat słyszał kiedy o białych rozbójnikach, zwanych stakemanami?
— Tak.
— Czy brat wie także, co oni robią, aby podróżnych poprowadzić na zgubę?
— Wyciągają tyki i wbijają inaczej.
— Czy czerwoni wojownicy nie mogą uczynić tego samego, co blade twarze?
— Uff! To prawda.
— Powyciągamy za sobą tyki i powsadzamy je w kierunku, gdzie niema wody i gdzie żołnierze muszą wyginąć. Czy mój brat ma jeszcze jakie pytanie albo wątpliwość?
— Nie.
— Oto więc wszystko, co ma usłyszeć ode mnie Wupa Umugi. Jeśli na ten plan przystanie, będzie nietylko woda na pustyni należała raz na zawsze do Komanczów, lecz pochwycimy Krwawego Lisa i zgubimy białych żołnierzy.
— On uczyni z pewnością to, co mu przez ciebie każe powiedzieć Nale Masiuw. Tak powiedziałem; howgh!
— Więc jedźmy nad Błękitną Wodę, bo nie mamy czasu. Musimy wracać natychmiast, ponieważ Nale Masiuw na nas czeka.
— A my możemy tu zgasić ognisko, gdyż skoro wasi wojownicy nie przybędą, nie mamy powodu czekać. Przeprowadzimy was brodem.
Zadeptali ogień i poszli przez rzekę; obaj strażnicy pieszo, a obaj posłańcy na koniach.
Kiedy odeszli, wstaliśmy i spojrzeliśmy na siebie, chociaż w ciemności nie mogliśmy zobaczyć naszych twarzy. To, co usłyszeliśmy, właśnie było rzeczą nadzwyczajnej wagi.
— Chciałoby się także, jak Indyanin, zawołać „uff, uff, uff!“ — rzekł Old Surehand.
— A czy nie powiedziałem, że usłyszymy coś tutaj, sir?
— A co! Taki plan!
— Ja byłem tam, w obozie tego wojska. A więc to oni napadli na Nale Masiuwa! Dowódca nie podobał mi się wprawdzie; to arogant, zasługujący właściwie na upokorzenie — ale do tego, co zamierzają względem niego Indyanie, nie możemy dopuścić.
— Czy rozmawialiście z nim?
— Tak.
— Czy on was znał?
— Nie.
— A wy nie powiedzieliście mu także, kto wy jesteście?
— Ani mi się śniło.
— W takim razie pojmuję jego arogancyę, bo chciałbym widzieć człowieka, choćby wyższego oficera, któremu byłoby wolno zachować się zuchwale wobec Old Shatterhanda. Nawarzyłby sobie piwa! Ale co mówicie o tym planie, który Nale Masiuw wymyślił?
— Mistrzowski nie jest.
— Takie i moje zdanie, ale taki oficer konnicy, to nie westman, i sądzę, że może się dać zwabić na Llano.
— A ja jestem o tem przekonany. Nazywając plan nie mistrzowskim, nie twierdziłem bynajmniej, żeby nic nie wartał; o nie! Sądzę tylko, że na przykład my dwaj ułożylibyśmy go inaczej. Biali pójdą w pułapkę.
— Jeśli Wupa Umugi zgodzi się z Nale Masiuwem.
— To całkiem pewne.
— Właściwie powinni byśmy zakraść się nad Błękitną Wodę, aby zobaczyć lub usłyszeć, co postanowią. Czy nie?
— Myśl to najbliższa, lecz nie wykonamy jej dla dwu powodów, nie uwzględniając już niebezpieczeństwa, na jakie narazilibyśmy się przy tem.
— A te powody?
— Po pierwsze uważam to za pewne, że Wupa Umugi się zgodzi, więc nie potrzeba podsłuchiwać, a powtóre nie mamy na to czasu. Jestem o tem przekonany, że Sziba-bigh wyruszy jutro rano albo jeszcze dziś w nocy do Suks-ma-lestawi, a ponieważ musimy go uprzedzić, nie mamy czasu do stracenia. Musimy śpieszyć do Nargoleteh-tsil i zobaczyć, czy tam już są nasi Apacze. Jeśli tak, to damy koniom tylko krótki wypoczynek i pojedziemy na Llano o świcie.
— Czy znacie to miejsce, które Komancze nazwali Suks-ma-lestawi?
— Nawet bardzo dokładnie. Obozowałem tam zawsze, odwiedzając Bloody Foxa albo jadąc od niego. W języku Apaczów nazywa się to Gutes-nontin-khai, co znaczy także „sto drzew.“
— Odpowiednio do nazwy musi tam być las.
— Nie las we właściwem tego słowa znaczeniu; Tylko położenie na skraju pustyni usprawiedliwia tę nazwę. Prawdziwych drzew tam niewiele. Rosną tam rzadkie zarośla i długie, cienkie drzewa, nadające się rzeczywiście na tyki, które Sziba-bigh ma tam sobie wyciąć. Teraz wracajmy do towarzyszy. Musimy się przeprawić, przez rzekę, dopóki bród całkiem wolny i nikt go nie obserwuje. Chodźcie!
— To trwało całą wieczność — przyjął nas Old Wabble, gdy przybyliśmy do nich. — Gdyby nieobecność wasza była się przedłużyła, byłbym poszedł za wami.
— Aby narazić nas na niebezpieczeństwo! — odparłem. — Oto, czego chciałbym was oduczyć. Jestem pewien, że ten błąd, którego nie możecie się wyzbyć, przyprawi was jeszcze kiedy o zgubę.
— Old Wabble i zguba? Ani mi się śni!
Nie wierzył w to i mimo swojego wieku był ciągle jeszcze lekkim, beztroskliwym cowboyem z dawnych czasów. Gdybyż był chciał mi wierzyć! Słowa, które mu powiedziałem, były proroctwem, niestety, spełnionem później zbyt dosłownie.
Przeprawiliśmy się brodem, przejechaliśmy powoli wązki pas lasu na brzegu rzeki, poczem mogliśmy konie rozpuścić, bo gwiazdy użyczały dość światła. Ta okoliczność pozwoliła mi też zachować taki prosty kierunek, że kiedy dotarliśmy do Deszczowej Góry, nie okrążaliśmy ani przez pięć minut. Około północy dostrzegliśmy dwie nieznaczne wyniosłości wynurzającej się przed nami góry.
Stopy jej okalały zarośla. Przejeżdżając przez nie, usłyszeliśmy okrzyk Apacza:
— Ti arku — kto tam?
— Old Shatterhand — odpowiedziałem.
— Owan uslah arhonda — chodźcie tu!
Skręciliśmy, a do nas przystąpił czerwony, który stanął tuż przy mnie, ażeby mi się przypatrzyć.
— Tak, to Old Shatterhand, wielki wódz Apaczów — rzekł. — Z rozmaitych stron porozstawialiśmy straże, by na was czekać.
— Czy wojownicy Apaczów już przybyli?
— Tak, w liczbie trzystu.
— Z zapasami żywności?
— Mięsa i mąki na kilka tygodni.
— Kto jest dowódcą?
— Enczar Ko[30], ulubieniec Winnetou, jak wie mój wielki brat Old Shatterhand.
— Czy Długi Nóż przyszedł także z dwoma blademi twarzami?
— Tak, przybyli tu i opowiadali o czynach Old Shatterhanda. Niech moi bracia pójdą teraz za mną.
Poprowadził nas kawałek drogi w dolinę, ciągnącą się w górę między obydwoma wzniesieniami, i niebawem dostaliśmy się do obozu Apaczów.
Enczar Ko był nietylko ulubieńcem Winnetou, lecz moim także. Przywitaliśmy się z wielką i szczerą serdecznością, a on oświadczył, że oddaje swój oddział pod moje rozkazy. Parker i Hawley przyszli oczywiście także, aby nam rękę uścisnąć. Opowiedzieliśmy im w krótkich słowach, jak się nam udało uwolnić Boba. Niepokoili się o nas, więc radość ich była teraz tem większa.
Narada była zbyteczna, bo zdążałem na Llano, i to wystarczało. Zawiadomiłem Enczar Ko o tem, jak rzeczy stały, a że my chcieliśmy się trochę przespać, wziął on na siebie przygotowania tak, żebyśmy zaraz po przebudzeniu się mogli wyruszyć.
Nazajutrz o wschodzie słońca byliśmy już daleko od Deszczowej Góry, a orszak nasz poruszał się z dostateczną szybkością po równinie, sięgającej do pasma wzgórz, z których schodzi się na Llano. Między jego wschodniemi odnóżami znajdują się owe źródliska, których wody wsiąkają w piasek a potem gromadzą się w jeziorku, nad którem Bloody Fox założył swą tajemniczą siedzibę.
Old Surehanda cieszył widok Apaczów, bo zauważył, że mieli szkołę niemal wojskową. Takim systemem zaprowiantowania, jak oni, nie mógł się pochlubić żaden inny szczep indyański. Po drodze opowiedziałem mu, ile trudu zadał sobie Winnetou i z jaką rozwagą zrobił ze swoich Meskalerów wyborowe oddziały, co jeszcze bardziej podniosło poważanie jego dla tego wodza. Mieli ze sobą nawet worki, uszyte ze skór gazelich, ażeby wojownicy nie musieli znosić pragnienia.
Po południu przeszliśmy przez wspomniane wzgórza. Poprowadziłem oddział na znaną mi dolinę, gdzie spoczęliśmy trochę. Znajdowała się tutaj rzeczka, wprawdzie bardzo cienko płynąca, ale wystarczająca do napełnienia worków. Potem zeszliśmy na Llano Estacado i po jego lekkim żółtawym piasku pojechaliśmy ku północy. Dolina ta leżała o jakie ćwierć dnia drogi od Stu Drzew, gdzie mieli przybyć Komancze.
Kiedy słońce zapadło, zatrzymaliśmy się w środku pustyni. Leżąca dokoła nas, jako niczem nie przerwana równina, której horyzont był jakby cyrklem nakreśloną linią, tworzyła olbrzymią okrągłą patelnię, posypaną kaszką i cukrem. Porównanie to śmiałe, o ile weźmie się na uwagę puste, wyschłe i nieurodzajne Estacado.
Chociaż nie obawialiśmy się niczego, rozstawiliśmy straże i położyliśmy się spać, dawszy wprzód koniom wody i kukurydzy, której sprowadzono wielkie mnóstwo. Sen podczas chłodnej nocy pustynnej posłużył nam bardzo, i kiedy zbudziliśmy się nazajutrz, czuliśmy w sobie siły do dalszej drogi.
Dzisiaj wiodła nas droga obok wyschłych pól kaktusowych, przed któremi musieliśmy chronić konie, ażeby sobie nóg nie kaleczyły. Te pola zbliżają się tu często do siebie i tak się łączą ze sobą, że trzeba skręcać i znacznie nieraz okrążać, bo przez nie tylko gdzie niegdzie i to z trudem można się przedostać. Kto nie zna ich rozmiarów i właściwości, ten może się tak zabłąkać, że nie wydostanie się rychło i ginie, jeśli nie ma żywności i wody.
Po południu upał był straszny. Słońce formalnie piekło, a w dodatku wiał wiatr, gorący, jak z pieca, i napełniał powietrze gęstym pyłem. Stanowisko moje było trudne, gdyż ja jeden znałem drogę i odpowiadałem za naszą całość. Wzrok nie mógł prawie przebić atmosfery, a chociaż byłem pewien, że kierunek jest dobry, było przecież wiele takich rzeczy, które mogły mnie zmylić. Miałem wprawdzie przy sobie Murzyna, ale nie licząc już wogóle jego umysłowych słabości, jeździł on zawsze przez pustynię z Bloody Foxem, zdawał się na niego, więc nie mógł mi teraz dać żadnych wskazówek. Dawniej były pola kaktusowe, które teraz zniknęły, a tam, gdzie ich nie było, powstały nowe, Na kompas nie patrzyłem. Zmysł lokalny westmana jest pewniejszy od zwodniczej igły magnetycznej.
Musiałem bezwarunkowo znaleść się na miejscu, gdzie między dwiema przestrzeniami kaktusów wiodła wolna droga do pustynnej oazy — lecz nie znalazłem tej drogi. Prawdopodobnie byłbym stamtąd, gdzieśmy stali, zobaczył przez lunetę kępę drzew, wyrosłą dokoła stawu, lecz powietrze było zanadto przepełnione piaskiem. Zwróciłem się jeszcze raz do Boba i po długiem pytaniu dowiedziałem się ostatecznie tego, co już dawno mógł mi powiedzieć.
Oto Bloody Fox chciał się jeszcze bardziej odgraniczyć i zasadził roślinami drogę, której szukałem. Z wielkim trudem i z pomocą wody, jaką rozporządzał, otoczył się tak szerokim pasem kaktusów, że z tej strony nie podobna było dojrzeć jego home’u wolnem okiem. To byłoby oczywiście niemożliwe, gdyby już przedtem nie było pól kaktusowych, ciągnących się milami. Miał tylko wypełnić przerwy, nad czem z Bobem i Sanną pracował przez całe miesiące. Dawniej mogliśmy do niego dojechać od wschodu lub od północy; teraz zatkał te otwory, a natomiast utworzył nowy, na wschodzie. Był on bardzo wązki, a droga wiodła takim zygzakiem, że obcy nie poszedłby nią pewnie. To, że mógł swoją siedzibę otoczyć takim lasem kaktusowym, zawdzięczał tylko wodzie. Zresztą już raz opisałem był takie pola kaktusowe na Llano Estacado[31]. Takiemu polu zawdzięczaliśmy wówczas ocalenie od śmierci, a przypadkowo znajdował się wtenczas z nami Murzyn, który także Bob się nazywał, ale z tym nie miał nic wspólnego.
Nareszcie wiedziałem, o co mi chodziło i jak mogłem się dostać do Bloody Foxa. Apaczów nie mogłem brać ze sobą, bo jego home było tajemnicą i miało nią prawdopodobnie pozostać. Musieli więc rozbić obóz; zostawiłem w nim także wszystkich białych i wziąłem z sobą tylko Murzyna, by mu dać jak najrychlej sposobność zobaczenia się z matką i z Bloody Foxem.
Popędziliśmy cwałem dokoła potężnego pola kaktusów, dopóki nie przybyliśmy na stronę wschodnią, a ponieważ znajdowaliśmy się przedtem na zachodniej, trwała jazda prawie godzinę. Znaleźliśmy przerwę i musieliśmy przez nią jechać wolniej, to w prawo, to znowu w lewo, jak do tego zmuszał nas zygzak. Wkońcu zobaczyłem zielone, ale pokryte szarym piaskiem korony drzew, a wkrótce potem dom, położony w ich cieniu. Przed nim poruszała się przy pracy postać kobieca. Ujrzawszy ją Bob, podpędził konia i krzyknął:
— To być matka Sanna, matka Sanna masser Boba! Oh... oh... matka, matka! Sanno, Sanno! Twój boy przyjść, twój Bob znowu tu być!
Odwróciła się i rozłożyła ręce. Stała tak, zesztywniała z radości, nie mogąc przemówić słowa, a on zatrzymał przed nią konia, zeskoczył i zarzucił jej długie swoje ręce na szyję i krzyczał dalej z radości.
Te krzyki usłyszał jeszcze ktoś. Drzwi się otwarły i z domu wyszedł człowiek, dla którego powrót Murzyna był zapewne zagadką, który jednak nie zmienił wyrazu twarzy, nie zdradzającej najmniejszej niespodzianki.
Stał przed drzwiami cicho i nieruchomo, z błyszczącem okiem, zwróconem na matkę i na syna. Jego długie, gęste, błękitno-czarne włosy zwinięte były w węzeł, podobny do hełmu, i spadały potem daleko, na plecy. Ani orle pióro ani żadna inna oznaka nie zdobiła tej indyańskiej fryzury. Ale poznać można było także i bez tego, że to nie był prosty wojownik, zwykły Indyanin. Kto nań spojrzał, był zaraz pewien, że ma przed sobą znacznego człowieka. Był tak samo w skórę odziany, jak ja. Na szyi miał kosztownie wyszyty worek z gusłami, artystycznie wyrzeźbioną fajkę pokoju i potrójny łańcuch z pazurów i zębów szarych niedźwiedzi, które położył trupem. Rysy jego poważnej, męsko pięknej twarzy możnaby nazwać rzymskimi, gdyby nie lekko wystające kości policzkowe. Barwa jego twarzy była jasno-brunatna z lekkim odcieniem spiżu.
Był to Winnetou, wódz Apaczów i najwspanialszy z Indyan. Imię jego żyło w każdym namiocie, każdym domku strażniczym, przy każdem ognisku obozowem. Sprawiedliwy, wierny i rozumny, waleczny aż do zuchwalstwa, szczery i bez fałszu, przyjaciel i obrońca wszystkich, potrzebujących pomocy, czy byli barwy czerwonej czy białej — ale taki sam surowy i nieubłagany wróg wszystkich niesprawiedliwych, znany był jako taki wszystkim, którzy o nim słyszeli albo go kiedy widzieli. Co za szczęście być przyjacielem takiego człowieka!
Bob ciągle jeszcze krzyczał do matki, a zachwyt jego zwiększał się zamiast się zmniejszać. Tymczasem przybliżyłem się zwolna, a Winnetou posłyszał kroki mojego konia. Odwrócił się i spostrzegł mnie, ale spiżowa twarz jego pozostała w poprzedniej nieruchomości; nie zadrgał nawet powieką. Tylko oko rozwarło się szerzej, a jasny blask serdecznej miłości zabłysnął w jego spojrzeniu. Zsiadłem z konia, objęliśmy się w ramiona i ucałowaliśmy się, jak bracia, którzy się dawno nie widzieli. Potem, trzymając mnie za obie ręce, odstąpił o pół kroku, powiódł po mnie wzrokim i powiedział:
— Mój brat, Old Shatterhand, przychodzi, jak rosa do kielicha spragnionego kwiatu i jako orzeł, który potężnemi szponami broni gniazda swych piskląt. Czy znalazłeś tam w górach Sierra Madre moją kartkę?
Odpowiedziałem mu na to:
— Serce moje tęskni za bratem Winnetou, jak chory za promieniem słońca, a dla duszy mojej jest on tak drogim, jak dziecko dla matki. Przeszło wiele słońc i miesięcy od czasu, kiedy oko moje widziało cię po raz ostatni. Byłem na Sierra Madre pod odwiecznym dębem i znalazłem twoją kartkę. Teraz przybywam z trzystu Apaczami pod dowództwem dzielnego Enczar Ko, ażeby oddać ich pod twoje rozkazy. Czy Bloody Foxa nie ma w domu?
— Objeżdża kilka razy dziennie kaktusy, aby zobaczyć, czy nie przybywasz. Teraz także go niema i... popatrz!
Nie dokończył zdania i po ostatniem słowie wskazał tam, skąd przybyłem. Stamtąd nadjeżdżało kilku jeźdźców: Old Surehand, Old Wabble, Parker, Hawley i Enczar Ko. Na czele ich jechał Bloody Fox, ubrany zupełnie tak, jak meksykańscy wakerowie, w skórę bawolą, w ten sposób, że wszystkie szwy ozdobione były frendzlami. Szeroka czerwona szarfa otaczała jego kibić zamiast pasa i zwisała obu końcami po lewym boku. Za nim tkwił długi nóż i dwa srebrem wykładane pistolety. Na głowie miał sombrero[32], na poprzek kolan trzymał kentucką dwururkę, a z przodu, po obu stronach siodła, umieszczone były przeciwko pchnięciom włóczni i ukłuciom strzał skórzane ochraniacze nóg, sięgające do stóp.
Miał on teraz dwadzieścia pięć lat, a pełny, długi wąs ocieniał mu usta. Dolna część twarzy z silnie rozwiniętemi szczękami wskazywała na silną, nieugiętą wolę, oczy jednak patrzyły — może tylko teraz, dlatego, że się cieszył — wesoło i łagodnie w świat, jak oczy dziecka, które nie dotknęłoby robaka ani motyla, by mu nie sprawić bolu, A przecież ten młodzieniec był owym strasznym awenging-ghost’em, którego niechybne kule trafiały każdego „sępa“ z Estacada w sam środek czoła.
W kłusie zeskoczył z konia i podał mi rękę. Przywitawszy mnie kilku szczerze serdecznemi słowami, zwrócił się do Winnetou:
— Tym razem znalazłem tych, których szukałem. Ale to nie tylko wojownicy Apaczów. Czy Winnetou domyśla się, jakich to sławnych mężów przyprowadził mu jego przyjaciel i brat Old Shatterhand?
Wódz odpowiedział lekkiem potrząśnieniem głowy, a Fox przedstawił mu przybyszów:
— Oto stoi Old Surehand, jeden z najsłynniejszych białych myśliwców. Udał się na południe, by poznać wodza Apaczów, i spotkał się przytem z Old Shatterhandem.
Przez chwile stali ci dwaj ludzie naprzeciw siebie i badali się nawzajem oczyma; potem podał Winnetou rękę myśliwcowi i rzekł:
— Kogo przyprowadza Old Shatterhand, tego wódz Apaczów wita z radością. Słyszałem wiele o tobie, a teraz niechaj czyn stanie na miejscu słowa, jako dzisiaj osoba na miejscu opowiadania.
Old Surehand odpowiedział kilka słów, przyczem poznałem, że Winnetou wywarł na nim bardzo wielkie wrażenie.
— A tu — mówił Bloody Fox dalej — jest Old Wabble, zwany królem cowboyów. On pomagał Old Shatterhandowi i Old Surehandowi w uwolnieniu Boba.
Po twarzy Winnetou przemknęło szczególne, rzekłbym, pogodne drgnienie, kiedy starcowi podał dłoń i powiedział:
— Old Wabble jest znany wodzowi Apaczów; on chytry, jak lis, jeździ, jak dyabeł, i lubi palić papierosy.
Oblicze starego rozpromieniło się na początku tego powitania — zaledwie jednak usłyszał słowa ostatnie, zasępiły się jego rysy natychmiast, i zawołał:
— Thunder-storm, to prawda, ale od kilku miesięcy nie miałem w zębach ani jednego. Skąd je wziąć w tej dyabelskiej okolicy? Jeśli to się wkrótce nie zmieni, to wyskoczę ze skóry i skręcę sobie z tego papierosa; th’ is clear.
Był to taki namiętny palacz, że nie czuł się dobrze bez papierosa; stąd ten wybuch uczucia.
Bloody Fox przedstawił jeszcze Parkera i Hawleya, którzy także usłyszeli kilka uprzejmych słów. Przejeżdżał on właśnie dokoła, ażeby popatrzeć, czy przybyłem z Apaczami i, jadąc od północy, właśnie kiedy ja z Bobem odjechałem na południe, natknął się na nich. Biali powiedzieli mu natychmiast, kim są, on zaś poprosił ich, żeby za nim pojechali czemprędzej.
Winnetou, Fox i ja mieliśmy sporo do pytania i opowiadania, lecz brakło nam na to czasu, bo Komancze zabrali go nam w całości. Bob i Sanna musieli zabrać nasze konie do pojenia, a my zebraliśmy się wszyscy przed domem na naradę. Stał tam z desek zbity stół z dwiema ławami, na których mogliśmy usiąść.
Fox wszedł do wnętrza domu, by nas ugościć. Chociaż jednak to, co nam podał, godne było uwagi, zwrócili ją wszyscy, którzy dawniej tutaj nie byli, w całkiem innym kierunku. Rozglądali się ze zdumieniem dokoła. Cóż to za raj w samym środku skwarnej pustyni! Było tam przez naturę utworzone wgłębienie o średnicy około ośmdziesięciu kroków, napełnione po brzegi przeźroczystą, doskonałą wodą, a na jej powierzchnię rzucało słońce brylantowe połyski. Nad tem drgały migotliwe jętki, uganiając się za muchami, komarami i innymi owadami. Nad brzegiem skubały konie, jak smakosze, soczyste źdźbła bujnej trawy. Nizkie palmy odbiły się w wodzie, zmarszczonej wiatrem. Nad ich piuropuszami tworzyły wysokie cedry i sykomory dach z koron. Za domkiem leżało duże pole kukurudzy, na którem gromada małych papużek kłóciła się o złote ziarna.

Sam domek nie był wielki, lecz wystarczał na potrzeby Bloody Foxa. Z jakiego materyału był zbudowany, tego nie podobna było rozpoznać, gdyż ściany, a nawet dach, okryte były gałęźmi, liśćmi i kwieciem białej, czerwono żyłkowanej passiflory. W kilku bardziej rozwiniętych miejscach przeświecały już wśród gąszczu płatków listowia żółte, słodkie, podobne do kurzego jaja owoce. Gdzieindziej, gdzie kwiaty jeszcze nie zwiędły, śmigały od kielicha do kielicha malutkie kolibry. Te liliputy pierzastego świata, podobne do latających drogich kamieni, znalazły przez Llano drogę do tej wspaniałej wyspy.
Sykomory, cedry i cyprysy nad wodą były to stare drzewa, których nasiona przyniosły ptaki na tę oazę jeszcze wówczas, kiedy nikt nie miał pojęcia o jej istnieniu. Dalej były plantacye kasztanów, migdałów, pomarańcz i laurów. Posadził je tu już Bloody Fox przed laty, tak samo, jak pas rozciągających się dokoła wody, szybkorosnących krzaków i krzewów, których przeznaczeniem było zasłaniać oazę przed nawianiem z pustyni piasku. Fox powykopywał rowy, ciągnące się daleko od jeziora, ażeby zaopatrzyć w wodę te sadzonki. Tam, gdzie kończyła się ta roślinność, zaczynały się pełznące po ziemi gatunki kaktusów, tworzące wielki ochronny pierścień dokoła tej posiadłości.
To piękne, odcięte od świata miejsce sprawiało wrażenie okolic podzwrotnikowych. Można tu było myśleć, że się jest w południowym Meksyku, w środkowej Boliwii albo na skrajach puszcz brazylijskich. Stąd pochodziło owo zdumienie, z jakiem oglądano ten mały raj, położony w samym środku pustyni. Mówiłem o tem z Old Surehandem, Old Wabblem, z Parkerem i Hawleyem, ale nie przypuszczali, żeby tu było aż tak uroczo.
Gdy zaczęli swój zachwyt wyrażać słowami, pochlebiło to Bloody Foxowi i poprosił ich ze sobą do domu, by go im pokazać.
Wszedłszy przez obramione pas passiflorami drzwi, widziało się, że wnętrze składało się z jednej komnaty. Wszystkie cztery ściany zrobione były z sitowia, a jako środek łączący służył delikatny ił z jeziora. Powała składała się z długiej, plecionej trzciny. W trzech ścianach było po jednem małem oknie, a otwór każdego był wolny od firanki pnączów. Przy czwartej ścianie stał, daleko od znajdujących się tu także drzwi, komin, zbudowany z ziemi, a nad paleniskiem wznosił się zrobiony także z szuwarów pułap. Pod nim wisiał żelazny kocioł.
Podłogę pokrywały skóry, obrane z sierci. Stały tu także trzy łoża ze skór niedźwiedzich, położonych na rzemieniach, przybitych do pali. Pod powałą wisiało kilka kawałków wędzonego mięsa, a na ścianach najrozmaitsza broń, jaką tylko można mieć i widzieć na dalekim Zachodzie. Kilka skrzyń służyło za szafy i komody, a pozatem stół i kilka ław, wyciosanych przez Foxa.
Największą jednak ozdobę komnaty tworzyła kudłata skóra białego bawoła, przy której zostawiono skórę z głowy. Był to „uniform“ avenging-ghosta. Bloody Fox wdziewał go zawsze, ilekroć wyjeżdżał ukarać stakemana. Stąd opowiadania o straszliwej postaci „ducha Llana Estacada“. Po obu stronach tej skóry tkwiło w ścianie mnóstwo nożów, jako okropnych pamiątek, gdyż mściciel zabierał je stakemanom po wpakowaniu im kuli w sam środek czoła. Pod łożem Bloody Foxa znajdowało się nakryte skórami wgłębienie, a w niem puszki blaszane z amunicyą.
Na północnej ścianie domu, gdzie słońce nie dochodziło, wisiała pewna ilość worków skórzanych, przeznaczonych na wodę. Z pomocą ich zawartości ocalił już Bloody Fox życie niejednemu podróżnemu, zbłąkanemu na Llanie.
Tak wyglądała „wyspa na pustyni“ i tak dom na tej wyspie.
Usiedliśmy na dworze i jedliśmy z apetytem wprawdzie, lecz prędko, aby przystąpić do narady. Zanim się rozpoczęła, poszedł Bloody Fox do domu i wróciwszy z małem tekturowem pudełkiem, podał je staremu Wabble’owi i rzekł:
— Oto dla was, mr. Cutterze, ponieważ sobie życzę, żeby moi goście czuli się dobrze w moim domu.
Old Wabble wziął pudełko, zważył je w ręce i rzekł tonem powątpiewania:
— Czuć się dobrze? Czy sądzicie, że to tutaj wzmocni moje zadowolenie?
— Jestem tego pewien.
— A cóż tam jest?
— Otwórzcie i zobaczcie sami!
— Hm! Skoro nie chcecie powiedzieć, to muszę otworzyć, bo inaczej nie dowiem się; th’ is clear!
Zdjął papierową opaskę, otworzył nakrywkę i... krzyknął głośno z radości.
— Nieba! Papierosy! Papierosy! To papierosy! I to pięćdziesiąt sztuk! Pełnych pięćdziesiąt! A do kogo mają należeć, mr. Foxie? Czy do mnie?
— Naturalnie.
— Wszystkie? Pięćdziesiąt?
— Wszystkie.
— Thunder-storm! Szlachetny z was młodzieniec i znakomity człowiek! Chodźcie do mego serca; muszę wam dać smack[33], potężny smack!
Przyciągnął Bloody Foxa do siebie i cmoknął, aż echo poszło. Następnie zapalił sobie jednego papierosa i wydmuchiwał dym z rozkoszą, wyzierającą mu z każdej zmarszczki na twarzy. Towarzyskość nakazywałaby mu wprawdzie każdemu z obecnych dać po jednym takim przedmiociku, lecz tego nie uczynił. Był zbyt namiętnym palaczem, żeby mógł ponieść taką ofiarę.
Po twarzy Winnetou przemknął lekki, mnie tylko zrozumiały uśmiech. On nie miał żadnego nałogu ani przyzwyczajenia, wiec nie mógł pojąć tego, że westman tej miary, którego nawet zwano królem cowboyów, wpadał w taki zapał pod wpływem papierosa.




3. W kaktusowej pułapce.

Gorący wiatr pustynny ustał, a słońce dosięgło ostatniej ósmej części swego dziennego łuku. W powietrzu nie było już lotnego piasku, więc mogliśmy się patrzeć, jak błyszcząca kula zwiększała się, zapadając. Jakiej scenie będą też jutro przyświecały jego promienie? Takie pytanie musiała sobie zadawać większość z nas, kiedyśmy z początku siedzieli cicho na miejscach. Chociaż bowiem nie baliśmy się Komanczów, wiedzieliśmy jednak wszyscy, że najlepsze i najostrożniejsze rachuby człowieka może zmarnować niespodziany przypadek.
Oczywiście, że opowiedziałem najpierw Winnetou, co przeżyłem od przybycia na schadzkę w górach Sierra Madre. Ponieważ w opowiadaniu nie pominąłem moich towarzyszy, nie potrzebował Apacz pytać ich w celu nabrania jasnego wyobrażenia. Kiedy skończyłem, zrekapitulował to, co usłyszał, w słowach:
— Teraz należy nam jedynie myśleć o tem, co dotyczy miejsca, na którem się znajdujemy. Resztę omówimy później. A więc Wupa Umugi ma ze sobą nad Saskuan-kui stu pięćdziesięciu wojowników?
— Było ich stu pięćdziesięciu czterech. Od tego należy odjąć tych sześciu, których pokonaliśmy nad Alczeze-czi.
— Nale Masiuw chce się do nich przyłączyć ze stu ludźmi?
— Wielu z nich padło lub zostało zranionych w walce z żołnierzami, lecz on posłał do domu po stu nowych.
— Ilu przyprowadził Sziba-bigh?
— Dwudziestu.
— To będziemy mieli przeciw sobie mniej więcej trzystu nieprzyjaciół. Mój brat ma tyleż Apaczów przed polem kaktusowem; dorównywamy im zatem.
— Dorównywamy? Tylko dorównywamy? — wtrącił Old Wabble. — Sądzę nawet, że mamy nad nimi przewagę, wielką przewagę! Widziałem wojowników Apaczów; co za uzbrojenie, a jaka dyscyplina! Dwustu takich zwyciężyłoby trzystu Komanczów, a do tego my, biali! Winnetou, Old Shatterhand i Old Surehand wezmą całe mnóstwo nieprzyjaciół na siebie. O mnie, o Foxie, Parkerze, Hawleyu nie chcę już nawet mówić. Niech te draby tylko przyjdą! Wystrzelamy ich, jak kaczki, i daje słowo na to, że nikt z nich nie powróci do swego wigwamu!
Winnetou przybrał minę poważną i odpowiedział mu:
— Mój stary brat jest, o ile wiem, nieubłaganym wrogiem wszystkich czerwonych mężów. Uważa on ich za złodziei, rozbójników i morderców, nie zważając, że chwytają za broń tylko, by bronić swojej własności lub zemścić się za to, co przeciwko nim zawiniono. Old Wabble jeszcze nigdy nie dał pardonu czerwonemu mężowi, który wpadł w jego ręce. Na całej sawannie nazywają go zabójcą Indyan, ale kiedy znajduje się z Old Shatterhandem i Winnetou, musi zmienić te zapatrywania, bo musielibyśmy rozstać się z nim. Jesteśmy przyjaciółmi wszystkich białych i czerwonych ludzi, a kiedy mamy przed sobą nieprzyjaciela, to czy on biały, czy czerwony, pokonywamy go, o ile można, bez rozlewu krwi. Old Wabble mieni się chrześcijaninem, a Winnetou nazwie poganinem — ale skąd to pochodzi, że ten chrześcijanin tak dalece lubi przelewać krew, a poganin stara się tego unikać?
To, że Apacz, skąpy zazwyczaj w słowach, zdecydował się tyle ich stracić, było dowodem, że stary był dlań sympatyczniejszy, aniżeli możnaby sądzić z treści przemówienia. Old Wabble spuścił głowę, lecz podniósł ją po chwili i jął się bronić:
— Czerwoni, z którymi dotychczas spotykałem się, byli wszyscy łotrami.
— Wątpię. A gdyby to było prawdą, to kto ich zrobił łotrami?
— Nie ja.
— Nie ty?
— Nie.
— Stali się nimi przez blade twarze, a czy Old Wabble nie jest także białym?
— Tak, ja nim jestem. Przypuszczam nawet, takim, który się może pokazać.
— A Winnetou sądzi, że byłoby lepiej, gdyby czerwoni, o których mówisz, nie byli cię wcale widzieli. Mówisz, że powinno się zabić wszystkich Komanczów — a ja ci powiadam, że, ile możności, nie zabijemy ani jednego. Czy mój brat Old Shatterhand zgadza się na to?
— Zupełnie — odpowiedziałem. — Wiesz, że nie masz potrzeby mnie pytać.
Old Wabble zrobił minę zakłopotaną, lecz próbował się jeszcze bronić.
— Ależ oni chcą napaść na Bloody Foxa, któremu mamy dopomódz. Mamy bronić jego i siebie, a to może być tylko w walce odpornej; th’ is clear!
— Są rozmaite rodzaje walki odpornej, mr. Cutterze — odpowiedziałem. — Pozwólcie Winnetou mówić, a dowiecie się potem, że możemy Komanczów wstrzymać od wykonania zamiaru nie tylko przez to, że ich wystrzelamy. Są jeszcze inne środki.
— Tak, pewnie znów wasz słynny podstęp!
Powiedział to w takim tonie, że nie mogłem temu przyklasnąć, nie miałem jednak powodu dawać mu odprawy, gdyż uczynił to Parker.
— Czy nie byłoby lepiej — wtrącił — żebyście milczeli, stary Wabble’u? Wszak widzicie, że i ja jestem cicho. Kiedy mr. Shatterhand i Winnetou rozmawiają ze sobą, nie potrzeba, żeby drudzy, nie pytani, dodawali swoje zdanie. Przyrzekliście już przeszło z dziesięć razy czynić to, co mr. Shatterhand zechce. Jeśli nie dotrzymacie tego przyrzeczenia, zrobimy to, co się już dość często mówiło: odejdziemy — a was zostawimy.
To „zostawienie na miejscu“, wymówione przeze mnie raz jeden, zamieniło się w stały frazes, gniewający ogromnie Old Wabble’a. To też wybuchnął:
— Zamknijcie dziób! Kto was pytał o zdanie? Jeśli mnie mówić nie wolno, to wy dopiero powinniście milczeć! Jak śmiecie nazywać mnie uparciuchem? Zamiećcie najpierw przed swojemi drzwiami. Mnie nikt łosiów nie darowywał i nie mówiłem potem, że ja je zastrzeliłem!
— A ja nie gadałem nigdy tyle i mimo to nie robiłem takich głupstw, jak wy na Saskuan-kui, gdzie wy...
— Cicho! — wtrąciłem. — Mamy do zrobienia rzeczy daleko ważniejsze, aniżeli takie pojedynki. Przerwano nam przedtem na tem, że mamy tylu wojowników, co Komancze. Przyznaję chętnie to, co powiedział Old Wabble, że nie tylko dorównywamy im, lecz że ich przewyższamy. Nie zamierzam tego dowodzić w ten sposób, że jesteśmy wielkimi bohaterami, wobec których możnaby czerwonego wojownika uważać za nic. Powód polega raczej na tem, że mamy naszych Apaczów w kupie, Komancze zaś nadejdą w kilku oddziałach, a oprócz tego będą mieli jeszcze przeciwko sobie konnicę białych.
— Mój brat ma, jak zwykle, słuszność — potwierdził Winnetou. — Najpierw nadejdzie Sziba-bigh, ażeby napaść na ten dom i jego mieszkańców i powsadzać tyki w piasek pustyni. Po nim nadejdzie Wupa Umugi, aby je powtykać fałszywie i zaprowadzić białych jeźdźców na śmierć z pragnienia. Po nich nadciągnie Nale Masiuw ze swymi, ażeby bladym twarzom odciąć odwrót i otoczyć ich zupełnie. To trzy osobne oddziały, które zaatakujemy pojedynczo i zwyciężymy może bez rozlewu krwi. Old Shatterhand użyczy potwierdzenia moim słowom.
— Daję je, oczywiście — powiedziałem. — Nie przypuszczam, żeby Sziba-bigh, który nadejdzie pierwszy, miał więcej, aniżeli pięćdziesięciu wojowników. Jeśli ich zamkniemy naszymi trzystu, zobaczą, że najlepiej będzie dla nich poddać się bez oporu.
Stary Wabble nie mógł milczeć, pomimo otrzymanej przedtem nagany, i odparł:
— Czyżby rzeczywiście dostał tylko pięćdziesięciu, skoro my mamy trzystu?
— Zapominacie, iż Komancze wcale nie wiedzą, o naszym pobycie tutaj. Im się zdaje, że będą mieli do czynienia tylko z mieszkańcami oazy.
— Hm, tak, lecz otoczenie nie takie łatwe, jak się zdaje.
— W tym wypadku nawet bardzo. Wystarczy nam przyprzeć ich do pola kaktusowego; tam już nie wejdą. Nie potrzeba w takim razie tworzyć całego koła; pół wystarczy. Za nimi nieprzebyte kaktusy, a przed nimi trzystu nieprzyjaciół. Tych pięćdziesięciu musiałoby oszaleć, ażeby przypuszczali, że zdołaliby się zdrowo przebić.
— A jeśli jednak przypuszczą?
— To ja z nimi pomówię.
— Pomówić? Hm! Czy będą słuchali?
— Co do tego, to jest między nimi jeden, który pewnie posłucha.
— Kto taki, sir?
— Młody wódz, Sziba-bigh. On zawdzięcza nam życie. Był tu gościem naszego Foxa i dał wtedy słowo, że nie zdradzi oazy. Tego aż nadto do wzbudzenia w nim korzystnego usposobienia dla moich słów.
— Ciekawym, czy się w tem nie pomylicie. Przecież widzicie, jak dotrzymał słowa. Przyrzeka nie zdradzić oazy, a wlecze tu za sobą aż trzystu Komanczów! Mam nadzieję, że nie długo będziem na niego czekali.
— Jutro wieczorem będzie już tutaj.
— Już tu, koło oazy?
— Tak. Sądzę, że nie mylę się w tem obliczeniu.
— I tu go osaczymy?
— Tak.
— W nocy?
— Może już za dnia. Im wcześniej nadejdzie, tem wcześniej się go otoczy.
— Ale w takim razie musimy wiedzieć, kiedy nadejdzie, trzeba więc wysłać ludzi na zwiady.
— To byłoby wielkim błędem.
— Jakto?
— Bo odkryłby ślady tych ludzi i zacząłby podejrzywać.
— Hm, a zatem bez wywiadowców? A jakżeż się dowiemy, czy i kiedy ci...
— Mój starszy brat może śmiało przypuścić, że Old Shatterhand wie, co mówi i czyni — przerwał mu Winnetou. — Komancze zobaczyliby ślady wywiadowców i dlatego nie możemy ich wysyłać. Sziba-bigh był tu i pojechał stąd prosto do Gutesnontin-khai, gdzie znajduje się teraz, żeby naciąć tyk. Wróci tą samą zupełnie drogą. Pojedziemy naprzeciw niego obok tej drogi i zobaczymy go tak, że on nas nie zobaczy. Kiedy nas minie, zawrócimy i zapędzimy go na pole kaktusowe, przez które nie będzie mógł przejechać ze swoim oddziałem. W ten sposób będziemy go mieli. Odgaduję, że brat Shatterhand to chciał powiedzieć.
— Tak, to samo było moim zamiarem i planem — odpowiedziałem bystremu przyjacielowi.
Wtem Bloody Fox, który milczał dotychczas, zabrał głos po raz pierwszy, chociaż cała sprawa musiała go najbardziej zajmować.
— Niech mi sławny czerwony brat pozwoli na jedno pytanie. Sziba-bigh będzie się zbliżał bardzo ostrożnie, ażeby go nie dostrzeżono przedwcześnie. Jeśli zaś ustawimy się obok, ażeby czekać na niego, to nie będziemy mogli zbliżyć się tak do jego drogi, żeby nas mógł zobaczyć. Czy nie może się stać, że minie nas i oczy nasze nie padną na niego ani na jego Komanczów?
— Nie.
— Trudno zaprzeczyć temu, co mówi wielki wódz Apaczów, Winnetou — ale na pustyni niema drogi widocznej, jest tam tylko kierunek, z którego łatwo zboczyć na prawo albo na lewo. Czy więc nie może się stać, że Sziba-bigh zboczy i właśnie na nas się natknie?
— Nie. Niechaj brat Fox zwróci się do Old Shatterhanda i dowie się od niego, dlaczego mówię „nie“.
Ponieważ Fox po tych słowach popatrzył na mnie pytająco, a drudzy uczynili to także, oświadczyłem:
— Biały mógłby zboczyć z prostego kierunku, ale czerwony nie zboczy. Ma on nieomylny instynkt lokalny ptaka, który leci prosto do gniazda, odległego milami, chociaż w powietrzu, zupełnie tak, jak tutaj na piasku, niema dróg wykreślonych. Następnie należy zważyć, że pierwsza wataha Indyan ma za zadanie wytyczyć palikami drogę do oazy. Wbijanie ich to praca, która musi nam tak wyraźnie zaznaczyć przybycie Sziba-bigha, że go nie będziemy mogli przeoczyć. On musi nam wpaść w ręce. Sprowadzimy potem jego i ludzi, ale nie tutaj, bo nie wolno mu poznać nowej drogi do oazy, lecz zwiążemy ich tam, na pustyni, i będziemy ich tam dobrze strzegli, dopóki wszystko nie minie.
— A co się zrobi z tykami? Powiedziano przedtem, że usuniemy je i umieścimy w fałszywym kierunku.
— Zrobimy tak rzeczywiście, ażeby zmylić drogę Wupy Umugi.
— Dokąd?
— Hm! Dokądkolwiek, gdzie go z łatwością osaczymy i weźmiemy do niewoli. Pola kaktusowe tak się zmieniły od czasu ostatniej mojej bytności, że z góry nic nie mogę powiedzieć.
— Czy mogę coś zaproponować?
— Czemużby nie?
— O dzień drogi stąd na południowy wschód znajduje się puszcza kaktusowa nadzwyczajnych rozmiarów, a do niej prowadzi pas piaszczysty, węziejący coraz to bardziej.
— Jak głęboko?
— Jadąc powoli, można tam trawić prawie dwie godziny, zanim dojedzie się do końca pasu.
— Czy kaktusy są stare, czy świeże?
— Takie i takie, ale rosną gęsto, bardzo gęsto.
— Tak, to rzeczywiście byłoby miejsce takie, że nie moglibyśmy sobie życzyć lepszego dla naszych celów. Czy mój brat Winnetou uważa je także za tak odpowiednie?
Wódz Apaczów skinął potakująco głową i odrzekł swoim spokojnym i zdecydowanym tonem:
— Zapędzimy Komanczów w te kaktusy.
— A zatem jesteśmy gotowi z tem, co na dziś i jutro było do omówienia; co dalej, to będzie zależało od wypadków. Słońce dosięgło już widnokręgu, więc dajmy wypocząć ludziom i zwierzętom, ażeby jutro mogli być silni i wytrwali.
Wszyscy się z tem zgodzili. Zaopatrzyliśmy konie we wszystko, czego tylko mogła im oaza dostarczyć, Winnetou zaś udał się do Apaczów, ażeby wydać im obozowe rozkazy i pokazać im przez kaktusy drogę do oazy, gdyż musieli napoić konie i samych siebie zaopatrzyć w wodę. Potem ułożyliśmy się na posłaniach ze słomy kukurudzianej, przygotowane tymczasem dla nas przez Sannę.
Ale większość z nas nie zdołała zasnąć od razu. Leżałem obok Winnetou i słuchałem cichego opowiadania o tem, co przeżył od naszego rozstania. Słyszałem przy tem, że Old Wabble i Parker sprzeczali się także przytłumionym głosem. Przez otwarte okno wydobywały się głosy Murzyna i jego matki, szczęśliwych nadzwyczajnie z powodu wzajemnego odzyskania siebie. Od wody zaś dochodziły jeszcze przez długie godziny odgłosy kroków Apaczów i ich koni. Taki wieczór obozowy ma swój szczególny urok, zrozumiały tylko, temu, kto go sam doznał.
Gdy się nazajutrz obudziłem, stał Winnetou, już gotów, nad jeziorem i zmywał sobie korpus wodą z wydrążonej dyni. Sanna krzątała się, biegając cicho, tu i tam, i starając się o dobre i obfite śniadanie dla gości. Reszta jeszcze spała, lecz niebawem pobudzili się wszyscy. Potem znowu przybyli Apacze z końmi, by je napoić na cały dzień. Lekki dym, jaki dostrzegliśmy za kaktusami, dowodził, że Apacze rozniecili sobie z kaktusów kilka ognisk, by sobie przy nich przygotować jedzenie. Po śniadaniu wyjechaliśmy donich i zastaliśmy ich już po jedzeniu, gotowych do drogi. Jedną ich część, przy której był Bloody Fox, pozostawiono dla ochrony oazy, poczem odjechaliśmy. Poprzedniego dnia przybyliśmy z południowego zachodu, a dziś mieliśmy jechać prosto na zachód, ponieważ tam właśnie leżał Gutesnontin-khai. Wyobrażaliśmy sobie linie, na której należało się spodziewać Komanczów i trzymaliśmy się równolegle do niej, a to w ten sposób, że z początku towarzyszyliśmy jej o milę angielską, gdyż na razie nie mógł nieprzyjaciel jeszcze nadejść — później jednak musieliśmy dla ostrożności oddalić się od niej bardziej, zwłaszcza, gdyby powietrze było nadal takie czyste i przeźroczne, jak dotychczas. Można było widzieć nadzwyczajnie daleko. Mimo to mieliśmy jednak nad Komanczami przewagę, gdyż Winnetou i ja mieliśmy dalekowidze.
Ktoby jednak przypuszczał, że trzymaliśmy się razem w jednym oddziele, ten myliłby się bardzo. Byłoby to największym błędem, jaki możnaby sobie wyobrazić. Wspomniana przypuszczalna linia leżała na północy a więc na prawo od nas. To, co Old Wabble wczoraj powiedział, nie było całkiem pozbawione słuszności, a mianowicie, że Komancze mogli zboczyć z tej linii, choćby nawet tylko trochę. Toteż musiałem dobrze już przed południem zwrócić nasz oddział nieco ku południowi, a tylko kilku najdoświadczeńszych jechało bardziej na prawo. Najbliżej owej przypuszczalnej linii znajdowali się Winnetou, Old Surehand i ja — a i my nie jechaliśmy obok siebie, lecz w takich odstępach, że mogliśmy słyszeć wzajemne nawoływania. Dzięki temu zarządzeniu nie mogli nas Komancze absolutnie zauważyć, chyba w tym nieprawdopodobnym wypadku, że zboczyliby z drogi bardzo daleko na południe. Ale nawet w takim razie mogliśmy się spodziewać, że osaczymy ich i nie pozwolimy umknąć ani jednemu. To było w każdym razie główną rzeczą, bo gdyby choć jednemu udało się wymknąć, to pierwszem i jedynem zadaniem jego było pojechać do Wupy Umugi i zawiadomić go o naszej obecności.
Nadeszło już południe, a mimo to nie dostrzegliśmy jeszcze nic szczególnego. Wtem, około pierwszej może, wydał Winnetou, który w tej chwili przyłożył dalekowidz do oka, głośny okrzyk i zawołał do siebie mnie i Old Surehanda. Kiedyśmy dotarli do niego, wskazał ręką na północ i rzekł:
— Tam, na samym końcu widnokręgu stoi jeździec, którego nie można dojrzeć gołem okiem.
— Czy to Indyanin? — spytał Old Surehand.
— Tego nie podobna rozpoznać; niech mój brat weźmie tę rurę i popatrzy tam, gdzie mu wskażę.
Dał mu perspektywę, a ja popatrzyłem przez moją, trzymając ją w tym samym kierunku.
— Tak jest, to jeździec — potwierdził Old Surehand. Ale niepodobna rozpoznać, czy czerwony, czy biały.
— To czerwony — wtrąciłem.
— Czy rozpoznajecie to, sir? W takim razie wasza luneta lepsza, aniżeli Winnetou.
— Nie rozpoznaję, ale mimo to twierdzę nawet, że to Komancz.
— Uff! — zawołał Winnetou, zdziwiony, biorąc jeszcze raz dalekowidz i przykładając go do oka.
— A mianowicie Komancz z oddziału Sziba-Bigha, może nawet on sam.
— Uff! uff! Dlaczego mój brat tak sądzi?
— On nie jest sam. Niech brat Winnetou zwróci swoją perspektywę tam, skąd ten jeździec musiał nadjechać, a zatem trochę na lewo. Tam widać więcej jeźdźców a obok tego mniejsze punkty, oznaczające ludzi, którzy pozsiadali z koni.
— Uff, uff, to słuszne! Widzę większe punkty; to jeźdźcy — a mniejsze, poruszające się tam i sam, to piesi ludzie.
— Czy mój czerwony brat wie, dlaczego te mniejsze punkty nie idą prosto, lecz poruszają się tam i sam?
— Tak, skoro mój brat Old Shatterhand zwrócił na to moją uwagę, to wiem. To ludzie, którzy wbijają paliki. Aby to robić, pozsiadali z koni.
— Całkiem słusznie! Wszak wiecie, mr. Surehandzie, że z pomiędzy tych Komanczów tylko jeden zna drogę.
— Tak, a mianowicie Sziba Bigh — odrzekł zapytany.
— Jest on zatem nietylko dowódcą, lecz zarazem przewodnikiem. A gdzie zwykł iść taki przewodnik, z tyłu czy na przedzie?
— Well! Dlatego przypuszczam, że jeździec, którego zobaczyliśmy najpierw i na czele drugich, to młody wódz Sziba Bigh. Jedzie przodem i zatrzymuje się od czasu do czasu, dopóki nie wbiją palika. Popatrz. Winnetou dojrzy, że piesi dosiadają teraz znowu koni. Wbito pal i Indyanie jadą dalej.
Tak było, jak powiedziałem; widzieliśmy, że Komancze oddalili się cwałem z miejsca, na którem znajdowali się dotąd. Zaczęli się przytem zmniejszać coraz bardziej, aż zniknęli nam z oczu — prosto w kierunku oazy.
— Czy zdołaliście ich policzyć, sir? — spytał mnie Old Surehand.
— Niedokładnie, lecz przypuszczam, że wczoraj miałem słuszność; nie będzie ich nad pięćdziesięciu.
— Co więc teraz zrobimy?
— Pojedziemy dla pewności jeszcze trochę dalej tak, jak jechaliśmy dotychczas, a potem zwrócimy się ku północy, ażeby dostać się do ich tropu. W ten sposób znajdziemy się im na tyłach i podążymy za nimi, dopóki nie natrafimy na odpowiednie miejsce do osaczenia.
Zarządzenia te wykonano. Połączyliśmy się z oddziałem, powiedzieliśmy, że widzieliśmy tych, których szukamy, i podążyliśmy jeszcze przez kilka minut w tym samym kierunku. W dziesięć minut po skręceniu na prawo dojechaliśmy do tropu Komanczów. Był on bardzo wyraźny i zdecydowany; ślepy nie byłby go zobaczył, ale napewnoby poczuł. Tworzyły go nie tylko ślady nóg ludzkich i końskich, lecz mnóstwo kres, wyżłobionych w piasku dość głęboko. Tyki, przeznaczone do transportu, były przywiązane do siodeł i sunęły się drugim końcem po ziemi. W ten sposób zwykli Indyanie przenosić z miejsca na miejsce tyki, przeznaczone na namioty, i tak też powstały kresy i linie. Ponieważ spływały się ze sobą, nie podobna było ich zliczyć, ale widać było, że wleczono ich mnóstwo.
Podążyliśmy śladami szybko, dopóki nie dostrzegliśmy Komanczów przez lunety, poczem, ażeby się nie pokazać, musieliśmy zwolnić kroku. Jadąc za nimi ciągle w równem oddaleniu, zauważyliśmy z łatwością, jak chyżo oni jechali, oraz, ile mogli potrzebować czasu na zbliżenie się do oazy. Odległość jednego pala od drugiego wynosiła może z kilometr, i jeśliby czerwoni pracowali dalej w tem samem tempie, musieli nad wieczorem dostać się do celu swej drogi. Prawdopodobnie zamierzał Sziba Bigh napaść potem w nocy na oazę. Musiał wprawdzie liczyć się z tem, że za dnia jeszcze spotka się z Bloody Foxem, ale to nie zbijało go z tropu, gdyż sądził, że ta jedna blada twarz nie da rady pięćdziesięciu wojownikom.
Jechałem między Winnetou i Old Surehandem. Obaj zachowywali się cicho, ale zato tem głośniej było za nami, gdzie Old Wabble jechał pomiędzy Parkerem a Hawleym. Stary cowboy nie umiał poprostu zachować się spokojnie w takiem położeniu. Puszczał się na rozmaite rachuby i domysły, którym tamci dwaj się sprzeciwiali, ale jemu ani się śniło uważać tej opozycyi za słuszną.
— Możecie mówić co chcecie — dosłyszałem. — Ja sądzę, że nie dosięgniemy wcale tych łotrów, jeśli nie zabierzemy się mądrzej do rzeczy.
— Czemużto, stary Wabble’u? — zapytał Parker. — Sądzę, że ci trzej przed nami wiedzą dobrze, co czynią.
— Czy tak sądzicie rzeczywiście? Nacóż wleczemy się tak powoli zamiast ruszyć na czerwonych?
— Ponieważ ci gentlemani chcą prawdopodobnie zaczekać, aż nadejdzie wieczór.
— No, to jeszcze lepiej! Teraz Indyanie nas nie widzą, a wieczorem my ich nie będziemy widzieli. W ten sposób wogóle ich nie zobaczymy.
— Słuchajcieno, mr. Wabble’u, nasi dowódcy to nie dzieci, lecz mężczyźni, wiedzący dobrze, co im czynić należy!
— O! Hm! Gdybym jako dowódca jechał tam na na przedzie i miał coś do gadania, wiedziałbym coś lepszego.
— Co?
— Zrobiłbym krótki proces.
— Jakto?
— Rozkazałbym popuścić koniom cugli i stratowałbym po prostu czerwonych.
— To, mr. Wabble’u, byłoby prawdopodobnie najgłupszem ze wszystkiego.
— Nonsens! Czemu?
— Ponieważ Komancze zobaczyliby albo usłyszeliby nas nadchodzących i daliby nura.
— Cóżby to nam szkodziło? Dopędzilibyśmy ich i wzięlibyśmy do niewoli.
— To łatwo powiedzieć. Gdyby się rozprószyli, w ucieczce mógłby nam któryś z nich łatwo się wymknąć, a to nie śmie być. Czy ja nie mam słuszności, mr. Shatterhandzie?
Odwróciłem się do pytającego i odrzekłem:
— Tak. Niech sobie mr. Cutter mówi! On nie zna zamiarów Winnetou, więc nie można mu brać tego za złe, że uważa nasze postępowanie za błędne.
Stary spojrzał na mnie pytająco. Chciałby był wiedzieć, co miałem na myśli, ale nie śmiał się spytać; powiedziałem mu więc z własnej chęci:
— Winnetou wie mianowicie, że o godzinę drogi stąd znajduje się zagłębienie, przez które wiedzie droga do oazy Bloody Foxa. Jest ona dość długa i głęboka, tak, że kto się w niej znajduje, nie może widzieć tego, co się dzieje na wyżej położonej płaszczyźnie pustyni. Puścimy Komanczów aż do tej dolinki i nie dalej.
Tu wtrącił Apacz:
— Mój brat chce mi przysporzyć sławy, która mi się nie należy, bo plan pochodzi od niego. Mówił o nim jeszcze wczoraj wieczorem przed zaśnięciem.
— Nie; to ty o nim mówiłeś — odparłem.
— Chciałem mówić, lecz ty mnie uprzedziłeś.
— Stało się więc to, co zawsze i wszędzie, mianowicie, że mój brat myśli zupełnie tak samo, jak ja.
— Tak, moje myśli są twojemi a twoje mojemi, ponieważ piliśmy naszą krew i nie mamy dwu serc, lecz jedno. Stanie się tak, jak pomyśleliśmy obaj. Za godzinę weźmiemy Komanczów do niewoli w dolinie z piasku.
— I żaden z nich nie zdoła przedtem przemówić?
Kiedy wymówiłem to pytanie, spojrzał na mnie Winnetou w chwilowem zdziwieniu, lecz zaraz potem dodał:
— Czy mój brat chce wypytać młodego wodza?
— Tak.
— Czy sądzisz, że powie ci, co zechcesz wiedzieć?
— Tak.
— Sziba Bigh jest wprawdzie młody, ale mimo to sprytny. Wiem, że Old Shatterhand umie stawiać tak pytania i słowa, że wybada nawet bardzo chytrego człowieka. Sziba Bigh wie o tem także i będzie milczał.
— Będzie mówił, sądząc, że przybywam do niego nie jako wróg, lecz przypadkiem. Oto nie pojadę za nimi, lecz odłączę się od was, zatoczę łuk, tak, że dostanę się do doliny nie z tej, lecz z przeciwnej strony, a to wprowadzi go na domysł, że przybywam z oazy od Bloody Foxa. Będzie więc sądził, że nie widziałem jego śladów i że nie mam pojęcia o jego zamiarach. Wyda mu się, że łatwo weźmie mnie do niewoli i będzie mnie uważał za nieszkodliwego. To nie otworzy mu wprawdzie ust, lecz zmniejszy uwagę jego na słowa, zapomocą których zechcę z niego wydobyć to, czego mi będzie potrzeba. Czy mój czerwony brat to przyznaje?
— Tak, lecz dlaczego chcesz narażać się na niebezpieczeństwo, ażeby dowiedzieć się o czemś dzisiaj, co jutro zbadasz bez niebezpieczeństwa?
— Ponieważ przypuszczam, że mi to dzisiaj przyda się bardziej, aniżeli jutro. A niebezpieczeństwo? Winetou wie, że nie narażam się nigdy, zanim go dokładnie nie obliczę.
— Howgh! Lecz pomyślałeś sobie o tem, że Komancze uważać będą ciebie za zakładnika, skoro tylko nas zobaczą?
— I to rozważyłem, ale znam tarczę, którą zasłonię się przeciwko wszelkim strzałom i pchnięciom.
— Jaką to tarczą?
— Sziba Bigh.
— Uff, uff! Poznaję, że zbytecznie ostrzegałem mojego brata. Niechaj śmiało wykona to, co sobie przedsięwziął.
— W takim razie należy jeszcze powiedzieć, jak sobie życzę zobaczyć was nadchodzących. Piaskowa dolina ciągnie się z zachodu na wschód. Utworzycie cztery oddziały, które się od ciebie rozłączą, skoro tylko zobaczycie, że Komancze znikną w wejściu do doliny. Z jedną czwartą częścią twoich wojowników zakreślisz cwałem łuk aż do wschodniego wylotu doliny — Old Surehand z drugą czwartą pojedzie na południową — a Enczar Ko z trzecią na północną stronę doliny. Jeśli potem Old Wabble pójdzie z resztą dalej i zatrzyma się u wejścia do doliny, w której znajdą się nieprzyjaciele, to zamkniemy ich ze wszystkich stron. Oczywiście, że nie wolno wam się pokazać ani dać słyszeć. Wiem, że silny huk mojej rusznicy zabrzmi przez całą dolinę i że wy go posłyszycie. Skoro tylko wypalę, zbiegniecie się ze wszystkich stron i jestem pewien, że nie ujdzie nam ani jeden z Komanczów. Czy ten plan ma potwierdzenie mego czerwonego brata?
— Ma je — odpowiedział krótko.
Old Surehand nie przystał jednak tak szybko i powiedział:
— Mam wszelkie poważanie dla tego planu, ale zdaje mi się, że jest trochę zbyt śmiały.
— Bynajmniej!
— O, na pewno. Co poradzi najśmielszy człowiek przeciwko kuli.
— Ominie ją.
— Sir, to łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Wierzcie mi, że spodziewam się po was wszystkiego, ale was tak polubiłem i nie wiem, co...
Tu przerwał mu Apacz pośpiesznie:
— Winnetou miłuje go o wiele więcej a jednak pozwala mu odejść. Niechaj zatem brat Surehand nie obawia się; jest tu czworo bystrych oczu, które nad nim będą czuwały, mianowicie jego i moje.
— A moje także! — dodał Old Wabble, prostując się z dumą. — Powierzył mi komendę i przekona się, że nie zawiedzie się na mnie. Biada temu czerwonemu łajdakowi, który poważyłby się strącić mu choćby włos z głowy. Kula moja przebiłaby go natychmiast; th’ is clear!
To gorliwe zapewnienie wymagało małego tłumika. Upomniałem go zatem:
— Nie tak gorąco, mr. Cutterze. Jeśli wam dziś chcę znowu zaufać, czynię to w zamiarze dowiedzenia się, że nie tylko umiecie działać na własną rękę, lecz potraficie także wykonać dokładnie dane wam zarządzenie. Jeśli się stanie przeciwnie, bądźcie pewni, że wam już nigdy nic nie polecę. Pojedziecie ze swoim oddziałem spokojnie dalej aż do wejścia do dolinki, zatrzymacie się tam w ukryciu i nie macie nic innego do czynienia, jak tylko czekać na wystrzał. Skoro go usłyszycie, wjedziecie cwałem w dolinę i zatrzymacie konie przed Komanczami. Oto wszystko, czego się od was wymaga; wszystko!
— Well, to wcale wyraźne. Wykonam to wszystko wedle waszego przepisu. Nie chcę, żeby znów powiedziano, że Old Wabble płata młodzieńcze figle.
— To słuszne! A teraz muszę się z wami rozstać, jeśli mam na czas dostać się na drugą stronę doliny. Zróbcie dobrze, co do was należy.
Wezwanie to odnosiło się oczywiście do starego; tamtych trzech nie potrzeba było napominać. Zboczyłem z tropu, którym jechaliśmy, na prawo i popędziłem cwałem po łuku, którego cięciwę tworzyły właśnie te ślady. Trzymałem się przytem od nich tak daleko, że Komancze nie mogli mnie dojrzeć. Kiedy w pół godziny potem zwróciłem konia, zobaczyłem przed sobą wschodni koniec zagłębienia. Ruszyłem więc teraz odwrotnie, jak przedtem, na zachód, Komancze zaś a za nimi nasi Apacze zbliżali się do mnie od zachodu.
Nie mogę powiedzieć, żebym się obawiał o siebie; byłem tylko ciekaw, jak się Komancze zachowają na mój widok. Pokazało się, że czas był dobrze obliczony, gdyż, kiedy przejechałem z połowę doliny, zobaczyłem zbliżających się czerwonych. Zniżenie gruntu nie było wcale głębokie a zbocza doliny wznosiły się całkiem łagodnie; mimo to jednak nie można było stamtąd, gdzie znajdowałem się właśnie, rzucić okiem na równinę Llana.
Czerwoni nie uważali za potrzebne wtykania pali na dolinie; nie zatrzymywali się zatem i zbliżali się do mnie szybkim kłusem. Jakżeż osłupieli na mój widok! Zatrzymałem oczywiście konia, jak gdyby to spotkanie było dla mnie niespodzianką, i wziąłem sztuciec do ręki. Oni pochwycili także za broń i zdawało się, że chcą mnie otoczyć. Na to wymierzyłem strzelbę i zagroziłem:
— Stać! Kto zechce zajść mnie z tyłu, dostanie kulą. Jacyż to czerwoni mogą tu...
Przerwałem zdanie, i wierny mojej roli, zwróciłem zdumiony wzrok na wodza.
— Uff, uff! Old Shatterhand! — zawołał, osadzając konia na miejscu.
— Czy to być może? — odezwałem się. — To Sziba Bigh, młody i mężny wódz Komanczów?
— Tak, ja — odpowiedział. — Czy to duch sawanny przez powietrze przyniósł tu Old Shatterhanda? Wojownikom Komanczów zdawało się, że jest daleko na zachodzie.
Poznałem po nim, że nie wiedział, w jaki ton ma względem mnie uderzyć. Byliśmy niegdyś przyjaciółmi, i miałem pełne prawo także teraz domagać się przyjaźni, a jednak musiał mi być nieprzyjacielem.
— Kto mojemu młodemu czerwonemu bratu powiedział, że jestem na zachodzie? — odparłem.
Otworzył usta, by odpowiedzieć, że dowiedział się od Wupy Umugi, ale rozmyślił się i odrzekł:
— Tak powiedział pewien biały myśliwiec, który miał spotkać Old Shatterhanda w drodze ku zachodowi słońca.
Było to kłamstwo. Spojrzenia jego wojowników spoczywały na mnie posępnie i wrogo. Udałem, że tego nie uważam, jak gdybym żadnego z nich nie widział nad Błękitną Wodą, lecz zlazłem spokojnie z konia, z pozorną swobodą usiadłem na ziemi i rzekłem:
— Z młodym wodzem Komanczów, Sziba Bighem, paliłem fajkę pokoju i przyjaźni. Serce moje zachwyca się, że widzę go znowu po upływie takiego długiego czasu. Ilekroć spotykają się przyjaciele i bracia, witają się wedle zwyczaju, od którego żaden wojownik nie może odstąpić. Niech mój młody brat zsiędzie z konia i usiędzie przy mnie, iżbym mógł z nim pomówić.
Spojrzenia jego ludzi stawały się coraz groźniejsze; byli gotowi rzucić się na mnie, lecz powstrzymał ich rozkazującym ruchem ręki. Poznałem po jego twarzy, że przyszła mu pewna myśl, a myśl ta należała także do mego zamiaru. Powiedziałem, że chcę z nim pomówić, a on zgodził się na to z chęcią, bo chciał mnie wybadać. Zupełnie to samo zamierzałem względem niego.
— Old Shatterhand ma słuszność — rzekł. — Wodzowie muszą się pozdrowić, jako sławni wojownicy.
Z temi słowy na ustach zsiadł z konia i usiadł naprzeciwko mnie. Na ten widok pozsiadali także jego ludzie — a chcieli otoczyć nas kołem. Przytem kilku z nich znalazłoby mi się za plecami, więc musiałem temu przeszkodzić. To też powiedziałem tak głośno, że wszyscy mogli nas usłyszeć:
— Czy wśród synów Komanczów są tacy, którzy nie mają odwagi patrzeć w twarz Old Shatterhandowi? Nie przypuszczam tego. Nie lubię też być tak nieuprzejmym, żeby odwracać się do walecznego wojownika plecami.
To poskutkowało. Usiedli tak, że miałem ich wszystkich na oku. Odstąpili od natychmiastowego ataku, gdyż widzieli mnie samego i byli pewni, że mnie mają. Odpiąłem fajkę pokoju, wiszącą na szyi, od sznurka, udałem, że chcę ją napchać i rzekłem:
— Niech mój młody brat Sziba Bigh wypali ze mną fajkę powitania, ażeby dowiedział się, że Old Shatterhand jest jego przyjacielem, jak było dawniej.
Podniósł odmownie rękę i odpowiedział.
— Sziba Bigh był niegdyś dumny z tego, że miał takiego sławnego brata, ale teraz pragnąłby wiedzieć, czy Old Shatterhand jest jeszcze naprawdę jego przyjacielem.
— Czy wątpisz? — zapytałem, na pozór zdziwiony.
— Wątpię.
— Dlaczego?
— Ponieważ dowiedziałem się, że Old Shatterhand został nieprzyjacielem Komanczów.
— Ten, kto ci to powiedział, był albo kłamcą albo się mylił.
— Ten, kto to powiedział, złożył dowody, którym muszę wierzyć.
— Czy mój młody brat powie mi te dowody?
— I owszem. Czy Old Shatterhand nie był nad wodą, którą nazywają Saskuan-kui?
— Byłem.
— Czego tam chciałeś?
— Niczego. Droga moja przechodziła tamtędy. Chciałem tam przenocować i ruszyć dalej.
— W takim razie nic tam nie uczyniłeś?
— Przeciwnie.
— Co?
— Zobaczyłem tam czerwonych mężów, którzy pojmali białego wojownika — i uwolniłem go.
— Jacy to byli wojownicy?
— Dowiedziałem się potem od bladej twarzy, że byli to Komancze ze szczepu Naini.
— Jakie prawo miałeś do uwolnienia tej bladej twarzy?
— On nic złego nie uczynił Komanczom. Tak samo uwolniłbym Komancza, któryby niewinnie wpadł w ręce bladych twarzy. Old Shatterhand jest przyjacielem wszystkich dobrych — a wrogiem wszystkich złych ludzi. On nie pyta o barwę tych, co potrzebują pomocy.
— Ale przez to ściągnąłeś na siebie zemstę i nieprzyjaźń Komanczów.
— Nie.
— Tak.
— Nie, bo nazajutrz rano mówiłem z wodzem Wupą Umugi i zawarłem z nim przymierze. Był moim jeńcem, a ja puściłem go wolno.
— Czy wiedziałeś, czego Komancze chcieli tam nad Saskuan-kui?
— Jak mogłem o tem wiedzieć? Nie pytałem o to. Byli tam prawdopodobnie, by łowić ryby.
— Czy wiesz, gdzie się teraz znajdują?
— Domyślam się tego.
— Gdzie?
— Musieli się udać do Mistake-canon, ażeby dopomódz tam Komanczom, którym zagrażają, jak słyszałem, biali jeźdźcy.
— Uff! — zawołał, a twarz jego rozjaśniła się uśmiechem wyższości. Ludzie jego zaczęli na siebie wzajem rzucać spojrzenia, które dowiodły mi, że nie mam powodu być zarozumiałym ze swego rozumu.
— Czy byli z tobą jeszcze jacy ludzie?
— Kilka bladych twarzy.
— Dokąd udaliście się z Saskuan-kui?
— Na zachód.
— A mimo to znajdujesz się tak daleko na wschodzie od Saskuan-kui. Skąd to pochodzi?
— Słyszałem o nieprzyjaźni miedzy białymi jeźdźcami a wojownikami Komanczów. Jako biały, musiałbym był dopomagać żołnierzom, ponieważ jednak jestem przyjacielem czerwonych mężów, starałem się uniknąć tego w ten sposób, że zwróciłem się na wschód.
— Znów nad Błękitną Wodę?
Było to oczywiście bardzo ważne dla niego, czy byłem tam powtórnie, więc odrzekłem:
— Naco miałbym tam wracać? Pojechałem na Llano, aby odwiedzić mego młodego przyjaciela, Bloody Foxa, którego ty znasz także, ponieważ byłeś wtenczas gościem jego i paliłeś z nim fajkę pokoju i przyjaźni.
— Czy zabrałeś blade twarze do niego?
— Pytasz o to, a wiesz, że przyrzekliśmy Bloody Foxowi nie zdradzać jego tajemnicy. Czy mogłem wobec tego sprowadzać obcych ludzi?
— Gdzie oni teraz?
— Kiedy się z nimi rozstałem, zmierzali nad wielką rzekę i do El Paso.
— Czy spotkałeś Bloody Foxa?
— Tak.
— Gdzie on znajduje się teraz?
— U siebie w domu.
— I tak prędko odjechałeś od niego? Czy nie chciał zatrzymać swego sławnego brata Old Shatterhanda?
— O tak. Wracam do niego.
— Dlaczego opuściłeś go dzisiaj. Dokąd chciałeś pojechać?
— Czy mam ci to mówić dopiero? Czy już nie wiesz, że zadaniem jego jest uwalnianie Llana od „sępów“?
— A ty mu pomagasz?
— Tak. Dziś jeszcze zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy byłeś z nami. No, ale teraz odpowiedziałem ci na wszystkie pytania, i wiesz już wszystko, co chciałeś wiedzieć. Teraz niech przemówi kalumet.
— Zaczekaj jeszcze.
Pozwoliłem pozornie wybadać się, jak dziecko, on zaś był dumny z tego, że mu się to tak udało; poznałem to po jego tryumfującem spojrzeniu, rzuconem na towarzyszy. Wydało mu się w tej chwili, że dorównywał mi rzeczywiście, gdyż jego „zaczekaj jeszcze!“ brzmiało nadzwyczaj rozkazująco, poczem tonem zabawnej dla mnie wyższości mówił dalej:
— Przeminęły już słońca i miesiące, od kiedy rozstaliśmy się, a w tak długim czzasie zmieniają się ludzie. Z mądrych robią się dzieci, a dzieci rosną i mądrzeją. Old Shatterhand został też takiem dzieckiem.
— Ja? Jakto?
— Pozwoliłeś mi się wybadać, jak chłopiec, nie mający jeszcze mózgu, albo jak stara baba, której mózg wysechł. Oczy twoje zaćmiły się, a uszy ogłuchły. Nie masz pojęcia, kim my jesteśmy i czego chcemy.
— Uff, uff! To ma być mowa młodzieńca, z którym niegdyś paliłem fajkę pokoju?
— To jest mowa młodzieńca, z którego wyrósł wielki i sławny wojownik. Kalumet już nic nie znaczy, gdyż nie jesteś już moim przyjacielem, lecz wrogiem, którego zabiję.
— Udowodnij, że zostałem twoim wrogiem.
— Uwolniłeś naszego jeńca.
— Czy to był twój jeniec?
— Tak.
— Nie. Uwolniłem go z rąk Komanczów Naini, a ty należysz do innego szczepu.
— Naini są moimi braćmi, a ich wróg jest także moim wrogiem. Czy nie znasz tych, którzy siedzą przed tobą?
— Czy ci wojownicy nie należą do twego szczepu?
— Tylko dwudziestu. Trzydziestu jest Nainich, których widziałeś nad Błękitną Wodą. Wykopaliśmy topory przeciwko wszystkim bladym twarzom — a ty nią jesteś. Czy wiesz, co ciebie teraz czeka?
— Wiem.
— To powiedz!
— Dosiądę prawdopodobnie konia i pojadę dalej spokojnie.
— Uff! Z Old Shatterhanda zrobiło się naprawdę dziecko. Będziesz naszym jeńcem i zginiesz przy palu w męczarniach.
— Ani nie będę waszym jeńcem ani nie zginę, jak to się wam podoba, lecz stanie się to, co się spodoba Manitou.
Spokój i swoboda, z jaką to powiedziałem, była dla niego i dla jego ludzi niewytłómaczoną. Nie ruszyłem się z miejsca, nie spróbowałem ucieczki ani obrony — i to trzymało ich ręce zdala od broni. Nie zauważyli, co prawda, że każdego miałem dobrze na oku.
Z lekceważącym, litościwym niemal uśmiechem zapytał mnie wódz znowu:
— Czy sądzisz może, że zdołasz się nam obronić?
— Tak sądzę.
— Uff! Więc rzeczywiście straciłeś rozum. Czy nie widzisz, że masz przed sobą pięć razy po dziesięciu walecznych wojowników?
— Czy Old Shatterhand liczył kiedy wrogów?
— A więc liczysz na swoją strzelbę czarodziejską?
W jednej chwili miałem sztuciec w reku, zerwałem się, stanąłem za moim koniem tak, że mnie zasłonił i zawołałem:
— Tak, liczę na to. Kto z was chwyci za broń dostanie kulą. Wszak wiecie, że z tej strzelby mogę strzelać nieustannie!
Stało się to tak szybko, że, kiedy powiedziałem te słowa, siedzieli jeszcze, jak przedtem. Jeden z nich sięgnął za siebie po strzelbę, ale ujrzawszy wylot sztućca, zwrócony do siebie, cofnął rękę natychmiast. Strach przed strzelbą czarodziejską był wciąż jeszcze tak silny, jak dawniej. Wiedziałem, że nastąpi atak — na razie w słowach. Chciałem tego, spodziewając się, że dowiem się tego, czego chciałem. Nikt nie ośmielił się chwycić pierwszy za broń; więc należało przypuszczać, że słowami i groźbami zechcą mnie skłonić do dobrowolnego poddania się.
Nie należy sobie wyobrażać, żeby do zachowania się mojego potrzeba było zbyt wiele odwagi. Znałem czerwonoskórców i strach ich przed moją strzelbą, a niepostrzeżenie zbadałem przeciwległy brzeg doliny, gdzie zamówiłem Old Surehanda z jego Apaczami. Stamtąd groziło siedmdziesiąt wylotów strzelb, widzialnych tylko dla mnie, który o tem wiedziałem. Właściciele ich leżeli wkopani głęboko w piasku, i nie można ich było zobaczyć. Na wzgórzu za mną musiał leżeć tak samo gotów Enczar Ko ze swoim oddziałem, na lewo z tyłu Winnetou, a z prawej strony musiał się na pierwszy wystrzał ukazać Old Wabble. Wobec tego nie trudno było okazać się pewnym siebie.
Stało się, co przewidziałem; młody wódz spróbował najpierw namowy.
— Pshaw! — zawołał wśród śmiechu, brzmiącego trochę wymuszenie. — Wiemy, że możesz strzelać nieustannie, ale pięćdziesiąt razy naraz nie wystrzelisz. Trafisz dwu, trzech lub czterech, lecz potem cię pochwycimy.
— Spróbujcie!
— Nie potrzebujemy i tego czynić; jesteśmy o wiele silniejsi i liczniejsi, niż sądzisz.
— Pshaw! — roześmiałem się szyderczo, ażeby pobudzić go do wynurzeń. Nie boję się was pięćdziesięciu; chodźcież tu!
— Możemy czekać, lecz jeśli strzelisz, będziemy się bronili.
Aha; więc teraz nie było już mowy o ataku, lecz o obronie.
— Jeśli się oddalę — a strzelę do każdego, kto się tylko zbliży — nie odważycie się mnie zatrzymać.
— Mimo to nam nie ujdziesz. Nie jesteśmy sami i tworzymy tylko przednią straż całego wojska.
— Pshaw! To kłamstwo!
— To nie kłamstwo, lecz prawda! — zapewniał mnie skwapliwie. — Dokąd chcesz umknąć?
— Do Bloody Foxa.
— Chcemy właśnie napaść na niego; tam dostałbyś się także w nasze ręce!
— To pojadę na zachód.
— Tam jest tylko jedna droga. Musiałbyś umykać do Suks-ma-lestawi.
— Tak zrobię.
— To natknąłbyś się na Wupę Umugi, który stamtąd nadciągnie.
— Ja wiem, lecz on nadejdzie dopiero za trzy dni.
— Nic nie możesz wiedzieć! On przybędzie tam już jutro wieczorem.
— Będzie ciemno i przekradnę się z łatwością.
— To pochwyci cię Nale Masiuw, który w pół dnia tam nadejdzie.
— Pshaw!
— Nie śmiej się! Poza pustynią jest także wielka równina, na której muszą cię dostrzedz. Jak zdołasz ujść tylu wojownikom? Jeśli nie postradałeś rozumu, to nam się poddasz.
— Old Shatterhand? Poddać się? Komu? Chłopcu, jakim ty jesteś? A czy ty nawet jesteś chłopcem? Czy nie jesteś małą skomlącą dziewczynką, która powinna być jeszcze na plecach matki a nie należy miedzy dorosłych mężów, zwących się wojownikami?
Nazwać Indyanina starą babą, to wielka obelga, lecz jeszcze większa porównać go z małą dziewczynką. Sziba Bigh zerwał się z wściekłością. Nie sięgnął jednak po strzelbę ani po nóż, lecz wrzasnął na mnie:
— Psie, czy mam ciebie zabić? Wystarczy mi powiedzieć słowo, a rzuci się na ciebie pięćdziesięciu wojowników!
— A mnie wystarczy dać znak, a zginiecie w dwie minuty, jeśli mi się nie poddacie!
Przy tych słowach odwiodłem kurek rusznicy.
— A więc daj ten znak! — szydził.
— Powiedz to jeszcze raz, a uczynię!
— Uczyń to, uczyń! Zobaczymy, kto ci przyjdzie z pomocą, żeby nas zabić, albo pochwycić.
— Zaraz zobaczysz. Uważaj!
Huknął strzał, a z przeciwległego wzgórza zbiegło siedmdziesięciu Indyan z wojennym okrzykiem. Konie zostawili na górze. Za mną odpowiedziano na okrzyk — z lewej strony nadszedł Winnetou ze swym oddziałem — a z prawej wpadł ze swoimi Old Wabble.
— Rozbroić ich i powiązać! — zawołał Winnetou.
Zanim zdołali pomyśleć o oporze, leżeli na ziemi, a każdego trzymało pięciu lub sześciu Apaczów. W dwie minuty po ostatniem szyderczem wezwaniu Sziba Bigha byli wszyscy skrępowani, przyczem ani jeden z Apaczów nie odniósł najlżejszego skaleczenia. Teraz dopiero zaczęli się odzywać i próbowali podnieść pod naciskiem nierozerwalnych rzemieni, ale napróżno.
— No, sir, czy dobrze zrobiłem, co do mnie należało? — spytał Old Wabble, przystępując do mnie.
— Tak — odpowiedziałem — choć nie możecie z tego powodu być zbyt zarozumiałym, bo to było bardzo łatwe.
— Tak, kiedy człowiek sądzi, że raz zachował się bezbłędnie, wtedy to bardzo łatwe; th’ is clear!
Odwrócił się zniechęcony.
Dolina pełna była koni i ludzi; zwierzęta popętano, a ludzie rozłożyli się obozem. Jeńców zesunięto razem tak, że leżeli ciasno obok siebie. Młodego wodza kazałem położyć tak daleko od nich, że nie mogliby słyszeć, co z nim mówiłem. Stało się to ze względu na niego, gdyż nie chciałem go unieszczęśliwić. Gdyby usłyszano upokorzenia, jakie go czekały, musiałby raz na zawsze wyrzec się godności wodza. Wiedziałem, że już klęska obecna pociągnie za sobą niedobre dla niego następstwa, gdyby się już nawet nic gorszego nie stało.
Wedle reguł postępowania między „gentlemanami“ byłoby oczywiście nieszlachentnością oddawać mu teraz jego obelgi, i powinienbym o tem milczeć — lecz tu była inna sprawa. Chodziło o to, żeby życiu duchowemu młodego i pełnego nadziei Indyanina nadać kierunek, dzięki któremu byłby dla swych przyszłych poddanych czemś więcej, aniżeli ordynarnym, krwiożerczym wodzem. Usiadłem obok niego, skinąłem, żeby odeszli, na tych, którzy się chcieli do nas zbliżyć, bo wolałem być z nim sam na sam. Odwrócił ode mnie twarz i zamknął oczy.
— No — zapytałem — czy mój młody brat stwierdzi jeszcze teraz, że jest takim wielkim i sławnym wodzem?
Nie odpowiedział — lecz nie spodziewał się widocznie tego łagodnego tonu, w jakim to wypowiedziałem, bo posępna twarz rozjaśniła mu się cokolwiek.
— A może Sziba Bigh wciąż jeszcze sądzi, że powinien Old Shatterhanda zaliczać do starych bab?
Nie poruszył się i nic nie powiedział — ja zaś mówiłem dalej:
— Ojciec mego młodego przyjaciela nazywał się Tewua Szohe, Gwiazda Ognista, a ja byłem jego przyjacielem i bratem. Był to jedyny wojownik Komanczów, którego miłowałem.
Na to podniósł do połowy powieki i spojrzał mi w twarz badawczo, ale jeszcze nic nie powiedział.
— Gwiazda Ognista zginął z rąk białych morderców; serce mnie rozbolało, gdy to usłyszałem. Pomściliśmy go na mordercach, a miłość, jaką miałem dla niego, przeszła na jego syna.
Teraz już całkiem oczy otworzył, odwrócił głowę i spojrzał na mnie pełnym wzrokiem. Zachował jednak milczenie. Ja mówiłem dalej:
— Old Shatterhand miał imię, brzmiące przy wszystkich obozowych ogniskach, a Sziba Bigh był chłopcem, którego jeszcze nikt nie znał. Mimo to zajął się nim, życząc sobie, ażeby młody syn Komanczów został mężem, jak jego ojciec, łagodnym i wiernym w sercu, jasnym w głowie a silnym w pięści. Odprowadziłem cię wtenczas przez puste Llano Estacado, zaprowadziłem cię do mieszkania Bloody Foxa i byłem twoim nauczycielem przez wszystkie dni, tam przeżyte. Gdy mówiłem do ciebie, wydawał ci się głos mój, jako głos ojca — a kiedy wziąłem rękę twoją, do mojej, rozkosz jaśniała na twojej twarzy, jak gdyby ręka moja była ręką twej matki. Wówczas mnie miłowałeś.
— Uff, uff! — rzekł cicho, a oczy zaszkliły mu się wilgotnie.
— Potem napełniłem mój kalumet i paliłem z tobą fajkę pokoju i braterstwa. Ja byłem starszym bratem, a ty młodszym — gdyż obydwaj mieliśmy jednego ojca, dobrego Manitou, o którym ci opowiadałem. Pozwoliłem ci zajrzeć w moje serce i w moją wiarę, i zdawało mi się, że w twojem zasadziłem ziarno, które miało się z czasem pomnożyć w wielkie żniwo, gdyż serce twoje było ziemią urodzajną i zapowiadało tysiąckrotne owoce.
— Uff, uff, uff! — powtórzył z cicha i głosem przytłumionym, jak gdyby starał się stłumić szlochanie.
— A co się stało z tego ziarna? Nie miało rosy, ni słońca i uschło nędznie.
— Aga, aga — nie, nie! — wymówił nareszcie pierwsze słowo, poczem jednak sumienie, czy też wstyd odwrócił mu twarz ode mnie.
— Uweh, uweh — tak, tak! — potwierdziłem. — Tak jest, jak mówię. Co się zrobiło z mego przyjaciela i brata? Niewdzięczny przeciwnik i wróg, który mnie wyszydza i godzi na moje życie. To smutne, to bardzo smutne u młodego wojownika, który zna tylko twarde prawa preryowe — lecz o wiele, o wiele smutniejsze u młodzieńca, który miał chrześcijanina nauczycielem, a on zapoznał go z wielkim, dobrym Manitou. Kiedy przedtem lżyłeś i wyszydzałeś Old Shatterhanda, nie mogłeś mnie obrazić, ale serce mnie bardzo bolało, że zapomniałeś moich nauk i stałeś się jednym z tych, którym ręki podać nie mogę. Kto temu winien?
— Nale Masiuw i inni wodzowie — odpowiedział, zwracając się znowu do mnie. — Opowiedziałem im to wszystko, co mnie mówiłeś, a oni wyśmiali się ze mnie, szydzili i powiedzieli, że Old Shatterhand stracił rozum i został priest[34].
— Mój młody bracie, chciałbym być priest i mógłbym nim być dla ciebie. Wstydziłeś się zatem Old Shatterhanda?
— Uweh, uweh! — potwierdził.
— W takim razie powinienbym się teraz ciebie wstydzić, ale nie czynię tego, tylko ubolewam. Waszych wodzów i guślarzy, postępujących zgodnie z wolą wielkiego Manitou, można poznać i rozróżnić po czynach. Co bylibyście ze mną uczynili, gdybym był wpadł w wasze ręce?
— Przywiązalibyśmy cię do pala męczeńskiego.
— A przecież ja wam nie zrobiłem nic złego, wy natomiast godziliście na moje życie. Jak sądzisz, co się teraz stanie z tobą i twoimi ludźmi, gdyśmy ich pochwycili?
Na to podniósł się w więzach do połowy, spojrzał mi sztywnie w oczy i zapytał pośpiesznie:
— Powiedz sam, jak się zemścicie?
— Zemścić? Chrześcijanin nie mści się nigdy w życiu, bo wie, że wielki i sprawiedliwy Manitou tak zapłaci za wszystkie czyny ludzkie, jak na to zasługują. Będziesz przez kilka dni naszym jeńcem, a potem pójdziesz na wolność.
— Nie zabijecie mnie, nie zamęczycie?
— Nie.
— Nie skaleczycie mnie?
— Nie. My ci przebaczymy.
Opadł z przeciągłem westchnieniem na ziemię, zaraz potem jednak zapytał szybko, z błyszczącemi oczyma:
— Czy Old Shatterhand sądzi może, iż ze strachu przed bolem tak pytałem?
— Nie. Ja wiem, że gardzisz bolem, zadanym twojemu ciału. To ból duszy kazał ci zadać to pytanie. Czy tak?
— Old Shatterhand ma słuszność.
— I jeszcze jedno chcę powiedzieć memu młodemu bratu, choć nie wiem, czy mnie zrozumiesz. Zdawało ci się przedtem, że mnie sprytnie wypytałeś — tymczasem wiedziałem wszystko, gdyż nad Błękitną Wodą podsłuchałem Nainich a potem czerwonych Nale Masiuwa. W odpowiedziach moich nie domyśliłeś się ukrytych pytań, na które mi bezwiednie odpowiedziałeś. Nie ty mnie wybadałeś, lecz ja ciebie. Byłeś taki dumny i pewny siebie — a mimo to zdradziłeś mi, że Wupa Umugi nadejdzie do Suks-ma-lestawi jutro wieczorem, a Nale Masiuw o pół dnia później. Jak to wytłómaczyć?
— Ja nie wiem, nie chciałem zdradzić.
— Ale ja wiem. Wstydziłeś się wprawdzie Old Shatterhanda i jego nauki, ale jedno i drugie mieszkało w tobie, choć tego nie wiedziałeś. Gdy potem stałem przed tobą w twoich oczach, jako zwyciężony, ale właściwie zwycięzca, oburzyło się serce twoje na ciebie samego i powiedziałeś mi rzeczy, o których powinien byłeś milczeć. Czy zrozumiałeś?
— Nie całkiem, lecz namyślę się nad tem. Co się ze mną stanie, gdy tamci wodzowie dowiedzą się, że wszystko zdradziłem?
— Ty mi nic nie zdradziłeś, gdyż wiedziałem o tem już przedtem. Leżałem blizko ogniska narady, kiedy Wupa Umugi omawiał napad na Bloody Foxa, i byłem przy tem, kiedy przybyli dwaj posłańcy Nale Masiuwa i powierzyli swoje doniesienie strażnikom nad rzeką. Podsłuchałem także wywiadowców, których Wupa Umugi posłał do Małego Lasu. Winnetou zaś wiedział już dawno, że macie napaść na Bloody Foxa, i pojechał czemprędzej na Llano, ażeby mu przyjść z pomocą.
— Uff, uff! Winnetou! Dlatego widzę go tutaj z tylu wojownikami Apaczów.
— Ażebyś nie robił sobie wyrzutów, powiem ci nawet, że wiemy, iż macie białych żołnierzy zwabić na Llano i zaprowadzić na śmierć zapomocą fałszywie powtykanych pali. Ty miałeś paliki powsadzać, potem nadejdzie Wupa Umugi, za nim żołnierze, a wkońcu ma się zjawić Nale Masiuw, który do swoich wigwamów posłał po stu wojowników.
— Uff, uff! Albo jesteście o wiele mądrzejsi od nas, albo Manitou woli was i dopomaga wam przeciwko nam!
— Manitou miłuje wszystkich jednakowo, czerwonych zarówno jak białych, a kto go słucha i postępuje zgodnie z wolą jego, tego chroni w każdem niebezpieczeństwie i daje mu mądrość i rozum do pokonania wszystkich nieprzyjaciół. Weźmiemy do niewoli wszystkich wojowników Komanczów.
— Wierzę ci, wierzę; słyszę to ze słów twoich! Co zrobicie potem z tylu jeńcami?
— Pokażemy im dobrą drogę i zwrócimy im wolność.
— Chociaż są waszymi nieprzyjaciółmi?
— Chrześcijanin może mieć nieprzyjaciół, ale sam nigdy nie jest nieprzyjacielem. Zemsta jego polega na przebaczeniu.
Kręcił głową, jakby pod wpływem męki wewnętrznej, i rzekł, oddychając ciężko, głęboko:
— Takie mogą być tylko blade twarze, ale czerwony nie może i nie śmie.
— Mylisz się! Właśnie, że najmężniejszy i najsławniejszy z czerwonych wojowników jest takim, jak to słyszysz ode mnie.
— Kogo masz na myśli?
— Kogóżby, jeśli nie Winnetou?
— Wodza naszych najgorszych nieprzyjaciół, Apaczów?
— Czemu nazywacie ich swoimi nieprzyjaciółmi? Czy to oni na was napadli, czy też wy wykopaliście topór wojenny? Wy to zawsze pierwsi przystępowaliście do ataku, a mimo to powiedział Winnetou wczoraj wieczorem, że trzebaby nie przelać krwi ani jednego z Komanczów! Czerwoni mężowie i narody muszą wyginąć, ponieważ nie przestają rozdzierać się pomiędzy sobą. Ich Manitou — to Manitou krwi i zemsty, który nawet w wiecznych ostępach nie daje im pokoju, lecz bitwy i walki bez końca. Nasz Manitou natomiast dał przykazanie, które wierzących w niego już tu na ziemi uszczęśliwia a po śmierci daje im zbawienie.
— Czy Old Shatterhand powie mi to przykazanie?
— Brzmi ono: Mamy czcić tylko jego a wszystkich ludzi kochać, jak siebie samych, czy są naszymi przyjaciółmi, czy wrogami.
— A więc i wrogów? — spytał, patrząc na mnie szeroko otwartemi, zdumionemi oczyma.
— Tak jest, i wrogów.
— Jak siebie samego?
— Jak siebie samego.
— Więc mam Apacza, godzącego na moje życie, kochać tak samo, jak miłowałem ojca, jak kocham siebie samego?
— Tak. Jest tylko jedna wielka miłość, która, jeśli jest prawdziwą, nie może rozpadać się na większe i mniejsze części.
— W takim razie tylko blade twarze ją mają. Czerwony wojownik nie potrafi miłować nieprzyjaciela, a tem mniej kilku.
— Pomyśl o Winnetou! Byliśmy śmiertelnymi wrogami — a zostaliśmy braćmi, gotowymi w każdej chwili oddać życie za siebie. Jesteście jego wrogami — a mimo to przebacza wam, że godzicie na jego życie. On zwraca wam, swoim zajadłym wrogom, wolność, chociaż wie, że mimo to będziecie go nie mniej nienawidzili. Ileż to razy byłem przytem, jak zwyciężył nieprzyjaciół, którzy chcieli go zabić — on zaś zawsze darowywał im życie. Dlatego czczą go i sławią, gdzie tylko znają jego imię, i dlatego mogę twierdzić, że i czerwony wojownik może łatwo przebaczać nieprzyjacielowi i wyświadczać mu dobrodziejstwa. Chciałbym, żeby mój młody brat był taki, jak Winnetou.
Przyłożył skrępowane ręce do czoła, milczał przez długą chwilę i poprosił mnie potem:
— Niech Old Shatterhand odejdzie i zostawi mnie samego. Chcę pomówić ze sobą, chcę siebie spytać, czy mogę być takim, jak Winnetou, wielki wódz Apaczów.
Usłuchałem wezwania i odszedłem, wiedząc dobrze, iż pozostawiłem go męce wewnętrznej. Dlaczego podałem mu za wzór tylko Winnetou, Indyanina? Czy lepszych wzorów nie było? Czemu nie wspomniałem o czemś najwyższem, najświętszem? Bo w tem skróceniu nie zrozumiałby, nie pojąłby tego. Wszak nawet Winnetou — było to dla niego za wiele, chociaż go widział przed sobą i znał setki rysów szlachetności i miłości z jego życia. Z podawaniem duchowego pokarmu należy być także ostrożnym. W każdym razie wydobyłem znowu zanikłe ziarno z nieurodzajnej głębiny, a skutek wykazał potem, że od dzisiaj zaczęło kiełkować.
Widziałem Winnetou, siedzącego z Enczar Ko i z białymi i naradzającego się z nimi, więc poszedłem do nich. Zauważyłem jednak przytem, że Winnetou zachowywał milczenie, gdyż, o ile byłem przy nim, nie miał zwyczaju wyłuszczać drugim swego zdania, zanim go mnie powiedział.
— Dobrze, że przychodzicie, mr. Shatterhandzie — rzekł Old Wabble. — Musimy się przecież umówić, co się ma stać.
— Czy nie omówiliście tego jeszcze, sir? — spytałem.
— Tak, mówiliśmy wprawdzie to i owo, lecz jakoś nie możemy się zgodzić.
— To przecież osobliwe. Po tem, co teraz wiemy, niema chyba wątpliwości, co nam wypada uczynić.
— Tak? To osobliwe, że u was nigdy niema wątpliwości. Ale czy Winnetou zgodzi się z wami?
Na to oświadczył Apacz swoim znanym sposobem:
— Plan brata Shatterhanda jest dobry i my go wykonamy.
— Pięknie! Ale wpierw musimy go usłyszeć, bo czego się nie wie, tego nie można wiedzieć; th’ is clear. A więc mówcie, mr. Shatterhandzie! Kiedy mamy stąd wyruszyć?
— Zaraz — odpowiedziałem.
— Dokąd? Na oazę?
— Tak, lecz nie wszyscy; rozdzielimy się.
— Aha! Jak?
— Należy powsadzane już tyki, wskazujące drogę do oazy, pousuwać czemprędzej i powbijać je w kierunku, wskazanym przez Bloody Foxa.
— Kto to ma zrobić? Ja poszedłbym razem.
— To być nie może; tylko Indyanie mogą to zrobić.
— Czemu? Nie widzę powodu.
— To też zbyteczne, sir, skoro tylko ja znam go. Ci, którzy spełnią to zadanie, zostawią mnóstwo śladów, które muszą pochodzić od Indyan, ażeby Wupa Umugi uważał je za ślady Komanczów.
— Ach, to świetne! Teraz pojmuję.
— Nie śmie przytem być ani więcej ludzi, aniżeli wziętych tu do niewoli Komanczów. To też Winnetou wyruszy stąd natychmiast z pięćdziesięciu Apaczami i zapasowemi tykami do Gutesmontin-khai, ażeby tam tę pracę wykonać.
Zaledwie to wymówiłem, wstał wódz i zapytał mnie:
— Czy mój brat ma jeszcze coś dodać? Chcę już odejść.
— Tylko jedna uwaga! Ponieważ nie znasz tego pola kaktusowego, gdzie mamy zwabić Komanczów, to będziesz musiał powsadzać tyki w południowo wschodnim kierunku. Potem przyślę ci Bloody Foxa, który poprowadzi cię dokładniej. Oto i wszystko, co ci miałem powiedzieć.
Nie potrzeba było dłuższej i bardziej szczegółowej rozmowy między nami. Już w pięć minut potem pocwałował z pięćdziesięciu Apaczami z doliny ku Stu Drzewom.
— To zuch! — podziwiał go Old Wabble. — Temu nie potrzeba godzinnych instrukcyi, żeby wiedział, jak się zabrać do czego. Jakie nam dacie wskazówki, mr. Shatterhandzie?
— Żadnych. Jedziemy prosto na oazę.
— A potem?
— Potem zostaniecie dla pilnowania jeńców dopóty, dopóki nie otrzymacie wiadomości ode mnie.
— Od was? Więc wy nie zostaniecie?
— Nie. Ja muszę się udać do Stu Drzew, ażeby obserwować tam nadejście Komanczów.
— Sam?
— Mr. Surehand będzie mi towarzyszył.
— Czyż ja nie mógłbym także? Przyrzekam wam, że bąka nie strzelę.
Nie miałem ochoty brać go ze sobą z powodu jego zbytniej skwapliwości, ale prosił tak długo, że zgodziłem się wkońcu.
— No dobrze, jedźcie z nami, ale gdy się znajdzie jeden błąd, to rozbrat między nami. Co zrobicie tymczasem z waszemi potężnemi meksykańskiemi ostrogami?
— Z mojemi ostrogami? Czy nie można ich zostawić na nogach, sir?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo my także musimy robić indyańskie odciski, żeby nie wzbudzić podejrzenia Komanczów. Zmienimy więc nasze buty na mokasyny.
— Skąd je weźmiemy?
— Od jeńców; oni będą łaskawi wygodzić nam na chwilę.
— Hm! To będzie trudno! Wy, z waszemi parkietowemi nóżkami, znajdziecie odpowiednie — ale popatrzcie-no na moje pedały!
Miał rzeczywiście nogi za długie nawet dla bardzo w górę wystrzelonej postaci, a obuwie należało do gatunku butów siedmiomilowych.
Czas był wyruszyć. Kazałem Komanczów powsadzać na konie i przywiązać do nich mocno. Pozwolili na to, widząc, że opór byłby największem głupstwem. Ale młodego ich wodza nie chciałem traktować w ten sposób, więc powiedziałem do niego:
— Obdarzyłem sercem młodego czerwonego brata, Sziba Bigha, i bolałoby mnie, gdybym musiał związać go tak samo, jak jego ludzi. Czy będzie próbował ucieczki, jeśli pozwolę mu jechać wolno z nami?
— Jestem w twoim ręku — odpowiedział.
— To nie jest odpowiedź, jakiej żądam.
— Czy to nie dość, gdy mówię, że jestem w twoim ręku?
— Nie. Że jesteś moim jeńcem, to wiem bez twego przyznania słowami. Chcę jednak wiedzieć, czy, jeśli nie każę cię skrępować, nie spróbujesz wymknąć się z niewoli.
— Na to pytanie trudno odpowiedzieć.
— Wiem o tem.
— Pochwycicie wszystkich wojowników Komanczów, ale gdyby mi się udało umknąć i ostrzedz ich, nie dostałby się wam w ręce ani jeden.
— Takie twoje zdanie, ale nie moje.
— Moim obowiązkiem jest próbować ucieczki.
— Te słowa dowodzą, że jesteś nietylko dzielnym wojownikiem, lecz także otwartym i uczciwym człowiekiem. Mimo to nie będę cię dręczył więzami.
— Uff! — zawołał w zdumieniu.
— Tak; nie każę cię wiązać.
— To ucieknę.
— Pshaw! Gdyby nas było tylko dwu, nie zdołałbyś mi umknąć; a czy widzisz, ilu mam jeźdźców? Zresztą użyję środka, który przytrzyma cię mocniej, aniżeli więzy.
— Jakiego?
— Odbiorę ci worek z gusłami.
— Uff, uff! — zawołał.
— Tak, uczynię to. Za pierwszą próbą ucieczki zwrócą się przeciwko tobie wszystkie strzelby, a gdyby cię nawet ani jedna kula nie dosięgła, ruszy za tobą w następnej chwili dwustu jeźdźców. A gdyby żaden z nich cię nie złapał, to zniszczę twoje gusła a razem z nimi i twoją duszę.
Pochylił głowę i wydał pełne poddania się „uff!“ Nie próbował też przeszkodzić, kiedy odebrałem mu worek i powiesiłem sobie na szyi. Zadawał sobie trudu, ile mógł, by ukryć swoje myśli, ale nie mógł mnie oszukać. Na jedną króciutką chwilę zabłysło mu w oku światło, które przekonało mnie, że odważy się na wszystko, nawet na utratę guseł, ażeby odzyskać wolność. Miałem więc powód kazać go związać, lecz nie uczyniłem tego, gdyż chciałem wiedzieć, dlaczego wbrew wszelkim indyańskim zapatrywaniom gotów był wyrzec się nawet guseł, ażeby się wyswobodzić. Czyżby moje dawne nauki utkwiły w nim tak głęboko, że zdołały zachwiać pogańskie wyobrażenia „o wiecznych ostępach“? Jeśli bowiem gusła utraciły nad nim swoją władzę, to nie mógł wierzyć w tego rodzaju istnienie po śmierci. Aby go więc pod tym względem wystawić na próbę, nie kazałem go wiązać, lecz postarałem się inaczej o to, żeby ucieczka nie mogła mu się udać.
Najlepszym sposobem przeszkodzenia czemuś, co ktoś drugi chce uczynić, jest sprowadzenie tego samemu. Wówczas ma się go w ręku i może się w odpowiednim czasie zastosować środki zapobiegawcze. Musiałem zatem, ażeby się zabezpieczyć co do wodza, ułatwić mu, o ile możności, ucieczkę w pewnej chwili. Gdyby się złapał na tę fintę, mogłem go łatwo pochwycić, zupełnie tak samo, jak kot mysz, z którą się bawi.
Gdy wyruszyliśmy, jechałem z początku w tyle, ażeby wódz nie zauważył, że zwinąłem sobie lasso, w takie pętle, iż jednym chwytem mogłem je mieć gotowem do rzutu. Potem pojechałem naprzód jako przewodnik i przywołałem go do swego boku. Rozmawiałem z nim tak, jak gdym wcale na niego nie zważał, a potem, kiedy się zciemniło, zostawałem z nim coraz to bardziej w tyle, aż nareszcie zamiast na czele znaleźliśmy się na końcu orszaku. Zmrok gęstniał szybko, i niebawem nastała ciemność wieczorna. Sziba Bigh jechał po prawej stronie. Udałem, że mi się coś u siodła popsuło, zatrzymałem konia i nie zsiadając, schyliłem się na lewą stronę. Byliśmy ostatni w orszaku, a ja odwróciłem się do niego plecami. Jeśliby teraz nie umknął, to nie miał wogóle zamiaru uciekać. Z zaciekawieniem wziąłem lasso lewą ręką — i rzeczywiście! Skrzypnięcie piasku pod kopytami konia, którego obrócono na tylnych nogach, skłoniło mnie, do podniesienia się na siodle i zwrócenia się w tę stronę. Sziba Bigh uciekał wtył tą samą drogą, którą przybyliśmy tutaj, lecz w tej samej chwili i ja zawróciłem konia i popędziłem za nim. Mój kary miał niedaremnie miano Hatatitla, czyli Błyskawica. Przewyższał konia Sziba Bigha pod każdym względem a szczególnie pod względem chyżości. Upłynęła zaledwie minuta, kiedy dobiegłem tak blizko do zbiega, że musiałem go lassem dosięgnąć.
— Zatrzymaj się! — zawołałem na niego.
— Uff, uff! — odpowiedział przeraźliwym głosem, co miało znaczyć: Ani myślę.
Na to wyleciało moje lasso. Pętla spadła na niego i objąwszy mu obie ręce, przycisnęła mu je do ciała. Zatrzymałem karego, a szarpnięcie, jakiego lasso doznało, zciągnęło Indyanina z konia. Zeskoczyłem z konia i ukląkłem przy nim. Leżał nieruchomo.
— Czy mój młody brat jeszcze żyje? — zapytałem, gdyż bardzo łatwo mógł się zabić w upadku. Takie nieszczęśliwe wypadki trafiają się często przy chwytaniu na lasso.
Nie odpowiedział.
— Jeśli Sziba Bigh nie odpowie, przypnę go do konia, jak trupa. Sam sobie potem przypisze, jeśli go będą bolały członki — upomniałem go dobitniej.
— Żyję — odpowiedział dopiero teraz.
— Czy sobie co zrobiłeś?
— Nie.
— Więc zawołaj swego konia.
Po jego upadku z siodła biegło zwierzę jeszcze przez chwilę, lecz na wydany przez pana ostry świst wróciło.
— Teraz skrępuję ręce mojemu młodemu bratu; sam temu winien, że muszę to uczynić.
Leżał jeszcze na ziemi a pętlica lassa przyciskała mu ręce do ciała. Dopomogłem mu wstać, skrępowałem mu ręce i kazałem dosiąść konia. Gdy to uczynił, przeciągnąłem mu pod brzuchem końskim sznur od nogi do nogi i związałem potem jego cugle z mojemi. Dzięki temu panowałem nad koniem, a on nie mógł zleźć z niego. Przewiesiwszy sobie związane lasso znowu przez plecy, dosiadłem konia i popędziłem razem z jeńcem cwałem za orszakiem, który tymczasem zatrzymał się był, bo zauważono, że nas nie ma. Old Surehand, Old Wabble, Parker, Hawley i Enczar Ko wyjechali naprzeciwko nas.
— Dzięki Bogu, jesteście! — zawołał stary król cowboyów. — Gdzieżeście siedzieli, mr. Shatterhandzie?
— Urządziliśmy małą wycieczkę i powrót — odpowiedziałem.
— Czy czerwony chciał drapnąć?
— Tak.
— Otóż macie! Czy nie mówię, że ci hultaje wszyscy do niczego? Takich drabów nie można dotykać w rękawiczkach, jak to jest w modzie u was. Należy się spodziewać, że teraz już związany.
— Całkiem wedle waszego życzenia, mr. Cutterze.
— Czemu to mówicie z ironią?
— Ponieważ już przedtem był związany.
— To dla mnie coś nowego. Nie widziałem.
— Czy związany rzemieniami, czy strzeżony przez moje oczy, to wszystko jedno.
— Tak? No, jeśli oczy wasze są rzemieniami, to nie dajcie im zwisać zbyt nizko, bo konie mogłyby je wam podeptać; th’ is clear.
Mogłem spokojnie jechać z tyłu, gdyż powtórzenie się próby ucieczki było teraz wykluczone. Mimo to jednak udałem się na czoło, gdyż bez mojego przewodnictwa zmylonoby drogę. Sziba Bigh, gdyby nam nie był nawet wpadł w ręce, nie byłby znalazł oazy, gdyż nie zdołałby znaleźć nowego przejścia przez kaktusy. Znał tylko dawne, które Bloody Fox, jak wspomniano, zasadził już kaktusami.
Po szóstej godzinie zrobiło się ciemno. Mniej więcej w półtorej godziny potem przybyliśmy do obozu Apaczów, z którymi znajdował się Krwawy Lis. Pragnął on oczywiście bardzo dowiedzieć się, jaki był skutek naszej wyprawy, ale do pytania, zadanego w tej sprawie, dodał sam zaraz odpowiedź.
— Uff! Widzę, że nie potrzeba się dopytywać. Sprowadzacie masę Komanczów. Spotkaliście się zatem z nimi i poprosiliście ich ze sobą. Czy Sziba Bigh jest także?
— Yes — odpowiedział Old Wabble. — Nie sprowadzalibyśmy przecież czerwonych bez dowódcy!
— Czy zabito lub zraniono którego z nich? Czy bronili się?
— Ani przez myśl im nie przeszło. Żaden z nich nie ma nawet dziurki w skórze. Wszystko poszło tak gładko, jak w szkółce, kiedy się wyciera plamy z atramentu. Opowiem wam, jeśli wam to sprawi przyjemność, ale przedtem jedźmy do wody, ażeby konie napoić. To najkonieczniejsze ze wszystkiego.
Miał słuszność. Zsiadłem i odwiązałem Sziba Bigha.
— Jeśli mój brat wyobrażał sobie, że zdoła napaść na Bloody Foxa, to znajdował się w grubym błędzie. Okolica zmieniła się zupełnie od wtenczas. Ponieważ jesteś podejrzany o chęć ucieczki, nie będziesz mógł widzieć drogi właściwej.
Zdjąłem go z konia, zawiązałem mu oczy i ująłem za rękę, ażeby go przeprowadzić przez kaktusy. Biali i Enczar Ko poszli za nami. Jeńców oddano natychmiast pod straż Apaczom, a ich konie wprowadzono także, by je napoić.
Miałem właściwie zamiar nietylko wrogim Komanczom, lecz także i Apaczom wzbronić przystępu do wnętrza oazy; najlepiej byłoby nikomu z nich nie dać poznać tej miejscowości — lecz to okazało się niewykonalne z powodu konieczności pojenia koni. Chcąc trzysta koni i tyleż ludzi zaopatrzyć w wodę, nie podobna było oazy ukryć.
Kiedy drudzy usiedli sobie na dworze przy stołach, wprowadziłem Sziba Bigha do wnętrza domu, gdzie go przywiązałem.
— Mój brat ma to sobie samemu przypisać, że to czynię — powiedziałem. — Gdyby mi był dał słowo, słowo, że nie umknie, mógłby teraz chodzić tutaj swobodnie.
— Nie wolno mi dawać takiego słowa — odrzekł. Jestem wodzem Komanczów, a ponieważ wojownicy nasi znajdują się w niebezpieczeństwie, mam obowiązek uciec, skoro tylko można.
— Takiej możliwości już tutaj nie będzie!
— Lecz przedtem była.
— Nie!
— Gdyby koń białego brata nie był szybszy od mego, umknąłbym.
— Czy rzeczywiście tak sądzisz?
— Tak.
— W takim razie uważałem cię za bystrzejszego, aniżeli jesteś. Znajdowaliśmy się na czele oddziału. Dlaczego potem zostałem z tobą w tyle?
— Ponieważ zdawało ci się, że masz mnie na pewno.
— Nie, zupełnie przeciwnie; wiedziałem, że chciałeś umknąć. A dlaczego zatrzymałem się i przypatrywałem się kulbace?
— Bo rozdarło się coś, czy usunęło.
— Także nie, lecz ażeby ci dać sposobność do ucieczki.
— Uff! — zawołał zdziwiony. — Old Shatterhand chciał mi przeszkodzić w ucieczce i dawał mi do tego sposobność?
— Czy tego nie pojmujesz?
— Któżby to pojął?
— Każdy, kto nauczył się myśleć. Właśnie dlatego, że chciałem ucieczce przeszkodzić, dałem ci do niej sposobność. Gdybyś był uciekł w chwili, w której nie byłem do tego przygotowany, byłbyś wobec ciemności umknął, pomimo chyżości mojego konia. Musiałem więc być przygotowany, a to mogło się stać tylko przez sprowadzenie korzystnej chwili. Wtedy mogłem cię tem prędzej doścignąć.
— Uff, uff!
— Czy to teraz rozumiesz?
— Rozumiem, że prawdą jest to, o czem wiedzą wszyscy czerwoni i biali, że Old Shatterhanda nie podobna wyprowadzić w pole, lecz że on wyprowadza wszystkich innych.
— Hm, nie potrzeba było na to zbyt wiele, żeby dziś ciebie wyprowadzić w pole. Jesteś wodzem, ale prawie jeszcze chłopcem. Jeśli, co do mnie przynajmniej, zechcesz to sobie wziąć do serca, to możesz tylko na tem skorzystać. Bądź zadowolony, że mój koń był szybszy od twego i że skutkiem tego użyłem tylko lassa! Gdybym był nie mógł dopędzić cię tak rychło, musiałbym cię zastrzelić.
— Sziba Bigh nie obawia się śmierci.
— Wiem o tem, ale twoja ucieczka miała tylko na celu zawiadomienie Komanczów. Czy byłbyś tego dokonał, gdybym cię był zastrzelił?
— Uff, nie!
— Musisz zatem zrozumieć, że i pod tym względem działałeś bez namysłu. A jak mogłeś zapomnieć o tem, że mam twój worek z gusłami?
— Nie zapomniałem.
— I mimo to chciałeś umknąć? To szczególne! Czyby ci się ucieczka udała, czy nie, dusza twoja byłaby zgubiona na zawsze.
— Nie.
— Owszem. Kto utraci swoje gusło, ten musi szukać innego i w ten sposób ocala duszę. Kto jednak da je sobie odebrać i zniszczyć, tego dusza także zniszczona i ni dojdzie nigdy do wiecznych ostępów.
— Old Shatterhand mówi tu coś, w co sam nie wierzy.
Zauważyłem, pomimo słabego światła płonącej w izbie świecy łojowej, że twarz jego przybrała wyraz pewności siebie, a rzekłbym nawet wyższości. O tem, co teraz myślał, powiedziałoby się po naszemu prawdopodobnie: Teraz zapędziłem Old Shatterhanda w kozi róg! Odpowiedziałem więc:
— Czy ja w to wierzę, czy nie, to rzecz uboczna, ale wy w to wierzycie. Jeśli czerwony wojownik zabierze nieprzyjacielowi worek z gusłami i zachowa go, to dusza tamtego będzie musiała służyć mu w wiecznych ostępach, chyba, że Wielki Duch wskaże mu sposób zdobycia sobie nowego gusła. Jeśli jednak nie ocali się worka, lecz go się zniszczy, to i dusza zniszczona na wieki. Tak przecież mówi wasza wiara!
— Ale nie moja.
— Nie? — spytałem z ponownem zdziwieniem.
— Nie. Ja także w to wierzyłem, ale tylko dopóki mój wielki brat, Old Shatterhand, nie opowiedział mi o dobrym Manitou, który stworzył wszystkich ludzi, który wszystkich darzy równą miłością i do którego wszystkie dusze powrócą. Nikt nie może zabrać duszy drugiemu. Po śmierci nie będzie sług ani władców, zwycięzców ani zwyciężonych. Przed tronem wielkiego i dobrego Manitou będą wszystkie dusze równe, zapanuje wieczny pokój i nie będzie walk, polowania i przelewu krwi. Gdzież mają leżeć ostępy myśliwskie, o których mówią nasi guślarze?
Powiedział to z zapałem, wzrastającym od słowa do słowa. Cieszyłem się tem serdecznie; tego właśnie pragnąłem się dowiedzieć. Ziarno, zasiane wówczas w jego sercu, zeszło więc i zapuściło korzenie pod stwardniałą skorupą.
— Tak, skoro myślisz w ten sposób, to gusła nie mają dla ciebie żadnej wartości — rzekłem, na pozór bez żadnego zamiaru.
— Są znakiem, że jestem wojownikiem, nic więcej.
— W takim razie i zatrzymanie ich nie ma dla mnie żadnego celu. Masz je.
Zdjąłem worek ze szyi i oddałem mu go, on zaś powiesił go na sobie i odrzekł:
— On nie ma nic wspólnego z moją duszą, lecz jest oznaką wojownika i dlatego dziękuję ci za to, że mi go oddajesz.
— Czy mówiłeś już kiedy z czerwonymi wojownikami o tem, że dusza i gusła to dwie rzeczy, nie mające nic wspólnego ze sobą?
— Nie.
— Czemu nie?
— Bo nie uwierzyliby.
— A ty mi przecież uwierzyłeś?
— Moje usta nie twoje — a kiedy powiem to samo, co ty chciałeś powiedzieć, to nie będzie jednak tem samem. Czy Old Shatterhand zostanie dziś tutaj?
Nie mogłem go objaśnić i dlatego odpowiedziałem, wymijając pytanie:
— Czy będę tutaj, czy nie, nie zabraknie ci tu niczego. Ponieważ chcesz umknąć, muszę cię jeszcze uważać za nieprzyjaciela; ale przynajmniej wśród tych czterech ścian możesz się swobodnie poruszać.
— A więc chcesz mnie rozwiązać?
— Murzyn Bob zrobi to później.
— Nigger? Nigger ma mnie dotykać? Czy nie wiesz, że żaden z czerwonych wojowników nie chce mieć z niggrem nic wspólnego?
— A czy ty nie wiesz, że wielki Manitou stworzył wszystkich ludzi i kocha wszystkich równie mocno, czy mają skórę czarną, czerwoną, czy białą?
Spojrzał przed siebie z zakłopotaniem.
— A co masz przeciwko naszemu Bobowi? — mówiłem dalej. — Był on wtenczas przytem, kiedy ocaliliśmy ciebie. On lepszy człowiek od ciebie, bo nigdy wobec nikogo nie udawał przyjaźni — ty natomiast zawdzięczasz życie Bloody Foxowi, paliłeś z nim fajkę pokoju i przyjaźni, a teraz przybywasz tutaj, by go wypędzić z domu i zabić. Powiedz mi teraz szczerze, kto stoi wyżej: ty — czy on?
NIe odpowiedział nic na to.
— Milczysz? To mi wystarcza. Namyśl się nad sobą! Ażebyś raz mógł to uczynić bez przeszkody, odchodzę.
Słowa moje brzmiały może surowo, ale miały dobre intencye, i spodziewałem się, że wywrą zamierzony skutek. Wyszedłem, skinąwszy na Murzyna. Znałem go i wiedziałem, że dorósł do swego zadania, lecz musiałem mu rzecz dobrze wytłómaczyć. Jeńca należało surowo pilnować, lecz nie dręczyć go niczem.
— Chodźno tu Bobie — rzekłem — mam ci coś powiedzieć.
— Pięknie! Massa Shatterhand masser Bob coś powiedzieć.
— To bardzo ważne.
— Ważne? Oh, oh! Masser Bob być bardzo dzielny gentleman, kiedy usłyszeć coś ważnego.
Zawrócił z dumą oczyma, tak, że było widać tylko białka.
— Wiem, że jesteś bardzo silnym i dzielnym mężczyzną. Nie prawdaż, stary Bobie?
— Oh, oh, tak! Bob być bardzo silny i dzielny.
— Ale także chytry?
— Bardzo chytry, bardzo! Chytry jak... jak...
Zamyślił się; widocznie nie przychodził mu na myśl niezbity przykład chytrości — lecz po chwili znalazł go widocznie, bo klasnął w ręce i mówił dalej:
— Chytry, jak mucha — całkiem, jak mucha!
— Mucha? Czy uważasz muchę za tak nadzwyczajnie chytre stworzenie?
— Yes! Oh, oh! Mucha bardzo chytra, bardzo! Siadać tylko na koniec nosa.
— A to jest chytrość?
— Bardzo wielka chytrość, bo koniec nosa być całkiem na przedzie, a mucha módz zaraz odlecieć.
— To ładnie, to mi wcale imponuje. A zatem potrzebuję twojej siły, męstwa i odwagi. Czy widziałeś, że Sziba Bigha sprowadziłem do izby?
— Tak, masser Bob słuchać pod drzwiami i widzieć, że młody wódz leżeć na podłodze i być mocno związany rzemieniem.
— Słusznie! On chce umknąć i należy go surowo pilnować. Ty to uczynisz.
— Well! Masser Bob siedzieć przy nim przez całą noc i cały dzień i nie spuścić go z obydwu oczu.
— To nie będzie potrzebne. Skoro odjadę, rozwiążesz go, żeby mógł wolno chodzić po izbie; tylko wyjść mu nie wolno.
— O no, nie wolno! Ale jeśli przecież zechcieć wyjść, co Bob zrobić?
— Nie wypuścić go pod żadnym warunkiem.
— Nie, wcale nie. Jeśli tylko wystawić głowę na dwór, masser Bob uderzyć.
— Tego nie śmiesz uczynić. Uderzenia są największą obelgą dla czerwonego wojownika.
Na to poskrobał się z zakłopotaniem za uchem i rzekł:
— Oh, hm, oh! To źle, to źle! Bob go nie wypuścić i nie uderzyć! Masser Bob rozwiązać go i zatrzymać!
— Tak — odrzekłem z uśmiechem — to bardzo trudna sprawa, ale ty jesteś dobry do tego. Jesteś chytrzejszy i podstępniejszy od lisa, taki chytry, jak mucha na końcu nosa, i nie popełnisz błędu. Tobie powierzam tego nader ważnego jeńca. Rozwiążesz go, dasz mu jeść i pić, ale za drzwi wyjść mu nie wolno ani za okno; tylko bić go nie śmiesz.
— Zastrzelić także nie?
— Tego już wcale nie! Musisz się tu zdać zupełnie na twoją chytrość.
Zamyślił się i odpowiedział potem na pochlebstwo, niesłychanie uszczęśliwiony:
— Oh, oh, oh! Masser Bob być bardzo chytry! Bob wiedzieć, jak zrobić; czy powiedzieć?
— Nie, teraz mi tego nie potrzeba, ale jestem przekonany, że, wróciwszy, będę z ciebie zadowolony.
— Zadowolony, bardzo zadowolony! Masser Bob mieć pewną myśl, bardzo chytrą, bardzo! Sziba Bigh tam siedzieć, rozwiązać, a przecież nie wypuścić, ale nie bić, ani nie strzelać. Masser Bob zrobić to bardzo chytrze: massa Shatterhand zobaczyć.
— Dobrze, kochany Bobie! Bardzo mnie to ucieszy, jeśli będę cię mógł pochwalić po powrocie.
Wiedziałem całkiem dobrze, dlaczego jego straży powierzyłem tego jeńca; Apaczom nie chciałem go oddawać. Równie dobrze wiedziałem, dlaczego nie chciałem słyszeć o tej „myśli“, która przyszła Murzynowi. Nie chciałem mieć odpowiedzialności, która może dla białych wcale nie istniała, ale mogła być wielką wedle pojęć indyańskich. Jeśliby czarny zrobił coś z jeńcem, co obraziłoby godność Sziba Bigha, to nie mógłby przykładać do tego takiej miary, jak gdyby to się stało za mojem zezwoleniem lub na moje zlecenie.
Poszedłem teraz najpierw do Bloody Foxa, ażeby z nim pomówić o naszem zadaniu. Stał razem z Old Surehandem i przyjął mnie słowami:
— Słyszałem, że mam się udać do Winnetou, ażeby jego i Apaczów naprowadzić na dobry kierunek. Kiedy mam stąd wyruszyć?
— Jeszcze dzisiaj wieczorem, jak najrychlej.
— A gdzie go spotkam?
— Tego nie można dokładnie oznaczyć, ale można mniej więcej obliczyć. On wrócił śladem Sziba Bigha, wiodącym wprost na zachód, aż do Stu Drzew. Ponieważ ma usuwać i wlec za sobą paliki, którymi młody wódz wytyczył drogę do oazy, zabawi dłużej, niż gdyby jechał bez przerwy...
— On może tę robotę wykonać także w nocy, bo sierp księżyca ukaże się niebawem — przerwał mi.
— To prawda — i dlatego sądzę, że około południa przybędzie do Stu Drzew.
— Tam musi konie napoić i spocząć przynajmniej z godzinę.
— Całkiem słusznie, ale nie zabawi tam zbyt długo; ja go znam. Główna rzecz, żeby konie dostały wody, a na ich znużenie nie będzie zważał zbyt wiele, wiedząc, że może ich po drodze wedle upodobania oszczędzać, może bowiem zatrzymywać się i spoczywać, kiedy i gdzie mu się spodoba. Powiedziałem mu, żeby od tu Drzew zwrócił się na południowy wschód. Przypuśćmy, że co kilometr wetknie pal w ziemię, i że z tem nie będzie się zbytnio śpieszył, to można bez trudu obliczyć, na którym punkcie będzie można dostać się stąd do niego.
— Well! W takim razie wiem, na czem stoję. Czy macie jeszcze coś do zauważenia, mr. Shatterhandzie?
— Tak. Wupa Umugi pójdzie za nim i powinien natrafić tylko na indyańskie ślady.
— W takim razie muszę zdjąć buty i wdziać mokasyny. Mam tu zawsze kilka par, bo w tem odosobnieniu muszę dbać o zapas.
— Ach, gdybym mógł dostać także parę.
— I ja także — wtrącił Old Surehand. — W przeciwnym razie musielibyśmy je sobie wziąć od pojmanych Komanczów, a co oni mieli na nogach, to — hm!
— Na to poradzę prawdopodobnie; mam kilka wielkości, gdyż Bob nosi je także czasami. Zaczekajcie kilka chwil; zaraz je tu przyniosę.
Poszedł do domu i przyniósł indyańskie obuwie, a próba wykazała, że znalazły się dobre dla Old Surehanda i dla mnie. Wdzialiśmy je i oddaliśmy nasze buty Bobowi, aby je schował do naszego powrotu.
Inaczej miała się rzecz z Old Wabblem, dla którego metrowych stóp, nie znalazł Fox nic odpowiedniego. Wysłaliśmy go z Enczarem Ko do Komanczów; może tam był ktoś obdarzony tak wykształconymi przyrządami do chodzenia.
— Ażeby, co do Winnetou, nie zapomnieć o niczem: on musi mieć wodę — rzekłem w dalszym ciągu. — Na szczęście są tu wory na wodę.
— Tak — potwierdził Fox. — Zaraz je napełnię, ale sam wlec się z nimi nie mogę. Czy mogę wziąć ze sobą kilku Apaczów?
— Naturalnie, lecz nie zbyt wielu, bo Wupa Umugi mógłby zauważyć, że idzie za większą gromadą, aniżeli Sziba Bigh miał ze sobą. Przytem wpadłem na pomysł, który uchroni mnie od jakiego zaniedbania, a jeśli nie, to przynajmniej ułatwi nam pochwycenie Komanczów. Zrazu chciałem jechać tylko z wami, mr. Surehandzie, i z Old Wabblem — teraz jednak sądzę, że będzie lepiej, jeśli weźmiemy z pięćdziesięciu do sześćdziesięciu Apaczów.
— Na zwiady? — zdziwił się Old Surehand. — W takich razach wyjeżdża się przecież w jak najmniej ludzi.
— Zapewne, ale może z zamierzonego wyjazdu na zwiady zrobi się coś całkiem innego. O ile dotąd znamy plan Komanczów, przybędzie najpierw do Stu Drzew Wupa Umugi ze swoim oddziałem. Jak podsłuchałem, nastąpi to jutro wieczorem. Przenocuje tam i nazajutrz pojedzie wzdłuż pali, wabiąc za sobą konnicę białych. Kiedy ona po nim przybędzie, nie wiadomo — ale można się tego domyślić, gdyż wydobyłem od Sziba Bigha wiadomość, że Nale Masiuw przybędzie w pół dnia po Wupie Umugi, a białych należy się spodziewać przed nim, gdyż on ma ich pędzić przed sobą.
— Wojsko przybędzie zatem do Stu Drzew pojutrze przed południem.
— Ja też tak sądzę. Skoro potem biali odejdą za Wupą Umugi, zjawi się Nale Masiuw i ruszy za nimi. Zamierzaliśmy każdy oddział z osobna przepuścić i zamknąć w pułapce...
— I to jest najlepsze, jedyne, co możemy uczynić — wtrącił Bloody Fox.
— Niestety, nie. Dziwię się teraz temu nadzwyczajnie, że nikomu z nas nie przyszło na myśl, jaki wielki błąd popełniamy.
— Błąd? Jakto?
— Zważcie tylko, że zamierzamy zamknąć w kaktusach dwa rozmaite oddziały Indyan.
— No, więc cóż?
— Że biali znajdą się pomiędzy nimi.
— Aha! Hm!
— Czy pojmujecie teraz, co mam na myśli?
— Well, to prawda! — zawołał Old Surehand. — To błąd w naszym planie, błąd tak wielki, że nie mogę pojąć, jak mogliśmy go popełnić.
— Musielibyśmy białych zamknąć razem z czerwonymi.
— I przez to przegralibyśmy sprawę!
— Jeśli nie to, mr. Surehandzie, to przyszłoby nam o wiele trudniej ją wygrać. Komancze zabraliby konnicę i zyskaliby tem atut, którego przewyższyćby nie łatwo. Dlatego nie pojedziemy samotrzeć, lecz zabierzemy ze sobą oddział Apaczów. Czy domyślacie się celu?
— Bardzo łatwo. Odnosi się do Nale Masiuwa?
— Tak. Nie wpuścimy go wcale w pułapkę, lecz weźmiemy go do niewoli już pod Stu Drzewami.
— To myśl znakomita, sir!
— Znakomita, zaiste, znakomita, jeśli nie zbyt zuchwała — zauważył Bloody Fox.
— Zuchwała? Jakto? — spytałem.
— Czyż nie powiedzieliście, że weźmiecie z sobą tylko pięćdziesięciu do sześćdziesięciu Apaczów?
— Tak.
— Czy ta liczba wystarczy?
— Przypuszczam.
— A ja wątpię. Wybaczcie, że jestem taki śmiały i to wypowiadam!
— Pshaw! Potrzeba tego właśnie, żeby każdy wypowiedział swoje zdanie.
— W takim razie pozwalam sobie powiedzieć, że Nale Massiuw będzie miał ze sobą prawdopodobnie przeszło stu pięćdziesięciu wojowników.
— Tylu trzeba przypuścić.
— A wy chcecie ich pochwycić z pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu Apaczami?
— Nie. To byłoby więcej niż zuchwałe, to byłoby śmieszne, i w najwyższym stopniu lekkomyślne przedsięwzięcie. Będę miał więcej, o wiele więcej ludzi ze sobą.
— A skąd oni mają się wziąć?
— Ależ Foxie, Foxie! Czy to tak trudno pojąć?
— Hm! Dopomóżcież mi, sir! Nie wiem istotnie, skąd się mają wziąć wasze siły?
— A konnica?
Spojrzał mi w twarz z zadziwieniem, uderzył ręką w czoło i zawołał:
— A to osioł ze mnie. Byłem poprostu rażony ślepotą! Oczywiście, że wam dopomogą biali jeźdźcy, oczywiście. Nie byłem jeszcze nigdy taki głupi, jak w tej chwili!
— Pocieszcie się tem, że ja także wpadłem na tę myśl dopiero przed kilku minutami. A przecież była ona taka blizka, że każde dziecko mogło ją uchwycić. Powiem Enczarowi Ko, że... Ach, otóż nadchodzi!
Poddowódca Apaczów wrócił z Old Wabblem; wysłałem go, żeby wybrał wojowników, którzy mieli nam towarzyszyć. Dawny „król cowboyów“ stał przed nami w takiej osobliwej pozycyi, że zapytałem go mimowoli:
— Co wam, sir? Czy wam niedobrze?
— Yes, bardzo, nadzwyczaj niedobrze! — potwierdził.
— Gdzie siedzi to cierpienie?
— Nizko, bardzo nizko.
Wskazał przy tem palcem w dół.
— Aha! W nogach?
— Yes.
— Mokasyny...?
— Niech dyabeł porwie! — wybuchnął.
— Czy znaleźliście jakie?
— Jeszcze jakie!
— Dość wielkie?
— Jeszcze jak wielkie! Takie, że trzeba się wstydzić, wdziewać je na nogi! Ten czerwony, któremuśmy je odebrali, ma nie ludzkie nogi, lecz niedźwiedzie łapy.
— No i cóż dalej?
— Co dalej? I wy jeszcze pytacie?
— Naturalnie.
— W tem nie ma nic naturalnego! Rozumie się samo przez się, że muszę być wściekły.
— Ależ dlaczego wściekły?
— Thunder-storm! Czy rzeczywiście tego nie pojmujecie? Jestem wściekły i ze skóry wychodzę, bo te kolosalne buty jeszcze dla mnie niedobre; jeszcze za małe!
— To istotnie godne pożałowania.
— Ale nie dla was, sir, tylko dla mnie — wybuchnął na mnie z gniewem.
— Nie wątpię, mr. Cutterze — roześmiałem się.
— Tak, śmiejcie się tylko! Nie śmialibyście się, gdybyście mieli to obrzydłe uczucie, którego ja doznaję!
— Rzeczywiście? Bywacie też czasem czułym?
— Jeszcze jak! Czyż nie widzicie, jak krzywo i beznadziejnie tu stoję? Palce u nóg tak mi się pozwijały, że możnaby je uważać za zera.
— Więc wyprostujcie je!
— Nie da się. Mokasyny za krótkie. Czy znacie może jaki środek na moje męki?
— I owszem.
— Jaki? Przecież nie mogę butów przedłużyć!
— Nie, ale można w nich wyciąć dziury.
— Ach... dziury...
— Tak.
— Przepyszna myśl, znakomita! Old Shatterhand to przecież najchytrzejsza głowa, jaka kiedykolwiek tkwiła między ramionami! Zaraz to uczynię, natychmiast. Dziury wyciąć! Palce będą wprawdzie trochę wyzierały, ale to nic nie szkodzi; pozwolę im także raz oglądać światło dzienne.
Wydobył nóż i usiadł na ziemi, ażeby natychmiast wykonać wskazaną operacyę.
Kiedy później pożegnaliśmy się z Foxem, Parkerem i Hawleyem i udaliśmy się z końmi do Apaczów, stało ich już sześćdziesięciu gotowych do drogi z nami.
— Czy mój biały brat ma mi dać jeszcze jaki rozkaz? — zapytał mnie Enczar Ko.
— Postaraj się o to, żeby na drodze do oazy znajdowało się stale kilka straży. Oddałem Sziba Bigha murzynowi Bobowi, który ma go nie wypuszczać z domu. Ale on myśli o ucieczce. Czarny nie spuści go z oka, a młody wódz nie zdoła absolutnie ujść przez kaktusy i musi obrać jedyną drogę, wiodącą przez nie, a na niej spotka się z temi strażami.
— Co mamy zrobić, gdyby nadszedł?
— Zatrzymać go.
— A gdyby się bronił?
— W takim razie musicie użyć przemocy. Chcę go o ile możności oszczędzać, ale umknąć nie śmie w żadnym razie. Jeśli inaczej się nie da, niech raczej życie utraci. Równie surowo masz baczyć na to, żeby nie umknął żaden z Komanczów.
Potem nie było już nic do powiedzenia i odjechaliśmy w chwili właśnie, kiedy cienki sierp księżyca ukazał się na widnokręgu.
Nastąpiła jazda nocą przez rozciągającą się w świetle księżyca pustynię! Jakżeż pragnąłbym dla czytelników tych wzniosłych uczuć, które podnoszą ludzką pierś coraz to wyżej i wyżej! Tylko serce musi być wolne od troski i od wszystkiego, co mogłoby je gnębić i ściskać.
Marzyło mi się nieraz, że mogę lecieć. Ciało jest, ale bez wymiarów i bez wagi; zdaje się, że zamieniło się w nawskróś czystą duchową siłę, zdolną poruszać się swobodnie we wszystkich kierunkach i niehamowaną w przestrzeni, pozbawionej przeszkód. Tak unosiłem się nad ziemią — przelatywałem daleko poza nią, od księżyca do księżyca, z gwiazdy na gwiazdę, od jednej nieskończoności do drugiej, pełen niewysłowionej rozkoszy. Nie była to jednak rozkosz dumy z tego, że to ja pokonałem przestrzeń, lecz pokorna, pełna ufności szczęśliwość, że wszechmocna miłość niesie mnie i prowadzi coraz to dalej i dalej. Po przebudzeniu się leżałem zwykle długo z zamkniętemi oczyma i przypominałem sobie powoli, że to było senne marzenie i że jestem bezsilnym niewolnikiem czasu i przestrzeni.
Nie tych samych, co w takim śnie, lecz podobnych wrażeń doznaje się, pędząc przez pustynię na lekkonogim koniu lub na dromedarze. Nic tam nie przeszkadza, nic nie hamuje, gdyż jedyną przeszkodą jest ziemia, która znika z pod nóg i tworzy raczej oparcie, niż przeszkodę. Oko nie spoczywa na niej, lecz na widnokręgu, który odradza się nieustannie, jak widoczna, lecz nieuchwytna wieczność. Potem zwraca się w górę, gdzie wśród promiennych świateł niebieskich ukazują się coraz to nowe, aż wkońcu wzrok nie może ich ogarnąć. A kiedy nerw wzrokowy znuży się tym przestworem bez początku i końca i gdy opadnie podniesiona ze zdumienia powieka, trwa ta nieskończoność dalej w jego wnętrzu, i rodzą się tam myśli, których nie podobna przemyśleć. Powstają jakieś przeczucia, które napróżno chciałoby się ująć w słowa, wznoszą się i falują wrażenia i uczucia, których z osobna nie podobna doznać i odczuć, ponieważ tworzą jedną wielką falę, na której i z którą unosi się człowiek coraz to dalej i dalej, zanurza się coraz to głębiej i głębiej, w nabożne zdumienie i uszczęśliwiającą ufność, w niepojętą a jednak wszędzie obecną miłość, którą człowiek pomimo bogactwa słów wszystkich mów i języków, zdoła wybełkotać tylko w jednej zgłosce: Bóg... Bóg.. Bóg...!
O, gdyby mi ktoś dał pióro, z którego spłynęłyby wyrazy, odpowiadające wrażeniu, wywołanemu taką nocną jazdą przez pustynię w wierzącem ludzkiem sercu! Z błyszczących gwiazd nieboskłonu opada na duszę potwierdzenie: Obrałeś cząstkę właściwą i nikt ci jej nie odbierze! Kto jednak swego Boga utracił, ten jedzie tylko przez piasek, piasek i piasek, nie widzi nic, tylko piasek i słyszy przez całe godziny szmer jego pod kopytami końskiemi. Jak to smutne pustkowie odnawia się przed nim nieustannie nie przynosi mu nic, oprócz piasku i ciągle piasku — tak też w zatraconych głębiach jego wnętrza istnieje tylko niewypowiedzianie nędzna pustynia, beznadziejnie martwy piasek, niezdolny do dania życia ani jednemu ździebełku, ani korzonkowi. Dla takiego nieszczęśliwca nie można uczynić nic, jak tylko modlić się za niego.
Czy rzeczywiście? Czy dla niego nie można nic uczynić, jak tylko się modlić?
Nie zwracając na to uwagi, jechałem przez długi czas na przedzie i oddałem się tak zupełnie cichemu, pozbawionemu słów uwielbieniu, że złożyłem ręce, a cugle mi z nich wypadły. Wtem ocknąłem się: tuż przy sobie usłyszałem głos Old Wabble’a.
— Sir, a wy co wyprawiacie? Gotówem pomyśleć, że się modlicie.
Słowa te brzmiały ironicznie i nie odpowiedziałem na nie.
— Podnieście cugle! — mówił dalej. — Jeśli koń wasz potknie się w tym cwale, możecie kark skręcić!
Doznałem uczucia człowieka spragnionego, któremu czarę od ust odrywają, ażeby mu w nią nalać aloesu.
— Co was mój kark obchodzi? — odparłem krótko i ze złością.
— Właściwie nic, to słuszne — ale ponieważ tutaj jesteśmy razem, nie może mi być obojętnem, czy w następnej chwili będziecie mieli kark cały czy złamany.
— Nie bójcie się o mnie, ja go nie złamię!
— Ale to całkiem tak wyglądało. Jadąc tak żwawo rączo, nie kładzie się koniowi cugli na karku!
— Czy chcecie mnie uczyć jazdy konnej?
— Ani mi przez myśl nie przejdzie; widziałem, że nie potrzeba wam nauczyciela. Ale czego nigdy nie widziałem, to jeźdźca ze złożonemi rękami, jak gdyby jechał na klęczniku lub stołku do lamentacyi. Takim mianowicie wy byliście teraz, mr. Shatterhandzie.
— Klęcznik, stołek do lamentacyi? A wam skąd to złożenie?
— Takie moje zdanie, sir.
— A więc modlić się i lamentować — to dla was jedno i to samo?
— Yes.
— Słuchajcie; to głupi żart!
— Żart? Myślę tak seryo!
— Nie może być! Kto może modlitwę nazywać lamentacyą?
— Ja!
Na to szarpnęło mi coś twarz ku niemu i zapytałem.
— Modliliście się chyba często i dużo!
— Nie.
— A więc czasem przynajmniej?
— Także nie.
— A zatem nigdy?
— Nigdy! — potwierdził, a w głosie jego brzmiało coś, jakby duma.
— Boże Wielki — nie wierzę!
— Wierzcie lub nie, to mi wszystko jedno — ale nie modliłem się nigdy.
— Ależ w młodości, jako dziecko?
— Także nie.
— Czyż nie mieliście ojca, który mówiłby wam o Bogu?
— Nie.
— Ani matki, która składałaby wam ręce?
— Nie.
— Ani siostry, która uczyłaby was krótkiej dziecięcej modlitwy?
— Także nie.
— Jakie to smutne, jakie nieskończenie smutne! Na świecie istnieje człowiek, który dożył dziewięćdziesięciu lat i przez ten długi czas nie modlił się ani razu! Tysiąc ludzi mogłoby mnie o tem zapewniać i nie uwierzyłbym, nie mógłbym uwierzyć, sir.
— Skoro wam mówię, możecie mi spokojnie uwierzyć.
— Spokojnie? Ależ ja sam przy tem nie jestem spokojny, wcale nie jestem!
— Nie znam powodu, dla którego taka prosta i jasna sprawa, obojętna zupełnie dla mnie, miałaby wam psuć spokój.
— Obojętna? Czy wam to rzeczywiście takie obojętne, mr. Cutterze?
— Zupełnie.
— To okropne.
— Pshaw! Nie przypuszczałem, że z was taki nabożniś.
— Nabożniś? Nie jestem nim, o ile rozumiecie to słowo tak, jak je rozumieją bezbożnicy.
— Rozumiem to zupełnie tak — ale czy jestem bezbożnikiem? Hm!
— Jesteście nim; wszak wyrzekacie się Boga.
— Słuchajcie, nie posuwajcie się za daleko, mr. Shatterhandzie! Jestem gentleman, nie hultaj. Czyniłem zawsze, co uważałem za słuszne i chciałbym zobaczyć tego, kto nazwałby mnie bezbożnikiem.
— To popatrzcie na mnie!
— Czy mówicie to naprawdę poważnie?
— Zupełnie! Czyniliście zawsze, co uważaliście za stosowne, byliście zatem zawsze swoim własnym chlebodawcą. Czyż nie ma prawa, które stałoby wyżej od naszej woli?
— Hm! Prawa Stanów Zjednoczonych, wedle których postępuję.
— Żadnych innych?
— Nie.
— Czyż niema praw etycznych, religijnych, boskich?
— Dla mnie nie. Urodziłem się to fakt. Urodziłem się takim, jak jestem — to drugi fakt. Nie mogę być innym, aniżeli jestem — to trzeci fakt. Nie ponoszę zatem najmniejszej winy za to, co czynię — to główny fakt. Wszystko inne to nonsens i głupstwo!
— Słuchajcie, mr. Cutterze, wasza logika kuleje na wszystkie cztery nogi.
— Pozwólcie jej kuleć, sir! Wkulałem w to życie, nie pytany o pozwolenie, a niech mnie dyabli porwą, jeśli, kulejąc z niego, zapytam kogo o pozwolenie! Do tego nie potrzeba mi ani religii ani Boga.
To było okropne. Włosy powstały mi na te słowa na głowie, i doznałem uczucia, jak gdyby mi ktoś kawałkiem lodu przesuwał po plecach. Przed chwilą dopiero wyobrażałem sobie jazdę niedowiarka przez pustynię — a teraz myśl ta stała się rzeczywistością. Ten starzec, nie myślący o tem, jak blizkim był grobu, wypowiadał słowa, zawierające dla mnie bluźnierstwa, przejmujące mnie zgrozą.
— Więc nie wierzycie w Boga? — spytałem drżącym niemal głosem.
— Nie.
— A w Zbawiciela?
— Nie.
— A w życie zagrobowe?
— Nie.
— A w zbawienie i potępienie wieczyste?
— Ani mi się śni! Na co mi się przyda taka wiara?
Czy te słowa miały mnie smucić, czy oburzać, nie wiedziałem — ale napadło mnie coś, co mnie zmusiło położyć mu z konia rękę na ramieniu i powiedzieć:
— Słuchajcie, mr. Cutterze, darzyłem was sympatyą, jak nie każdego, ale teraz przejmuje mnie zgroza przed wami! Mimo to zostanę przy was i postaram się wam dowieść, że znajdujecie się na strasznie błędnej drodze.
— Co to znaczy? Czy chcecie mnie pouczać?
— Tak.
— W tem, co nazywacie religią?
— Tak.
— Dziękuję, bardzo dziękuję. Musiałbym to sobie wyprosić, a sama próba byłaby dla mnie obrazą. Słyszeliście przed chwilą, jak i co myślę. Nie potrzebuję niczyich słów i nauki, jestem na to za stary i za mądry Wymieniłem wam fakt za faktem, a frazesy nie znaczą dla mnie nic, choćby brzmiały, nie wiem jak pięknie. Tylko fakt jest dla mnie dowodem i nic więcej.
— Czy uczyliście się religii?
— Nie.
— To nie możecie także wydawać o tem...
— Milczcie, albo podajcie fakt! — przerwał.
— Posłuchajcie mnie tylko przez kilka minut, mr. Cutterze. Jestem pewien, że moje słowa...
— Nie chcę słów! Żądam faktu! — przerwał mi znowu.
— Nie będę tracił wiele słów; chcę tylko wypowiedzieć pytanie, które...
— Nonsens. Pytanie to nie fakt.
Na to żółć we mnie wezbrała; jednem szarpnięciem zatrzymałem mojego konia, chwyciłem ręką za jego cugle i pozwoliłem mówić gniewowi, którego nie mogłem opanować:
— Fakt, fakt i jeszcze raz fakt! Naprowadziliście wprawdzie przed chwilą fakt po fakcie i jesteście widocznie dumny z fałszywej logiki, z jaką je łączycie.
— Powiadacie, że nie potrzeba wam ani Boga ani wiary, ja zaś powiadam wam i proszę o zapamiętanie słów moich. Będzie wam, jak mówi Pismo święte, trudno suwać językiem po kolcach — i widzę już chwilę, w której Bóg rzuci na was fakt, o który roztrzaskacie się, jak wątła łódź na skalnem wybrzeżu, jeśli nie uciekniecie się do jedynego ocalenia, tkwiącego w modlitwie. Oby ten, w którego nie wierzyliście i do którego nie modliliście się nigdy, był wam wtedy miłościw!
Przeląkłem się sam niemal tonu, z jakim słowa moje zabrzmiały na pustyni. W tej rozległej równinie nie mogło być echa, a mimo to wydało mi się, jakby moje słowa rzucono na nas w grzmotach z powrotem. Był to prawdopodobnie skutek mego rozdrażnienia — on jednak roześmiał się krótko i odrzekł:
— Macie cudowne uzdolnienie na pasterza, pasającego owieczki, ale proszę was nie uważajcie mnie za barana. Old Wabble nie będzie nigdy pobożną owieczką. Th’ is clear!
Ileż to razy bawiłem się skrycie tem „th’ is clear“ — a teraz mierziło mię ono, sprawiało mi odrazę, i czułem, że ten starzec pozbawił się całego mego przywiązania. Odparłem chłodno:
— Owieczką, czy nie — ale nie życzę sobie, żeby nadeszła chwila, w której ujrzycie się zgubionym bez ratunku i poprosicie mnie na klęczkach, żebym wam był pasterzem.
— Czy wysłuchalibyście wtedy tego błagania na klęczkach, i zaprowadzilibyście mnie na zieloną trawkę, mój pobożny panie?
— Tak, uczyniłbym to, żebym miał własne życie przez to narazić. Ale teraz jedźmy dalej! Jesteśmy gotowi!
Old Surehand, a za nim i Apacze zatrzymali się także. Popędziliśmy konie. Old Wabble pozostał za mną — tymczasem Old Surehand zbliżył się do mnie, nie mówiąc z początku ani słowa.
Byłem głęboko zniechęcony, albo raczej — bo to niewłaściwe słowo — zasmucony, jak rzadko kiedy.
Czułem nieskończoną, świętą litość dla tego starca, pomimo szyderstwa, jakiego odeń doznałem. Ani ojca, ani matki, ani brata, ani siostry! Nie mieć nigdy żadnej nauki, nie pomodlić się ani razu! Oto był słynny „king of the covboys“. Groźba wypadła mi z ust całkiem mimowolnie; musiałem niejako powiedzieć tak, a nie inaczej. Ale czyżbym w tem był narzędziem jakiejś wyższej woli? Kiedy bowiem później spełniła się prawie dosłownie, miałem uczucie, jak gdybym to ja wywołał straszliwą śmierć starca — i upłynęło sporo czasu, zanim umilkły wyrzuty, jakie czyniłem sobie z tego powodu.
Old Surehand jechał obok mnie w milczeniu. Słyszał wszystko, i zdawało się, że nad tem myślał. Dopiero po długiej chwili przerwał milczenie zapytaniem: '
— Czy mogę wam przeszkodzić, sir? Widzę, że pogrążyliście się w sobie.
— Bardzo mi będzie miło ocknąć się z tych myśli.
— Wiecie, że dużo o was słyszałem; przytem wspominano zawsze, że jesteście pobożny.
— Czy przez pobożność rozumiano to, że mam ciągle usta pełne tego, co myślę i w co wierzę?
— Nie. Było raczej przeciwnie.
— Czy drwiono sobie z tej tak zwanej pobożności?
— Nigdy. Przecież zwykliście swoje religijne zapatrywania wyrażać raczej czynami, aniżeli słowami, i to właśnie wszystkim imponuje. Potem sam przekonałem się, że tak jest. Nie powiedzieliście do mnie ani słowa o religii.
— Bo też to niepotrzebne.
— A jednak może.
— Jakto?
— Bo... hm...! Powiedzcie-no mi, sir, czy wasze życie — a mam na myśli wewnętrzne — było zawsze spokojne i płynęło równomiernie? Słyszeliście, jako dziecko, że jest jakiś Bóg i wierzyliście w niego. Ta wiara, nigdy nienaruszona, żyje jako piękne dziecięce wierzenie i teraz także w waszem sercu. Tak sądzę nie mylę się prawdopodobnie.
— Mylicie się.
— Rzeczywiście?
— Tak, mylicie się. Niema zwycięstwa bez walki poprzedniej. Moje życie wewnętrzne jest prawie niemniej pełne zdarzeń, jak zewnętrzne. Strumień życia duszy nie płynie ciągle jednako między brzegami; ma on swoje nurty i fale, rafy i mielizny — to wysycha, to wzbiera.
— A więc wy walczyliście także?
— Czasem z wytężeniem ostatka sił! Ale walkę tę pojmowałem zawsze poważnie. Są miliony ludzi, przechodzących przez życie bez mocowania się o jasność. Im wszystko jedno, czy Bóg jest, czy go niema, ale to lekkomyślność, nad którą należałoby płakać. Dla mnie natomiast najwyższym celem bytu było dojście do poznania. Tak, miałem to niesłychane szczęście, że posiadałem wierzących rodziców. Byłem ulubieńcem babki, która umarła w dziewięćdziesiątym szóstym roku życia. Żyła ona w Bogu, kierowała mnie ku niemu, i trzymała mnie przy nim. Była to przedziwna, szczęśliwa wiara dziecięca, pełna miłosnego oddania się i ufności. Przedkładałem Bogu, jako chłopiec, co wieczora i ranka moje małe życzenia i prośby. Przypominam sobie, że moja mała siostrzyczka dostała raz silnego bolu zębów. Nie pomogły żadne środki, więc poradziłem jej: „Paulinko, idę teraz do sypialni i powiem to kochanemu Bogu. Uważaj; zaraz ustanie!“ Nie śmiejcie się ze mnie, sir, gdy was zapewnię, że przestały boleć naprawdę.
— Ani mi przez myśl nie przejdzie! Biada człowiekowi, który potrafi się śmiać z takich rzeczy.
— Mógłbym wam wiele opowiedzieć o najosobliwszych życzeniach, jakie zanosiłem do Boga; on ma swoich aniołów do spełniania próśb ludzkich. Później zacząłem myśleć, jako uczeń. Dostałem niewierzących nauczycieli, umiejących przeczenie swoje otaczać pociągającym nimbem. Uczyłem się po hebrajsku, ormiański i grecku, ażeby Pismo święte studyować w tekście pierwotnym. Dziecięca wiara zniknęła, a wraz z nastaniem zbierania uczonych słów zaczęły się wątpliwości. Niewiara rosła z dnia na dzień, a noce spędzałem na występnej czynności ujmowania prawdy własnym rozumem. Co za głupota! Ale Bóg był miłosierny dla głupca i zawiódł go drogą studyów do poznania, że owa wiara dziecięca jest jedynie prawdziwą. Moje późniejsze podróże wprowadziły mnie w styczność z wyznawcami rozmaitych form czci boskiej. Nie było we mnie owego chrześcijaństwa, które pozwala człowiekowi uważać się za wyższego ponad wszystkich innowierców, lecz tutaj także badałem. Przestudyowałem Koran, Wedy, Zaratustrę i Konfucyusza. Nauki te nie zdołały mnie zachwiać tak, jak przedtem dzieła naszych „wielkich filozofów“, które dotychczas dosłownie „błyszczą“ w mojej bibliotece, ponieważ oszczędzam je nadzwyczajnie, nie biorąc ich wcale do ręki. Moja wiara dziecięca przeszła zatem przez liczne próby, okazała w nich dość mocy i dlatego tkwi teraz w sercu w dwójnasób niewzruszenie.
— Czy sądzicie, że i nadal pozostaniecie jej wierny?
— Aż do śmierci — a nawet poza nią!
W sposobie jego pytania leżała głęboka powaga. Zacząłem przeczuwać, że ten potężny myśliwiec poluje także w swojem wnętrzu na prawdę, której może jeszcze nie poznał, albo którą mu już wydarto. Wtem podał mi rękę i poprosił:
— Dajcie mi dłoń, sir, przyrzeczcie mi na własne zbawienie, i na pamięć owej starej, dziś jeszcze drogiej wam babki, że odpowiecie mi tylko tak, jak rzeczywiście myślicie.
— Oto dłoń moja; przyrzekam! Nie potrzeba było wzmianki o mojem zbawieniu i pamięci owej starej, ukochanej kobiety, z którą zobaczę się kiedyś.
— Czy — jest — Bóg?
Wypowiedział te słowa w wielkich od siebie odstępach i każde z nich z osobnym naciskiem. Brał to na seryo, rzeczywiście na seryo. Zmagał się i walczył z żarliwym wysiłkiem, ale do zwycięstwa nie doszedł.
— Tak — odpowiedziałem z tym samym akcentem.
— Sądzicie, że zobaczycie się z waszą babką; a zatem jest życie po śmierci.
— Tak.
— A dowody?
— Udowodnię wam zapomocą dwu koryfeuszy, których kompetencya wznosi się ponad wszelkie wątpliwości.
— Kto oni?
— Jeden z nich to osoba, stojąca bardzo wysoko, a drugi — całkiem zwykła.
— No, więc kto?
— Bóg i ja.
Pochylił głowę i milczał przez długą chwilę.
— Czy razi was to zestawienie istoty najwyższej ze śmiertelnikiem, jadącym obok was? — zapytałem wreszcie, ponieważ nie odpowiadał.
— Nie, gdyż wiem, jak to pojmujecie. A zatem Bóg?
— Tak. On przemawia w słowach i dziełach. Kto na jedne i drugie ma dobrowolnie otwarte oczy i uszy, ten musi przyjść do poznania, które teraz wypowiedziałem.
— A wy?
— To głos mojego serca.
— Mówicie to tak spokojnie i poprostu, a jednak ten głos to taka wielka rzecz! Gdybyż Bóg kazał i memu sercu przemówić!
— Proście Boga o to, a on mu każe.
— On żył dawniej, lecz potem zamarł.
Brzmiało to tęsknie i smutno.
— Wierzyliście niegdyś także, mr. Surehandzie?
— Tak.
— I utraciliście wiarę?
— Zupełnie. Kto mi ją wróci!
— Ten, kto kieruje uczuciami serca, jak strumieniami wody, ten, który mówi: „Jam jest drogą, prawdą i życiem!“ Wy zmagacie się o tę prawdę i dążycie do niej. Nie dadzą jej wam żadne myślenie, ani żadne studya. Lecz miejcie odwagę, sir! wzejdzie ona wam całkiem niespodzianie, jak ongiś mędrcom owa gwiazda, która zawiodła ich do Betlejem. Wasze Betlejem leży niedaleko stąd. Ja to przeczuwam.
Podał mi powtórnie rękę i poprosił:
— Dopomóżcie mi do tego, mr. Shatterhandzie!
— Jestem na to za słaby; prawdziwa pomoc u Boga.
— Musiały to być złe moce, które porwały wam to, co dla każdego człowieka ma być rzeczą najwyższą i najświętszą.
— Tak, to były zdarzenia, które zabrały mi wszystko, nawet wiarę. Bóg, będący miłością, dobrocią, i sprawiedliwością, nie mógłby tego dopuścić — a skoro to się jednak stało, to Boga niema.
— Ten wniosek to sofizmat, sir.
— Nie.
— Owszem! Mówiliście o dobroci, miłości i sprawiedliwości, a nie chcecie pomyśleć o wszech mądrości. Ja nie wiem, co się stało i nie chcę pytać o to, ale powiedzcie mi tylko jedno, mr. Surehandzie. Czy wy jesteście Bogiem?
— Nie.
— Ale uważacie się widocznie za niego.
— Jakto?
— Ponieważ ośmieliliście się z Bogiem prawować. To może być tylko między równymi sobie.
— Uff! — odezwał się z cicha. — Słuszność mojej logiki przemawiała doń widocznie.
— Tak — mówiłem dalej — oskarżam was o pychę z tego powodu, że pociągnęliście Boga i jego rządy przed swój własny trybunał — wy, ta garść prochu — jego wszechmocnego stwórcę i pana nieba, ziemi i gwiazd! Zważcież tylko, co to jest: szaleństwo poczwarki, pociągającej z obłoków orła do odpowiedzialności przed swoją malutką jamkę! A porównanie to nie określa jeszcze dość trafnie odstępu między Bogiem a wami. Czy przed wami leżą otworem księgi wszechmocnego, że możecie krytykować jego postanowienia? Czyż nie leży to w jego mocy, żeby zamienił w dobrodziejstwo to, co wam dolega? Czyż nie może owych zdarzeń, wydających się nieszczęściem dla waszych krótkowzrocznych oczu, poprowadzić do kresu, który rzuci was w proch przed jego wszechmądrością? Czy dziecko, poczuwszy rózgę, może powiedzieć ojcu: Chodź tu i usprawiedliw się przede mną?
— Ja... ja nie zasłużyłem na tę rózgę — rzekł z ociąganiem się, jak człowiek, który byle co odpowiada.
— Nie zasłużyliście? Czy to wam o tem sądzić?
— Czy wam się zdaje, że jesteście jedynym człowiekiem, któremu stała się krzywda? Czyż tysiące i tysiące ludzi nie cierpiały więcej od was. Czy sądzicie, że na przykład moje niebo pełne było tylko przyjemnych dźwięków? Przyszedłem na świat jako dziecko słabe i do szóstego roku jeszcze suwałem się po ziemi, nie mogąc stać ani chodzić. Czy na to zasłużyłem? Przypatrzcie się Old Sbatterhandowi; czy poznać w nim teraz to dziecko? Czy nie jestem raczej żywym przykładem owej mądrości, z którą sprzeczaliście się? Ociemniałem trzy razy i trzy razy musiano mnie operować. Czy zasłużyłem na to? A kto, z wyjątkiem Winnetou, może się pochlubić tak bystremi oczyma, jak Old Shatterhand? Nie mruczałem i nie dąsałem się tak, jak wy, lecz śmiało powierzyłem się rządom Boga — a jak on to wszystko wspaniale poprowadził! Później, jako ubogi uczeń, jadłem całymi tygodniami tylko chleb ze solą, bo nie miałem nikogo, ktoby mi pomógł, a zbyt byłem dumny, ażeby żebrać. Musiałem się utrzymywać z lekcyi prywatnych, a kiedy drudzy koledzy, przepuszczali pieniądze ojców, razem ze swojem zdrowiem, wychylałem się w zimie przez okno mego poddasza, ażeby dokończyć swojej lekcyi przy świetle księżyca, bo nie miałem pieniędzy na opał i światło. Czy na to zasłużyłem? A mimo to nie byłem nikomu winien ani feniga, i miałem tylko dwu wierzycieli: Boga i siebie. Boga, gdyż dał podstawę do rozwoju, a siebie, bo wymagałem od siebie surowo, by nie przepuścić ani godziny w życiu bez powiedzenia sobie, że wyzyskałem ją, jako byłem powinien i że mi ona przyniesie owoce. Bóg był dla mnie łaskaw, ale ja sam nie miałem nigdy takiego surowego władcy, jakim byłem sam dla siebie. A ileż razy potem, podczas moich podróży, wędrówek i wypraw myśliwskich, znajdowałem się w położeniach, w których mogłem także zapytać: Czy na to zasłużyłem? Ale wynik był zawsze taki dobry i szczęśliwy, że składałem ręce z wdzięczności i mówiłem: Nie, na to nie zasłużyłem!
Zrobiłem pauzę, a Old Surehand patrzył cicho przed siebie i nie rzekł ani słowa. Toteż zacząłem żywo mówić dalej:
— Teraz będziecie się temu dziwili, że mówiłem z takim zapałem, ale ilekroć słyszę kogoś, mówiącego o tem, na co zasłużył lub nie zasłużył, lub mruczącego na swój los — tylekroć zmusza mnie coś, żeby temu co on o sobie myśli, przeciwstawić to, co sądzę o sobie. Wobec Boga nie mam ani praw ani zasług, tylko obowiązki, i muszę mu codziennie dziękować za to, że mnie stworzył, ażeby wtem ziemskiem życiu, przygotować mnie do wyższego.
— Żebym i ja to potrafił! — westchnął. — Przebiliście się i jesteście mocni — mnie natomiast pędzi los z miejsca na miejsce, więc i wewnątrz utraciłem kotwicę i ojczyznę a wraz z niemi i spokój.
— Znajdziecie ten spokój tam, gdzie jedynie można go znaleźć. Niech go wam wskaże ojciec Kościoła Augustyn z Tagasty, który powiada: Serce człowiecze nie zazna spokoju, aż spocznie w Bogu.“ Lecz i o spokoju na ziemi, mówi pięknie jedna z naszych pieśni nabożnych:

„Kto się w opiekę podda Panu swemu
I całem sercem szczerze ufa Jemu,
Śmiele rzec może: mam obrońcę Boga
Nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga“.
............

Spokoju, którego szukacie, nie znajdziecie nigdzie prócz w Bogu i świętej religii. A jeśli przedtem Old Wabble powiedział w grzesznem zuchwalstwie, że niepotrzebuje ich nawet w godzinę śmierci, to spodziewam się, że nie będziecie go uważali za wzór, lecz za przykład odstraszający.
— Nie bójcie się, mr. Shatterhandzie. Nie zaprzeczam istnieniu Boga ani nie bluźnię, lecz utraciłem go i wysilam się, by go odnaleźć.
— On wyjdzie naprzeciwko was i pozwoli się odnaleźć.
— Spodziewam się tego całem sercem, ale teraz pozwólcie mi odbiedz od tego tematu, bo byłoby to dla mnie za wiele naraz! Postąpiliście przedtem ze mną surowo, przypominając mi moją nicość — ale jestem wam za to wdzięczny. Tak mi jest, jak gdybym powinien ucałować wam ręce z wdzięcznością. Od kwadransa budzi się coś w mojem sercu, coś, jakby zapowiedź, że nadzieja moja się spełni. Zapaliliście światło, które widzę wprawdzie w wielkiem oddaleniu — ale nie ruszajcie go teraz, żeby nie zgasło. Mam ufność, że będzie się do mnie coraz bardziej zbliżało.
Te słowa mnie uszczęśliwiły. Czyżbym rzeczywiście miał dojść tej radości, żebym duszę jego moją wskazówką nawrócił? I jeszcze taką duszę, jak Old Surehanda! Jakieś nadzwyczajne i smutne warunki musiały go pozbawić wiary. Trzymał je w tajemnicy i nie mówił o nich. Milczenie to nie było brakiem zaufania do mnie; nie chciał tylko dotykać ran, które w nim prawdopodobnie dotąd krwawiły. Gdyby był mówił! Mogłem, nie wiedząc wprawdzie o tem, ulżyć jego sercu i wprowadzić go na ślad, którego szukał oddawna, i nie mógł znaleźć.
Jazda odbywała się tak spokojnie i bez przeszkody, że niema o niej nic do powiedzenia. Nad ranem zatrzymaliśmy się, ażeby dać koniom wypocząć, a późno przed południem, natknęliśmy się na pierwszy palik i na trop Winnetou i jego Apaczów. O kilometr od tego miejsca, tkwił drugi palik, a idąc za nimi, dotarliśmy wkrótce do celu.
Cel ten, zwany, jak wspomniano, przez Apaczów Gutesnonlinkhai a przez Komanczów Suks-ma-lestawi, co znaczy Sto Drzew — leżał na skraju pustyni a wyglądał tak:
Granica pomiędzy Llanem a położoną na zachód zieloną równiną nie biegła prosto. Miejscami była ona bardzo wyraźna, ale przeważnie trudno ją było rozpoznać; tworzyła bądź to wklęsłości, bądź wypukłości, czasem małe a czasem wielkich rozmiarów. W takiej wklęsłości znajdowało się Sto Drzew. Miała ona kształt podkowy, której dość wysoka krawędź, opadała zboczem ku środkowi. W tyle wypływała woda, zbierająca się najpierw w łożysku o dwudziestu metrach szerokości, a potem odpływała na wschód i wsiąkała w piasek. Dzięki wilgoci znajdowała się tu soczysta trawa, która bardzo przydała się naszym koniom. Kształt podkowy odbijał dlatego od otoczenia, że wspomniane zbocze porosłe było gęsto zaroślami, z których sterczały w górę cienkie drzewa. One to dostarczyły materyału na paliki, zapomocą których starał się Sziba Bigh — prawdzie napróżno — wytyczyć Komanczom drogę do oazy. Widać było wyraźnie, gdzie wycinał tyki, a dokoła leżało pełno rozsypanych gałęzi, pociętych nożami jego wojowników.
Koło źródła zsiedliśmy z koni, napiliśmy się wody a potem napoiliśmy konie. Piły pożądliwie a potem porozchodziły się, żeby się napaść. Następnie pokładliśmy się nad wodą, ja zaś wysłałem dla ostrożności na wzgórze Apacza, który miał czuwać, żeby nas Wupa Umugi nie zaskoczył.
Chcieliśmy tu tylko kilka godzin wypocząć; dłużej nie mogliśmy zabawić. Po upływie tego czasu napoiliśmy znowu konie, poczem dosiedliśmy ich, aby pojechać tam, gdzie mieliśmy przenocować.
Miejsce to leżało mniej więcej o dwie mile angielskie na północ od Stu Drzew i tworzyło na równinie zagłębienie, podobne do Piaskowej Doliny, w której wzięliśmy do niewoli Sziba Bigha i jego ludzi.
Na tem miejscu nie było nic, tylko piasek i piasek — ani jednego źdźbła trawy — więc Komanczom nie mogło przyjść na myśl, żeby tu mógł kto spędzić całą noc, albo i dłużej. Oprócz tego było to zagłębienie doskonałą kryjówką, bo kto nie zbliżył się całkiem do brzegu, nie mógł nas tam absolutnie zobaczyć. Nie było zaś żadnego powodu, który mógłby skłonić któregoś z Komanczów do przyjścia tutaj. Przybywszy do tego wgłębienia, spętaliśmy konie i położyliśmy się na głębokim, miękkim piasku. Oczywiście, że postawiliśmy na straży człowieka, który położył się na górze i wypatrywał nadejścia Wupa Umugi i jego oddziału.
Wedle tego, co dowiedziałem się od Sziba Bigha, należało się spodziewać nadejścia dzisiaj wieczorem. Życzyłem sobie bardzo, żeby nie przybyli później, gdyż pobytu w smutnem bezwodnem miejscu nie można było nazwać przyjemnem. Szczęściem spełniło się to życzenie rychlej, aniżeli sądziłem, gdyż słońce było jeszcze daleko od horyzontu, kiedy postawiony na górze strażnik zawołał:
— Uff! Naini peinyil... Komancze idą!
Wziąłem dalekowidz i wyszedłem na górę z Old Surehandem. Pomimo tak wielkiej odległości, że nas nie można było zobaczyć, przypatrywaliśmy się, leżąc a nie stojąc. Nadchodzili — i to w sposób, dowodzący, że czuli się całkiem pewni siebie. Oto nie jechali używanym przez nich szczególnie na wojnie sposobem, czyli t. zw. gęsiego, lecz w kilku oddziałach, obok siebie i za sobą, jak się komu podobało.
— Oni są pewni, że droga wolna i że żadnej wrogiej istoty niema przed nimi. Nawet nie wysłali nikogo na zwiady — rzekł Old Surehand. — To właściwie wielka nieostrożność z ich strony.
— Ja też tak sądzę — odpowiedziałem. — Ja na miejscu Wupa Umugi byłbym wysłał ludzi na zwiady, celem przeszukania Stu Drzew i ich otoczenia.
— Dobrze, że tego nie uczynił, bo ci wywiadowcy odkryliby prawdopodobnie trop nasz, który tu wiedzie.
— Oczywiście. Zdałem się na jego beztroskę, bo nie bylibyśmy prosto tu przyjechali.
— Stąd niepodobna zobaczyć, czy tak jest rzeczywiście, ale prawdopodobnie idą prosto ku Stu Drzewom. Nie musieliby zbaczać za daleko na północ, ażeby nas tutaj znaleźć.
— Tego nie uczynią napewno.
— Ale to przecież być może.
— Trudno!
— Czy sądzicie, że mogą jeszcze widzieć ślady Sziba Bigha i idą nimi?
— Nie. Teraz widzą już prawdopodobnie zarośla przed sobą na widnokręgu? Gdyby nawet tak nie było, mogą się zdać na konie, które mają już w nożdrzach woń wilgoci Stu Drzew i dają się nią prowadzić.
Czerwoni jeźdźcy mieli dla nas pozornie rozmiary małych psów, biegnących prosto na wschód, i malejących z każdą chwilą. W końcu zniknęli nam z oczu w tym kierunku.
Teraz było dla nas istotnie ważnem pytanie, czy znajdą nasze ślady. Właściwie powinni je byli zobaczyć, i chodziło tylko o to, czy będą na nie zważali. W takim razie spodziewałem się, że wezmą je za ślady Sziba Bigha i dlatego to właśnie zamieniliśmy nasze buty na mokasyny.
Gdyby nabrali podejrzenia, musieliby jechać wprost do nas. Patrzyliśmy więc z wielkiem zaciekawieniem ku południowi, skąd w takim razie musieliby byli nadejść. Upłynęła godzina i więcej, ale nikogo nie było widać, kiedy zaś słońce zaszło i nastąpił krótki zmrok, zniknęły wszelkie powody obawy. Opuściliśmy wysoki brzeg i wróciliśmy na dół do naszych ludzi. Tam przyjął nas Old Wabble następującemi słowy:
— A więc są. Właściwie należałoby sobie zrobić żart, napaść na nich niespodzianie w nocy i wystrzelać do nogi.
— I dla was to jest żartem? — spytałem.
— Czemu nie? Czy pokonanie nieprzyjaciół uważacie za coś smutnego?
— Nie, ale niemniej nie uważam za żart zabicie stu pięćdziesięciu ludzi. Znacie moje zapatrywania pod tym względem. Pozwolimy im tak, jak to się ułożyło pójść teraz spokojnie dalej a potem ich zamkniemy. W ten sposób będą nasi bez rozlewu krwi.
— Pójść dalej, tak! Jeśli jednak jutro rano tego nie uczynią i zabawią przez cały dzień? Skąd weźmiemy wodę dla nas i dla koni?
— Nie zabawią, bądźcie o to spokojni. Ani im przez myśl nie przejdzie tracić tutaj cały dzień. A gdyby im nawet taka strata czasu była obojętną, to przecież musieliby jutro opuścić Sto Drzew, ażeby ustąpić miejsca wojsku.
— Ale czy ono nadejdzie?
— O tem dowiemy się wkrótce.
— Od kogo?
— Od Komanczów.
— Czy chcecie ich podsłuchać?
— Tak.
— To wspaniałe. Idę także.
— Nie potrzeba.
— Chociaż nie potrzeba, idę także.
— W takiem położeniu, jak nasze, czyni się tylko to, co potrzebne, a reszty należy zaniechać. W przeciwnym razie naraża się człowiek na niebezpieczeństwa, których może uniknąć.
— Czy w tem niema niebezpieczeństwa, że idziecie na podsłuchy?
— W pewnych warunkach, rzeczywiście.
— A czy nie byłoby wskazane, żebyście wzięli ze sobą kogoś, ktoby wam pomógł?
— Pomógł? Hm! Wy chcielibyście mi pomódz?
— Yes.
— Dziękuję! Wolę zdać się na siebie, niżeli na was, mr. Cutterze.
— A więc idziecie naprawdę sam?
— Nie. Mr. Surehand będzie mi towarzyszył.
— A dlaczegóż nie ja?
— Bo ja tak chcę. Niechaj sprawa będzie na tem zakończona.
— A więc macie do niego więcej zaufania, niż domnie?
— To obojętne; zabieram go ze sobą, a wy tu, zostaniecie.
Widziałem, że miał na ustach jakąś gniewną odpowiedź, lecz pohamował się i zmilczał. On ze swoją nierozwagą byłby chyba ostatnim z tych, których wziął bym ze sobą do Komanczów.
W przypuszczeniu, że nazajutrz wyruszą wczesnym rankiem można było przewidzieć, że dzisiaj wcześniej spać pójdą. Chcąc ich zatem podsłuchać i rzeczywiście dowiedzieć się czegoś, nie mogłem zwlekać. Toteż po nastaniu zupełnej ciemności nie czekałem już dłużej, niż godzinę i wyruszyłem z Old Surehandem. Później po zejściu księżyca byłoby trudniej ukryć się, aniżeli teraz.
Jako drogi użyliśmy własnego tropu, ażeby się dostać do Stu Drzew. Najpierw udaliśmy się na grzbiet podkowy, ażeby zbadać, czy tam są straże. Przeszukanie całego półkola trwało dość długo, ale nie znaleźliśmy na niem Komanczów. Wupa Umugi nie postawił tu nikogo na straży; musiał się czuć bardzo pewnym.
W dole nad wodą płonęło kilka ognisk podsycanych rozrzuconymi dokoła, umyślnie naciętymi, konarami i gałęźmi. Nad źródłem siedział wódz, widocznie z najwybitniejszymi wojownikami, a reszta rozłożyła się po obu brzegach strumyka tak daleko, że nie mogliśmy wzrokiem końca dosięgnąć. Koni nie widzieliśmy także, bo było na to jeszcze zbyt ciemno. Czy tam na dole ku Llanu stały posterunki, to usuwało się z przed naszych oczu, ale mogło nam być obojętnem, gdyż nie mieliśmy iść w tę stronę.
Zadaniem naszem było dojść jak najbliżej wodza, ażeby go w danym razie podsłuchać. Wleźliśmy zatem w krzaki i zaczęliśmy się, ja przodem a Old Surehand za mną, zsuwać po zboczu. Nie było to takie łatwe, gdyż każdej chwili mógł się nam z pod nóg wysunąć kawałek bardzo rozluźnionego gruntu i zdradzić nas szmerem staczania się na dół. Indyanie zachowywali się tak cicho, że szmer taki musieliby bezwarunkowo usłyszeć. Za każdym krzakiem dotykałem nogą ziemi na próbę, celem zbadania tego miejsca. Szło to więc bardzo powoli tak, że na schodzenie upłynęła pewnie godzina. Nareszcie położyliśmy się w gęstym krzaku, rosnącym tak blizko źródła, że mogliśmy dosłyszeć rozłożonych nad niem czerwonych, gdyby tylko mówili.
Lecz oni nie rozmawiali. Siedzieli niemi i nieruchomi obok siebie, wpatrując się w blask małego ogniska, nad którem, jak nam woń wskazywała, pieczono mięso. Zaczekaliśmy kwadrans, potem drugi — lecz wszystko było cicho jak dotąd. Gdyby jeden z Indyan nie podnosił chwilami ręki, ażeby dorzucić gałąź do ogniska, można było sądzić, że się ma do czynienia z figurami bez życia. Old Surehand potrącił mnie już, dając mi tak odczuć pytanie, czy nie byłoby lepiej wrócić, kiedy naraz zabrzmiał za obozem głośny okrzyk, po którym nastąpiło kilka innych. A więc po tamtej stronie stały jednak straże i zauważyły teraz coś niezwykłego. Wupa Umugi zerwał się, a sąsiedzi jego uczynili to samo. Zgiełk wzmagał się z każdą chwilą, a okrzyki odzywały się to tu, to tam. Brzmiało to zupełnie tak, jak gdyby kogoś ścigano i chciano schwytać. Zdjął mnie niepokój, którego mimowoli nie mogłem się pozbyć.
— Co to być może? — spytał cicho Old Surehand.
— To tak, jakby kogoś pędzono tam i ówdzie — odpowiedziałem również szeptem.
— Tak, kogoś tam chcą złapać; ja się nie mylę, słyszę dobrze. Ale kto mógłby to być? Czyżby...?
Nie dokończył pytania.
— Co chcieliście powiedzieć? — zapytałem.
— Nic, sir! To byłoby zbyt szalone z jego strony.
— Z czyjej?
— Z... ale nie, to niemożliwe!
— No któż to?
— Old Wabble.
— Do Dyabła! wam to przyszło na myśl?
— Tego można się po nim spodziewać.
— Tak, on poprostu zawziął się na podchodzenie, a że przedtem pragnął tak bardzo... ale słuchajcieno!
Wtej chwili zabrzmiał po lewej ręce za obozem okrzyk:
— Sus-taka — człowiek!
Zaraz potem doszedł nas z prawej strony zarośli drugi okrzyk:
— Sus-kawa — koń!
Potem ucichło, lecz zauważyliśmy więcej uszyma, aniżeli oczyma — jakiś ruch, zbliżający się ku nam. Z lewej i z prawej strony prowadzono kogoś czy coś. Kto to mógł być?
Nie długo czekaliśmy na dowiedzenie się o tem. Obawy nasze ziściły się ku naszemu przerażeniu. Kilku Komanczów prowadziło Old Wabble’a, rozbrojonego i mocno skrępowanego rzemieniami. W kilka chwil potem sprowadzono także jego konia. Udał się więc za nami i to na koniu. Co za nonsens! Że można się było po nim spodziewać takich aktów samowoli, o tem wiedziałem z doświadczenia, ale żeby mu wpadło do głowy skradać się konno — takiej głupoty u niego nie przypuszczałem.
Tem błazeństwem wprowadził nas nietylko w wielki kłopot, lecz naraził nas najwyraźniej na niebezpieczeństwo. Komancze musieli przecież powiedzieć sobie, że sam tutaj być nie może i że musi mieć ze sobą towarzyszy. Troska o samych siebie wymagała właściwie, żebyśmy się natychmiast oddalili, ale czy mogliśmy to uczynić — czy nam to było wolno? Czy nie powinniśmy byli raczej zostać, by się dowiedzieć, co się stanie? Stary był, pomimo wielkiej nierozwagi, bardzo szczwany i mógł znaleźć jakąś wymówkę, która odwróciłaby podejrzenie czerwonych.
— Uff, Old Wabble! — zawołał Wupa Umugi na widok starca. — Gdzie pochwyciliście go?
Czerwony, do którego zwrócił się z tem zapytaniem, odpowiedział:
— Leżał w trawie na brzuchu i skradał się jak kujot, wychodzący na łup. Nasze konie zaczęły się niepokoić, bo zwietrzyły jego konia, którego przywiązał poza naszemi strażami.
— Czy się bronił?
— Pshaw! Uciekał, a my ścigaliśmy go, jak psa parszywego, na wszystkie strony, a kiedy pochwyciliśmy go potem, nie poważył się bronić.
— Czy widzieliście jeszcze jakich białych?
— Nie.
— To idźcie i szukajcie ich śladów. Ta stara blada twarz nie może tutaj być sam jeden na skraju Llana Estacada.
Wojownik odszedł, ażeby zacząć szukać wedle tej wskazówki, a wódz usiadł ze swoimi ludźmi tak spokojnie, jak gdyby nic nie zaszło. Patrzył groźnym wzrokiem na Old Wabble’a, stojącego przed nim i trzymanego przez dwu czerwonych — potem wydobył nóż, wbił go przed sobą w ziemię i rzekł do niego:
— Tu wbity nóż przesłuchania. Może on ciebie zabić lub zostawić cię przy życiu. Masz to w twoim ręku. Jeśli odpowiesz prawdę, to możesz siebie ocalić.
Wzrok „króla cowboyów“ pomknął ku zaroślom; szukał nas — lecz, na szczęście, nie długo. Gdyby był pod tym względem nie zapanował nad sobą, byłby nas łatwo mógł zdradzić.
— Gdzie masz towarzyszy — zapytał wódz.
— Nie mam żadnych — odparł stary.
— Jesteś sam?
— Tak.
— To kłamstwo!
— Nie! To prawda!
— Poszukamy ich i znajdziemy.
— Nie znajdziecie nikogo.
— Jeśli się pokaże, że kłamiesz, będziesz winnym ciężkiej śmierci, jaką poniesiecie.
— No, to każ szukać; nie mam nic przeciwko temu.
— Więc powiedz mi, co tu masz do czynienia na Llano Estacado? Czy może zechcesz użyć wymówki, że przybyłeś tu na polowanie?
— Nie, Old Wabble nie taki głupi — ale mimo to chciałbym to powiedzieć, bo tak jest rzeczywiście.
— Na co mógłbyś tutaj polować? Tu przecież niema zwierzyny.
— Jest — i to sporo.
— Jakiego rodzaju? — roześmiał się Wupa Umugi wzgardliwie.
— Czerwona zwierzyna.
— Uff!
— Tak, czerwona zwierzyna, Indyanie. Przybyłem tutaj, żeby na was polować.
To było śmiałe. Prawdopodobnie zdawał się na nas. Był, jak się zdaje, pewien, że siedzimy gdzieś blizko i słyszymy jego słowa. Przypuszczał też najprawdopodobniej, że nie zostawimy go w obecnem nieszczęśliwem położeniu. Łatwo jednak było przewidzieć, że mylił się pod tym względem. Skoro tak — mówiąc dosłownie — „wjechał“, musiał się teraz sam troszczyć o to, co się z nim stanie. My mieliśmy przedewszystkiem troskę o siebie i staranie się o to, żeby nas także nie pochwycono. Nie wolno nam było narażać życia dla jego uwolnienia i wystawiać na szwank całego pięknego planu tak lekkomyślnie, jak on to właśnie uczynił.
Śmiała odpowiedź starca wprawiła wodza w zdumienie. Ściągnął ponuro brwi i rzekł głosem groźnym:
— Niechaj Old Wabble unika wzbudzenia mojego gniewu.
— Naco ta groźba? Wszak powiedziałeś, że mam mówić prawdę!
— Tak, ale ty jej nie mówisz!
— Udowodnij to!
— Psie, jak możesz, jako nasz jeniec, żądać ode mnie dowodów? Twoja własna mowa jest przeciwko tobie. Powiadasz, że przybyłeś, ażeby na nas polować. Czy jeden człowiek może polować na stu pięćdziesięciu wojowników?
— Nie.
— A jednak twierdzisz, że sam tu jesteś.
— Tak jest naprawdę. Jestem tutaj tylko na zwiadach; reszta potem nadciągnie. Przestrzegam was! Jeśli mi cokolwiek złego zrobicie, pomszczą mnie krwawo.
— Pshaw! Cóż to za ludzie, którymi ośmielasz się nam grozić?
— Nie powinienbym właściwie mówić o tem, bo nie macie o tem pojęcia, że następują wam na pięty, ale bawi mnie to, że już teraz otworzę wam oczy, co nie będzie błędem z mojej strony, bo ujść im nie możecie.
Ułożył swoją starą pofałdowaną twarz w minę tryumfu i mówił dalej:
— Czy znasz wodza Nale Masiuwa?
— Oczywiście, że znam go.
— On ośmielił się zaatakować białych jeźdźców i został pobity.
— Uff! — odparł Wupa Umugi.
— Potem był o tyle nieostrożny, że wysłał do was posłańców. Wojsko znalazło trop ich i poszło za nim.
— Uff!
— Ślady zawiodły żołnierzy nad Błękitną Wodę, gdzie był wasz obóz. Opuściliśmy go już, ale oni poszli za wami, a mnie wysłali na zwiady, gdzie go dziś rozbijecie. Złapaliście mnie wprawdzie, lecz będziecie musieli mnie wydać, bo oni idą za mną i wygubią was do ostatniego.
— Dzięki Bogu! — zawołałem w duszy, gdyż to była najlepsza i jedyna wymówka. Tylko wten sposób można było odwrócić od nas ich podejrzenie i wywołać w nich wiarę, że przybył rzeczywiście sam jeden.
Był to rzeczywiście szczwany, stary lis, co jednak bynajmniej nie ułagodziło gniewu, jaki wybuchnął we mnie przeciw niemu. Wupa Umugi machnął lekceważąco ręką i powiedział:
— Niech Old Wabble nie tryumfuje zanadto i zawcześnie. Nazywają go ludzie zabijaczem Indyan, i jeszcze nigdy czerwony wojownik nie zaznał łaski od jego kuli lub noża. Cieszymy się bardzo, że złowiliśmy go i nie wypuścimy go na wolność. Zginie on, przywiązany do pala i największemi, najwyszukańszemi mękami zapłaci za wszystkie popełnione morderstwa.
— Tak teraz mówisz, ale stanie się całkiem inaczej — odparł Cutter z wyższością.
— Psie! Nie bądź taki zuchwały! — huknął nań wódz. — Czy sądzisz rzeczywiście, że mówisz nam coś nowego? Wiemy o tem już dawno, że biali żołnierze walczyli z Nale Masiuwem. Zwyciężyli, lecz tylko na krótki czas, gdyż wódz posłał do domu po stu nowych wojowników.
— Ach — zawołał Old Wabble, udając rozczarowanie.
— Tak — mówił wódz dalej, tryumfując z kolei. — Tak samo dobrze wiemy też, że te białe psy dążą za nami. My sami chcieliśmy tego, gdyż wywabiliśmy ich za sobą, żeby ich zgubić.
— Otwierasz szeroko gębę i mówisz tak tylko, ażeby mnie przestraszyć, ale ci się to nie uda.
— Milcz! To wszystko prawda, co mówię. Chcecie nas zniszczyć — ale sami wyginiecie do ostatniego!
— Pshaw!
— Milcz! Powiadam ci, że zastawiliśmy na was pułapkę, z której niema ucieczki.
— Tak, może, gdybyśmy byli tacy głupi i wleźli w nią.
— Ty już wlazłeś i już w niej siedzisz.
— Tem ostrożniejsi i uważniejsi będą żołnierze.
— Oni też wpadną, bo nie mogą inaczej.
— Oho!
Ten lekceważący okrzyk rozgniewał wodza jeszcze bardziej. Huknął też na starego:
— Jeśli powiesz jeszcze jedno takie słowo, każę ci gębę zatkać. Przybyliśmy z nad Błękitnej Wody tutaj tylko na to, ażeby żołnierze jechali za nami. Ten obóz opuścimy także i zaprowadzimy ich na pustynię, gdzie będą musieli nędznie wyginąć.
— Wyginą? Oni będą walczyli i zwyciężą was.
— Do żadnej walki nie dojdzie. Zwabimy ich daleko na piaski, gdzie niema wody. Tam wyginą z pragnienia i broń na nic im się nie przyda.
— Nie dadzą się wam wywieść w pole.
— Uczynią to, wiem na pewno. Czy ci się zdaje, że nie mamy uszu ani oczu? Obozują tej nocy tylko o kilka godzin jazdy konnej za nami i zjawią się tu wkrótce po świcie. Nas już nie będzie, więc pójdą dalej za nami. Za nimi idzie Nale Masiuw ze stu pięćdziesięciu wojownikami. W ten sposób dostaną się pomiędzy nas, między głód, pragnienie i nasze strzelby, tak, że nędznie wyginą.
— Thunder-storm! — zawołał Old Wabble takim głosem, jak gdyby się przestraszył.
— A widzisz, teraz cię strach oblatuje! — śmiał się wódz z zajadłością. — Musisz przyznać, że jesteście zgubieni. Ale ja mam jeszcze o czemś innem z tobą pomówić. Gdzie są blade twarze, które znajdowały się z tobą nad Błękitną Wodą?
— Blade twarze? Kogo masz na myśli?
— Old Shatterhanda.
— Aha, jego!
— Tak — jego i Old Surehanda, któregoście nam wydarli, i tamtych resztę.
— Nie wiem tego, gdzie oni.
— Nie kłam!
— Nie kłamię. Skąd ja mam wiedzieć, gdzie oni?
— Przecież byli przy tobie!
— Tak, przez ten jeden dzień; potem rozdzieliliśmy się.
— W to nie uwierzę. Chcesz przede mną zataić, że znajdują się przy żołnierzach.
— Przy żołnierzach? Ani im się śni. Old Shatterhand nie stowarzyszałby się z takimi ludźmi, i nie pozbawiałby się samoistności. A może sądzisz, że zniżyłby się do tego, by grać rolę ich szpiega?
— Old Shatterhand jest dumny — przyznał Wupa Umugi.
— Nietylko to. On jest przyjacielem zarówno białych, jak i czerwonych. Czy mieszałby się do sporu wybuchłego między nimi?
— Uff! To brzmi prawdziwie.
— A czy nie zawarł z wami pokoju nad Błękitną Wodą?
— I to słuszne. Ale gdzie on teraz?
— Pojechał w dół rzeki Pecos, ażeby w mieszkaniach Meskalerów spotkać się z Winnetou.
— Czy sam pojechał?
— Nie — tamci wszyscy mu towarzyszyli.
— A ty czemuż nie?
— Bo chciałem dostać się do żołnierzy, u których teraz jestem skutem.
— Czyżbyś rzeczywiście sam jechał? W to nie uwierzę. Twoje ostatnie słowa budzą na nowo moje podejrzenia. Old Shatterhand jest z wami.
— Nie.
— Jestem tego pewien.
— Uważałem Wupę Umugi za rozumniejszego, aniżeli okazuje się teraz. Czyż on nie widzi, że tą nieufnością bardzo źle świadczy o sobie?
— Nie.
— To żal mi bardzo. Czy Old Shatterhand nie wart na wyprawie wojennej więcej, aniżeli stu wojowników? A czy Old Surehand nie dorównywa mu pod tym względem? Czy, gdyby tacy sławni ludzie znajdowali się z nami, nie powiedziałbym ci tego, ażeby ci strachu napędzić, i odwieść od zrobienia mi czegoś złego?
— Uff! — poświadczył wódz.
— Byłoby to dla mnie wielką korzyścią, gdybym mógł zagrozić ci temi dwiema blademi twarzami. Jeśli tego nie czynię, powinienbyś poznać, że ich z nami niema.
— Uff! — zabrzmiało ponowne potwierdzenie.
— A zatem, gdybym chciał wymyślić kłamstwo, wolałbym powiedzieć, że ci dwaj przyjdą mnie ocalić, aniżeli temu zaprzeczać. Jeśli Wupa Umugi tego nie pojmuje, to źle z jego rozumem.
— Co cię mój rozum obchodzi, psie! Wiem już, co mam sobie myśleć, i teraz zależy wszystko od tego, czy wojownicy, wysłani na przeszukanie okolicy, znajdą twoich towarzyszy czy nie. Ale ty w każdym razie jesteś zgubiony. Nie myśl, że zabijemy cię zaraz! Tak łatwo nie pójdzie zabijaczowi Indyan. Zabierzemy cię ze sobą, bo cały nasz lud musi widzieć śmierć twoją i radować się twojemi męczarniami. Będziesz z nami, ażebyś przekonał się na własne oczy, że bladzi żołnierze zginą marnie na pustyni. No, cóż tam?
Z pytaniem tem zwrócił się do czerwonego, który właśnie nadjechał, zeskoczył z konia i odpowiedział:
— Okrążyliśmy całą okolicę i przeszukaliśmy ją dokładnie, ale nie znaleźliśmy nikogo. Ta blada twarz ośmieliła się zatem sama zbliżyć tak do nas.
— On tę śmiałość życiem przypłaci. Zwiążcie mu także nogi i skrępujcie go tak ciasno, żeby się nie mógł poruszać. Pięciu wojowników będzie go strzegło i odpowiadało głowami. Niechaj także straże obsadzą brzeg ten za nami, ażebyśmy się nie dopuścili żadnej nieostrożności.
Tę nieostrożność popełnił już właśnie i ułatwił nam tem potajemne zbliżenie się do obozu. Teraz należało oddalić się czemprędzej i nie czekać, aż straże ustawią się tu na górze, bo mogłyby nas zobaczyć. Wyleźliśmy więc czemprędzej, lecz jak można było najciszej, po zboczu na górę, przyczem jednak nie mogliśmy stracić tyle czasu, co przy złażeniu na dół.
Dostawszy się na górę, podążyliśmy najpierw szybkim krokiem tak daleko, że niepodobna było dojrzeć nas ani dosłyszeć, poczem mogliśmy już zwolnić kroku.
— A teraz, co wy na to, sir? zapytał mnie Old Surehand.
— To fatalne, to nawet gorzej niż fatalne — odpowiedziałem.
— Szkaradnego figla spłatał nam znowu ten stary.
— Szczęściem, gorszego dla siebie, niż dla nas.
— Tak. Skoro nieszczęście już się zdarzyło, zachował się niezgorzej.
— Szkoda go, wierutna szkoda! To wcale dzielny człowiek i gdyby nie miał zwyczaju postępować z taką bezmyślną samodzielnością, mógłby się bardzo przydać. Tak jednak trzeba mieć się z nim więcej na baczności, aniżeli z greenhornem. To człowiek, któremu najlepiej samemu, bo dla każdego towarzystwa, do którego się przyłączy, musi się stać niebezpiecznym.
— On dufny zapewne w naszą pomoc.
— Oczywiście! Powinniśmy go wydobyć.
— Czy to się uda?
— Tak. Nie wolno nam go opuścić.
— Więc chcecie go uwolnić jeszcze tej nocy?
— Nie, to niemożliwe.
— Hm! Sądzę, że to dla was nie będzie zbyt trudne.
— Dziękuję za to zaufanie. Mówiąc o niemożliwości, nie miałem na myśli samego uwolnienia. Dlaczego nie mielibyśmy jeszcze tej nocy uwolnić go, gdybyśmy chcieli? Wy i ja! Zdaje mi się, że dokonywaliśmy nieraz już lepszych rzeczy. Trzebaby wprawdzie zaryzykować życie, jestem jednak pewien, że udałoby się doskonale. Ale czerwoni dowiedzieliby się, że jesteśmy tutaj, a tego im nie wolno. Mieliżbyśmy całe to dobrze i pięknie obmyślane przedsięwzięcie narażać na wątpliwy wynik przez człowieka, który je sam ustawicznie naraża na niebezpieczeństwo, popełniając coraz nowe głupstwa?
— Nie.
— Na razie jego życiu nic nie grozi; słyszeliśmy to sami. Nie śpi on wprawdzie na różach, ale musi to przypisać sam sobie i uważać za zasłużoną karę. Niechaj go czerwoni zabiorą ze sobą; my tego zmienić nie możemy. Później, kiedy wpadną w pułapkę, będą musieli go wydać.
— Jeśli nie zechcą uważać go za zakładnika.
— Pshaw! Na to nie zgodzimy się oczywiście.
— Nie mogę absolutnie pojąć, jak może człowiek i to w jego wieku popełniać takie sprawki. Wszak miał dość doświadczenia.
— Ono się go nie czepia, ponieważ on nie może poprostu podporządkować się pod coś.
— Idzie za nami, skrada się i jeszcze w dodatku konno. Tego nie można nazwać inaczej, tylko waryactwem. Czy nie tak sądzicie, sir?
— Tak, ale jak w każdem nieszczęściu, zwykle bywa i szczęście. Tak było i tu. Dobrze bowiem, że że miał konia ze sobą.
— Czemu?
— Bo Komancze szukaliby go pewnie i nie spoczęliby, dopóki nie wiedzieliby, jak rzeczy stoją.
— Aha! I byliby nas znaleźli.
— Na pewno. O ile trudno mi pojąć, żeby ktoś wpadł na waryacką myśl skradania się na koniu, o tyle cieszę się, że tak się stało. Wódz jest uspokojony i nie każe szukać dalej.
— Hm! Miejmy nadzieję.
— Jestem tego pewien. Żeby nawet jego podejrzenia wróciły, nie będzie miał czasu na długie poszukiwania. Słyszeliśmy przecież, że konnica nadejdzie wcześnie, a on tu już być nie może.
— To prawda. Na szczęście możemy sobie powiedzieć, że przynajmniej my dwaj osiągnęliśmy nasz cel. Z początku zdawało się, że nic nie usłyszymy i dopiero ukazanie się Wabble’a otworzyło usta wodzowi. A więc Cutterowi zawdzięczamy, że zdołaliśmy się czegoś dowiedzieć. Moglibyśmy uważać to za okoliczność łagodzącą, gdybyśmy mieli zamiar mu przebaczyć.
— Dziękuję! Przebaczyłem mu już nie raz, a teraz koniec. Tu niema okoliczności łagodzących. Tam, gdzie idzie o życie i wolność, byłoby prostem samobójstwem nie unikać takich niebezpieczeństw. Jedyną zaś ochroną w tym wypadku jest zapobieżenie powtarzania się takich sprawek.
— Ale w jaki sposób?
— W ten, że rozstaniemy się ze starym Wabblem. Wyrzekam się jego towarzystwa. Skoro odzyska wolność, niechaj sobie jedzie, gdzie mu się podoba. Cieszyłem się wprawdzie z początku jego znajomością, ale zaprawił mi tę uciechę żółcią. Teraz przestało już być doprawdy przyjemnością mieć go przy sobie i patrzyć na jego głupstwa. Wolałbym najbardziej niedoświadczonego nowicyusza. Żółtodziób, greenhorn, słucha doświadczonego westmana w przekonaniu o swojem niedoświadczeniu, tu jednak mamy do czynienia z człowiekiem, dumnym z tego, że kiedyś nazywał się „królem cowboyów“. W dumie swej uważa on za rzecz niegodną siebie poddać się woli drugiego. Dobry cowboy może być dobrym pasterzem, jeźdźcem a nawet strzelcem, ale na tęgiego westmana potrzeba więcej, o wiele więcej.
Wpadłem w zapał i byłbym jeszcze dalej rezonował, gdybyśmy byli teraz nie dojechali do naszego obozu.
Gdy Apacze dowiedzieli się, że Old Wabble’a pochwycono, rzekł najstarszy z nich, który też miał przemawiać za drugich:
— Stara blada twarz odjechała, nie zapytawszy nas wcale; czy mogliśmy go zatrzymać?
— Nie — odpowiedziałem. On nie byłby was usłuchał. Ale czemu wsiadł na konia, zamiast iść pieszo?
— Wiemy to, ponieważ sam nam powiedział. To tylko jedno powiedział. Potrzebował szybkości konia, bo chciał być u Komanczów i powrócić jeszcze przed wami.
— Ażeby się potem chełpić przed nami. No, ale teraz ma wszelkie powody do chwały. Postaraj się o to, żeby straże dobrze uważały. Położymy się teraz spać, ponieważ o wschodzie słońca musimy być już na nogach.
Ale nie mogłem zasnąć, bo złość na Cuttera nie dała mi przez długi czas zamknąć oczu, a kiedy zbudzono mnie o wschodzie słońca, byłem jeszcze niewyspany.
Teraz należało obserwować odejście Komanczów. Widzieliśmy wprawdzie ciemny pas, utworzony przez Sto Drzew na południowym horyzoncie, ale ich samych nie mogliśmy rozpoznać. To też wziąłem lunetę i wyszedłem z Old Surehandem z obozu, ażeby zmniejszyć oddalenie. W połowie drogi usiedliśmy, by zaczekać. Wkrótce wynurzyły się z za krzaków ich postacie. Odjeżdżali i to w tym samym porządku, co przedtem, t. j. nie gęsiego. Czynili to, ażeby zostawić trop jak najszerszy, i w ten sposób wojsku ułatwić pościg. Drogowskazami były im tak, jak chcieliśmy, paliki, o których sądzili, że powbijał je Sziba Bigh. Nie przeczuwali nawet, jaka tymczasem zaszła zmiana.
Kiedy zniknęli daleko na południowym wschodzie, czekaliśmy jeszcze z godzinę w wielkiem zaciekawieniu. Wtem wynurzyło się na zachodzie sześciu jeźdźców., zmierzających widocznie do Stu Drzew.
— To dragoni — rzekł Old Surehand.
— Tak, — potwierdziłem. — To rekonesans, który komendant wysłał dla wyszukania Komanczów.
— W takim razie jest ostrożniejszy od Wupa Umugi, który nadciągnął zaraz z całym oddziałem, nie wysławszy naprzód nikogo.
— Tamten był pewny swego, gdy tymczasem komendant nie wie, czy Komancze są jeszcze, czy nie. Zresztą wysyłanie przedniej straży jest tak surowo wymaganym wojskowym zwyczajem, że oficer dopuściłby się najgorszego zaniedbania, gdyby zaniechał tego środka ostrożności.
— Co teraz uczynimy? Czy jedziemy tam?
— Nie.
— Czemu nie? Najkrócej byłoby powiedzieć tym forpocztom, że czerwoni odeszli. Nie potrzebowaliby ich długo szukać.
— To słuszne, ale zażartowałbym sobie chętnie.
— Jak?
— Komendant traktował mnie, kiedy byłem tam za Mistake-Canonem w jego obozie, lekceważąco i jak nowicyusza.
— Głupiec.
— Hm! Nie bardzo mógł inaczej, gdyż podałem się za przeszukiwacza mogił.
— Przeszukiwacza mogił? A to co?
— Powiedziałem, że badam pochodzenie Indyan, a dla takiego uczonego mają wielkie znaczenie wykopaliska, zwłaszcza w starych grobach.
— Aha! I on temu uwierzył.
— Tak.
— W takim razie jest właśnie tem, co powiedziałem: głupcem.
— Być może, ale nawet Parker i ludzie, którzy z nim byli, wierzyli temu i dali mi się wywieść w pole.
— Ależ to prawie niemożebne! Kto was zobaczy, kto przypatrzy się waszej zewnętrznej postaci i osądzi wasze całe zachowanie, ten musi bezwarunkowo wpaść na to, że nie możecie być niczem innem jak tylko...
— Westmanem? — przerwałem mu.
— Yes.
— Udawałem wtenczas, a odzież moja wyglądała także całkiem inaczej, niż teraz. Istotnie, nie trudno było wziąć mnie za greenhorna. Bawiło mnie to bardzo i chciałbym teraz zobaczyć, jaką minę zrobi komendant, gdy zobaczy nas tu, na pustym Llano Estacado.
— A więc zabawimy się trochę w teatr?
— Tak.
— Więc udacie się do niego najpierw bez Apaczów?
— Tak.
— I beze mnie?
— Wy możecie pójść ze mną.
— To dobrze! Ciekawym, co on powie, kiedy się dowie, że domniemany poszukiwacz mogił to nikt inny, tylko Old Shatterhand. Będzie miał ogromnie mądrą minę.
Widzieliśmy przez lunetę, że jeźdźcy rozbiegli się, by w ten sposób dostać się do Stu Drzew. Było to bardzo sprytne z ich strony, choć nie wiedzieli, że zbyteczne, bo Komanczów już tam nie było.
Po ich zniknięciu upłynęło tylko z dziesięć minut, kiedy ujrzeliśmy jednego z nich, jak wracał cwałem, ażeby donieść komendantowi, że może iść naprzód, gdyż nieprzyjaciel opuścił już Sto Drzew. W małą godzinkę potem ujrzeliśmy nadciągających dragonów. Powróciliśmy do naszego obozu, by zabrać konie i polecić Apaczom, żeby za godzinę poszli za nami.
Jechaliśmy z początku prędko a potem, kiedy można było nas już od Stu Drzew zobaczyć, powolniej, tak powoli, jak ludzie, nie obawiający się spóźnić, bo cel ich jazdy nie jest zbytnio ważny. W odległości mniej więcej tysiąca kroków od zarośli, zobaczyliśmy kilka straży. Reszty nie mogliśmy dojrzeć, bo rozłożyli się wewnątrz zagłębienia. Straże te spostrzegły nas, doniosły o nas i z za krzaków wyszło wielu żołnierzy, ażeby się nam przypatrzyć. Ponieważ było nas tylko dwu i to nie Indyan, czekano na nas spokojnie.
— Stać! — zawołał najbliższy strażnik. — Skąd?
— Stamtąd — odrzekłem wskazując za siebie.
— Dokąd?
— Tam.
Przy tem wskazałem obóz.
— Czego tam chcecie?
— Wypocząć.
— Kto jesteście?
— To was na razie nic nie obchodzi; to rzecz waszego oficera!
— Oho! Ja mam was wypytać, a wy macie mi odpowiadać.
— Tak, jeśli nam się spodoba; ale ponieważ nam się nie podoba, nie będziemy odpowiadali.
— To strzelam!
— Spróbujcie! Zanim złożycie się z waszej pukawki, będziecie trupem.
Przy tych słowach wymierzyłem do niego ze sztućca i mówiłem dalej:
— Mamy tutaj te same prawa, co wy. My możemy także pytać, kto jesteście, skąd przybywacie, czego tu chcecie i kto wami dowodzi?
— Co? Wy grozicie warcie wojskowej strzelbą?
— Zaiste. Przecież widzicie.
— Tu idzie o wasze życie! Czy wiecie o tem?
— Nonsens! Nasze kule trafiają równie pewnie, jak wasze. A teraz dajcie nam spokój! Chcemy się dostać do wody.
Skręciliśmy dokoła zarośli i pojechaliśmy do źródła, gdzie postawiono już namiot oficerski. Strażnik nie bronił nam tego, ale żołnierze, którzy słyszeli moje odpowiedzi, pobiegli naprzód, ażeby powiedzieć komendantowi, jak zachowaliśmy się i jacy krnąbrni jesteśmy. Stał przed namiotem, słuchał ich doniesień i patrzył ku nam z groźnie zmarszczonem czołem. Wtem, kiedy przystąpiliśmy doń dość blizko, poznał mnie i zawołał:
— Good laack! Toż to ten grabarz! No, po nim można się spodziewać takich głupstw. On nie rozumie się na tem. Co on wie o stanie wojennym, o obowiązkach warty, kiedy jej kto nie usłucha?
Gdy to mówił, dojechaliśmy do niego i zsiedliśmy z koni.
— Good morning, sir! — pozdrowiłem go swobodnie. — Pozwólcie nam tutaj usiąść! Potrzeba nam wody dla nas i dla koni.
Roześmiał się głośno i zwrócił się do oficerów, którzy wtórowali jego śmiechowi:
— Przypatrzcie się temu człowiekowi, moi panowie! Prawdopodobnie poznajecie go jeszcze. To oryginał, mający myszki w głowie, jakich mało. Oczywiście nie przeczuwa nawet, że nasze straże mogły go właściwie zastrzelić. Z taką głupotą nawet bogowie walczyliby napróżno. Darujmy mu więc odrobinę życia. Znalazł towarzysza, który pewnie tyle wart, co on sam. Takich ludzi możemy tu śmiało przyjąć i nie obawiać się o to, żeby nam zaszkodzili.
Zwracając się twarzą do mnie, zapytał:
— Tak, możecie tutaj zostać i pić tyle wody, ile zechcecie; ja wiem, że wam to bardzo potrzebne, bo wasz mózg nie składa się z niczego prócz wody.
Puściliśmy konie wolno i usiedliśmy obok źródła. Wydobyłem skórzany puharek, zaczerpnąłem powoli, wypiłem ją i odpowiedziałem dopiero potem:
— Woda w mózgu? Hm! A czy wy nie piliście także, sir?
— Naturalnie, że tak. Co chcecie tem powiedzieć?
— Że wam także było potrzeba wody.
— I...
— I że z tego można tak samo wnosić o waszym mózgu, jak o naszym.
— All thunders! Chcecie mnie obrazić?
— Nie.
— Ależ to była obraza!
— Dlaczego? Sądziłem tylko, że mogę być dla was tak samo uprzejmym, jak wy dla nas.
— Macie! Ten człowiek nie wie, co mówi. Włóczy się po kraju, ażeby rozkopywać dawne mogiły i szukać pogniłych kości. Wobec tego każdy wie, że na to, co on powie, nie należy zbyt wiele albo wcale nie uważać.
Ilustrując te słowa, puknął wskazującym palcem w czoło i zapytał mnie potem:
— Czy znaleźliście dużo takich grobów, sir?
— Ani jednego — odrzekłem.
— To łatwo pojąć. Kto chce szukać mogił indyańskich, nie powinien chodzić po Llanie Estacado.
— Llano Estacado? — zapytałem z pozornem zdumieniem.
— Tak.
— Gdzie ono leży?
— Tego nie wiecie?
— Wiem tylko, że to ma być smutna okolica.
— O sancta simplicitas! A więc nie wiecie, gdzie się znajdujecie?
— Na preryi i nad tą piękną wodą.
— A dokąd chcecie się stąd udać?
— Tam.
Wskazałem ręką na wschód.
— Tam? To wejdziecie na Estacado!
— Jak? Co?
— Tak, na Estacado — śmiał się.
— Rzeczywiście?
— Tak. Podziękujcie Bogu, że spotkaliście nas tutaj. Nie macie otem pojęcia, że jesteście tu na skraju pustyni. Jeśli pojedziecie dalej, będziecie musieli nędznie zginąć.
— Hm! Wobec tego wrócimy.
— Tak, musicie, sir, bo sępy was pożrą.
— A prawdopodobnie na Llanie także nie natrafilibyśmy na mogiły.
— Przynajmniej nie na takie, jakich szukacie. Chcecie być uczonym, a nie wiecie, że wszelkie wasze poszukiwania daremne.
— Daremne? Czemu?
— Powiedzieliście przecież, że wykopujecie dawne szczątki, by się dowiedzieć, skąd pochodzą czerwonoskórcy?
— Rzeczywiście.
— A zatem tylko stare, prastare groby mogą się wam na coś przydać.
— Tak.
— A mimo to jeździcie po preryi i po dalekim Zachodzie, gdzie są wprawdzie mogiły, ale nowe.
— Hm! — mruknąłem w zamyśleniu.
— Musicie przecież tam kopać, gdzie mieszkały plemiona Indyan, które wyginęły już dawno. Czy to nie słuszne?
— Właściwie tak.
— W takim razie zabierajcie się z Zachodu! Mogiły, jaki szukacie, nie leżą na zachód, lecz na wschód od Missisipi. Przyjmijcie tę dobrą rade! Widzicie, jak się rzecz ma z waszą uczonością, skoro drudzy dopiero muszą wam wyszukiwać właściwych dróg.
— Well! To przejdziemy znowu przez Missisipi.
— Radzę wam. Tam niema też tylu niebezpieczeństw, na które narażacie się tu tak niepotrzebnie.
— Niebezpieczeństw? Nie wiem o nich.
— Co? Nie wiecie nic o niebezpieczeństwach?
— Skądże może o tem wiedzieć taki, jak ja?
— A Indyanie?
— Oni mi nic nie zrobią!
— Nic? Co za lekkomyślność, czy nieświadomość rzeczy. Nie macie, jak się zdaje, pojęcia, że Komancze wykopali topory wojenne. Mordują wszystko: białych i czerwonych.
— Mnie nie.
— Czemu was właśnie nie?
— Bo nie zrobiliśmy im nic złego.
— Słuchajcie, wasza naiwność jest przecież za wielka! Ci czerwoni nie oszczędzają nikogo spotkanego, nikogo!
Potrząsnąłem głową z niedowierzaniem, na co on wybuchnął gniewem:
— Jest tak, jak ja mówię, a wy winniście mi wielką wdzięczność, że was ostrzegam. Dokąd jechaliście właściwie po opuszczeniu tam w górze naszego obozu?
— Ciągle na wschód.
— A potem?
— Potem nad jezioro, zwane przez Indyan Błękitną Wodą.
— Nad Błękitną Wodę? — zawołał zdumiony, przerażony niemal. — Tam właśnie obozowała wielka gromada Indyan!
— Tak? — zapytałem, udając zupełną nieświadomość.
— Taaaak? — naśladował mnie. — Czyż nie zobaczyli was i nie schwytali?
— Zobaczyć mogli, ale nie schwytać. Zabawiliśmy się nawet pływaniem po jeziorze.
— I nie złowiono was?
— Nie. Jeśli dobrze rozważę całą sprawę, to zdaje mi się, że nie siedzielibyśmy teraz tutaj, gdyby nas byli złowili.
Na to roześmiał się znów głośno i zawołał:
— To istotnie słuszne, nadzwyczaj słuszne! Byliby was zabili i oskalpowali.
— Sir, to nie tak łatwo, jak się wam zdaje.
— Jakto?
— Bylibyśmy się bronili.
— Przeciwko stu pięćdziesięciu czerwonym?
— Tak.
— Z temi strzelbami od niedzieli?
— Tak.
Powiedziałem to tak poważnie i z przekonaniem, że zerwał się znowu szalony śmiech. Old Surehand starał się zapanować nad rysami twarzy, lecz widziałem po nim, że w duchu bawił się doskonale. Kiedy śmiech ustał, mówił komendant dalej:
— To istotnie szalone. Więc bylibyście się bronili? Czy rzeczywiście?
— Naturalnie.
— W takim razie powiem wam, że ta myśl to czyste szaleństwo. Przedziurawiłoby was natychmiast sto pięćdziesiąt kul.
— Oh! Hm!
— Wierzcie, lub nie! To co wam mówię, to czysta prawda. Jak długo bawiliście nad Błękitną Wodą?
— Jeden dzień!
— A dokąd pojechaliście potem?
— Ciągle na wschód.
— Więc przez równinę?
— Tak.
— Prosto tutaj?
— Tak.
— To rzeczywiście cud, prawdziwy cud niebieski! Widzę przecież, że przybyliście tutaj cało i zupełnie bez szkody.
— Tak, jesteśmy cali i zdrowi. Cóż miałoby nam brakować?
— Co miałoby brakować? To wspaniałe, naprawdę wspaniałe. Komancze jechali także tutaj z nad Błękitnej Wody.
— Rzeczywiście?
— Tak, rzeczywiście! — odrzekł, rozwścieklony niemal moim spokojem. — Czyż te łotry was nie widziały?
— Nie wiem; oni muszą to wiedzieć.
— Tak, oni to muszą wiedzieć! — śmiał się ze złością. — A ja wiem także. Nie widzieli was, bo jużbyście nie żyli. Trudno rzeczywiście uwierzyć czemuś podobnemu. Oto ci dwaj ludzie jadą sobie tam, gdzie są Komancze,. kręcą im się ciągle po drodze przed oczyma i nie wpadają im w ręce. Tęgiemu westmanowi lub żołnierzowi nie udałoby się coś takiego. Co za szczęście! A przytem ci ludzie nie przeczuwają nawet, w jakiem niebezpieczeństwie się znajdują. To przecież prawda, co mówi dawne przysłowie: „Głupi mają szczęście“!
— Słuchajcie, sir, nie nazywajcie nas głupimi. W mojej ojczyźnie jest przysłowie, wyrażające to o wiele przyzwoiciej.
— Jakie?
— Mówią tam, że najgłupsi chłopi zbierają największe kartofle.
Kiedy powiedziałem to ze spokojnym całkiem uśmiechem, zaczął przecież uważać. Przypatrzył mi się długo i badawczo, a potem rzekł:
— Słuchajcie-no! Czy wy nie udajecie przypadkiem takich, którzy chowają coś w zanadrzu? Nie wyobrażajcie sobie, że jesteście od nas mądrzejsi.
— Niema obawy, sir. Nie mamy wcale zamiaru porównywać się z wami. To byłoby głupie.
— Ja też tak myślę! — przyznał z zadowoleniem, nie rozumiejąc treści moich słów. — Nie mam powodu być z wami szczerym, ale mi was tak żal w waszej głupocie, że powiem wam, jak rzeczy stoją. Oto zaatakowaliśmy i zwyciężyliśmy Komanczów, oni uciekli przed nami nad Błękitną Wodę, a my puściliśmy się za nimi. Stamtąd znowu uciekli tutaj, a my ścigamy ich i zapędzimy na puste Llano Estacado, gdzie zginą albo z pragnienia, albo od naszych kul, jeśli się nie poddadzą. To chciałem wam powiedzieć, bo nie macie o tem pojęcia.
— Nie mamy pojęcia? Czy wam się zdaje rzeczywiście, że nic o tem nie wiemy? — spytałem teraz całkiem innym tonem.
— Co wy możecie wiedzieć! — odparł wzgardliwie.
— Najpierw wiemy, że jeśli wszystko pójdzie całkiem wedle waszego planu, nie dostaniecie Komanczów pod żadnym warunkiem.
— Ejże! — rzekł ironicznie.
— Tak. Dodam nawet, że to nie ich, lecz was czeka los wyginięcia w pustem Llano Estacado.
— Rzeczywiście? Jacyście wy naraz rozumni! Czemu tam mamy wyginąć?
— Czy na Llanie jest woda?
— Nie.
— A macie worki na wodę?
— Nie.
— Czy możecie ją zabrać ze sobą?
— Nie. Ale do dyabła, nie pytajcie tak głupio!
— To pytanie wcale nie głupie! W pustyni potrzeba wody, a ta odrobina, którą, jak powiedzieliście przedtem, ma się w mózgu, nie wystarczy, ażeby konie i ludzi uchronić od śmierci z pragnienia. Czy wiecie, jak daleko musicie wjechać w pustynię, ażeby się spotkać z Komanczami? Czy wiecie, jak długo wasze konie zdołają znosić spiekę na Llanie?
— Wiemy, że nie musimy dążyć daleko, bo czerwoni nie mają także wody.
— Czy wiecie to dokładnie?
— Bardzo dokładnie!
— W takim razie żal mi was teraz tak samo, jak wy przedtem litowaliście się nad naszą głupotą. Oto Komancze znają miejsce na pustyni, gdzie znajdą dla siebie dość wody.
— Ach, więc tam jest takie miejsce?
— Tak.
— To niemożliwe!
— Czemu nie? Czy nie słyszeliście jeszcze nigdy, że na pustyniach bywają oazy?
— Ale nie na Llano Estacado.
— Tam właśnie znajduje się woda, której tysiąc koni nie zdołałoby wypić.
— Nonsens! Nie mieliście nawet pojęcia o tem, że znajdujecie się na skraju Llana, więc co możecie wiedzieć o wodzie?
— Ej, nie mówcież o tem, czy mamy pojęcie czy nie! Wy to właśnie nie macie pojęcia o tem, co my wiemy; ja i mój towarzysz..
— Dwaj grabarze! No, więc cóż wiecie, he?
— Że razem ze wszystkiem, co myślicie i zamierzacie, jesteście w olbrzymim błędzie, i że pojechalibyście na pewną zgubę, gdyby nie było ludzi, którzy postanowili was ocalić.
— Na pewną zgubę! To szalone, ale po was można się czegoś takiego spodziewać. Któżto ci zacni ludzie, sir?
— Jest ich trzech, a mianowicie Winnetou, Old Surehand i Old Shatterhand.
Nato podniósł brwi i zapytał:
— Winnetou, wódz Apaczów?
— Tak.
— Old Shatterhand, ten biały myśliwiec, jego przyjaciel?
— Tak.
— Old Surehand, o którym tyle opowiadają?
— Tak, ci trzej.
— Oni się chcą nami zająć?
— Muszą, nie chcąc spokojnie patrzeć na to, jak wpadniecie w pułapkę, zastawioną na was przez Komanczów.
— Pułapkę? Na nas? Czy mówicie w gorączce?
— Nie, mam zmysły w kupie, sir!
— Tego nie widać; sądzę raczej, że cierpicie na halucynacye.
— Jeżeli kto opanowany jest złudzeniem, to nie my, lecz wy. Czy znacie wodza Komanczów, z którym stoczyliście walkę?
— Nie wiemy, jak się nazywa. Nie mamy skuta, który dowiedziałby się o tem.
— Ten wódz nazywa się Nale Masiuw, co znaczy „cztery palce“. A jak się nazywa wódz Komanczów, którzy obozowali nad Błękitną Wodą?
— To był właśnie ów Nale Masiuw, jeśli dobrze podaliście jego imię.
— Nie, to był Wupa Umugi, Wielki Grzmot.
— A zatem inny?
— Tak.
— To nie może być inny, lecz ten sam, gdyż pędziliśmy go przed sobą, aż nad Błękitną Wodę.
— Aha! Oto są halucynacye, o których mówiliście przedtem. Byliście przedtem tak uprzejmym, że wyjaśniliście nam stan rzeczy, chociaż nie uważaliście tego za potrzebne. Za to teraz my wam powiemy, jak się właściwie rzeczy mają. Oto Nale Masiuw połączył się z Wupą Umugi na waszą zgubę. On nie udał się nad Błękitną Wodę, lecz posłał do domu, ażeby czemprędzej sprowadzić stu wojowników. Kiedy wam się zdawało, że go ścigacie, był za wami i właśnie was ścigał. Zwabiono was nad Błękitną Wodę, gdzie na was czekał Wupa Umugi, wódz Nainich, a potem zwrócił się ku temu miejscu, gdzie teraz jesteśmy, zwanemu Suks-malestawi, czyli „Sto Drzew“. Przybył tu wczoraj wieczorem, a dzisiaj, zanim zjawiliście się tutaj, ruszył na pustynię, ażeby was powlec za sobą. Wam się zdaje, że go ścigacie i zdołacie go zniszczyć, a on tymczasem was wabi w pułapkę. Jedzie on naprzód ze swoimi Naini, a za wami Nale Masiuw z przeszło stu wojownikami. Znajdujecie się między tymi dwoma oddziałami nieprzyjaciół. Tak przedstawiają się stosunki, sir, tak, a nie inaczej.
Oficerowie jęli spoglądać to na mnie, to na niego, on sam zaś wytrzeszczył na mnie oczy ze zdumieniem, jak gdybym był dla niego czemś niepojętem i zapytał mnie:
— Ależ, sir, co to za urojenia?
— Nie działa tutaj wcale moja wyobraźnia; mówię o rzeczach rzeczywistych.
— Znacie wszystkie imiona; skąd?
— Mówię językiem Komanczów.
— Wy, przeszukiwacz grobów?
— Przeszukiwacz grobów, pshaw! Czy wciąż jeszcze nie poznajecie, że znajdowaliście się co do mnie w grubym błędzie?
— W błędzie? Czyż nie jesteście tym, za kogo was miałem?
— Nie.
— A kimże?
— Teraz pokaże się, kto ma wodę w głowie: ja — czy wy. Czy rzeczywiście uważaliście za możebne to, żeby uczony włóczył się, jak głupiec, po Dzikim Zachodzie tylko w celu szukania mogił?
— All devils!
— I że tak plącze się Indyanom po drodze, a oni nie mogą go zobaczyć?
— Jestem zdumiony, sir!
— Zdumiewajcie się nad sobą, a nie nade mną. Wymieniłem wam przedtem imiona trzech ludzi, o których słyszeliście pewnie. Czy wiecie może przypadkiem, na jakim koniu jeździ zazwyczaj Winnetou?
— Na karym ogierze, który ma się nazywać Wiatr.
— Tak, Wiatr, a nazwa Apaczów Ilczi. Czy słyszeliście także o koniu Old Shatterhanda?
— Tak, to także kary ogier, zwany Błyskawica.
— Słusznie! Słowo Apaczów na to jest „hatatitla“. Teraz popatrzcie tam na mego konia.
Kary pasł się o jakie siedmdziesiąt kroków ode mnie. Zwróciłem się ku niemu i zawołałem: „Hatatitla“! Koń przybiegł natychmiast i zaczął pieszczotliwie pocierać pyskiem o moje plecy.
— Zounds! — zawołał komendant. — Byłby...
— Tak, byłby...! — roześmiałem się. — Jesteście kawalerzystą i widzieliście już raz tego ogiera a uważaliście go za konia dorożkarskiego. Przypatrzcie mu się dokładniej! Czy widzieliście już kiedy takie szlachetne zwierzę? Czy grabarz może mieć takiego niezrównanego konia?
Dusił się i dusił, ażeby coś powiedzieć, ale z zakłopotania nic nie wydobył ze siebie; wreszcie zawołał:
— Gdzież ja miałem oczy!
— Tak, gdzieście je mieli. I to nietylko co do konia, lecz i co do jeźdźca! Czy wiecie, jaką broń ma Winnetou!
— Ma słynną rusznicę srebrzystą.
— A Old Shatterhand?
— Niedźwiedziówkę i sztuciec Henryego.
— Czyż już tam w waszym obozie za Mistake-Canon nie widzieliście, że miałem dwie strzelby?
— Tak, ale były owinięte: jedna przynajmniej.
— No, teraz nie są owinięte. Popatrzcie!
Podałem mu je, a oficerowie zwrócili spojrzenia ha strzelby z wielkiem zaciekawieniem.
— Do wszystkich piorunów, sir — wybuchnął. — Czyżby ta ciężka stara rusznica była niedźwiedziówką?
— Tak jest.
— A ta strzelba z osobliwym zamkiem?
— To sztuciec Henry’ego.
— A więc wy... wy...
Nie dokończył pytania i jąkał się niemal z zakłopotania.
— Old Shatterhand — wtrąciłem. — Tak, ja nim jestem istotnie.
— A wasz towarzysz?
— Nazywa się Old Surehand.
Oficerowie powtórzyli w najwyższem zdumieniu oba nazwiska, które natychmiast pobiegły z ust do ust po obozie. Komendant zerwał się, zaczął wodzić wzrokiem po nas obydwu i zapytał, jakby tylko do połowy na jawie:
— Old Shatterhand i Old Surehand! Czy to prawdopodobne?
— Nie wierzycie? — spytałem.
— I owszem, ale... ale...
Przerwano mu, gdyż stamtąd, gdzie stały straże zabrzmiał teraz głośny okrzyk:
— Indsmani idą, Indsmani!
— Skąd? — zapytał komendant donośnym głosem.
— Stamtąd, z północy, — brzmiała odpowiedź, przyczem strażnicy wskazywali w podanym kierunku. Oficer chciał dać znak alarmowy, lecz przeszkodziłem mu w tem:
— Bądźcie spokojni, sir! To nic nie znaczy. Jeśli Jeszcze nie wierzycie, że jesteśmy tymi, za których podaliśmy się, to nadejdą świadkowie, którzy wam to potwierdzą.
— Macie czerwonych na myśli?
— Tak.
— Ależ to nieprzyjaciel! Muszę natychmiast...
— Nic nie musicie, nic. To przyjaciele, a nawet zbawcy. To Apacze, których sprowadziłem, ażeby dopomódz wam przeciw Komanczom.
— Apacze? W takim razie wprowadzacie mnie w położenie, sir, bardzo poważne. Czerwoni są czerwonymi, nie można ufać nikomu, a przy tem ja nie wiem jeszcze, czy wy naprawdę jesteście Old Shatterhand.
— Well! Więc zarządźcie, co uważacie za odpowiednie, lecz unikajcie kroków nieprzyjacielskich. Ja wam wszystko wyjaśnię, lecz przedtem dam znak Apaczom, żeby nie zbliżali się do obozu na odległość strzału, dopóki nie nabierzecie zaufania.
— Ja pójdę im powiedzieć — poprosił Old Surehand.
— Tak, uczyńcie to, sir! Powiedzcie im także, żeby kilku z nich ustawiło się na wzgórzu przed zaroślami.
— Tam w górze? Naco? — spytał komendant ciągle jeszcze z nieufnością. — Naco posterunków za moimi plecami?
— Ażeby wypatrywać nadejścia Nale Masiuwa. On może nadejść każdej chwili.
— Mógłbym przecież postawić moich ludzi na straży.
— Moi Apacze mają lepsze oczy.
— Do pioruna! Gdybyście wy... wy...
— No, co dalej, sir! Chcecie powiedzieć; gdybyście byli nieprzyjaciółmi i oszustami?
— Tak — przyznał się.
— Czy rzeczywiście wam się wydaje, że dwaj biali mogliby być tacy zuchwali i źli zarazem?
— Hm! ja nie wiem, czy nadchodzący czerwoni są istotnie Apaczami.
— Więc nie umiecie odróżnić Apaczów od Komanczów?
— Nie.
— I prowadzicie wojnę z Indyanami? Wobec tego możecie popełniać najgrubsze błędy! Zresztą popatrzcie, tam nadchodzą. Jest ich pięćdziesięciu, a wy macie, jak oceniam, około stu dobrze wyszkolonych jeźdźców. Czy możecie się obawiać czerwonych?
— Nie. Chcę wam zaufać, sir, tylko niechaj Indsmani zatrzymają się zdala od obozu, dopóki nie pozwolę im przyjść tu. Moja powinność nakazuje mi to zarządzić.
— Uznaję to, a wy widzicie teraz, że możecie być spokojni. Mr. Surehand już doszedł do nich; zatrzymali się i zsiadają z koni. Tylko trzej odjeżdżają na wzgórze; to straże, mające czuwać nad naszem bezpieczeństwem.
— Ładnie! Jestem zadowolony, sir. Mimo to nie mogę zaniedbać tego, co nakazuje mi troska o nasze bezpieczeństwo.
Wydał kilka rozkazów, po których żołnierze zajęli ze strzelbami, gotowemi do strzału, takie stanowisko, że na wypadek ataku Apaczów mogli go z łatwością odeprzeć.
— Niechaj was to nie gniewa — tłómaczył się.
— Ani myślę brać wam tego za złe — odrzekłem. — Gdy wysłuchacie mnie do końca, nabierzecie zaufania. Oto powraca mr. Surehand. Usiądźmy razem, a ja wam opowiem i dam dowody, że powiedziałem prawdę i że bez nas bylibyście zgubieni.
Usiedliśmy znów nad wodą tak, jak przedtem, a ja opowiedziałem mu tyle, ile musiał wiedzieć. W naszym interesie leżało pominąć to, co nie było dla niego ważne. Opowiadanie wywarło znaczne wrażenie na nim i na drugich oficerach. Twarz jego poważniała coraz to bardziej, a gdy skończyłem, siedział jeszcze przez pewien czas bez ruchu i w zamyśleniu, nie rzekłszy ani słowa. Oficerowie nabrali także przekonania, że bez naszej pomocy byliby się dostali w ciasną pułapkę. Wreszcie podniósł na mnie spuszczone dotąd oczy i rzekł:
— Przedewszystkiem jedno pytanie, mr. Shatterhandzie: Czy przebaczycie mi, że tak... tak... taki byłem wobec was?
— Chętnie! A więc teraz wierzycie już, że jestem Old Shatterhand?
— Byłbym idyotą, gdybym nie wierzył!
— Tak samo możecie być pewni tego, że położenie wasze jest zupełnie takie, jak wam opisałem, sir.
— Nie potrzeba już wcale takiego zapewnienia. Taki westman, jak wy, przewyższa nawet najtęższego oficera. Przy najlepszej woli, chytrości i męstwie nie możemy nic zrobić, jeżeli nie mamy ze sobą przewodników, znających nietylko okolicę, lecz także czerwonych, ich narzecza i zwyczaje. Podsłuchaliście Komanczów i dlatego dowiedzieliście się o wszystkich ich planach. Czyśmy to mogli?
— Nie.
— Nie. Nie moglibyśmy i nie wiedząc o niczem, bylibyśmy dostali się do młyna, który pewnie zmiażdżyłby był nas wszystkich. Ale za to te psy porządnie mi krwią odpowiedzą. Ani jeden nie ujdzie z pod naszego krzyżowego ognia.
— Za pozwoleniem, sir! Oto jest punkt, co do którego musimy się umówić, zanim przyrzeknę wam pomoc obiecaną.
— Czemu?
— Ja nie jestem mordercą!
— Ja także nie!
— Ale wy chcecie mordować!
— Mordować? Nie. Wysłano mnie, żebym walczył z Indsmanami, dopóki ich nie pokonam, dopóki się nie poddadzą.
— A jeśli się poddadzą bez walki?
— I wtedy musi być kara.
— Jak to rozumiecie?
— Każę rozstrzelać co dziesiątego, dwudziestego a choćby co trzydziestego człowieka.
— Więc spróbujcie tego dokazać, ale naszej pomocy musicie się przytem wyrzec.
— A wam co znowu? Ja was się wyrzec nie mogę, bo właśnie was potrzebuję.
— Ja też tak myślę i dlatego zdaje mi się, że los czerwonych nie spoczywa w waszem lecz w naszem ręku.
— Zupełnie w waszem?
— Tak.
— To chyba nie, mr. Shatterhandzie.
— Przecież!
— Nie. Jestem na tyle sprawiedliwy, że uznaję wszystko, co uczyniliście i zamierzacie uczynić, ale wolno mi żądać, żebyście tak samo uznali moje prawa.
— Zapewne, jeśli tylko macie jakie. Ale powiedzcie mi, jakie to prawa sobie przyznajecie?
— Wy i ja jesteśmy sprzymierzeńcami przeciw Komanczom. Jeśli zwyciężymy, należy nam się równe prawo postanowienia, co się ma stać z czerwonymi. Musicie przyznać, że nie może obejść się bez kary.
— Nie, tego właśnie nie przyznam.
— W takim razie mamy odmienne zapatrywania, ale sądzę, że się pogodzimy. Wy coś ustąpicie, ja postąpię i zejdziemy się we środku, a każdy z nas będzie mógł powiedzieć, że do połowy miał własną wolę.
— Dla mnie tu niema środka. Gdyby się Komancze bronili, użyjemy oczywiście broni, ale jeśli się poddadzą, nie wolno nikomu z nich nic złego uczynić. Takie moje zdanie, od którego nie odstąpię bezwarunkowo.
— Ależ, sir, kara być musi!
— Za co?
— Za to, że się zbuntowali.
— Co wy nazywacie buntem? Czy to, że ktoś broni praw swoich? Czy to, że Indyanin nie daje się przemocą wypędzać ze swoich siedzib? Czy to, że od rządu domaga się dotrzymania przyrzeczeń, któremi go się niesumiennie wyzyskuje?
— Hm! Przekonywam się, że to prawda, co o was mówią, mr. Shatterhandzie.
— Cóż takiego?
— Że stajecie chętniej po stronie czerwonych, aniżeli białych.
— Staję zawsze po stronie człowieka dobrego, a jestem wrogiem złego.
— Ależ czerwoni są źli!
— Pshaw! Nie sprzeczajmy się o to! Wy jesteście Jankes, a oprócz tego oficer. Nie nawrócę was na moje zapatrywanie. Zresztą nie idzie tu o nie, lecz o całkiem inne a fałszywe.
— A więc prawdopodobnie o moje?
— Tak.
— Jakie?
— Że macie rozstrzygać o losie Komanczów, jeśli się nam poddadzą.
— I to ma być fałszywe?
— Tak, nawet bardzo.
— Jakto?
— Bo wy nie będziecie zwycięzcą.
— Aha! Nie? A któż?
— My.
— Do pioruna! Znowu nie mogę was pojąć.
— A przecież to rzecz bardzo jasna. Przyznaliście sami, że bylibyście się dostali w paskudną pułapkę.
— To i teraz przyznaję.
— I żeśmy was ocalili.
— Tak.
— Dobrze! W ten sposób wyjaśnia się cały nasz stosunek i do tego niema już co dodać. Ocaliliśmy was od śmierci, i winniście nam wdzięczność.
— Wdzięczność? No tak, do dyabła! Ale co to ma wspólnego z ukaraniem Komanczów?
— To, że was to ukaranie nic nie obchodzi.
— Wytłómaczcie mi to.
— Nie potrzeba tłómaczenia. Jest nas kilku białych myśliwców, którzy porywają się na całą gromadę Komanczów, i mamy ze sobą trzystu Apaczów, daleko lepiej uzbrojonych i wyćwiczonych, aniżeli Komancze. Oprócz tego sprzyja nam teren, nie licząc wszelkich innych korzyści. Czy sądzicie, że zwyciężymy Komanczów?
— Tak.
— I bez waszej pomocy?
— No... hm... hm!
Zaczął kiwać głową z powątpiewaniem.
— Powiedzcie śmiało, że tak. Nie potrzebujemy was rzeczywiście do tego. Daję wam słowo na to, że nie ujdzie nam ani jeden z Komanczów, jeśli się nawet całkiem wyrzekniemy waszej pomocy. Dlatego sądzę, że los zwyciężonych zależy całkiem od naszej woli, a stanowczo nie od waszej.
— Czy chcecie może przez to powiedzieć, że nas wam nie potrzeba?
— Ja to już powiedziałem.
— Thunder! To szczere, sir, bardzo szczere!
— Szczerość jest cnotą, którą powinien odznaczać się każdy gentleman.
— A więc dajecie nam pozwolenie odejścia? Odsyłacie nas?
— Nie. Powiadam wprawdzie, że was nie potrzebujemy, przyznaję jednak, że ułatwiłoby to nam wykonanie planu, gdybyśmy mogli liczyć na waszą pomoc.
— Dobrze, lecz kto pomaga, ten chce także razem postanawiać.
— W takim razie dziękujemy. Jeśli nam dopomożecie, to niechaj się stanie z wdzięczności, ale nie w celu niepotrzebnej rzezi. Nie mamy czasu, bo Komancze mogą nadejść każdej chwili. Tak albo tak!
— Co się stanie, jeśli powiem „tak“?
— Cofniemy się stąd i puścimy tutaj Komanczów, a potem, skoro się rozłożą obozem, otoczymy ich.
— I sądzicie, że się poddadzą?
— Tak.
— Bez oporu?
— Tak.
— Nie może być!
— Mnie to zostawcie! Weźmiemy ich do niewoli i pojedziemy potem za Wupą Umugi, ażeby zamknąć za nim pułapkę.
— Well! A co będzie, gdy powiem „nie“?
— W takim razie poproszę was, żebyście czemprędzej zwinęli obóz i oddalili się, dopóki Nale Masiuw tu nie nadciągnie i nie pojedzie za Wupą Umugi.
— A potem możemy tu powrócić?
— Tak.
— I nie dostanie nam się nic?
— Nic.
— Słuchajcie, mr. Shatterhandzie, szczególny z was człowiek. Stawiacie wasze warunki tak krótko, wyraźnie i stanowczo, że człowiek wydaje się sobie jak uczeń, nie mający ani zdania, ani woli.
— Nie mam zaiste powodu tracić słów. Ocaliliśmy was od śmierci i zamierzamy wziąć do niewoli trzystu Komanczów. Dokonamy tego bez żadnej pomocy, ale jeśli chcecie nam w tem z wdzięczności dopomódz, to przyjmiemy to, lecz pod warunkiem, że nie będzie żadnych żądań.
— Ależ nasz obowiązek! Mamy ukarać zbuntowanych Komanczów!
— Zróbcie to kiedyindziej, ale nie w tym wypadku. Ci Komancze należą do nas, nie do was, a wy bylibyście należeli do nich, gdyby nas tu nie było.
— Ale jak usprawiedliwię się z tego, że pomogę ich schwytać a potem puszczę bezkarnie?
— Wobec ludzkości, wobec mnie i wobec własnego serca — to łatwo usprawiedliwić. Zresztą nikt wam tu włoska z głowy nie strącił, więc jestem pewien, że wasza przełożona władza nie będzie się od was domagała rzezi. A więc, decydujcie się!
— Hm! Nie mogę wam istotnie dać rady. Dajcie mi pięć minut czasu na pomówienie z oficerami!
— Macie je, ale nie dłużej. Wasze ociąganie się może wszystko na szwank narazić.
Wstałem i odszedłem na oznaczony czas. Powróciwszy, otrzymałem odpowiedź:
— Co mamy zrobić, sir? Chcecie mieć swoją wolę. Byłoby to nikczemnością z naszej strony, gdybyśmy, pozwoliwszy się wam ocalić, odjechali i nie pomogli wam. A zatem zostajemy z pomocą.
— Ale los Komanczów do nas należy.
— Yes!
— W takim razie zgoda i cieszę się, że znalazłem w was takiego dzielnego i humanitarnego sprzymierzeńca.
— Well! Powiedzcie nam zatem, co teraz ma się stać?
— Napójcie porządnie konie i zwińcie namiot. Potem pojedziecie za Wupą Umugi, a tyki wskażą wam drogę.
— A wy tu zostaniecie?
— Tylko tak długo, dopóki nie zobaczymy nadchodzących Komanczów.
— Jak daleko się oddalimy?
— Mniej więcej poza doniosłość wzroku, nie dalej.
— Skoro nie będziecie już mogli rozpoznać tych zarośli, zatrzymacie się. My szybko podążymy za wami.
— A czemu nie jedziecie razem z nami?
— Ponieważ chcę zobaczyć nadejście Nale Masiuwa, a nasi Apacze muszą także pójść nad wodę, zanim puszczą końskie kopyta na wyschłą pustynię.
— Well, niechże się zaczyna.
Wydał odpowiednie rozkazy i po upływie pół godziny odjechał ze swoimi dragonami. Teraz mogli się zbliżyć Apacze, ażeby napoić konie i wory napełnić wodą. Tymczasem wyszedłem na wzgórze, ażeby zapomocą lunety wypatrywać nieprzyjaciół. Ponieważ musieli iść tropem dragonów, znałem dokładnie punkt na widnokręgu, w którym musieli się pojawić. Byłem zarazem pewien, że niedługo będę musiał czekać, gdyż spodziewali się pewnie, że wojsko tylko przez krótki czas zabawi pod Stu Drzewami i szybko ruszy za Wupą Umugi, ażeby mu ciągle następować na pięty.
Przypuszczenie to okazało się całkiem słusznem, gdyż po krótkiej chwili daleko na wschodnim horyzoncie dostrzegłem ciemny punkt, zbliżający się do nas widocznie.
— Idą! — rzekłem do Old Surehanda, towarzyszącego mi na stanowisku.
— Już?
— Czy spodziewaliście się ich później?
— To nie. Pożyczcie-no mi na kilka sekund dalekowidza.
Podałem mu go. Popatrzywszy przezeń przez kilka sekund, zapytał:
— Czy macie na myśli ten ciemny punkt tam na wschodzie?
— Tak.
— Teraz się dzieli.
— Tak?
— Tak jest. Robi się z niego sześć, ośm małych punktów, oddalających się od siebie w półkolu.
— To wysłani na zwiady.
— Z pewnością! Nie mogą tutaj wprost jechać, bo pokazaliby się wojsku, gdyby się jeszcze tu znajdowało. Czy sądzicie, że tak nie jest?
— Pewnie, że tak. Czerwoni się rozdzielą. Nieprawdaż?
— Zdaje się; czterej jadą w prawo a czterej w lewo.
— Objeżdżają Sto Drzew, ażeby nie nadejść tutaj z tyłu, lecz z boków, dopóki nie dostaną się na równinę i nie będą mogli zaglądnąć za krzaki. To jedyny sposób dowiedzenia się bez niebezpieczeństwa odkrycia, czy dragoni są jeszcze tutaj. Dajcie mi szkła!
Spojrzawszy powtórnie, zobaczyłem oba oddziały wywiadowców. Mieli widocznie taki zamiar, jaki przewidziałem. Byli jeszcze tak daleko, że tylko przez perspektywę można ich było rozpoznać. Na doniosłość wzroku nie mogliśmy ich przypuścić, bo zobaczyliby nas tak, jak my ich. Zeszliśmy więc czemprędzej nad wodę, i dałem Apaczom rozkaz wyruszenia. W minutę potem pędziliśmy za wielkim tropem, wiodącym wzdłuż palików ku południowemu wschodowi. W dziesięć minut potem dojechaliśmy do dragonów, którzy czekali na nas, leżąc obok koni.
Z tego miejsca, na którem znajdowaliśmy się teraz, nie mogliśmy gołem okiem rozpoznać Stu Drzew, lecz próba przekonała mnie, że przez lunetę widać ją było tak, że musiałem Komanczów po nadejściu zobaczyć.
Po niedługiem czekaniu zobaczyłem istotnie wywiadowców, zbliżających się powoli z dwu stron, z nadzwyczajną ostrożnością. Skoro tylko przekonali się, że tam niema nikogo, podjechali prędko. Przeszukawszy zarośla i nie znalazłszy w nich nikogo, położyło się siedmiu na ziemi, a ósmy wrócił. Miał on donieść Nale Masiuwowi, że może przybyć.
Od tej chwili upłynęła cała godzina, zanim dostrzegłem ruch w obozowisku. To nadeszli Komancze. Kiedy powiedziałem Old Surehandowi, rzekł:
— Teraz zacznie się pierwszy akt sztuki, którą mamy zainscenizować, czyli wzięcie do niewoli Nale Masiuwa. Sądzę, że nie możemy czekać zbyt długo. Nieprawdaż?
— Tak. Zabawią tam pewnie tylko tyle czasu, ile potrzeba, ażeby napoić konie i ludzi. A zatem naprzód.
— Wszyscy naraz?
— Nie. Musimy ich otoczyć najpierw z daleka, tak, żeby nas nie dostrzegli, a potem nagle ścieśnimy pierścień. Ci z nas, którzy mają jechać najdalej, muszą ruszyć natychmiast.
— A więc kto?
— Wy z Apaczami, których oddaję pod wasze dowództwo, mr. Surehandzie.
— Bardzo mnie to cieszy. Dziękuję, sir!
— Objedziecie na doniosłość wzroku Sto Drzew i obsadzicie brzeg jej na krawędzi zarośli tak, że utworzycie z Apaczów półkole. Ludzie wasi pozsiadają z koni i ułożą się w zaroślach w ten sposób, że obóz nieprzyjacielski, leżący nad wodą, będzie wystawiony na ogień ich strzelb.
— Czy mamy strzelać?
— Dopiero wtedy, gdy Komancze zaczną się bronić, albo zechcą się przebić przez waszą linię. Ile, jak wam się zdaje, czasu potrzeba na to, ażeby zająć im tyły?
— Chcecie czas wiedzieć dokładnie, ażeby się zastosować do tego?
— Pewnie.
— To oświadczam, że możecie przyjść za pół godziny od tej chwili. Czy macie jeszcze coś do zarządzenia?
— Zdaję się na waszą bystrość i mogę wogóle tylko tyle powiedzieć, że chwycimy za broń dopiero w razie potrzeby. Ja nadjadę z dragonami w ten sposób, że utworzymy półkole, którego obydwa końce złączą się ściśle z waszem półkolem. Tak będziemy mieli Komanczów w środku. W pierwszej chwili nas tylko zobaczą — i zechcą umknąć wstecz, gdzie wy będziecie. Ażeby im pokazać, że są i z tamtej strony zamknięci, każecie Apaczom wznieść wycie wojenne, skoro tylko nieprzyjaciel zetknie się z wami.
— A potem zaczekamy?
— Tak.
— Na co?
— Na wynik mojej narady z Nale Masiuwem.
— Aha! Będziecie z nim rokowali?
— Oczywiście! W jakiż inny sposób mógłbym go skłonić do poddania się nam dobrowolnie?
— To dla was niebezpieczne, sir!
— Nie obawiajcie się o mnie!
— Nale Masiuw jest znany, jako człowiek sprytny i podstępny. Nie ufajcie mu zanadto, mr. Shatterhandzie!
— Podstępem nic u mnie nie wskóra, lecz zaszkodzi tylko samemu sobie, możecie mi wierzyć.
— To ładnie! A zatem niech się zaczyna. Na razie bądźcie zdrowi!
Poszedł do Apaczów, wydał im krótkie rozkazy i odjechał razem z nimi. Zwróciłem się do komendanta i zapytałem:
— Kto będzie teraz dowodził waszymi ludźmi, sir? Taniec już się zaczyna.
— Oczywiście, że ja.
— Dobrze, ale nie strzelcie mi jakiego bąka.
— To prawda, że dałem się otumanić czerwonym, ale teraz możecie być pewni, że żadnych bąków nie będzie.
— Więc posłuchajcie, co wam powiem. Pojedziemy cwałem wprost do Stu Drzew i utworzym stąd zaraz półkole, którego końce będą w jednej linii z krzakami na zewnątrz.
— Ja rozumiem. Za tymi krzakami siedzą Apacze.
— Tak. Wasi ludzie mają się z prawej i z lewej strony ściśle z nimi połączyć.
— A skoro się to stanie, co potem?
— Naszym najbliższym celem jest otoczenie Komanczów. Od ich zachowania się będzie zależało, co się potem stanie. Jeżeli zaczną strzelać, to i my to zrobimy; jeśli zaś zachowają się wyczekująco, to broni nie użyjemy. W tym drugim wypadku skłonię wodza do rozmowy, a od jej wyniku zawiśnie, co będzie dalej.
— Czy ja będę przy tej rozmowie obecny?
— Nie.
— Czemu nie?
— Niema żadnego powodu.
— Powód jest dostateczny! Jako komendant wojskowy jestem chyba osobistością, której Nale Masiuw przedewszystkiem ma słuchać.
— On was całkiem słuchać nie będzie.
— A kogóż?
— Mnie.
— Hm! Ja wiem, że dzielny z was człowiek, mr. Shatterhandzie, ale czy się w tem nie mylicie?
— Nie.
— Ależ zważcie różnicę!
— Jaką?
— Wy macie tylko pięćdziesięciu Apaczów, a ja stu dragonów.
— W walce z Indyanami znaczy pięćdziesiąt Apaczów przynajmniej tyle, co stu żołnierzy.
— Skoro wy tak mówicie to musi to być prawda, ale w takich sprawach idzie przedewszystkiem o wrażenie.
— Zapewne!
— W takim razie jesteście przecież tylko westmanem, a ja komendantem wojskowym.
— Aha! — roześmiałem mu się w twarz.
— Tak, sam mundur robi wrażenie.
— No, a co jeszcze?
— Ton, w którym my zwykliśmy rozmawiać.
— Więc to wy chcecie mówić z Nale Masiuwem?
— Tak.
— Czy mówicie językiem Komanczów?
— Nie.
— A jakżeż się porozumiecie?
— Przez was, jako tłómacza.
— Tak! Więc wy jesteście komendantem, który ma prawo postanawiać, a ja tylko waszym tłómaczem? Słuhajcie-no mój najszanowniejszy. Źle oceniacie Old Shatterhanda. Jako tłómacz — muszę ja mówić z Nale Masiuwem i naco mi was do tego? Co pomoże wasz „ton“, skoro będę musiał tłómaczyć słowa? A wasz mundur? Powiadam wam, że Nale Masiuw ma stokroć więcej respektu dla mojej skórzanej bluzy myśliwskiej i mego sztućca, aniżeli dla waszego munduru i pałasza. Nie sprzeczajmy się o różnicę rangi. Ja powiem wam, co się ma stać, a wy zakomenderujecie w tym duchu waszym podwładnym, ale ja podwładnym nie jestem. A czy pomyśleliście o niebezpieczeństwie, na jakie narazilibyście się, rokując z Komanczem.
— Niebezpieczeństwo?
— Tak.
— Jakieżby mogło być niebezpieczeństwo? Osoba parlamentarza uchodzi przecież za świętą.
— Ale nie dla tego Indyanina. To człowiek bardzo zdradziecki.
— Przeciw takim można się zabezpieczyć.
— W jaki sposób?
— Hm!
— On się zjawi i wy się zjawicie, obaj bez broni. Usiądziecie naprzeciw siebie i zaczniecie układy. Naraz ten drab wyciągnie ukryty nóż i zakłuje was na śmierć.
— Tego mu przecież nie wolno.
— On dużo będzie o to pytał, czy mu wolno. Zechce zabić dowódcę, ażeby potem wpaść na zmięszanych nieprzyjaciół.
— Dziękuję, bardzo dziękuję.
— Czy chcecie jeszcze mówić z Nale Masiuwem?
— Chciałbym, ale nie chcę was uprzedzać. Macie słuszność. Ponieważ nie rozumiem języka, utrudniłoby to tylko porozumienie. Będzie więc lepiej, jeśli wam to poruczę.
— To dobrze! A więc ruszajmy!
— Zaraz; zawiadomię tylko oficerów.
Temu panu komendantowi zdawało się istotnie, że zaimponuje Komanczom mundurem. A ten „ton!“ Nie miał pojęcia o tonie, jakim należy mówić z nieprzyjacielskimi Indyanami. Kto podczas takiej ważnej narady chciałby takiego wodza, jak Nale Masiuw, poczęstować tonem, jak rekruta, byłby zgubiony. Szczęściem wzmianka o podstępie nie zawiodła mojego oczekiwania. Dać się zakłuć znienacka — do tego nie miał oficer ochoty, dlatego przyznał, że lepiej mnie zostawić rozmowę.
Teraz już był najwyższy czas wyruszyć w drogę, bo Old Surehand zniknął nam już z Apaczami z oczu. Dragoni utworzyli linię, mającą się wygiąć podczas jazdy w półkole. Ustawiłem się na czele i ruszyliśmy cwałem naprzód po szerokim tropie ku Stu Drzewom.
Należało jechać tak szybko, żeby całkiem niespodziewanie zaskoczyć czerwonych. Lecieliśmy przez równinę jak burza, cicho, bez gwaru; słychać było tylko tętent kopyt, z pod których uciekała nam ziemia. Linia się zaokrągliła, końce rwały szybciej naprzód, niż środek, i tak zbliżaliśmy się do obozu z błyskawiczną szybkością. Stamtąd dostrzeżono nas, lecz nie wiedziano z początku, cośmy za jedni. Dopiero, kiedy Komancze zobaczyli, że mają do czynienia z blademi twarzami, wydali rozdzierający uszy ryk, pochwycili za broń i popędzili do koni, ale za późno, bo nasz pierścień już się zamknął. Chcieli więc rzucić się w tył, lecz w tej chwili rozległ się daleko przez cały obóz, aż na pustynię, okrzyk wojenny Apaczów. Brzmi on, jak wydane wysoką fistułą i przeciągłe „hiiiiiiiii“, podczas którego tremoluje się ręką przy ustach. Usłyszawszy ten okrzyk, cofnęli się Komancze czemprędzej od zarośli, bo poznali, że i z tej strony mają drogę zamkniętą.
Zatrzymaliśmy się na odległość strzału i widzieliśmy wywołane wśród nich zamieszanie. Biegali tędy i owędy, pokrzykiwali, ale widząc, że nic im się znikąd nie dzieje, uspokoili się i stanęli zwartą gromadą nad wodą. Wobec tego zsiadłem z konia i poszedłem zwolna ku obozowi. Na mój widok zdjęła ich ciekawość, co zamierzam uczynić. Zbliżyłem się do nich na odległość dwustu kroków i zawołałem:
— Niechaj mnie wysłuchają wojownicy Komanczów. Tu stoi biały myśliwiec Old Shatterhand i chce pomówić z Nale Masiuwem. Jeśli wódz ma odwagę, niechaj mi się pokaże.
Nastąpił ruch między nimi, a mimo oddalenia i cichości rozmowy wydało mi się, że słyszałem okrzyki trwogi. Po chwili wystąpił jeden z nich, mający pióra w czuprynie, wywinął tomahawkiem i zawołał:
— Tu stoi wódz Komanczów Nale Masiuw. Jeśli Old Shatterhand chce mu dać skalp swój, niechaj tu przyjdzie; wezmę go sobie!
— To mają być słowa walecznego wodza? — odrzekłem. — Czy Nale Masiuw jest tak tchórzliwy, że skalp trzeba mu zanieść? Kto ma odwagę, sam go sobie zabiera!
— To niech Old Shatterhand przyjdzie i dowie się, czy mój dostanie!
— Old Shatterhand nie wychodzi po skalpy; on jest przyjacielem czerwonych mężów i życzy sobie uchronić ich od śmierci. Wojownicy Komanczów są dokoła otoczeni. Życie ich równe wiciom dzikiego wina, które każdy podmuch wiatru unosi. Ale Old Shatterhand chciałby ich ocalić. Niech Nale Masiuw przyjdzie do mnie na naradę!
— Nale Masiuw niema czasu! — zabrzmiało.
— Jeśli niema czasu na naradę, to będzie miał czas zginąć. Daję mu termin pięciu minut. jeśli nie zgodzi się do tego czasu, to przemówią nasze strzelby. Howgh!
Tem indyańskiem słowem potwierdzenia wyraziłem to, że postanowiłem mocno wykonać moją groźbę i że mi w tem nic nie przeszkodzi. Wódz cofnął się do swoich ludzi i jął się z nimi naradzać. Po upływie pięciu minut zawołałem:
— Termin już minął. Co Nale Masiuw postanowił?
Wystąpił znów o kilka kroków i zapytał:
— Czy Old Shatterhand ma w tej sprawie rozmowy rzetelne zamiary?
— Old Shatterhand postępuje zawsze rzetelnie.
— Gdzie ona ma się odbyć?
— W samym środku między wami a nami.
— Kto ma w niej wziąć udział?
— Tylko ty i ja.
— I każdy wróci wolno do swoich?
— Tak.
— Dopóki nie wrócimy, nie wolno wojownikom żadnej strony dopuszczać się kroków nieprzyjacielskich.
— To rozumie się samo przez się!
— I będziemy bez broni?
— Bez!
— To niech Old Shatterhand pójdzie i złoży broń; ja zaraz przyjdę.
Wróciłem do naszej linii, zdjąłem ze siebie wszystką broń i położyłem ją obok konia. Odwróciwszy się, ujrzałem już Nale Masiuwa nadchodzącego pośpiesznymi krokami, a nie wolno i poważnie, jak przystało wodzowi. Chciał widocznie być prędzej na miejscu aniżeli ja. Naco? To musiało bezwarunkowo mieć jakiś powód. Idąc do niego miarowym krokiem, obserwowałem go bystro. Tam, gdzie mógł być środek, stanął i usiadł. Podczas tego trzymał prawą rękę za sobą dłużej, aniżeli potrzeba do podparcia się przy siadaniu na ziemi. Czy i to miało powód? A jeśli tak, to jaki? Czyżby położył za sobą coś, czego nie miałem widzieć? Czy dlatego przyszedł tak szybko i usiadł prędzej ode mnie, żeby to ukryć? Jeśli na to pytanie należało odpowiedzieć „tak“, to nie mogło to być nic innego, tylko broń jakaś.
Doszedłem do niego i zatrzymałem się o dwa kroki. Czy miałem jeszcze o te dwa postąpić naprzód, żeby zobaczyć, co miał za plecyma? Nie; to byłoby niegodne Old Shatterhanda. Usiadłem zwolna na ziemi. Następnie wświdrowaliśmy formalnie w siebie oczy; każdy chciał ocenić przeciwnika — i to ocenić słusznie.
Nale Masiuw był długim, wysmukłym ale silnokościstym i ścięgnistym mężczyzną. Kości policzkowe wystawały mu daleko z twarzy, a orli nos, wązkie zaciśnięte wargi, w połączeniu z małemi bezrzęsnemi oczyma kazały się domyślać człowieka z silną wolą, energią, fałszem i przewrotnością. Przypatrzył mi się od stóp do głowy, rozpiął bluzę myśliwską i rzekł:
— Niech się Old Shatterhand popatrzy!
— Dlaczego?
— Ażeby się przekonać, że nie mam broni.
Wobec tego nabrałem właśnie przekonania, że wbił w ziemię albo położył za sobą nóż lub coś podobnego.
— Dlaczego Nale Masiuw wypowiedział te słowa? — odrzekłem. — One zbyteczne.
— Nie. Zobacz, że jestem uczciwy.
— Nale Masiuw jest wodzem Komanczów, zaś Old Shatterhand jest nietylko białym myśliwcem, lecz został zamianowany wodzem Meskalerów. Słowa wodzów muszą tyle znaczyć, co przysięgi. Przykłem nie brać ze sobą broni i nie mam powodu pokazywać ani dowodzić tego.
Powiedziawszy to, podgiąłem prawą nogę pod lewą, ażeby módz zerwać się szybko. Nie zważał na to, ale wyczuł ukłucie, zadane mu w moich słowach i odrzekł:
— Old Shatterhand przemawia bardzo dumnie. Przyjdzie czas, kiedy będzie mówił pokornie.
— Kiedy to będzię?
— Kiedy weźmiemy go do niewoli.
— W takim razie Nale Masiuw zaczeka, dopóki nie umrze. Ty będziesz moim jeńcem, a nie ja twoim.
— Uff! Jak może się Nale Masiuw dostać do niewoli?
— Ty w niej już jesteś!
— Teraz?
— Tak.
— Old Shatterhand wygłasza rzeczy, których nie może udowodnić.
— Dowód masz przed oczyma. Oglądnij się.
— Pshaw! Widzę blade twarze — rzekł z giestem nieskończonego lekceważenia.
— Te blade twarze — to wyćwiczeni żołnierze, którym twoi żołnierze nie stawią czoła.
— To psy, którym skórę zdejmiemy żywcem przez uszy. Ani jedna taka blada twarz nie dotrzyma pola czerwonemu mężowi.
— To powiedz-no, czy Apacze są wojownikami.
— Są nimi.
— Dowiedz się zatem, że tyły waszego obozu zamknięte są przez Apaczów.
— Old Shatterhand kłamie.
— Nie kłamię, a ty sam wiesz, że mówię prawdę. A może będziesz twierdził, że nie słyszałeś okrzyku wojennego Apaczów? Czy jesteś głuchy?
— Ilu ich jest?
Nie byłem oczywiście tak szczerym, by mu powiedzieć, że było ich tylko pięćdziesięciu, więc odrzekłem:
— Tylu, że sami wystarczą do zniszczenia was.
— Niech się pokażą.
— Zobaczysz ich, kiedy mnie się spodoba.
— Z jakiego szczepu?
— Z Meskalerów, do którego należymy, Winnetou i ja.
Na to imię podniósł głowę i spytał:
— Gdzie Winnetou?
— Na Llano Estacado.
— Niech się pokaże, jeśli mam temu wierzyć.
— Zobaczysz go. On jedzie z pięćdziesięciu Apaczami przed Wupą Umugi.
— Uff, uff!
— I wbija w ziemię paliki, które Komanczów zaprowadzą do zguby.
— Uff, uff! — zawołał znowu.
— Winnetou wykonuje tę pracę zamiast młodego wodza Sziba Bigha, który nie może jej wykonać, gdyż wzięliśmy go do niewoli. Teraz obłąka Winnetou Komanczów swoimi palikami, tak, jak Sziba Bigh chciał białych jeźdźców zaprowadzić na śmierć z pragnienia i głodu.
Każde z wymówionych przeze mnie słów było dla Nale Masiuwa ciosem. Próbował zapanować nad sobą, ale nie zdołał zupełnie ukryć rozdrażnienia. Głos drżał mu, kiedy pytał w lekkim na pozór tonie.
— Nie rozumiem, co Old Shatterhand mówi; niechaj powie wyraźniej!
— Wiesz dobrze, co mam na myśli.
— Nie.
— Nie kłam. Czy sądzisz naprawdę, że zdołasz zwieść Old Shatterhanda? Nie udałoby ci się to nawet wtedy, gdyby w twojej głowie była mądrość wszystkich wodzów Komanczów, chociaż tak nie jest. Wszak od ciebie pochodzi ten plan, który mieliście wykonać.
— Jaki plan?
— Wyprowadzenia białych jeźdźców w pole zapomocą fałszywie wbitych palików.
— Old Shatterhand śni widocznie!
— Nie zaprzeczaj! Ty kłamiesz, ale ja mówię z tobą zupełnie szczerze. Kiedy zostałeś pobity, posłałeś po nowych stu wojowników. Równocześnie wysłałeś dwu ludzi nad Błękitną Wodę do Wupy Umugi, żeby mu donieśli o twoim planie. Podsłuchałem ich, zanim przeszli przez Rio Pecos.
— Uff! Wyrzucę ich z szeregu wojowników!
— Uczyń to! Tacy nieostrożni i gadatliwi nie są godni nazwy wojowników. Podsłuchałem także samego Wupę Umugi i dowiedziałem się o wszystkiem, tak, że nie domyślał się tego.
Na to nic nie odpowiedział, lecz oko jego wbiło się potem we mnie badawczo; przytem zdawało się że mu coś drży pod powiekami, jak gdyby z hamowanej trwogi. Mówiłem dalej:
— Podsłuchałem także owych sześciu ludzi, wysłanych przez Wupę Umugi na zwiady. Musieli zginąć w Alczeze-czi.
— Uff! Dlatego nie wrócili i dlatego nie zastaliśmy ich tutaj!
— Wyjaśni ci się jeszcze niejedno. Winnetou pojechał czemprędzej na Llano Estacado, ażeby ostrzedz Bloody Foxa a przedtem posłał po tylu wojowników, ilu potrzeba do udaremnienia waszego zamachu. Z tymi Apaczami pośpieszyłem naprzód i wziąłem do niewoli Sziba Bigha z pięćdziesięciu wojownikami, kiedy wtykali pale, mające poprowadzić za nimi Wupę Umugi.
— Czy mówisz prawdę? — wykrztusił z trudem.
— Tak, mówię prawdę. Potem tak, jak wy chcieliście uczynić białym jeźdźcom, powtykaliśmy fałszywie paliki. Postarał się o to Winnetou z pięćdziesięciu Apaczami, których ślady miał Wupa Umugi uważać za ślady będących z Sziba Bighem Komanczów.
— Uff! To podsunął wam zły Manitou.
— Dobry Manitou. Zły jest waszym doradcą, nie naszym. Teraz jedzie Wupa Umugi za Apaczami i sądzi, że ma przed sobą Sziba Bigha. Zajdzie na bezwodną pustynię, gdzie go tak otoczą kaktusy, że będzie się musiał poddać, jeśli nie zechce zginąć z głodu i z pragnienia.
— Old Shatterhand jest najzłośliwszą i najgorszą bladą twarzą! — syknął z wściekłością.
— Sam w to nie wierzysz i wiesz, że mam względem wszystkich czerwonych mężów tylko dobre zamiary. Teraz chcę was także sprowadzić na dobrą drogę i doprowadzić do zawarcia pokoju z nieprzyjaciółmi.
— My nie chcemy pokoju!
— To zbierzecie krew; jak chcecie. Gdy dziś nadjechali biali jeźdźcy, ostrzegłem ich i powiedziałem im, że zdążasz za nimi z twoimi wojownikami. Wobec tego połączyli się z moimi Apaczami i zaczaili się tutaj na was. Teraz jesteście tak osaczeni, że nikt z was ujść nie zdoła.
— Będziemy walczyli!
— No — spróbujcie!
— Próbować? To się musi udać!
— Pshaw! Sto strzałów bladych twarzy, które tu widzisz — do tego moja strzelba czarodziejska i strzelba OId Surehanda, która nigdy nie chybia.
— Old Surehand jest tutaj?
— Tak.
— Gdzie?
— Znajduje się tam na górze z Apaczami, których kule także coś znaczą. Nie podobna wam umknąć.
— Zwodzisz mnie, ażeby mnie skłonić do poddania.
— Powiadam prawdę.
— Sziba Bigh nie jest w niewoli.
— Jest w niewoli a dowiodę ci tego, skoro ci powiem, że miał ze sobą trzydziestu Nainich i dwudziestu Komanczów ze swojego szczepu.
— A Wupa Umugi nie zabłądzi.
— Jest na drodze do pułapki, w której chcemy go złapać. Powiem ci nawet, że, kiedy on obozował nad Błękitną Wodą, udałem się na Kaan Kulano, gdzie mieszka jego plemię i zabrałem stamtąd jego wszystkie worki z gusłami.
— Uff! Ukradłeś je?
— Zdjąłem je z włóczni, wbitych przed namiotem.
— W takim razie zgubiony, zgubiony!
— Pewnie, jeśli z nami nie zawrze pokoju, a uczyni to choćby jedynie dlatego, żeby odzyskać gusła, nie licząc już śmierci w męczarniach pragnienia.
Nale Masiuw schylił głowę i nic nie odrzekł.
— Zrozumiesz teraz — mówiłem dalej — że nie możesz liczyć ani na Sziba Bigha, ani na Wupę Umugi. I tobie nie pozostaje nic innego, jak tylko się poddać.
Milczał przez długą chwilę. O czem myślał, co się w nim działo? Miał minę wielkiego przygnębienia, ale ponieważ pokazywał ją, nie dowierzałem mu właśnie. Spojrzał w górę i spytał:
— Co się stanie z Sziba Bighem i jego ludźmi?
— Puścimy ich na wolność, ponieważ między nami krew jeszcze nie popłynęła.
— A co zrobicie z Wupą Umugi?
— I on pójdzie wolno z wojownikami, jeśli będzie miał rozum i nie zechce się bronić.
— A co czekałoby mnie i wojowników, gdybyśmy się wam teraz poddali?
— Także wolność.
— Kiedy?
— Skoro tylko postanowilibyśmy.
— A łupy?
— My nie pragniemy łupów; tylko Apacze zażądają waszych koni.
— Czy dasz im je?
— Tak.
— Przecież one do nas należą.
— Rozpoczęliście walkę i musicie ponosić skutki. Sprawiedliwość wymaga odszkodowania dla tych, których zaatakowaliście i chcieliście zabić. Cieszcie się, jeśli z życiem ujdziecie.
— Ależ nam koni potrzeba.
— Tak, do wypraw rozbójniczych. Nie mając ich, będziecie musieli zachować spokój.
— Byliśmy zawsze przyjaciółmi pokoju i zgody.
— Nie mów takich śmieszności! To Komancze wszczynali zawsze niezgodę i walki; wiesz to sam tak dobrze, jak ja.
— Ale broń nam zostanie? — pytał dalej.
— Ja nie wiem.
— Musisz wiedzieć!
Przy tych słowach zabłysnęły mu oczy a prawa ręka wsunęła się zwolna za plecy. Wiedziałem, że teraz prawdopodobnie nastąpi zamach na mnie — odpowiedziałem jednak całkiem spokojnie i swobodnie:
— Ja nie mogę teraz nic wiedzieć, ponieważ muszę naradzić się z Winnetou i Old Surehandem.
— Czy zażądasz, żeby nam ją zostawiono?
— Strzały, łuki, noże i tomahawki będziecie mogli zatrzymać. Potrzeba wam ich do polowania, z którego żyjecie.
— Ale strzelby?
— Te wam odbierzemy, gdyż bez nich właśnie nie moglibyście prowadzić wojen i musicie się zachować spokojnie.
Mogłem mu odpowiedzieć inaczej i dać mu przyrzeczenie, którego się spodziewał, a może byłby zaniechał podstępnego zamachu, ale z jednej strony byłaby mnie raziła choćby najmniejsza koncesya dla tego człowieka, a z drugiej zdawało mi się, że dzięki jego podstępowi łatwiej dostanę go w ręce.
— Zachować się spokojnie? — spytał. — Nie chcemy tego, lecz walki. Oto ją masz!
Ostatnie trzy słowa wymówił głosem podniesionym. Oczy mu się zaiskrzyły, korpus nachylił się ku mnie z błyskawiczną szybkością a w prawej ręce zabłysnął nóż. To szczególne! Stało się zupełnie tak, jak przepowiedziałem komendantowi. Miałem się na baczności i na jego szybkość odpowiedziałem szybkością. Jednym chwytem lewej ręki ująłem jego prawicę z nożem, poczem, wstając, uderzyłem go tak mocno dwa razy w skroń, że padł, jak lalka, bez życia.
Z nożem w ręku zerwałem się całkiem i zawołałem do patrzących z napięciem Komanczów:
— To zdrada! Nale Masiuw chciał mnie przebić! Macie tu jego nóż!
Odrzuciłem go daleko ku nim — potem chwyciłem ogłuszonego wodza za pas, podniosłem, zarzuciłem sobie na plecy i pobiegłem z nim ku naszym pozycyom.
Na ten widok zerwało się za mną ogromne wycie, a niektórzy z Komanczów puścili się za mną w pogoń. Wtem huknęło z góry kilka ślepych strzałów. To Old Surehand dał rozkaz nastraszenia Komanczów i cel swój tem osiągnął. Zaniechali ścigania mnie, tylko wycia i biadania trwały w dalszym ciągu.
Wodza związano, poczem wziąłem sztuciec do ręki i ruszyłem znowu ku wodzie. Przyszedłszy na doniosłość głosu, dałem znak, żeby milczeli, a gdy umilkli, zawołałem:
— Niechaj wojownicy Komanczów wysłuchają uważnie tego, co im powie Old Shatterhand. Oni wiedzą, że wódz ich wziął nóż na naradę, chociaż postanowiono przyjść na nią bez broni. Nale Masiuw chciał mnie przebić, poczem ludzie jego mieli na nas uderzyć. Byłem ostrożny i udaremniłem to. Pięść Old Shatterhanda grzmotnęła nim o ziemię, lecz nie zabiła go, tylko ogłuszyła. Skoro przyjdzie do siebie, pomówię z nim jeszcze. Aż do tej chwili nic wam się nie stanie, jeśli zachowacie się spokojnie. Gdybyście jednak próbowali umknąć, lub gdybyśmy usłyszeli jeden wystrzał, spadną na was w tej chwili setki kul. Powiedziałem. Howgh!
Groźba ta wywarła zamierzony skutek. Komancze utworzyli zbitą, ruchliwą kupę, lecz zachowali się spokojnie. Gdy powróciłem i ukląkłem obok Nale Masiuwa, rzekł komendant:
— Czy rzeczywiście chciał was przebić?
— Tak.
— A wy ufaliście mu?
— Nie, domyśliłem się natychmiast, że nóż za sobą położył.
— Dobrze, że ja nie byłem na waszem miejscu!
— Ja też tak myślę.
— Nie posiadam bystrości waszych oczu. Mnie byłby prawdopodobnie przebił.
— Hm! Kto wie, czy uważałby to za godne wysiłku.
— Godne wysiłku? Czy to ma znaczyć, że nie jestem godzien pchnięcia ani naboju?
— Chciałem tylko powiedzieć, że czerwony ośmiela się na taki zuchwały czyn tylko wtedy, jeśli mu idzie o usunięcie z drogi człowieka, niezwykle dlań niebezpiecznego.
— Aha! Co uczynimy z tym zdrajcą i łotrem? Proponuję... hm, hm!
— Co?
— Żeby go haniebnie powiesić. Łotr, który podczas takiej narady łamie słowo, musi dyndać, bezwarunkowo dyndać!
— Choćby i nie to, zrobię z nim jednak krótki proces. To dobrze, że swego worka z gusłami nie zostawił w obozie, lecz ma na szyi.
— Czemu?
— To zrobi go przystępniejszym. Zaczekajmy, dopóki się nie zbudzi, co niebawem nastąpi.
— Hm! W takim razie mogę was tymczasem o coś zapytać.
— O co?
— Podczas waszej rozmowy z tym łotrem, rozważyłem sobie jeszcze raz dokładnie to, o czem mówiliśmy przedtem.
— I rozmyśliliście się?
— Tak.
— O ile?
— Sprzeciwia się to wszelkim wojskowym tradycyom i zwyczajom, żeby zwyciężać takich rabusiów, i nie karać ich potem. Czy wam się zdaje, że uporacie się z Komanczami beze mnie?
— Tak; nie potrzeba mi was do tego.
— To wolałbym nie iść na Llano. Jak daleko musiałbym się posunąć?
— O dwa dobre dni drogi.
— Do stu piorunów! To daleko. Nie mamy z sobą tyle zapasów żywności. Nie weźmiecie mi za złe, jeśli...
Wstydził się trochę dokończyć zdania, ale, mówiąc szczerze, było mi to na rękę, że mogłem się pozbyć jego ludzi. Poco mieli się dowiadywać o oazie i o innych tajemnicach? Odpowiedziałem zatem z gotowością:
— Jeśli wrócicie? O, nie mam nic przeciwko temu.
— Rzeczywiście nie?
— Nie, ani trochę.
— To mnie cieszy, bardzo cieszy; dałem się tu zwabić na Llano. Moje właściwe zadanie leży tam, na równinie za Mistake Canonem, a z tym Nale Masiuwem zderzyłem się tylko dlatego, że sam zabiegł mi drogę. Powrócę, zaczekawszy tu tylko, dopóki nie załatwicie się z tymi Komanczami.
— A zatem nie powrócicie bez korzyści.
— Jakto?
— Będziecie mieli zdobycz. Cóżbym zrobił z tymi czerwonymi? Wlec ich ze sobą przez Llano, karmić, poić i czuwać nad nimi, jako jeńcami? Mogę sobie w tem ulżyć. Wam ich zostawię.
— Mnie? Oh!
— Tak. Musicie mi przyrzec, że darujecie im życie.
— Daję wam na to słowo.
— Well! Zabierzcie tych drabów aż za Rio Pecos, ażeby nie mogli tutaj powrócić i narobić mi jakich głupstw. Tam odbierzecie im broń i konie i puścicie ich wolno.
— A to, co im odbierzemy, mamy sobie zatrzymać?
— Naturalnie.
— To zabiorę ich dalej, jeszcze dalej, ażeby wam tutaj nie przeszkadzali. Przecież oni pochodzą z dalszych stron. Nieprawdaż?
— Tak. A więc zgoda między nami?
— Zupełna zgoda. Daję wam jeszcze raz rękę na to, że im nic nie uczynię. Czy jesteście teraz zadowoleni?
— Zupełnie.
— Ja także. Ale patrzcie, ten drab się rusza i otwiera oczy. To było takie uderzenie, jakie tylko Old Shatterhand umie zadać. Nie bardzo chciałbym je dostać.
Wódz przyszedł do siebie. W pierwszej chwili nie wiedział widocznie, co się z nim stało, ale potem sobie przypomniał.
— Widzisz, że dotrzymałem słowa? — rzekłem do niego. — Jesteś moim jeńcem.
Przy tych słowach zdjąłem mu z szyi worek z gusłami i wydobyłem z kieszeni zapałki. Na ten widok zawołał z przestrachem:
— Co chcesz zrobić z gusłami?
— Spalę je.
— Uff, uff! Moja dusza ma zginąć?
— Tak, zasłużyłeś sobie na to. Złamałeś słowo i chciałeś mnie zabić. Poniesiesz za to karę trzykrotną. Powieszą cię, zabiorę ci kosmyk skalpowy i spalę twój worek z gusłami.
Powieszenie jest dla Indyanina najhaniebniejszym rodzajem śmierci. Woli umrzeć śmiercią powolną, pełną bolu, ale honorową śmiercią, męczeńską, A dalsze dwie groźby były także okropne. Miałem mu zabrać kosmyk skalpowy, bez którego niema życia za grobem i spalić gusła; tem gubiłem jego i duszę jego na wieki! Spróbował rozerwać mocne więzy i krzyknął w przerażeniu:
— Tego nie uczynisz, nie uczynisz!
— Uczynię!
Potarłem zapałkę i podsunąłem mały płomyk pod worek z gusłami tak, że zaczął dymić natychmiast.
— Stój, stój! — zaryczał. — Oszczędź mnie! Zabierz mi życie, ale zostaw mi duszę. Co mam uczynić, co mam uczynić, żeby cię skłonić do spełnienia mojej prośby?
Odjąłem zapałkę i odrzekłem:
— Jest tylko jedna droga ocalenia dla ciebie i twojej duszy, jedna jedyna.
— Jaka? Mów prędko!
Oczy wylazły mu z głowy pod wpływem przerażenia, gdyż w ręku miałem już drugą zapałkę.
— Każ twoim ludziom się poddać i złożyć broń!
— Nie mogę!
— To giń i bądź zgubiony.
Zapałka zapłonęła a worek znów zaczął dymić. Nato zaczął wódz wrzeszczeć tak, że słychać go było daleko.
— Stój, stój! Ja to uczynię! Ja dam ten rozkaz!
— Dobrze! Ale nie próbuj zyskać na czasie lub mnie oszukać. Daję ci silne i niezłomne słowo, że jeśli na chwilę zechcesz się ociągać z daniem rozkazu, nie będę czekał na żadne dalsze prośby i spalę gusła. Przyrzekłem i słowa mego dotrzymam.
— Uczynię to pewnie, całkiem pewnie. Niech całe plemię pójdzie do niewoli, bylem ja miał moje gusła. Co postanowiliście uczynić z jeńcami?
— Puści się ich na wolność a ciebie także.
— I zatrzymamy worki z gusłami?
— Tak.
— To niech przyjdzie Senanda Khasi[35], który jest drugim wodzem. Dam mu rozkaz, a on go wykona.
Wróciłem do Komanczów. Widząc, że wymieniony usłuchał wezwania i przyszedł rzeczywiście, rzekł do mnie komendant:
— Jaką wy macie władzę nad tymi ludźmi, sir! Mnie nie przyszłoby na myśl zapalać guseł.
— To właśnie wam powiedziałem. Należy znać zwyczaje i zapatrywania czerwonych, wtedy można się zabezpieczyć przeciwko wielu rzeczom, wobec których laik jest bezbronny.
Senanda Khasi poszedł, nie patrząc na nas, do wodza i usiadł obok niego. Rozmawiali po cichu, ale zwidocznem wielkiem rozdrażnieniem. Potem podniósł się niższy dowódca, zwrócił się do mnie i powiedział:
— Old Shatterhand zwyciężył nas tym razem jednem uderzeniem pięści i podstępem, ale nadejdzie lepszy dzień, kiedy wielki Manitou będzie dla nas łaskawszy. Jesteśmy gotowi dać się wziąć do niewoli i wydać wam broń naszą. Gdzie ją mamy złożyć?
— Niechaj przychodzi po dziesięciu i składa ją tu, koło wodza. Ale zapamiętaj sobie, że kto jedną sztukę ukryje, będzie zastrzelony.
Odszedł, a wkrótce potem zaczęli nadchodzić Komancze grupami po dziesięć osób i wydawać strzelby, noże, tomahawki, strzały, łuki, włócznie, proch i kule. Gdy się to stało, rzekłem do komendanta:
— Oddaję wam tych jeńców, a teraz do was już należy postarać się o ich zabezpieczenie. Nie pozwólcie uciec któremu!
— Nie obawiajcie się, sir! Cieszę się, że ich mam. Wezmę ich najpierw pomiędzy nas i każę powiązać ich własnymi rzemieniami.
Kiedy żołnierze wykonywali ten rozkaz, poszedłem znowu naprzód, złożyłem dłonie w tubę przy ustach i zawołałem do Old Surehanda:
— Sis inteh peniyil! — Niech przyjdą Apacze!
Okrzyk ten zrozumiano, i w kilka minut potem przyjechał Old Surehand cwałem na czele Apaczów.
Wyszedłem naprzeciw niego, on zaś zeskoczył z konia i zapytał:
— Widzieliśmy, że wódz chciał was przebić, ale daliście mu za to porządnie. Jaki skutek? Oto leży wszystka broń, Indyanie otoczeni przez dragonów. Czy musieli się poddać?
— Tak.
— Jak zabraliście się do tego?
— Zagroziłem, że spalę worek z gusłami Nale Masiuwa.
— To dobre. Głupcy, żeby być tak zabobonnymi! Ale co my z nimi poczniemy? To niewygoda wlec ich wszystkich ze sobą. Przytem musieliby zobaczyć oazę.
— Nie. Komendant wpadł na dobrą myśl, żeby nie jechać z nami, lecz zawrócić. Oddałem ich jemu. Weźmie sobie za to ich broń i konie a wypuści ich dopiero po tamtej stronie rzeki Pecos.
— Well! To najlepsze ze wszystkiego. Pojedziemy więc bez dragonów za Wupą Umugi?
— Tak.
— Kiedy?
— Nie mamy tu już nic do czynienia. Konie już napojone i woda we worach. Możemy zaraz wyruszać.
— To nie bawmy za długo. Im rychlej nastąpimy na Nainich, tem lepiej.
— Tak, ale najpierw pożegnajmy się serdecznie z kochanym komendantem.
Wsiadłem na konia i pojechałem do niego z Old Surehandem.
— Odjeżdżacie już panowie? — zapytał. — Żal mi istotnie, że nie możemy razem dłużej pozostać.
— Nam także — odpowiedziałem. — Mielibyście dłużej sposobność poznania głupich grabarzy.
— Oh... oh...! — bąkał przeciągle.
— Może teraz już wiecie, jaka odzież więcej znaczy: czy bluza westmana, czy też mundur oficera dragonów. Weźcie to sobie do serca i bądźcie zdrowi.
— Bądźcie zdrowi! — powtórzył, jak echo, z jeszcze większem zakłopotaniem, niż przedtem.
Odjechaliśmy na czele Apaczów. W kilka minut potem straciliśmy już Sto Drzew z oczu. Jechaliśmy od tyki do tyki, szeroko wydeptanym tropem Nainich. Im dalej posuwaliśmy się naprzód, tem ciaśniej zamykaliśmy kaktusową pułapkę, do której pędziliśmy ich przed sobą.




„Pan generał“.

Porównywając czas, w którym Wupa Umugi porzucił Sto Drzew, z czasem, kiedy odjeżdżaliśmy stamtąd, i przypuściwszy, że z powodu spiekoty dziennej nie natężał koni zanadto, mogliśmy z łatwością obliczyć sobie odległość, jaką zyskał przed nami. Ponieważ jechaliśmy prędko, spodziewaliśmy się, że najpóźniej we dwie godziny po południu będziemy tak blizko niego, że dojrzymy jego Komanczów.
Ale tak się nie stało. Kiedy poznaliśmy po stanie słońca, że już minęła trzecia godzina, wysilaliśmy napróżno wzrok, ażeby dostrzedz czerwonych. Tylko trop ich był taki świeży, że nie mogli być od nas dalej, jak o trzy mile angielskie. Podpędziliśmy konie, i niebawem dostrzegłem przez lunetę na południowo-wschodnim widnokręgu mały oddział jeźdźców, kierujących się widocznie wbitemi w ziemię tykami i dążących w tę samą stronę, co my.
— Byliżby to Naini? — zapytał z powątpiewaniem Old Surehand.
— Z pewnością — odpowiedziałem.
— Hm! Nie przysiągłbym się na to.
— Czemu? Czy sądzicie, że oprócz nich nas są jeszcze ludzie, jadący teraz przez Llano?
— Czy byłoby to takie nieprawdopodobne?
— Nie, lecz ci trzymają się tyk.
— To niczego nie dowodzi.
— O, i owszem! Jadą na południowy wschód, więc musieli przybyć z północnego zachodu, a zatem stamtąd, skąd my także jedziemy. Bylibyśmy musieli ich widzieć.
— Może nadeszli z północy i zboczyli podług palików.
— Nie; to są Komancze.
— Ależ ich jest półtora setki.
— To nic! To jest tylna straż.
— Czy sądzicie, że Wupa Umugi odgrodził się od nas tylną strażą?
— Tak.
— Czemu?
— Tak. Oni mają uważać i donieść mu o naszem nadejściu. Mówiąc „naszem“, nie mam oczywiście na myśli nas, lecz dragonów, o których sądzi, że idą za nim. O nas i o naszych Apaczów nie ma wcale obawy.
— To zdanie ma pewną słuszność.
— Nietylko pewną, lecz zupełną, jest bez wątpienia słuszne. Zobaczycie to zaraz, skoro tylko zbliżymy się do nich tak, że rozpoznają nas gołem okiem.
— Well, spróbujmy.
Ruszyliśmy szybciej, niż dotychczas, i pokazało się wkrótce, że miałem słuszność, gdyż, skoro tylko dosięgliśmy ich oczyma, zatrzymali się na kilka chwil. Zobaczyli nas także, poczem puścili konie cwałem i rychło zniknęli nam z oczu. Chcieli w tej chwili donieść Wupie Umugi, że dragoni nadciągają. Uważali nas za nich, bo z takiego oddalenia nie mogli nas rozpoznać ani policzyć.
Nam był na rękę ten pośpiech, ponieważ z nastaniem nocy musieliśmy dojechać do punktu, skąd było najbliżej do oazy. Przybyliśmy też tam w nocy. Dalej nie mogliśmy się posuwać, gdyż Komancze musieli teraz rozbić obóz, nam zaś nie mogło zależeć na zderzeniu się z nimi już teraz. Stąd aż do pola kaktusowego mieliśmy jeszcze dzień drogi. Zostawiłem więc tu na straży pięciu Apaczów, a z resztą pojechałem do oazy, gdzie dostaliśmy się w godzinę.
Winnetou nie wrócił tam oczywiście jeszcze ze swoimi Apaczami, a Bloody Foxa, który był ich przewodnikiem, także jeszcze w domu nie było. Parker Hawley byli niezadowoleni z tego, że tak długo nie mieli nic do roboty, ale pocieszyłem ich nadzieją jutra, bo mieli się do nas przyłączyć. Ujrzawszy, że Old Wabble’a nie było, zapytał Parker:
— Gdzież ten stary cowboy, sir? Czemu się nie pokazuje?
— Niestety, niema go z nami.
— Czy zostawiliście go przy strażach?
— Nie. Znajduje się u Wupy Umugi i Komanczów Naini.
— U nich? Czy pojechał za nimi na zwiady?
— To także nie. Nie znajduje się za nimi, lecz u nich.
— U nich? Jak to należy rozumieć?
— Zrozumiecie zaraz, skoro wam powiem, że jest u nich w niewoli.
— W niewoli? A do wszystkich dyabłów! Czy to prawda?
— Niestety, tak!
— Czy znów popełnił jakie głupstwo?
— Jeszcze jakie! Mógł nam popsuć całą sprawę — i nie jemu zawdzięczamy, że udało się nam nasz plan uskutecznić.
— To słuszne! Ale dobrze wam tak, mr. Shatterhandzie.
— Jakto? Was to cieszy, jak się zdaje!
— Pewnie. I złoszczę się i cieszę. Naco wzięliście go ze sobą? Jesteście tacy zakochani w tym starcu, że może robić głupstwa jedno za drugiem, a wam ani na myśl nie przyjdzie zrobić to, co byłoby najwłaściwsze.
— Co?
— Napędzić go dyabła.
— To właśnie teraz uczynię.
— Już nie potrzeba.
— Czemu?
— Bo już go niema.
— Ale on wróci.
— Chcecie go wyswobodzić?
— To się samo przez się rozumie.
— Hm, tak! Zostawić go tam wprawdzie nie można, lecz daję wam rzeczywiście i na seryo dobrą radę: wypędzić go zaraz po uwolnieniu. On gotów jeszcze na nas sprowadzić nieszczęście, z którego się nie wywiniemy. Ale wam też ciągle chodziło o niego i zawsze musiał być przy was, chociaż wiedzieliście, że na niego zdać się nie można. Tymczasem mnie i Hawleya wciąż się na bok usuwa; musimy tutaj siedzieć i nudzić się, a wy tymczasem jeździcie to tu, to ówdzie, bierzecie wszystko na siebie i przeżywacie najpiękniejsze przygody. Wyobrazicie sobie, że nas to gniewa; zasługujemy przynajmniej na tyle zaufania, co Old Wabble.
— No, no, to brzmi, jak wyrzut, mr. Parkerze!
— I jest nim, i ma nim być! My przecież także żyjemy i jesteśmy na dzikim Zachodzie nie na to, by muchy łapać lub polować na glisty. Przyznać musicie, że nas ustawicznie usuwano w kąt.
— Cieszcie się, że nie żądam od was udziału w czemś, co narażałoby na szwank wasze życie.
— Nasze życie! Czyż ono więcej warte od waszego? A może uważacie nas za ludzi trwożliwych? Wypraszamy to sobie!
Byłby rezonował jeszcze dłużej, gdyby nie był nadszedł Bob. Ujrzawszy nas, zawołał z radością:
— Oh, oh, massa Shatterhand i massa Surehand znowu tu! Masser Bob zaraz wiedzieć, co zrobić: buty przynieść?
— Tak, pozbądźmy się mokasynów.
Pobiegł i przyniósł buty, które wdzialiśmy zamiast indyańskich. Następnie spytałem Boba:
— Co tam z Sziba Bighem? Jest jeszcze.
Zrobił minę nie do opisania i odrzekł:
— Już go niema.
— Co? Nie?
— Nie. Sziba Bigh pójść precz!
Roześmiał się przy tem całą twarzą i otworzył usta tak szeroko, że można mu było pomiędzy dwa rzędy wspaniałych zębów zaglądnąć aż do gardła. Chciał sobie ze mnie trochę zażartować, ja zaś przystałem na to, pytając z udanym strachem:
— Precz? Przecież chyba nie umknął.
— Tak, umknąć.
— Słuchaj, Bobie, przypłaciłbyś to życiem, gdyby on umknął rzeczywiście. Ręczyłeś mi własną głową za niego!
— A więc massa Shatterhand zastrzelić Boba. Sziba Bigh precz, całkiem precz. Massa Shatterhand wejść i przekonać się.
— Tak jest, ja się przekonam. Tu siedzi kula, którą ci wpakuję w głowę, jeśli jeńca niema w izbie.
Wyjąłem rewolwer i wymierzyłem w niego, poczem udaliśmy się do domu. Otworzył drzwi, wskazał do środka i rzekł:
— Tu zobaczyć. Nikt nie być.
Widok, jaki mi się teraz przedstawił, omal nie pobudził mnie do śmiechu. Młody wódz stał oparty o ścianę i patrzył ku nam roziskrzonemi z wściekłości oczyma. Właściwie nie opierał się wprost o ścianę, bo między nim a nią znajdowało się coś jeszcze. Było to ośm długich tyk, złożonych przez Murzyna w gwiazdę, związanych rzemieniem i przymocowanych czerwonemu do grzbietu. Gwiazda była tak wielka, że wystawała poza ciało wodza w górę i na boki. Z tą gwiazdą na plecach nie mógł Sziba Bigh wyjść drzwiami. Czy to stojąc, czy leżąc, czy też w jakiej innej pozycyi, musiał się zawsze zaczepić. Wygodne mu to nie było, i to prawdopodobnie był powód gniewu, z jakim na nas patrzył.
— Przecież on jest; tam stoi! — rzekłem do Boba, udając ździwienie.
— Tak, on być! — roześmiał się z przyjaznym wyrazem twarzy.
— A więc nie uciekł.
— Nie.
— A przecież tak powiedziałeś.
— Bob tylko żartować, pięknie żartować! Przecież Bob nie dać uciec Indyaninowi, skoro ma na niego uważać!
— Ale cóżeś mu przywiązał do pleców?
— Przecież massa Shatterhand widzieć. Indyanina nie bić, nie zakłuć, nie zastrzelić i nie wypuścić. Masser Bob być mądry i przebiegły — i przywiązać ośm długich tyk na plecach.
— Hm! Czy on na to pozwolił?
— Nie chcieć, ale masser Bob powiedzieć, że dać mu dużo policzków, a on potem dać sobie to całkiem spokojnie zrobić. Czy masser Bob nie być mądry i przebiegły, jak mucha na nosie?
Nie mogłem mu odpowiedzieć na to pełne ufności w siebie pytanie, bo Sziba Bigh zawołał z gniewem:
— Uff! Niech mnie biały brat uwolni zaraz od tych tyk.
— Czemu? — zapytałem spokojnie.
— Czy to się godzi dręczyć wodza w ten sposób?
— Ty nie jesteś tu wodzem, lecz jeńcem.
— Nie mogę usiąść ani leżeć.
— No, to musisz stać.
— Zdawało mi się, że Old Shatterhand traktuje nieprzyjaciół tak samo, jak przyjaciół!
— Jestem twoim przyjacielem. Tego nie zmieniają tyki na twoich plecach.
— Ależ to męka!
— Sądzę, że o ból nie dbasz.
— Pshaw! Nie ból mnie męczy. Czemu dałeś nigrowi rozkaz, żeby ze mną to zrobił?
— Ja mu tego nie nakazałem.
— A więc zrobił to z własnej woli?
— Tak.
— To zabiję go, skoro tylko odzyskam wolność.
— Tego nie zrobisz.
— Zrobię.
— W takim razie już nigdy nie będziesz wolny. Kazałem mu rozkrępować cię i dobrze się z tobą obchodzić. Czy byłeś głodny?
— Nie.
— Albo spragniony?
— Nie.
— Więc miałeś wszystko, czego ci było potrzeba. Na co się uskarżasz?
— Na to, że przywiązał mi do pleców te tyki. Takich rzeczy nie robi się z wodzem Komanczów!
— Gdzie to napisane, albo kto to powiedział? Czy mówią o tem stare wampum, albo podania Komanczów? Nie! Że to się robi, doświadczyłeś teraz na sobie samym. A kto temu winien, że to się stało? Ty sam!
— Nie.
— Owszem! Powiedziałeś, że umkniesz, skoro tylko nadarzy ci się sposobność do tego. Murzyn musiał ciebie pilnować i zabrał ci tę sposobność zapomocą tej gwiazdy. Musisz przyznać, że spełnił tylko swoją powinność.
— Ależ on mnie tem ośmieszył. Wolę najgorsze bole od noszenia tego drzewa.
— Tego nie mógł się sam domyśleć; miał dobre zamiary. Gdybyś mi dał słowo, że nie umkniesz, byłbyś mógł siedzieć na wolnem powietrzu i doznawać wszelakiej czci, należącej się wodzom.
— Mnie nie wolno dać tego słowa.
— Wolno!
— Nie!
— Wolno ci to uczynić, gdyż opór twój nie przydałby się na nic.
— Odszukałbym naszych wojowników i ostrzegłbym ich rychło.
— Nie znalazłbyś ich!
— Ja ich odnajdę!
— Nie. Nie wiesz, gdzie się znajdują.
— Wiem.
— Nie, bo nie masz pojęcia o tem, co się dzisiaj stało.
— Czy mogę się dowiedzieć?
— Właściwie nie, ale mimo to powiem ci o tem. Z tej szczerości powinieneś poznać, że jesteśmy pewni swojej sprawy i że ucieczka twoja nie przydałaby się na nic.
— Więc mów!
— A więc najpierw — czy wierzysz, że przejrzelibyśmy wasze plany?
— Wiem, że je znacie.
— Chcieliście wywieść w pole białych jeźdźców i przy tej sposobności opanować oazę. Jechałeś przodem, ażeby pokazać drogę Wupie Umugi. Potem chcieliście tyki powbijać kędy indziej i zwabić za sobą blade twarze. Za nimi miał przyjść Nale Masiuw, by ich otoczyć i odciąć odwrót. Czy tak jest?
— Mój biały brat to odgadł.
— Tak, muszę to dobrze wiedzieć, bo inaczej nie przyznałbyś mi racyi. Następnie sam wiesz najlepiej, jak wzięliśmy cię do niewoli, zanim zdołałeś Wupie Umugi pokazać drogę tutaj.
— Wiem to.
— Widziałeś także, iż Winnetou odjechał z pięćdziesięciu wojownikami, ażeby powyjmować paliki i powtykać je we fałszywym kierunku.
— Widziałem.
— Well. Odjechaliśmy potem stąd, ażeby obserwować Komanczów. Przybywszy do Stu Drzew, zobaczyliśmy, że Winnetou dobrze zrobił swoją rzecz. Paliki szły w kierunku, który Wupę Umugi razem z jego ludźmi zawiedzie na pustkowie, gdzie niema wody.
— Uff!
— Tak, powiem ci nawet jeszcze otwarciej, że zastawiliśmy na niego daleko niebezpieczniejszą pułapkę, aniżeli sobie wyobrażasz. Paliki zawiodą go jutro w sam środek wielkiego, nieprzebytego pola kaktusowego, z którego niema wyjścia. Droga zawiedzie go do środka, ale już nią nie wróci.
— Uff!
— Pojedzie przeszło godzinę, zanim dojedzie do środka pola kaktusowego. Ponieważ tyki wiodą go w pułapkę, będzie sądził, że to ty je tam powbijałeś i pójdzie za niemi. Będzie sądził, że tą drogą wyjdzie znowu na wolne pole. Tymczasem droga się skończy, i wasi wojownicy nie będą mogli ani iść dalej ani na boki. Nie pozostanie im nic innego, jak zawrócić, ale skoro tylko to uczynią, zobaczą za sobą nas z trzystu Apaczami. Obsadzimy tę drogę i nie wypuścimy ich stamtąd.
— Uff!
Już po raz trzeci wybuchnął tem słowem, bo ze strachu nie mógł nic innego powiedzieć.
— Powiedz mi teraz, co uczynią wasi wojownicy? — mówiłem dalej.
— Będą się bronić.
— Jak się do tego zabiorą?
— Będą strzelali do was.
— Tak ci się zdaje?
— Tak. To wojownicy waleczni, którym ani przez myśl nie przejdzie poddać się bez oporu.
— Mówisz tak, bo znajdujesz się tutaj, w domu, a nie w tamtej pułapce. Droga, wiodąca w kaktusy, jest bardzo wązka, i tylko niewielu jeźdźców może nią jechać obok siebie. Jeśli się wasi wojownicy odwrócą i zechcą do nas strzelać, nie będą mogli stanąć do nas frontem, lecz zatrzymają się długą, wązką linią, jeden za drugim, tak, że tylko pierwsze szeregi będą mogły strzelać. A gdyby to nawet uczynili, nie dosięgłyby nas ich kule.
— Czy sądzisz, że tak licho strzelają?
— Nie. Ale, jak wiesz, mamy strzelby sięgające dalej od ich strzelb. W ten sposób możemy ich zatrzymać w takiem oddaleniu, że nie zdołaliby nas dosięgnąć.
— Uff!
— Będą więc siedzieli w kaktusach i nic nam nie zdołają uczynić.
— A wy? Co wy uczynicie?
— My zaczekamy poprostu, dopóki się nie poddadzą. My mamy wodę, a oni jej nie mają.
— A jeśli się nie poddadzą?
— To zginą z pragnienia.
— Na to przemknął mu po twarzy lekki uśmiech i potem rzekł:
— Old Shatterhand jest człowiek mądry, ale wszystkiego przecież przewidzieć nie może.
— Tak ci się zdaje? Czy znasz drogę, którą Komancze zdołaliby nam się wymknąć?
— Tak.
— Drogę, której ja nie znam?
— Tak. Gdybyś o niej pomyślał, mówiłbyś całkiem inaczej. Howgh!
Rysy jego twarzy nabrały wyrazu ufności. Miał bezwątpienia jakiś pomysł, w jaki sposób mogliby Komancze wymknąć się nam z pułapki. Pomysł ten uważał za doskonały, jak tego dowodziło słowo „howgh“, znaczące tutaj tyle, co zapewnienie.
— Howgh? — zapytałem. — Czy jesteś taki pewny swojej sprawy?
— Tak.
— Jakąż to masz drogę na myśli? Czy Old Shatterhand uważa mnie za takiego niemądrego, że mu to powiem?
— Nie. Niema potrzeby, żebyś mi mówił, bo ja to już wiem. Jeśli sądzisz, że Old Shatterhand nie pomyślał o wszystkiem, to mylisz się bardzo. Sądzę, że powinienbyś mnie znać pod tym względem.
— A więc powiedz, co mam na myśli.
— Zaczekaj jeszcze! Gdybyś nawet wiedział o jakim sposobie ocalenia swoich wojowników, o którym nie pomyślałbym, musiałbyś siebie zapytać, czy oni też wpadną na myśl, która wydaje ci się taką doskonałą.
— Wpadną z pewnością.
— Pięknie! W takim razie weźmiemy ich nietylko z przodu, lecz także z tyłu.
— Uff!
Okrzyk te zabrzmiał, jak głos przerażenia.
— No? — spytałem, śmiejąc się. — Czy Old Shatterhand nie myślał rzeczywiście o wszystkiem?
— Ja... nie wiem tego — odpowiedział z wahaniem.
— Ale ja wiem. Znam tę drogę ocalenia, istniejącą tylko w twojej wyobraźni. Pomyślałeś skrycie: jeśli Komancze wpakują się w kaktusy, to nie muszą jeszcze tracić nadziei; mają noże ze sobą i mogą sobie utorować drogę z zasadzki. Mam słuszność, czy nie mam?
— Uff, uff! — rzekł przygnębiony.
— Tak, uważałeś teraz siebie za bardzo mądrego, ale zważ, jak długo by to trwało, zanim by wycięli taką drogę przez kaktusy. Byłaby wązka i tylko kilku mogłoby nad nią pracować. Upłynęłoby kilka dni na tem. A czy sądzisz, że patrzylibyśmy na to spokojnie?
Milczał.
— Podzieliłbym naszych ludzi i posłałbym jedną połowę na drugą stronę kaktusów, ażeby w ten sposób wziąć waszych wojowników między siebie. Ale moglibyśmy uporać się jeszcze prędzej i zniszczyć wszystkich Komanczów za kilka minut tak, że nie kosztowałoby to nas ani jednego wystrzału.
— Jak?
— Podpalilibyśmy kaktusy.
— Uff! W takim razie musieliby spalić się wszyscy nasi wojownicy!
— Zaiste!
— Old Shatterhand nie uczyni czegoś takiego.
— Nie ufaj tak w moją dobroć!
— Nie, nie uczyni.
— Być może! Chciałem ci w ten sposób powiedzieć tylko, że dla waszych wojowników niema ocalenia: już nam nie ujdą.
— Jeśli ich zamkniecie w ten sposób, to będą musieli się poddać, ale wy nie zdołacie ich tak trzymać w zamknięciu.
— Rzeczywiście?
— Będziecie musieli opuścić zasadzkę.
— Czemu?
— Czyż zapomniałeś, że nadejdzie Nale Masiuw? Zapomniałeś już o nim?
— O, nie zapomniałem bynajmniej.
— W takim razie wiesz, że dąży za wami. Mając jego za sobą, a Wupę Umugi przed sobą, wpadniecie w taką samą pułapkę, w jaką chcecie zwabić Wupę Umugi. Old Shatterhand przyzna mi słuszność?
Twarz jego nabrała pewniejszego wyrazu, lecz ja odrzekłem:
— Nie mogę ci niestety zrobić tej przyjemności. Tymczasem nastąpiło coś, o czem nie dowiedziałeś się jeszcze. A nawet, gdyby położenie było takie, jak sobie myślisz, przeliczyłbyś się, bo za nami nie przybyłby Nale Masiuw.
— I owszem!
— Nie. Przed nim idzie konnica białych, a o niej zapomniałeś.
— Uff! — zabrzmiał wyraz rozczarowania.
— Widzisz teraz, że wszystkie twoje myśli są fałszywe, zaś Old Shatterhand myśli całkiem słusznie. Nawet gdyby nic już nie zaszło, moglibyśmy Wupę Umugi trzymać w zamknięciu, zupełnie spokojni o Nale Masiuwa. On nie mógłby nam w niczem przeszkodzić, bo dragoni wzięliby go na siebie.
— Uff, Uff!
— Ale do tego już wcale nie dojdzie. Mój młody brat przerwał mi przedtem, kiedy mówiłem o Stu Drzewach. Leżeliśmy ukryci całkiem blizko i widzieliśmy, jak nadszedł Wupa Umugi. Nie miał pojęcia o naszej obecności i środki ostrożności uważał za zbyteczne. Dlatego też udało się mnie i Old Surehandowi podejść pod jego obóz i znowu go podsłuchać. Usłyszawszy dość, oddaliliśmy się, niedostrzeżeni przez nikogo. Nazajutrz rano odszedł z Komanczami wzdłuż palików, wetkniętych przez Winnetou.
— W jakim kierunku?
— Mój młody brat pyta się bardzo przebiegle, lecz Old Shatterhand będzie niemniej rozumny i nic mu nie odpowie.
— Gdybyś nawet powiedział, nie mogłoby to przydać się nam na nic.
— O przeciwnie! Gdyby ci się udało uciec dziś jeszcze, wiedziałbyś, w których stronach masz szukać waszych wojowników. Nie dowiesz się więc o tem. Cieszy mnie to zresztą, że wytężasz całą swoją bystrość, ażeby mimo beznadziejności wywieść mnie w pole. Mówię dalej: Gdy Wupa Umugi odszedł, przybyli do Stu Drzew biali żołnierze. Jak sądzisz, co tam zrobiłem?
— Mówiłeś z nimi?
— Tak.
— I ostrzegłeś ich?
— Oczywiście!
— Uff!
— Nietylko ich ostrzegłem, lecz połączyłem z nimi Apaczów na przyjęcie Nale Masiuwa.
— Uff! Czy walczyliście z nim?
— Nie.
— Nie przyszedł wcale? Wysłał może ludzi na zwiady, którzy was zobaczyli i nabrali podejrzenia?
— Nie; wy, Komancze, nie jesteście tacy rozumni. Wysłał wprawdzie ludzi na zwiady, lecz oni nie dostrzegli nas, bośmy się ukryli. Potem nadszedł on sam z całym oddziałem i rozłożył się nad wodą. Widząc ślady białych jeźdźców, sądził, że odeszli za Wupą Umugi. Dlatego nie uważał za potrzebne być ostrożnym, a nam udało się go otoczyć.
— Uff, uff! Otoczono go! Przecież mówisz, że z wami nie walczył.
— Był na to zbyt tchórzliwy i zgodził się na układy ze mną. Siedziałem przy nim sam, a żaden z nas nie miał przynieść broni ze sobą. Ale tak, jak przedtem był tchórzem, tak teraz okazał się podstępnym. Podczas rozmowy dobył nagle noża i chciał mnie przebić.
— Uff! Czy rzeczywiście to zrobił?
— Tak.
— To niegodne wojownika!
— Zwłaszcza, jeśli ten wojownik jest wodzem.
— Czy cię nożem ugodził?
— Nie. Pomylił się też co do mnie, bo uważałem dobrze na niego i miałem się na baczności. Kiedy podniósł nóż, powaliłem go na ziemię.
— Pięścią?
— A czemżeby innem. Nie miałem broni ze sobą.
— Uff, uff! Znowu pięścią! Czy zginął?
— Nie, bo nie chciałem go zabić. Wziąłem go szybko na barki i zaniosłem do Apaczów i do białych wojowników.
— A Komancze nie zdołali ci przeszkodzić?
— Nie mogli, bo stało się to tak szybko, że nie mieli na to czasu. A potem nie mogli zbliżyć się do nas, bo zabilibyśmy ich wodza. Gdy przyszedł do przytomności, zagroziłem mu odebraniem kosmyka skalpowego, spaleniem worka z gusłami i powieszeniem.
— Chciałeś zabić jego duszę?
— Tak.
— A on nie dopuścił do tego, nie dopuścił napewno — wiem to. Ja sam w to wprawdzie nie wierzę, lecz on ma takie zdanie, jak wszyscy czerwoni ludzie, i sądzi, że przez to gubi się ducha wojownika.
— Czy sądzisz, że nie dopuścił? Cóż mógłby poradzić, gdybym miał zamiar to uczynić?
— Wolał pójść do niewoli.
— On sam?
— On... uff, uff! Chyba nie razem z wojownikami.
— Tak, ze wszystkimi.
— Czy on sam nie wystarczał?
— Nie. Musiałem mieć wszystkich; sam to zrozumiesz.
— I dostałeś ich wszystkich?
— Tak.
Na to spuścił głowę i rzekł głosem stłumionym.
— A więc zniknęła wszelka moja nadzieja! Gdyby mi się nawet dzisiaj udało umknąć, nie zdołałbym ocalić Wupa Umugi ani jego wojowników.
— Nie. Najpierw nie wiedziałbyś, gdzie go szukać, a powtóre nie mógłby ci Nale Masiuw dopomódz.
— Gdzie macie go i wojowników?
— Mógłbym cię oszukać, bo niema powodu mówić ci tego, ale mimo to nie zataję ci niczego. Odszedł ze swoimi ludźmi do swojej wsi.
— Uff! Więc byłeś taki dobry, że zwróciłeś mu zaraz wolność.
— Nie, taki dobry nie byłem. Zrozumiesz, że taka dobroć byłaby największem głupstwem, jakiego mógłbym się dopuścić.
— Czemu?
— Musiałbym wziąć od tych ludzi przyrzeczenie, żeby natychmiast odjechali z powrotem do domu.
— Oni byliby dali.
— Ale nie dotrzymaliby słowa.
— Ty im nie ufasz?
— Nie ufam nikomu z Komanczów.
— Mnie także nie?
— Tobie tylko mógłbym uwierzyć, bo znasz wielkiego i dobrego Manitou, karzącego każdą nieprawdę i zdradę.
— Więc nie puściłeś ich wolno a mówisz, że wrócili do domu.
— Jako jeńcy.
— Czyi?
— Białych Dragonów. Ruszyli oni z powrotem i zabrali ich ze sobą.
— Związanych?
— Tak.
— Więc ich zabiją!
— Nie. Dowódca bladych twarzy dał mi słowo, że daruje im życie.
— Czy go dotrzyma?
— Tak, jestem tego pewien.
— To ich przynajmniej ograbi.
— Ograbi? Co nazywasz ograbieniem? Czyż zwyciężony nie należy ze wszystkiem, co ma, do zwycięzcy?
— U chrześcijan także?
— U nas także, bo zmuszacie nas, żebyśmy postępowali z wami tak samo, jak wy z nami. Jako zwycięzcy zabralibyście nam nietylko całe nasze mienie, lecz także życie. Jeśli my wam je darujemy, będzie to taką dobrocią, że więcej żądać nie możecie.
— A więc biali żołnierze zabiorą Komanczom wszystko, co mają przy sobie?
— Tak, broń i konie.
— Więc jak mają czerwoni wojownicy żyć bez koni i bez broni?
— To już ich rzeczą. Wy to wykopaliście topór wojenny, a nie byłoby się to stało, gdybyście nie byli mieli koni i broni palnej. Odbierając wam jedno i drugie, nie popełnimy grabieży, bo to nasza sprawiedliwa zdobycz. Zarazem postaramy się w ten sposób, żebyście nie mogli tak rychło zakłócić pokoju.
— W takim razie odbierzecie także wojownikom Wupy Umugi ich broń i konie?
— Prawdopodobnie.
— Uff! To bardzo źle!
— Pewnie, że dla was źle, lecz nie zasłużyliście na nic innego. Pomyśl tylko o sobie. Kto z drugim pali fajkę pokoju i przyrzeknie mu nie zdradzić przed nikim jego wigwamu, a potem nadciąga mimo to z gromadą wojowników, ażeby zabrać mu wigwam i życie, ten zasłużył na więcej, aniżeli na odebranie mu konia strzelby. Czy to przyznajesz?
Przyznał widocznie i westchnął smutnie:
— A więc także mój koń i strzelba!
— Nie, to nie. Lubię cię i pomimo twego wrogiego usposobienia uważam cię wciąż jeszcze za mego przyjaciela. Zatrzymasz wszystko, co posiadasz, — co zaś do wojowników Wupy Umugi, to zobaczę, czy będzie można kierować się dobrocią. Zależy to całkiem od ich zachowania się względem nas.
— Jak się mają zachować? Wojownicy będą się bronili.
— Wolelibyśmy, żeby tego nie było. Jeśli my, niechcący przelewać krwi, mielibyśmy jej stracić choć trochę, to nie spodziewajcie się pobłażania. Mam jednakowoż nadzieję, że uda mi się wodza przekonać, iż opór byłby szaleństwem, i sądzę, że on uzna moje powody za rozumniejsze, aniżeli ty.
— Aniżeli ja? — spytał zdziwiony.
— Tak. Chciałem ci ulżyć niewolę jak najwięcej, i żądałem od ciebie tylko przyrzeczenia, że nie uciekniesz. Odmówiłeś mi, nie rozumiejąc tego, że ucieczka twoja zaszkodziłaby wam tylko, a nie pomogła. W ten sposób zmusiłeś mnie do surowości.
— Nie dałem przyrzeczenia, bo nie wiedziałem jeszcze o tem, co wiem teraz.
— A więc uznajesz, że nie pomógłbyś swoim?
— Tak.
— W takim razie jeszcze czas na przyrzeczenie.
— Daję je.
— Dobrze! Ale pamiętaj o tem, że twojem zachowaniem się możesz nietylko sobie, lecz także wszystkim swoim pomódz, albo zaszkodzić. Co uczynisz dobrego, czy złego, to odwetuje się także na nich. Jeślibyś złamał słowo, to kara spadnie nie tylko na ciebie, lecz także na nich.
— Ja go nie złamię!
— Dobrze! Ale czem mi za to zaręczysz?
Spojrzał na mnie z wyrazem zapytania w oczach, więc oświadczyłem mu:
— Słowu chrześcijanina mogę zaufać, lecz przyrzeczeniu czerwonego — nigdy.
— A Winnetou zaufałbyś?
— We wszystkiem, ale on jest wyjątkiem, a wewnątrz chrześcijaninem.
— Jeśli czerwonemu odbierzesz gusła, jako zastaw, musi on dotrzymać przyrzeczenia.
— Tego z tobą uczynić nie mogę, bo nie wierzysz w potęgę guseł.
— Wypalę z tobą fajkę przysięgi!
— I to nie może być dla mnie zastawem. Wypaliłeś ją z Bloody Foxem i mimo to złamałeś słowo.
Spuścił oczy i rzekł cicho i smutnie:
— Kara, jaką otrzymuję od Old Shatterhanda jest ciężka; nie zwraca się ona przeciw memu ciału, lecz napełnia bolem moją duszę.