Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Rzeka za szeroka, a koń bardzo zmęczony.
— Dziękuj Bogu, że nie jesteśmy Indyanami! Byłbyś tu zasnął i przebudził się aż w raju, bez skóry na głowie. Czy jesteś głodny?
— Tak.
— To chodź z nami do łodzi, ale zaprowadź wpierw konia za krzaki, ażeby go nie było widać zdaleka!
Rozmowę tę prowadził tylko Helmers z wakerem, a Serce Niedźwiedzie wrócił był do czółna i położył się na skórze bawolej. Wakero dostał mięsa, wody napił się z rzeki i w ten sposób zaspokoił głód i pragnienie.
Gdy jeszcze jadł, pytał go Helmers o jego bliższe stosunki, a po jakimś czasie opuścił kanoe, ażeby wyleźć na wzniesiony nieco brzeg i rozejrzeć się dokoła. Ledwie się wydostał na wzgórze, wydał okrzyk zdziwienia:
— Hola, nadchodzą! Omal że nie przeliczyliśmy się w czasie.
W tej samej chwili prawie był już Indyanin przy nim i przypatrywał się Komanczom.
— Sześciu jeźdźców! — powiedział.
— Na każdego z nas po trzech.
Biały traper nie myślał widocznie o tem, żeby także wakero wziął na siebie choć jednego z nieprzyjaciół.
— Kto zabierze konia? — spytał Serce Niedźwiedzie.
— Ja — odrzekł biały.
Indyanin skinął głową i dodał:
— Ani jeden z tych Komanczów nie powinien nam umknąć!
— To rozumie się samo przez się — zapewnił Helmers, a zwróciwszy się do wakera, zapytał: — Masz tylko nóż?
— Tak.
— Wobec tego nic nam nie pomożesz w tej