Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  200  —

 — To rozumie się samo przez się — zapewnił biały.
 — Jakto?
 — Kiedy na was wczoraj napadnięto?
 — Wieczorem.
 — A jak długo tu spałeś?
 — Zaledwie kwadrans.
 — To Komancze będą tutaj niebawem.
 — A do wszystkich dyabłów!
 — Z pewnością!
 — Czemu?
 — Jesteś wakerem i nie znasz zwyczajów Indyan? Jakie zamiary mogą oni mieć co do kobiet? Czy wzięli je do niewoli dla okupu?
 — Nie, napewno nie. Powloką je z sobą, by z nich sobie żony porobić, ponieważ obie są młode i piękne.
 — Słyszałem, że dziewczęta Mizteków słyną z piękności. Skoro więc Komancze nie zechcą wydać tych pań, muszą się postarać o to, żeby nie wyśledzono miejsca ich pobytu i ukryć swoje ślady. W tym celu nikomu z was nie pozwolą umknąć i wyruszyli z pewnością w pościg za tobą, byś nie doniósł o tem wiadomości do domu.
 — Teraz rozumiem! — rzekł wakero.
 — Komancze byli oczywiście na koniach?
 — Tak.
 — Będą więc ciebie ścigali, trzymając się twego śladu i przybędą tu na koniach.
 — Przeklęta sprawa! Tak łatwo to sobie wyobrazić, a ja nad tem nie pomyślałem.
 — Zdaje się, nie odznaczasz się szczególną bystrością umysłu. Czy przypuszczałeś, że cię będą ścigali?
 — Owszem!
 — Dlaczegóż więc położyłeś się spać?
 — Byłem bardzo znużony ucieczką.

 — Powinienbyś był przynajmniej przeprawić się przez rzekę!