Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dyabeł niech nie śpi po takiem zmęczeniu!
— Gdzie spotkałeś Komanczów?
— Stąd prosto na północ, w stronie Rio Pecos. Było nas piętnastu mężczyzn i dwie kobiety, ich zaś było sześćdziesięciu.
— A do kroćset! Walczyliście?
— Tak.
— Dalej, dalej!
— Co dalej? Napadli na nas, nieprzeczuwających ich obecności, to też większą część naszych zabili, a kobiety wzięli do niewoli. Nie wiem, ilu jeszcze umknęło oprócz mnie.
— Skąd jechaliście i dokąd?
Wakero nie był rozmowny. Każde słowo trzeba było z niego wyciągać.
— Jechaliśmy do Forte del Quadelupe po panie, które były tam w odwiedzinach. Napad nastąpił w powrocie.
— O jakich paniach mówicie?
— O sennoricie Arbellez i Indyance, Karji.
— Kto jest sennorita Arbellez?
— Córka naszego inspektora.
— A Karja?
— Siostra Tekalta, wodza Mizteków.
Ciekawość Niedźwiedziego Serca zaczęła wzrastać.
— Siostra Tekalta? — spytał.
— Tak.
— To mój przyjaciel. Wypaliliśmy z sobą fajkę pokoju. Siostra jego serca nie powinna zostać w niewoli. Czy moi biali bracia ruszą ze mną, by ją odbić?
— Wszak wy koni nie macie! — zauważył wakero.
Indyanin rzucił nań pogardliwe spojrzenie i odpowiedział:
— Serce Niedźwiedzie ma konia, kiedy mu go potrzeba. Za godzinę weźmie go sobie od psów Komanczów.
— Do stu dyabłów! Tego byłbym nie przypuścił!