Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Aha, traper i Apacz. Ci chodzą zawsze razem. Kiedy odjeżdżają ci sennores? Chyba zaraz?
— Są moimi gośćmi i zostaną tu, dopóki im się spodoba. — rzekł hacyendero.
— Ależ, sennorze Arbellez, co wam się stało! Przypatrzcie się tym ludziom! Ja i oni pod jednym dachem! Ich czuć lasem i bagnem. Musiałbym zaraz odjechać!
Hacyendero podniósł się, a oczy zapłonęły mu gniewem.
— Nie zatrzymuję jaśnie pana — rzekł. — Ci sennores ocalili życie i szczęście mojego dziecka i są przezemnie bardzo mile widziani.
— Aha! Pan mi się opiera? — spytał hrabia.
— Tak — odparł stanowczo Arbellez.
— Czy wiecie, że ja jestem tu panem?
— Nie, nie wiem.
— Nie? — syknął Alfonzo. — A kto?
— Pański ojciec hrabia Ferdynando. Wy jesteście tu tylko gościem. Zresztą nawet hrabia Ferdynando nie miałby w tej sprawie głosu. Jestem dzierżawcą dożywotnim. Nie pozwolę sobie rozkazywać, kogo mam przyjąć, a kogo nie?
— O, do dyabła, to za wielka śmiałość!
— Nie, za wielki był brak uprzejmości ze strony pana i pańska bezwzględność wobec moich gości. Jeśli panu za przykra jest woń lasu i bagna (czego ja zresztą nie zauważyłem), to z drugiej strony wątpię, czy tym sennorom miły jest zapach pańskich perfum, który ja dobrze czuję. Zaprowadzę teraz moich gości do jadalni i zostawiam panu do woli, czy pan zechce jeść dalej, czy nie.
Otworzył jeszcze szerzej drzwi do jadalni i, kłaniając się bardzo uprzejmie, poprosił, ażeby weszli. Indyanin zachował się zupełnie obojętnie wobec tego zajścia; nawet okiem nie rzucił na hrabiego, jak gdyby nie zrozumiał ani słowa z jego rozmowy, lecz w milczeniu i z dumą poszedł do jadalni. Helmers natomiast zwrócił się do hrabiego: