Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A hrabia także? — spytała Ema.
— Przyjechał jeszcze przed tygodniem.
— Ach, otoż i on!
Otwarły się drzwi przyległej jadalni, a stamtąd wyszedł hrabia Alfonzo. Miał na sobie szlafrok z czerwonego jedwabiu, wyszywany złotem po persku, i spodnie z najdelikatniejszego, białego, płótna francuskiego, niebieskie pantofle aksamitne i turecki fez na głowie. Roztaczał dokoła siebie tak mocny zapach, że można było przypuścić, iż się jest w handlu perfum. Otwarte drzwi pozwalały wejrzeć do jadalni. Urządzenie było tam więcej niż eleganckie, bo zbytkowne, a po serwetce, którą hrabia trzymał w ręce, można było poznać, że spożywał właśnie meksykańskie delikatesy.
— Ktoś wymienił moje nazwisko — rzekł. — Ach, to piękne panie! Sennority powróciły szczęśliwie?
Na jego widok poczerwieniała Indyanka jak krew, co nie uszło bystremu oku Apacza. Ema zachowała się obojętnie i odpowiedziała chłodno, chociaż uprzejmie.
— Jak pan widzi, panie hrabio! Mało jednak brakowało, a byłybyśmy wcale nie wróciły.
— Ach! Czemu? Nie przypuszczam, żeby jakie nieszczęście...
— Właśnie zdarzyło nam się małe nieszczęście. Oto Komancze wzięli nas byli do niewoli.
— Do stu piorunów! — zawołał. — Każę ich za to ukarać!
— To nie tak łatwo! — rzekła szyderczo. — Zresztą wyszłyśmy cało. Oto wybawcy naszego życia!
— Aha! — bąknął, odstąpił o kilka kroków, włożył na nos binokle, przypatrzył się obu „wybawcom“, zrobił minę wielkiego rozczarowania i dodał:
— Kto są ci ludzie?
— To sennor Antonio Helmers, a ten drugi to Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów.