Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pan jesteś hrabia Alfonzo de Rodriganda?
— Tak — odrzekł zapytany, dziwiąc się, że myśliwiec ośmielił się doń przemówić.
— Tak! Sennor Arbellez zapomniał przedstawić nam pana. Wyzywam pana. Co pan wybierasz? Szable, pistolety, czy krócice?
— Pan chcesz się bić ze mną? — spytał hrabia, jeszcze bardziej zdumiony, niż przedtem.
— Oczywiście! Gdyby mnie pan był obraził na dworze przed hacyendą, grzmotnąłbym był panem o ziemię, jak smarkaczem. Ponieważ jednak stało się to pod dachem mego gospodarza, przeto musiałem mieć wzgląd na niego i na obecność pań. Słyszę jednak, że pan w tym domu nie masz ani za grosz znaczenia, dlatego pozostawiam panu wybór broni.
— Bić się? Z wami? Mój Boże, któż wy jesteście właściwie? Myśliwiec, włóczęga?...
— Nie będziecie się bić? W takim razie jesteście łajdak, tchórz, i nikczemny podlec!
Poszedł za Apaczem, a hrabia został na miejscu, jak skamieniały.
— Sennorze Arbellez, wy tę obelgę zniesiecie? — zapytał hacyendera.
— Jeśli wy ją ścierpicie! — brzmiała odpowiedź. — Chodźcie, Emo i Karjo! Nasze miejsce tam, obok ludzi honoru.
— Co za nikczemność! Ja wam to odpłacę, panie Arbellez! — zagroził hrabia.
— Spróbujcie!
Dzielny starzec wszedł do jadalni, a z nim panie. Przechodząc obok hrabiego, rzekła Ema, skrzywiwszy pogardliwie usta:
— To było podłe, to było nikczemne!
Indyanka poszła za nią z oczyma, spuszczonemi ku ziemi. Nie mogła okazać wzgardy hrabiemu, ale i w twarz mu spojrzeć nie chciała. On został na miejscu i nie wszedł już do jadalni. Rzucił serwetę na ziemię, podeptał ją nogami i syknął: