Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Znam.
— Gdzie?
— Na szczycie góry.
— Co to za miejsce?
— To ruina świątyni, na której dziedzińcach zmieściłoby się tysiąc wojowników.
— Czy można się tam ukryć?
— Można, jeśli nas nikt nie zobaczy, gdy będziemy nadchodzili.
— Czy mój syn zna dokładnie to miejsce?
— Nie zabłądzę.
— Czy mój syn sądzi, że należy je wpierw zbadać?
— Będzie lepiej i pewniej.
— To my dwaj najpierw pójdziemy, a wszyscy tu zaczekają.
— Zsiedli z koni, wzięli broń do rąk i weszli zaraz do lasu.
— Indyanin posiada wrodzony instynkt do rozpoznawania stosunków lokalnych i taką wprawę i bystrość, że prawie nigdy nie zbłądzi. Przewodnik szedł z podziwu godną pewnością wprost do ruiny przez ciemny zupełnie las. Wódz dążył za nim. Mimo ciemności dostali się do zawalonych murów świątyni i zaczęli je przeszukiwać.
Nie znalazłszy ani śladu obecności człowieka, pomyśleli już, że będzie im tam bezpiecznie, kiedy nagle stanęli jak wryci. Zabrzmiał krzyk, który, jak się zdawało, nie pochodził z ludzkiej krtani.
— Co to? — zapytał Czarny Jeleń.
— Krzyk. Ale czyj?
— Podobny był do śmiertelnego stękania konia.
— Nie słyszałem jeszcze nigdy takiego głosu — zauważył przewodnik.
Wtem krzyk powtórzył się przeciągle i okropnie.
— To człowiek! — rzekł wódz.
— Rzeczywiście — potwierdził przewodnik.
— W śmiertelnym strachu!
— W najgłębszej rozpaczy!