Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ziele oregano mądrzejsze od lekarza. Czy mój brat ma wakera, któryby był dobrym strzelcem i jeźdźcem?
— Stary Francesko jest moim najlepszym jeźdźcem i myśliwcem.
— Sprowadzić go i dać mu dobrego konia!
— Na co?
— Będzie mi towarzyszył.
— Dokąd?
— Do Komanczów.
— Do Komanczów? Na Boga! Po co tam pojedziecie?
— Czy mój brat nie zna Komanczów? Odbiliśmy im jeńców i położyliśmy trupem wielu ich wojowników. Nadejdą, aby się pomścić!
— Do hacyendy?
— Tak.
— Tak daleko?
— Czerwony mąż nie zna oddalenia, gdy postanowi zemścić się i zabrać skalp wroga. Komancze przyjdą z pewnością.
— Czemu wybieracie się naprzeciw nim?
— Ażeby ich zobaczyć i dowiedzieć się, kiedy którą drogą nadejdą.
— Czy nie byłoby lepiej, żebyś ty tu został, a my rozesłali straże?
— Wódz Apaczów woli widzieć własnemi oczyma, niż cudzemi. Mój brat, Grot Piorunowy, chciał wyruszyć naprzeciw Komanczów, ale teraz jest chory, przeto ja zrobię to za niego.
— To jedźcie w imię Boże! Każę zawołać Franciszka.
Za kwadrans był wakero na miejscu. Po całej jego zewnętrznej postaci było widać, że nadawał się do takiej wyprawy. Usłyszawszy, o co idzie, okazał gotowość towarzyszenia Apaczowi. Zaopatrzywszy się we wszystko, czego potrzeba do takiej jazdy na zwiady, wyruszyli w drogę.