Old Surehand/Tom II/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Old Surehand
Wydawca Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Data wydania 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
Skarb królewski.

Były ajent, znużony opowiadaniem, oparł się o poręcz, przyjmował spokojnie oznaki zadowolenia słuchaczy i odpowiadał na pytania, które ten i ów jeszcze stawiał. Gdy jednak te pytania zbyt się przedłużały, zniecierpliwiony poprosił ciekawych:
— Zostawcie mnie już w spokoju, panowie! Nie na to opowiedziałem tę historyę, żeby mię teraz zasypywano pytaniami, lecz na dowód, że biali są często gorsi od czerwonych. Chciałem też wykazać, że dobrze znam wodza Apaczów, Winnetou. jeśliście słuchali uważnie, to musicie mi przyznać, że łotrostwo, uplanowane przez „kapitana“ i jego ludzi, oraz napad na pociąg, odparto tylko dzięki bystrości i męstwu Winnetou. Jest to mąż, z którym nikt z Indyan, a mało kto z białych, może się porównać. Postać jego przewyższa wszystkie inne, a jeśli kiedyś zginie, jak cały jego pożałowania godny naród, skazany na zagładę, to przecież imię jego pozostanie na zawsze w pamięci naszych synów, wnuków i prawnuków.
Well, macie słuszność, sir! — wtrącił jakiś stary jegomość, który siedział przy jednym z bocznych stołów i śledził tok opowiadania z największem zaciekawieniem. — Jeśli jednak wolno obcemu wyjawić swoje zdanie, to zrobiłbym pewną uwagę.
— Sposób, w jaki przedkładacie swoje życzenie, nie dopuszcza myśli, jakobyście chcieli mię urazić. Słucham!
— Wspomnieliście, że Apacze znani byli z tchórzostwa i chytrości i zdobyli sobie przez to miano Pimów, że dopiero, odkąd Winnetou jest ich wodzem, stali się zręcznymi myśliwcami i walecznymi, a nawet zuchwałymi wojownikami.
— Powiedziałem to istotnie. Czy się z tem nie zgadzacie?
— Nie.
— Czemu?
— Bo znam ich jako innych; znam ich jeszcze od czasu, kiedy Winnetou był małym chłopcem. Jest kilka szczepów, którym natura ich siedzib nic dać nie może, które dlatego podupadły nietylko pod względem fizycznym, lecz i duchowym. Ale winni są temu biali, którzy wyparli ich z dawnych lepszych pastwisk i ostępów myśliwskich. Tym białym zdaje się teraz, że mogą czerwonymi gardzić. Ale inne szczepy, a szczególnie Meskalerowie byli w szczęśliwszem położeniu. Pielęgnowali oni oddawna cnoty, które w takiej doskonałości i w takiej pełni występują u Winnetou.
— Czy znacie ten szczep, sir?
— Szczególnie ten, a znalem go, jak się rzekło, jeszcze kiedy Winnetou był dzieckiem. Nie miałem nigdy ani pośród czerwonych, ani pośród białych tak prawdziwego, szlachetnego, wiernego i zdolnego do ofiar przyjaciela, jakim był Inczu-Czuna.
— Inczu-Czuna? Czy to nie ojciec Winnetou?
— Tak. Tego zacnego Indyanina zamordowali biali, a razem z nim Nszo-Czi, córkę jego, a siostrę Winnetou, tę najpiękniejszą, najlepszą i najczystszą czargooszę[1] Apaczów!
— Czy byliście także westmanem?
— Właściwym westmanem nie byłem. Przebywałem długo na Zachodzie dla nauki, choć nie uważam się za wielkiego uczonego. Mojem ulubionem zajęciem była etnologia, a studya te nie pozwalały mi siedzieć w domu. Osobliwie ciekawość moją budziła rasa czerwona, dlatego większą część roku spędzałem na wędrówkach od jednego ludu do drugiego. Poznałem przytem Indyan i nauczyłem się ich cenić. Oni mnie także znali i poważali, bo wiedzieli, że nie przybywam do nich jako wróg, lecz jako przyjaciel. Stałem się ich nauczycielem i doradcą, a oni nawzajem uczyli mnie, jak się używa broni, poluje i walczy z nieprzyjacielem, jakkolwiek ja byłem człowiekiem, zamiłowanym w pokoju. Musiałem polować, ażeby się wyżywić, a czasami musiałem się bronić przed nieprzyjacielem, którym nigdy nie był czerwony, lecz zawsze biały. Twierdzenie wasze, że biali bywają gorsi od czerwonych, uważam za zupełnie słuszne. Mógłbym na to przytoczyć niejeden, przekonywający dowód.
— Uczyńcie to, sir! Opowiedzcie nam przynajmniej o jednem ze swoich doświadczeń!
— Hm! Opowiedziałbym, gdyby także i inni gentlemani tego sobie życzyli.
— Nawet proszą o to! Zebrało nam się dziś na opowiadanie, a to jest bardzo zajmujące. Nieprawdaż, pani Thick?
Gospodyni, która przyniosła była właśnie kilka pełnych szklanek, odpowiedziała:
— Prawda, sir! Rozglądnijcie się tylko po izbie! Uwaga wszystkich skierowana ku waszemu stołowi. Nigdy jeszcze nie było u mnie tak spokojnie i cicho, jak teraz. Sądzę także, że opowiadać i słuchać opowiadania jest o wiele lepiej i dostojniej, aniżeli się kłócić, bić i niszczyć stoły, krzesła, flaszki i szklanki, jak to nieraz gentlemani u mnie robią. A zatem opowiedzcie nam, sir, swoją historyę!
Well! — zgodził się etnolog. — Jeśli wam to sprawi przyjemność, to nie będę się ociągał. Spróbuję opowiedzieć ją tak samo ładnie i płynnie, jak tamci panowie. Zaczynam:
— Byłto cudownie piękny poranek czerwcowy, prawdziwa rzadkość w owym odległym kącie, który północno zachodni róg terytoryum indyańskiego tworzy z prostolinijnemi granicami Kanzasu, Colorado i Nowego Meksyku. W nocy spadła dość silna rosa, przeto na źdźbłach i gałązkach iskrzyły się brylantowe krople, a szczególna woń trawy bawolej nabrała takiej ożywczej świeżości, że płuca z rozkoszą wciągały ją w długich oddechach.
Taki poranek może dobroczynnie podziałać na usposobienie człowieka, ale ja w ten przepyszny dzień jechałem dość zmartwiony. Powód tego był bardzo prosty: koń mi okulał. Poprzedniego dnia zaczepił w cwale nogą o korzeń. A jazda po preryi na kulawym koniu nietylko złości, ale może nawet w pewnych warunkach mieć nieszczęśliwe następstwa. Wobec groźnych stosunków, tam panujących, zależy często życie i bezpieczeństwo myśliwca od użyteczności jego konia.
Polowałem z kilku ludźmi z Colorado w pobliżu Spanish-Peaks i przez Wilow-Springs przybyłem tu nad Nescutunga-Creek, ażeby na jego prawym brzegu spotkać się z Willem Saltersem, z którym przed kilku miesiącami łowiłem bobry w Nebrasce, a przy rozstaniu wyznaczyłem sobie schadzkę. Chcieliśmy przejechać przez terytoryum indyańskie aż do południowo wschodniej granicy, a potem udać się prosto na Zachód na Llano Estacado, ażeby poznać tę osławioną pustynię.
Do tej podróży potrzebny był bezwarunkowo dobry koń, a tymczasem mój okulał. Nosił on mię wiernie wśród wielu niebezpieczeństw, nie chciałem go zamienić za innego, musiałem więc dać mu wypocząć, dopókiby noga nie wyzdrowiała. Spowodowana tem strata czasu była mi wielce niemiła, dlatego mój zły humor nie wydawał mi się nieuzasadnionym.
Gdy mój mustang kulał powoli po preryi, ja rozglądałem się za oznakami, któreby świadczyły o blizkości rzeki. Tam, gdzie się znajdowałem, rosły tylko luźne krzaki. Ale ku północy ciągnęła się ciemna linia, w której domyślałem się większych kompleksów drzew i zarośli. Zwróciłem się zatem w tym kierunku, w tem przekonaniu, że gdzie jest więcej roślinności, tam musi też być i woda.
I miałem słuszność. Ciemną linię tworzyły krzaki mezkitów i dzikich czereśni, rosnących po obu brzegach rzeki. Nie była ona zbyt szeroka, a w miejscu, w którem się na nią natknąłem, także niegłęboka.
Jechałem zwolna wzdłuż brzegu, szukając z uwagą jakiegoś znaku od Saltersa, który mógł tu przybyć przede mną.
I rzeczywiście! W płytkiej wodzie leżały tuż obok siebie dwa wielkie kamienie, a pomiędzy nimi dość duży konar, wciśnięty w ten sposób, że mała gałąź, znajdująca się na końcu, wskazywała w dół rzeki.
Był to znak umówiony. Jeszcze cztery takie znalazłem w krótkich odstępach. Dowodziły one, że Salters był tutaj i pojechał z biegiem rzeki. Z tych okoliczności, że tropu jego niepodobna już było rozpoznać, a listki gałązek sygnałowych już były zwiędły, wywnioskowałem, że Salters mógł być tu dnia poprzedniego.
Po jakimś czasie skręcała rzeka jeszcze bardziej na północ, zataczając tam łuk. W tem miejscu wskazywała gałąź, wetknięta w piasek nadbrzeżny, kierunek w głąb preryi. Nie pojechał więc dalej wzdłuż rzeki, lecz chciał łuk rzeki przeciąć po cięciwie. Ja uczyniłem oczywiście to samo.
Wtem zauważyłem przed sobą niezbyt wielką, samotną górę, pociętą rozpadlinami. Dojechałem do niej w dobre pół godziny. Szczyt jej był łysy, a podnóża porosłe zrzadka krzakami. Zdziwiłem się też, gdy objechawszy ją, znalazłem na wschodniej stronie kilka grup jaworów wodnych, z których najgrubszy miał pewnie zwyż tysiąc lat. Uderzyło mnie także to, że ziemia była tu skopana na znacznej przestrzeni. Jamy o głębokości kilku metrów, wyrobione motyką i łopatą, wyzierały z tej jednostajnej zresztą powierzchni. Czyżby tu byli ludzie w tych odległych stronach? Na co wykopano te dziury?
Puściłem się dalej, lecz zatrzymałem się niebawem, zauważywszy na trawie ślady stóp. Zsiadłem z konia, by ślady zbadać dokładniej. Przekonałem się, ze pochodziły od nogi kobiecej, albo niewyrosłej jeszcze męskiej, obutej w indyański mokassyn bez napiętków. Czyżby tu byli Indyanie? A może to biały jaki, który nosił indyańskie obuwie? Odciski obu stóp były równomierne; ta okoliczność nie zajęła teraz mojej uwagi; dopiero później miałem ją sobie przypomnieć.
Właściwie powinienbym był udać się tymi śladami. Ponieważ jednak prowadziły na północ ku rzece, a moja droga wiodła na wschód, ponieważ nadto chciałem jak najrychlej spotkać się z Saltersem, przeto dosiadłem konia i pojechałem dalej.
Po jakimś czasie wywnioskowałem z pewnych oznak, że te strony nie były tak opuszczone, jak sądziłem poprzednio. Połamane poszczególne źdźbła trawy, nadwerężone gałązki na drzewach, tu i owdzie kamyczki, starte na proch przez ludzką stopę, dowodziły, że tędy przechodził jakiś potomek pierwszej pary ludzi. To też zdumiałem się tylko, a nie przestraszyłem, kiedy później, dostawszy się znowu nad rzekę, zobaczyłem tuż nad jej brzegiem pole, zasadzone tytoniem i kukurydzą. Po drugiej stronie wznosił się nizki domek obronny, z wysokim, lecz bardzo zniszczonym, parkanem dokoła dość obszernego dziedzińca.
A zatem farma nad Nescutanga-Creek! Ktoby się był tego spodziewał! Za parkanem tarł stary, jasno kościsty, koń głową o próżny żłób, a opodal młody chłopiec zajęty był naprawą uszkodzonego płotu.
Zdawało się, że przeraził się moim widokiem. Zaczekał jednak, dopóki nie stanąłem przy nim.
Good morning! — pozdrowiłem go. — Czy mogę się dowiedzieć, jak się nazywa właściciel tego domu?
Odgarnął ręką gęste, jasne włosy, przypatrzył się na mnie badawczo niebieskiemi oczyma i odparł:
— Nazywa się Rollins, sir.
— Czy jesteś jego synem?
Powiedziałem do niego „ty“, ponieważ nie miał więcej, jak szesnaście lat, choć jego silnie rozwinięte ciało wskazywało na wiek starszy.
— Pasierbem.
— Czy ojczym w domu?
— Oglądnijcie się! Oto on.
Wskazał mi wązkie i nizkie drzwi, z których wyszedł właśnie mężczyzna. Musiał się nieco schylić, aby głową o drzwi nie uderzyć. Był bardzo długi, chudy, o wązkich piersiach, a z pomiędzy rzadkiego zarostu wyzierała mu na twarzy skóra jakby wygarbowana. Oblicze jego zasępiło się na mój widok. W rękach trzymał starą strzelbę i motykę. Przystąpiwszy zwolna do mnie, przeszył mię kolącym, niechętnym wzrokiem i zapytał ochrypłym głosem:
— Czego tu chcecie?
— Najpierw zapytać was, mr. Rollins, czy nie był tu wczoraj, albo onegdaj człowiek, nazwiskiem Salters, czy nie zostawił wam jakiego polecenia.
Na to odpowiedział szybko pasierb:
— Było to wczoraj rano, sir. Ten Salters...
Nie zdołał skończyć. Ojczym pchnął go kolbą w bok, że biedny chłopak zatoczył się z jękiem na parkan.
— Czy będziesz milczał, ropucho? — krzyknął potem stary. Każdemu włóczędze służyć chyba niebędziemy! — Zwracając się zaś do mnie, dodał: — Zabierajcie się stąd, człowieku! Ja nie mieszkam tu. ani dla was, ani dla waszego Saltersa!
To było proste grubijaństwo. Względem takich ludzi stosowałem zwykle zachodni sposób postępowania. Zsiadłem więc wygodnie z konia, przywiązałem go do parkanu i powiedziałem:
— Tym razem musicie zrobić wyjątek, mr. Rollins. Koń mi okulał. Zostanę dlatego u was, dopóki nie wyzdrowieje.
Cofnął się o krok, zmierzył mnie groźnym wzrokiem od stóp do głów i wrzasnął:
— Czyście zwaryowali? Mój dom nie gospoda, a kto się tu chce rozpychać, temu palę po prostu ładunek śrutu w skórę. Zounds! Oto znowu ten nędzny Indyanin! Czekajno, chłopcze, ja cię stąd wykurzę!
Poszedłem szybko wzrokiem za jego spojrzeniem, zwróconem w ostatniej chwili na niezbyt oddalone zarośla. Stamtąd nadchodził młody Indyanin. Rollins podniósł strzelbę, wymierzył do niego i wypalił w chwili, kiedy odbiłem mu strzelbę na bok. Strzał huknął, ale chybił.
— Psie, ty porywasz się na mnie? — ryknął do mnie Jankes. — Masz za to!
Odwrócił szybko strzelbę i zamachnął się, by mię uderzyć kolbą. (Motykę odłożył był jeszcze przedtem, gdy mierzył do Indyanina.) Ja palnąłem go pięścią i pchnąłem go tak silnie na parkan, że zawalił się pod nim. Strzelba wypadła mu z ręki, a ja pochwyciłem ją, zanim zdołał się podnieść. Na to on wydobył nóż z za pasa i wykrztusił zdławionym od gniewu głosem:
— Mnie na mojej ziemi! Za to się daje krew i życie!
Ja również szybko zwróciłem ku niemu rewolwer i odrzekłem:
— Macie chyba na myśli swoją krew i swoje życie? Schowajcie natychmiast nóż! Moja kula szybsza od waszego noża!
Opuścił podniesioną już rękę i skierował oczy nie ku mnie, lecz ku drugiej stronie domu. Tam stał jeździec, który niepostrzeżenie dla nas nadjechał.
— Już przy pracy, chłopie? — zawołał do mnie jeździec ze śmiechem. — Dobrze robisz! Zwal tego draba; bo zasłużył na to. Ale nie strzelaj, bo nie wart garści prochu!
Był to Will Salters. Zbliżył się do nas, podał mi rękę i mówił dalej:
Welcame, towarzyszu! Gdyby było poszło wedle myśli tego pospolitego draba, byłbyś mnie już nie odnalazł. Przyjął ciebie dziś tak samo, jak wczoraj mnie. Dostał za to kilka szczutków w nos, a on mnie posłał kulę, która była jednak grzeczniejsza od niego i poszła bokiem. Chciałem zaczekać na ciebie u niego, lecz nie mogłem. Powiedziałem tylko jego synowi, że dzisiaj wrócę, ażeby zobaczyć, czy stary jego ma lepszy humor. Jeśli się na to zgodzisz, to możemy go nauczyć, jak się postępuje z takimi ludźmi, jak my. Na razie chciałbym się zabezpieczyć co do jego osoby!
Zsiadł z konia, a wtem Rollins podniósł motykę i uciekł ode mnie w wielkich skokach. Spojrzeliśmy za nim ze zdziwieniem, bo zachowanie się jego było szczególne. Najpierw bezwzględne grubijaństwo, a potem tchórzliwa ucieczka. Nie zdołaliśmy jeszcze roztrząsnąć powodów jego kroku, kiedy z drzwi wyszła kobieta, która kryła się dotąd trwożnie za niemi. Widziała, jak Rollins zniknął za krzakami, a teraz rzekła, wzdychając z ulgą:
— Dzięki Bogu! Sądziłam, że przyjdzie do rozlewu krwi. On pijany! Fantazował przez całą noc, a potem wypił całą flaszkę brandy!
— Jesteście jego żoną? — spytałem.
— Tak. Spodziewam się, że nie będę musiała za to odpowiadać. Ja temu nie jestem winna.
— Wierzymy. Gotowiśmy nawet przypuścić, że wasz mąż chory umysłowo.
— Tak jest niestety. O Boże, nie wyobrażacie sobie, jaka jestem nieszczęśliwa! Jemu się zdaje, że w pobliżu zakopany jest skarb. On chce go sam wydobyć, w tajemnicy przed ludźmi, dlatego nie znosi ludzi koło swego domu. Ten młody Indyanin jest tu już od czterech dni. Nie mógł iść dalej, bo wywichnął nogę. Chciał zatrzymać się u nas, dopóki by mu się, lepiej nie zrobiło, ale Rollins zaraz go wypędził. Teraz musi biedak mieszkać na dworze.
Wskazała na Indyanina, który był nadszedł. Stało się to wszystko tak szybko, że nie miałem czasu zwrócić na niego uwagi.
Mógł mieć ośmnaście lat. Odzież jego uszyta była ze skóry jeleniej, garbowanej mózgiem i wystrzępionej w szwach. Frendzle nie były ozdobione włosami ludzkimi, co świadczyło tem, że nie zabił jeszcze żadnego wroga. Głowa jego była nieokryta, a broń składała się z noża, łuku i kołczanu. Na szyi miał mosiężny łańcuszek, na którym wisiał cybuch fajki pokoju, ale bez właściwej fajki. Był to znak, że znajdował się w drodze do świętych kamieniołomów, skąd Indyanie przynoszą sobie glinę do wyrobu fajek. W tej podróży każdy z nich jest nietykalny. Nawet najbardziej chciwy krwi przeciwnik musi go puścić spokojnie, a w razie potrzeby nawet bronić.
Podobały mi się otwarte, inteligentne, niemal kaukazkie rysy twarzy tego młodzieńca. Aksamitne, czarne jego oczy zwracały się ku mnie z wyrazem podziękowania. Wyciągnął do mnie rękę i rzekł:
— Ty ochroniłeś Iszarshiutuhę. Jestem twoim przyjacielem!
To zapewnienie brzmiało bardzo wyniośle. Ten ton podobał mi się równie, jak mówiący. Zastanowiło mnie jego imię. Iszarshiutuha jest to wyraz, wzięty z języka Apaczów i znaczy tyle, co „mały jeleń“. Dlatego zapytałem:
— Czy jesteś Apaczem?
— Iszarshiutuha jest synem wielkiego wojownika Meskalerów, najwaleczniejszych mężów czerwonych.
— Meskalerowie są moimi przyjaciółmi, a Inczu-Czuna, ich wódz największy, jest moim bratem.
Wzrok jego przebiegł szybko po mojej postaci.
— Inczu-Czuna jest najmężniejszym z bohaterów — podjął nanowo rozmowę młody Indyanin. — Jak on, ciebie nazywa?
— Yato-inta.
Na to odstąpił młodzieniec o kilka kroków, spuścił wzrok i oświadczył:
— Synowie Apaczów znają ciebie. Ja nie jestem jeszcze wojownikiem, dlatego mnie z tobą mówić jeszcze nie wolno.
To była pokora Indyanina, uznającego otwarcie rangę drugiego, lecz nie schylającego głowy ani o cal niżej.
Ja zaś odpowiedziałem:
— Wolno ci mówić ze mną, bo kiedyś będziesz słynnym wojownikiem. Wkrótce już przestaniesz nazywać się Iszarshiutuha, Mały Jeleń, lecz zostaniesz Pehnulte, Wielkim Jeleniem. Noga cię boli?
— Tak.
— Wyszedłeś z wigwamu bez konia?
— Wybrałem się po świętą glinę. Idę pieszo.
— Ta ofiara spodoba się Wielkiemu Duchowi. Chodź do domu!
— Wy jesteście wojownikami, a ja jeszcze młody. Pozwólcie mi pozostać z małym bratem!
Przystąpił do ładnego, jasnowłosego chłopca, stojącego cicho i smutnie, z ręką na tem miejscu ciała, gdzie go ojczym kolbą ugodził. Zamienili spojrzenia nieświadomie, ale ja to zauważyłem. W każdym razie nie stali teraz obok siebie po raz pierwszy. Mały Jeleń nie był tu bez powodu. Krył jakąś tajemnicę, niebezpieczną może dla mieszkańców domku. Pragnąłem wybadać tę tajemnicę, lecz nie pokazałem tego po sobie.
Chłopcy zostali na dworze, a ja poszedłem z Willem Saltersem i z kobietą do domu, a raczej do chaty o jednej izbie.
Ubóstwo wyzierało tu z każdego kąta. Byłem już w niejednym domku strażniczym, którego mieszkańcy musieli w swych wymaganiach bardzo się ograniczać, ale tu było jeszcze gorzej. Dach był bardzo nadwerężony, materyał, którym zatkane były odstępy w ścianach, zniknął już dawno, a przez szpary i dziury wchodziła i wychodziła swobodnie nędza. Nad paleniskiem nie było kotła, a cały zapas żywności stanowiła niewielka liczba kukurydz, leżących w kącie. Jedyna odzież kobiety składała się z cienkiej perkalikowej spodnicy i kaftanika. Kobieta chodziła boso, a zdobiła ją tylko czystość, wpadająca przyjemnie w oko pomimo ubóstwa. Ubranie jej syna było także bardzo ubogie i często naprawiane.
Kiedy spojrzałem na barłóg, złożony tylko z liści, a potem w bladą i wynędzniałą twarz biedaczki, mimowoli ją zapytałem:
— Pewnie jesteście głodni?
Kobieta zarumieniła się po uszy, jak gdyby obrażona. Naraz trysnęły jej z oczu łzy, a ona, kładąc rękę na sercu, rzekła:
— Mój Boże! Ja nie uskarżałabym się na nic, gdyby tylko Józef był syty! Pole nie przynosi żadnego dochodu, bo mąż pozwala, żeby dziko zarastało. Wskutek tego ograniczeni jesteśmy na polowanie, które także mało przynosi, bo mąż oszalał na punkcie wykopania skarbu.
Wybiegłem do konia po mój zapas mięsa surowego i dałem go kobiecie. Zacny Will Salters poszedł także po swój.
— O panowie — rzekła — jacyście wy dobrzy! Żeby to Rollins był taki!
— To okropny człowiek! — zauważył Salters. — Nie chciałbym was urazić, ale zdaje mi się, te widziałem go już kiedyś w mojem życiu. I to w niezbyt zaszczytnych dlań okolicznościach. Bardzo jest podobny do pewnego człowieka, którego znano tylko pod imieniem indyańskiem. Nie wiem, co ono znaczy. Brzmiało, jeśli się nie mylę, Indano, albo Indanszo.
— Inta-nczo! — odezwał się ktoś u wejścia.
Tam stał młody Indyanin. Nie dosłyszał wszystkich słów naszych, tylko ostatnie i oczy zamigotały mu dziwnym blaskiem. Kiedy wzrok mój spoczął na nim badawczo, obrócił się i zniknął.
— To imię, wzięte z języka Apaczów, którego ty nie rozumiesz — oświadczyłem towarzyszowi. — Znaczy tyle, co: złe oko.
— Złe oko? — spytała kobieta. — Mąż mój często powtarza to słowo, ilekroć przez sen mówi, albo siedzi pijany w kącie i sprzecza się z niewidzialnemi osobami. Czasem niema go przez cały tydzień. Potem przynosi z fortu Dodge nad Arkanzasem brandy, chociaż nie wiem, czem za nią płaci. Potem pije i pije, dopóki zmysłów nie straci i zaczyna mówić o krwi, o mordach, złocie, nuggetach i skarbie, który tutaj ma być zakopany. W takich razach boimy się wchodzić do izby, żeby nas nie pozabijał.
— Nieszczęśliwa kobieto! Jakże mogliście się odważyć na to, żeby pójść za takim człowiekiem w tę puszczę?
— Za nim? Z nim byłabym nigdy tu nie przyszła. Przybyłam do Ameryki z pierwszym mężem i z bratem męża. Kupiliśmy byli sobie już naprzód kawał ziemi, ale nas ajent oszukał. Dokument kupna był sfałszowany, a kiedy przyjechaliśmy na Zachód, zamieszkiwał to miejsce już oddawna prawny właściciel. Pieniądze nam wkrótce wyszły, nie pozostało więc nic innego, jak żyć z polowania. Posuwaliśmy się przytem coraz to dalej na Zachód. Mąż mój chciał udać się do Kalifornii, usłyszawszy, że tam znajduje się złoto. Doszliśmy tutaj, ale dalej ja już nie mogłam iść, bo z wyczerpania zachorowałam. Obozowaliśmy zwykle pod gołem niebem; na szczęście znaleźliśmy po pewnym czasie ten opuszczony domek. Do kogo należał, nie wiemy. Radziliśmy sobie, jak mogliśmy, ale myśl o Kalifornii nie dawała mężowi spokoju. Chciał się tam dostać, ja nie mogłam mu towarzyszyć, a brat jego opierał się temu, bo tęsknił do ojczyzny. Bóg świadkiem, po jak ciężkich walkach zgodziłam się na to, żeby mąż sam poszedł do tego kraju złota i spróbował szczęścia. Szwagier miał zostać ze mną. Niestety mąż już więcej nie wrócił. W pół roku po jego odejściu urodził się Józef, a więc nie widział ojca nigdy. Gdy syn miał trzy lata, wyszedł raz szwagier rano na polowanie. Kiedy przez kilka dni nie wracał, zaczęłam go szukać i znalazłam martwego nad brzegiem rzeki z przestrzeloną głową. Musiał go zamordować jakiś Indyanin.
— Czy był oskalpowany?
— Nie.
— W takim razie mordercą był biały. Ale jak zdołaliście wyżyć z dzieckiem?
— Z zapasu kukurydzy, którą uprawialiśmy na tym kawałku gruntu obok domu. Później przybył w te strony mój mąż teraźniejszy. Chciał tylko zapolować i pójść w dalszą drogę, został jednak dłużej, a potem raz na zawsze. Zadowolona byłam z tego, bo bez niego byłabym umarła z głodu razem z dzieckiem. Poszedł on do Dodge-City i zażądał, żeby uznano mego męża za zmarłego. Ja potrzebowałam opiekuna, a dziecko ojca, a Rollins został jednem i drugiem. Raz przyśnił mu się skarb, rzekomo tutaj zakopany. Szczególnym sposobem powtarzał się ten sen tak często, że Rollins nietylko wierzy w istnienie skarbu, lecz popadł poprostu w szał na tem tle. Nocami fantazuje o złocie, a za dnia go poszukuje.
— Zapewne tam, pod górą, gdzie stoją stare jawory?
— Tak. Mnie tam chodzić nie wolno, ani synowi. Nie potrafię wypowiedzieć, jak jestem nieszczęśliwa. Dniami i godzinami modlę się o wybawienie nas z tego strasznego położenia. O, gdyby Bóg nam dopomógł!
— Dopomoże, choćby nawet ta pomoc miała w pierwszej chwili ból sprawić. Wiele razy doświadczyłem w życiu, że...
Przerwano mi, bo wszedł Józef i poprosił, żebyśmy wyszli i przypatrzyli się niebu. Na dworze stał Mały Jeleń i patrzył uważnie na małą chmurkę, wiszącą prostopadle nad naszemi głowami. Poza tem było niebo zupełnie czyste, niezachmurzone. Józef powiedział, że Indyanin uważa tę chmurkę za bardzo niebezpieczną dla nas. Mały Jeleń mówił znośnie po angielsku, mógł więc porozumieć się z białym chłopcem. Will Salters wzruszył ramionami i rzekł:
— Ten obłoczek dymu z cygara miałby nam grozić niebezpieczeństwem? Pshaw!
Na to zwrócił Indyanin ku niemu głowę i powiedział tylko jedno słowo: „ilczi“.
— Co to znaczy? — zapytał mnie Will.
— Wicher, burza!
— Głupstwo! Niebezpieczny wicher wychodzi z „dziury“, to znaczy, jeśli całe niebo osłoni się chmurami, a w tej ciemnej oponie znajduje się okrągła, jasna dziura. Tu jest odwrotnie. Z wyjątkiem tej chmurki niebo jest całkiem czyste.
— Ke-eikhena-ilczi — wtrącił Indyanin.
Teraz zwróciłem baczniejszą uwagę na jego słowa. Znaczą one „głodny wiatr“. Określa niemi Apacz burzę z wichrem powietrznym. Zapytałem młodzieńca, czy się tego obawia, on zaś odpowiedział:
— Ke-eikhena-akh-ilczi.
To znaczy: bardzo głodny wiatr, czyli: trąba powietrzna. Skąd się wzięło u Apacza to przypuszczenie? Ja nie zauważyłem istotnie nic podejrzanego na tym obłoczku, wiedziałem jednak, że te dzieci puszczy posiadają cudowny instynkt w rozpoznawaniu niektórych zjawisk w przyrodzie.
— Nonsens! — rzekł do mnie Salters. — Wejdź do chaty, bo zdaje mi się, że zaczynasz się niepokoić.
Na to przyłożył Indyanin palec do czoła i rzekł do Saltersa:
— Ka-a czapeno!
Indyanin zauważył, że Will nie rozumiał języka Apaczów, dlatego użył dyalektu Tonkawów. Ostatnie jego słowa znaczyły: „nie jestem chory“, oczywiście na głowę. Salters pojął go, lecz wziął mu za złe jego przestrogi i wszedł znowu do izby. Ja skorzystałem z tej sposobności, by Małemu Jeleniowi pokazać, że nie wierzyłem jego poprzednim odpowiedziom i zapytałem go:
— Która noga boli mego młodego przyjaciela?
— Sincz-kah, lewa noga — odparł.
— A dlaczego mój brat utykał na prawą, wychodząc z zarośli?
Uśmiechnął się zakłopotany, lecz odpowiedział stanowczo:
— Mój waleczny brat się pomylił.
— Mam bystre oko. Czemu Mały Jeleń utyka tylko wtedy, kiedy go widzą, a chodzi dobrze, kiedy jest sam?
Spojrzał na mnie badawczo i milczał. Wobec tego mówiłem dalej:
— Młodemu przyjacielowi memu wiadomo, że czytam z tropu i że nie zwiedzie mnie ani źdźbło trawy, ani ziarnko piasku. Mały Jeleń schodził dziś rano z góry i nie utykał. Widziałem jego ślady. Czy i teraz odważy się twierdzić, że się mylę?
Opuścił wzrok ku ziemi i znowu nic nie odpowiedział.
— Czemu Jeleń powiada, że idzie na własnych nogach po świętą glinę? — mówiłem dalej. — On przyjechał tu konno ze swojego wigwamu.
— Uff! — odparł zdziwiony. — Skąd wiesz o tem?
— Czyż największy wódz Apaczów nie był moim nauczycielem? Czy sądzisz, że zrobię mu wstyd i pozwolę się podejść młodemu Apaczowi, któremu nie wolno jeszcze nosić strzelby ognistej? Twój koń jest czi-kai-kle, kasztan czerwony.
— Uff, uff! — zawołał po dwakroć na znak najwyższego zdziwienia.
— Chcesz okłamać brata Inczu-Czuny? — zapytałem z wyrzutem.
Przyłożył rękę do serca i odrzekł:
— Szi-itkli takla hotli, czi-kai-kle... mam konia, czerwonego kasztana.
— Powinieneś był odrazu mnie się przyznać! Powiem ci nawet, że dziś rano przećwiczyłeś całą indyańską szkołę.
— Biały brat wie wszystko, jak Manitou, Wielki Duch! — zawołał stropiony.
— Nie. Jechałeś cwałem, wisząc jedną nogą na siodle, a jedną ręką trzymając się naszyjnika końskiego i przykładając ciało do boku konia. To robi wojownik w walce, ażeby się ochronić przed pociskami nieprzyjaciela, a w czasie pokoju tylko wtedy, jeśli ćwiczy szkołę. Tylko podczas takiej jazdy mogą się włosy z grzywy zaczepić o rękojeść i pochwę noża, a taki włos może mieć tylko czerwony kasztan.
Indyanin sięgnął oburącz do pasa, za którym tkwił w pochwie nóż. Na nim wisiało kilka włosów. Mimo ciemnego zabarwienia jego twarzy, dostrzegłem, że poczerwieniał.
— Oko Małego Jelenia widzi jasno — mówiłem dalej — ale nie ma dość wprawy na takie drobiazgi, od których często życie zależy. Mój młody brat przybył tu, ażeby zobaczyć właściciela tego domu. Czy pragnie zemsty nad nim?
— Złożyłem przyrzeczenie, że będę milczał — odpowiedział — ale mój biały brat jest przyjacielem najsławniejszego z Apaczów. Pokaże mu coś, co odda mi jeszcze dzisiaj wieczorem. Może o tem mówić, bo godzina moja nadeszła.
Odchylił na piersiach koszulę i wyciągnął skórę, złożoną w czworo jak koperta. Wręczył mi to i odszedł ku polu kukurydzy, gdzie stał Józef. Widziałem, że wziął go za rękę i pociągnął za sobą.
Otworzyłem garbowaną skórę jelenią, a w niej znalazłem drugi kawałek skóry z cielęcia bawolego, ogołoconej z sierści, wyprawionej wapnem i wygładzonej na pergamin. Złożona była w dwoje, a gdy ją rozłożyłem, zobaczyłem szereg figur, nakreślonych czerwoną farbą, podobnych w rysunku do słynnego napisu na skale w Tsitsu-mo-wi w Arizonie. Miałem w reku dokument, pismem indyańskiem napisany, tak niezwykłą rzadkość, że w pierwszej chwili nie myślałem o odczytaniu, lecz pospieszyłem do chaty, aby ten skarb pokazać Willowi Saltersowi. Ten potrząsnął głową na widok pisma i rzekł wielce zdziwiony:
— I to można przeczytać?
— Oczywiście!
— To czytaj to sam! Gdy chodzi o nasze zwykłe pismo, to ja wolę rozbijać się z dwudziestu Indyanami, niż z trzema literami. Nie byłem nigdy bohaterem w czytaniu, a listy wypisuję odrazu adresatowi na plecach tą dwururką. To najkrótsza droga. Pióro łamie mi się pod palcami, a widok atramentu mierzi mię. Cóż to za okropne figury! W tej ciemnej chałupie z dwoma lufcikami zamiast okien nie można ich nawet rozpoznać.
— Wyjdźmy przed dom!
— Wyjść mogę, ale odczytywaniem ty sam się już zajmij!
Wyszliśmy, a kobieta została. Rozpaliła na kuchni niewielki ogień, ażeby upiec kilka kawałków mięsa, któreśmy jej dali.
Ja zwróciłem natychmiast oczy na figury, Will Salters natomiast na niebo.
— Hm! To szczególna chmura! mruknął. — Nie widziałem jeszcze podobnej. Cóż ty na to?
Ponieważ zwrócił na to moją uwagę, spojrzałem w górę. Obłok nie powiększył się znacznie, lecz zmienił całkiem swój wygląd. Przedtem sinoszary, zrobił się teraz jasno-czerwony i przeźroczysty. Zdawało się, że wychodzą zeń miliony matowo-złotych nitek pajęczych i rozsuwają się po całym widnokręgu. Nitki te nie drgały, lecz były całkiem nieruchome, jakby naprężone.
— No? — zapytał Will.
— Ja także nie widziałem nic podobnego.
— Czyżby twierdzenie młodego Indyanina o trąbie powietrznej miało okazać się słusznem i to wbrew powadze naszej, jako starych preryowców?
— Wygląda wcale nieswojo. Apacz mówił o trąbie. To byłoby źle.
— Niechaj będzie, co chce. Musimy w każdym razie zaczekać. Spodziewam się, że łatwiej zoryentujesz się w tem piśmie indyańskiem, aniżeli w niepojętym chaosie nitek, snujących się na niebie. Jakże ci idzie?
— Hm! Zobaczmy! Na przedzie widzę namalowane słońce z promieniami tylko w górę, a więc wschodzące. Potem stoją czterej jeźdźcy w kapeluszach. To są prawdopodobnie biali. Pierwszy z nich ma coś przywieszone do siodła, jakby worki. Za tymi czterema nadchodzą dwaj inni z piórami na nieokrytych głowach. To pewnie wodzowie indyańscy.
— No, to wszystko jest bardzo proste. Ty nazywasz to czytaniem?
— To początek. Muszę wpierw poznać litery, zanim zabiorę się do ułożenia ich w słowa. Są tu jeszcze inne, mniejsze figury, umieszczone nad temi większemi. Nad Indyaninem widzę bawołu z otwartym pyskiem, a z niego wychodzi kilka kresek. Z pyska tylko głos może wychodzić, więc jest to bawół ryczący. Nad głową drugiego Indyanina jest fajka, a z niej wystrzelają także kreski. To oznacza dym, czyli że fajka się pali.
— Słuchajno, ja zaczynam rozumieć to pismo! — rzekł Will. — Przychodzi mi właśnie na myśl, że byli dwaj wodzowie Apaczów. Jeden nazywał się Bawół Ryczący, a drugi Fajka Płonąca, ponieważ był spokojnego usposobienia i palił chętnie z każdym fajkę pokoju. Podobno żyje jeszcze.
— Być może, że tu właśnie o nich chodzi. Patrzmy dalej! Nad drugim z białych umieszczone jest oko z przechodzącą przez nie kreską. Albo więc ma tylko jedno oko, albo na nie jest ślepy, albo chory. Ach, to może być słowo, które przedtem wymieniłeś: „złe oko“. Nad trzecim białym znajduje się worek i ręka, chcąca go pochwycić. Czyżby to oznaczało kradzież?
— Tak, tak, z pewnością! — rzekł Salters szybko. — Wiem już, wiem! Teraz przypominam sobie, gdzie widziałem tego Rollinsa! W Czarnych Górach. Nazywał się Haller, a kradł konie i łapki na bobry, nazywano go więc Ręką Kradnącą.
— Czy się nie mylisz?
— Nie, nie! Ręka Kradnąca i Złe Oko byli krewnymi, może nawet braćmi i trzymali się razem. To o nich mowa. Dalej, dalej!
— Wschodzące słońce jest na przodzie; stąd wniosek, że ci jeźdźcy jechali na wschód. W drugim wierszu występują te same figury częściej, a zarazem w rozmaitem ugrupowaniu. Pierwsza grupa: trzej biali strzelają do jadącego na przodzie. Druga grupa: on leży martwy, a oni mają jego worki. Trzecia grupa: Indyanie strzelają do trzech białych. Czwarta grupa: dwaj biali i Indyanin, Bawół Ryczący, nie żyją, a Ręka Kradnąca ucieka. Piąta grupa: Fajka Płonąca zakopuje worki. Szósta grupa: Fajka Płonąca trzyma Bawołu Ryczącego na koniu i ściga Rękę Kradnącą. Siódma grupa: Fajka Płonąca zakopuje Bawołu Ryczącego, a Ręka Kradnąca zniknęła. Teraz następują jeszcze dwa małe obrazki. Na jednym są trzy drzewa, a pod środkowem znajdują się worki. Potem widać jedno drzewo, a pod niem leżącego Bawołu Krzyczącego; to jego grób. Teraz da się łatwo wyjaśnić w zupełności to okropne zdarzenie.
— Zaczekajno! — przerwał mi Salters. — Zostaw tę sprawę na razie, a spojrzyj w górę! Czy nie uważasz, że robi się całkiem ciemno? Popatrz, na miłość Boga, na niebo!
Posłuchałem wezwania i przeraziłem się tem, co zobaczyłem. Wspomniane złote nitki zniknęły, a ich miejsce zajęły ciemne pasy, powstałe prawdopodobnie wskutek złączenia się nitek. Te pasy wiązały zczerniałą całkiem chmurę z północnem niebem. Reszta nieba była jasna i czysta. Na tych pasach ciągnęło coś chmurę jak na linach wstecz ku północy. Odbywało się to z szybkością, widoczną dla oka. Im bardziej ciągnęło chmurę ku ziemi, tem wyraźniej było widać podnoszącą się z ziemi, przeźroczystą z początku, lecz ciemniejącą masę, w dole szeroką, a ku górze węższą, kręcącą się i usiłującą górnym ogonem pochwycić chmurę, która spadała coraz chyżej, rozszerzając się w górze, a ku dołowi wysyłając ze swej strony drugi ogon. Oba ogony szukały się wzajem i znalazły. Gdy się zetknęły, wydało się na chwilę, że chmura zostanie ściągnięta na ziemię. Utrzymała się jednak w powietrzu i utworzyła razem z trąbą kręcący się z szaloną szybkością podwójny lejek, którego końce stykały się z sobą, a podstawy na ziemi i w powietrzu dosięgały w średnicy długości pięćdziesięciu metrów.
Ponieważ w pobliżu znajdowały się tylko nizkie krzaki, przeto mogliśmy to, trwogę wzbudzające, zjawisko oglądać na całą długość osi. Zwijało się ono i wirowało, posuwając się naprzód bardzo szybko, wprost na nas. Tymczasem dokoła nas powietrze stało nieruchome, a nagle dała się odczuć parność, która wszystkiemi porami wypędziła nam pot na skórę.
— Mały Jeleń miał słuszność — powiedziałem. — Nasze życie w niebezpieczeństwie. Prędzej Willu, ratujmy siebie i tę kobietę!
— Jak? — zapytał z trwogą.
— Przy pomocy koni.
— Ależ nie wiemy, dokąd się zwrócić!
— Ruchy trąby powietrznej nie dadzą się wprawdzie obliczyć, ale my zmienimy nasz kierunek, jeśli ona swój zmieni. Może się zatrzyma nad rzeką i nie dostanie się na tę stronę. Wyprowadź konia rollinsowego z za parkanu! Ja skoczę po jego żonę.
Zastałem ją przy ognisku, nie przeczuwającą grożącego jej niebezpieczeństwa. Omal nie zemdlała, gdy jej powiedziałem, co się dzieje na dworze. Pochwyciłem ją i wyniosłem czemprędzej. Will nadszedł był właśnie z koniem.
— Koń się narowi — zawołał. — Ja sam nań siądę. Nie jest osiodłany i po pierwszym kroku zrzuciłby kobietę. Wysadź ją na mego kasztana! Prędzej, prędzej!
Wskoczył na starego konia i puścił się na nim cwałem.
— Czy umie pani jechać konno? — spytałem.
— Tak, jak teraz trzeba jechać, nie potrafię — odrzekła.
— To wezmę panią do siebie.
Wskoczyłem na kasztana, który mógł łatwiej unieść dwie osoby, aniżeli mój kulawy, pociągnąłem drżącą kobietę do siebie tak, że położyła mi się w poprzek na kolanach, ująłem mego kulawego za cugle i podążyłem za biegnącym naprzód Saltersem.
Stało się to wszystko tak prędko, że od spostrzeżenia trąby do teraz nie upłynęło pięć minut. Nie było mi zbyt wygodnie. Prawą ręką musiałem trzymać kobietę, a lewą prowadzić kasztana i mego gniadego. Lecz dałem sobie radę. Ujechawszy przestrzeń dość dużą, zawołałem na Willa, by się zatrzymał. Gdy to uczynił, odwróciliśmy się, aby zobaczyć, co się za nami dzieje.
Trąba była już prawie dosięgła rzeki. Powietrze i chmury zniknęły bez śladu. Trąba tworzyła jakby potworną klepsydrę olbrzymich rozmiarów, w której wirowały wyrwane krzaki, kamienie, duże kawały murawy i całe masy piasku. Był to jakiś nadziemski potwór.
Wreszcie dotarła do brzegu. Czy zatrzyma się i poleci tamtą stroną, w górę lub w dół, czy też się rozpadnie? Tak pytaliśmy się siebie nawzajem. Człowiek, któryby się dostał w obręb jej ruchów, byłby niechybnie zgubiony. Porwany wysoko i wykręcany na wszystkie strony, musiałby się udusić, jeśliby trąba nie grzmotnęła nim przedtem o ziemię i nie rozmiażdżyła kręcącemi się z nim masami.
Nad brzegiem zatrzymała się trąba, jakby dla namysłu. Górny lejek, zwężający się ku dołowi, pochylił się w dotychczasowym kierunku. Szarpał dolnym tak, że zdawało się, jakby się chciał oderwać. Wtem nastąpił straszliwy huk, zbite masy piasku, kamieni, krzów i murawy zniknęły, a natomiast podniósł się wysoki słup wody. Miał z początku kształt równego walca, lecz zwężając się w środku, przybrał wkrótce kształt dwu równych stożków, połączonych wierzchołkami. Z trąby powietrznej zrobiła się trąba wodna, która, jakby rozgniewana zatrzymaniem się nad rzeką, posuwała się teraz ze zdwojoną szybkością. Pochwyciwszy domek, leciała prosto na nas.
— Teraz na prawo! — krzyknąłem.
Przez tę krótką chwilę trudno było konie utrzymać. Poczuwszy niebezpieczeństwo, gnały tak, że nie potrzebowaliśmy ich napędzać. Wkrótce, obejrzawszy się, zobaczyłem ku mej radości, że trąba poszła w kierunku zachodnim, czyli od nas się oddaliła. Teraz mogliśmy się zatrzymać i uważać za ocalonych, jeśliby znowu nie powróciła.
To się na szczęście nie stało. Poleciała z niemniejszą chyżością dalej, nie przeźroczysta już, jak nad wodą, lecz znów ciemna i mętna. Wszystko, co napotykała, podrywała z ziemi. Rosła i robiła się coraz groźniejsza. Odrzucając daleko wszystko, czego wchłonąć w siebie nie zdołała, dążyła swoją drogą, na której wszystko niszczyła, aż naraz doleciał nas huk, od którego ziemia zadrżała, i trąba zniknęła.
W tej samej chwili jednak, nie wiadomo skąd, całe niebo zasnuło się czarną oponą i lunął deszcz kroplami, większemi niż groch.
— Nasz dom, nasze mieszkanie! Co się z niem stało? — lamentowała kobieta, przerywając po raz pierwszy milczenie.
Zamiast odpowiedzieć, puściliśmy konie szybkim kłusem ku domkowi. Lecz nie zastaliśmy go już na dawnem miejscu. Rozdarło, rozszarpało go, jak wiotki wiecheć słomy. Ciężkie pnie, grubości człowieka, powlokło daleko i porzuciło na ziemię. Z parkanu nie było ani śladu, ani słupa, ani deski, ani tyczki; wszystko powirowało w powietrze.
Kobieta popadła z przerażenia w stan bezczucia, co dla nas było nawet wygodne, bo mogliśmy pomyśleć o odszukaniu jej męża, syna i młodego Indyanina. Odkąd miałem rysunek, wiedziałem, gdzie mogli się znajdować. Tam na górze, pod którą rozleciała się trąba powietrzna, ponieważ była to dla niej nieprzezwyciężona przeszkoda. Ale jak mogła się trąba rozlecieć? W każdym razie zginęła, jak umierająca olbrzymka, która w walce ze śmiercią miażdży wszystko, co jej w ręce wpadnie. Obawialiśmy się, że tam rozegrają się straszliwe sceny, których chcieliśmy oszczędzić nieszczęśliwej kobiecie. Jednak, skoro tylko usłyszała, że idziemy szukać jej syna, odzyskała dawną energię. Nie chciała zostać. Wsiadła na konia i pojechała z nami.
Jak nagle deszcz się puścił, tak samo prędko rozjaśniło się niebo. Chmury zniknęły, jakby na znak czarodziejski, a słońce uśmiechnęło się z nieba, jak gdyby nic nadzwyczajnego nie zaszło.
Natomiast droga, którą jechaliśmy, wyglądała strasznie! Pas ziemi, nawiedzony przez trąbę, był przeszło sześćdziesiąt metrów szeroki, a na całej tej przestrzeni nie było ani źdźbła roślinności, jak gdyby ją kto zgolił. Trąba powyrywała jamy, istniejące zaś pozasypywała rumowiskiem, a po prawej i lewej stronie tej drogi zniszczenia leżały złomy, kamienie, krzaki i mnóstwo innych rzeczy, poodrzucanych przez trąbę.
Jeszcze gorszy stan znaleźliśmy na stoku góry. Z daleka już dostrzegliśmy spustoszenie. Zarośla, wydarte z ziemi, porwane w górę, zbite w nierozplątane kłęby, porozrzucał orkan na wszystkie strony. Trąba szukała przez pewien czas przejścia wzdłuż góry i rozwścieczona tem, że go znaleźć nie mogła, życie wszelkie na śmierć zamieniła. Obnażone skały podobne były do kamieniołomów, głęboko wykutych. Jaworów wodnych, których widokiem ucieszyłem się był, gdy tamtędy przejeżdżałem, nie mogłem teraz poznać. Pnie, grubości człowieka, leżały wyrwane z ziemi z korzeniami, a konary, grubości dziecka, były poskręcane jak liny. Największy jawor, ogołocony z wszystkich swoich gałęzi, przedstawiał z powodu głębokich i długich rozdarć widok opłakany. Ale gdzie byli oni? Oto dalej, po drugiej stronie, stał okulbaczony po indyańsku deresz i skubał łakomie liście olbrzymiego, zmierzwionego kłębu zarośli. Był to wierzchowiec Małego Jelenia, a gdzie był koń, tam musiał się znajdować także jego pan.
Gdyśmy tam podjechali, przedstawił się oczom naszym taki widok: potężny jawor, wyrwany przez wicher z ziemi, padając, zabrał w górę razem z silnymi i gęstymi korzeniami całą masę należącego do nich gruntu. Z pod ogromnego splotu korzeni zionęła szeroka i głęboka jama, podobna do jaskini. Tam siedzieli: jasnowłosy Józef i młody Apacz, zasłonięci przed deszczem nieprzenikliwym dachem korzeni. Roześmieli się do nas wesoło, gdy nas spostrzegli. Matka zeszła pospiesznie na dół i przycisnęła do serca jedynego syna. Apacz natomiast wyskoczył z jamy i zapytał:
— Czy wierzą mi teraz biali bracia, że rozumiem znak „bardzo głodnego wichru“?
— Wierzymy — odpowiedziałem.
— Ale jak zdołaliście się ocalić?
— Młody jeleń ukrył swego konia w zaroślach, potem wyprowadził go i dosiadł razem z niebieskooką bladą twarzą, ażeby uciec przed wiatrem. Kiedy wicher już się nasycił swemi ofiarami, przyjechał Iszarshiutuha tutaj i znalazł to, czego od trzech dni szukał z młodą bladą twarzą.
— Ty schodziłeś się potajemnie z Józefem?
— Tak. On jest synem owego człowieka z workami, którego tu zamordowano. Chodź i popatrz, gdzie Fajka Płonąca ukrył nuggety!
Zaprowadził nas na drugą stronę kłębu korzeni i tam ujrzeliśmy niedaleko pnia dwa worki ze skóry, poszarzałej już z nadgnicia. Po bliższem zbadaniu okazało się, że zawierały złoty pył i ziarnka złota. Józef wiedział już o wszystkiem, ale kiedy matka teraz usłyszała, że jej pierwszego męża zamordowano, co ja sam już odgadłem, omal nie upadła na ziemię z rozpaczy. Pewną pociechą było oczywiście dla niej posiadanie drogocennego kruszcu, lecz ona prawie nie chciała uwierzyć, że to jest naprawdę jej własnością. Na jej pytania zaczął Indyanin opowiadać:
— Bawół Ryczący był moim ojcem. Wyruszył raz z Fajką Płonącą w odwiedziny do wielkiego ojca[2] bladych twarzy, ażeby mu przedłożyć życzenia Apaczów, Obaj wodzowie jechali ku wschodowi. Po drodze zobaczyli, że trzej biali zabili czwartego, ponieważ ten odkrył złoto. Z morderców nazywał się jeden Złe Oko, drugi Ręka Kradnąca, a trzeciego nie znali. Ukarali oni morderstwo, zabiwszy Złe Oko i owego trzeciego. Ręka Kradnąca zniknął, zastrzeliwszy mojego ojca. Fajka Płonąca zakopał złoto i wziął z sobą na konia zwłoki Bawołu Ryczącego i puścił się w pogoń za Ręką Kradnącą, ale nie mógł go doścignąć. Wobec tego pogrzebał Fajka Płonąca ojca mego tam, gdzie go za dwa dni znajdę i pojechał sam do Waszyngtonu. Śmierć brata należało pomścić. Ja musiałem zemstę wykonać, jako syn jego. Upłynął jednak długi czas, ponieważ byłem jeszcze wtedy małem dzieckiem. Później dopiero wyruszyłem w drogę po skalp mordercy, gdyż tak mogłem zostać wojownikiem i otrzymać pozwolenie noszenia rury ognistej. Morderca mieszkał w chacie zamordowanego, zrobiwszy żonę jego swoją skwawą. Przez to chata stała się jego własnością i mógł szukać skarbu zakopanego.
Usłyszawszy to wyjaśnienie, krzyknęła nieszczęśliwa kobieta i zemdlała. Jej drugi mąż był mordercą pierwszego.
— Chcecie teraz zobaczyć Rękę Kradnącą? — zapytał Apacz. — Pójdźcie za mną!
Józef został przy nieprzytomnej matce, dla której chwilowy brak świadomości był dobrodziejstwem, a ja i Salters udaliśmy się za Indyaninem pod wielki jawor. Tam leżał Rollins na ziemi pod konarem, grubym na cztery stopy, który spadł nań i zmiażdżył mu nogi aż po brzuch.
— Tu jest — rzekł Apacz. — Chciałem wziąć sobie jego skalp, ale Wielki Duch już go osądził. Biorę zawsze skalp tylko tego męża, którego sam zwyciężyłem, jego zaś zabił gniew sprawiedliwego Manitou na tem samem miejscu, na którem dopuścił się mordu. Rozumiesz teraz pismo, które ci dałem do przeczytania?
— Zupełnie — odpowiedziałem.
— Fajka Płonąca nie umie pisać; kazał więc pismo to sporządzić słynnemu Inczu-Czunie, któremu wszystko opowiedział. Ty jesteś bratem tego wielkiego wojownika, dlatego tobie daruję pismo. Patrz, ten nędznik otwiera oczy! Może zdołasz z nim jeszcze pomówić. Ja odchodzę. To morderca mego ojca, powinienbym go zabić, ale nie chcę słuchać jego jęków. Czerwony mąż ma tak samo serce, jak blada twarz. On karze, ale nie dręczy powoli.
Powrócił do Józefa i jego matki, my natomiast musieliśmy jeszcze patrzeć na przedśmiertne chwile życia mordercy. Odzyskał wprawdzie przytomność, ale czuł, że śmierć się zbliża, przyznał się więc do wszystkiego. Nie mógł już mówić w pewnym związku, ale odpowiadał przynajmniej na pytania „tak“, lub „nie“. W ten sposób dowiedzieliśmy się jeszcze niektórych szczegółów tego strasznego wypadku, który go pozbawił spokoju na resztę życia.
Zauważywszy, że ścigający go Fajka Płonąca nie miał z sobą nuggetów, domyślił się, że ten zakopał skarb. Zmylił więc pościg za sobą, a sam wrócił na miejsce napadu. Tam z wielkim trudem wygrzebał dół na trupy, ażeby morderstwo pozostało w tajemnicy. W kilka dni później zastrzelił także brata pierwszej ofiary, ażeby kobiecie przedstawić się jako chętnie widziany obrońca. Potem mógł całkiem wygodnie szukać złota. Udało mu się więc wszystko, prócz rzeczy najważniejszej, bo nie mógł znaleźć nuggetów. Żądza złota i wyrzuty sumienia przyprawiły go niemal o szał. Nie cierpiał w swojem pobliżu obcych, bo się obawiał, żeby przez przypadek nie wyszły na jaw jego zbrodnie. Tak odpędzał Willa, mnie i Małego Jelenia, który udawał kulawego, ażeby pod tym pozorem zamieszkać u niego.
Lecz sprawiedliwość Boża dosięgła go. Umierał na tem samem miejscu, pod którem leżały kości zakopanej przez niego ofiary. W ostatniej chwili, jakby dla zwiększenia kary za zbrodnie, musiał się dowiedzieć od nas, że złoto, tak długo przezeń nadaremnie szukane, znalazło się i wpadło w ręce znienawidzonego przezeń chłopca.
A jednak Pan Miłosierny postąpił z nim jeszcze łagodnie. Zmiażdżone członki nie sprawiały mu bolu; zasnął na wieki bez westchnienia.
Żona jego, zawiadomiona o tem, nie chciała już nań patrzeć. My dwaj pochowaliśmy go, odmówiwszy nad nim modlitwę za umarłych.
Mały Jeleń wkrótce odjechał. Nie dał się zatrzymać, a kiedy ciężko doświadczona kobieta ofiarowała mu część złota, rzekł dumnie:
— Zachowaj sobie ten piasek. Apacz wie, gdzie można więcej znaleźć złota, lecz nie powie tego nikomu, a sam niem gardzi. Wielki Duch nie na to stworzył człowieka, żeby był bogaty, lecz żeby był dobry. Oby ci teraz dał tyle szczęścia, ile doznałaś cierpienia!
Dosiadł konia i zniknął nam z oczu.
Nazajutrz przed południem opuściliśmy także my owe strony, zabierając z sobą Józefa i jego matkę. Stary koń niósł złoto i resztę niewielkiego mienia matki i syna, kasztan kobietę, a mój gniady chłopca, my zaś kroczyliśmy obok pieszo. Pożegnaliśmy się z nimi w najbliższej osadzie, gdzie mogli zaczekać na lepszą sposobność do podróży. Trąba powietrzna spowodowała, że tak przykre otrzymali wieści o najdroższych dla nich istotach, a zarazem dała im środki do lepszego bytu.
Jeszcze podczas opowiadania o napadzie na pociąg i o towarzystwie traperskiem Fireguna wyszedł był jakiś pan z izby, przytykającej do wielkiej komnaty gospodniej i usiadł przy najbliższym stole. Te boczne pokoje przeznaczone są zwykle dla lepszych gości. Z tego, że stamtąd wyszedł, wywnioskowałem, że jest albo znakomitością jakąś, albo uprzywilejowanym znajomym gospodyni. Widocznie zajmowało go opowiadanie, bo przysłuchiwał się z nadzwyczajną uwagą. Pani Thick dawała mu jakieś znaki ruchami głowy, a niekiedy, patrząc na niego, wskazywała ręką na stół, przy którym siedział opowiadający. Tymi znakami sprowadziła mnie na domysł, że ów pan pozostawał w jakimś stosunku do osób, albo zdarzeń, o których mówiono. Utwierdziła mnie w tem przekonaniu ta okoliczność, że następnej krótkiej historyi poświęcał daleko mniej uwagi; a raz nawet przytknął był palce do ust, prosząc gospodynię o milczenie. Zaciekawił mnie swoją osobą. Zacząłem mu się przypatrywać oczywiście tak, żeby tego nie dostrzegł. Wprawdzie twarz jego była wichrami i deszczem wygarbowana i silnie ogorzała od słońca, jak gdyby przebywał zawsze tylko na wolnem powietrzu, lecz ja mimoto nie uważałem go za prawdziwego westmana. Jego uduchowione rysy twarzy, oczy więcej na wewnątrz zwrócone i zmarszczki myśliciela nad nasadą nosa kazały podejrzywać go o inny zawód, aniżeli traperski. Dla mnie był on zagadką, bo bardzo mało jest zajęć, któreby obok pracy umysłowej wymagały włóczenia się po preryi i puszczy, a jeżeliby nawet zdarzyło się takie połączenie zajęć, to byłoby to jakieś amatorstwo, jak np. u etnografa, który opowiedział ostatnią historyę.
Skończywszy, dodał etnograf uwagę:
— Przyznacie teraz, że już przed Winnetou znajdowali się wśród Apaczów inteligentni i poważani ludzie. Albo zachowanie się tego czerwonego chłopca nie zasługiwało na pochwałę? Zarazem potwierdza moja historya, że są biali, o wiele gorsi od najgorszych Indyan. Wśród tych białych bywają nieraz osoby, które ze względu na swoje stanowisko i wykształcenie mogłyby każdemu za wzór służyć, a tymczasem przodują podłością i nikczemnością. Słyszałem właśnie niedawno opowiadanie o pewnym hrabi hiszpańsko-amerykańskim, który połączył się z Komanczami, ażeby napaść na swoją własną hacyendę i wymordować jej mieszkańców. Gdyby nie wódz Apaczów, Serce Niedźwiedzie i wódz Mizteków, Czoło Bawole, byliby wszyscy biali musieli teraz gryźć ziemię.
— Znacie tę historyę? — zapytano dokoła.
— Niedokładnie. Czynny był tam wtedy także słynny biały myśliwiec, zwany, jeśli się nie mylę, Grot Piorunowy.
— I rolę łotra odegrał hrabia? Prawdziwy hrabia?
— Prawdziwy hrabia, którego ojciec należał do najdostojniejszych i najbogatszych ludzi w kraju.
— Jak się ten drab nazywał?
— Hrabia Roderig,.. Rod... Rod... zapomniałem nazwiska i nie mogę sobie przypomnieć.
Wtem padły z dalszego stołu słowa:
— Hrabia Rodriganda. Czy jego macie na myśli?
— Właśnie jego! Znacie zatem to nazwisko?
— Bardzo dobrze.
— A słyszeliście o tym wypadku?
— Nietylko słyszałem, lecz nawet znam hrabiego i wszystkie osoby, które w tym wypadku udział wzięły. Znam także hacyendę, o której mówiliście, i całą okolicę, gdyż tam mieszkam i jestem prawnym zastępcą sennora Arbelleza, na którego wymierzony był ów napad.
— Co? jego prawnym zastępcą! W takim razie musicie znać te ciekawe dzieje?
— Znam je tak, jak gdybym je sam przeżył.
— Dlaczego jednak opuściliście tamte strony przeprawiliście się przez rzekę?
— W interesach, sir. Jestem tu w Stanach z powodu pewnego procesu.
— Tak? Gdyby adwokaci nie trzymali się głupiego zwyczaju żądania zapłaty za każde swoje słowo, to przedłożyłbym wam pewną prośbę.
— Hm! Widocznie nie macie o nas zbyt dobrego wyobrażenia!
— Tak źle nie myślę. Chciałem tylko podkreślić, że ci panowie wiedzą, co znaczy dolar.
— Ja także wiem o tem, ale bywają u mnie czasy, kiedy jestem w dobrym humorze nie każę sobie płacić.
— Rzeczywiście?
— Tak.
— A teraz jaki jest czas? Czy jesteście w dobrym humorze?
— W jak najlepszym.
— Mogę więc wyjechać z prośbą?
— Spróbujcie, sir!
Well! Owóż chciałbym, żeby obecni tu gentlemani usłyszeli historyę o hrabi Rodrigandzie. Opowiecie ją nam?
— Owszem, ale ona nie taka krótka, jak wasza. Czy gentlemani mają czas?
— Czemuby nie? U pani Thick każdy ma czas wypić tyle szklanek, ile chce i zostać, dopóki mu się spodoba, zwłaszcza, gdy zatrzymuje go coś zajmującego. Pójdźcię jednak do naszego stołu, ażebyście nie musieli zbytnio natężać głosu!
— Zrobię to chętnie. Słyszałem wasze opowiadania, które mi się dość podobały, i z wdzięczności za to spróbuję dać dowód na wasze twierdzenie, że są biali łotrowie, którym żaden czerwony nie dorówna w podłości.
Sennor, ubrany całkiem po meksykańsku, przyszedł ze szklanką, zajął wskazane mu miejsce, zapalił nieodstępnego papierosa i zaczął opowiadać:
— Nurtami rzeki Rio Grande płynęło powoli lekkie kanoe, zbudowane z długich kawałków kory, spojonych smołą i mchem, a w niem siedzieli dwaj ludzie, dzieci odmiennych ras. Jeden kierował sterem, a drugi siedział swobodnie w dzióbie, zajęty robieniem naboi z papieru, prochu i kul.
Sternika cechowały śmiałe, ostre rysy twarzy i przenikliwe oko Indyanina. Lecz bez tego można było poznać po ubraniu, że należał do rasy amerykańskiej. Miał skórzaną bluzę myśliwską, wystrzępioną fantastycznie w szwach, parę legginów ze szwami bocznymi, ozdobionymi włosami zabitych przezeń nieprzyjaciół i mokassyny o podwójnej podeszwie. Na obnażonej jego szyi wisiał sznur zębów szarego niedźwiedzia, a z włosów, zwiniętych w wysoki czub, sterczały trzy orle pióra, na znak, że był wodzem. Obok niego, na dnie łodzi, leżała miękko wygarbowana skóra bawola, która mu zastępowała płaszcz. Za pasem tkwił błyszczący tomahawk, oraz obosieczny nóż skalpowy obok worków z prochem i kulami. Na skórze bawolej leżała długa dwururka z kolbą, ozdobioną srebrnymi gwoździami, a liczne nacięcia na nasadzie lufy oznaczały, ilu nieprzyjaciół zabił właściciel strzelby. Do sznura z zębami niedźwiedzimi na szyi przytwierdzony był kalumet. Z kieszeni bluzy wyzierały głownie dwu rewolwerów. Ta rzadka u Indyan broń dowodziła na pewno, że jej posiadacz wszedł w blizką styczność z cywilizacyą.
Trzymając ster w prawej ręce, przypatrywał się towarzyszowi, nie troszcząc się pozornie o nic więcej, lecz bystry obserwator byłby zauważył, że z pod nizko spuszczonych jego rzęs padały na brzegi zamaskowane spojrzenia, właściwe myśliwcom, przygotowanym na to, że życiu ich może każdej chwili grozić niebezpieczeństwo.
Towarzysz jego był białym. Wysoki i smukły, ale nadzwyczaj silni zbudowany, miał jasną brodę, która mu dodawała piękności. Ubrany był także w skórzane spodnie, wsunięte w cholewy ciężkich butów, błękitną kamizelkę i taką samą jubkę myśliwską. Szyję miał wolną i obnażoną, a na głowie kapelusz z szerokiemi kresami, podobny do spotykanych zwykle na dzikim Zachodzie.
Obaj mogli być w równym wieku około dwudziestu ośmiu lat i obaj zamiast ostróg mieli kolce, które dowodziły, że jechali na koniach przedtem, za nim zbudowali sobie kanoe, aby popłynąć na niem z biegiem Rio Grande.
Unoszeni szybko przez wodę, usłyszeli nagle rżenie konia. Skutek tego głosu był błyskawiczny, gdyż zanim jeszcze przebrzmiał, leżeli już obydwaj na dnie łodzi tak, że ich zewnątrz nie można było zobaczyć.
Tkli, koń! szepnął Indyanin w języku Apaczów.
— Stoi tam dalej, na dole! — rzekł biały.
— Zwietrzył nas. Kto może być jeźdźcem?
— Ani Indyanin, ani dobry biały myśliwiec — odpowiedział biały.
— Czemu?
— Doświadczony jeździec nie pozwoli koniowi rżeć tak głośno.
— Co zrobimy?
— Skierujmy się ku brzegowi. Wylądujemy i podejdziemy tam.
— A kanoe tu zostanie? — zapytał Indyanin. — Może to nieprzyjaciele, którzy wabią nas na brzeg, żeby nas zabić?
Pshaw! Mamy także broń!
— To niech przynajmniej biały brat pilnuje kanoe, a ja zbadam okolicę!
— Dobrze!
Pchnęli łódź ku brzegowi, Indyanin wysiadł, a biały został i z bronią w ręku czekał jego powrotu. Już w kilka minut zobaczył go, nadchodzącego w wyprostowanej postawie, na dowód, że niema niebezpieczeństwa.
— No? — zapytał biały.
— Jakiś biały śpi za krzakiem.
— Ach! Myśliwiec?
— Uzbrojony tylko w nóż.
— Czy nikogo niema w pobliżu?
— Nie widziałem nikogo.
— To chodźmy tam!
Wyskoczył z łodzi i przywiązał ją, potem wziął swoją rusznicę, wyciągnął do połowy oba rewolwery, ażeby być gotowym do walki i poszedł za Indyaninem. Niebawem dostali się do śpiącego, obok którego stał przywiązany koń, okulbaczony po amerykańsku.
Człowiek ów miał na sobie szersze ku dołowi meksykańskie spodnie, białą koszulę i po huzarsku z ramion zwisającą bluzę. Spodnie i koszula ściągnięte były szalem, owiniętym jak pas dokoła bioder. Oprócz noża nie było u niego widać innej broni. Żółty sombrero leżał na twarzy dla ochrony od ciepłych promieni słońca. Człowiek ten spał tak mocno, że nie usłyszał zbliżenia się obcych.
— Hola, chłopcze, zbudźno się! — zawołał biały, potrząsając go za ramię.
Śpiący zbudził się, zerwał się z ziemi i dobył noża.
— Do stu piorunów! Czego tu chcecie? — zawołał głosem, upojonym snem.
— Najpierw wiedzieć, kto jesteś.
— A kto wy?
— Hm, zdaje się, że się obawiasz tego czerwonego męża. To niepotrzebne, stary chłopcze. Ja jestem traperem nazwiskiem Helmers, a ten to Szosz-in-liet, wódz Apaczów Icarilla.
— Szosz-in-liet? — powtórzył obcy. — W takim razie nie boję się, gdyż ten wielki wojownik jest przyjacielem białych.
Szosz-in-liet znaczy po polsku: serce niedźwiedzie.
— No, a ty? — zapytał biały, który się nazwał Helmersem.
— Jestem wakerem[3] — odrzekł zbudzony.
— Gdzie?
— Po tamtej stronie rzeki.
— U kogo?
— U hrabiego Rodrigandy.
— A skąd się wziąłeś po tej stronie?
— Do wszystkich dyabłów! Powiedzcie raczej, jak ja się dostanę napowrót! Ścigają mnie!
— Kto taki?
— Komancze.
— To dziwna rzecz. Komancze ciebie ścigają, a ty kładziesz się tu spać z całym spokojem.
— Dyabeł niech nie śpi po takiem zmęczeniu!
— Gdzie spotkałeś Komanczów?
— Stąd prosto na północ, w stronie Rio Pecos. Było nas piętnastu mężczyzn i dwie kobiety, ich zaś było sześćdziesięciu.
— A do kroćset! Walczyliście?
— Tak.
— Dalej, dalej!
— Co dalej? Napadli na nas, nieprzeczuwających ich obecności, to też większą część naszych zabili, a kobiety wzięli do niewoli. Nie wiem, ilu jeszcze umknęło oprócz mnie.
— Skąd jechaliście i dokąd?
Wakero nie był rozmowny. Każde słowo trzeba było z niego wyciągać.
— Jechaliśmy do Forte del Quadelupe po panie, które były tam w odwiedzinach. Napad nastąpił w powrocie.
— O jakich paniach mówicie?
— O sennoricie Arbellez i Indyance, Karji.
— Kto jest sennorita Arbellez?
— Córka naszego inspektora.
— A Karja?
— Siostra Tekalta, wodza Mizteków.
Ciekawość Niedźwiedziego Serca zaczęła wzrastać.
— Siostra Tekalta? — spytał.
— Tak.
— To mój przyjaciel. Wypaliliśmy z sobą fajkę pokoju. Siostra jego serca nie powinna zostać w niewoli. Czy moi biali bracia ruszą ze mną, by ją odbić?
— Wszak wy koni nie macie! — zauważył wakero.
Indyanin rzucił nań pogardliwe spojrzenie i odpowiedział:
— Serce Niedźwiedzie ma konia, kiedy mu go potrzeba. Za godzinę weźmie go sobie od psów Komanczów.
— Do stu dyabłów! Tego byłbym nie przypuścił!
— To rozumie się samo przez się — zapewnił biały.
— Jakto?
— Kiedy na was wczoraj napadnięto?
— Wieczorem.
— A jak długo tu spałeś?
— Zaledwie kwadrans.
— To Komancze będą tutaj niebawem.
— A do wszystkich dyabłów!
— Z pewnością!
— Czemu?
— Jesteś wakerem i nie znasz zwyczajów Indyan? Jakie zamiary mogą oni mieć co do kobiet? Czy wzięli je do niewoli dla okupu?
— Nie, napewno nie. Powloką je z sobą, by z nich sobie żony porobić, ponieważ obie są młode i piękne.
— Słyszałem, że dziewczęta Mizteków słyną z piękności. Skoro więc Komancze nie zechcą wydać tych pań, muszą się postarać o to, żeby nie wyśledzono miejsca ich pobytu i ukryć swoje ślady. W tym celu nikomu z was nie pozwolą umknąć i wyruszyli z pewnością w pościg za tobą, byś nie doniósł o tem wiadomości do domu.
— Teraz rozumiem! — rzekł wakero.
— Komancze byli oczywiście na koniach?
— Tak.
— Będą więc ciebie ścigali, trzymając się twego śladu i przybędą tu na koniach.
— Przeklęta sprawa! Tak łatwo to sobie wyobrazić, a ja nad tem nie pomyślałem.
— Zdaje się, nie odznaczasz się szczególną bystrością umysłu. Czy przypuszczałeś, że cię będą ścigali?
— Owszem!
— Dla czegóż więc położyłeś się spać?
— Byłem bardzo znużony ucieczką.
— Powinienbyś był przynajmniej przeprawić się przez rzekę!
— Rzeka za szeroka, a koń bardzo zmęczony.
— Dziękuj Bogu, że nie jesteśmy Indyanami! Byłbyś tu zasnął i przebudził się aż w raju, bez skóry na głowie. Czy jesteś głodny?
— Tak.
— To chodź z nami do łodzi, ale zaprowadź wpierw konia za krzaki, ażeby go nie było widać zdaleka!
Rozmowę tę prowadził tylko Helmers z wakerem, a Serce Niedźwiedzie wrócił był do czółna i położył się na skórze bawolej. Wakero dostał mięsa, wody napił się z rzeki i w ten sposób zaspokoił głód i pragnienie.
Gdy jeszcze jadł, pytał go Helmers o jego bliższe stosunki, a po jakimś czasie opuścił kanoe, ażeby wyleźć na wzniesiony nieco brzeg i rozejrzeć się dokoła. Ledwie się wydostał na wzgórze, wydał okrzyk zdziwienia:
— Hola, nadchodzą! Omal że nie przeliczyliśmy się w czasie.
W tej samej chwili prawie był już Indyanin przy nim i przypatrywał się Komanczom.
— Sześciu jeźdźców! — powiedział.
— Na każdego z nas po trzech.
Biały traper nie myślał widocznie o tem, żeby także wakero wziął na siebie choć jednego z nieprzyjaciół.
— Kto zabierze konia? — spytał Serce Niedźwiedzie.
— Ja — odrzekł biały.
Indyanin skinął głową i dodał:
— Ani jeden z tych Komanczów nie powinien nam umknąć!
— To rozumie się samo przez się — zapewnił Helmers, a zwróciwszy się do wakera, zapytał: — Masz tylko nóż?
— Tak.
— Wobec tego nic nam nie pomożesz w tej sprawie. Zostań w łodzi, a ja wezmę tymczasem twojego konia.
— A jeśli go zastrzelą? — zastrzegł się ze strachem.
— Śmiej się z tego! Dostaniemy sześć innych za niego!
Meksykanin musiał się poddać zarządzeniu białego. Położył się na dnie łodzi, a tamci dwaj udali się na miejsce, gdzie go przedtem zastali. Ustawiwszy się obok ukrytego w zaroślach konia, czekali.
Jeźdźcy, których Helmers zobaczył najpierw jako sześć ciemnych punktów, zbliżali się szybko. Wkrótce można już było rozpoznać ich broń i odzież.
— Tak, to psy Komancze! — rzekł Serce Niedźwiedzie.
— Pomalowali się wojennemi barwami, nie dadzą więc pardonu. — zauważył Helmers.
— I sami go nie dostaną!
— Najpierw przekonają się o tem dwaj ostatni, a przedni już nam nie ujdą.
— Ja biorę ostatnich na siebie — rzekł Apacz.
— Dobrze!
Komancze zbliżyli się już na pół kilometra, ale ciągle jeszcze jechali cwałem. Za chwilę mieli się znaleźć w promieniu celności strzelb.
— A to głupcy! — roześmiał się Helmers.
— Ci Komancze nie mają mózgu i nie mogą myśleć!
— Powinniby przynajmniej przypuścić, że wakero ukryje się tu i czeka na nich. Sądzą pewnie, że natychmiast przeprawił się przez rzekę.
— Ugh! — rzekł Apacz.
Wezwawszy w ten sposób towarzysza do baczności, podniósł rusznicę, a Helmers uczynił to samo. Huknęły dwa wystrzały, potem drugie dwa, a czterech Komanczów tarzało się po ziemi. Po małej chwilce wypadł Helmers z zarośli na koniu wakera. Pozostali dwaj Komancze stropili się bardzo. Zanim zdołali zawrócić konie, ujrzeli przed sobą białego. Podnieśli tomahawki do śmiertelnego ciosu, lecz on jeszcze przed nimi dobył rewolweru, wypalił po dwakroć i dwaj ostatni Komancze runęli z koni na ziemię.
Zwycięstwo odniesiono w niespełna dwu minutach, a konie poległych z łatwością schwytano.
Teraz nadszedł wakero, który przypatrywał się wszystkiemu z kanoe.
— Do dyabła! — rzekł. — A to zwycięstwo!
— Ba! — roześmiał się Helmers. — Co to jest sześciu Komanczów? Właściwie należałoby oszczędniej obchodzić się z krwią ludzką, bo to sok, najcenniejszy ze wszystkich, ale ci Komancze nie zasługują na nic innego.
Zabrano poległym broń i rzucono w trawę a Serce Niedźwiedzie zdjął skalpy z obu Indyan, zabitych przez siebie i przywiesił je sobie do pasa. Biały nie wziął skalpów.
— Co dalej? — spytał Helmers. — Czy wyruszamy natychmiast?
— Oczywiście! — odpowiedział Apacz. — Siostra przyjaciela nie powinna napróżno oczekiwać pomocy!
— Czy weźmiemy z sobą wakera?
Serce Niedźwiedzie zmierzył go okiem i odrzekł:
— Czyń, jak chcesz!
— Pójdę z wami! — oświadczył Meksykanin.
— Wątpię, czy nam się na co przydasz.
— Czemu?
— Bohaterem nie jesteś.
— Wszak nie miałem teraz broni!
— Ale podczas wczorajszego napadu umknąłeś.
— Ażeby pomoc sprowadzić.
— Ach! Tak! A zdołasz odszukać miejsce, w którem na was napadnięto?
— Z pewnością.
— To przyłącz się do nas!
— Czy mogę sobie wziąć trochę broni od Indyan?
— Możesz. Weź sobie także jednego konia. Twego puścimy wolno, bo zanadto zdrożony i przeszkadzałby nam tylko.
Dosiedli trzech najlepszych koni, resztę puścili na wolność i mały orszak ruszył w drogę.
Dążyli na północ, ciągle ku Rio Pecos. Droga wiodła z początku przez otwartą preryę, potem zaś wynurzyła się przed nimi sierra z górami, porosłem i lasem. Jechali dolinami i parowami, dopiero wieczorem wydostali się na wzgórze, skąd można było objąć okiem małą sawannę.
— Ugh! — zawołał Apacz, jadący na przedzie.
— Co tam? — zapytał Helmers.
— Popatrz!
Serce Niedźwiedzie wyciągnął ręce i wskazał na dół przed siebie.
Tam rozłożył się obozem oddział Indyan. Wśród nich dostrzeżono pojmanych. Helmers wziął do ręki małą lunetę, przyłożył do oka i patrzył.
— Co mój biały brat widzi? — zapytał Apacz.
— Czterdziestu dziewięciu Komanczów.
Pshaw! — rzekł lekceważąco Indyanin.
— I sześciu pojmanych.
— Czy są także kobiety?
— Dwie.
— Uwolnimy je!
Słowa te powiedział wódz z takim spokojem ducha, jak gdyby się to samo przez się rozumiało, że on jeden mógłby wziąć na siebie kopę Komanczów.
— Wieczorem? — zapytał Helmers.
Apacz skinął głową w odpowiedzi.
— Ale jak?
— Jak na wodza Apaczów przystało! — odparł dumnie Serce Niedźwiedzie.
— Zgoda. Czterdziestu dziewięciu Komanczów nie może postawić stu ludzi na straży.
— Ukryjmy się zaraz!
— Dlaczego? — wtrącił wakero.
— Chcesz się może pokazać? — zapytał Helmers.
— Nie, ale tu przecież nie mogą nas dostrzec.
— Mógł jeszcze ktoś umknąć prócz ciebie. Tego ścigano z pewnością także, a gdy ścigający powrócą, mogliby nas bardzo łatwo zobaczyć. Potrzymaj konie! Musimy najpierw zatrzeć nasze ślady.
Wrócił z Sercem Niedźwiedziem pewną część drogi, którą przyszli, ażeby uczynić niewidocznymi odciski kopyt, poczem wyszukali na wzgórzu kryjówkę w najgęstszych zaroślach i ukryli tam konie.
Słońce zaszło i nastąpił wieczór. Wkrótce zapadła ciemna noc, mimo to w kryjówce nie było żadnego ruchu. Najlepszą porą do napadu była chwila przed północą.
— Czy obmyśliłeś sobie, jak wykonać nasz plan? — zapytał Helmers Apacza.
— Tak — odparł Indyanin.
— Jakże to zrobisz?
— Tak, jak waleczni zrobić powinni. Czy potrafisz zabić strażnika tak, żeby głosu z siebie nie wydał?
— Potrafię.
— Dobrze! W takim razie zakradniemy się, zabijemy straż, przetniemy więzy pojmanych i umkniemy z nimi.
— Oczywiście na koniach?
— Tak.
— To czas już zacząć, bo skradanie się to nudna sprawa.
— Czy wakero zostanie? — spytał Apacz.
— Tak. Będzie trzymał konie.
— Gdzie będzie na nas czekał?
— Tam, skąd po raz pierwszy dostrzegliśmy Komanczów. Chcąc dostać się nad Rio Grande, będziemy musieli tamtędy przechodzić.
— To zaczynajmy!
Obaj śmiałkowie pochwycili strzelby i odeszli, wydawszy wakerowi odpowiednie zlecenia.
Na dolinie płonęło tylko jedno strażnicze ognisko, a dokoła niego leżeli śpiący Komancze, oraz powiązani jeńcy. Straży należało szukać zewnątrz tego koła. Gdy obaj dostali się na dolinę, rzekł Serce Niedźwiedzie:
— Ja pójdę w prawo, a ty w lewo.
— Dobrze! Na wszelki wypadek uwalniamy najpierw kobiety.
Po tem zastrzeżeniu rozeszli się.
Helmers ruszył w prawo dokoła obozu. Oczywiście nie w postawie stojącej, lecz w sposób, używany na preryi w takich razach. Człowiek kładzie się na ziemi i sunie się jak wąż zwolna, ostrożnie. Nie można przytem dać się słyszeć, ani się pokazać, a zarazem trzeba się starać, żeby konie nic nie zwietrzyły, bo trwożliwem parskaniem zdradziłyby zaraz obecność nieprzyjaciela.
Tak uczynił Helmers. Zatoczywszy najpierw wielki łuk, zwężał go zwolna, dopóki nie zauważył ciemnej postaci, kroczącej powoli tam i napowrót. Była to straż. Helmers skradał się dalej z największą ostrożnością. Na szczęście noc była ciemna, a ognisko już nie świeciło. Podszedł do strażnika na odległość pięciu kroków, potem pobiegł nagle ku niemu, chwycił go z tyłu lewą ręką za gardło, ścisnął je tak mocno, że głos nie mógł się wydostać, a prawą wbił mu długi nóż w piersi. Strażnik padł, nie wydawszy głosu, ani nie wywoławszy najmniejszego szmeru.
W ten sposób udało się Helmersowi w kwadrans potem uczynić nieszkodliwym drugiego strażnika, poczem zetknął się z Sercem Niedźwiedziem, który tak samo zabił dwu Komanczów.
— Teraz do kobiet! — szepnął Indyanin.
— Ale ostrożnie! — prosił Helmers.
Pshaw! Apacz jest odważny, a zarazem ostrożny. Naprzód! — zabrzmiała ledwie dosłyszalna odpowiedź.
Zwrócili się pocichu przez wysoką trawę ku ognisku. Kobiety rozpoznali łatwo po jasnej barwie sukien. Helmers dostał się do nich pierwszy i zbliżył usta do ucha jednej z nich. Dostrzegł przytem w ciemności, że miała oczy otwarte.
— Nie lękaj się, pani i zachowaj się cicho! — szepnął. — Dopiero gdy przyjaciółce pani także więzy rozetnę, pośpieszy pani do koni.
Zrozumiała go. Niewiasty leżały obok siebie ze związanemi rękoma i nogami. Helmers przeciął rzemienie, które wżarły im się w ciało.
Skoro tylko Apacz zauważył, że biały zajął się kobietami, poczołgał się do pojmanych mężczyzn, których było czterech. Nieszczęśliwcy nie spali. Niedźwiedzie Serce wziął do ręki nóż, żeby poprzecinać rzemienie, uwolnił był już dwóch, gdy wtem nagle powstał z ziemi jeden z Indyan, dosłyszawszy w półśnie ruchy Apacza. Serce Niedźwiedzie zerwał się wprawdzie natychmiast i pchnął go nożem w piersi, ale przebity zdołał jeszcze wydać okrzyk ostrzegawczy.
— Naprzód do koni! — zawołał Apacz, przecinając błyskawicznie pęta dwu pozostałych jeńców.
Zerwali się i popędzili do koni.
— Prędzej, prędzej, na miłość Boga! — zawołał także Helmers.
Pochwycił obie kobiety za ręce i pociągnął je do koni, ale one nie mogły prędko iść, bo więzy im bardzo zaszkodziły.
— Serce Niedźwiedzie! — krzyknął Helmers w najwyższej trwodze.
— Tutaj! — zabrzmiał głos Apacza.
— Prędzej do mnie!
W następnej chwili był wódz przy nim. Pochwycił jedną z kobiet na ręce i pobiegł z nią do koni, a Helmers zrobił z drugą to samo. Wskoczyli na siodła, wciągnęli kobiety, przecięli lassa, któremi konie były przywiązane i popędzili.
Wszystko to odbyło się w wielkim strachu, lecz z szybkością błyskawicy, na szczęście w sam czas, bo ledwie ruszyli z miejsca, już huknęły za nimi strzały Komanczów.
Indyanie nie przypuszczali wcale możliwości napadu i spali mocno. Teraz zerwali się i chwycili za broń. Utworzywszy bezładny kłąb, zdali sobie sprawę ze stanu rzeczy dopiero wtedy, gdy jeńcy już odjeżdżali. Poskoczyli zaraz do pozostałych koni i puścili się za uciekającymi w pogoń.
Helmers i Apacz znali drogę, dlatego jechali na czele, a każdy z nich trzymał przed sobą na siodle dziewczynę. Na wzgórzu czekał na nich wakero. Usłyszawszy, że nadjeżdżają, wsiadł na konia, a dwa luźne, wziął za cugle.
— Za nami! — zawołał Helmers na niego.
Tak odbywała się ta dzika gonitwa wśród zupełnych ciemności. Po drugiej stronie wzgórza pognali na dolinę, na przedzie zbiegi, a za nimi Komancze, nabijając bez ustanku strzelby i strzelając. Nie trafili jednak nikogo. Nareszcie wydostano się na wolną preryę, a wtedy można było pomyśleć o obronie.
— Czy sennora jeździ konno? — zapytał Helmers swoją panią.
— Tak.
— Oto są cugle. Proszę jechać ciągle naprzód!
Zeskoczył z konia i wsiadł na swego, prowadzonego dotąd przez wakera. Gdy także Apacz uczynił to samo, utworzyli straż tylną i trzymali Indyan w szachu swojemi doskonałemi strzelbami. Tak pędzili do świtu, Rano pokazało się, że Komancze zostali daleko w tyle, częścią z ostrożności, a częścią dlatego, że nie chcieli, teraz jeszcze natężać swych koni, jak zbiegowie.
— Zwolnijmy biegu! — rzekł wakero.
— Nie — odparł Helmers. — Jedźmy ciągle jak najprędzej, ażeby rzeka odgrodziła nas od Komanczów.
Teraz mógł się dokładniej przypatrzyć obu uwolnionym kobietom. Jedna była Hiszpanką, a druga Indyanką, ale obie piękne w swoim rodzaju.
— Czy sennorita wytrzyma jeszcze dalej taką jazdę? — zapytał pierwszą.
— Jak długo pan zechce — odrzekła.
— Jak mam panią nazywać?
— Nazywam się Ema Arbellez. A pan?
— Helmers. Będziemy wkrótce musieli przeprawić się przez rzekę, sennorito.
— Czy nam się to uda?
— Spodziewam się. Niestety tylko trzej z nas są uzbrojeni. Nad Rio Grande leży reszta broni, odebranej wczoraj Komanczom.
— Walczyliście już wczoraj?
— Tak. Spotkaliśmy wakera i dowiedzieliśmy się od niego o bliższych szczegółach. Zabiliśmy jego prześladowców i postanowiliśmy was także wyswobodzić.
— Dwóch przeciwko tylu! — dziwiła się.
Gdy zbiegowie dostali się nad Rio Grandę, zostawili pogoń tak daleko za sobą, że im całkiem z oczu zniknęła. Broń zastrzelonych Indyan leżała jeszcze na miejscu, rozdzielono więc ją pomiędzy tych, którzy broni nie mieli. Z ocalonych mężczyzn trzej byli wakerami, a jeden majordomo, czyli marszałek domu.
— Co poczniemy teraz? — spytał ten ostatni. — Czy zaczekamy na Indyan, ażeby im dać pamiątkę? Mamy teraz ośm strzelb.
— Nie, przeprawimy się przez wodę. Po tamtej stronie będzie dla nas rzeka linią obronną. Panie usiądą w łodzi — rzekł Helmers.
Tak się stało. Majordomo popłynął z paniami na drugą stronę, a reszta przedostała się przez wodę na koniach. Wszystko odbyło się szczęśliwie, a kiedy wydostano się na drugą stronę, zatopiono kanoe i poczyniono przygotowania do obrony. Podczas tego trzymała się Ema Arbellez ciągle boku Helmersa.
— Czemu dalej nie jedziemy, sennorze? — zapytała.
— Roztropność na to nie pozwala — odpowiedział. — Ściga nas nieprzyjaciel, przewyższający nas znacznie pod względem liczby.
— Ależ mamy ośm strzelb! — rzekła odważnie.
— Przeciwko pięćdziesięciu nieprzyjacielskim. Zważ, pani, że mamy bronić kobiet!
— Sądzi więc pan, że powinniśmy zaczekać, aż nas tu oblegną?
— Nie. Komancze pomyślą, że po przeprawieniu się ruszyliśmy dalej natychmiast. Pójdą więc odrazu do wody, a gdy ich będzie dość w rzece, przerzedzimy ich szeregi tak, że zaniechają pogoni.
— A jeśli będą ostrożni?
— O ile?
— Jeżeli wyślą najpierw ludzi na zwiady?
— Hm, istotnie mogą to zrobić!
— Co pan przeciw temu zarządzi?
— Pojedziemy dalej i zawrócimy tu łukiem. Naprzód więc, zanim się zjawią!
Dosiedli znowu koni i podążyli wyciągniętym cwałem w głąb równiny. Tam zatoczyli łuk i wrócili na brzeg nieco powyżej miejsca przeprawy. Zaledwie się to stało, dał się po drugiej stronie słyszeć tętent kopyt końskich.
— Nadchodzą! — rzekł majordomo.
— Trzymajcie konie za nozdrza, żeby nie rżały! — nakazał Helmers.
Rozsądna dziewczyna miała słuszność. Komancze zbadali ślady po drugiej stronie rzeki, a potem dwu z nich wjechało ostrożnie w wodę. Przybywszy na tę stronę, znaleźli trop, wiodący dalej.
Ni-uake, mi ua o-o, ni esz miusziame, tu ich widzimy; możecie przejść! — zawołali na drugi brzeg.
Na to wezwanie wparli Indyanie konie do wody, jeden za drugim. Rzeka była tak szeroka, że pierwszy nie dostał się był jeszcze do tego brzegu, kiedy ostatni tamten opuścił. Zbiegowie siedzieli ukryci w krzakach. Nadeszła chwila stanowcza.
— Gdzie mierzyć?
— Do pierwszych w wodzie. Ci na brzegu już nam nie ujdą!
— Tylko niech dwóch nie strzela w jednego! — upomniał Apacz. — Strzelamy do nich szeregiem tak, jak stoimy.
— Dobrze, doskonale! — rzekł Helmers. — Już?
— Tak — szepnął każdy.
— A więc ognia!
Ośm dobrze wymierzonych strzałów huknęło w jednej chwili, jak z armaty i ośmiu pierwszych Komanczów zniknęło w wodzie. Helmers i Apacz mieli dwururki, wypalili więc powtórnie i utopili jeszcze dwu.
— Nabić czemprędzej znowu! — zawołał Helmers.
Dziwny, śmieszny niemal był widok skutku, jaki pierwsza salwa wywarła na pozostałych przy życiu Indyan. Zawróciwszy konie, popłynęli ku przeciwnemu brzegowi. Wielu zsunęło się ostrożnie z koni i popłynęło obok nich, ażeby się ukryć za nimi. Ci dwaj, którzy byli już na tym brzegu, okazali najwięcej niepokoju, a zarazem najwięcej nieostrożności. Porwawszy strzelby z ramion, pojechali cwałem w głąb lasu. Helmers zaś wydobył natychmiast rewolwer i pobiegł naprzeciw nich zaroślami tak, że go nie widzieli. Kiedy mieli minąć to miejsce, na którem się znajdował, wypalił dwa razy, a czerwoni pospadali z koni bez życia.
— Hola, mamy jeszcze dwie nabite strzelby! — zawołał Helmers.
— Będą dla nas! — odrzekła Ema Arbellez.
— Umie pani strzelać?
— Umiemy obie.
— W takim razie baczność!
Odskoczył wstecz, gdzie zostawił był swoją dwururkę, panie zaś pochwyciły strzelby Komanczów. Odbyło się to tak szybko, że od pierwszej salwy upłynęła ledwie minuta. Tymczasem nabito znowu.
— Ognia! — zabrzmiała komenda.
Nieprzyjaciele nie dosięgli byli jeszcze drugiego brzegu, kiedy padła nowa salwa z pojedynek i dwururek. Kilku rannych spłynęło z wodą, a kilku nieuszkodzonych, udając nieżywych, pozwoliło się także unieść prądowi, by zwieść dzielnych obrońców.
— Chcą nas oszukać! — zawołał Helmers. — Nabijmy prędko znowu i chodźmy za łajdakami wzdłuż brzegu! Kto nie tonie, ten jeszcze żyje!
Posłuchano słów jego i wkrótce liczba zabitych wynosiła więcej niż dwudziestu. Reszta Komanczów siedziała po tamtej stronie rzeki w krzakach, nie mając odwagi wychylić się stamtąd.
— Teraz zostawmy ich już w spokoju! — rozkazał Helmers.
— Nie będą nas już dalej ścigać — rzekł Apacz. — Te psy Komancze nie mają mózgu w głowach!
— Dziękuję sennoritom za pomoc! — powiedział Helmers. — Byłbym nie przypuścił, że pani strzela, jak westman.
— W naszych samotnych okolicach musi się nabrać wtem wprawy — rzekła Ema. — Czy sądzi pan, że istotnie nie będą nas już napastowali?
— Spodziewam się tego!
— W takim razie ruszajmy w dalszą drogę. W tem miejscu tyle krwi się wylało, że mróz mnie przechodzi, choć sama także za broń chwyciłam.
— Tam są konie obydwu ostatnich Indyan. Czy zabierzemy je z sobą? — zapytał Helmers.
— To się rozumie — odrzekł majordomo. — Koń, ujeżdżony po indyańsku, przedstawia zawsze znaczną wartość. Moi wakerzy wezmą je za cugle.
Po krótkim odpoczynku dosiedli znowu koni i podążyli w głąb preryi. Często i uważnie badali widnokrąg poza sobą, ale nie zauważyli już ani śladu pogoni. Po kilku godzinach takiej jazdy zwolnili nieco biegu, przez co mogli swobodniej pomyśleć o rozmowie.
Serce Niedźwiedzie jechał teraz, jak i przedtem, u boku Indyanki, a Helmers obok Meksykanki.
— Cały dzień prawie jesteśmy już razem, a nie poznaliśmy się jeszcze wzajemnie — odezwał się Helmers do swej towarzyszki. — Proszę nie kłaść tego na karb braku uprzejmości z mej strony, lecz przypisać to nadzwyczajnym okolicznościom!
— Przeciwnie. Mnie się zdaje, że znamy się już dość dobrze! — odpowiedziała z uśmiechem.
— O ile?
— Ja wiem o panu, że pan chętnie naraża życie dla drugich, że jest pan odważnym i rozważnym myśliwcem, a pan wie o mnie, że... że... ja także umiem strzelać.
— Zapewne, że wiemy trochę jedno o drugim, ale to nie wystarczy. Pozwolę sobie uzupełnić te wiadomości, przynajmniej z mojej strony.
— Będę panu bardzo wdzięczna, sennorze!
— Nazywam się Antoni Helmers. Było nas u rodziców dwóch braci. Obaj pragnęliśmy się kształcić. Ponieważ jednak nie starczyło środków, a ojciec umarł, udał się mój brat, starszy ode mnie, na morze, ja zaś do Ameryki, gdzie po długiej tułaczce osiedliłem się na Zachodzie, jako myśliwiec.
— Nazywa się więc pan Antoni. Pozwoli pan zapewne, żebym pana nazywała sennor Antonio?
— Owszem, jeśli to pani sprawi przyjemność.
— Ale jak się pan dostał tu, tak daleko, aż nad Rio Grande?
— Hm, to jest właściwie sprawa, o której niepowinienbym mówić!
— Tajemnica?
— Może tajemnica, a może tylko wielkie dzieciństwo.
— Zaciekawia mnie pan!
— Skoro tak, to nie będę już tego przed panią ukrywał — rzekł, śmiejąc się. — Idzie, ni mniej ni więcej, tylko o wydobycie nieskończenie bogatego skarbu.
— Jakiego skarbu?
— Rzeczywistego, składającego się z drogich kamieni i szlachetnych kruszców.
— Gdzie leży ten skarb?
— Tego jeszcze sam nie wiem.
— O, to nieprzyjemne! A gdzie się pan dowiedział o istnieniu tego skarbu?
— Daleko na północy. Wyświadczyłem pewnemu staremu, choremu Indyaninowi kilka nie pozbawionych wartości przysług, a on, umierając, powierzył mi z wdzięczności tajemnicę skarbu.
— Ale nie wyjawił panu rzeczy głównej, to jest, gdzie skarb jest złożony!
— Powiedział, żebym go szukał w Meksyku i dał mi mapę z planem sytuacyjnym.
— Które strony przedstawia ta mapa?
— Tego nie wiem. Nakreślone są na niej pasma wzgórz, doliny i rzeki, ale niema ani jednej nazwy.
— To zaiste szczególne. Czy Szosz-in-liet, wódz Apaczów, wie także o tem?
— Nie.
— A przecież jest pańskim przyjacielem, jak mi się zdaje?
— Jest istotnie dla mnie prawdziwym przyjacielem.
— A mnie powierzy pan tę tajemnicę, choć poznaliśmy się dopiero dzisiaj?
Helmers spojrzał jej w twarz swojemi wiernemi, uczciwemi oczyma i odpowiedział:
— Są ludzie, po których poznać, że nie należy przed nimi ukrywać żadnych tajemnic.
— A mnie zalicza pan do tych osób?
— Tak.
Podała mu rękę i rzekła:
— Pan się nie myli. Dowiodę panu tego, odwdzięczając mu się szczerością. Powiem panu szczegół, tyczący się pańskiej tajemnicy. Dobrze?
— Proszę nawet o to! — odparł jakby zaskoczony niespodzianką.
— Znam człowieka, który stara się także o ten skarb.
— Ach! Któż to jest? — Nasz młody principo, hrabia Alfonzo de Rodriganda y Sevilla.
— Czy wie o tym skarbie?
— O, my wszyscy wiemy, że dawni panowie tego kraju ukryli swoje skarby, kiedy Hiszpanie zdobyli Meksyk. Oprócz tego są miejsca, zwane bonancami, w których można znaleźć całe masy złota i srebra. Indyanie znają te miejsca, lecz wolą raczej ginąć, aniżeli wskazać je białym.
— A hrabiemu Alfonzowi de Rodriganda także nikt jeszcze tych miejsc nie wskazał?
— Nie. My mieszkamy w Hacyendzie del Erina, a legenda powiada, że w pobliżu tej osady znajduje się jaskinia, w której władcy Mizteków ukryli swoje skarby. Szukano tej pieczary bardzo gorliwie, hrabia Alfonzo także nie żałował trudu, ale poszukiwania nie doprowadziły do pomyślnego wyniku.
— Gdzie leży Hacyenda del Erina?
— O przeszło dzień drogi stąd, na stoku góry Cohahuila. Zobaczy ją pan, gdyż spodziewam się, że pan nas tam odprowadzi.
— Nie opuszczę pani, dopóki nie będę pewnym bezpieczeństwa pani!
— I wtedy jeszcze nie opuści nas pan, lecz zabawi u nas w gościnie.
— Właśnie, że bezpieczeństwo pani będzie wymagało tego, żebym ją natychmiast opuścił.
— Jak to?
— Zabiliśmy sporą liczbę Komanczów. Nie ulega wątpliwości, że kilku z pozostałych przy życiu pójdzie za nami na zwiady, aby zobaczyć, gdzie nas można znaleźć. Jeśli się tych szpiegów nie sprzątnie, napadną na nas Komancze znowu, ażeby się zemścić. Dlatego z pod hacyendy zawrócę z Sercem Niedźwiedziem, ażeby zabić wywiadowców.
Rzuciła nań niespokojne spojrzenie i rzekła:
— Narazi się pan na nowe niebezpieczeństwo!
— Niebezpieczeństwo? Myśliwiec preryowy znajduje się ciągle w niebezpieczeństwie. Jest więc przyzwyczajony do tego. Ale zostańmy przy dotychczasowym temacie, t. j. przy skarbie królewski m! Nikt więc nie wie, gdzie się ta grota znajduje?
— Przynajmniej nikt z białych.
— A z Indyan?
— Jeden tylko Indyanin zna skarb królewski na pewno, a może jeszcze jedna Indyanka. Tekalto jest jedynym potomkiem dawnych władców Mizteków. Oni oddali mu tajemnicę w spuściźnie. Karja, jadąca tam obok wodza Apaczów, to jego siostra. Być może, że on jej tajemnicę powierzył.
Helmers patrzył teraz na Indyankę z większem zajęciem, niż dotychczas.
— Czy ona umie milczeć? — zapytał.
— Przypuszczam — odrzekła i dodała z uśmiechem — Co prawda, ludzie powiadają, że kobiety milczą aż do pewnej granicy.
— A tą granicą jest?
— Miłość.
— Ach! Być może, iż pani ma słuszność — żartował. — Wolno spytać, czy Karja doszła już do tej granicy?
— Uważam to prawie za możliwe.
— Któż jest tym szczęśliwym?
— Niech pan zgadnie! To nie trudne!
Czoło myśliwca zmarszczyło się surowo.
— Domyślam się — powiedział. — Hrabia Alfonzo chce wykraść jej tajemnicę zapomocą miłości.
— Zgadł pan dobrze.
— Czy sądzi pani, że starania jego odniosą jaki skutek?
— Ona go kocha.
— A co mówi o tej miłości jej brat, potomek Mizteków?
— Może jeszcze nic o tem nie wie. To najsłynniejszy cibolero[4], a pokazuje się w hacyendzie rzadko.
— Najsłynniejszy cibolero? W takim razie musiałbym znać jego imię, tymczasem Tekalto jest mi nieznane.
— Myśliwi nie nazywają go Tekalto, lecz Mokaszi-Motak.
— Mokaszi-Motak, Czoło Bawole! — powtórzył Helmers zdziwiony. — Teraz go znam. Czoło Bawole to najsłynniejszy łowca bawołów między Red River a pustynią Mapimi. A Karja, to siostra tego sławnego męża? Muszę teraz wobec tego patrzeć na nią zupełnie innem okiem.
— Czy zamierza pan także spróbować, jak na nią pańska uprzejmość podziała?
Roześmiał się i odpowiedział:
— Ja? Gdzież może westman zdobyć się na tyle uprzejmości? Bałbym się wejść w szranki z hrabią de Rodriganda. Gdybym wiedział, że osoba moja może się wogóle komu podobać, to spróbowałbym szczęścia wobec zupełnie innej.
— Któż byłby tą inną?
— Tylko pani, sennoro! — odparł szczerze.
Oko jej zamigotało do niego obietnicą szczęścia, kiedy odrzekła:
— Cóż kiedy ode mnie nie dowie się pan nic o szukanym skarbie!
— O sennoro! Są skarby, cenniejsze od całych mas złota i srebra. O takich skarbach myślę i pragnę kiedyś zostać szczęśliwym gambusinem[5].
— Szukaj pan, może pan znajdzie!
Wyciągnęła doń rękę, którą on skwapliwie ujął. Teraz wydało się obojgu, jakby jakaś siła z jednego na drugie przepływała. To był znak, że się rozumieli wzajemnie.
Za nimi jechał Serce Niedźwiedzie obok Indyanki i także prowadził z nią rozmowę. Oko jego obejmowało postać sąsiadki, siedzącej z taką pewnością na półdzikim koniu, jak gdyby zawsze siedziała tylko na indyańskiem męskiem siodle. Milczący wódz nie lubiał szafować hojnie słowami. Dlatego każde jego słowo miało podwójną wagę, jeśli już mówił. Karja nie dziwiła się, że wódz skąpił słów. Czuła jednak, że oko jego spoczywało przenikliwie na niej i zlękła się niemal, kiedy ją zapytał:
— Do którego narodu należy młoda siostra?
— Do narodu Mizteków — odpowiedziała.
— Był to wielki naród i słynął z piękności kobiet. Czy moja młoda siostra jest już skwawą, czy jeszcze dziewczyną?
— Nie mam męża.
— Czy serce jej należy jeszcze do niej?
Na to bezpośrednie pytanie, na które żaden biały byłby się może nie odważył, poczerwieniała jej ciemna twarz.
— Już nie — odpowiedziała stanowczym głosem.
Wiedziała, że w takich razach lepiej nie ukrywać prawdy. Ta odpowiedź nie zmieniła ani jednego rysu jego spiżowego oblicza.
— Czy mąż jej narodu posiadł jej serce? — pytał dalej.
— Nie.
— Biały?
— Tak.
— Serce Niedźwiedzie boleje nad siostrą. Niech go siostra zawiadomi, jeśli ją biały oszuka.
— On nie oszuka mnie! — odparła z dumną niechęcią.
Leciutki uśmiech przebiegł przez usta Indyanina. Potrząsnąwszy głową, odrzekł:
— Biała barwa jest fałszywa i łatwo się brudzi. Niech moja siostra będzie ostrożna!
Oto była cała rozmowa między obojgiem, a w skutkach z pewnością tak samo ważna, jak rozmowa Helmersa z Meksykanką.
W ciągu jazdy dowiedział się Helmers, że obie kobiety były nad Rio Pecos, w odwiedzinach u ciotki Meksykanki, złożonej ciężko chorobą. Była to siostra matki Emy, a więc szwagrowa starego Piotra Arbelleza, który był dawniej zarządcą hrabiego Ferdynanda de Rodriganda, teraz zaś mieszkał jako dzierżawca w Hacyendzie del Erina. Opieka obu dziewcząt nie zdołała przeszkodzić śmierci ciotki, opóźniła ją tylko, nieco. Arbellez wysłał potem majordomusa z wakerami po dziewczęta. W powrocie napadli na nie Komancze. Byłyby zgubione, gdyby nie pomoc Helmersa i wodza Apaczów.
Droga prowadziła dalej ku południowi. Dzień chylił się już ku swemu kresowi, do wieczora brakowało jeszcze z godzinę, a nasi podróżni znajdowali się na skraju rozległej równiny, kiedy Apacz, zatrzymując konia, wskazał poza siebie i zawołał:
— Uff!
Drudzy odwrócili się także, aby się przypatrzyć równinie.
— Ja nic nie widzę — rzekł majordomo.
— My także nic — oświadczyli wakerowie, pomimo że mieli oczy, przyzwyczajone do śledzenia w wielkich odległościach.
— Co tam jest? — spytała Ema.
— Pani także nic nie widzi? — odrzekł jej na to Helmers.
— Nie. A ty Karjo, widzisz co?
— Nic — oświadczyła Indyanka.
— Wódz Apaczów nie ma chyba na myśli gromady dzikich koni, które tam widać? — rzekł teraz majordomo.
— Uff! — odparł Apacz z pogardliwą miną.
— Właśnie te konie zwróciły na siebie jego uwagę. — powiedział Helmers.
— Co nas te mustangi mogą obchodzić?
— Czy są rzeczywiście takie obojętne dla nas, sennorze majordomo?
— Tak. Mamy przecież konie!
— Przypatrzcie im się dokładniej!
Mniej więcej o dwie mile angielskie za nimi cwałowało stado koni z rozwianemi grzywami i z podniesionymi ogonami. Nie było tam widać ani jednego jeźdźca, ani siodła, ani strzemienia, ani cugli lub najcieńszego sznurka.
— To mustangi! — rzekł jeszcze raz majordomo.
— Uff! — zawołał Apacz powtórnie, lecz tym razem już z dobitną pogardą.
Zawrócił konia i ruszył naprzód cwałem, a reszta musiała zrobić to samo. Ema zbliżyła się znów do Helmersa i zapytała:
— Co Apaczowi?
— Złości się.
— Na co?
— Na głupotę majordomusa.
— Głupotę? Sennorze Helmersie, nasz majordomo to bardzo doświadczony człowiek!
— Może w sprawach pokojowych.
— O, nie. To dzielny jeździec i strzelec, a wynajdywacz ścieżek, jakich mało. Na niego można się zdać pod każdym względem.
— Wynajdywacz ścieżek? Hm! — rzekł Helmers, spozierając wzgardliwie. — Może wynajdywacz ulic po miastach, albo dróg po wsiach. Na rastreadora, na prawdziwego wynajdywacza ścieżek, potrzeba czegoś więcej. Powiada pani, że na niego można się zdać pod każdym względem, a jednak byłaby pani teraz zgubiona, gdyby się pani zdała wyłącznie na jego bystrość.
— Jakto?
— Bo te konie, to nie są dzikie mustangi.
— A cóż innego?.
— To ścigający nas Komancze.
— Komancze? Wszak widać tylko konie!
— Tak, ale czerwoni są mimo to przy nich. Przewiązali rzemieniami brzuchy i szyje końskie i na tych rzemieniach wiszą lewą ręką i prawą nogą. Czy nie widziała pani, że konie zwrócone były do nas tylko prawym bokiem, chociaż jadą prosto za nami? Jeźdźcy każą im cwałować w skośnej pozycyi, a pozycya taka jest pewnym dowodem, że za koniem kryje się Indyanin.
— Święta Madonno! Znowu nas zaatakują?
— Albo oni nas, albo my ich. Ja wolę to drugie, a Apacz jest tego samego zdania. Widzi pani, jak on patrzy na wszystkie strony?
— Czego szuka?
— Kryjówki dla nas, z którejbyśmy mogli godnie przyjąć Komanczów. Pozostawmy jemu wszystko. To najtęższy i najdzielniejszy czerwonoskórzec, jakiego znam. Wolę słuchać jego jednego, aniżeli tysiąca majordomusów, choćby najbardziej doświadczonych.
— Powierzmy więc swój los jemu i jeszcze komuś drugiemu!
— Komu drugiemu?
— Panu.
— Ach! Rzeczywiście? — zapytał z radosnym blaskiem w oczach.
— Z całego serca! — odrzekła. — Pan chwali tylko Apacza, a kryje się pan z tem, że panu można tak samo zaufać, jak jemu.
— Czy pani istotnie w to wierzy?
— Tak. Przypatrywałam się panu dobrze. Pan nie jest zwykłym myśliwcem. Jestem pewna, że pan ma honorowe nazwisko, nadane przez traperów i Indyan.
Skinął głową i odpowiedział:
— Zgadła pani.
— Jakież jest pańskie nazwisko myśliwskie?
— Proszę mnie nazywać zawsze Antonio, albo Helmers.
— Nie chce mi pan tego powiedzieć?
— Teraz nie powiem. Jeśli je ktoś przypadkowo wymieni, to dam się poznać.
— Ach! To z pana próżny człowiek! Chce pan zachować incognito, jak książę jaki.
— Tak — roześmiał się. — Dobry strzelec musi być trochę próżny, a książętami jesteśmy wszyscy, oczywiście książętami dzikiej puszczy i preryi.
— Książętami! To słuszne!
Wśród tej rozmowy jechali ciągle cwałem. Otwarta prerya skończyła się tymczasem i ustąpiła miejsca plątaninie wzgórz i skał, nadającej się dobrze na kryjówkę. Tego chciał Apacz, bo skręcił nagle w prawo, zataczając wielki łuk. W dziesięć minut dostali się na to miejsce, które przedtem minęli.
Miejsce to wybrał Serce Niedźwiedzie bardzo przezornie. Oddział zatrzymał się na wzgórzu, osłoniętem z trzech stron i opadającem stromo w parów, przez który przedtem przejechali oni, a teraz musieli przejechać Komancze, jeśli ich ścigali w dalszym ciągu.
Apacz zsiadł z konia i przywiązał go do kołka, towarzysze zaś uczynili to samo.
— Teraz strzelby do ręki! — rozkazał Helmers. — Nie długo będziemy czekać!
Wszyscy posłuchali rozkazu, nawet dziewczęta pochwyciły strzelby. Wszyscy udali się na krawędź i położyli się tam na czatach.
— Pst, sennorze! — skinął Helmers na majordomusa. — Głowa wstecz, żeby nas nie zauważyli! — Ci Komancze mają bystre oczy.
— Wywiadowców przepuścić! — rozkazał Apacz.
— Co on mówi? — spytał jeden z wakerów.
— To przecież całkiem proste — odrzekł Helmers. — Komancze domyślają się oczywiście, że możemy się na nich zaczaić, puszczą więc naprzód jednego lub dwu jeźdźców na zwiady, by się przekonać, czy nie urządziliśmy zasadzki, a potem sami nadciągną w bezpiecznem oddaleniu. Przepuścimy zatem szpiegów i zaczekamy na resztę. Ale nie będziemy strzelali na chybił trafił, lecz szeregiem tak, jak leżymy, ażeby kul nie marnować. Pierwszy z nas strzela do pierwszego Komancza, drugi do drugiego i tak dalej. Zrozumiano?
Wakerowie skinęli potwierdzająco głowami. Nastąpiła chwila oczekiwania.
Wreszcie dał się słyszeć ostrożny tętent dwu koni. Dwaj Komancze jechali zwolna wśród skał. Bystre ich oczy przeszukiwały każdy cal otoczenia, ale dali się uwieść tropowi Meksykanów, który wiódł dalej. Dzicy nie wiedzieli o tem, że oni zatoczyli łuk i zawrócili. Przejechali i zniknęli za kamieniami.
W kilka minut dał się słyszeć nowy tętent. To w wielkiej liczbie nadjeżdżali bez obawy Komancze, wiedząc, że wywiadowcy są przed nimi. Kiedy ostatni pojawił się w parowie, wysunął Apacz swoją strzelbę.
— Ognia! — zakomenderował Helmers.
Huknęły wszystkie strzelby, a Helmersa i Apacza po dwakroć i tyluż nieprzyjaciół runęło z koni. Reszta zatrzymała się na chwilę. Nie wiedzieli, czy uciekać, czy uderzyć na ukrytego nieprzyjaciela. Rozglądnęli się dokoła i spostrzegli wreszcie, skąd pochodził dym.
Nlate tki, tam są! — zawołał jeden z nich, wskazując ręką w górę.
Choć ta przerwa trwała krótko, mimoto ociąganie się dzikich dało białym czas do powtórnego nabicia. Huknęły znowu strzały i podwoiła się liczba poległych. Kilku pozostałych nie mogło myśleć o oporze. Zawrócili konie i uciekli cwałem.
— Komancze tchórze! — rzekł wyniośle wódz Apaczów.
Zeszedł zwolna po zboczu, ażeby sobie zabrać skalpy zastrzelonych przez siebie nieprzyjaciół. Reszta zeszła także, by pochwytać konie, pozbawione jeźdźców. Całe zajście trwało ledwie kwadrans. Teraz można było puścić się w dalszą drogę.
— No, teraz będziemy już bezpieczni po wszystkie czasy rzekła Ema.
— Pani się myli — odparł Helmers.
— Tak? Sądziłam, że nauczka, jaką od nas dostali, jest dość surowa!
— Właśnie dlatego będą myśleli o zemście. Czy widzi pani, że Apacz spoziera tam w lewo?
— Widzę. Dlaczego to robi?
— Tam prowadzi trop wywiadowców, którzy uciekli tak samo jak tamci. Spotkają się z pozostałymi przy życiu Komanczami i podążą za nimi, by się przekonać, gdzie będziemy i gdzie się zatrzymamy. Potem zawrócą i sprowadzą odpowiednią liczbę wojowników, ażeby napaść na hacyendę.
— O, hacyenda mocna. To mała forteca.
— Znam ten rodzaj zagród i dworków. Zbudowane są z kamienia i otoczone zwykle palisadą. Ale co to pomoże wobec nieprzyjaciela, przychodzącego niespodzianie?
— Będziemy czuwali.
— Dobrze zrobicie państwo!
— A pan z nami. Spodziewam się, że pan jakiś czas u nas zabawi.
— Zobaczę, co powie Serce Niedźwiedzie. Nie mogę się z nim rozstać.
— On zostanie także.
— To człowiek zamiłowany w wolności. Nie wytrzyma dłużej w budynku.
Jechali żwawo dalej, dopóki nie dotarli do dość szerokiej wody. Apacz prowadził wzdłuż brzegu, dopóki nie natrafili na łuk, utworzony przez rzeczkę.
— Tu bezpiecznie? — spytał Apacz Helmersa, zatrzymując równocześnie konia.
Zapytany objął badawczem spojrzeniem okolicę i skinął głową.
— Tu będzie dobrze — rzekł. — Z trzech stron chroni nas rzeka, a czwartej możemy pilnować. Zsiądźmy więc z koni!
Wszyscy pozeskakiwali i urządzili sobie legowiska. W obrębie trzech czwartych koła, utworzonych przez rzekę i tuż nad brzegiem stanęły konie. Potem następowało ognisko, dokoła którego rozłożyło się całe towarzystwo, czwarta strona zaś osłonięta była krzakami, w których postawiono straż.
Helmers ułożył dla Emy miękkie łoże z gałęzi i z liści, a Serce Niedźwiedzie zrobił to samo dla Indyanki. Ze strony Apacza było to niezwykłe odznaczenie, gdyż żaden z dzikich nie zniży się do usługi, którą mogłaby kobieta lub dziewczyna sama wykonać.
Po obszernem omówieniu wypadków całego dnia ułożono się na spoczynek. Zarządzono, żeby każdy czuwał trzy kwadranse. Serce Niedźwiedzie i Helmers wzięli na siebie warty ostatnie, ponieważ czas przed świtaniem jest najniebezpieczniejszy, kiedy to dzicy najchętniej urządzają napady.
Ale noc przeszła bez wypadku. Z nowemi siłami wyruszyli nasi podróżni rano w dalszą drogę. Wjeżdżali w coraz bardziej cywilizowane strony, aż wkońcu dotarli popołudniu do celu.
Hacyenda oznacza właściwie folwark. Hacyendy amerykańskie jednak możnaby porównać z naszenu największemi rycerskiemi dobrami, gdyż należą do nich często obszary ziemi, dorównywające wielkością niejednemu europejskiemu ksiąstewku.
Hacyenda del Erina była iście książęcą posiadłością. Potężny gmach, zbudowany z ciosowego kamienia, otoczony był palisadą, chroniącą go od zbójeckich napadów. Wnętrze domu pańskiego, podobnego do zamku książęcego, było pięknie urządzone i tak przestronne, że mogło pomieścić setki gości.
Dom otaczał szeroki ogród, w którym bujna roślinność podzwrotnikowa promieniała przepysznemi barwami i roztaczała najwspanialsze wonie. Do ogrodu przytykała z jednej strony gęsta puszcza dziewicza, a z drugiej rozległe pola, na których uwijały się trzody, liczące po kilka tysięcy zwierząt.
Kiedy kawalkada mijała pastwiska, kilku wakerów wśród radosnych okrzyków nadjechało celem powitania przybywających. Radość ich zamieniła się jednak wnet w wybuchy gniewu, gdy się dowiedzieli, ilu ich towarzyszy padło z ręki Komanczów. Prosili, żeby się natychmiast przeciwko nim wyprawić celem pomszczenia towarzyszy.
Majordomo pospieszył był naprzód, ażeby oznajmić, że przyjeżdżają oczekiwani. Gdy jeźdźcy przybyli do hacyendy, stał już stary Petro Arbellez w bramie, ażeby przywitać córkę i jej towarzyszy. W oczach miał łzy radości, kiedy zsadzał ją z konia.
— Witam cię, moje dziecko! — rzekł. — Musiałaś dużo ucierpieć w tej niebezpiecznej podróży, bo masz innego konia i wyglądasz bardzo zmęczona.
Ema uścisnęła ojca, ucałowała serdecznie i odpowiedziała: — Tak, ojcze; byłam w niebezpieczeństwie, wiekszem od niebezpieczeństwa śmierci.
— O Boże! W jakiem? — zapytał, powitawszy Indyankę również uprzejmie.
— Komancze wzięli nas byli do niewoli.
— Matko Boża! Czy są teraz nad Rio Pecos?
— Tak. Ci dwaj mężowie to nasi zbawcy.
Wzięła Helmersa i Apacza za ręce i poprowadziła ich przed ojca.
— To sennor Antonio Helmers, a to Szosz-inliet, wódz Apaczów. Gdyby nie oni, byłabym musiała zostać skwawą Komancza, a naszych ludzi byliby czerwoni pod słupem na śmierć zamęczyli.
Zacnemu staremu zarządcy wystąpił już na samą myśl o tem zimny pot na czoło.
— Na Boga, co za nieszczęście, a zarazem co za szczęście! Witam was, witam, sennores, z całego serca was witam. Musicie mi wszystko opowiedzieć, a ja potem pomyślę, w jakiby sposób wam się odwdzięczyć. Wejdźcie do domu i bądźcie jego panami!
Było to bardzo miłe i uprzejme przyjęcie. Wogóle starzec robił wrażenie człowieka rzetelnego i poczciwego. Kto go poznał, musiał go polubić.
Goście weszli przez bramę w palisadzie, oddali konie kilku parobkom i wstąpili do budynku. Majordomo pozostał z kilku wakerami w przedsionku, a hacyendero wprowadził obu gości razem z paniami do salonu, gdzie wszyscy usiedli, a Ema w ogólnych zarysach opowiedziała przygodę.
— O Jezu! — wołał zaniepokojony hacyendero. — Ileż to musiałyście wycierpieć, moje dziewczęta! Ale Bóg zesłał tych sennorów na wasze ocalenie. Co powie hrabia, co Tekalto, gdy to usłyszą!
— Tekalto? — zapytała Indyanka z radością: — Czy mój brat, Czoło Bawole, jest tutaj?
— Przybył wczoraj.
— A hrabia także? — spytała Ema.
— Przyjechał jeszcze przed tygodniem.
— Ach, otoż i on!
Otwarły się drzwi przyległej jadalni, a stamtąd wyszedł hrabia Alfonzo. Miał na sobie szlafrok z czerwonego jedwabiu, wyszywany złotem po persku, i spodnie z najdelikatniejszego, białego, płótna francuskiego, niebieskie pantofle aksamitne i turecki fez na głowie. Roztaczał dokoła siebie tak mocny zapach, że można było przypuścić, iż się jest w handlu perfum. Otwarte drzwi pozwalały wejrzeć do jadalni. Urządzenie było tam więcej niż eleganckie, bo zbytkowne, a po serwetce, którą hrabia trzymał w ręce, można było poznać, że spożywał właśnie meksykańskie delikatesy.
— Ktoś wymienił moje nazwisko — rzekł. — Ach, to piękne panie! Sennority powróciły szczęśliwie?
Na jego widok poczerwieniała Indyanka jak krew, co nie uszło bystremu oku Apacza. Ema zachowała się obojętnie i odpowiedziała chłodno, chociaż uprzejmie.
— Jak pan widzi, panie hrabio! Mało jednak brakowało, a byłybyśmy wcale nie wróciły.
— Ach! Czemu? Nie przypuszczam, żeby jakie nieszczęście...
— Właśnie zdarzyło nam się małe nieszczęście. Oto Komancze wzięli nas byli do niewoli.
— Do stu piorunów! — zawołał. — Każę ich za to ukarać!
— To nie tak łatwo! — rzekła szyderczo. — Zresztą wyszłyśmy cało. Oto wybawcy naszego życia!
— Aha! — bąknął, odstąpił o kilka kroków, włożył na nos binokle, przypatrzył się obu „wybawcom“, zrobił minę wielkiego rozczarowania i dodał:
— Kto są ci ludzie?
— To sennor Antonio Helmers, a ten drugi to Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów.
— Aha, traper i Apacz. Ci chodzą zawsze razem. Kiedy odjeżdżają ci sennores? Chyba zaraz?
— Są moimi gośćmi i zostaną tu, dopóki im się spodoba. — rzekł hacyendero.
— Ależ, sennorze Arbellez, co wam się stało! Przypatrzcie się tym ludziom! Ja i oni pod jednym dachem! Ich czuć lasem i bagnem. Musiałbym zaraz odjechać!
Hacyendero podniósł się, a oczy zapłonęły mu gniewem.
— Nie zatrzymuję jaśnie pana — rzekł. — Ci sennores ocalili życie i szczęście mojego dziecka i są przezemnie bardzo mile widziani.
— Aha! Pan mi się opiera? — spytał hrabia.
— Tak — odparł stanowczo Arbellez.
— Czy wiecie, że ja jestem tu panem?
— Nie, nie wiem.
— Nie? — syknął Alfonzo. — A kto?
— Pański ojciec hrabia Ferdynando. Wy jesteście tu tylko gościem. Zresztą nawet hrabia Ferdynando nie miałby w tej sprawie głosu. Jestem dzierżawcą dożywotnim. Nie pozwolę sobie rozkazywać, kogo mam przyjąć, a kogo nie?
— O, do dyabła, to za wielka śmiałość!
— Nie, za wielki był brak uprzejmości ze strony pana i pańska bezwzględność wobec moich gości. Jeśli panu za przykra jest woń lasu i bagna (czego ja zresztą nie zauważyłem), to z drugiej strony wątpię, czy tym sennorom miły jest zapach pańskich perfum, który ja dobrze czuję. Zaprowadzę teraz moich gości do jadalni i zostawiam panu do woli, czy pan zechce jeść dalej, czy nie.
Otworzył jeszcze szerzej drzwi do jadalni i, kłaniając się bardzo uprzejmie, poprosił, ażeby weszli. Indyanin zachował się zupełnie obojętnie wobec tego zajścia; nawet okiem nie rzucił na hrabiego, jak gdyby nie zrozumiał ani słowa z jego rozmowy, lecz w milczeniu i z dumą poszedł do jadalni. Helmers natomiast zwrócił się do hrabiego:
— Pan jesteś hrabia Alfonzo de Rodriganda?
— Tak — odrzekł zapytany, dziwiąc się, że myśliwiec ośmielił się doń przemówić.
— Tak! Sennor Arbellez zapomniał przedstawić nam pana. Wyzywam pana. Co pan wybierasz? Szable, pistolety, czy krócice?
— Pan chcesz się bić ze mną? — spytał hrabia, jeszcze bardziej zdumiony, niż przedtem.
— Oczywiście! Gdyby mnie pan był obraził na dworze przed hacyendą, grzmotnąłbym był panem o ziemię, jak smarkaczem. Ponieważ jednak stało się to pod dachem mego gospodarza, przeto musiałem mieć wzgląd na niego i na obecność pań. Słyszę jednak, że pan w tym domu nie masz ani za grosz znaczenia, dlatego pozostawiam panu wybór broni.
— Bić się? Z wami? Mój Boże, któż wy jesteście właściwie? Myśliwiec, włóczęga?...
— Nie będziecie się bić? W takim razie jesteście łajdak, tchórz, i nikczemny podlec!
Poszedł za Apaczem, a hrabia został na miejscu, jak skamieniały.
— Sennorze Arbellez, wy tę obelgę zniesiecie? — zapytał hacyendera.
— Jeśli wy ją ścierpicie! — brzmiała odpowiedź. — Chodźcie, Emo i Karjo! Nasze miejsce tam, obok ludzi honoru.
— Co za nikczemność! Ja wam to odpłacę, panie Arbellez! — zagroził hrabia.
— Spróbujcie!
Dzielny starzec wszedł do jadalni, a z nim panie. Przechodząc obok hrabiego, rzekła Ema, skrzywiwszy pogardliwie usta:
— To było podłe, to było nikczemne!
Indyanka poszła za nią z oczyma, spuszczonemi ku ziemi. Nie mogła okazać wzgardy hrabiemu, ale i w twarz mu spojrzeć nie chciała. On został na miejscu i nie wszedł już do jadalni. Rzucił serwetę na ziemię, podeptał ją nogami i syknął:
— Odpokutujecie za moją obrazę i to wnet, wnet!
Po tym bezsilnym objawie gniewu udał się do swoich pokoi.
Tamci zasiedli tymczasem do uczty lukullusowej. Złożyły się na nią: wielkie kromki kawonów z rdzeniem koloru mięsa, których smaczny sok perlił się różowemi kroplami na srebrnych talerzach; na pół otwarte granaty, owoce kaktusowe, pomarańcze, słodkie cytryny oraz wszelkie rodzaje legumin i mięsiw. Podczas jedzenia opowiedziano o ostatnich wypadkach jeszcze obszerniej, aniżeli to dotychczas było możliwe. Następnie poprosił hacyendero sennorów, żeby się udali do przeznaczonych dla nich pokoi.
Obaj przyjaciele mieszkali obok siebie. Helmers nie mógł jednak wytrzymać długo w ciasnej izbie, dlatego poszedł do ogrodu, gdzie napawał się różnoraką wonią. Potem wyszedł na wolne pole, ażeby się przypatrzyć na pastwisku wspaniałym rumakom amerykańskim.
Kiedy się przechadzał obok palisady i mijał jeden z jej rogów, podniosła się nagle przed nim jakaś postać. Na jej widok niespodziany przystanął Helmers. Był to tęgi i wysoki mężczyzna, odziany w całkiem niegarbowaną skórę bawolą, jak ją zwykle noszą cibolerowie. Na głowie miał skórę z górnej części czaszki niedźwiedziej, a kilka pasów skóry zwieszało się aż do ziemi. Z za szerokiego pasa wystawały głownie noży i innych narzędzi; od prawego ramienia do lewego biodra owinięte miał lasso, o palisadę zaś stała oparta żelazna rusznica, jedna z tych, które przed stu laty wyrabiano w Kentucky, tak ciężkich, że zwyczajny człowiek nie mógł niemi władać.
— Ktoś ty? — zapytał Helmers pod wpływem pierwszego zdumienia.
— Jestem Indyanin Czoło Bawole — odrzekł zapytany.
— Tekalto?
— Tak. Czy znasz mnie?
— Nie widziałem ciebie nigdy jeszcze, ale wiele, bardzo wiele o tobie słyszałem.
— Kto ty jesteś?
— Nazywam się Helmers, a pochodzę ze starego kraju.
Poważna twarz Indyanina rozjaśniła się. Miał może dopiero dwadzieścia pięć lat i mógł uchodzić za typ pięknego przedstawiciela swej rasy.
— Ty więc jesteś tym myśliwcem, który ocalił moją siostrę Karję?
— Przypadek to zdarzył.
— To nie był przypadek. Wziąłeś konie od Komanczów i pojechałeś za nimi. Czoło Bawole winien ci wielką wdzięczność. Jesteś mężnym jak twój rodak, Matavase, książę skał.
— Ty go znałeś?
— Znałem. Słyszałem także o pewnym myśliwcu, którego Apacze i Komancze nazywają Itintika, Grotem Piorunowym.
— A nie widziałeś go jeszcze nigdy?
— Nazywa się Grot Piorunowy, ponieważ jest szybki i pewny jak grot strzały, a potężny i ciężki, jak piorun. Jego rusznica nie chybia nigdy, a oko jego nie zabłądzi na żadnym śladzie. Słyszałem o nim wiele. Nie widziałem go dotychczas, ale dzisiaj go widzę.
— Gdzie? — zapytał Helmers zdziwiony.
— Tu. Ty nim jesteś.
— Ja? Po czem mnie poznajesz?
— Po twym policzku. Grot Piorunowy ma na policzku ranę od noża, o której wiedzą wszyscy, którzy o nim słyszeli. Takie znaki łatwo się pamięta. Czy dobrze odgadłem, czy nie?
Helmers skinął głową i odpowiedział:
— Masz słuszność. Nazywają mnie istotnie Grotem Piorunowym, Itintiką.
— W takim razie dziękuję Wahkoncie[6] za to, że pozwolił mi z tobą mówić. Jesteś mężem walecznym, podaj mi więc rękę i bądź mi bratem!
Uścisnęli sobie dłonie, a Helmers rzekł:
— Dopóki oczy nasze będą się nawzajem widziały, niech będzie przyjaźń między mną i tobą.
Indyanin zaś dodał:
— Niech ręka moja będzie twoją ręką, a moja noga twoją nogą. Biada wrogowi twemu, bo jest także moim, biada memu nieprzyjacielowi, bo jest również twoim. Ja jestem tobą, a ty mną. Jesteśmy jedno!
Padli sobie w ramiona.
Czoło Bawole nie był Indyaninem z rodzaju północnych czerwonoskórców. Był rozmowny, przystępny, chętnie się zwierzał ze swojemi myślami drugim, a mimo to był niemniej straszliwy, niż owi milczący dzicy, którzy poczytują za hańbę udzielać na równi z kobietami głosu uczuciom serca.
— Mieszkasz w hacyendzie? — zapytał Helmers.
— Nie — odpowiedział Indyanin. — Jak można spać i mieszkać w powietrzu, uwięzionem między murami? Mieszkam tutaj.
Wskazał murawę, na której stał.
— W takim razie masz najlepsze łoże w całej hacyendzie. Ja nie mogłem w izbie wytrzymać.
— Także twój przyjaciel. Serce Niedźwiedzie, wyszedł na pastwisko.
— Czy jest tutaj?
— Tak. Mówiłem z nim już i podziękowałem mu. Zawarliśmy z sobą braterstwo, jak z tobą.
— Gdzie on?
— Siedzi tam przy wakerach, którzy opowiadają o napadzie Komanczów.
— Chodźmy do nich!
Indyanin wziął ciężką strzelbę, zarzucił ją na ramię i poprowadził Helmersa.
Daleko na łące, między półdzikimi pasącymi się końmi, siedzieli na ziemi wakerowie, opowiadając o przygodzie swojej młodej pani. Serce Niedźwiedzie przysłuchiwał się w milczeniu. Nie dorzucił ani słowa, chociaż mógł wszystko przedstawić lepiej i zgodniej z prawdą. Kiedy nadeszli Czoło Bawole i Helmers, nie zamilkli wakerowie, chociaż pojawił się drugi bohater opowiadanego zdarzenia. I on czasem dodał jakiś szczegół i w ten sposób rozwinęła się jedna z owych porywających rozmów, jakie się nieraz słyszy w obozach na dzikim Zachodzie.
Wtem jakieś gniewne parskanie i charczenie przerwało opowiadanie.
— Co to? — zapytał Helmers, który się odwrócił na ten dźwięk.
— To kary ogier — odrzekł jeden z wakerów.
— Co mu jest?
— Ma zginąć z głodu, jeśli nie będzie słuchał.
— Zginąć z głodu? Dlaczego?
— Nie można go ułaskawić.
— Co za pogląd!
— Nie dziwcie się, sennorze! Zadaliśmy sobie z nim wiele trudu. Trzymaliśmy go już trzy razy w korralu, aby go oswoić, lecz musieliśmy go wypuścić. To dyabeł! Wszyscy jesteśmy jeźdźcami, możecie mi wierzyć, ale on wszystkich zrzucił z wyjątkiem jednego.
— Kto był tym jednym?.
— Czoło Bawole, wódz Mizteków. On jeden nie spadł z niego, ale go mimo to nie poskromił.
— Nie może być! Kto nie spadnie, ten musi przecież zostać zwycięzcą!
— Myśmy tak samo myśleli. Ale ten dyabelski ogier popędził z nim do wody, ażeby go zrzucić z siebie, dawszy nurka, a gdy to nie poskutkowało, poniósł go w gęsty las i zesunął z siebie poprostu.
— A do kroćset! — zawołał Helmers.
— Tak — potwierdził Czoło Bawole. — Wstyd to dla mnie, ale i prawda. A przecież ja mogę się pochwalić, że zabiłem już niejednego konia, który nie chciał mnie słuchać.
Wakero mówił dalej:
— Byli tutaj w hacyendzie rozmaici dobrzy jeźdźcy i myśliwcy, ażeby spróbować swej siły i zręczności, ale zawsze napróżno. Wszyscy mówią, że tylko jeden człowiek oswoiłby tego konia.
— Kto taki?
— Obcy myśliwiec z nad Red River, który na dyable zajechałby do piekła. Ten człowiek puścił się raz w sam środek tabunu dzikich koni i przebiegł po zwierzętach z głowy na głowę, żeby sobie wybrać najlepsze.
Helmers uśmiechnął się wesoło i zapytał:
— Czy ten śmiałek ma jakie nazwisko?
— To się rozumie.
— Jakie?
— Jak się właściwie nazywa, tego nie wiem, ale od czerwonych otrzymał przydomek: Grot Piorunowy, Itintika.
Helmers nie dał poznać po sobie, że o nim mowa, a Czoło Bawole i Serce Niedźwiedzie nie drgnęli również na twarzy. Helmers zapytał:
— Gdzie ten koń?
— Leży tam za tamtym tabunem.
— Skrępowany?
— Oczywiście.
— Do wszystkich dyabłów!. Źle z nim postępujecie!
— Ba! Sennor Arbellez dba bardzo o swoje konie, ale tym razem przysiągł, że kary albo się podda, albo zginie z głodu.
— Zapewne związaliście mu także pysk?
— Rozumie się.
— Pokażcie mi tego ogiera!
— Chodźcie, sennorze!
W chwili właśnie, kiedy powstali, ujrzeli sennora Arbelleza, nadjeżdżającego z córką i z Karją. Była to jego zwykła jazda inspekcyjna, jaką zawsze odbywał przed nocą. Nie wstrzymując się z tego powodu, poszli wakerowie z Helmersem do konia.
Ogier leżał na ziemi ze związane mi nogami i koszem na pysku. Oczy krwią mu nabiegły z wściekłości i z wysiłku, każda żyła napęczniała, jakby miała pęknąć za chwilę, a z kosza spadała piana wielkiemi płatami.
— Do kroćset! To jest wprost grzech! — zawołał Helmers.
— Poradźcie co na to, sennorze! — rzekł wakero, wzruszając ramionami.
— To jest dręczenie zwierząt! Na to nie powinno się pozwalać! W ten sposób możnaby najszlachetniejszego konia zniszczyć!
W uniesieniu rozsierdził się Helmers naprawdę. Wtem nadjechał Arbellez z dziewczętami.
— Co się tam stało, sennorze Helmersie, żeście wpadli w taki gniew? — zapytał.
— Chcecie zabić tego ogiera! — odrzekł.
— Jeśli nie będzie posłuszny.
— Możnaby go nauczyć uległości, ale nie w ten sposób.
— Próbowaliśmy już wszystkiego. Nic nie pomogło.
— Dajcie mu na grzbiet dzielnego jeźdźca!
— Także nic nie wskóramy!
— Śmiem wątpić. Czy pozwolicie, żebym ja spróbował?
— Nie.
Helmers spojrzał nań ze zdziwieniem.
— Czemu nie? — spytał.
— Bo zbyt cenię wasze życie.
Pshaw! Wolę zginąć, niż dłużej na to patrzeć. Dobry koniarz tego nie wytrzyma. Czy mogę zatem przejechać się na tym karym? Proszę o to, sennorze.
Na to zbliżyła się Ema zaniepokojona.
— Ojcze, nie pozwól mu! — prosiła trwożliwie. — Kary zbyt niebezpieczny.
Helmers zaś zapytał ją poważnie:
— Sennora nienawidzi mnie?
— Nienawidzi? Mój Boże! Za cóż?
— Czy mną pani pogardza?
— To jeszcze mniej.
— A dlaczego mnie pani obraża w ten sposób? Tylko chłopak bierze się do dzieła, którego nie potrafi wykonać. Zapewniam panią, że karego nie obawiam się wcale.
— Pan nie zna tego zwierzęcia sennorze — upominał Arbellez. — Było tu już wielu. Ci twierdzą, że tylko Itintika, Grot Piorunowy, zdołałby go oswoić.
— Czy pan zna tego Itintikę?
— Nie, ale to najlepszy w Ameryce rastreator i jeździec.
— A ja mimo to proszę pana o ogiera!
— Ostrzegam pana! — rzekł hacyendero.
— Trwam przy mojej prośbie!
— W takim razie muszę ją panu spełnić, bo jest pan moim gościem, ale czynię to z przykrością ze względu na skutki. Nie gniewaj się pan potem na mnie!
Na to Ema zsiadła szybko z konia i przystąpiła do Helmersa.
— Sennorze! — prosiła, ujmując go za rękę. — Czy nie odstąpiłby pan od konia dla mnie? Ja się tak boję!
— Sennorito — rzekł — niech pani powie otwarcie: Czyby to był zaszczyt dla mnie, czy hańba, gdybym najpierw twierdził, że się nie boję, a potem się cofnął?
Spuściła głowę. Zrozumiała, że miał słuszność, że nie mógł pozostać w tyle za wszystkimi, którzy byli dobrymi jeźdźcami. Zapytała więc prawie pocichu:
— Pan rzeczywiście się odważy?
— Sennorito Emo, dla mnie to nie jest dowodem odwagi!
Spojrzał jej przy tem w oczy z taką ufnością, że ustąpiła i uwierzyła w możliwość udania się jego przedsięwzięcia.
— A zatem do dzieła!
Z temi słowy przystąpił do ogiera, odsunąwszy wakerów, którzy mu chcieli dopomóc w zdjęciu więzów. Zwierzę tarzało się wciąż jeszcze po ziemi, parskając i stękając. Helmers odrzucił mu kosz z pyska i dobył noża. Został tylko koniec lassa, owinięty koniowi dokoła pyska. Helmers wziął ten rzemień w lewą rękę, rozciął szybko więzy najpierw tylnych, a potem przednich nóg. Kiedy koń się poderwał, siedział mu już na grzbiecie, jak przyrośnięty.
Teraz zaczęła się walka między jeźdźcem a koniem, jakiej obecni widzowie, cofający się ostrożnie, nie oglądali. Ogier wznosił się w górę na przemiany, to tyłem, to przodem, podskakiwał w bok, kopał i kąsał, rzucał się na ziemię, tarzał się i zrywał nanowo, ale jeździec siedział na nim ciągle. Była to najpierw walka ludzkiej inteligencyi z opornością dzikiego zwierzęcia, poczem jednak zamieniła się w zmaganie się wyłącznie ludzkich mięśni z siłą zwierzęcą. Koń pocił się niemal pianą, nie parskał już, lecz chrząkał i stękał, wysilając resztę woli, ale żelazny jeździec nie poddawał się ani na chwilę. Stalowymi niemal kolanami ścisnął konia tak, że mu zaczęło brakować oddechu. Koń podskoczył po raz ostatni w górę wszystkiemi czterema nogami i jak szalony pognał przez kamienie, rowy i krzaki. W pół minuty zniknął razem z jeźdźcem.
— Do kroćset dyabłów! Czegoś podobnego nie widziałem jeszcze w swojem życiu! — przerwał Arbellez.
— Skręci kark! — rzekł jeden z wakerów.
— Już nie — wtrącił drugi. — Zwyciężył!
— Bałam się bardzo o niego. — przyznała się Ema. — Zdaje mi się jednak, że mu już niebezpieczeństwo nie grozi. Prawda, ojcze?
— Bądź spokojna! Kto tak silnie siedzi i tyle siły okazał, ten już nie spadnie. To wyglądało tak, jak gdyby dyabeł walczył z dyabłem. Wątpię, czy nawet Itintika zrobiłby to lepiej!
Wtem przystąpił Czoło Bawole i rzekł:
— Nie, sennorze. On nie mógłby zrobić tego lepiej, tylko tak samo.
— Jak to? Nie rozumiem tych słów.
— Sennor Helmers, to Itintika.
— Co? — zawołał Arbellez. — On Grot Piorunowy?
— Tak. Spytajcie wodza Apaczów!
Arbellez zwrócił na wymienionego pytające spojrzenie.
— Tak, to on — rzekł Indyanin poprostu.
— Gdybym był wiedział, byłbym się tak nie obawiał — oświadczył hacyendero. — Naprawdę zdawało mi się, że sam siedzę na koniu.
Wszyscy pełni oczekiwania stali ciągle na tem samem miejscu. Po upływie kwadransa powrócił Helmers. Kary był tak zmęczony, że z nóg leciał, a jeździec siedział na nim rzeźki i uśmiechnięty. Ema wyjechała naprzeciw niego.
— Sennorze, dziękuję wam! — rzekła.
Inny byłby zapytał: „za co?“ On jednak zrozumiał ją i uśmiechnął się do niej uszczęśliwiony.
— No, sennorze Arbellez — zapytał Helmers — czy istotnie tylko Itintika mógłby tego dokonać?
— Oczywiście!
— Mnie się zdaje, że możemy się obejść bez niego, bo ja to także potrafię.
— Bo sam pan nim jesteś.
— Ach! To moja tajemnica zdradzona! — roześmiał się.
— Skończyło się incognito księcia sawanny — dodała Ema.
Ze wszystkich stron darzono go głośnym podziwem, on zaś bronił się, mówiąc:
— Moje zadanie jeszcze nie skończone. Sennorze, czy mogę wam towarzyszyć?
— A koń nie jest zbytnio znużony?
— Musi jechać, bo ja tak chcę!
— W takim razie jedźmy!
Objechawszy rozległe przestrzenie, na których pasły się konie, bydło rogate, muły, owce i kozy, wrócili do domu. Helmers przywiązał ogiera do kołka. Kiedy Karja, udając się do swego pokoju, przechodziła obok drzwi hrabiego, ukazał się w nich hrabia Alfonzo.
— Karjo — spytał — czy mogę dziś z tobą pomówić?
— Kiedy? — spytała Indyanka.
— Dwie godziny przed północą.
— Gdzie?
— Pod oliwkami nad potokiem.
— Przyjdę!
Gdy zapadł wieczór, zgromadziło się całe towarzystwo w jadalni, gdzie podano na stół prawdziwie olbrzymie zapasy. W uczcie wzięli także udział obydwaj wodzowie indyańscy. Rozmowa obracała się około ostatnich wypadków, a potem zeszła na oswojenie ognistego rumaka. Chwalono za to Helmersa znowu, lecz on nie przyjmował pochwał, mówiąc:
— Nie warto wspominać o tem, sennores. Nie ja jeden potrafię coś podobnego.
— O, to tylko skromność z waszej strony — rzekł hacyendero. — Czy jest jeszcze ktoś taki?
— Owszem!
Ten zrobiłby to jeszcze lepiej ode mnie. Mam na myśli Old Shatterhanda, przyjaciela Winnetou. Mnie daleko jeszcze do tego, żeby jemu dorównać.
— Ach! Old Shatterhand! Dużo o nim słyszałem! Wierzę też, że oswojenie dzikiego konia byłoby dla niego igraszką. Wy go znacie, sennorze?
— Znam. Dlatego właśnie mogę zgodnie z prawdą powiedzieć, że mu nie dorównywam.
Zeszła więc rozmowa na tego słynnego westmana, przyczem opowiedziano kilka wybitniejszych jego czynów. Hrabia nie zjawił się przy stole. Jego dzisiejsze występy złościły go. Czuł, że się tem nie wsławił, dlatego nie przyszedł. Na pojedynek z Helmersem nie zgodził się oczywiście z tchórzostwa.
Był to nadzwyczaj nieporządny i rozrzutny młody szlachcic. Pomimo, że ojciec zapewnił mu wysoką rentę roczną, narobił tyle długów, że nie miał odwagi przyznać się przed nim do tego. To też wierzyciele cisnęli go i dręczyli. Młody hrabia posłyszał coś o skarbie królewskim, a wiedząc, że Karja zna jego tajemnicę, chciał posiąść ten skarb, którego tysiączna cześć byłaby wystarczyła na zaspokojenie wierzycieli. Korzystał z każdego, niewidzianego przez drugich, spotkania z Indyanką, ażeby jej się okazać godnym zaufania i przyrzekł nawet uczynić ją hrabiną Rodrigda. Pomimo naiwności i ufności, z jaką wierzyła jego słowom, nie doprowadził był dotychczas do tego, żeby mu powiedziała, gdzie należy skarbu szukać. Teraz, przyciśnięty do ostateczności przez wierzycieli, przybył ze stolicy Meksyku do hacyendy z mocnem postanowieniem zmuszenia w łagodny sposób Karji, żeby mu zdradziła tajemnicę. Poszedł pod oliwki nad potokiem i zastał tam już Indyankę. Gniewała się na niego za to, że zachował się tak obrażająco względem jej wybawców, lecz zręczności jego udało się niebawem rozprószyć jej niechęć. Potem zmierzał już wprost do swego celu. Przyrzekł jej wyrobić szlachectwo, ażeby ją móc pojąć za żonę. Twierdził, że szlachectwo jest do tego konieczne, jakkolwiek uważał ją jako potomka rodziny królewskiej rzekomo za zupełnie sobie równą. Ostrzegał jednak, że do uzyskania szlachectwa potrzeba bardzo dużo pieniędzy, a on tyle nie mógłby dostać od swego ojca. Lecz nie tylko na to potrzebny mu był skarb królewski. Ojciec miał go wydziedziczyć z powodu Karji i poprostu wtrącić w nędzę. Skoro jednak on (jak mówił) gotów jest ponieść dla niej tę ofiarę, czem dowiódłby, jak rzetelne ma względem niej zamiary, to ona również nie powinna ociągać się dłużej z powierzeniem mu tajemnicy. Takimi argumentami zwyciężył młody hrabia. Indyanka przyrzekła mu powiedzieć, gdzie skarb leży, postawiła jednak warunki. Po pierwsze: nie wolno mu było zdradzić jej przed bratem, że nie dochowała tajemnicy, powtóre zaś miał jej dać pisemny dokument z podpisem i pieczęcią, tej treści, że w zamian za wydanie skarbu królewskiego zrobi ją hrabiną de Rodriganda. On przystał na te warunki i poprosił ją, żeby nazajutrz przyszła do niego osobiście po ten dokument.
Jakżeż radował się teraz z osiągnięcia swego celu! W nadziei tej sprowadził był już nawet z sobą ludzi, którzy mieli te skarby przewieźć do miasta. O dokument się nie troszczył. O wiele niżej od niego społecznie stojąca, darzona pogardą, Indyanka była nawet z takiem pismem bezsilna wobec niego, wysoko urodzonego hrabiego! Byle tylko posiąść skarby jak najrychlej!
Kiedy ci dwoje rozmawiali pod oliwkami, odprowadzał Helmers wodza Tekaltę do jego łoża na trawie. Zamiłowany oddawna w życiu swobodnem, dniem i nocą spędzanem pod gołem niebem, chciał przed snem w pokoju nabrać w płuca świeżego powietrza. Pożegnawszy się więc z wodzem, nie poszedł jeszcze prosto do hacyendy, lecz wstąpił do ogrodu, gdzie usiadł na brzegu sztucznego basenu, z którego fontanna wyrzucała w górę ożywczy strumień wody.
Siedział jeszcze niedługo, kiedy doleciał go odgłos cichych kroków. Zaraz potem ukazała się postać kobieca, idąca ścieżką prosto ku fontannie. Poznał Emę i wstał, chcąc odejść, aby nie być świadkiem jakiejś schadzki. Dziewczyna spostrzegła się i zawahała, czy iść dalej.
— Proszę, sennorito! Niech się pani nie krępuje — rzekł. — Ja zaraz się oddalę, ażeby pani nie przeszkadzać.
— Ach, to pan, sennorze Helmersie — odpowiedziała. — Zdawało mi się, że to ktoś inny, bo myślałam, że pan udał się już na spoczynek.
— Pokój dla mnie jeszcze zbyt niewygodny i duszny. Muszę się dopiero doń przyzwyczaić.
— Ze mną jest to samo; dlatego wyszłam jeszcze do ogrodu.
— Życzę przyjemnego wieczoru! Dobranoc, sennorito!
Chciał się cofnąć, lecz ona ujęła go za rękę i zatrzymała.
— Niech pan zostanie, skoro panu tego potrzeba! — rzekła. — Pan Bóg ma podostatkiem powietrza, gwiazd i woni dla nas obojga. Pan mi wcale nie przeszkadza.
Usłuchał i usiadł obok niej na krawędzi basenu.
Tymczasem wódz Mizteków położył się tuż obok palisady ogrodowej. Rozmarzony patrzył ku niebu i puścił wyobraźnię w górę, w owe światy odwieczne, kędy toczą się słońca, które czcili jego przodkowie. Mimo zatopienia się w cudach przyrody mógł posłyszeć najlżejszy szmer w otoczeniu.
Naraz wydało mu się, że z ogrodu doszedł go odgłos cichych kroków, a potem także przytłumione głosy. Wiedział o tem, że hrabia starał się jak najczęściej dostać w pobliże jego siostry, i nie wątpił, że ona nie opierała się zabiegom białego. Zbudziło się w nim podejrzenie. Ani hrabiego, ani Karji nie było widać w hacyendzie już od godziny. Czyżby umówili się o schadzkę w ogrodzie? Postanowił to sprawdzić. Uważał to za konieczne ze względu na siebie i na nią.
Powstał więc i jak kot przeskoczył przez palisadę do ogrodu. Tam położył się na ziemi i przyczołgał bliżej tak cicho, że wprawne, ale teraz niedbałe, ucho Helmersa nic nie dosłyszało. Dostał się niepostrzeżenie do drugiej strony basenu i stamtąd mógł rozumieć każde słowo rozmowy.
— Sen norze, powinnabym właściwie gniewać się na pana! — rzekła właśnie Ema.
— Czemu?
— Ponieważ nabawił mnie pan niemałego strachu.
— Tem, że postanowiłem ujeździć konia?
— Tak.
— Niepotrzebnie się pani niepokoiła, gdyż oswajałem już konie daleko gorsze. Kary jest teraz tak łagodny, że każda kobieta może go dosiąść całkiem spokojnie.
— Ale miało to jedną dobrą stronę.
— Jaką?
— Że porzucił pan incognito, próżny człowieku!
— O — rzekł ze śmiechem — to nie była tylko próżność. Czasem trzeba być ostrożnym. Dzięki temu właśnie, że uważano mnie za zwykłego, nie wyćwiczonego myśliwca, odnosiłem często największe korzyści.
— Ale mnie mógł pan to powiedzieć. Powierzył mi pan przecież daleko większą tajemnicę.
— Tajemnicę, która może nigdy nie będzie miała dla mnie wartości. Nie odkryję, zdaje się, jaskini królewskiego skarbu, chociaż prawdopodobnie znajduję się w jej pobliżu.
— Z czego pan o tem wnosi?
— Z ukształtowania gór i biegu rzek. Okolica, którą przejeżdżaliśmy na ostatku, zgadza się całkiem z częścią mojej mapy.
— W takim razie ma pan już pewną podstawę może pan szukać dalej.
— Wielkie pytanie, czy to uczynię.
— Czemu?
— Bo wątpię, czy mam do tego prawo.
— Miałby pan przecież prawo znalazcy. Nie przeceniam bynajmniej wartości złota, wiem jednak, że posiadanie jego daje wiele rzeczy, których tysiące ludzi pragnie napróżno. Niech pan szuka! Cieszyłabym się, gdyby pan znalazł!
— Potęga złota jest wielka — rzekł w zamyśleniu — a ja mam biednego brata, obarczonego rodziną, której mógłbym dać szczęście. Ale do kogo należy ten skarb? Chyba do potomków tych, którzy go tam ukryli.
— Nie wie pan od kogo mapa pochodzi?
— Od starego, chorego Indyanina, któremu wyrządziłem kilka przysług. Był zraniony i umarł, zanim mógł mi dać ustne wskazówki.
— A na mapie nazw niema?
— Nie. W jednym rogu znajduje się znak zagadkowy, którego nie umiem sobie wytłómaczyć. Postanawiam szukać skarbu, ale jeśli go znajdę rzeczywiście, nie dotknę go, lecz obejrzę się za prawowitymi jego właścicielami. Gdybym ich nie znalazł, to będę miał czas pomyśleć o przeznaczeniu skarbu.
— Sennorze, pan jest człowiekiem honorowym! — rzekła ciepło Meksykanka.
— Czynię tylko, co muszę, a unikam wszelkiego bezprawia.
— Brat pański ubogi?
— Jest marynarzem. Jako taki nigdy nie doprowadzi do samoistności, dopóki będzie zdany tylko na własne siły. Ja sam posiadam niewielką sumkę, uzyskaną z myśliwskich wycieczek.
— Pan posiada więcej! — rzekła.
— Ciekaw jestem co?
— Czyżby Grot Piorunowy był rzeczywiście tak ubogi? Czyż nie istnieją bogactwa, niemające nic wspólnego ze złotem? Posiadanie złota i srebra nie stanowi wartości człowieka. Prawdziwe skarby spoczywają w sercu. Wiara w Boga, miłość bliźniego i przeświadczenie, że się spełniało swoją powinność. Ale chodź pan! Muszę jeszcze ojcu powiedzieć: Dobranoc!
Odeszli. Tekalto także się oddalił i przerzucił przez palisadę. Tam dopiero mruknął do siebie:
— Uff, uff! Co ja słyszałem! Grot Piorunowy ma rysunek naszego świętego miejsca! Jego bystrość doprowadzi go do odkrycia skarbu. Powinienbym go zabić, ale zostałem jego przyjacielem i bratem, a on jest dobry i szlachetny. Ocalił też moją siostrę, Karje. Czy mam zgubić tego, któremu winien jestem wdzięczność? Nie, nie! Namyślę się, a dobry Wielki Duch powie mi, co mam uczynić...
W tym samym czasie w dolinie, odległej od hacyendy może o dwie godziny drogi, siedziała dokoła ogniska gromadka, licząca około dwudziestu ludzi. Były to dzikie i zuchwałe postaci. Każdą można było podejrzewać, że ma na sumieniu morderstwo, lub coś podobnego. Ćwiartka cielęcia piekła się na rożnie, a resztki mięsa i poodrzucane kości, leżące obok, świadczyły, że raczono się tu już od dłuższego czasu.
— Jakże będzie, kapitano? — zapytał jeden z nich głosem niechętnym. — Czy czekamy jeszcze?
Zapytany leżał obok wsparty na łokciu. Miał twarz prawdziwego bandyty, a jego pas jeżył się od broni.
— Czekamy! — rzekł ponuro i stanowczo.
— Jak długo?
— Dopóki mnie się spodoba.
— Oho! Ja mam już tego dość!
— Milcz!
— Pozwolisz mi chyba mówić. Siedzimy tu już od czterech dni. Obawiam się, czy z nas sobie błaznów nie robią.
— Jeśli sam uważasz siebie za błazna, to ja nic przeciwko temu nie mam. Ja na szczęście wiem dokładnie, co mam robić.
— Czy wiesz takie, jakie jest nasze zadanie?
— Oczywiście!
— No, jakie?
— Hrabia płaci nam dobrze, zaczekamy więc, dopóki nie powie, co mamy czynić.
— Niech to dyabli wezmą! Ileż to mogliśmy przez ten czas zrobić i zarobić!
— Milcz!
— Oho! Ja jestem także człowiekiem i mam prawo mówić!
— A ja jestem kapitanem i zabraniam ci tego!
— A kto cię mianował kapitanem? Przecież my!
— Słusznie! Ale skoro już raz nim jestem, to potrafię swoją rolę odegrać. Jedz mięso i zamknij gębę, bo wiesz, jakie tu są prawa!
— Ty mi grozisz? — zawołał pierwszy i pochwycił za nóż.
— Nie, ja nie grożę, tylko działam!
Kapitan powiedział to głosem zimnym i obojętnym, lecz błyskawicznie wyrwał pistolet z za pasa i wypalił. Huknął strzał, a zuchwały opozycyonista padł na ziemię z roztrzaskaną głową.
— Tak się karze nieposłuszeństwo. Weźcie go na bok!
Po tych słowach zaczął kapitan z zimną krwią nabijać pistolet.
Powstał nieznaczny pomruk niezadowolenia, lecz ucichł natychmiast, skoro tylko kapitan podniósł głowę.
— Kto mruczy? — spytał. — Mam jeszcze więcej kul. Coby to było, gdyby ustało posłuszeństwo! Hrabia Rodriganda płaci każdemu z nas dziennie złotówkę. Czy to nie dość? Każe nam wprawdzie czekać teraz, ale postara się też o robotę dla nas, gdyż takiej sumy nawet hrabia nie daje za darmo!
Ludzie uspokoili się, a zabitego uprzątnęli. Po spożyciu reszty mięsa postawili straż i owinęli się kocami.
Już sen zaczął był ich morzyć, kiedy nagle usłyszeli tętent kopyt końskich. Podnieśli się natychmiast z pierwotnej postawy, bo zbliżał się jakiś jeździec.
— Kto tam? — spytała straż.
— Swój! — brzmiała odpowiedź.
— Może przejść.
Przybyły oddał konia straży i przyszedł bliżej. Był to hrabia Alfonzo de Rodriganda, Usiadł obok kapitana, wyjął tytoń i skręcił sobie „cigarittę“. Ludzie przypatrywali mu się w milczeniu. Kiedy jednak zapalił papierosa i dalej nic nie mówił, spytał go kapitan:
— Czy przynosicie nam nareszcie jaką robotę, don Rodriganda?
— Tak.
— Jaką? Zrobimy wszystko, byleby nam dobrze zapłacono.
Wskazał przytem wymownym giestem na sztylet. Hrabia potrząsnął głową i odpowiedział:
— Nic takiego. Posłużycie mi tylko jako arrierowie[7].
— Jako arrierowie? — powtórzył zdziwiony kapitan. — Myśmy nie chamy!
— Wiem o tem. Posłuchajcie, co wam powiem!
Wszyscy przysunęli się bliżej z ciekawością, a hrabia Alfonzo zaczął:
— Mam coś zawieźć do Meksyku, ale to wielka tajemnica. Czy mogę w tem na was liczyć?
— Jeśli pan zapłaci!
— Dostaniecie, ile zażądacie. Czy macie z sobą juki, które u was zamówiłem?
— Tak.
— Wory i skrzynie?
— Również.
— To dobrze! Konie weźmiemy sobie z Estancyi del Erina. Jutro o tym czasie będę tu znowu i wyruszymy potem z brzaskiem dnia.
— Dokąd?
— Sam jeszcze tego nie wiem. Ja poprowadzę.
— A co będziemy wieźli?
— To was także nic nie obchodzi. Przyprowadzę moich dwu służących, którzy wam gdzieś i kiedyś napełnią wory i skrzynie. Potem ruszycie pod moim nadzorem do Meksyku. Waszym obowiązkiem będzie bronić transportu, gdyby nas kto napadł po drodze.
— To bardzo tajemnicza sprawa, don Rodriganda. Będziemy musieli zażądać stosownej zapłaty.
— Ile chcecie?
— Trzy złotówki dziennie na człowieka.
— Zgoda!
— A mnie, jako dowódcy sześć.
— Dobrze!
— Cały wikt i utrzymanie.
— To się rozumie!
— A jeśli transport doprowadzimy szczęśliwie do Meksyku, trzysta złotówek, jako osobne wynagrodzenie.
— Dostaniecie pięćset, jeśli mnie zadowolicie!
— Hurra, to brzmi przyjemnie! Sennorze, zdajcie się spokojnie na nas! W ogień za was pójdziemy!
— Spodziewam się tego po was. Tu macie na razie małą zachętę do wierności! Rozdzielcie to między siebie!
Wyjął z kieszeni rulon pieniędzy i oddał kapitanowi, poczem odjechał.
Kiedy przebrzmiał tętent jego konia, zaczekał przezorny dowódca jeszcze chwilkę, a potem rozwinął rulon.
— Złoto! — zawołał. — Błyszczące, żółte złoto!
— Hojny jest! — zauważył jeden.
— Hm! — rzekł kapitan. — Tu każdy może sobie pomyśleć, co mu się podoba.
— Co będziemy przewozili?
— O tem nikt nie śmie wiedzieć!
— Nawet my nie?
— Wtajemniczeni będą tylko jego służący!
Tak krzyżowały się pytania i odpowiedzi. Naraz posypało się kilka domysłów:
— Może on ludzkie mięso chce ukryć!
— Albo złoto z jakiej bonancy.
— Albo zakopany skarb Azteków.
Dowódca nakazał ruchem ręki spokój i rzekł:
— Nie łamcie sobie głów, chłopcy! Płaci tak dobrze, że powieziemy pewnie coś nadzwyczajnego. Będziemy go z początku słuchali we wszystkiem, potem jednak stańcie się cokolwiek ciekawi, a jeśli to, co będziemy wieźli, mogłoby się także nam przydać, to hrabia będzie tak samo wart kuli, jak i jego służący. Teraz śpijcie i bądźcie cicho!
Dokoła ogniska zapanowało głuche milczenie, chociaż niejeden bandyta nie spał naprawdę, lecz starał się odgadnąć, co będzie zawierał powierzony im transport.
Oto byli ludzie, których hrabia wynajął, ażeby skarby przewieźć do stolicy! Łotry i bandyci, żyjący z dochodów, zdobytych bronią. Gdyby się dowiedzieli o zawartości skrzyń i worów, byłoby po hrabi. Ale nad tem nie pomyślał ten lekkoduch.
Ledwie nazajutrz rano Helmers wstał z łóżka, przyszedł do niego hacyendero, ażeby mu powiedzieć: „dzień dobry!“ Polubił myśliwca, mimo że dopiero tak krótko się znali.
— Przychodzę do pana właściwie z prośbą — rzekł.
— Którą ja spełnię, jeśli będę mógł — odpowiedział Helmers.
— Będzie pan mógł. Znajduje się pan tutaj w pustkowiu, gdzie panu trudno zaspokoić wszelkie potrzeby, ja zaś mam wielki zapas wszystkiego, czego mi potrzeba, bo muszę swoich ludzi zaopatrywać we wszystko. Jeśliby pan chciał wziąć sobie bieliznę i nową odzież, to z przyjemnością postawiłbym panu nizkie ceny.
Helmers wiedział dobrze, jak on to rozumiał, ale z jednej strony nie mógł obrazić zacnego hacyendera, a z drugiej jego strój myśliwski znajdował się naprawdę w stanie opłakanym. Namyślił się więc prędko i odpowiedział:
— Dobrze! Przyjmuję pańską propozycye pod tym warunkiem, że ceny nie będą zbyt wysokie, gdyż jestem, jak to mówią, biedak.
— Hm, jakąś drobnostkę zarobię, chociaż niepotrzebuje pan zaraz dzisiaj płacić. Chodź pan! Pokaże panu magazyn! — rzekł Arbellez śmiejąc się.
Kiedy w godzinę potem Helmers stanął przed lustrem, sam sobie wydał się obcym. Miał rozprute na dole, obramowane złotem, spodnie meksykańskie; lekkie półbuty z ogromnemi ostrogami; śnieżnie białą koszulę; na niej krótką, otwartą z przodu bluzę, wyszytą złotem i srebrem; na głowie sombrero o szerokich kresach, a na biodrach szal z chińskiej gazy jedwabnej. Włosy miał przystrzyżone, wąsy i brodę zrównane. W tej strojnej i bogatej odzieży prawie nie poznał siebie.
Gdy na śniadanie wszedł do jadalni, zastał tam już Emę, która zarumieniła się z zachwytu na jego widok. Dotąd nie wyobrażała go sobie tak pięknym. Karja zachowała się także tak, jak gdyby teraz dopiero zauważyła jego piękność. Porównywała go może z hrabią. Obaj wodzowie indyańscy udali, że nie widzą tej zmiany. Tylko jednego złościło to straszliwie.
Był to hrabia. Nadzieja blizkiego posiadania skarbu usposobiła go może zgodliwiej, bo przyszedł na śniadanie, ale omal się nie cofnął, gdy zobaczył Helmersa. Zgrzytał skrycie zębami i postanowił uczynić go nieszkodliwym dla siebie.
Gdy Helmers po śniadaniu wyszedł na łąkę, spotkał się tam z wodzem Mizteków, który ujrzawszy nową odzież Helmersa, rzekł:
— Mój brat, Grot Piorunowy, może nosić strój taki, bo jest bogaty.
— To dar sennora Arbelleza. Ja jestem tak samo ubogi jak przedtem.
— Nie — rzekł Indyanin poważnie — jesteś bogaty, bo znasz drogę do skarbu królewskiego.
Helmers cofnął się o krok ze zdumienia.
— Skąd ty wiesz o tem?
— Wiem! Czy mogę zobaczyć mapę?
— Owszem!
— Zaraz?
— Chodź!
Zaprowadził go do swego pokoju i położył przed nim stary, nadszargany papier. Tekalto rzucił okiem na róg planu i rzekł:
— Tak, to znak Toksertesa, który był ojcem mojego ojca. Musiał on kraj opuścić i nie wrócił już więcej. Ty wyrządziłeś mu przysługę, dlatego nie jesteś ubogi. Czy chcesz zobaczyć jaskinię skarbu królewskiego?
— Ty możesz mi ją pokazać?
— Tak.
— Do kogo należą skarby?
— Do mnie i do mojej siostry, Karji. My jesteśmy jedynymi potomkami królów Mizteków. Czy mam cię zaprowadzić?
— Proszę o to.
— Przygotuj się dzisiaj na dwie godziny po północy. Tylko w nocy możemy ruszyć w tę podróż.
— Czy mogę o tem komu powiedzieć?
— Nikomu, chyba tylko córce hacyendera.
— Czemu jej?
— Ponieważ wie, że szukasz skarbu.
— Ach! Skąd ty wiesz o tem?
— Słyszałem wczoraj każde słowo, które mówiliście do siebie. Masz mapę; a jednak postanowiłeś sam nic nie wziąć. Chciałeś wpierw zbadać, czy są spadkobiercy. Jesteś uczciwym człowiekiem, jakich mało wśród bladych twarzy, dlatego zobaczysz skarby królewskie.
W godzinę później, w porze obiadowej, kiedy wszyscy siedzieli jeszcze przy deserze, wsunęła się Indyanka do pokoju hrabiego i szepnęła:
— Czy napisałeś ten papier?
— A umiesz czytać? — zapytał on.
— Tak — odparła dumnie.
— Oto masz!
Podał jej arkusz papieru, na którym napisane były następujące słowa:
„Niniejszem oświadczam, że po otrzymaniu skarbu królewskiego Mizteków zaręczę się z Karją, potomkiem ich królów i że pojmę ją za żonę.
Alfonzo
hrabia de Rodriganda y Sevilla“.
— Dobrze napisałem? — zapytał.
— Słowa są dobre, ale pieczęci niema.
— To niepotrzebne.
— Przyrzekłeś mi dać pieczęć!
— Stanie się wedle twej woli — rzekł, ukrywając swą niechęć.
Roztopił laskę wosku i położył pieczęć nad słowami.
— Masz, Karjo! — rzekł, podając jej pismo — A teraz ty słowa dotrzymaj!
— Owszem, słuchaj!
— Gdzie więc jest skarb ukryty?
— Czy znasz górę El Reparo?
— Znam. Leży o cztery godziny drogi na zachód.
— Wygląda jak wydłużony, wysoki, wał ziemny.
— Słusznie.
— Z niej wypływają trzy strumyki na dolinę. Środkowy jest dla ciebie ważny. Nie wytryska on z małego źródła, lecz wypływa odrazu pełno i szeroko z ziemi. Gdy wstąpisz do wody i, schyliwszy się, wejdziesz tam, gdzie potok z góry wypływa, będziesz miał przed sobą jaskinię.
— Ach! To byłoby bardzo proste!
— Bardzo proste!
— Czy trzeba światła?
— Znajdziesz pochodnie na lewo od wejścia.
— Czy to wszystko, co miałaś mi powiedzieć?
— Wszystko.
— I skarb jest jeszcze tam rzeczywiście nietknięty?
— Nietknięty!
— Dzięki ci, moje dziecko! Jesteś moją narzeczoną, a wkrótce zostaniesz żoną. Ale teraz idź! Mogliby nas tu zaskoczyć!
Indyanka schowała dokument i odeszła. Poniosła ofiarę, która jej strasznie na duszy ciężyła.
Tymczasem Serce Niedźwiedzie złowił sobie jednego z półdzikich koni w hacyendzie i wyruszył na przejażdżkę. Ponieważ miał dużo czasu, przeto nie obrał z powrotem drogi najkrótszej i najwygodniejszej, lecz jechał przez doliny, parowy i ostępy, o ile mu leżały na drodze. Nagle, kiedy zjeżdżał w jedno z zagłębień, usłyszał głosy sprzeczających się ludzi. Zaraz potem huknął strzał, a po nim nastąpił okrzyk.
Coś takiego wygląda zawsze podejrzanie, zwłaszcza dla ostrożnego Indyanina. Zsiadł z konia, przywiązał go, wziął do rąk strzelbę i zaczął skradać się w stronę, gdzie padł wystrzał. Wylazł na zbocze, którego szczyt porosły był dzikim mirtem. Dostawszy się do krzaków, zobaczył małą, ale głęboką dolinkę, w której dokoła ogniska znajdowało się ośmnastu mężczyzn i dwa trupy. Nieopodal leżało mnóstwo skrzyń, worów i siodeł jucznych. Jeden z mężczyzn nabijał właśnie pistolet.
— Tak ma być! — rzekł. — Kto się sprzeciwi, dostanie kulą w łeb!
— Czy strzały nas nie zdradzą? — zapytał drugi trwożliwie.
— Głupcze! Ktoby się na nas porwał?
Serce Niedźwiedzie rozumiał bardzo dobrze mieszaninę hiszpańskiego i indyańskiego języka, jakiej się na granicy używa, ale ci ludzie mówili czysto po hiszpańsku, a tego języka on nie znał. Uważał tych ludzi za oddział myśliwski, którego członkowie posprzeczali się z sobą tak gwałtownie, że aż zaczęli do siebie strzelać. Takie wypadki zdarzają się w Meksyku bardzo często, dlatego nie uderzają tubylca. Serce Niedźwiedzie cofnął się zatem, dosiadł konia i pojechał do estancyi.
Hrabia nie pokazywał się przez cały dzień. Posiadłszy pożądaną wiadomość, kazał swoim służącym spakować rzeczy. Po wieczerzy udał się do Arbelleza i oświadczył, że odjeżdża. Chociaż to hacyendera zastanowiło, nie pytał go o powód i nie próbował zatrzymać. Wracając do swego pokoju, spotkał się Rodriganda z Karją. W przekonaniu, że jest u celu pragnień swoich, popełnił głupstwo przez to, że tak przemówił do niej:
— Zawiadomiłem właśnie Arbelleza, że odjeżdżam.
— Dokąd? — spytała Indyanka.
— Do Meksyku.
— A skarb?
— Zabiorę go sobie przedtem. Miałem w pogotowiu wielu arierów z mułami, teraz udam się z nimi pod górę El Reparo po skarby. Potem ruszam prosto do Meksyku.
— A kiedy wrócisz?
— Nigdy.
— Nigdy? — zapytała zdumiona. — To przyślesz po mnie?
— Nie.
— Także nie? Czy mam cię wobec tego odszukać w stolicy?
— To sobie stanowczo wypraszam! Czyś naprawdę myślała, że mogłabyś zostać hrabiną de Rodriganda? Czy rzeczywiście uważałaś mnie za tak głupiego i szalonego, żebym ożenił się z Indyanką?
Spojrzała nań z przestrachem i wyjąkała:
— Ty... ty... mnie oszukałeś?
— To wyrażenie muszę z naciskiem odeprzeć. Hrabia nigdy nie oszukuje! Wywiodłem cię tylko nieco w pole. Skarb jest mój, a ty jeśli chcesz mieć męża, to poszukaj sobie go sobie wśród sobie równych!
Po tych słowach, wyrzeczonych szyderczo i wyniośle, oddalił się, a Karja, postawszy przez chwilę jak skamieniała, poszła chwiejnie i bezradnie do swego pokoju. Upłynęło sporo czasu, zanim zdała sobie sprawę z tego, co się z nią stało. Hrabia oszukał ją, a sam odjechał po skarby! Postanowiła przeszkodzić mu w tem za wszelką cenę. Ale jak miała się do tego wziąć? Najwłaściwiej było wyjawić wszystko bratu, ażeby wyruszył zaraz do El Reparo i uniemożliwił grabież rodzinnych skarbów. Pomimo że to przyznanie się musiało jej wielką przykrość sprawić, nie zawahała się ani na chwilę. Hrabia był oszustem i łotrem, wyłudził od niej kłamstwem tajemnicę! Należało tajemnicę ocalić i zachować, a to mogło się stać li tylko przez jego śmierć. On musiał zginąć! Teraz była Karja już tylko Indyanką, oszukaną Indyanką. Musiała raz na zawsze nakazać sercu swemu milczenie i wyrzec się wszelkich uczuć prócz zemsty. Zerwała się z miejsca z błyszczącemi oczyma i poleciała brata poszukać. Przebiegła przez dziedziniec i ogród na łąkę, przeszukała wszystkie pokoje w domu, ale napróżno. Zdjęło ją przerażenie i wróciła do jadalni, gdzie siedział Arbellez z Emą i Apaczem. Na pośpiesznie wymówione pytanie otrzymała od hacyendera odpowiedź:
— Nie wiem, gdzie on jest, ale co z tobą się dzieje? Jesteś bardzo rozdrażniona!
— Stało się nieszczęście, wielkie nieszczęście! Mój brat musi zaraz wyruszyć!
— Dokąd?
— Do El Reparo!
— Naco?
— Hrabia poszedł tam kraść!
— Kraść? — zapytała Ema z lękiem. — Czy może po skarb królewski?
— Tak — odrzekła Karja, nie pomyślawszy nad tem, że tem zdradza tajemnicę.
— O Boże! To prawdziwe nieszczęście, bo twój brat udał się tam także z sennorem Helmersem! Brat chce mu ten skarb pokazać i pozwolił mu powiedzieć o tem mnie.
— Nieba! Tam przyjdzie do zabójstwa! — zawołał Arbellez.
Nastąpiło ogólne rozdrażnienie, w którem tylko Apacz pozostał zimny. Przypomniał sobie swoją dzisiejszą przejażdżkę i rzekł:
— Widziałem dzisiaj ludzi z worami i skrzyniami. Czyby to pozostawało w związku ze skarbem? Może to oni mają skarb zabrać dla hrabiego? Ale jak on posiadł tę tajemnicę?
— Ja zdradziłam ją przed nim — przyznała się Karja ze strachem. — Czy wielu było tych ludzi, których widziałeś?
— Tak.
— Ilu?
— Dwa razy po pięciu i ośmiu.
— Czy byli uzbrojeni?
— Bardzo dobrze. Zrobili już nawet użytek z broni, bo dwu z nich leżało zastrzelonych.
— O, to niebezpieczne, to strasznie niebezpieczne! — zawołała Indyanka. — Hrabia jest kłamca, zdrajca i chce ukraść skarb królewski. Zastanie tam i zabije sennora Helmersa i mego brata. Sennorze Arbellez, każ zatrąbić na alarm! Niech się zejdą wakerowie i cibolerowie! Muszą udać się ku jaskini, zawierającej skarb, i ocalić brata i białego.
Nastąpił chaos pytań i odpowiedzi, w którym znowu tylko Apacz pozostał spokojny. Wysłuchawszy wszystkiego, zapytał:
— Kto wie, gdzie leży ta jaskinia?
— Ja — odrzekła Karja. — Ja was poprowadzę!
— Czy można pojechać tam konno?
— Można.
— To niech pojedzie ze mną dziewczyna, oraz dziesięciu cibolerów i wakerów!
— Ja także jadę! — rzekł Arbellez.
— Nie — rozstrzygnął Apacz. — Kto będzie pilnował hacyendy? Kto wie, co może jeszcze zajść? Zwołać wszystkich ludzi, dać mnie dziesięciu, a reszta niech pilnuje hacyendy!
Na tem stanęło. Hacyendero kazał zadąć w róg, a na ten znak zbiegli się zewsząd dozorcy trzód i inna służba. Apacz wybrał sobie dziesięciu i polecił ich uzbroić. Z powodu zamieszania upłynęło dość czasu, zanim oddział z Karją na czele wyruszył w drogę.
Wkrótce po wieczerzy wszedł był Czoło Bawole do pokoju Helmersa.
— Czy pamiętasz jeszcze swoje słowo? — zapytał.
— Tak — odrzekł Helmers.
— Jedziesz więc ze mną?
— Jadę.
— To chodź!
Helmers uzbroił się i poszedł za Indyaninem. Na dole stały już przygotowane potajemnie trzy konie, dwa z siodłami do jazdy, a jeden juczny.
— Na co ten? — zapytał Helmers, wskazując na trzeciego konia.

— Powiedziałem ci, że nie jesteś ubogi. Nie chciałeś ograbić skarbu królewskiego, za to wolno ci wziąć tyle, ile jeden koń zdoła unieść.
— Co tobie się stało? — zawołał Helmers zdumiony.
— Nie mów dużo, lecz wsiadaj i jedź za mną!
Indyanin dosiadł konia, wziął jucznego za cugle i odjechał, a Helmers musiał ruszyć za nim. Noc była ciemna, lecz czerwony znał drogę doskonale, a półdzikie konie meksykańskie widzą w nocy, jak koty. Helmers mógł się śmiało powierzyć przewodnictwu Czoła Bawolego. Nie posuwali się jednak szybko, gdyż droga prowadziła przez trochę niedostępne wzgórza.
Czoło Bawole nie rzekł ani słowa. Ciszę nocną przerywał tylko odgłos kroków i parskanie koni. Tak upłynęła jedna godzina, a potem druga i trzecia. Wtem dał się słyszeć szmer wody. Dojechali do potoku i puścili się jego biegiem. Potem wynurzyła się przed nimi góra, podobna do wału, a kiedy zbliżyli się już prawie do niej, zsiadł Indyanin z konia i powiedział:
— Tu zaczekamy, dopóki dzień nie nadejdzie.
Helmers zeskoczył również na ziemię, puścił konia na paszę, usiadł na kamieniu obok Czoła Bawolego i zapytał:
— Czy jaskinia już blizko?
— Tak. Leży tam, gdzie ta woda z góry wypływa. Trzeba wejść do potoku, pochylić się, wleźć przez dziurę i dalej już jest jaskinia, której wielkości i przedziałów nie zna nikt, prócz Czoła Bawolego i Karji.
— Czy Karja umie milczeć?
— Umie!
Helmersowi przyszło na myśl to, o czem mówiła Ema.
— Ale ktoś chce jej wydrzeć tajemnicę skarbu — powiedział.
— Kto taki?
— Hrabia Alfonzo.
— Ugh!
— Jesteś moim przyjacielem, dlatego ci powiem, że ona go kocha.
— Wiem o tem.
— A jeżeli zdradzi przed nim waszą tajemnicę?
— To jest jeszcze Czoło Bawole. Hrabia nie dostanie najmniejszej części skarbu!
— Czy ten skarb wielki?
— Zobaczysz. Zbierz wszystko złoto, jakie Meksyk posiada, to nie dorówna ono ani dziesiątej części skarbu. Był tylko jeden biały, który go widział i...
— I wyście go zabili?
— Nie. Nie potrzeba go było zabijać, bo dostał obłąkania z radości i zachwytu. Biały nie potrafi znieść widoku bogactwa, tylko Indyanin ma na to dość siły.
— A mnie pokażesz ten skarb cały?
— Nie. Zobaczysz tylko jedną część. Lubię ciebie i chcę zapobiec temu, żebyś nie oszalał. Muszę zbadać twój puls! Ujął za rękę Helmersa i oświadczył:
— Jesteś silny. Duch złota nie pochwycił cię jeszcze. Gdy wejdziesz do jaskini, krew będzie ci tak w żyłach płynęła, jak wodospad ze skały.
Rozmowa ucichła, a Helmersa opanowały jakieś dziwne uczucia. Wreszcie zaczęło się niebo zabarwiać. Blade światło na wschodzie nabrało siły i niebawem można było rozróżnić dokładnie przedmioty na ziemi.
Helmers ujrzał przed sobą górę El Reparo, na której stromem zboczu rosły przeważnie dęby. U samego podnóża góry wypływała woda, szeroka odrazu na trzy stopy, a głęboka na cztery.
— Czy to jest wejście? — zapytał.
— Tak — rzekł Czoło Bawole. — Ale zaraz jeszcze nie wejdziemy. Ukryjmy konie! Posiadacz skarbu musi być ostrożny.
Poprowadzili konie wzdłuż góry, aż do pewnego krzaku, który Indyanin rozchylił. Za krzakiem znajdowała się szczelina odpowiednia na kryjówkę dla zwierząt. Potem powrócili nad potok, gdzie zwyczajem indyańskim zatarli swoje ślady. Następnie poszli ostrożnie aż do otworu w skale, skąd wypływała woda w wielkiej ilości naraz.
— Chodź teraz! — rzekł Czoło Bawole.
Wstąpił do wody, której powierzchnia biegła o stopę niżej, niż ściana skały, można więc tam było przesunąć głowę. Zamoczyli oczywiście ubranie w tej przeprawie. Wreszcie weszli do groty, w której pomimo strumienia powietrze było suche.
— Podaj mi rękę! — rzekł Indyanin.
Wyprowadził go z wody na suchą ziemię i dotknął znów jego pulsu.
— Masz silne serce — rzekł. — Mogę zapalić pochodnię.
Odszedł kilka kroków od Helmersa. Mdła, fosforyczna błyskawica drgnęła w ciemności, nastąpił cichy trzask i zapłonęła pochodnia.
Lecz oto, co się stało! Zdawało się, że nie jedna, lecz tysiąc pochodni się pali. Jakby od słońca, iskrzącego się złotem i brylantami, biły w oczy Helmersowi oślepiające promienie świateł i refleksów. W tem nieskończonem połyskiwaniu i migotaniu świateł zabrzmiał głos Indyanina:
— Oto jaskinia skarbów królewskich! Bądź silny j trzymaj duszę na wodzy!
Upłynęło dużo czasu, zanim Helmers przyzwyczaił oczy do tego blasku. Jaskinia była podobna do bardzo wysokiego graniastosłupa czworobocznego, szerokiego i długiego może na sześćdziesiąt kroków. Od dna aż pod samą górę napełniona była kosztownościami, których blask mógł omamić zmysły najtrzeźwiejszego człowieka.
Były tam wizerunki bogów, ozdobione najdroższymi kamieniami. Stał więc bóg powietrza Quecalkoatl, stwórca Teckatlipoka, bóg wojny Huicilopochtli i jego małżonka Teoyaniqui, oraz jego brat Tlakahuepankuexkocyn, bogini wody Chalchiukueja, bóg ognia Ikskocauqui i bóg wina Cencontotochtin. Na deskach przy ścianie widniały setki bożków domowych, albo lanych z drogiego kruszcu, albo rzeźbionych z kryształu. Pomiędzy tem leżały złote pancerze wojenne, niesłychanej wartości; złote i srebrne naczynia; ozdoby z dyamentów, szmaragdów, rubinów i innych drogich kamieni; noże ofiarnicze, których rękojeści, nielicząc nabijanych na nie drogich kamieni, miały archeologiczną wartość na setki tysięcy i puklerze z mocnych skór zwierzęcych, okutych złotą blachą. Ze środka sklepienia zwisała korona królewska w kształcie czapki, zrobionej z szczerozłotego drutu i wysadzanej wyłącznie dyamentami. Dalej rzucały się widzowi w oczy całe wory złotego piasku, skrzynie z nuggetami różnej wielkości, najmniejsze były jak groch, największe jak kurze jaja. Znajdowały się także całe kupy srebra, wyłamywanego wprost z żył podziemnych. Na cennych stosach widziało się błyszczące modele świątyń z Meksyku, Choluli i Teotihuakanu, a na ziemi i po kątach leżały wspaniałe mozajki z muszli, złota, srebra i drogich kamieni.
Widok tych bogactw oszołomił rzeczywiście na chwilę Helmersa, któremu się wydało, że jest księciem z tysiąca i jednej nocy. Starał się być spokojnym, ale na próżno. W skroniach uderzała mu silnie krew, a równocześnie przed jego oczyma wirowały olbrzymie koła z ognia i dyamentów. Opanowało go coś w rodzaju upojenia. Teraz się przekonał, że takie bogactwa wywierają na człowieka przedziwny skutek, że mogą wywołać żądzę, która nie cofnie się nawet przed najstraszliwszą zbrodnią.
— Tak, to jest jaskinia skarbów królewskich — powtórzył Indyanin — a skarby te należą tylko do mnie i do Karji.
— W takim razie jesteś najbogatszym księciem na ziemi! — rzekł Helmers.
— Mylisz się! Jestem uboższy od ciebie i od każdego innego. A może chcesz zazdrościć wnukowi władcy, którego władza minęła, a państwo runęło w gruzy? Wojowników, którzy nosili owe zbroje i tarcze, miłował i poważał cały naród, a jedno ich słowo darzyło życiem lub śmiercią. Skarby ich pozostały, ale miejsca, w których złożono ich kości, podeptali i znieważyli biali, a popioły ich rozprószono na cztery wiatry. Wnuki ich błądzą teraz po lasach i preryach i polują na bawoły. Biały przybył, okłamywał i oszukiwał, mordował, szalał, pastwił się nad moim narodem z powodu tych skarbów. Kraj należy do zwycięzcy okrutnego, ale opustoszały, skarby zaś powierzył Indyanin ciemnościom ziemi, ażeby nie wpadły w ręce zbójów. Ale ty nie jesteś jako drudzy i serce twoje wolne od zbrodni. Ocaliłeś moją siostrę z rąk Komanczów, jesteś mi bratem, i otrzymasz dlatego tyle z tych skarbów, ile koń zdoła unieść. Ale tylko dwa rodzaje są na twoje rozkazy. Tu masz wory, pełne ziarn złota, a tu łańcuchy, pierścienie i inne ozdoby. Wybierz sobie z tego, co ci się spodoba. Ale reszta to świętość. Nie śmie jej oświecić słońce, które widziało upadek narodu Mizteków.
Helmers spojrzał na nuggety i klejnoty i w głowie mu się zakręciło.
— Czy nie żartujesz? — zapytał.
— Nie.
— Wszak darujesz mi w tem setki tysięcy dolarów!
— To będą nawet miliony.
— Nie mogę tego przyjąć!
— Czemu? Czy gardzisz darem przyjaciela?
— Nie; lecz nie mogę dopuścić do tego, żebyś ty się przezemnie ograbiał?
Indyanin potrząsnął dumnie głową.
— To nie jest grabież, ani też ja nie ponoszę żadnej ofiary. Co tu widzisz, to tylko część skarbów, ukrytych w El Reparo. Jest tu więcej jaskiń, o których nawet moja siostra, Karja, nie wie. Ja tylko znam je, a kiedy umrę, nie wedrze się już myśl ludzka w te głębiny. Pójdę teraz zwiedzić inne groty. Przypatrz się tu tym skarbom i odłóż na bok to, co sobie wybierzesz. Gdy wrócę, objuczymy tem konia i pojedziemy do estancyi.
Wetknął pochodnię w ziemię i udał się w najdalszy kąt, gdzie zaraz zniknął.
Helmers został sam wśród bogactw niezmierzonych. Jak wielkie zaufanie miał widocznie do niego Indyanin! A gdyby Helmers w tajemnicy wrócił do domu, ażeby się potem wzbogacić, lub zabił Indyanina, ażeby zostać panem tego wszystkiego, z czego tylko małą część miał otrzymać? Żadna jednak z tych myśli nie przyszła temu uczciwemu człowiekowi do głowy. Rozkosz go ogarnęła już z tego powodu, że ofiarowano mu cały ładunek na jednego konia.
Hrabia Alfonzo, opuściwszy z obydwoma służącymi hacyende, nie udał się wprost do El Reparo, lecz najpierw do arrierów. Rozpuścił konia, jak mógł, unikając przytem niebezpieczeństwa w ciemności i nie zwolnił biegu, dopóki nie dostał się na dolinę, gdzie obozowali jego pomocnicy.
Straż zapytała go jak wczoraj o hasło, a gdy dał tę samą odpowiedź, przypuściła go do ognia, który podsycono, aby można było lepiej widzieć się wzajemnie.
— Jesteście gotowi? — zapytał.
— Gotowi — odrzekł dowódca.
— A konie?
— Złowiliśmy je w trzodach sennora Arbelleza.
— Ile?
— Ośmnaście dla nas, a trzydzieści dla pana.
— Czy posiodłane?
— Tak.
— To ruszajmy!
Teraz dopiero zdał sobie sprawę z tego, w jaki wpadł kłopot. Wszak nie mógł tych dzikich ludzi brać z sobą do jaskini, bo wypróżniliby ją dla siebie, nie dla niego. Spodziewał się jednak, że w danej chwili znajdzie się jakieś wyjście. Sprowadzono konie i muły, wszyscy wsiedli i ruszyli w drogę.
Alfonzo znał górę, wymienioną przez lndyankę, ale z tej strony nigdy jeszcze tam nie jechał. Obce mu więc były szczegóły drogi. Znał tylko jej kierunek, przy ostrożności więc, jaką należało zachować, posuwano się naprzód powoli.
Dopiero gdy dzień zaszarzał, można było konie rozpuścić. Niebawem też wynurzyła się przed nimi ciemna masa góry El Reparo.
Dotarli do góry od strony południowej i pojechali ku wschodniemu stokowi. Przeprawili się przez pierwszy potok, a kiedy Alfonzo zauważył, te drugi już blizko, kazał stanąć, nie chcąc dopuścić ludzi aż do jaskini. Postanowił najpierw sam się przekonać, czy rzeczywiście istnieje.
— Co teraz? — zapytał dowódca.
— Zaczekacie!
— Pan się oddali?
— Na krótki czas.
— Co właściwie zabierzemy?
— O to wy nie macie się troszczyć. Tak przecież umówiliśmy się z sobą.
Odjechał zwolna, a dowódca szepnął do towarzyszy:
— Mamy już blizko jego tajemnicę. Co uczynimy?
— Podpatrzymy go — rzekł jeden z nich.
— To będzie może najlepsze. Zaczekajcie tu!
Zsiadł z konia i poszedł pieszo za hrabią. Po drodze było dość skał i zarośli, by się za niemi ukryć. Gdyby więc nawet Alfonzo się oglądnął, byłby nic nie zobaczył.
Jakiś czas posuwali się naprzód, dopóki hrabia nie doszedł do potoku. Tu zsiadł z konia, przywiązał go do drzewka i zniknął w krzakach. Dowódca zaczekał chwilę, a gdy hrabia nie wracał, pośpieszył do swoich ludzi.
— Zniknął w krzakach — rzekł tak, żeby go służący nie słyszeli. — Tam jest jego tajemnica. Ciekaw jestem, co zrobi, gdy podjedziemy trochę bliżej! Naprzód!
Ruszyli znowu ku krzakom, rosnącym nad potokiem, dalej jednak nie przeciskali się, lecz się zatrzymali. Znajdowali się wprawdzie nad potokiem, ale nie u wypływu jego z góry. Pomiedzy tem miejscem a nimi znajdował się jeszcze zarosły krzakami zakręt, wskutek czego wejścia do jaskini nie mogli zobaczyć. Nie widzieli również konia hrabiego, bo przywiązał go na boku od ich stanowiska.
Hrabia zbadał wypływ wody i przekonał się, że można wejść do środka. Nie doszedłszy jeszcze do punktu, w którym grota zaczynała się sklepiać, zauważył przed sobą blask jasnego światła.
Co to? Światło pochodni? A może to światło dzienne wdzierało się do jaskini przez jaką szczelinę? Pierwsza możliwość wydała się hrabiemu podobniejszą do prawdy. Cofnąć się nie myślał. Wsunął się zwolna i ostrożnie dalej, unikając wszelkiego szmeru, ażeby się nie zdradzić.
Wtem chwyciły go za oczy połyski i migotanie złota i dyamentów. Zląkł się poprostu tego widoku i stanął jak wryty wobec skarbów. Drżał na całem ciele, opętany przez szatana złota. Oczy jego mrużyły się i otwierały na przemian. Byłby krzyczał głośno z rozkoszy, ale nie mógł, bo zaledwie o pięć kroków przed nim klęczał na ziemi człowiek i porządkował kupkę klejnotów, ułożonych na płytce mozajki. Kto to był? W tej chwili odwrócił się obcy bokiem, hrabia zobaczył jego profil i poznał go.
— Helmers! — mruknął przez zęby. — Kto mu powiedział o tej jaskini? Czy jest tu sam, czy w towarzystwie?
Przebiegł okiem jaskinię i przekonał się, że Helmers jest sam. Nie przypuszczał oczywiście, że Czoło Bawole znajdował się w przyległym oddziale.
— Niema nikogo więcej prócz niego! — pomyślał ze złośliwą radością. — Nie weźmie z tego złota ani marnego ziarnka. Zemszczę się na nim. On musi zginąć!
Wyszedł pocichu z wody. Nieopodal stała oparta o ścianę maczuga wojenna. Sporządzona z drzewa, twardego jak żelazo i wysadzana ostro szlifowanymi kawałkami kryształu, była w dwójnasób niebezpieczna. Alfonzo ujął maczugę za rękojeść, wysadzaną drogimi kamieniami, i zaczął skradać się do Helmersa, który przesuwał właśnie między palcami łańcuch drogocennej roboty.
— Wspaniały! — rzekł do siebie. — Same rubiny! On jeden przedstawia już małe bogactwo!
Mignął nim w świetle kilka razy i chciał go potem odłożyć, lecz nie zdołał, bo maczuga świsnęła mu nad głową i uderzyła z taką siłą, że padł natychmiast. Łańcuch wysunął mu się z rąk, a palce się otworzyły.
Hrabia krzyknął jak dziki:
— Zwyciężyłem! Wszystko moje, wszystko, wszystko, wszystko!
Wpadł w szalony zachwyt. Podskakiwał z radości i klaskał w ręce, jakby zmysły utracił.
Wtem stanął nagle, jak sparaliżowany i wytrzeszczył oczy, jak gdyby widmo zobaczył. Z odległego kąta wysunęła się postać, która zwróciła nań oczy, zrazu ze zdumieniem, a potem błysnęła niemi groźnie. To wracał Czoło Bawole i zamiast przyjaciela zastał człowieka innego, obok którego leżał Helmers bez ruchu na ziemi.
W dwu tygrysich skokach stanął Indyanin przed hrabią i pochwycił go.
— Psie, co tu robisz? — zawołał.
Zapytany nie zdołał słowa wykrztusić. Wiedział, że nie dorówna strasznemu Indyaninowi. Był zgubiony i z najwyższego zachwytu runął w sztywne objęcia śmierci. Mróz przeszedł mu po grzbiecie. Zaczął drżeć na calem ciele.
— Zabiłeś go! — rzekł Czoło Bawole, wskazując na Helmersa i leżącą na ziemi maczugę.
Trząsł nim przy tem z taką siłą, jak gdyby olbrzym pochwycił małe dziecko.
— Tak — jęknął hrabia przerażony.
— Za co?
— Te... te skarby temu winne! — wyjąkał.
— Jesteś jego wrogiem. Już przedtem pragnąłeś jego śmierci. Biada ci, po trzykroć biada!
Pochylił się, ażeby zbadać przyjaciela. Hrabia stał jak figura bez życia i ruchu. Jak łatwo mógł pochwycić pałkę i spróbować przynajmniej walki! Zaślepił go jednak i obezwładnił urok skarbu i czar najsłynniejszego z cibolerów. Podobny był do owego ptaka małego, o którym opowiadają, że także nie ucieka, gdy grzechotnik zwróci nań oczy, lecz bez oporu pozwala mu się zadławić.
— On nie żyje! — rzekł Czoło Bawole, podnosząc się znowu. — Uczynię sąd nad tobą, a śmierć twoja będzie taka, jaką nikt jeszcze nie umarł. Jesteś mordercą najszlachetniejszego i najlepszego myśliwca, jakiego ziemia nosiła. Zginiesz strasznie.
Stanął naprzeciwko złoczyńcy ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma. Olbrzymia postać jego wyprężyła się, a oko wbiło się groźnie w hrabiego.
— Ty się trzęsiesz! — rzekł pogardliwie. — Jesteś płaz, tchórzliwy mazgaj. Kto ci zdradził drogę do jaskini?
Zapytany milczał. Wydało mu się, że nadszedł dzień sądu ostatecznego, a on stał już przed wiecznym sędzią.
— Odpowiadaj! — huknął cibolero.
— Karja — wyszeptał hrabia.
— Karja? Moja siostra?
— Tak.
Oczy Indyanina rozgorzały, jak płonące pochodnie.
— Mówisz prawdę, czy kłamiesz? Może tylko dlatego wymieniasz moją siostrę, ażeby łaskę uzyskać i uniknąć kary!
— Mówię prawdę. Wierz mi!
— W takim razie uwiodłeś chyba moją siostrę dyabelskiemi sztuczkami, ażeby wydrzeć jej tajemnicę El Reparo. Udawałeś miłość?
Hrabia milczał.
— Mów! Tylko prawda może los twój złagodzić. Czy wiesz, jak będziesz musiał umrzeć?
— Powiedz! — błagał Alfonzo.
— Na górze znajduje się jama z wodą, niewielka wprawdzie, ale żyje w niej potomstwo dziesięciu świętych krokodyli, w których brzuchach dawni władcy tego kraju chowali zbrodniarzy. Te zwierzęta mają przeszło po sto lat i długo nic nie jadły. Wyniosę cię na górę i zawieszę na drzewie tak, że będziesz unosił się nad wodą. Krokodyle będą wyskakiwały po ciebie, lecz nie dosięgną cię całkiem. Będą się szarpały o ciebie, będziesz wdychiwać ich śmierdzące wyziewy i przez długie dni i noce będziesz wisieć nad nimi, bo sznurem nie przewiążę ci szyi. Tak zostaniesz na spiekocie słonecznej, będziesz umierał z głodu i z pragnienia, a gdy zgnijesz na ścierwo, spadniesz i wtedy dopiero pożrą cię aligatory.
Alfonzo słuchał słów tych ze strasznem przerażeniem. Język stał mu się nieruchomy w ustach, jak kawał ołowiu. Nie mógł wykrztusić prośby O łaskę.
— Tylko otwarte wyznanie może los twój złagodzić — mówił Indyanin. — Powiedz przeto, czy wyłudziłeś tajemnicę od mojej siostry?
— Tak — wybąknął zapytany.
— Gdzie schodziłeś się z nią?
— Pod oliwkami nad potokiem za hacyendą.
— Kiedy zdradziła ci tajemnicę?
— Wczoraj wieczorem.
— Czy sam tu jesteś?
— Towarzyszy mi ośmnastu Meksykanów.
— Mieli ci pomóc zabrać skarby. Czy powiedziałeś im tajemnicę?
— Nie wiedzą, co mieli wieźć i nie znają jaskini.
— Gdzie są?
— Zatrzymali się niedaleko stąd.
— Dobrze! Ten człowiek zostanie tu na ziemi, a ty pójdziesz za mną. Nie wiążę cię i nie krępuję, bo ujść mi nie zdołasz. Jesteś płaz, którego zmiażdżę jednym chwytem. Chodź za mną!
— Co zrobisz ze mną? — spytał Alfonzo, pełen trwogi.
— Dowiesz się o tem.
— Raczej zabij mię zaraz tutaj!
— Nie. Oszukałeś córkę Mizteków i musisz to odpokutować.
— W jaki sposób?
— Pojmiesz ją za żonę.
— Dobrze! — zawołał szybko Alfonzo.
— Aha! — roześmiał się Indyanin złośliwie. — Uważasz się za ocalonego! Nie łudź się! Ożenisz się z Karją, ona zostanie hrabiną de Rodriganda y Sevilla, ale tobie nie będzie wolno jej dotknąć. Chodź za mną!
Wziął go za rękę i pociągnął ku wyjściu. Tam wszedł z nim w wodę i nie puszczając go z garści, wypchnął go na światło dzienne.
Nowa kąpiel i blask światła rannego jakby zdjęły z hrabiego dotychczasowy czar. Odetchnął głębiej i lżej i zapytał siebie w duszy, czy istotnie niema już dla niego ratunku.
— Gdzie twój koń? — spytał Czoło Bawole.
— Przywiązany tam do drzewa.
— A gdzie są Meksykanie?
— Za tamtym wzgórkiem.
— To chodź do twego konia!
Poszedł z nim ku miejscu, które wskazał Alfonzo, ledwie jednak wyszli z zarośli, spostrzegli Meksykanów, którzy o trzydzieści kroków przed nimi siedzieli na koniach.
— Psie, ty okłamałeś mnie! — zawołał Indyanin, chwytając go za gardło.
— Na pomoc! — krzyknął Alfonzo, starając się uwolnić.
— Oto masz pomoc! — odparł Indyanin.
Uderzył go pięścią w głowę tak, że hrabia runął na ziemię, ale sam ujrzał się w tej chwili otoczonym przez Meksykanów. Nie użyli broni w przekonaniu, że i tak im nie ujdzie.

Ale pomylili się srodze pod tym względem. Broń palną zostawił Indyanin przy koniach, bo byłaby się zamoczyła, ale miał nóż za pasem. Błyskawicznym skokiem dostał się na konia dowódcy poza plecy jego, dobył noża i pchnął go w pierś. W następnej chwili pędził już, ale nie ku hacyendzie, bo nie mógł opuścić tajemniczej góry i wydać na łup jaskini. Pognał prosto ku małemu parowowi, gdzie stały obydwa konie. Ten parów był dlań fortecą, w której czuł się bezpiecznym przed nieprzyjaciółmi.

Meksykanie stali przez chwilę, stropieni niespodzianym, a tak udałym napadem na swego dowódcę, potem jednak zawyli dziko i pognali za zbiegiem. Lecz przez to popełnili błąd nie do darowania; gdyby byli w spokojnej postawie pochwycili strzelby, byłby nie uszedł ich kulom. Teraz strzelali wprawdzie, ale nie mogli w cwale dobrze wymierzyć, dlatego strzały poszły na marne.

Wtem spostrzegli, że Indyanin nagle zeskoczył z konia i wpadł na lewo w zarośla, a konia puścił wolno.

— Hurra, za nim! Pomścić kapitana!

Zawoławszy tak, zsiedli także z koni i popędzili w zarośla, w których zniknął cibolero. Zaledwie jednak pierwsi dotknęli nogą zarośli, huknął strzał, potem drugi, trzeci i czwarty i czterej ludzie leżeli na ziemi. Reszta cofnęła się czemprędzej.

— Przekleństwo! — zawołał jeden z nich. — Miał cztery strzelby.

— Dalej, zanim znowu nabije! — rzekł drugi.

— Nie. Zejdźcie na bok! — powiedział trzeci. — Ten parów stromy, a on tylko tędy wyjść może.

Podczas tego znalazł Indyanin czas do powtórnego nabicia strzelby Helmersa i swojej. Wysunął się z obydwoma strzelbami, jak mógł najdalej, a zobaczywszy cel dobry, wypalił znowu. Zanim Meksykanie cofnęli się dość daleko, utracili znowu czterech ludzi. W ten sposób padło dziewięciu z ręki śmiałego cibolera.
Ale równocześnie groziło im drugie, wielkie nie bezpieczeństwo.
Apacz z wakerami i cibolerami mógł już dawno tam być, lecz Indyanka pomyliła się w ciemności. Musieli okrążać, wskutek czego ten mały oddział przybył dopiero po Alfonzie i Meksykanach.
— Tu jest potok — rzekła Karja do Serca Niedźwiedziego. — Zaraz będziemy pod grotą.
Apacz rozejrzał się dokoła uważnie.
— Ugh! — zawołał, wskazując na ślady, które tam było widać.
Jeden z wakerów zeskoczył z siodła, żeby zbadać ziemię.
— Tu nie było dwu, lecz znacznie więcej — rzekł.
— Hrabia ze swoimi ludźmi — powiedział krótko Serce Niedźwiedzie, puszczając znów konia w ruch.
Ale wkrótce zatrzymał się znowu.
— Ugh! — zawołał powtórnie.
Wskazał przed siebie, gdzie leżało ciało ludzkie. Kilku wakerów zsiadło natychmiast z koni, ażeby mu się przypatrzyć.
— Hrabia, hrabia Alfonzo! — rzekli, zaskoczeni tem niespodzianie.
— Zraniony? — zapytał Apacz.
— Rany nie widać.
— Nie żyje?
— Zdaje się.
Apacz potrząsnął głową lekceważąco.
— Żyje — rzekł. — Uderzono go tylko. Związać go zaraz!
Kiedy ci byli zajęci wiązaniem, padły cztery strzały jeden za drugim.
— Co to? — spytali wakerowie.
Serce Niedźwiedzie wjechał w krzaki i objął wzrokiem teren, położony po drugiej stronie potoku.
— Ugh! — zawołał po raz trzeci.
Wszyscy pośpieszyli czemprędzej do niego.
— I tutaj trup! — rzekł jeden z wakerów, wskazując na zwłoki dowódcy Meksykanów.
— A tam jest ich jeszcze więcej! — dodał drugi.
— Ośm! — naliczył Apacz. — Zostaje jeszcze dziewięciu. Na ziemię!
Zsiadł razem z wszystkimi i wziął w rękę nie chybiającą nigdy strzelbę.
— Wystrzelać wszystkich! — rozkazał.
Z wakerarni i cibolerami było ich jedenastu. Wszyscy wymierzyli i dziesięć strzałów huknęło naraz. Tylko Apacz nie wystrzelił, a to naumyślnie. Z dziewięciu Meksykanów padło siedmiu; dwaj zostali nietknięci. Teraz dopiero przemówiła strzelba Serca Niedźwiedziego. W dwie sekundy potem i ci dwaj nie żyli.
Wszyscy pobiegli do poległych, ale nie doszli jeszcze do nich, kiedy z zarośli wychylił się wódz Mizteków.
— Czoło Bawole! — zawołali wakerowie. — Gdzie jest Grot Piorunowy?
— Nie żyje! — odrzekł.
— Kto go zabił? — zapytał Serce Niedźwiedzie głosem, w którym czuć było, że los mordercy jest już rzeczą postanowioną.
— Hrabia Alfonzo.
— Gdzie?
— Tego tu nie mogę powiedzieć — odparł Czoło Bawole. — Ale wracajcie prędko! Ja muszę dostać w swe ręce hrabiego!
— My go już mamy! — rzekł poprostu Serce Niedźwiedzie.
— Gdzie?
— Tam, przy krzakach.
— Czy związany?
— Tak — odpowiedział jeden z wakerów.
Kiedy wszyscy odbierali broń Meksykanom i dzielili się nią, udali się Czoło Bawole, Serce Niedźwiedzie i Karja tam, gdzie leżał hrabia. Zbadano go dokładniej i przekonano się, że był tylko ogłuszony, nie martwy.
Czoło Bawole nie popatrzył dotychczas na siostrę, a teraz zwrócił się do wodza Apaczów:
— Czy mój brat postara się o to, żeby nikt się nie dostał do źródła tego potoku?
— Owszem! — zapewnił go Apacz.
— Ja wkrótce powrócę.
Poszedł znów do jaskini. Gdy tam się znalazł, pochodnia już była wygasła. Zapalił więc nową i przystąpił do Helmersa. Zauważył odrazu, że ciało leżało inaczej, niż je zostawił, zaczął tedy badać je nanowo. Ku niewymownej swej radości poczuł, że puls znowu bije. Widocznie Helmers odzyskał był na krótki czas przytomność i poruszył się, lecz teraz pogrążony był w zupełnym letargu. Indyanin wziął go na ręce i wyniósł troskliwie i lekko na dwór. Gdy go tam położył na trawie, wakerowie pojawili się znowu. W czasie krótkiego pobytu Helmersa w hacyendzie polubili go wszyscy i biadali teraz nad jego stanem. Apacz uderzył dłonią w wylot lufy swej strzelby i oświadczył:
— Jeśli mój biały brat umrze, wówczas biada jego mordercy! Leśne ptaki rozszarpią jego ciało. Tak powiedział Szosz-in-liet, wódz Apaczów.
— Mój brat weźmie udział w sądzie! — rzekł doń Czoło Bawole.
Apacz pochylił się nad Helmersem i zbadał mu głowę.
— To uderzenie maczugą — zauważył. — Czaszka może uszkodzona. Zróbcie nosze na dwu koniach, ażeby go można było zawieźć do hacyendy, ja zaś pójdę poszukać ziela oregano, które leczy wszelkie rany i nie dopuszcza gorączki.
Pasterze oddalili się, ażeby sporządzić nosze. Serce Niedźwiedzie szukał ziela na ranę, a Czoło Bawole pozostał sam z siostrą.
— Gniewasz się na mnie? — zapytała go.
Nie spojrzał na nią, lecz odparł:
— Dobry Duch odstąpił córkę Mizteków!
— Odstąpił ją tylko na krótko.
— Ale w tym krótkim czasie stało się wiele smutnych rzeczy. Hrabia przyrzekł ci wziąć cię za żonę?
— Tak.
— A ty mu uwierzyłaś?
— Tak. Dał mi pismo, w którem mi to obiecał.
— Uff! Masz jeszcze to pismo?
— Leży w moim pokoju.
— Dasz je bratu swojemu?
— Weź je! Czy mi przebaczysz? — zapytała z wahaniem.
— Przebaczę tylko wtedy, jeśli mi będziesz posłuszna!
— Będę. Co rozkażesz mi uczynić?
— O tem dowiesz sto później. Teraz wsiądziesz na konia i pojedziesz z powrotem do hacyendy po wszystkich synów Misteków. Powiesz im, że ich potrzebuje książę Tekalto. Zostawią wszystko i przybędą.
— Już idę.
Z temi słowy dosiadła konia i odjechała.
Wódz zauważył, że hrabiemu wracają zmysły. Spojrzał nań wzrokiem pogardliwym i rzekł:
— Blada twarz nie znajdzie łaski, bo kłamała!
— O jakiem kłamstwie myślisz? — zapytał hrabia.
— Twierdziłeś, że Meksykanie są za wzgórkiem.
— Powiedziałem prawdę, lecz oni sami poszli za mną, bez mojej wiedzy.
— Wołałeś także o pomoc! Byłbyś może łaski dostąpił, lecz to teraz przepadło!
Odwrócił się dumnie i nie popatrzył już na jeńca. Niebawem przyszedł Serce Niedźwiedzie, przyłożył znalezione zioła do głowy Helmersa i obwiązał ją.
Pasterze także skończyli byli swą pracę. Zrobili z gałęzi i koców zabitych Meksykanów bardzo miękkie i wygodne nosze i przymocowali do dwu koni, które miały powoli iść obok siebie. Na tem umieszczono Helmersa.
— Co będzie z hrabią? — zapytał jeden z wakerów.
— On do mnie należy! — odparł Czoło Bawole. — Zabierzcie Grota Piorunowego do hacyendy! Serce Niedźwiedzie zostanie ze mną!
Orszak odjechał. Obaj wodzowie stali czas pewien obok siebie w milczeniu, poczem Czoło Bawole rozkrępował jeńcowi nogi, żeby mógł stanąć, przywiązał go silnym rzemieniem do ogona swojego konia i rzekł do Apacza:
— Niech mój brat pójdzie za mną!
Obaj dosiedli koni i odjechali. Dla hrabiego nie było rzeczą łatwą iść za nimi. Odbywał teraz może najbardziej męczącą drogę w całem życiu.
Czoło Bawole objął przewodnictwo. Skręcił dokoła stromo opadającego zbocza góry, a potem skierował się na górę. W godzinę dostali się na płaskowyż grzbietu i wjechali w gęstą puszczę. W środku puszczy, w części najbardziej nieprzystępnej, stała ruina dawnej świątyni Azteków. Świątynia miała kształt ściętej piramidy, otoczonej dokoła dziedzińcami, a dalej wysokim murem. Teraz leżało wszystko w gruzach.
W jednym z tych dawnych dziedzińców utworzy ta się wielka i głęboka kałuża, w której zbierała się wilgoć leśna. Tam zaprowadził Indyanin przyjaciela i jeńca.
Z kałuży zrobił się z biegiem czasu staw, niemal jeziorko, nad którego brzegami wznosiły się stare drzewa. Tam zsiedli obaj wodzowie z koni. Mizteka usiadł w wysokiej trawie i skinął na Apacza, ażeby zajął obok niego miejsce. Przez chwilę milczeli zwyczajem Indyan, a potem Czoło Bawole zapytał:
— Czy mój brat miłuje białego, zwanego Grotem Piorunowym?
— Miłuję go — odrzekł krótko Apacz.
— Ten biały chciał go zabić!
— To jego morderca, bo nasz przyjaciel może umrze.
— Na co zasługuje morderca?
— Na śmierć.
— Niechaj jej ulegnie!
Minęła chwila posępnego milczenia, poczem znów zaczął Czoło Bawole:
— Czy mój brat zna naród Mizteków?
— Zna — potwierdził Serce Niedźwiedzie.
— Był to najbogatszy naród w Meksyku.
— Tak. Miał skarby, których nikt nie mógł zmierzyć — dodał Apacz.
— Czy mój brat wie, gdzie te skarby się podziały?
— Nie.
— Czy wódz Apaczów umie milczeć?
— Usta jego jako ściana skalna.
— Niech zatem usłyszy, że Czoło Bawole jest strażnikiem tych skarbów.
— Niech mój brat, Czoło Bawole, spali te skarby! W złocie mieszka zły duch. Gdyby ziemia była ze złota, wolałby Serce Niedźwiedzie umrzeć, aniżeli żyć!
— Mój brat posiada mądrość dawnych wodzów, ale inni ludzie miłują złoto. Ten hrabia chciał posiąść skarb Mizteków.
— Ugh!
— Przybył z ośmnastu złodziejami, by go zrabować.
— Kto mu pokazał drogę?
— Karja, córka Mizteków.
— Karja, siostra Czoła Bawolego? Ugh!
— Tak. Dusza jej była ciemna, bo uwierzyła temu białemu kłamcy. On przyrzekł jej, że ją żoną swoją uczyni, lecz postanowił ją opuścić po zdobyciu skarbu.
— To zdrajca!
— Na co zasłużył zdrajca?
— Na śmierć.
— A na co zasługuje zdrajca i morderca zarazem?
— Na śmierć podwójną.
— Mój brat słusznie powiedział. Nastąpiła znów chwila milczenia. Obaj wodzowie tworzyli straszny, nieubłagany trybunał, przeciw którego wyrokowi nie było odwołania. Czoło Bawole byłby się także sam uporał z Alfonzem, ale wziął z sobą Apacza, ażeby swojej zemście dać podstawę sprawiedliwego wyroku. Obaj odbyli jeden z tak zwanych sądów preryowych, przed którymi rozbójnicy na puszczy mają tak wielką obawę.
Rozmawiali narzeczem Apaczów, którego Alfonzo nie rozumiał. Domyślał on się jednak, że rozstrzygają się jego losy. Drżał ze strachu, bo przypomniał sobie krokodyle, o których mówił mu Czoło Bawole. Tu był staw, a tam właśnie, gdzie Indyanie siedzieli, wystawał skośnie rosnący cedr daleko nad wodą tak, że gałęzie jego zwisały prawie nad jej zwierciadłem. Hiszpanowi robiło się ciemno w oczach, ilekroć je tam zwrócił.
Wtem zaczął znowu Czoło Bawole:
— Czy mój brat wie, gdzie można ponieść śmierć podwójną?
— Niechaj mi powie wódz Mizteków!
— Tam!
Wskazał na staw. Apacz nie spojrzał w tę stronę, lecz rzekł, jakby się to samo przez się rozumiało:
— Czy mieszkają tam krokodyle?
— Tak. Zobaczysz je.
Stanął nad wodą, wyciągnął ręce i zawołał:
Yim-eta, chodźcie!
Na to słowo zaczęło coś w wodzie szeleścić. Z rozmaitych stron utworzyło się dziewięć czy dziesięć brózd, a w chwilę potem wychyliło się z wody tyleż krokodyli. Każdy miał przynajmniej czternaście stóp długości. Zatrzymały się pod brzegiem i wystawiły brzydkie, piżmem cuchnące głowy. Ciała ich podobne były do pokrytych iłem pni, a głowy wyglądały tak szkaradnie i przerażająco, jak sobie tylko można wyobrazić. Otwierając i zamykając naprzemian długie paszcze, co dowodziło, że są głodne, pokazywały szeregi straszliwych zębów, które raz pochwyconej ofiary pewnieby już nie wypuściły.
Allonzo krzyknął straszliwie z przerażenia.
Indyanie spojrzeli nań pogardliwie. Indyanin ani nie drgnie powieką nawet w najstraszniejszych cierpieniach. Wierzy, że człowiek, który pod słupem męczeńskim wyda jeden głos skargi, nie wejdzie nigdy do wiecznych ostępów, tworzących niebo indyańskie. Dlatego przyzwyczaja już dzieci do znoszenia bolu, a białymi gardzi, ponieważ ci mają delikatniejszą konstytucye i czulsi są na wszelkie rodzaje bolu.
— Widzisz je? — mówił dalej Czoło Bawole.
— To dzielne zwierzęta, a żadne niema mniej, niż dziesięć razy po dziesięć lat. Czy widzisz także lassa, które przyniosłem? Zabrałem je Meksykanom, zabitym przez nas.
— Rozumiem mojego brata — rzekł Apacz krótko.
— Jak wysoko zdaniem twojem może podskoczyć krokodyl?
— Może wystawić z wody pysk najwyżej na cztery stopy, jeśli dno jest niżej, niż jego ciało.
— A jeśli może dotknąć gruntu ogonem?
— To wyskoczy dwa razy tak wysoko.
— To dobrze. Dno jest tu głęboko, będą więc nogi tego człowieka wisiały o cztery stopy nad powierzchnią. Który z nas wylezie na to drzewo, ty czy ja?
— Ja — oświadczył Apacz.
Wstali obydwaj z miejsca i przystąpili do Alfonza. Związali mu ręce na plecach i przeciągnęli lasso podwójne pod pachami, żeby się nie przerwało. Do tego lassa przymocowali dwa inne, a końce ich wziął Apacz w we ręce, aby wyleźć z niemi na drzewo.
Wreszcie zobaczył hrabia, że to sprawa poważna. Pot kroplisty wystąpił mu na czoło, a w uszach zaczęło szumieć, jak burza.
— Łaski, łaski! — błagał, jęcząc.
Obaj mściciele nie zważali na jego wołanie.
— Łaski! — powtórzył. — Uczynię wszystko, czego chcecie, tylko nie wieszajcie mnie tu dla krokodyli!
Ale i te biadania zostały bez odpowiedzi. Czoło Bawole pochwycił hrabiego i pociągnął ku drzewu.
— Nie czyńcie tego, nie czyńcie! Dam wam wszystko, moje hrabstwo, moje posiadłości, całą Rodrigandę. Wyrzekam się wszystkiego, co mam, tylko darujcie mi życie!
Wreszcie odezwał się wódz Mizteków:
— Czem jest dla nas Rodriganda? Co znaczy twoje hrabstwo i twoje posiadłości? Widziałeś skarby Mizteków, których ja nie pożądam, a ty ofiarowujesz mi swoje ubóstwo! Zostań dalej hrabią i umrzyj! Popatrz na te zwierzęta! One nigdy jeszcze nie jadły białego hrabiego. Przez cztery albo pięć dni będziesz wisiał na drzewie i podrzucał nogi, ilekroć zechcą cię za nie pochwycić, ale gdy się zmęczysz i zesłabniesz, oderwą ci je. Potem upłynie z ciebie krew i tak zginiesz. Następnie ciało twoje zgnije, spadnie do wody, a one je pożrą. Taki będzie koniec białego hrabiego, który chciał oszukać wzgardzoną Indyanke.
— Łaski, łaski! — błagał hrabia w śmiertelnem przerażeniu.
— Łaski? A ty znałeś łaskę, gdy zabijałeś maczugą przyjaciela wodzów? Czy znałeś łaskę, wydając mnie w ręce Meksykanów? Czy znałeś łaskę, druzgocąc serce w piersiach Indyanki? Czy to zresztą były jedyne twoje zbrodnie? Wahkonta nie pozwolił człowiekowi wiedzieć wszystkiego; ja nie znam twego życia, ale kto tak źle postępuje, jak ty, ten z pewnością przedtem już źle czynił. My mścimy się na tobie, a z nami twoje własne winy, których względem nas się dopuściłeś. Krokodyle cię pożrą, ale ty jesteś gorszy od nich. Wahkonta stworzył je, by jadły mięso, a człowieka na to, żeby był dobry. Twoja dusza gorsza od ich duszy!
Przysunął go bliżej wody. Alfonzo bronił się ze wszystkich sił. Miał wolne nogi i zapierał się o ziemię z rozpaczliwym wysiłkiem. Wtedy owinął mu Mizteka rzemień około nóg tak, że był zupełnie bezbronny.
— Łaski! Miłosierdzia! — jęczał.
Nic nie pomogło. Wódz silny, jak olbrzym, zaniósł go do drzewa, a Apacz wylazł na nie; trzymając w zębach końce lass. Dostawszy się na górę, usiadł mocno i przerzucił zwinięte w dziesięcioro rzemienie przez gruby konar. Potem zaczął wciągać hrabiego na pień, a Czoło Bawole go popychał.
— O, puśćcie mnie, puśćcie! — wołał skazany na tę straszną śmierć. — Będę wam służył posłusznie, jak najniższy z waszych parobków!
— Hrabia ma parobków, ale wolny Indyanin nie! — brzmiała odpowiedź.
Widok aligatorów był teraz okropny. Staw był dla nich za mały; nie miały w nim pożywienia. Cierpiały głód przez całe lata, a teraz widziały, że dostaną jeść. Z braku żywności ponadżerały już siebie nawzajem. Jednemu brakowało nogi, drugiemu innej części ciała. Teraz skłębiły się pod drzewem w ohydną masę. Straszne ogony rozbijały wodę na pianę, małe, zajadłe oczka sypały jadowitemi, pożądliwemi skrami, a otwarte paszcze zamykały się z takim łoskotem, jakby kto uderzał dwoma deskami o siebie. Dziesięć potworów wyglądało jak jeden okropny smok o dziesięciu paszczach i tyluż ogonach.
Pojmany to zobaczył i zdrętwiał.
— Wypuśćcie mnie, potwory! — ryknął.
— Niech mój brat silniej pociągnie!
To wezwanie, skierowane do Apacza, było jedyną odpowiedzią Czoła Bawolego.
— Bądźcie więc przeklęci i potępieni na wieki!
Hrabia wrzasnął te słowa, szukając napróżno ocalenia oczyma, krwią nabiegłemi.
— Dość — rzekł Mizteka, porównywając okiem znawcy odległość wody z długością lassa. — Niech mój brat zawiąże lassa na konarze i zrobi mocny węzeł!
Apacz postąpił wedle tej wskazówki. Czoło Bawole trzymał się teraz jedną ręką drzewa, a drugą obejmował jeńca, do czego potrzeba było olbrzymiej siły. Gdyby cedr nie był tak gruby, to wobec skośnego położenia byłby musiał złamać się pod ciężarem tych trzech ludzi. Teraz nadeszła chwila rozstrzygająca. Alfonzo poczuł ją i zawołał przeraźliwym poprostu głosem:
— Czyście nie ludzie, ale dyabły?
— Jesteśmy ludźmi i sądzimy dyabła — odrzekł Mizteka. — Jedź!
Krzyk okropny i doniosły przeszył powietrze. Indyanin puścił Alfonza i pchnął go silnie od drzewa nad powierzchnię wody. Nieszczęsny bujał na lassie na wszystkie strony, a ilekroć w tym ruchu wahadłowym zbliżył się do wody, wyskakiwały krokodyle, by go pochwycić.
— Dobrze. Niech mój brat zejdzie!
Apacz posłuchał wezwania Czoła Bawolego i zlazł z nim z drzewa. Stanęli na brzegu i przypatrywali się okropnemu widowisku, dopóki wahania nie ustały i skazaniec nie zawisł prosto z konaru.
Teraz pokazało się, że Mizteka mierzył doskonale na oko. Alfonzo wisiał tak, że wyskakujące z wody krokodyle mogły go jeszcze pochwycić za nogi. Z tego powodu musiał nogi podnosić, ilekroć któreś ze zwierząt chciało je chwycić. Gdyby mu zabrakło siły do tego ruchu, byłby zgubiony. Nagrzeszył dużo, ale tym rodzajem śmierci odpokutował wiele grzechów, a może nawet wszystkie.
— Dokonało się. Chodźmy! — rzekł Apacz, którego ten okropny widok dreszczem przejął.
— Idę za moim przyjacielem — zgodził się Czoło Bawole.
Wsiedli na konie i odjechali, ścigani jeszcze długo wyciem i krzykiem hrabiego.
Teraz mogli szybciej jechać, niż pod górę, kiedy jeniec przyczepiony był do końskiego ogona. Kiedy spuścili się na dół, nad potok, zastali tam już kilku Indyan, członków skazanego na zagładę narodu Mizteków, a przysłała ich Karja. Wódz ich zwrócił się do Apacza:
— Dziękuję bratu, że mi dopomógł osądzić bladą twarz i ukarać. Brat może teraz wrócić do hacyendy i zobaczyć ranę Grotu Piorunowego. Ja przybędę dopiero jutro, bo mam tu jeszcze dużo do czynienia.
Serce Niedźwiedzie odjechał natychmiast. Mizteka przyzwał do siebie Indyan, którzy stanęli dokoła niego, ażeby wysłuchać jego rozkazów. Spojrzał poważnie dokoła i rzekł:
— Jesteśmy synami szczepu, który musi wymrzeć. Blade twarze zadają nam śmierć. Pożądali naszych skarbów, ale ich nie dostali. Wasi ojcowie pomogli moim ukryć te skarby, a żaden z nich nie zdradził miejsca, gdzie się znajdują. A wy potrafilibyście milczeć tak samo?
Wszyscy skinęli głowami, a najstarszy odrzekł w imieniu wszystkich:
— Niechaj będą przeklęte usta, któreby zdradziły to miejsce białemu!
— Wierzę wam. Wiedziałem, gdzie leżą te skarby, ale jeden z białych je odkrył. Ta blada twarz znalazła jedną ich część i tę część trzeba ukryć gdzieindziej. Czy mi pomożecie?
— Pomożemy.
— Przysięgnijcie na dusze ojców, braci i dzieci, że nie zdradzicie nowej kryjówki i nie dotkniecie nigdy najdrobniejszego z tych skarbów!
— Przysięgamy! — zabrzmiało dokoła.
— To zaopatrzcie najpierw konie, a potem chodźcie!
Dawszy koniom paszy, zniknęli czerwoni w wejściu do jaskini, w której zaczął się teraz tajemniczy ruch i życie. Tylko jeden został na dworze, ażeby czuwać nad bezpieczeństwem koni i całego przedsięwzięcia.
Praca trwała przez cały dzień i całą noc. Dopiero z brzaskiem dnia, następnego powyłazili Miztekowie jeden po drugim z jaskini. Każdy z nich niósł jakiś ciężar, poczem wszyscy złożyli je na jedną kupę. Były to największe nuggety i kawały złota razem z wybranymi przez Helmersa klejnotami.
— Tak! — rzekł Czoło Bawole, przypatrując się tej kupie. — Zawińcie to w koce i wpakujcie na konia! To dar Mizteków dla jednego z białych, który widział skarbiec królewski, ponieważ mu go pokazałem. Oby go to uczyniło szczęśliwym!
Gdy objuczono konia, przyprowadzonego jeszcze wczoraj, wrócił wódz Mizteków jeszcze raz do jaskini. Pierwszy jej przedział, który widział Alfonzo i Helmers, był teraz zupełnie wypróżniony. Czoło Bawole rozglądnął się raz jeszcze, poczem zbliżył się do kąta, gdzie z ziemi wystawał lont. Zapalił go od pochodni i opuścił grotę czemprędzej.
Przed grotą stali wszyscy zdaleka i czekali. Po kilku minutach dał się słyszeć przytłumiony huk. Ziemia zadrżała, ciemna para buchnęła w górę, skały pękły, grunt pochylił się powoli, a potem zapadł się z odgłosem przeciągłych grzmotów. Wejście do jaskini i przednia jej część były zasypane. Potok pienił się nad gruzami i rzucał się z początku dziko i bezładnie, ale wnet utworzył sobie drogę do łożyska. Dostęp do skarbu królewskiego Mizteków był zamknięty.
— Podajcie sobie ręce i przysięgnijcie jeszcze raz, że będziecie milczeli aż do śmierci! — nakazał Czoło Bawole swoim ludziom.
Złożyli żądaną przysięgę, a wyraz twarzy wszystkich świadczył, że prędzej gotowi byliby umrzeć, aniżeli złamać przysięgę. Rzucili jeszcze raz okiem na miejsce, na którem w ostatnich dwudziestu czterech godzinach zaszły tak niezwykłe zdarzenia i odjechali.
Gdy Apacz po opuszczeniu El Reparo, gdzie zostawił Czoło Bawole, powrócił do hacyendy, zastał jej mieszkańców w głębokim smutku. Hacyendero wysłał był natychmiast najlepszego jeźdźca na najszybszym koniu do Monclowy, ażeby zawezwał doświadczonego lekarza. Gdy zobaczył wodza Apaczów, zsiadającego z konia, pośpieszył zaraz, żeby się czegoś dowiedzieć.
— Przybywasz sam? — zapytał go, mówiąc do niego zwyczajem Indyan: ty. — A Tekalto gdzie?
— Jeszcze pod górą El Reparo.
— Co tam robi?
— Tego mi nie powiedział.
— Słyszałem, że kazał sobie przysłać Indyan. Na co?
— O to go nie pytałem.
— A gdzie hrabia Alfonzo?
— Tego nie powiem.
Hacyendero cofnął się o krok i rzekł niechętnie:
— Tego mi nie powiedział, o to go nie pytałem, tego nie powiem! Takie odpowiedzi nie są przyjemne!
Apacz uczynił ręką ruch, jakby się przed czemś bronił i rzekł:
— Niech mój brat nie pyta o rzeczy, o których nie mogę mówić. Wódz Apaczów lubi czyny, a nie słowa.
— Chciałbym jednak wiedzieć, co się tam stało pod górą.
— Przedstawi ci to córka Mizteków.
— Ona także milczy.
— To przyjdzie Czoło Bawole i opowie. Niech mój brat zaprowadzi mię do łoża Grotu Piorunowego, ażebym zobaczył jego ranę.
— Chodź!
Wszedłszy do pokoju Helmersa, zastali obie dziewczęta przy jego łożu, pogrążone w głębokim smutku. Chory przewracał się na łóżku. Niewątpliwie cierpiał ból, lecz oczy miał zamknięte i nie wydawał głosu z siebie. Gdy Serce Niedźwiedzie zaczął dotykać jego głowy, skurczył chory twarz w zmarszczki boleści, ale pozostał niemy.
— Jak tam? — spytał hacyendero.
— Nie umrze — odpowiedział wódz. — Trzeba ciągle przykładać ziele do rany.
— Jutro będzie tu lekarz.
— Ziele oregano mądrzejsze od lekarza. Czy mój brat ma wakera, któryby był dobrym strzelcem i jeźdźcem?
— Stary Francesko jest moim najlepszym jeźdźcem i myśliwcem.
— Sprowadzić go i dać mu dobrego konia!
— Na co?
— Będzie mi towarzyszył.
— Dokąd?
— Do Komanczów.
— Do Komanczów? Na Boga! Po co tam pojedziecie?
— Czy mój brat nie zna Komanczów? Odbiliśmy im jeńców i położyliśmy trupem wielu ich wojowników. Nadejdą, aby się pomścić!
— Do hacyendy?
— Tak.
— Tak daleko?
— Czerwony mąż nie zna oddalenia, gdy postanowi zemścić się i zabrać skalp wroga. Komancze przyjdą z pewnością.
— Czemu wybieracie się naprzeciw nim?
— Ażeby ich zobaczyć i dowiedzieć się, kiedy którą drogą nadejdą.
— Czy nie byłoby lepiej, żebyś ty tu został, a my rozesłali straże?
— Wódz Apaczów woli widzieć własnemi oczyma, niż cudzemi. Mój brat, Grot Piorunowy, chciał wyruszyć naprzeciw Komanczów, ale teraz jest chory, przeto ja zrobię to za niego.
— To jedźcie w imię Boże! Każę zawołać Franciszka.
Za kwadrans był wakero na miejscu. Po całej jego zewnętrznej postaci było widać, że nadawał się do takiej wyprawy. Usłyszawszy, o co idzie, okazał gotowość towarzyszenia Apaczowi. Zaopatrzywszy się we wszystko, czego potrzeba do takiej jazdy na zwiady, wyruszyli w drogę.
Konie meksykańskie są bardzo wytrwałe i rącze, to też Serce Niedźwiedzie i wakero pędzili jak wiatr ku północy. Przed wieczorem dojechali do miejsca, na którem w powrocie z podróży z paniami rozłożyli się byli poraz ostatni na nocleg. Teraz nie spoczęli, lecz puścili się tą samą drogą, którą wówczas przybyli na to miejsce.
Kiedy już wieczór zaczął zapadać, zatrzymał nagle Apacz konia i spojrzał na ziemię. Wakero zrobił to samo.
— Co tu jest? — spytał. — To ślady!
— Wielu jeźdźców! — potwierdził Apacz.
— Idą z północy!
— I skręcili na zachód.
— Przypatrzmy im się dokładniej!
Zsiedli i zaczęli troskliwie badać ślady kopyt końskich.
— Jest ich wielu — rzekł Apacz.
— Z dwustu — dodał wakero.
Indyanin skinął potakująco głową i wskazał na odcisk, którego krawędzie były jeszcze całkiem ostro zarysowane.
— Tak — rzekł wakero z miną zakłopotaną. — Możemy mówić o szczęściu. Byli tu zaledwie przed kwadransem.
Apacz podniósł się z ziemi pod wpływem nagłego postanowienia.
— Naprzód! Muszę ich zobaczyć!
Dosiedli znowu koni i ruszyli tropem, który prowadził głęboko w Sierrę. Kiedy dogorywały ostatki światła dziennego, ujrzeli na grzbiecie jednego z leżących przed nimi wzgórz ciemną, wężowatą linię jeźdźców.
— Komancze! — rzekł Serce Niedźwiedzie.
— Słusznie! Do kroćset! Wybrali się na hacyendę!
— Ukryją się do jutra w górach — oświadczył wódz Apaczów.
— Cóż my zrobimy?
— Mój brat powróci zaraz do hacyendera z wiadomością, że nieprzyjaciel nadciąga.
— A ty?
— Serce Niedźwiedzie zostanie na tropie nieprzyjaciół, bo musi wiedzieć, co oni zrobią.
Odwrócił się i pojechał dalej, nie troszcząc się o to, czy wakero posłuchał jego rozkazu.
Per dios! — mruknął Francesko. — Dziwny człowiek taki Indyanin! Puszcza się ku dwustu Komanczom! Dumny jak król. Powiada mi, co mam czynić i odjeżdża, nie pożegnawszy się, ani nie popatrzywszy, czy go posłucham.
Zwrócił konia znów na południe i puścił się tą samą drogą, którą przyjechał.
Szło o to, żeby przykrą tę wiadomość zanieść jak najrychlej do hacyendy. Podpędzał więc konia i o północy był już w hacyendzie.
Tu wszystko było już pogrążone w głębokim śnie, tylko Ema czuwała przy łożu chorego. To też wakero zwrócił się najpierw do niej. Ona zbudziła oczywiście natychmiast ojca, który kazał Franciszkowi przyjść zaraz do siebie.
— Czy to prawda, co Ema mówiła? — spytał Arbellez.
— Co powiedziała?
— Że Komancze nadchodzą.
— To prawda, sennorze.
— Kiedy? Chyba nie dzisiaj jeszcze!
— Dziś jesteśmy jeszcze bezpieczni.
— Czy dużo ich?
— Z dwustu.
— Święta Madonno, co za nieszczęście! Oni zburzą hacyendę!
— Tego ja się nie obawiam, sennorze — rzekł odważny starzec. — Wszak mamy także dość rąk i broni.
— A widzieliście dobrze?
— To się rozumie.
— Mnie się wydaje to niemożebnem, żeby wywiadowcy Komanczów mogli w tak krótkim czasie sprowadzić z pastwisk tak wielką liczbę ludzi.
— Tak też nie jest, sennorze!
— A jak?
— Gdy sennor Helmers z Apaczem wyswobodził panie i zakłuł przy tem Komancza, zaczęła się krwawa zemsta. Pewnie stamtąd już wyruszył zaraz posłaniec do pastwisk, położonych niedaleko od Rio Pecos. Kiedy potem sennores walczyli ze ścigającymi ich nad Rio Grande, wybrało się w pochód już dwustu. Późniejsi zbiegowie połączyli się potem z nimi i opowiedzieli, że powtórnie ich pobito. To przyśpieszyło ich jazdę.
— Jak daleko widzieliście Komanczów?
— O sześć godzin zwykłej jazdy.
— I nie jechali prosto na estancyę?
— Ani o tem nie myślą. Zwrócili się między góry, ażeby ich nie wyśledzono i przed jutrzejszą nocą nie zjawią się pewnie.
— Ale my mimoto zarządzimy środki ostrożności. O, gdyby sennor Helmers nie był ranny!
— Na wodza Apaczów i Czoło Bawole można się tak samo zdać.
— Czoło Bawole jeszcze pod El Reparo. Poślę po niego.
— Zaraz?
— Tak.
— Czy ja mam pojechać?
— Jesteś zmęczony.
— Zmęczony? — roześmiał się starzec. — Chyba mój koń, ale nie ja. Wezmę innego.
— Czy wiesz, gdzie wodza szukać?
— Nie.
— U wypływu środkowego potoku.
— Dobrze, znajdę go napewno. Czy mam ludzi pobudzić?
— Tak, zbudź ich. Lepiej już od dzisiaj się pilnować.
Stary Francesko zaalarmował hacyendę, potem wsiadł na konia, by udać się pod El Reparo, a w kwadrans po jego odjeździe płonęło dokoła hacyendy kilkanaście ognisk, które tak oświetlały okolicę, że żaden z Indyan nie ośmieliłby się zbliżyć do osady.
Czoło Bawole wyruszył był właśnie z Miztekami z pod El Reparo. kiedy go spotkał stary wakero. Pomyślał oczywiście zaraz, że coś nadzwyczajnego się stało i zapytał pośpiesznie:
— Czemu przybywasz? Co jest?
— Wracaj prędzej do hacyendy! Komancze nadchodzą! — zawołał Francesko.
Oczy Indyanina rozgorzały z zadowolenia.
— Tak prędko! Kto to powiedział? — spytał.
— Sam ich widziałem.
— Ach! Gdzie?
Francesko opowiedział o wczorajszej wycieczce.
— Skoro tak jest, to mamy jeszcze czas — rzekł Czoło Bawole. — Komancze utracą kilka skalpów pod Hacyenda del Erina. — Czy Serce Niedźwiedzie ruszył za nimi?
— Tak.
— To możemy być spokojni. Już nam nie ujdą.
Pojechali cwałem do hacyendy, gdzie zastali wszystko w ruchu i podnieceniu. Hacyendero przyjął sławnego cibolera sam i zapytał o jego zdanie. Mizteka rozglądnął się dokoła i potrząsnął głową, widząc przygotowania wojenne.
— Czy uważacie Komanczów za niedoświadczonych wojowników? — zapytał.
— Nie.
— Nacóż więc te zarządzenia?
— Święta Madonno! Czyż mamy poddać się bez obrony?
— Będziemy się bronili, lecz inaczej, sennorze!
— Jak?
— Komancze wyślą do nas ludzi na zwiady, ażeby nas obserwować.
— Oczywiście.
— Za dnia nie napadną na nas.
— Ja też tak sądzę.
— Jeżeli chcemy ich odeprzeć, to musimy udać, że nie wiemy o ich przybyciu.
— Ach, masz słuszność!
— Trzeba więc przygotować się pocichu. Ilu ludzi jest tu wogóle?
— Czterdziestu.
— To wystarczy. Czy każdy ma strzelbę?
— Wszyscy mają dobre strzelby.
— A amunicya jest?
— Jest podostatkiem. Mam nawet armaty.
— Armaty? — spytał Indyanin zdumiony.
— Tak, cztery.
— Nic o tem nie wiem. Skąd je dostałeś?
— Zrobił je kowal, gdy ciebie nie było.
Wódz potrząsnął głową z niedowierzaniem i rzekł:
— Kowal je zrobił! Czy przydadzą się na co?
— Tak; próbowaliśmy już. Lufa jest z bardzo mocnego drzewa, a okuta pięcioma grubemi obręczami żelaznemi. Pęknąć nie może.
— To dobrze! Będziemy strzelali szkłem, gwoździami i starem żelaziwem. To działa strasznie. Prócz tego potrzeba kilku ognisk.
— No co?
— Atak nastąpi prawdopodobnie już jutro w nocy. Dokoła musi być ciemno, ażeby Komancze sądzili że śpimy. Gdy przyjdą blizko, zapalimy stosy i oświecimy całe otoczenie hacyendy, żeby mieć pewny cel.
— Ułożymy te stosy na płaskim dachu budynku.
— Doskonale. Na każdym rogu umieści się wielką kupę chróstu i poleje się naftą. To wystarczy na cały plac.
— A gdzie ustawimy armaty?
— Gdy się zmierzchnie, urządzimy na wszystkich rogach domu szańce i umieścimy za nimi armaty. Muszą stać tak, żeby mogły zasypywać pociskami dwa boki. Za dnia jednak nie damy nic po sobie poznać i każdy będzie spokojnie oddawał się swojemu zajęciu. Ach!
Okrzyk ten odnosił się do jeźdźca, który wpadł przez bramę na koniu, dymiącym parą. Był to Apacz.
— Serce Niedźwiedzie! — zawołał hacyendero. — Skąd przybywasz?
— Od Komanczów — odrzekł zapytany, zeskakując z konia.
— Gdzie oni?
— Pod El Reparo.
— Pod El Reparo? — zapytał Czoło Bawole. — Czy rozłożyli się tam obozem?
— Tak. Śledziłem ich krok w krok aż pod górę. Doszli tam dopiero około północy.
— Po której stronie rozbili obóz?
— Po północnej.
— Uff! jeśli... — przerwał i dodał tak, że tylko Apacz mógł dosłyszeć. — Jeśli znajdą hrabiego?
— Jego już chyba znalazły krokodyle — odparł Apacz równie cicho.
Przypuszczenie to nie było jednak słuszne.
Komanczów było rzeczywiście dwustu, a dowodził nimi jeden z najsłynniejszych wodzów, Tokwi-tey, Czarny Jeleń. Obok niego jechali dwaj wywiadowcy, z których jeden znał dokładnie okolicę hacyendy, drugi zaś należał do oddziału, zwyciężonego przez Meksykanów pod dowództwem Helmersa i Apacza. Nie mogli więc zmylić kierunku drogi do hacyendy.
Nie przeczuwając, że śledzi ich słynny wódz Apaczów, jechali zwyczajem indyańskim jeden za drugim i dostali się wkońcu do północnych podnóży El Reparo. Weszli po zboczu na górę, ażeby zatrzymać się tam w gęstym lesie.
— Czy mój syn zna tu jakie miejsce, gdziebyśmy mogli przez dzień się ukrywać? — zapytał Czarny Jeleń przewodnika, znającego te strony.
Zapytany namyślił się i odpowiedział:
— Znam.
— Gdzie?
— Na szczycie góry.
— Co to za miejsce?
— To ruina świątyni, na której dziedzińcach zmieściłoby się tysiąc wojowników.
— Czy można się tam ukryć?
— Można, jeśli nas nikt nie zobaczy, gdy będziemy nadchodzili.
— Czy mój syn zna dokładnie to miejsce?
— Nie zabłądzę.
— Czy mój syn sądzi, że należy je wpierw zbadać?
— Będzie lepiej i pewniej.
— To my dwaj najpierw pójdziemy, a wszyscy tu zaczekają.
— Zsiedli z koni, wzięli broń do rąk i weszli zaraz do lasu.
— Indyanin posiada wrodzony instynkt do rozpoznawania stosunków lokalnych i taką wprawę i bystrość, że prawie nigdy nie zbłądzi. Przewodnik szedł z podziwu godną pewnością wprost do ruiny przez ciemny zupełnie las. Wódz dążył za nim. Mimo ciemności dostali się do zawalonych murów świątyni i zaczęli je przeszukiwać.
Nie znalazłszy ani śladu obecności człowieka, pomyśleli już, że będzie im tam bezpiecznie, kiedy nagle stanęli jak wryci. Zabrzmiał krzyk, który, jak się zdawało, nie pochodził z ludzkiej krtani.
— Co to? — zapytał Czarny Jeleń.
— Krzyk. Ale czyj?
— Podobny był do śmiertelnego stękania konia.
— Nie słyszałem jeszcze nigdy takiego głosu — zauważył przewodnik.
Wtem krzyk powtórzył się przeciągle i okropnie.
— To człowiek! — rzekł wódz.
— Rzeczywiście — potwierdził przewodnik.
— W śmiertelnym strachu!
— W najgłębszej rozpaczy!
— Gdzie?
— Nie wiem. Echo łudzi.
— Trzeba opuścić te mury.
Przeleźli przez zwaliska na wolne powietrze, a gdy okrzyk odezwał się znowu, rozpoznali, z której strony pochodził.
— Prosto przed nami — rzekł przewodnik.
— Tak, prosto przed nami. Zobaczmy, co to!
Posunęli się ostrożnie dalej, dostali się na brzeg stawu i szli wzdłuż niego, dopóki okrzyk nie zabrzmiał tuż przed nimi. Dzicy mogli się pochlubić żelaznymi nerwami, a przecież przerazili się, gdy usłyszeli ten głos w bezpośredniem pobliżu.
— To jest tutaj — rzekł przewodnik — w wodzie.
— Nie, to nad wodą — poprawił go wódz. — Posłuchaj!
— Tam coś pluszcze i kłapie, jak krokodyle.
Fosforyczne światło wyszło z poruszonej przez te zwierzęta wody.
— Czy mój syn widzi światło? — zapytał wódz.
— Tak.
— To krokodyle.
— A człowiek pod nimi? To niemożebne!
— Nie, człowiek jest nad nimi, na tem drzewie.
Wskazał przy tem na cedr, pod którym stali w tej chwili.
— To chyba jest przywiązany!
— Pewnie!
Krzyk zabrzmiał znowu i teraz poznali już wyraźnie, że pochodził z powietrza między wodą a koroną drzewa.
— Kto woła? — spytał wódz głośno.
— Oh! — dał się słyszeć jakby głos zachwytu.
— Kto tam?
— Pomocy!
— Gdzie jesteś?
— Wiszę na drzewie.
— Uff! Nad wodą?
— Tak. Chodźcie prędzej!
— Kto ty jesteś?
— Hiszpan!
— Hiszpan, blada twarz — szepnął Czarny Jeleń do towarzysza. — Niech wisi dalej!
— Mimo to spytał jeszcze:
— Kto cię zawiesił?
— Moi nieprzyjaciele.
— Kto oni są?
— Dwaj czerwonoskórcy.
— Uff! — szepnął wódz. — On tu wisi wskutek i zemsty.
Potm zapytał, jacy Indyanie go powiesili.
— Mizteka i Apacz. O, chodźcie, pomóżcie! Krokodyle mnie rozszarpią!
— Jeden Apacz, a drugi Mizteka — rzekł cicho wódz. — To nasi nieprzyjaciele. Możeby go ocalić? Ale wpierw musimy ogniem go oświetlić.
Poszedł w krzaki, które, jak zauważył, przeciskając się przez nie przedtem, były suche, wyrwał pęk i zaniósł go na brzeg. Potem wydobył punks[8] i podpalił chróst. Płomień strzelił wysoko i rozjaśnił całą scenę. Z drzewa zwisał biały niedaleko od wody i podnosił nogi w górę, ilekroć któryś z krokodyli chciał je pochwycić.
— To wielka zemsta! — rzekł Czarny Jeleń. — Niech nam teraz opowie wszystko bez obawy przed aligatorami.
Wylazł na drzewo, pochwycił lasso i wyżej podciągnął wiszącego, zabezpieczając go tem przed potworami. Ogień oświetlił także Indyan, a po zabarwieniu ich twarzy poznał Alfonzo, że to Komancze, znajdujący się na ścieżce wojennej. Odgadł wszystko i uważał się już prawie za ocalonego.
— Za co zawiesili cię tu czerwoni mężowie? — pytał wódz dalej.
— Bo walczyłem z nimi, ażeby ich zabić. Byliśmy nieprzyjaciółmi.
— Dlaczego nie zabiłeś tych psów? Apacze i Miztekowie to tchórze.
— To był Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów.
— Serce Niedźwiedzie? — zawołał wódz. — Był tutaj?
— Tak i Czoło Bawole, wódz Mizteków.
— I Czoło Bawole! — krzyknął znów Komancz. — Gdzie są teraz?
— Uwolnij mnie, to ich dostaniesz!
— Przysięgnij!
— Przysięgam!
— Będziesz więc wolny!
Pociągnął znowu z całym wysiłkiem lasso w górę i podniósł hrabiego tak wysoko, że ten mógł górną połową ciała położyć się na konarze. W ten sposób uwolnił sobie Komancz rękę, dobył noża, przeciął lasso i więzy Hiszpana, przez co ten mógł się już sam utrzymać.
— Ach! — zawołał. — Wolny, wolny, wolny! A teraz zemsta, zemsta, zemsta!
W niezmiernym zachwycie ryknął te słowa w ciemności nocne.
— Zemścisz się! — rzekł Komancz, domyślając się w nim przydatnego sprzymierzeńca. — Ale czemu tak krzyczysz? I las ma uszy. Czy nikogo niema w pobliżu?
— Nikogo! Na całej górze nie było nikogo, oprócz mnie i tych przeklętych krokodyli. Nie zapomnę tej nocy przez całe życie!
— Nie zapomnij i zemścij się! Ale teraz zejdź razem ze mną!
Zleźli z drzewa. Gdy Alfonzo uczuł stały grunt pod nogami, wtedy dopiero pewny był, że jest ocalony.
— Dziękuję wam! — rzekł. — Zażądajcie, czego chcecie, a uczynię to dla was!
Zachwyt z powodu odzyskanej wolności skłonił go do tego nadmiernego przyrzeczenia. Komancz rzekł spokojnie:
— Usiądź przy nas i powiedz nam to, o co cię zapytamy!
Usiedli w trawie, a hrabia wyciągnął udręczone członki z taką rozkoszą, jakiej nigdy w życiu nie zaznał.
— Należycie do narodu Komanczów? — zapytał.
— Tak.
— A ty jesteś wodzem?
— Jestem Tokwi-tey, Czarny Jeleń — odparł Indyanin z dumą.
— I podjęliście wyprawę wojenną?
Wódz skinął głową i zapytał:
— Czy znasz hacyendę del Erina?
— Znam.
— Jak się nazywa człowiek, który tam mieszka?
— Petro Arbellez.
— Czy ma córkę?
— Tak.
— A czy przy tej córce jest Indyanka ze szczepu Mizteków?
— Jest Karja, siostra Tekalta.
— Siostra Czoła Bawolego? — zawołał wódz zaskoczony tem niespodzianie.
— Tak.
— Uff! Tego nie wiedzieli synowie Komanczów, bo byliby córki Mizteków baczniej pilnowali. Te obie skwawy były u nas w niewoli.
— Wiem o tem.
— Wiesz o tem? — spytał Czarny Jeleń.
— Tak, bo u mnie mieszkają.
— U ciebie? Mówisz w zagadkach! Ja sądziłem, że mieszkają w hacyendzie.
— To prawda, bo hacyenda należy do mnie.
— Do ciebie? Ty więc jesteś Petro Arbellez?
— Nie. Ja jestem hrabia de Rodriganda y Sevilla. Arbellez jest tylko moim dzierżawcą.
— Uff! — rzekł Komancz, powstając. — W takim razie zawiśniesz znowu nad wodą, ażeby cię aligatory pożarły!
Alfonzo był tak pewny siebie, że odpowiedział, z uśmiechem:
— Czemu?
— Bo jesteś obrońcą tych dwu skwaw.
— Usiądź napowrót, Czarny Jeleniu! Nie jestem ich obrońcą, lecz wrogiem, a twoim przyjacielem. Te skwawy ponoszą winę tego, że mnie tu powieszono, a ty mnie wybawiłeś. Podziękuję ci, oddając w twoje ręce trzech największych wrogów Komanczów.
— Którzy to są?
— Szosz-in-liet.
— Apacz, Serce Niedźwiedzie?
— Tak. Dalej Mokaszi-Motak.
— Mizteka, Czoło Bawole?
— Tak.
— A trzeci?
— To blada twarz. Czerwoni mężowie nazywają go Itinti-ka.
— Grot Piorunowy, wielki rastreador? — zawołał Komancz. — Czy mówisz prawdę?
— Tak.
— Gdzie jest Grot Piorunowy?
— Z tamtymi.
— A gdzie oni?
Komancz pytał z największym pośpiechem. Nadzieja schwytania tych trzech słynnych ludzi pozbawiła go chłodnego spokoju, w którym Indyanin szuka zwykle zaszczytu.
— Powiem to, jeśli mi złożysz pewną obietnicę.
— Czego żądasz?
— Przybyłeś, by napaść na hacyendę?
— Tak — przyznał Indyanin.
— Czy ci się to uda?
— Czarnego Jelenia jeszcze nikt nie zwyciężył.
— Czy masz z sobą wielu Komanczów?
— Dwa razy po dziesięć razy dziesięć!
— Dwustu? To wystarczy. Dostaniesz w swe ręce trzech słynnych wodzów, skalpy wszystkich mieszkańców hacyendy i wszystko, co się w niej znajduje, jeśli nie zniszczysz domu, który jest moją własnością.
Komancz namyślił się i oświadczył:
— Żądanie twoje spełnione będzie. A zatem gdzie są ci trzej wodzowie?
Uśmiechając się z zadowoleniem, odpowiedział hrabia:
— Właśnie w hacyendzie!
— Uff! Wywiodłeś mnie w pole! — przyznał się Czarny Jeleń.
— Ale ja mam twoje słowo!
— Wódz Komanczów nigdy słowa nie łamie. Dom jest twój. Trzej nieprzyjaciele, skalpy i wszystko, co się w domu znajduje, należy jednak do Komanczów. Czy hacyenda zbudowana z kamienia?
— Z mocnych kamieni i otoczona palisadą, ale ja znam wszystkie przejścia i poprowadzę was. Znajdziecie się w środku domu, a wszyscy mieszkańcy będą jeszcze twardo spali. Zbudzą się tylko na to, żeby paść pod waszymi nożami i tomahawkami.
— Czy hacyendero ma dużo broni?
— Podostatkiem, lecz to nie przyda mu się na nic.
— Ilu ludźmi rozporządza?
— Może czterdziestoma.
— Cztery razy po dziesięciu? To czyni siedm razy po dziesięciu, bo każdy z trzech wodzów zastąpi dziesięciu.
— Grotu Piorunowego nie trzeba brać w rachubę.
— Czemu?
— Jest ranny, a może nawet już nie żyje. Ugodziłem go w głowę maczugą.
— Uff! Ty walczyłeś z Grotem Piorunowym?
— Cóż w tem dziwnego?
— Kto z nim walczy, musi być dzielnym wojownikiem.
— Nie jestem tchórzem, choć zastałeś mnie pojmanym.
— Przekonam się o tem, gdy nas poprowadzisz do hacyendy. Jak sądzisz? Czy oni przypuszczają, że wojownicy Komanczów nadejdą, żeby się zemścić?
— Mnie się zdaje, że nie. Nie słyszałem, żeby o tem mówiono.
— Wyślę człowieka na zwiady.
— Niech się nie pokazuje!
— Uff! Właśnie pójdzie do hacyendy.
— To będzie zgubiony!
— Nie. To nie Komancz, lecz chrześcijański Indyanin z amerykańskiego szczepu Opato. Jego nie będą o nic podejrzewali, a on zobaczy dokładnie, czy przygotowali się do walki z Komanczami. Teraz wiem wszystko. Niech mój syn sprowadzi wojowników do ruin, dokąd i ja się udam teraz z tym hrabią bladych twarzy.
Przewodnik oddalił się pośpiesznie, a wódz poszedł z Alfonzem do ruin świątyni. Ocalony rzucił jeszcze raz okiem na staw, nad którego wodami spędził najstraszniejsze godziny swojego życia. Aligatory z podniesionemi z wody głowami leżały przy brzegu, wpatrując się w ofiarę, która im ujść zdołała.
Nazajutrz rano poszedł wódz z hrabią i przewodnikiem przez las na zwiady. Zatrzymali się na skraju płaskowzgórza, z którego można było objąć okiem równinę. Wtem ozwał się pod nimi przytłumiony huk.
— Co to? — zapytał Czarny Jeleń.
— Strzał — rzekł przewodnik.
— Ale nie strzał ze strzelby, lecz wybuch — objaśnił Alfonzo, który domyślił się odrazu, co się mogło stać na dole.
Postąpili dalej nad samą krawędź skały i spojrzeli na potok. Tam zobaczyli Czoło Bawole, odjeżdżającego z Indyanami. Alfonzo zauważył konia jucznego i zwinięte na jego grzbiecie koce, przypuścił tedy, że wieziono w nich część skarbów.
— Co to za ludzie? — spytał wódz.
— Miztekowie — odrzekł hrabia.
— Miztekowie, którzy wyginą i zeschną! —, dodał wódz wzgardliwie.
— O, oni mają jeszcze dość siły. Przypatrz się ich dowódcy!
— To olbrzym, cibolero!
— Tak, pewnie, że cibolero, łowca bawołów, ale najmężniejszy ze wszystkich. Zgadnij, jak brzmi jego imię!
— Powiedz!
— To jest Czoło Bawole, wódz Mizteków!
— Uff! To... to jest Czoło Bawole! — rzekł Komancz, mierząc Miztekę posępnem okiem. — Niezadługo zginie pod słupem męczeńskim w obozie Komanczów.
Gdy powrócili do ruin, wysłano wywiadowcę. Ubrany był, jak cywilizowany Indyanin, a dostał lichą strzelbę i najgorszego konia. Otrzymał też rozkaz okrążenia hacyendy, ażeby się zdawało, że nie przybywa z północy, lecz z południa.
Wysłannik objechał tylną stronę i południowy stok El Reparo i skierował się potem od południa ku hacyendzie.
Czoło Bawole stał przy oknie z hacyenderem i z Sercem Niedźwiedziem, kiedy szpieg wjeżdżał na dziedziniec.
— Uff! — rzekł Apacz z szyderczym uśmiechem.
— Co? — zapytał Arbellez.
— Nasz przyjaciel chce powiedzieć, że to jest oczekiwany wywiadowca — objaśnił Czoło Bawole okrzyk Apacza.
— O, to nie Komancz! — rzekł Arbellez.
— To Majo, albo Opato, ale w każdym razie szpieg.
— Jak z nim postąpić?
— Przyjaźnie. Nie powinien domyślić się, że przygotowujemy się do walki.
Hacyendero zeszedł na dół, kiedy Indyanin zamierzał właśnie wstąpić do izby czeladnej. Przybysz ukłonił się uprzejmie gospodarzowi, którego nie znał, i zapytał:
— Czy to jest hacyenda del Erina?
— Tak.
— W której rządzi sennor Arbellez?
— Tak.
— Gdzie sennor?
— Ja nim jestem.
— O, przebaczenia, don Arbellez, że o tem nie wiedziałem! Czy mogę tu zajechać?
— W imię Boże! Chętnie przyjmuję każdego gościa. Skąd przybywacie?
— Z Durango.
— Czy to daleko?
— Tak. Byłem tam przez kilka lat, lecz febra wypędziła mnie stamtąd. Spodziewam się, że tu będzie mi lepiej. Może potrzebujecie wakera do służby?
— Nie.
— Ani cibolera?
— Także nie.
— Wogóle nie potrzebujecie człowieka?
— Mam dość ludzi, ale mimoto zostańcie tutaj i spocznijcie, dopóki wam się spodoba.
— Dziękuję. Ponieważ nie potrzeba wam nikogo, a ta hacyenda jest ostatnia przed granicą, to zobaczę, czybym nie mógł tu żyć jako gambusino. Żeby tylko dzikich nie było!
— Czy boicie się Indyan?
— Jednego nie, ale pięciu lub dziesięciu nie poradzę. Słychać, że Komancze mają ochotę przekroczyć granicę.
— To was mylnie powiadomiono. Zaniechają tego z pewnością, bo wiedzą, że dostaliby tęgą nauczkę. Zostańcie więc, wypocznijcie, jedzcie i pijcie tu z ludźmi, ile chcecie.
Poszedł dalej i zostawił Indyanina w tem przekonaniu, że w hacyendzie nikt nie podejrzewa możliwości napadu ze strony Komanczów. Szpieg nie potrzebował widocznie spoczynku, bo włóczył się nieustannie po hacyendzie i w jej pobliżu, a popołudniu wsiadł na konia i odjechał.
Oczywiście nie skierował się ku granicy, lecz wrócił tą samą drogą do Komanczów, którzy z wielkiem zaciekawieniem na niego czekali. Gdy opowiedział, co widział, skinął wódz głową i rzekł z krwi chciwym uśmiechem:
— Hacyenda strasznie ze snu się przebudzi, a synowie Komanczów powrócą do swoich wigwamów z łupem i wielu skalpami.
Poprosił hrabiego i wywiadowcę, żeby mu opisali dokładnie położenie i właściwości budynku, poczem odbyła się narada wojenna.
Wynikiem jej było postanowienie, żeby wyruszyć, gdy się ściemni, a o północy zbliżyć się do hacyendy. Uchwalono otoczyć ją ze wszystkich czterech stron, poczem Komancze mieli na znak, dany przez wodza, przeleźć przez palisady i na dziedzińcu dom osaczyć. Pięćdziesięciu ludzi przeznaczono na to, żeby wtargnęli przez okna i rozprószyli się w ciszy po całym domu celem wymordowania mieszkańców.
Gdy to omawiano w ruinach świątyni, w hacyendzie toczyła się podobna narada.
— Czy są ognie sztuczne? — zapytał Czoło Bawole.
— Jest tego dość. Wakerowie nie wyobrażają sobie święta bez ogni sztucznych — odpowiedział hacyendero. — Ale na co wam ognie?
— Głównie chodzi o to, żeby Komanczom odebrać konie, ażeby nie mogli umknąć tak szybko. Trzeba zobaczyć, gdzie je zostawią i w odpowiedniej chwili rzucić między nie ognie sztuczne.
— Postaramy się o to.
— Ale do tego potrzeba śmiałych i ostrożnych ludzi!
— Mam takich. Kiedy zaczniemy budować szańce?
— Należałoby poczekać, aż się ściemni, ale ponieważ szpieg odjechał tak zadowolony, przeto nie sądzę, żeby nas dalej śledzono. Możemy więc zacząć.
W hacyendzie zapanował gorączkowy ruch. Ani jeden z wakerów nie był, jak zwykle, na łące, lecz wszyscy znajdowali się wewnątrz palisady i przygotowywali obronę domu.
Wieczór upłynął w żywem oczekiwaniu wypadków, a na godzinę przed północą wyruszył Apacz na zwiady. Wziął z sobą dwu dobrze uzbrojonych parobków, którzy nieśli ognie sztuczne w ilości, dostatecznej do rozpędzenia na cztery wiatry tabunu, liczącego nawet tysiąc koni.
Wódz wrócił wkrótce, ale sam.
— Nadchodzą? — zapytał hacyendero.
— Tak.
— Gdzie są?
— Zsiedli z koni i otaczają palisady. Konie stoją dalej nad potokiem.
— Czy przy nich dużo dozorców? — zapytał Czoło Bawole.
— Tylko trzech.
— Uff! Nasi dwaj ludzie spełnią swoją powinność.
Teraz udał się hacyendero do izby chorego, gdzie siedziały dziewczęta. Były blade, ale panowały nad sobą.
— Czy zbliżają się? — spytała Ema.
— Tak. Czy pacyent śpi?
— Mocno.
— To możecie pójść na swoje stanowiska. Weźcie lonty z sobą!
Zapaliły lonty i udały się na płaski dach domu, gdzie na każdym rogu leżał stos drzewa, nasycony naftą. Były tam także potężne kamienie i nabite strzelby, ażeby i niewiasty mogły wziąć udział w obronie.
Noc była cicha. Słychać było tylko szmer wody w potoku, a od czasu do czasu zaparskał na łące koń. A jednak tyle serc uderzało teraz silniej w oczekiwaniu walki.
Wtem rozległ się pełny, głęboki głos ropuchy, naśladowany tak łudząco, że w innych warunkach nie zwróconoby pewnie na to uwagi, teraz jednak zrozumieli wszyscy mieszkańcy hacyendy, że to jest hasło do ataku.
Stary Francesko uprosił dla siebie obsługę tego działa, które panowało nad przednią częścią domu. Nabite było szkłem, gwoździami i siekańcami żelaznymi, a pod serapą[9], którą na działo narzucił, tlił się lont, przygotowany do podpalenia naboju. Wszyscy się przyczaili, uważając na najlżejszy szmer.
W parterowem oknie, na prawo od portalu, stał Apacz, a po jego lewej ręce wódz Mizteków. Obydwaj trzymali w ręku rusznice, wpatrując się w ciemność bystremi oczyma. Gdy zabrzmiał głos ropuchy, zaroiło się natychmiast na palisadach. Dwieście głów ukazało się nad niemi i dwieście ciemnych i zwinnych postaci zeskoczyło na dziedziniec. Właśnie zbiło się ciaśniej owych pięćdziesięciu, którzy mieli wtargnąć przez okna, kiedy Apacz wysunął swoją dubeltówkę.
Szne ko, ognia! — zawołał.
Huknęła jego rusznica, a ten znak wywołał skutek zarówno szybki, jak zdumiewający. Dziewczęta wetknęły lonty w proch pod stosami i w okamgnieniu zapłonęły cztery wielkie ogniska, które oświetliły otoczenie, jak w dzień. Indyanie stanęli przerażeni.
Przy świetle ognisk dostrzegł stary Francesko owych pięćdziesięciu gęsto zbitych Komanczów, w oddaleniu zaledwie piętnastu łokci od siebie. Wystrzelił ze swego działa i uczynił w tem pobliżu straszne spustoszenie. Zdawało się, że upadła cała gromada ludzi, tworząc splątany kłąb ciał, wijących się na ziemi. Rozwikłanie go trwało tak długo, że Francesko znalazł czas do powtórnego nabicia. Drugi strzał wywołał taki sam skutek. Reszta dział ryknęła także, a z każdego okna domu i z platformy dachu zaczęły błyskać wystrzały. A tam — z góry można było widzieć to całkiem dobrze — tam w dali wyleciały nagle z trzaskiem w górę płonące rakiety i inne ognie sztuczne. Równocześnie napełniło powietrze głośne rżenie i parskania przestraszonych koni, które potargały rzemienie i rozbiegły się, aż ziemia zadrżała pod ich kopytami.
W tej chwili strasznie zawyli dzicy z wściekłości. Wszyscy byli dobrze oświetleni i przedstawiali wyraźny cel, w pokojach zaś było tak ciemno, że Komancze nie mogli dać ani jednego pewnego strzału, nawet gdyby w tej powszechnej panice zdołali dobrze mierzyć. Nie spodziewali się takiego przyjęcia i utraciwszy w przeciągu pierwszych dwu minut połowę swoich ludzi, zaczęli uciekać.
Jeden tylko się nie ruszył, Czarny Jeleń. Zagrzewał swoich do wytrwania, ale to na nic się nie przydało. Dotąd znajdował się przy bocznej ścianie domu, a teraz pobiegł na front, żeby zobaczyć, jak tam idzie walka. Ale tam było jeszcze gorzej. Francesko ogolił poprostu dziedziniec celnymi strzałami. Widząc zwłoki Indyan, jedne obok drugich, zrozumiał wódz, że wszystko przepadło i przeskoczył przez palisadę.
W chwili, kiedy to czynił, dostrzegł go Apacz.
— Tokwi-keyu, Czarny Jeleniu! — zawołał.
Poznał Komancza, ale nie mógł go zabić, gdyż nie miał naboju w lufie.
— Czarny Jeleniu! — zawołał poraz drugi, odrzucając strzelbę i wyciągając tomahawk z za pasa. — Czarny Jeleń odwraca się plecami od nieprzyjaciela?
Wypadł przez okno, przebiegł dziedziniec i przeskoczył przez palisadę. Przed nim umykał wódz Komanczów.
— Stój, Czarny Jeleniu! Tu jest Serce Niedźwiedzie, wódz Apaczów. Czy wódz Komanczów będzie dalej przed nim umykał?
Usłyszawszy to imię, zatrzymał się Czarny Jeleń.
— Tyś jest Serce Niedźwiedzie? Przybliż się do mnie! — odpowiedział. — Wnętrzności twoje dam sępom na pożarcie!
Obaj wodzowie starli się tylko z tomahawkami, swą najstraszniejszą bronią, w ręku. Serce Niedźwiedzie miał przewagę nad Komanczem. Okazało się to odrazu, lecz nagle podbiegła jakaś postać ze strzelbą w ręku. Był to Alfonzo.
Był on sprytny i nie przelazł razem z innymi przez palisadę. Nie chciał wystawiać życia i zdrowia na strzały nieprzyjacielskie, przykucnął więc pod palisadą i czekał na wynik ataku. Wynik był zupełnie inny, niż się spodziewał: Komancze uciekali. W zgiełku tej ucieczki posłyszał głos Apacza.
— Ach! — mruknął. — Może zdołam się zemścić.
Widząc, że Serce Niedźwiedzie pobiegł za Komanczem, sam ruszył za nimi. Podczas walki przyskoczył, uderzył Apacza kolbą z tyłu w głowę tak, że ugodzony runął na ziemię. Komancz wyjął nóż, ażeby dobić ogłuszonego i zabrać mu skalp, lecz Alfonzo nie dopuścił do tego.
— Wstrzymaj się! — rzekł. — On zasłużył na inną śmierć.
— Masz słuszność! — odpowiedział Czarny Jeleń. — Prędzej do koni!
— Do koni? Niema ich!
— Niema? — zapytał wódz przestraszony.
— Tak. Spłoszono je ogniami sztucznymi.
— Uff! Chodź, bo będzie zapóźno!
Pochwycili Apacza za oba ramiona i pobiegli dalej, wlokąc go po ziemi.
Był to już dla nich czas ostatni. Gdy Czoło Bawole zauważył z okna, że Apacz rzucił się za wodzem nieprzyjacielskim, zrozumiał to, że czerwony brat jego naraża się na bardzo wielkie niebezpieczeństwo. Zebrał więc czemprędzej załogę, ażeby zrobić wycieczkę. Dziedziniec był już opuszczony, leżeli tam tylko nieżywi Komancze.
— Za nimi! — krzyknął.
Otworzono bramę i dzielni obrońcy wypadli na otwarte pole, gdzie wszczęły się walki w pojedynkę, w których dzicy zwykle ulegali. Czoło Bawole zabił kilku jeszcze. Biegał czas jakiś dokoła hacyendy tak daleko, jak daleko sięgało światło ognisk, lecz nie znalazł ani śladu Apacza.
Upłynęło kilka godzin, zanim wódz Apaczów przyszedł do siebie z ogłuszenia. Otworzywszy oczy, zobaczył najpierw ognisko, a potem pewną liczbę dzikich czerwonych postaci, siedzących dokoła niego. Sam uczuł się skrępowanym, po jego stronie prawej siedział Czarny Jeleń, a po lewej Alfonzo. Zwróciwszy oczy w górę, poznał po gwiazdach, że do rana już niedaleko.
Alfonzo zauważył, że Apacz otworzył oczy.
— Przebudził się! — rzekł.
Natychmiast skierowały się spojrzenia wszystkich Komanczów na niego. Wszyscy o nim słyszeli i znali jego sławę, lecz niewielu dotychczas go widziało. Los, który go spotkał, przyjął ze spokojem, właściwym Indyanom. Głowa bolała go od uderzenia, przypomniał sobie jednak natychmiast wszystko, co się stało.
— Trwożliwa żaba Apaczów jest w niewoli — rzekł Czarny Jeleń.
Serce Niedźwiedzie roześmiał się pogardliwie, lecz zrozumiał, że tu nie należy milczeć.
— A lew Komanczów umykał przed tą żabą! — powiedział.
— Psie!
— Szakalu!
— Wódz Serce Niedźwiedzie dał się pobić Czarnemu Jeleniowi!
— Kłamiesz!
— Milcz!
— Ani ty nie zwyciężyłeś mnie, ani nikt inny. Ten tchórz, hrabia bladych twarzy, powalił mnie podstępem. Na tem kończę moją rozmowę z tobą. Serce Niedźwiedzie pogardza wojownikami, uciekającymi jak pchły na widok walecznego męża.
— Zaczniesz mówić, skoro przyjdą na cię męki.
Apacz już nie odpowiedział. Objawił swoje zdanie, a jako człowiek twardy jak żelazo wytrwał przy swe m postanowieniu. Zrozumieli to wszyscy, dlatego wódz Komanczów oświadczył:
— Dzień się zaczyna. Dłużej tu nie możemy pozostać. Zróbmy sąd nad tym człowiekiem, który się w wodzem nazywa!
Utworzono koło w milczeniu, a Czarny Jeleń podniósł się i w długiej mowie wyliczył zbrodnie Apacza.
— Zasłużył na śmierć! — rzekł nakoniec.
Wszyscy zgodzili się na ten wyrok.
— Czy zabierzemy go do wigwamów Komanczów? — spytał.
Naradzono się także nad tem i uchwalono zabić go tutaj, gdyż w drodze mogło się jeszcze rozmaicie zdarzyć.
— Ale jaką śmiercią ma umrzeć?
I nad tem zaczęto się naradzać, ale do uchwały nie prędko doszło, gdyż tak niezwykły jeniec musiał także wycierpieć niezwykłe męki. Wtem powstał hrabia Alfonzo, który dotychczas się nie odezwał ani słowem.
— Czy wolno mi zabrać głos w radzie moich czerwonych braci? — zapytał.
— Tak — odrzekł Czarny Jeleń.
— Czy ja mam prawo do Apacza, czy nie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo przyrzekłeś go nam.
— Kto go powalił?
— Ty.
— Czy dotrzymaliście względem mnie przyrzeczenia?
— Nie mogliśmy.
— W takim razie wzajemne nasze obietnice znoszą się, a ten jeniec należy tylko do tego, kto go powalił. Naradźcie się nad tem!
Wszczęła się krótka, lecz ożywiona rozprawa, poczem Apacza przyznano Hiszpanowi.
— Czy on mój? — spytał hrabia.
— Tak.
— I ja mam postanowić o jego losie?
— Tak.
— Dobrze. Niechaj więc jego los będzie taki, jaki mnie miał przypaść w udziale. Przywiążemy go do tego samego drzewa i wydamy go na żer krokodylom. Niech wycierpi te same piekielne męki, których ja skosztowałem!
Na te słowa zerwały się radosne okrzyki zgody, a oczy wszystkich zwróciły się na Apacza, ażeby z twarzy jego wyczytać wrażenie, jakie na nim zrobi to postanowienie. Ale oblicze jego było jak ze spiżu. Nie drgnął nawet powieką i ani jedno słowo prośby nie przeszło mu przez usta.
— Czy mamy dość lass?
— Tak. Tu leżą jeszcze te same, na których ty wisiałeś, zresztą kto z Komanczów pochwycił konia, ten musi posiadać lasso.
Kilku Indyanom udało się było schwytać jednego z ich błąkających się koni.
— Dobrze, przymocujemy go tam tak samo, jak on mnie był przywiązał! — rzekł Alfonzo.
Gdy się to stało, rzekł Czarny Jeleń do jeńca:
— Czy wódz Apaczów ma jeszcze jaką prośbę?
Serce Niedźwiedzie przypatrzył się wszystkim po kolei. Zauważył ich tam tylko szesnastu. Skoro po przebudzeniu się z omdlenia zobaczył, że leży nad stawem na górze El Reparo, pojął odrazu, jaki go los czeka. To też nie przestraszył się, usłyszawszy wyrok. Rozglądnął się teraz dokoła, jakby chciał sobie wryć w pamięć rysy twarzy każdego z osobna i odrzekł:
— Wódz Apaczów o nic nie prosi. Nóż pożre wszystkich tutaj zebranych. Serce Niedźwiedzie to powiedział i nie będzie tak wył i wrzeszczał, jak hrabia bladych twarzy. Howgh!
Ostatnim wyrazem dodał nacisku swemu oświadczeniu.
Jeden z silniejszych Komanczów wylazł na drzewo, Apacza zaś posuwano po konarze, dopóki nie zawisł nad wodą. Krokodyle rozpoczęły odrazu to ohydne, opisane przedtem widowisko.
— Czy moi bracia wrócą do swych myśliwskich ostępów — spytał Alfonzo.
— Najpierw muszę się zemścić — odparł wódz głosem posępnym.
— Czy pójdą ze mną, jeśli ich poprowadzę do zemsty?
— Dokąd?
— To powiem później, gdy zobaczymy, czy jedynię my pozostaliśmy ze wszystkich.
— Musimy to wiedzieć już teraz — twierdził dowódca. — Nie mamy szczęścia z białym bratem.
— A ja z czerwonymi braćmi. Niech się rozprószą i szukają swoich, którzy się jeszcze błąkają. Skoro się zejdą, wyjawię im, jak będą mogli się zemścić.
— Gdzie się zgromadzimy?
— W tem samem miejscu.
— Dobrze! Zrobimy wedle rady białego brata. Może jego drugie słowo przyniesie nam więcej szczęścia, aniżeli pierwsze.
Komancze odeszli szukać resztek swego oddziału. Hrabia pozostał, pasł przez pewien czas oczy widokiem krokodyli, usiłujących pochwycić Apacza, a potem się oddalił. Chciał przedewszystkiem zaglądnąć na dół do potoku, ażeby zobaczyć, co tam wczoraj zrobił Czoło Bawole ze swoimi Indyanami. To był główny powód, dla którego skłonił Komanczów do odejścia.
Zaledwie przebrzmiał odgłos jego kroków, drgnęła twarz Apacza radością, a usta wyszeptały ciche: „uff!“ Lasso przeciągnięto mu pod pachą. Podrzucił nogi jak gimnastyk na drążku, trapezie albo wiszących pierścieniach. W ten sposób uwisł do góry nogami, wskutek czego krokodyle nie mogły go dosięgnąć.
Ręce miał skrępowane, ale na szczęście nie przywiązane do ciała. Rzemień, opasujący mu nogi w kostkach, pozwalał na ruchy kolan. Na tem oparł Apacz nadzieję ocalenia. Był o wiele silniejszy i zręczniejszy od hrabiego, który wcale o ratunku nie myślał, kiedy wisiał na drzewie.
Sercu Niedźwiedziemu udało się uchwycić lasso rękami, a o dwie stopy wyżej kolanami. Zginając więc ciało i chwytając się naprzemian to rękami, to znów kolanami, windował się w górę po lassie, aż spocony co prawda z wytężenia mimo swej olbrzymiej siły dostał się na konar. Położył się na nim napoprzek i spoczywał z minutę. Wisząc przez cały czas tej pracy głową na dół dostał zawrotu głowy.
Na razie umknął krokodylom, lecz położenie jego było jeszcze bardzo niebezpieczne. Gdyby teraz zjawił się był który z Komanczów, albo gdyby był on nie zdołał rozwiązać pęt, byłby zgubiony.
Leżał na grzbiecie w poprzek gałęzi tak, jak się kładzie na drążku, ażeby wykonać wywrót na krzyżach. Zgiął kolana i w ten sposób dosięgnął z tyłu rzemienia, opasującego mu nogi. Znalazłszy węzeł, próbował go rozpętać. Trwało to długo, bardzo długo, lecz wkońcu mu się udało. Podniósł jedną nogę bokiem na konar, a potem ciało. W ten sposób usiadł na konarze tak, że mógł związanemi na plecach rękoma dosięgnąć tego miejsca na gałęzi, gdzie był przywiązany górny koniec lassa. Po długich wysiłkach, przyczem krew puściła mu się z palców, zdołał wreszcie rozwiązać rzemień i zleźć z drzewa, choć ze związanemi rękami. Byłoby to niepodobieństwem, gdyby drzewo rosło było prostopadle, ale na szczęście pochylone było bardzo znacznie nad wodą.
Apacz jechał na konarze, jak na koniu, dopóki nie dostał się do pnia. Owinął się dokoła niego nogami, a ciało spuścił i wisiał w ten sposób znowu głową na dół. Puszczając trochę i ściskając pień kolanami, zsuwał się powoli na dół i dostał się na ziemię szczęśliwie, ale zmęczony do ostateczności. Teraz był ocalony.
— Uff!
Wydał z siebie tylko tę jedną zgłoskę. Była ona całym jego tryumfalnym okrzykiem, na który mógł sobie pozwolić. Spojrzał na krokodyle, które leżały przy brzegu, patrząc nań i kłapiąc strasznie szczękami i pospieszył między drzewa, aby się w lesie ukryć bezpiecznie.
Trzeba było jeszcze ręce uwolnić. Przeciskając się pomiędzy krzaki i skały, rozglądał się badawczo, aż nareszcie znalazł pożądany przedmiot. Była to krawędź skalna, na tyle ostra, że można było na niej przeciąć rzemień. Oparł się plecami o skałę i tarł dopóty rękami o krawędź, dopóki nie przepiłował skóry. Teraz był zupełnie wolny i pewien siebie.
Walka, która z początku szalała na dziedzińcu hacyedy, toczyła się dalej w otwartem polu. Zmieniwszy się tam w szereg poszczególnych zapasów, odsunęła się daleko od domu i trwała przeszło godzinę.
Potem zwołał Czoło Bawole załogę hacyendy. Zabici Indyanie leżeli rozsypani kręgiem dokoła hacyendy. Już w ciemności można było rozpoznać, że padło ich przeszło stu.
— Otrzymali straszną naukę i nie wrócą tak rychło — rzekł Arbellez, ciesząc się ze zwycięstwa.
— Czy widzicie te kupy, sennorze? — odezwał się stary Francesko, wskazując na Indyan, leżących przed portalem. — To dzieło mojej armaty. Te siekańce żelazne, ołów i szkło tłuczone działają strasznie. Ciała są poprostu rozszarpane.
— Praca jeszcze nieskończona. — rzekł Czoło Bawole.
— Co jest jeszcze do czynienia? — spytał hacyendero.
— Musimy zniszczyć resztę Komanczów.
— A gdzież ich szukać?
— Czy nie widzicie, że po tamtej stronie potoku niema trupów?
— Istotnie, wszystkie widać po tej stronie.
— Z tego można wnosić, że uciekali w pewnym oznaczonym kierunku. Wiemy, gdzie znajdowali się przed napadem.
— Na El Reparo.
— Tak. Trupy leżą tylko w tym kierunku, Komancze więc widocznie dostali rozkaz zgromadzenia się tam napowrót. Musimy pójść do nich tam. Czy powierzycie mi dwudziestu ze swoich wakerów?
— Chętnie.
— Gdzie też może być Apacz? — spytał Francesko.
— Pojmany — odpowiedział wódz Mizteków.
— Ależ nie! — zawołał ze strachem hacyendero.
— Z pewnością!
— Czemu tak sądzisz?
— Bo go tu niema.
— Będzie jeszcze na pościgu!
— Nie. On wie, że w dzień pewniej dostałby Komanczów w swe ręce, niż teraz.
— A więc nie żyje, albo jest ranny!
— Nie. W tym wypadku bylibyśmy go niewątpliwie znaleźli. Popędził za Czarnym Jeleniem. Komancze, widząc wodza swego w niebezpieczeństwie, rzucili się pewnie na Apacza. Było ich pewnie za wielu i pokonali go.
— Musimy go więc wyswobodzić! — rzekł Francesko.
— Uwolnimy go — powiedział Czoło Bawole pewnym głosem. — Wezmę dla niego strzelbę jego, ażeby zaraz miał broń. Na koń!
Dwudziestu ludzi wsiadło na konie i odjechało cwałem. Ażeby się nie pokazać żadnemu z umykających Komanczów, zatoczyli łuk i starali się dostać do góry od stoku południowego. Przybyli tam o świcie.
— Zsiadać! — rozkazał Czoło Bawole.
— Na co? — spytał Francesko, który także z nim wyruszył.
— Bo z końmi nie możemy niepostrzeżenie zbliżyć się do nieprzyjaciela. Niech Sanchez zostanie przy nich.
Tak zrobiono. Wymieniony wakero został przy koniach, a reszta weszła na górę pod osłoną drzew. Gdy stanęli na płaskowzgórzu, było już całkiem jasno. Posuwali się z największą ostrożnością ku ruinom. Pomykali właśnie przez małą polankę, kiedy z boku zabrzmiał okrzyk:
— Ugh!
Spojrzeli w tym kierunku i zobaczyli nieuzbrojonego Indyanina, śpieszącego do nich.
— Serce Niedźwiedzie! — zawołał jeden z wakerów.
— Tak, to on! To jest Apacz! — rzekł Czoło Bawole głosem radosnym.
— A więc nie był w niewoli?
— Był w niewoli — odparł Czoło Bawole. — Czyż nie widzicie, że nie ma broni? Był pojmany, lecz uciekł.
Apacz przemknął przez polanę jak strzała i zatrzymał się przed nimi.
— Uff! — powitał go Mizteka. — Mój brat, Serce Niedźwiedzie, był schwytany?
— Tak — potwierdził Apacz.
— Nieprzyjaciół było zbyt wielu i zwyciężyli go?
— Nie. Walczyłem z Czarnym Jeleniem, wtem podeszła z tyłu zdradziecka blada twarz, czego ja nie mogłem widzieć, i uderzyła mię kolbą w głowę, że padłem ogłuszony.
— Która blada twarz?
— Hrabia.
— Ach! To on żyje? Krokodyle nie pożarły go? — pytał zdumiony Mizteka.
— Żyje. Psy Komancze znalazły go i ocaliły.
— A on poprowadził ich na hacyendę?
— Tak. Walczył z nimi przeciwko nam:
— Przeciw swojej własnej posiadłości, przeciwko swoim ludziom. Zdejmiemy mu skórę z głowy! Gdzie on jest?
— Tutaj w górach. Powróci nad staw, ażeby spotkać się z Komanczami.
— Aha, dobrze więc przypuszczałem! Zgromadzą się zatem tu nad stawem?
— Byli już tam. Zeszli na równinę, ażeby zebrać rozprószonych wojowników, ale wrócą.
— Czy mój brat wie to napewno?
— Wiem, bo wisząc na drzewie słyszałem ich rozmowę.
— Na jakiem drzewie?
— Nad krokodylami.
Czoło Bawole wykonał odruch trwogi.
— Serce Niedźwiedzie wisiał nad tymi potworami?
— Tak.
— Czy zupełnie tak, jak hrabia?
— Zupełnie. Hrabia wydał wyrok, a mnie przywiązano na lassach.
— Ale jak się brat mój uwolnił?
W słowach Serca Niedźwiedziego odbijała się pogarda, kiedy mówił:
— Wódz Apaczów nie boi się Komanczów i krokodyli. Zaczekał, dopóki nieprzyjaciele nie odeszli i sam się potem wyswobodził.
— Serce Niedźwiedzie jest ulubieńcem Manitou — rzekł Czoło Bawole. — Jest mądrym i dzielnym wojownikiem. Inny nie uwolniłby się tak szybko. Kiedy Komancze wrócą nad staw?
— Tego nie powiedzieli. Ukryjemy się tam i zaczekamy na nich.
— W takim razie nie wolno nam zostawić śladów. Oto strzelba mego brata, przyniosłem mu ją.
— Resztę broni zabrał Czarny Jeleń — zżymnął się Apacz. — Lecz odda mi ją razem ze swoją. Niech mi moi bracia dadzą prochu i kul, a ja ich poprowadzę.
Dostał żądane rzeczy, poczem pomknęli wszyscy przez las, zacierając starannie swoje ślady, dopóki nie dotarli na skraj boru, otaczającego staw. Widząc, że nikt z Komanczów nie wrócił, ukryli się dobrze, żeby ich nikt nie mógł zobaczyć.
Kiedy wszyscy otrzymali wskazówki, jak mają strzelać, ażeby na jednego nieprzyjaciela nie marnować dwóch kul, zeszli się znów obaj wodzowie.
— A co zrobimy — zapytał Czoło Bawole — jeśli Komancze zobaczą, że wódz Apaczów im umknął? Domyślą się przecież, że sprowadzi pomoc.
— Nie zobaczą — odpowiedział Apacz.
Po tych słowach wyszedł z zarośli i udał się do, cedru, na którym przedtem wisiał. W pobliżu pnia leżały jeszcze lassa, któremi był przywiązany. Wziął ostry kamień i rozciął dolną część rzemieni, żeby się zdawało, że się same rozdarły. Potem wylazł na drzewo i przywiązał je znowu do konara tak, jak były przymocowane poprzednio. Teraz wyglądało na to, że krokodyle ściągnęły wiszącego.
Kiedy wrócił po tej krótkiej robocie, rzekł doń Czoło Bawole:
— Mój brat postąpił bardzo dobrze. Teraz nie będą myśleli, że uciekł krokodylom.
Leżeli cicho w swojej kryjówce i czekali. Po upływie pewnego czasu usłyszeli tętent. Przybyli dwaj Komancze.
— Uff! — zawołał jeden z nich, widząc, że Apacz już nie wisi na drzewie.
— Uciekł! — rzekł drugi.
— Nie — sprzeciwił się pierwszy. — Lasso przerwane. Krokodyle go już pożarły.
— Nie wnijdzie przez to do wiecznych ostępów myśliwskich — oświadczył drugi. — Dusza jego będzie błądziła wśród tych nieszczęśliwych cieniów, które niszczy smutek i przykrość. Apacz jest przeklęty w tem w tamtem życiu!
— Myśmy tu pierwsi. Zsiądźmy, by zaczekać na braci Zeskoczyli z koni i zabrali się do przywiązania ich do palików.
— Czy sprzątniemy ich? — zapytał zcicha Apacz.
— Tak, ale mój brat nie ma noża! — odrzekł Mizteka.
Pshaw! Wezmę sobie nóż od Komancza.
Oparł strzelbę o drzewo i posunął się naprzód, a Czoło Bawole za nim. Dostawszy się na skraj zarośli, pomknęli jak dwa tygrysy w wielkich skokach ku Komanczom, nie spodziewającym się napadu. Serce Niedźwiedzie pochwycił jednego za gardło, wyrwał mu nóż zza pasa i wbił mu w serce. W przeciągu dwu minut zdjął mu skalp z głowy. Czoło Bawole zrobił z drugim to samo. Komancze nie mieli nawet czasu wydać głosu z siebie.
— Co zrobimy z trupami? — spytał Mizteka.
— Damy je krokodylom.
Potwory zauważyły ludzi. Wysunąwszy się na powierzchnię, przypłynęły do brzegu, gdzie czekały, czy im co nie wpadnie. Wodzowie zabrali broń i skalpy zwyciężonym, a zwłoki ich rzucili do wody. Jak żarłocznie rzuciły się aligatory na łup z otwartemi paszczami! W minutę może rozszarpały i pożarły zabitych. Nie zostało z nich nic prócz kawałka ręki z dwoma palcami. Wzburzone przez zwierzęta fale wyrzuciły tę resztkę na brzeg.
Wodzowie postarali się o to, żeby krwi na trawie nie było, zatarli troskliwie swoje ślady i powrócili znów do kryjówki.
Niedługo czekali, kiedy znowu rozległ się tętent. Czarny Jeleń przyprowadził oddział z trzydziestu Komanczów. Widząc, że Apacza niema, nabrał z początku podejrzenia.
— Uff! — zawołał.
Podjechał tuż nad wodę i spostrzegł tam pół ręki. W jednej chwili zeskoczył, podniósł ją i zaczął jej się przypatrywać.
— Uff! Pożarły go. To kawałek jego lewej ręki. Popatrzcie na lassa!
Posłuchano tego rozkazu i stwierdzono, że krokodyle pożarły Apacza.
— Poszedł w państwo ciemności. Nikt z zabitych nieprzyjaciół nie usłuży mu — rzekł wódz i rzucił rękę do wody, gdzie ją aligatory natychmiast zjadły.
Na skinienie jego pozsiadali wszyscy z koni i rozłożyli się nad brzegiem.
Potem przybyło jeszcze kilku spóźnionych, którzy dopełnili oddział do liczby pięćdziesięciu ludzi. Nie badali sąsiedniego lasu, co świadczyło o tem, że Czarny Jeleń nie miał zamiaru dłużej tam zabawić. Dotychczas siedział w pełnem godności milczeniu, ale teraz się odezwał:
— Kto widział bladą twarz?
— Czy tę, która jest hrabią? — spytał jeden z nich.
— Tak.
Pokazało się, że nikt z Indyan go nie widział.
— Poszukać jego śladów!
Powstali wszyscy, by spełnić ten rozkaz.
— Zaczyna być niebezpiecznie! — szepnął Apacz.
Czoło Bawole potwierdził to skinieniem głowy.
— Tu zatarliśmy nasze ślady — rzekł — lecz jeśli pójdą dalej, to je znajdą. Musimy zacząć. Ja dam znak.
Zakaszlał głośno, nie wskutek nieostrożności, lecz z dwóch słusznych powodów. Chodziło po pierwsze o to, żeby wakerowie zauważyli, że walka się zaczyna, a po drugie nieprzyjaciół miało to skłonić do zajęcia takiej pozycyi, w której przedstawialiby dobry cel.
Zamiar udał się, gdyż zaledwie zabrzmiał ten ostry dźwięk, wysunęły się z zarośli lufy dwudziestu strzelb, a wszyscy Komancze stanęli, nadsłuchując, przyczem zwrócili się ku strzelbom.
— Ognia!
Na to słowo Mizteki huknęły dwadzieścia i dwa strzały, a potem jeszcze dwa z dwururek wodzów. Tyluż Komanczów padło ugodzonych śmiertelnie. Reszta zerwała się i popędziła do koni. Nastąpiła chwila wielkiego zamieszania, podczas której wakerowie nabili na nowo.
Komancze, widząc, że zginęło ich przeszło dwudziestu, myśleli, że w zaroślach siedzi jeszcze więcej białych, nie próbowali więc już ataku, lecz rzucili się do koni i popędzili. Wielu chciało dosiąść bezładnie koni, na które się natknęli, lecz właściciele sprzeciwiali się temu i to ich wstrzymało. Zabrzmiała druga salwa ze strzelb wakerów, prawie tak samo straszna w skutkach, jak pierwsza.
Serce Niedźwiedzie zachował dla siebie wodza, Czarnego Jelenia, dlatego nie strzelano do niego. Teraz umykał on z resztą wojowników. Wtem wyszedł Apacz z zarośli i podniósł rusznicę. Chciał dostać Komancza żywcem, wymierzył więc tylko do konia. Huknął strzał, a ugodzone śmiertelnie zwierzę przewróciło się i zrzuciło z siebie jeźdźca. W dwu skokach znalazł się Apacz przy Czarnym Jeleniu, jeszcze zanim ten zdołał się z ziemi podnieść.
Nikt z Komanczów nie strzelał, to też i strzelba ich wodza była jeszcze nabita. On zerwawszy się z ziemi, pochwycił ją i wymierzył do Apacza.
— Psie, ty żyjesz? — zawołał. — Giń!
Serce Niedźwiedzie odbił mu na bok lufę, wskutek czego strzał chybił.
— Wódz Apaczów nie zginie z ręki tchórzliwego Komancza — odrzekł Serce Niedźwiedzie — ale ja zabiorę ci duszę, żeby mi służyła w wiecznych ostępach myśliwskich!
Po tych słowach uderzył Komancza kolbą tak, że go ogłuszył, i poniósł go na miejsce, gdzie przedtem siedział ze swoimi towarzyszami. Tam zaczekał spokojnie, dopóki Czarny Jeleń nie odzyskał przytomności.
Wakerowie nie ścigali tych niewielu Komanczów, uważając ich za nieszkodliwych, natomiast rzucili się na poległych, by im zabrać broń i amunicyę. Obaj wodzowie siedzieli przy Czarnym jeleniu, nie troszcząc się o łupy.
Komancza skrępowano, gdy przyszedł do siebie.
— Czarny Jeleń może zaśpiewać swoją pieśń śmiertelną — rzekł Serce Niedźwiedzie. — Wyświadczam mu tę łaskę, z której może skorzystać, zanim zginie.
Zapytany nic nie odpowiedział.
— Komancze śpiewają jak wrony i żaby, dlatego odzywają się niechętnie — szydził Czoło Bawole.
Jeniec milczał dalej.
— W takim razie wódz Komanczów skona bez pieśni śmiertelnej — oświadczył Apacz.
Teraz dopiero przemówił Czarny Jeleń:
— Powiesicie mnie na drzewie?
— Nie — odparł Serce Niedźwiedzie. — Nie chcę cię męczyć, ale krokodyle cię pożrą, boś ty mnie im na żer był zawiesił. Pierwej jednak zdejmę ci skalp, ażeby po powrocie pokazać dzielnym synom Apaczów, jakim tchórzem był Czarny Jeleń. Oddaj mi nóż i tomahawk, które mi odebrałeś!
Wyjął oba wymienione przedmioty z za pasa jeńca.
— Czy chcesz mnie naprawdę oskalpować? — zapytał skrępowany z przerażeniem.
— Tak. Twoja skóra należy do mnie.
— Żywcem?
— Nie inaczej. Czy mam wyjąć skalp z brzucha krokodyla, kiedy cię połknie?
— Zabij mnie najpierw! — prosił.
— Aha, Komancz się boi! W takim razie nie dozna łaski!
Wziął nóż, pochwycił lewą ręką włosy jeńca, wykonał prawą trzy prawidłowe cięcia i szarpnął silnie czuprynę. Skalp został mu w rękach.
Czarny Jeleń ryknął z bolu.
— Uff! Komancz tchórz! Krzyczy! — rzekł Serce Niedzwiedzie.
— Rzuć go do wody! — zachęcał Czoło Bawole. — Ale nogą, bo nie jest tego godzien, żebyś go swą ręką dotknął.
— Mój brat ma słuszność! Zatoczę go krokodylom, jak zgniłe ścierwo, którego nie bierze się do ręki. Waleczny wódz Komanczów wył, jak stara baba. Nie usypią mu grobowca ani na szczycie góry, ani na dnie doliny. Jego ludzie nie będą mogli odbywać pielgrzymek, by sławić jego czyny, bo zniknie w żołądkach krokodyli, a ja ustawię tu stos kamienny, na którym będzie napisane: Tu pożarły krokodyle tchórza Tokwi-teya, pojmanego ręką Serca Niedźwiedziego, wodza Apaczów.
Największym zaszczytem dla Indyanina jest to, że nie okaże trwogi, ani nie wyda głosu z siebie nawet wśród największych cierpień. Komancz postąpił niegodnie, jęknąwszy z bólu, dlatego Serce Niedźwiedzie wtrącił go nogą do wody, gdzie natychmiast rzuciły się nań aligatory.
Potem dopomogli wakerzy w ustawieniu stosu kamiennego, na którego największym głazie wyryto wspomniany napis. Następnie udali się do koni, ażeby wrócić do hacyendy. Apacz dosiadł konia jednego z Komanczów.
Gdy hrabia Alfonzo opuścił staw krokodyli, zeszedł z góry, ażeby dostać się do jaskini skarbu królewskiego. Tam znalazł tylko kupę odłamów skalnych, w której z gorączkowem rozdrażnieniem zaczął szukać, ale daremnie. Przypuścił wobec tego, że wszystkie skarby stamtąd zabrano.
Z dzikiem przekleństwem na ustach pożegnał gruzy, ażeby Komancze nie musieli zbyt długo nań czekać. Zaczął wchodzić na północny stok góry, kiedy naraz posłyszał tętent, a potem spostrzegł ośmiu Komanczów, przejeżdżających obok miejsca, w którem ukrył się czemprędzej. Wyszedł z krzaków i zapytał:
— Wy dokąd?
— Uff! Blada twarz! — rzekł jeden z nich. — Jedziemy na dolinę.
— Czemu? Przecież wasi na górze!
— Nie żyją! — zgrzytnął Indyanin.
— Nie żyją? — spytał Alfonzo zdumiony. — Jak się to stało?
— Blade twarze napadły na nas.
— Ach!
— Zginęło cztery razy dziesięciu naszych!
— Do kroćset dyabłów!
— A wodza, po zabraniu mu skalpu przez Apacza, pożarły krokodyle.
— Apacza? Którego?
— Serce Niedźwiedzie.
— Do stu piorunów! Przecież wisiał na drzewie!
— Uwolnił się.
— Niech go dyabeł porwie! Jak się wydostał?
— Pewnie go uwolniły blade twarze, zwane wakerami. Gdybyś był przy nim pozostał, byłoby do tego nie doszło.
— Czy widzieliście rzeczywiście to wszystko?
— Rzeczywiście! Musieliśmy uciekać, ale ponieważ nas nie ścigali, przeto wrócili dwaj z nas, żeby im się przypatrzyć.
— Do kroćset dyabłów! Teraz wszystko się skończyło.
— Wszystko, tylko nie zemsta.
— Tak, tylko nie zemsta — rzekł hrabia w zamyśleniu. — Cóż teraz zrobicie?
— Wrócimy do naszych myśliwskich ostępów.
— Po nowych wojowników?
— Tak.
— Nie przyniósłszy ani jednego nieprzyjacielskiego skalpu?
— Wielki Duch gniewał się na nas!
— I bez odrobiny zdobyczy?
— Później zbierzemy dość skalpów i łupów.
— A teraz nie wzięlibyście wielu pożytecznych i pięknych rzeczy?
— Od kogo?
— Ode mnie.
— Od ciebie? Ty sam nawet konia nie masz! Cóż możesz nam dać?
— Konia schwytam sobie na pastwiskach hacyendy, potem zaś wrócę do Meksyku, a wy będziecie mi towarzyszyli.
— Do Meksyku? Dlaczego?
— Będziecie mnie bronili. Jednemu trudno odbyć taką drogę. Jeśli mnie odprowadzicie szczęśliwie, otrzymacie wielkie podarunki.
— Jakie?
— Wybierzcie je sobie sami!
— Cóż ty posiadasz?
— Jestem hrabią i wielkim wodzem, a u ojca mego jest wszystko, czego wam trzeba.
— Czy ma broń, proch i ołów?
— Ile zażądacie.
— A perły i ozdoby dla naszych skwaw?
— Także.
To nęciło ich widocznie.
— To odprowadzimy cię i ochronimy po drodze. Czy dasz każdemu z nas strzelbę?
— Tak.
— Po dwa noże i dwa tomahawki, oraz tyle prochu i ołowiu, ile nam się zmieści w woreczku?
— Dostaniecie to wszystko.
— I dużo ozdób?
— Dam wam tyle łańcuchów, pierścieni, szpilek i pereł, że będziecie zadowoleni.
— Howgh! Jedziemy z tobą, ale dwaj muszą się od nas odłączyć.
— Czemu?
— Żeby udać się do naszych pastwisk po mścicieli Komanczów.
— Na to będzie czas później!
— Nie. Zemsta nie powinna zasnąć.
— To wybierzcie sobie tych dwu. Mnie i sześciu wystarczy.
— Czy rzeczywiście otrzymamy to, co nam obiecałeś?
— Przysięgam na to.
— Wierzymy ci. Ale pamiętaj, że zginiesz, jeślibyś nas okłamał.
Potem wybrano losem dwu wojowników, bo nikt nie chciał iść dobrowolnie. Woleli jechać do Meksyku po bogate dary, aniżeli wracać do Komanczów ze wstydem i hańbą. Pozostałych sześciu wybrało wodza, poczem rozstawszy się z towarzyszami, postanowili schwytać konie dla hrabiego.
Owi dwaj chcieli być bardzo sprytni i zamiast udać się prosto na północ, gdzie byliby się zbliżyli do nieszczęsnego pobojowiska, postanowili dla bezpieczeństwa okrążyć. Skręcili więc ku południowemu stokowi góry El Reparo, ażeby okrążyć i w ten sposób uniknąć wszelkiego wrogiego zetknięcia. Z tego powodu spotkało ich właśnie to, czego chcieli uniknąć.
Wakerzy, ograbiwszy zwłoki Indyan z broni, wrzucili je do stawu krokodylom, które od stu lat może nie miały tak obfitej uczty. Następnie poszli biali pod dowództwem wodzów do koni i wyruszyli w drogę do hacyendy.
W chwili właśnie, gdy wyjechali z lasu i mieli skręcić na dolinę, zatrzymał Apacz konia.
— Ugh! — zawołał, wskazując przed siebie.
— To Komancze! — rzekł Czoło Bawole.
— Dostaniemy ich! — dodał Apacz.
— I to żywcem! Weźcie lassa do ręki!
Kiedy Komancze się zbliżyli, wypadli wakerowie z lasu. Dzicy stropili się na chwilę, a zaraz potem zwrócili konie do ucieczki. Ale to na nic im się nie przydało. Ścigający utworzyli za nimi półkole, które z czasem stało się kołem i osaczyli ich zupełnie.
Teraz pochwycili Komancze za broń, ażeby życie sprzedać jak najdrożej. Zranili kilku wakerów, ale wnet owinęły ich lassa dokoła ciał i zostali ściągnięci z koni.
Apacz przystąpił do nich i rzekł:
— Liczba Komanczów bardzo zmalała. Krokodyle ich pożerają, a was połkną także żywcem, gdy wam zabierzemy skalpy, jeśli byście nie odpowiedzieli na nasze pytania.
Wzdrygnęli się przed śmiercią, jaka spotkała wodza, a jeden z nich zapytał:
— Co chcesz wiedzieć?
— Ilu z was pozostało przy życiu?
— Ośmiu.
— A gdzie tamtych sześciu?
— Z hrabią.
— Gdzie on się znajduje?
— Tego nie wiemy.
Na to wyciągnął Apacz nóż i zagroził:
— Jeśli nie powiecie prawdy, zedrę wam żywcem skórę z głowy.
— A jeśli powiemy?
— To umrzecie śmiercią szybką.
— Czy zostawisz nam skalpy i pochowasz nas z bronią?
— Uczynię to, chociaż psy Komancze nie zasługują na to.
— Pytaj więc dalej!
Dzicy wierzą, że bez skalpu, bez broni i bez prawdziwego pogrzebu nie można dostać się do wiecznych ostępów.
— Gdzie zatem jest hrabia? — badał Apacz.
— Udał się na pastwiska bladych twarzy, aby tam ukraść konia.
— A potem?
— Chce dostać się do Meksyku, dokąd go ma odprowadzić tych sześciu Komanczów, których sobie wziął dla obrony swej osoby.
— Co im obiecał za to?
— Strzelby, noże, ołów, proch i ozdoby dla skwaw.
Na to potrząsnął Mizteka głową.
— Jemu nie potrzeba takiej obrony. On mógłby znaleźć białych do tego. Albo to większy tchórz, niż myślałem, albo nosi się z jakiemiś tajemniczymi zamiarami. Powiedzcie prawdę!
— Nie kłamiemy.
— W którym kierunku ruszył na pastwiska?
— Wprost na wschód.
— Gdzie rozstaliście się z nim?
— Tam, gdzie na północy góra styka się z doliną.
— Czy zetknęliście się z nim po ucieczce, kiedy wracał z doliny?
— Tak.
— Hugh! W takim razie wiem, gdzie był. Znajdę ślad jego. Odpowiedzieliście nam, a w nagrodę za to zginiecie śmiercią szybką.
Cibolero podniósł dwururkę i przestrzelił głowy obu Indyan. Nie drgnęli nawet powieką, kiedy ujrzeli zwrócone do siebie wyloty luf. Ale umarli jako zdrajcy.
— Sanchez i Juanito zostaną, ażeby przykryć tych Komanczów kamieniami, bo chcę dotrzymać danego słowa — rzekł wódz. — My zaś pójdziemy śladem hrabiego, ażeby go przecież jeszcze pochwycić.
Ruszyli w drogę, zostawiwszy wymienionych. Bystrym oczom Czoła Bawolego i Serca Niedźwiedziego udało się wkrótce odnaleźć trop hrabiego i jego sześciu towarzyszy. Wiódł on istotnie ku pastwiskom, których teraz nikt nie pilnował, ponieważ wszyscy wakerzy znajdowali się w hacyendzie. Pokazało się, że schwytał jednego konia, a potem puścił się prosto na południe. Stąd śledzono trop jeszcze przez godzinę, ale potem kazał Czoło Bawole stanąć.
— Teraz dalej nie pójdziemy! — rzekł. — Potrzeba nas w hacyendzie, a pewnem jest, że hrabia podążył do Meksyku, bo ślady wiodą w tym kierunku. Nie ujdzie nam, bo go znajdziemy w Meksyku.
Wrócili do hacyendy, gdzie się dostali szybko, ponieważ teraz nie zważali na ślady.
Zastali tam wszystko w dawnym stanie. Wakerzy, pozostali dla obrony, sprzątnęli zwłoki Indyan i szańce, które były usypane dla armat. Hacyendero wyszedł naprzeciwko powracających z radosnem obliczem.
— Dzięki Bogu, że przybywacie! — rzekł. — Niepokoiliśmy się już o was. Jak wam się powiodło?
— Czarny Jeleń nie żyje! — odrzekł Czoło Bawole.
— Nie żyje? Zwyciężyliście go zatem?
— Mój brat, Serce Niedźwiedzie, zabrał mu skalp.
— A reszta Komanczów?
— Także zginęła. Uszło tylko sześciu.
— Dokąd się udali?
— Do Meksyku.
— Do Meksyku? Dzicy Indyanie do Meksyku? Po co?
— Odprowadzają hrabiego.
— Aha! Czy widzieliście go?
— Widzieliśmy. Opuścił okolice hacyendy, ale nam obu nie ujdzie.
— Dajcie mu spokój! Jest panem tego domu, a ja nie mogę z nim się prawować.
Obaj wodzowie spojrzeli na hacyendera ze zdumieniem.
— Wszak on prowadził Komanczów na hacyendę — zauważył Czoło Bawole.
— Ja nie jestem Indyaninem! — odparł Arbellez.
Pshaw! Biali nie posiadają krwi w żyłach! Wy możecie przebaczyć hrabiemu. Nie mam nic przeciwko temu, ale ja muszę z nim pomówić!
— Sądzicie więc, że teraz nic nam nie grozi? — spytał Arbellez.
— Tak.
— Możemy zatem wrócić do spokojnego życia? A gdzie pochowamy trupy?
Po obliczu Mizteki przemknął wyraz ukrytej złości.
— Nie w ziemi — rzekł.
— A gdzież? — spytał zdziwiony Arbellez.
— W brzuchach krokodyli.
— O! To nie po chrześcijańsku.
— Ja nie jestem chrześcijaninem, a Komancze także nie. To wrogowie Mizteków, a krokodyle cierpiały głód już oddawna. Czyż mają trupy zapowietrzyć hacyendę?
— Hm, to słuszne! Czyńcie, co chcecie!
— Czy mogę zatrzymać przy sobie jeszcze na dziś tych dwudziestu wakerów?
— Na co?
— Zaniosą martwych Komanczów do stawu z krokodylami.
— Odstępuję ci ich, jeśli to prawda, że nas już nikt nie napadnie.
— A jak tam z naszym bratem, Grotem Piorunowym?
— Zbudził się nareszcie.
— To zobaczymy się z nim.
Obaj wodzowie weszli do domu. Mizteka zaprowadził Apacza do pokoju siostry, gdzie złożył złoto i inne klejnoty, przeznaczone dla Helmersa. Zastali tam Karję, leżącą w hamaku i patrzącą sztywnie przed siebie. Zauważywszy wchodzących, zerwała się i zapytała:
— Przybywacie? Jako zwycięzcy?
— Tak.
— A on? Czy krokodyle go pożarły?
— Nie — odparł Czoło Bawole, przypatrując się jej badawczo.
— Nie? — odezwała się, a twarz jej spochmurniała. — Pozwoliliście więc umknąć temu, który podpadł mojej zemście?
Czoło Bawole był zadowolony. Widział, że siostra myśli tylko o zemście.
— Psy Komancze — rzekł — uwolniły go, a powiesiły mego brata, wodza Apaczów, na jego miejscu, ażeby go krokodyle połknęły.
Indyanka spojrzała ze zdumieniem na Apacza. U pasa jego zobaczyła kilka nowych skalpów. Po raz pierwszy objęła okiem piękną wojowniczą postać Serca Niedźwiedziego, a na myśl, że krokodyle mogły go rozszarpać, doznała uczucia, jakie jej dotychczas jeszcze nie nawiedzało. Zbladła.
— Wodza Apaczów? — zapytała. — Wszak on tu stoi!
— Sam się wyswobodził, a potem zwyciężył Komanczów.
Jako Indyanka zrozumiała aż nadto dobrze, co się mieściło w tych słowach.
— To bohater! — rzekła, rzucając mimowoli wzrok na Apacza. — A hrabia zdołał umknąć?
— Udał się do Meksyku.
— Do ojca?
— Tak. Odprowadza go sześciu Komanczów.
Na to wyprostowała się i zapytała:
— A ty pozwoliłeś mu pojechać bez przeszkody? Daj mi konia, a doścignę go i zabiję!
Czoło Bawole uśmiechnął się z radości. Taką podobała mu się siostra.
— Zostań tu! — rzekł. — Dostaniemy go jeszcze. Ja ruszę za nim.
— Czy zabijesz go, gdy się z nim spotkasz?
— Tak. On znieważył córkę Mizteków i padnie z mojej ręki!
— Albo z mojej! — rzekł Apacz poważnie.
— Uff! Czy mój brat chce mi towarzyszyć do Meksyku? — zapytał król cibolerów.
Serce Niedźwiedzie spojrzał w twarz Indyanki, zobaczył, jak patrzą nań jej oczy i odpowiedział:
— Karja jest siostrą Apacza i musi być pomszczona!
Dla zapewnienia podał obojgu ręce, a oni pochwycili je i uścisnęli.
— Serce Niedźwiedzie jest naprawdę przyjacielem i bratem wodza Mizteków — rzekł Czoło Bawole. — Niech ze mną pójdzie, skoro tylko tu się uporam. Ale teraz chodźmy odwiedzić naszego białego przyjaciela!
On, Serce Niedźwiedzie i Karja zabrali koce z kosztownościami i zanieśli je do pokoju chorego, który leżał wprawdzie z obwiązaną głową, ale z jasnem okiem i wyciągnął do nich ręce na powitanie. Przy nim siedział hacyendero z córką.
— Leżałem długo, bardzo długo bez przytomności — powiedział Helmers. — Uderzenie pałką musiało być bardzo silne. Cud, że jeszcze żyję, a raczej wracam do życia.
— Czy brat cierpi wielkie boleści? — pytał się Serce Niedźwiedzie.
— Boleści już nie mam, tylko w głowie huczy mi bardzo. Co z Komanczami? Jak wam poszło nad stawem krokodylim?
Usiedli i opowiedzieli mu wszystko dokładnie. Potem zwierzyli się także z zamiarem ścigania hrabiego, żeby zemścić się na nim, jeśli nie w drodze jeszcze, to w mieście. Chory przysłuchiwał im się uważnie, poczem zapytał:
— Chcecie go więc zabić?
— Tak — odpowiedział Czoło Bawole — ale przedtem zmuszę go do spełnienia obietnicy.
— Jakiej?
— Musi ożenić się z moją siostrą, Karją. Ona wyruszy z nami do Meksyku.
— Ach! Czy naprawdę?
— Tak. Nikomu nie wolno zaręczać się z córką Mizteków, a potem czynić jej zawód. Ona pochodzi z dawnych królów, wobec których biały hrabia jest niczem, niczem!
— Chcesz więc uczynić ją żoną hrabiego, a zaraz potem wdową?
— Tak.
— Tego mój brat nie zrobi.
— Czemu? Postanowiłem tak i wykonam zamiar.
— Czy znasz prawa bladych twarzy?
— Co mnie obchodzą ich prawa?
— W tym wypadku bardzo wiele. Nie znalazłbyś kapłana, któryby się ośmielił złączyć to małżeństwo.
— Ja go zmuszę!
— To małżeństwo i tak nie byłoby ważne. Karja nie jest chrześcijanką i nie może zostać żoną chrześcijanina.
— Czy to prawda?
— Tak.
— Uff, uff! W takim razie muszę porzucić mój zamiar, ale hrabia zginie tem pewniej. Czy wolno pokazać, co ci przyniosłem?
Helmers skinął głową. Gdy rozwinięto koce, zabłysły świetnemi barwami wspaniałe kosztowności.
— Oto część skarbu królewskiego, którą ci przyrzekłem — rzekł Czoło Bawole. — Nie mogłeś go zabrać sam, dlatego ja ci go przyniosłem.
— Twoja więc obietnica była dana naprawdę i te skarby mają należeć do mnie?
Szczególna rzecz, że w oczach jego, kiedy patrzył na iskrzące się klejnoty, nie było zachwytu.
— To twoje — rzekł Mizteka. — Jesteś teraz jedną z najbogatszych bladych twarzy. Ale oko twoje spokojne, a twarz się nie rozjaśnia! Czy nie odczuwasz radości?
— Owszem, cieszę się bardzo, ale nie swojem szczęściem, bo chcę nadal zostać westmanem, a jako taki nie będę żył ze złota, ale raduję się szczęściem brata mego, któremu skarb poślę. Przez ten dar staniesz się dobrodziejem wielu ludzi, gdyż korzystać zeń będzie nietylko mój brat, lecz także wiele wdów i sierót w mojej ojczyźnie. Ja omal życiem nie przypłaciłem tego skarbu. Złoto to drogi i niebezpieczny kruszec, dlatego rozumiem, że czerwoni mężowie nie chcą o niem nic wiedzieć. Nie mogę jednak jeszcze powiedzieć, czy ten dar przyjmę, czy nie.
— Czemu? Jakie mogą być powody odmowy? — pytał Mizteka zdziwiony.
Helmers przesunął powoli dłonią po twarzy, spojrzał badawczo na obu czerwonych przyjaciół i odrzekł:
— Może obaj wodzowie, Serce Niedźwiedzie i Czoło Bawole, nie zupełnie mnie zrozumieją, bo należą do surowych wojowników, którzy zwykli kierować się tylko prawem odwetu. Ja jednak myślę inaczej, gdyż zostałem przyjacielem Winnetou i Old Shatterhanda, którzy odznaczają się łagodnością i gotowością do przebaczenia. I ja wiem, że w pewnych warunkach nie wolno wojownikowi zawahać się przed zniszczeniem wroga. Kiedy szło o ocalenie sennority Emy i Karji, strzelałem do Komanczów bez namysłu. Ale teraz niebezpieczeństwo minęło, nieprzyjaciel zwyciężony i dalszy rozlew krwi byłby nietylko zbyteczny, lecz wprost nieludzki. Z dwustu Komanczów zdołało się tylko sześciu ocalić. Czy nie dość popłynęło krwi? Nadto polegli nie mają być pochowani w ziemi, lecz w żołądkach aligatorów. Czyż już nie dość surowości? To już nawet jest coś gorszego, niż surowość. Czy hrabia was zabił, czy też przelał krew waszą? Czy chwile, kiedy wisiał nad krokodylami, nie były dlań gorsze od śmierci? Zdaje mi się, że tem dość odpokutował.
— Dość odpokutował? — spytał Mizteka.
Chciał mówić dalej, lecz Helmers wtrącił czemprędzej:
— Niech mój brat teraz słucha! Jeśli hrabia jeszcze kiedy dopuści się czego złego względem was, to go wtedy zabijcie. Nie będę miał nic przeciw temu. Ale teraz życzę sobie, żebyście go nie ścigali i proszę was o to usilnie. Jeśli spełnicie mi to życzenie, przyjmę ten dar od ciebie, w przeciwnym razie nie.
— Naprawdę nie?
— Nie. Wiesz, że słowa dotrzymam. Nie zostawiajcie mnie długo w niepewności pod tym względem, lecz naradźcie się zaraz. Spełniając moje życzenie, sprawicie mi nie mniejszą radość, niźli złotem, na którem tyle jest krwi ludzkiej.
— Uff! Mój brat tak chce; naradzimy się więc zaraz i powrócimy.
Powstał i wyszedł razem z siostrą i Apaczem. Ema podała Helmersowi rękę, mówiąc:
— To było szlachetnie z waszej strony, sennorze! Z serca wyjęliście mi te słowa i dziękuję wam za to. Pójdę teraz za nimi i poproszę ich o to samo. Życzenia dwóch osób łatwiej się spełniają, niż jednej.
Poszła w towarzystwie ojca. Już w kwadrans powrócili wszyscy, a Czoło Bawole oświadczył patrzącemu nań z ciekawością Helmersowi:
— Zwyciężyłeś, a dopomogły ci w tem imiona Winnetou i Old Shatterhanda. Sennorita prosiła nas także, przeto wyrzekamy się zemsty. Wódz Mizteków, Czoło Bawole, nie zaniechał jeszcze nigdy czegoś, co raz postanowił uczynić. Dzieje się to dziś poraz pierwszy. Krew już więcej nie popłynie, możesz sobie wziąć złoto ze skarbu królewskiego.
— Tak. Zmarniało przez nie wiele życia ludzkiego niechże teraz większej liczbie ludzi przyniesie szczęście i błogosławieństwo. Dziękuję wam za to!

Przypisy

  1. Dziewczyna.
  2. Prezydent Stanów Zjednoczonych.
  3. Vaquero = pasterz wołów.
  4. Myśliwiec, polujący na bawoły.
  5. Poszukiwaczem złota.
  6. Bogu.
  7. Arriero znaczy: poganiacz mułów.
  8. Przyrząd do rozpalania ognia.
  9. Derą, kocem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.