Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zawrócić konie, ujrzeli przed sobą białego. Podnieśli tomahawki do śmiertelnego ciosu, lecz on jeszcze przed nimi dobył rewolweru, wypalił po dwakroć i dwaj ostatni Komancze runęli z koni na ziemię.
Zwycięstwo odniesiono w niespełna dwu minutach, a konie poległych z łatwością schwytano.
Teraz nadszedł wakero, który przypatrywał się wszystkiemu z kanoe.
— Do dyabła! — rzekł. — A to zwycięstwo!
— Ba! — roześmiał się Helmers. — Co to jest sześciu Komanczów? Właściwie należałoby oszczędniej obchodzić się z krwią ludzką, bo to sok, najcenniejszy ze wszystkich, ale ci Komancze nie zasługują na nic innego.
Zabrano poległym broń i rzucono w trawę a Serce Niedźwiedzie zdjął skalpy z obu Indyan, zabitych przez siebie i przywiesił je sobie do pasa. Biały nie wziął skalpów.
— Co dalej? — spytał Helmers. — Czy wyruszamy natychmiast?
— Oczywiście! — odpowiedział Apacz. — Siostra przyjaciela nie powinna napróżno oczekiwać pomocy!
— Czy weźmiemy z sobą wakera?
Serce Niedźwiedzie zmierzył go okiem i odrzekł:
— Czyń, jak chcesz!
— Pójdę z wami! — oświadczył Meksykanin.
— Wątpię, czy nam się na co przydasz.
— Czemu?
— Bohaterem nie jesteś.
— Wszak nie miałem teraz broni!
— Ale podczas wczorajszego napadu umknąłeś.
— Ażeby pomoc sprowadzić.
— Ach! Tak! A zdołasz odszukać miejsce, w którem na was napadnięto?
— Z pewnością.
— To przyłącz się do nas!
— Czy mogę sobie wziąć trochę broni od Indyan?
— Możesz. Weź sobie także jednego konia. Twego