Strona:Karol May - Old Surehand 03.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się z noża, łuku i kołczanu. Na szyi miał mosiężny łańcuszek, na którym wisiał cybuch fajki pokoju, ale bez właściwej fajki. Był to znak, że znajdował się w drodze do świętych kamieniołomów, skąd Indyanie przynoszą sobie glinę do wyrobu fajek. W tej podróży każdy z nich jest nietykalny. Nawet najbardziej chciwy krwi przeciwnik musi go puścić spokojnie, a w razie potrzeby nawet bronić.
Podobały mi się otwarte, inteligentne, niemal kaukazkie rysy twarzy tego młodzieńca. Aksamitne, czarne jego oczy zwracały się ku mnie z wyrazem podziękowania. Wyciągnął do mnie rękę i rzekł:
— Ty ochroniłeś Iszarshiutuhę. Jestem twoim przyjacielem!
To zapewnienie brzmiało bardzo wyniośle. Ten ton podobał mi się równie, jak mówiący. Zastanowiło mnie jego imię. Iszarshiutuha jest to wyraz, wzięty z języka Apaczów i znaczy tyle, co „mały jeleń“. Dlatego zapytałem:
— Czy jesteś Apaczem?
— Iszarshiutuha jest synem wielkiego wojownika Meskalerów, najwaleczniejszych mężów czerwonych.
— Meskalerowie są moimi przyjaciółmi, a Inczu-Czuna, ich wódz największy, jest moim bratem.
Wzrok jego przebiegł szybko po mojej postaci.
— Inczu-Czuna jest najmężniejszym z bohaterów — podjął nanowo rozmowę młody Indyanin. — Jak on, ciebie nazywa?
— Yato-inta.
Na to odstąpił młodzieniec o kilka kroków, spuścił wzrok i oświadczył:
— Synowie Apaczów znają ciebie. Ja nie jestem jeszcze wojownikiem, dlatego mnie z tobą mówić jeszcze nie wolno.
To była pokora Indyanina, uznającego otwarcie rangę drugiego, lecz nie schylającego głowy ani o cal niżej.
Ja zaś odpowiedziałem:
— Wolno ci mówić ze mną, bo kiedyś będziesz