Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Za nimi! — krzyknął.
Otworzono bramę i dzielni obrońcy wypadli na otwarte pole, gdzie wszczęły się walki w pojedynkę, w których dzicy zwykle ulegali. Czoło Bawole zabił kilku jeszcze. Biegał czas jakiś dokoła hacyendy tak daleko, jak daleko sięgało światło ognisk, lecz nie znalazł ani śladu Apacza.
Upłynęło kilka godzin, zanim wódz Apaczów przyszedł do siebie z ogłuszenia. Otworzywszy oczy, zobaczył najpierw ognisko, a potem pewną liczbę dzikich czerwonych postaci, siedzących dokoła niego. Sam uczuł się skrępowanym, po jego stronie prawej siedział Czarny Jeleń, a po lewej Alfonzo. Zwróciwszy oczy w górę, poznał po gwiazdach, że do rana już niedaleko.
Alfonzo zauważył, że Apacz otworzył oczy.
— Przebudził się! — rzekł.
Natychmiast skierowały się spojrzenia wszystkich Komanczów na niego. Wszyscy o nim słyszeli i znali jego sławę, lecz niewielu dotychczas go widziało. Los, który go spotkał, przyjął ze spokojem, właściwym Indyanom. Głowa bolała go od uderzenia, przypomniał sobie jednak natychmiast wszystko, co się stało.
— Trwożliwa żaba Apaczów jest w niewoli — rzekł Czarny Jeleń.
Serce Niedźwiedzie roześmiał się pogardliwie, lecz zrozumiał, że tu nie należy milczeć.
— A lew Komanczów umykał przed tą żabą! — powiedział.
— Psie!
— Szakalu!
— Wódz Serce Niedźwiedzie dał się pobić Czarnemu Jeleniowi!
— Kłamiesz!
— Milcz!
— Ani ty nie zwyciężyłeś mnie, ani nikt inny. Ten tchórz, hrabia bladych twarzy, powalił mnie podstępem. Na tem kończę moją rozmowę z tobą. Serce Niedźwiedzie