Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przybywasz sam? — zapytał go, mówiąc do niego zwyczajem Indyan: ty. — A Tekalto gdzie?
— Jeszcze pod górą El Reparo.
— Co tam robi?
— Tego mi nie powiedział.
— Słyszałem, że kazał sobie przysłać Indyan. Na co?
— O to go nie pytałem.
— A gdzie hrabia Alfonzo?
— Tego nie powiem.
Hacyendero cofnął się o krok i rzekł niechętnie:
— Tego mi nie powiedział, o to go nie pytałem, tego nie powiem! Takie odpowiedzi nie są przyjemne!
Apacz uczynił ręką ruch, jakby się przed czemś bronił i rzekł:
— Niech mój brat nie pyta o rzeczy, o których nie mogę mówić. Wódz Apaczów lubi czyny, a nie słowa.
— Chciałbym jednak wiedzieć, co się tam stało pod górą.
— Przedstawi ci to córka Mizteków.
— Ona także milczy.
— To przyjdzie Czoło Bawole i opowie. Niech mój brat zaprowadzi mię do łoża Grotu Piorunowego, ażebym zobaczył jego ranę.
— Chodź!
Wszedłszy do pokoju Helmersa, zastali obie dziewczęta przy jego łożu, pogrążone w głębokim smutku. Chory przewracał się na łóżku. Niewątpliwie cierpiał ból, lecz oczy miał zamknięte i nie wydawał głosu z siebie. Gdy Serce Niedźwiedzie zaczął dotykać jego głowy, skurczył chory twarz w zmarszczki boleści, ale pozostał niemy.
— Jak tam? — spytał hacyendero.
— Nie umrze — odpowiedział wódz. — Trzeba ciągle przykładać ziele do rany.
— Jutro będzie tu lekarz.