Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy nie widzicie, że po tamtej stronie potoku niema trupów?
— Istotnie, wszystkie widać po tej stronie.
— Z tego można wnosić, że uciekali w pewnym oznaczonym kierunku. Wiemy, gdzie znajdowali się przed napadem.
— Na El Reparo.
— Tak. Trupy leżą tylko w tym kierunku, Komancze więc widocznie dostali rozkaz zgromadzenia się tam napowrót. Musimy pójść do nich tam. Czy powierzycie mi dwudziestu ze swoich wakerów?
— Chętnie.
— Gdzie też może być Apacz? — spytał Francesko.
— Pojmany — odpowiedział wódz Mizteków.
— Ależ nie! — zawołał ze strachem hacyendero.
— Z pewnością!
— Czemu tak sądzisz?
— Bo go tu niema.
— Będzie jeszcze na pościgu!
— Nie. On wie, że w dzień pewniej dostałby Komanczów w swe ręce, niż teraz.
— A więc nie żyje, albo jest ranny!
— Nie. W tym wypadku bylibyśmy go niewątpliwie znaleźli. Popędził za Czarnym Jeleniem. Komancze, widząc wodza swego w niebezpieczeństwie, rzucili się pewnie na Apacza. Było ich pewnie za wielu i pokonali go.
— Musimy go więc wyswobodzić! — rzekł Francesko.
— Uwolnimy go — powiedział Czoło Bawole pewnym głosem. — Wezmę dla niego strzelbę jego, ażeby zaraz miał broń. Na koń!
Dwudziestu ludzi wsiadło na konie i odjechało cwałem. Ażeby się nie pokazać żadnemu z umykających Komanczów, zatoczyli łuk i starali się dostać do góry od stoku południowego. Przybyli tam o świcie.
— Zsiadać! — rozkazał Czoło Bawole.