Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niechaj jej ulegnie!
Minęła chwila posępnego milczenia, poczem znów zaczął Czoło Bawole:
— Czy mój brat zna naród Mizteków?
— Zna — potwierdził Serce Niedźwiedzie.
— Był to najbogatszy naród w Meksyku.
— Tak. Miał skarby, których nikt nie mógł zmierzyć — dodał Apacz.
— Czy mój brat wie, gdzie te skarby się podziały?
— Nie.
— Czy wódz Apaczów umie milczeć?
— Usta jego jako ściana skalna.
— Niech zatem usłyszy, że Czoło Bawole jest strażnikiem tych skarbów.
— Niech mój brat, Czoło Bawole, spali te skarby! W złocie mieszka zły duch. Gdyby ziemia była ze złota, wolałby Serce Niedźwiedzie umrzeć, aniżeli żyć!
— Mój brat posiada mądrość dawnych wodzów, ale inni ludzie miłują złoto. Ten hrabia chciał posiąść skarb Mizteków.
— Ugh!
— Przybył z ośmnastu złodziejami, by go zrabować.
— Kto mu pokazał drogę?
— Karja, córka Mizteków.
— Karja, siostra Czoła Bawolego? Ugh!
— Tak. Dusza jej była ciemna, bo uwierzyła temu białemu kłamcy. On przyrzekł jej, że ją żoną swoją uczyni, lecz postanowił ją opuścić po zdobyciu skarbu.
— To zdrajca!
— Na co zasłużył zdrajca?
— Na śmierć.
— A na co zasługuje zdrajca i morderca zarazem?
— Na śmierć podwójną.
— Mój brat słusznie powiedział. Nastąpiła znów chwila milczenia. Obaj wodzowie tworzyli straszny, nieubłagny trybunał, przeciw którego