Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszczęła się krótka, lecz ożywiona rozprawa, poczem Apacza przyznano Hiszpanowi.
— Czy on mój? — spytał hrabia.
— Tak.
— I ja mam postanowić o jego losie?
— Tak.
— Dobrze. Niechaj więc jego los będzie taki, jaki mnie miał przypaść w udziale. Przywiążemy go do tego samego drzewa i wydamy go na żer krokodylom. Niech wycierpi te same piekielne męki, których ja skosztowałem!
Na te słowa zerwały się radosne okrzyki zgody, a oczy wszystkich zwróciły się na Apacza, ażeby z twarzy jego wyczytać wrażenie, jakie na nim zrobi to postanowienie. Ale oblicze jego było jak ze spiżu. Nie drgnął nawet powieką i ani jedno słowo prośby nie przeszło mu przez usta.
— Czy mamy dość lass?
— Tak. Tu leżą jeszcze te same, na których ty wisiałeś, zresztą kto z Komanczów pochwycił konia, ten musi posiadać lasso.
Kilku Indyanom udało się było schwytać jednego z ich błąkających się koni.
— Dobrze, przymocujemy go tam tak samo, jak on mnie był przywiązał! — rzekł Alfonzo.
Gdy się to stało, rzekł Czarny Jeleń do jeńca:
— Czy wódz Apaczów ma jeszcze jaką prośbę?
Serce Niedźwiedzie przypatrzył się wszystkim po kolei. Zauważył ich tam tylko szesnastu. Skoro po przebudzeniu się z omdlenia zobaczył, że leży nad stawem na górze El Reparo, pojął odrazu, jaki go los czeka. To też nie przestraszył się, usłyszawszy wyrok. Rozglądnął się teraz dokoła, jakby chciał sobie wryć w pamięć rysy twarzy każdego z osobna i odrzekł:
— Wódz Apaczów o nic nie prosi. Nóż pożre wszystkich tutaj zebranych. Serce Niedźwiedzie to powiedział i nie będzie tak wył i wrzeszczał, jak hrabia bladych twarzy. Howgh!