Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To małżeństwo i tak nie byłoby ważne. Karja nie jest chrześcijanką i nie może zostać żoną chrześcijanina.
— Czy to prawda?
— Tak.
— Uff, uff! W takim razie muszę porzucić mój zamiar, ale hrabia zginie tem pewniej. Czy wolno pokazać, co ci przyniosłem?
Helmers skinął głową. Gdy rozwinięto koce, zabłysły świetnemi barwami wspaniałe kosztowności.
— Oto część skarbu królewskiego, którą ci przyrzekłem — rzekł Czoło Bawole. — Nie mogłeś go zabrać sam, dlatego ja ci go przyniosłem.
— Twoja więc obietnica była dana naprawdę i te skarby mają należeć do mnie?
Szczególna rzecz, że w oczach jego, kiedy patrzył na iskrzące się klejnoty, nie było zachwytu.
— To twoje — rzekł Mizteka. — Jesteś teraz jedną z najbogatszych bladych twarzy. Ale oko twoje spokojne, a twarz się nie rozjaśnia! Czy nie odczuwasz radości?
— Owszem, cieszę się bardzo, ale nie swojem szczęściem, bo chcę nadal zostać westmanem, a jako taki nie będę żył ze złota, ale raduję się szczęściem brata mego, któremu skarb poślę. Przez ten dar staniesz się dobrodziejem wielu ludzi, gdyż korzystać zeń będzie nietylko mój brat, lecz także wiele wdów i sierót w mojej ojczyźnie. Ja omal życiem nie przypłaciłem tego skarbu. Złoto to drogi i niebezpieczny kruszec, dlatego rozumiem, że czerwoni mężowie nie chcą o niem nic wiedzieć. Nie mogę jednak jeszcze powiedzieć, czy ten dar przyjmę, czy nie.
— Czemu? Jakie mogą być powody odmowy? — pytał Mizteka zdziwiony.
Helmers przesunął powoli dłonią po twarzy, spojrzał badawczo na obu czerwonych przyjaciół i odrzekł:
— Może obaj wodzowie, Serce Niedźwiedzie i Czoło