Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Konie meksykańskie są bardzo wytrwałe i rącze, to też Serce Niedźwiedzie i wakero pędzili jak wiatr ku północy. Przed wieczorem dojechali do miejsca, na którem w powrocie z podróży z paniami rozłożyli się byli poraz ostatni na nocleg. Teraz nie spoczęli, lecz puścili się tą samą drogą, którą wówczas przybyli na to miejsce.
Kiedy już wieczór zaczął zapadać, zatrzymał nagle Apacz konia i spojrzał na ziemię. Wakero zrobił to samo.
— Co tu jest? — spytał. — To ślady!
— Wielu jeźdźców! — potwierdził Apacz.
— Idą z północy!
— I skręcili na zachód.
— Przypatrzmy im się dokładniej!
Zsiedli i zaczęli troskliwie badać ślady kopyt końskich.
— Jest ich wielu — rzekł Apacz.
— Z dwustu — dodał wakero.
Indyanin skinął potakująco głową i wskazał na odcisk, którego krawędzie były jeszcze całkiem ostro zarysowane.
— Tak — rzekł wakero z miną zakłopotaną. — Możemy mówić o szczęściu. Byli tu zaledwie przed kwadransem.
Apacz podniósł się z ziemi pod wpływem nagłego postanowienia.
— Naprzód! Muszę ich zobaczyć!
Dosiedli znowu koni i ruszyli tropem, który prowadził głęboko w Sierrę. Kiedy dogorywały ostatki światła dziennego, ujrzeli na grzbiecie jednego z leżących przed nimi wzgórz ciemną, wężowatą linię jeźdźców.
— Komancze! — rzekł Serce Niedźwiedzie.
— Słusznie! Do kroćset! Wybrali się na hacyendę!
— Ukryją się do jutra w górach — oświadczył wódz Apaczów.
— Cóż my zrobimy?