Strona:Karol May - Old Surehand 04.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mój brat powróci zaraz do hacyendera z wiadomością, że nieprzyjaciel nadciąga.
— A ty?
— Serce Niedźwiedzie zostanie na tropie nieprzyjaciół, bo musi wiedzieć, co oni zrobią.
Odwrócił się i pojechał dalej, nie troszcząc się o to, czy wakero posłuchał jego rozkazu.
Per dios! — mruknął Francesko. — Dziwny człowiek taki Indyanin! Puszcza się ku dwustu Komanczom! Dumny jak król. Powiada mi, co mam czynić i odjeżdża, nie pożegnawszy się, ani nie popatrzywszy, czy go posłucham.
Zwrócił konia znów na południe i puścił się tą samą drogą, którą przyjechał.
Szło o to, żeby przykrą tę wiadomość zanieść jak najrychlej do hacyendy. Podpędzał więc konia i o północy był już w hacyendzie.
Tu wszystko było już pogrążone w głębokim śnie, tylko Ema czuwała przy łożu chorego. To też wakero zwrócił się najpierw do niej. Ona zbudziła oczywiście natychmiast ojca, który kazał Franciszkowi przyjść zaraz do siebie.
— Czy to prawda, co Ema mówiła? — spytał Arbellez.
— Co powiedziała?
— Że Komancze nadchodzą.
— To prawda, sennorze.
— Kiedy? Chyba nie dzisiaj jeszcze!
— Dziś jesteśmy jeszcze bezpieczni.
— Czy dużo ich?
— Z dwustu.
— Święta Madonno, co za nieszczęście! Oni zburzą hacyendę!
— Tego ja się nie obawiam, sennorze — rzekł odważny starzec. — Wszak mamy także dość rąk i broni.
— A widzieliście dobrze?
— To się rozumie.